wtorek, 9 czerwca 2015

wolę napis "wstęp wzbroniony", aniżeli "nie ma wyjścia"

Nazywam się Alexander Schenk, Graf von Stauffenberg i mam 36 lat. Jestem jednym z wielu żołnierzy, jakimi dysponuje Rzesza; jednym z milionów elementów wielkiej układanki Fuhrera. 
Wiem, że sytuacja na froncie jest, jaka jest. Wiem, że moi dwaj bracia siedzą w ruchu oporu i działają na rzecz Rzeszy. Nie na jej szkodę, lecz na jej rzecz. 
Chciałbym poczytać jakiś dobry esej o starożytnej Grecji, spotkać się z Clausem i Bertholdem przy pysznym włoskim winie, posłuchać opowieści mojej żony o jej pracy przy nowym samolocie dla Luftwaffe.
Niestety, wszystkie te rzeczy są dzisiaj jedynie marzeniem. Ulotnym śpiewem łabędzia w dniu pełnym warkotu samochodów, rozstrzeliwania, płaczu dzieci, bolesnego szelestu zapomnianych liści.
Obecnie przebywam w Warszawie, czekając na swój przydział na front w Rosji. W chwili, gdy piszę te słowa na starej, zacinającej się maszynie, słyszę turkot wozów, hałas ryksz, kroki ludzi. 
Za każdym razem, gdy słyszę huk silnika samolotu - a zdarza się to tak rzadko, rzadziej niż spełnianie się marzeń - podnoszę oczy ku niebu. 


Melitto, czy to ty?
Gdzieś tam
w niebiosach
szukasz zapomnienia
Melitto?













No, jest i Alexander Stauffenberg :D Co ciekawe, postać ta istniała naprawdę - wystarczy wpisać sobie to nazwisko w niemiecką lub angielską wyszukiwarkę. Umieszczenie mojej postaci w Warszawie było całkiem możliwe, jeśli patrzeć na logikę. Melitta Schenk, Claus Stauffenberg, Berthold Schenk - odpowiednio żona i dwaj bracia hrabiego - również istnieli naprawdę. :> 
OŚWIADCZAM, ŻE JESTEM CAŁKOWICIE ŚWIADOMA NEGATYWNEJ ROLI NAZISTÓW W II WOJNIE ŚWIATOWEJ I NIE ZAMIERZAM ICH GLORYFIKOWAĆ ANI SZERZYĆ POGLĄDÓW ANTYSEMICKICH. Kontakt do mnie - reidesse.gossip@gmail.com, wizerunek - Marlon Brando.

43 komentarze:

  1. Zobaczyła go całkiem przypadkowo, na ulicy. Szedł tym szybkim, spiesznym krokiem, który znamionował ludzi głęboko zamyślonych i zajętych śmiertelnie ważnymi sprawami. Podeszła bliżej, chcąc dobrze odegrać swoją rolę. Tym razem miała na sobie strój sekretarki: granatowa sukienka, żakiet, torebka na ramieniu. W środku, pod podwójnym dnem, spoczywał dobrze zabezpieczony pistolet. Uśmiechnęła się delikatnie, niewinnie, wręcz melancholijnie. Silny wiatr zerwał z głowy kapelusz jakiemuś mężczyźnie.
    - Nowe wydaaaaanie! "Kurier Warszawski", noweeeeee! - wołał bez przekonania mały gazeciarz. Wstrząsnęła się z zimna, kolejny już raz. Przecież musi odegrać dobrze swoją rolę.
    - Guten Tag, hrabio Schenk - przywitała się, starając się ukryć zmieszanie i strach. Czy ją rozpoznał? Czy pamiętał tę kobietę z sierpnia 1938? Możliwe, wszystko jest możliwe, zwłaszcza w tym kraju. - Nazywam się Katharine von Rossberg i mam być pańską nową asystentką...
    Kolejny pożółkły liść zleciał na ziemię. W oddali zaturkotała ryksza.

    OdpowiedzUsuń
  2. W gabinecie jest zimno. Naprawdę zimno, jak na tę porę roku. Dzwonię na gospodynię, żeby dorzuciła drewna do kominka. Gdy robi swoje i wychodzi, podchodzę do telefonu. Nie ma na co czekać. Niby tu nie ma podsłuchów - nie w moim własnym domu - ale nie należy ryzykować. Wybieram odpowiednie cyfry, zapisane na małej karteczce. Tak, to będzie to.
    Czekając na połączenie, przestępuję z nogi na nogę. Wszystko musi być ustalone, jak należy, póki dziewczynki są na wsi.
    - Hallo? Proszę połączyć z hrabią von Stauffenberg. Mówi pułkownik Regen z Abwehry, to pilne. - uśmiecham się lekko, słysząc gorliwy pośpiech w głosie telefonistki. "Tak, tak, już łączę, proszę chwilkę poczekać"...Za oknem słychać codzienne odgłosy ulicy i krople deszczu.
    Wreszcie Stauffenberg odzywa się w słuchawce - tyle, że nie ten, który powinien.
    - Alexander? - pytam ze zdziwieniem. - Kiedy przyjechałeś?
    ...
    - To nawet lepiej. Claus to kompletny dureń, nie żebym podważał jego zaangażowanie - wzdycham ciężko. - Wiem, że za dwa tygodnie ruszasz na front. Mógłbyś coś dla mnie zrobić? Postaram się interweniować.
    ...
    - Danke schön. Załatwię to szybko, pisałem też do Melitty. Przynajmniej zyskamy czas. Do widzenia.
    Obaj odkładamy słuchawkę. Uśmiecham się lekko. Jak na razie nie ma zagrożenia. Zbyt im ufają. Trzeba jeszcze napisać kilka depesz, zadzwonić i potwierdzić dwa spotkania.
    Ogień w kominku jest taki ciepły.

    OdpowiedzUsuń
  3. [Może mój Michał bedzie przesłuchiwany przez twojego pana. I może bedzie mu proponowal kilka razy wpisać się na listę volksdojczów a ten bedzie konsekwentnie odmawiał co może wierzyć i poirytowc Schenka. ]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Konspiracja brzmi nieźle ;) O ile Alex nie zechce go wykiwać :)]

    OdpowiedzUsuń
  5. Kolejne spotkanie przyniosło kolejne korzyści. Katharine von Rossberg spisywała się w swojej roli idealnie, choć nie mogła nie zauważać znaczących spojrzeń członków rodziny Schenk i ostentacyjnej pogardy w oczach gospodyni. Jak na razie W każdym razie chwilowo czuła się z tym bezpiecznie.
    List, który otrzymała na początku grudnia, bardzo ją zdziwił. Alexander Schenk życzył sobie, aby przybyła do niego na tydzień przed świętami, konkretniej przyjechała pociągiem do Stauffen Berg. Jak sobie to, do diabła, wyobrażał? Że spotkają się na terenie Melitty i będą się bawić w konspirację pod jej nosem? Że pani Schenk-Stauffenberg jest na tyle głupia, że nie zwróci uwagi na ciągłe wymiany korespondencji, koperty i jej wizytę? Naprawdę nie była z tego zadowolona. W końcu w Warszawie czekały na nią dużo ważniejsze zajęcia niż udawanie głupiej przed rodziną oraz ważnymi gośćmi...Mimo wszystko zdecydowała się zaryzykować. Dowódca i Simon namawiali ją do tego, miała trochę czasu, a kolejne akcje powierzono "Jasnej" i "Ewie", zatem Weronika spakowała rzeczy (mimo oczywistej niechęci), znalazła trochę pieniędzy, a następnie wyjechała do Niemiec pod przykrywką sekretarki hrabiego.
    - Mam nadzieję, że będziesz mieć naprawdę dobrą wymówkę przed gestapo - westchnęła, gdy spotkali się na stacji kolejowej. - Jak się domyślam, Melitta i Claus są na zamku, więc raczej mnie rozpoznają. Nie sądziłam, że przegapisz taki banał.

    OdpowiedzUsuń
  6. [Można coś pokombinować, chociaż Michała ciężko jest namówić na jakąś współpracę z Niemcami. Ale spróbujmy :)]

    Zimno dawało już się każdemu we znaki. Zdobycie jakiegokolwiek materiału na opał było niemalże cudem. Ceny na czarnym rynku znowu podskoczyły. Psia mać.
    Poprawiłem za duży, przetarty i połatany, beżowy prochowiec po ojcu. Trzeba było wykombinować coś do zjedzenia. Racje zywnościowe były niskie i trzeba kombinować coś na lewo. Tym bardziej, że doszedł kolejny brzuch do nakarmienia. Dobrze, że ciotki dom jest duży. Czteropokojowy. Aż dziw bierze, że po Hansie nikogo nam więcej nie przysłali. Ciotce udało się zameldowanie zdobyć dla Piotrka, Filipowa (mimo iż miał mieszkanie po jakiejś tam kuzynce i tutaj raczej chodziło o fakt, aby było na papierze, że ktoś tu jeszcze mieszka) i Ewelinę. Znaczy się tą Żydówkę Aishę, co przedostała się do Warszawy z Gdańska, bo podobno tam już nie szło żyć.
    Zatrzymałem się gwałtownie, kiedy zauwazyłem niemicki patrol. Zacząłem przeklinać pod nosem, kiedy wskazali na mnie i zaczęli biec. Czym prędzej odwróciłem się na pięcie i szybkim krokiem odszedłem, by w jakiejś uliczce zacząć biec. Najszybciej jak tylko potrafiłem.
    Nawet i to nie pomogło. Po drugiej stronie też już na mnie czekali. Istny kocioł. szlag by to jasny trafił i krew nagła zalała.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. [No to zaczynam. Troszkę koślawo bo nie mam pomysłu jak taka rozmowa mogłaby przebiegać;)]
    Leniwie zwlokłem się z łóżka i przeszedłem do przedpokoju. Jeszcze zaspanym wzrokiem rozejrzałem się po pomieszczeniu. Pies spał jak zabity na wejściu do kuchni. Podszedłem do wojskowego płaszcza i z kieszeni wyciągnąłem kawałek kartki papieru z napisanym numerem do niejakiego Alexandra von Stauffenberg. Kto mi to dał? Jakaś kobieta na jakimś bankiecie czy czymś takim. Zaraz...jak ona miała na imię? Inge? Renate? Karoline? A może Melitta? Tak...to chyba to ostatnie z imion. Przeszedłem do salonu. Odkręciłem wczoraj napoczętą wódkę i nalałem do względnie czystego kieliszka, który postawiłem obok telefonu. Czy nie za wcześnie na picie? Dopiero dziew...za kwadrans dziesiąta. W końcu wypiłem przygotowany wcześniej napój, tak na odwagę. Wykręciłem numer zapisany na kartce. Po chwili trzeszczenia usłyszałem głos telefonistki z kim połączyć, odpowiedziałem i znowu drażniące trzeszczenie.
    - Halo? Czy mam przyjemność z Alexandrem von Stauffenberg? Z tej strony Martin Rommel.- powiedziałem na jednym wydechu. Teraz trzeba coś powiedzieć względnie dobrego. Może nie wyczuje zbytnio że przesadziłem wczoraj z alkoholem.
    ...
    - Dzwonię w sprawach wojskowych. Ale nie jest to rozmowa na telefon, wolałbym spotkać się w cztery oczy i na spokojnie przedyskutować pewną sprawę. Czy znalazłby pan czas jutro około godziny piętnastej w powiedzmy moim gabinecie. To jest siedziba Abwehry ulica Targowa 74.
    ...
    - Mam nadzieję że nie sprawiłem kłopotu. Do zobaczenia Herr Stauffenberg.- rozłączyłem się. Mam nadzieję że jakoś to pójdzie dalej. Może przykrywka spraw wojskowych była niezgorsza?

    OdpowiedzUsuń
  9. Dopiero teraz do mnie dotarło co zrobiłem. Nigdy więcej nie będę dzwonić do kogoś, kiedy jestem na kacu. Dlaczego zawsze wtedy do głowy przychodzą mi durne pomysły? Dlaczego zadzwoniłem do jakiegoś tam hrabi? Ale spokojnie w końcu na pewno ma znajomości tu i ówdzie, a także zna Melittę. Powinno być warto zniżyć się do takiego poziomu. Powinien już być...oho o wilku mowa.
    - Witam w moich skromnych progach. Napije się pan koniaku? Francuski, jeden z lepszych.- zaproponowałem. Nalałem do dwóch kieliszków alkoholu. Teraz trzeba przejść do działania.- Herr Stauffenberg, nie zamierzam ukrywać że jest mi potrzebna pańska pomoc. Jako szlachcic - jak to mi przez gardło przeszło? - jako brat Clausa i Bertholda, na pewno ma pan dojścia do wyższych urzędników państwowych. Ja niestety tego szczęścia nie mam. Potrzebowałbym kilku radzieckich jeńców wojennych, którzy byliby gotowi pomóc Abwehrze w zniszczeniu komunistycznego podziemia w Generalnym Gubernatorstwie. Bardzo mi na tym zależy.- upiłem łyk koniaku. Teraz to będzie jazda po bandzie. Najgorsze że nie pamiętam i nie wiem gdzie dokładnie poznałem Melittę. Rozegrajmy więc to jak najlepiej.- Jest jeszcze jedna sprawa Stauffenberg, przepraszam że bez "von" i tej całej reszty ale nie mam na to najmniejszej ochoty. To prywatna prośba. Interesuje mnie pewna kobieta o imieniu Melitta. Czy mógłby pan coś więcej o niej powiedzieć? Zależy mi na tym bardziej niż na tych ruskach. Przyznam szczerze że spodobała mi się. Chciałbym wiedzieć chociaż jak się z nią skontaktować. Niestety podczas naszego spotkania dała mi tylko pański numer.- teraz tylko wystarczy słuchać. No proszę, jakoś to poszło. Czego właściwie się tak obawiałem? Ten Stauffenberg, wydaje się być w porządku. Nie to co Claus. Przez "przypadek" wpadł mi w ręce jego jeden list z początków kampanii wrześniowej. Chciałem go rozszarpać na strzępy, tylko do tej pory nie wiem czy najpierw list czy jednak Clausa.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wspomniałem o Melittcie. Jednak Stauffenberg nie dał po sobie zbytnio poznać że to wyprowadziło go z równowagi. Bynajmniej wiem gdzie ją poznałem. Jego kuzynka- Martine...ją pamiętam doskonale. Zbyt podobna do Celiny. A poza tym jakiegoś szokującego wyglądu to ona nie miała. Zmarszczyłem brwi, gdy wymienił nazwisko Hermanna. A Anwarden? Gdzieś już się z tym nazwiskiem spotkałem. Tylko gdzie?
    - Dziękuję że zechciałeś poświęcić mi swój cenny czas. Za kilka minut kończę służbę. Może ciebie odwiozę? Raczej ciepło nie jest.- zaproponowałem. Widać że pan hrabia nie lubi zimna. Ja wręcz przeciwnie. Uwielbiam takie syberyjskie klimaty. Chociaż może tylko przyzwyczajam się do tego co nieuniknione?
    - Czy Anwarden to jakaś twoja rodzina czy bliski znajomy? Bo mam takie wrażenie że kilka razy widziałem was na różnych bankietach.- musiałem zapytać. Ciekawość by mnie do końca zżarła nim dowiedziałbym się chociaż kilka godzin później.

    OdpowiedzUsuń
  11. [Możemy zrobić wątek taki trochę w retrospekcji. Może jakieś zapoznanie itp. a później przeieść akcję do okupowanej Polski, gdzie już oboje działają przeciwko Rzeszy.]

    OdpowiedzUsuń
  12. Od tamtego telefonu wiele razy zastanawiałem się, jak to wszystko zorganizować.Z jednej strony niby jestem ich krewnym przez matkę - dobrze, że ciotka Karoline utrzymywała kontakty z matką, przynajmniej mogę się na nią powołać - i mogę wejść do nich pod pozorem "odwiedzin kochanego kuzynka", ale z drugiej strony może to wydać się podejrzane (bo przecież nie mam żadnych interesów w Stettinie, powinienem zostać w Warschau)
    Co robić? Z pomocą wychodzi frau Weilschmidt, przekazując mi depesze dla dowództwa w Berlinie. Wprawdzie to nie po drodze, ale któż by się tym przejmował?
    Na granicy pada iście propagandowe "witamy w Tysiącletniej Rzeszy". Gdyby nie śnieg, zapewne zauważyliby pogardliwe skrzywienie warg i niebezpieczny błysk. Na litość boską, czy oni naprawdę nie widzą tego, że ta cała Tysiącletnia Rzesza za chwilę upadnie? Możemy wygrać jedną, dwie bitwy, ale nic poza tym! Nic poza tym!
    W Stettinie niesamowite poruszenie mimo śniegu. Ludzie snują się po ulicach, jakby na coś czekając. Ciekaw jestem, co się tutaj dzieje? W kawiarni siadam przy jednym ze stolików. Nieziemsko zabrudzony blat obraża moje gusta, ale udaję, że tego nie zauważam. Zerkam na zegarek: Stauffenbergowie mają tu lada chwila przyjść. Dobrze chociaż, że Nina została z dziećmi - gdyby przyszła z Clausem, naraziłaby się i to bezsensownie. A ja, Matthias Anwarden, nie znoszę bezsensownej śmierci ładnych kobiet (tu obowiązkowo muszę przypomnieć sobie Hannę i Inge, inaczej nie byłbym sobą). Zirytowany mieszam łyżeczką jakąś gorzką lurę, którą polska kelnerka nazywa chyba kawą. Jeśli to jest kawa, to równie dobrze Hitler byłby papieżem! Chociaż historia rodu Borgiów pokazuje, że i takie rzeczy są możliwe.
    Wreszcie! Ponad dziesięć minut spóźnienia - zatrzymała ich łapanka czy co? Alexander nie zmienił się; jasne włosy, ciemnoszare oczy, ot, typowy Niemiec. Ściskam mu dłoń, z Bertholdem i Clausem wymieniam lekkie uśmiechy i silne uściski. To dziwne uczucie, konspirować z dalekimi krewnymi, których przed wojną się nie zauważało...
    - Guten Tag, drogi kuzynku - czy ten idiota naprawdę musi być zjadliwy nawet w takiej chwili? W ostatniej chwili powstrzymuję się przed wylaniem mu na pusty łeb tej obrzydliwej "kawy". To nie czas na głupoty.
    -Claus, zlituj się i choć raz nie bądź sarkastyczny. Siadajcie, Berthold, Alex.-kwituję to powitanie z irytacją, wiedząc, że i tak mnie nie posłucha. Kelnerka podaje jeszcze dwie kawy. Hamuję drwiący uśmiech, widząc, jak wytworny brunet w wylakierowanych bucikach z trudem przełyka płyn o konsystencji błota. Nic dziwnego, nawet normalna kawa jest zbyt ohydna na jego szlacheckie gardło! Bertholdowi wydaje się to obojętne-pije to, co mu podano, i nie narzeka. Alex w ogóle nie pije kawy. Może to przez jego poglądy albo co.
    - Jeśli chodzi o te koperty z biżuterią, przywiozłem je i oddam Melittcie...
    Błyskawiczne spojrzenie na teczkę. Łyk ciepłego, acz budzącego zgorszenie sposobem, w jaki go przyrządzono, napoju. Jak to mawiał mój ojciec-samobójca, "nie ma to jak niewygodny pretekst do wygodnej rozmowy".
    -Nina i dzieciaki pozdrawiają-Berthold jak zwykle musi rozbroić atmosferę. Dobrze, że się stara. Obaj bracia wlepiają w niego oczy, jakby nie rozumieją, o czym mówi. Uśmiecham się lekko.
    -Ich też pozdrówcie. Wysłałem prezenty do Stauffen Berg.
    Niby taka konspiracja, a wyglądamy na normalnych krewnych spotykających się po służbie. Kolejne śnieżne płatki rozpłaszczają się na szybie, pozostawiając mokry ślad.
    -Przywieź kiedyś dziewczynki do Stauffen Berg. Nina będzie zachwycona, mogąc je poznać.
    -Jasne. Zrobię to z największą przyjemnością.
    Znowu przypomina mi się moja kwestia z rozmowy telefonicznej. "Nie, żebym podważał jego zaangażowanie", obaj wydają się siedzieć w tym dość głęboko, ale czy naprawdę to zrobią? Czekam na odpowiedź Alexa. Cokolwiek zrobi lub powie, i tak muszę do nich jechać. Na szczęście ohydna kawa się nie skończyła.

    OdpowiedzUsuń
  13. -A mam jakiś wybór?-uśmiechnęła się lekko, starając się nie panikować. W głowie zabrzmiało jej echo wyliczanki zasłyszanej od jednego z dzieci ulicy: "Ence, pence, ence, pence, ktoś polegnie na wojence. Ence, pence, małpa, panda, gdzieś wybuchnie kontrabanda." Siedzenia samochodu były takie miękkie i luksusowe...aż dziwne, że sobie przypomina takie rzeczy właśnie teraz, kojarząc je z ciepłem i wygodą! Roześmiała się cicho. Wreszcie dotarli na zamek. Berthold przywitał się z nią dość obojętnie i utonął w papierach dla marynarki wojennej; Melitta, wciąż nie wyprowadzona z błędu, witała się z nią jak najserdeczniej, ba, sugerowała jej nawet kawę. Kawę! Boże, jak dawno nie widziała prawdziwej, gorzkiej kawy, tej przedwojennej...Korzystając z tego, że Alexander zniknął w gabinecie ("jak zwykle zainteresowany bardziej starożytnymi eposami niż losami Rzeczy", skwitowała z ironią w myślach), spróbowała nawiązać przyzwoite kontakty z żoną pracodawcy. Udało jej się to chyba, skoro Melitta przedstawiła jasnowłosej sekretarce wszystkie dzieciaki oraz Ninę, swoją szwagierkę. Pani Schenk wzbudziła w Weronice podziw. Kto by przypuszczał, że w tak kruchej istocie tkwi tak silny duch?
    Wieczorem przyszła do Alexandra do sypialni. Melitta pojechała z Clausem na polowanie i nie wróciła, tak więc...
    -Alex?-spytała cicho. Nie otrzymała odpowiedzi; blondyn leżał na łóżku dziwnie nieruchomo. Wydawał się być...Martwy?
    -Alexandrze? Panie hrabio?

    OdpowiedzUsuń
  14. - To nic takiego.- powiedziałem uruchamiając samochód. Uwielbiam ten głos silnika Mercedesa. Powoli ruszyłem z miejsca. Po minięciu bramy oddzielającej moje miejsce pracy od reszty Warszawy, przyspieszyłem do odpowiedniej dla mnie prędkości.
    - Byłeś przed wojną w Polsce?- zapytałem- Ja się wychowałem na pograniczu z Niemcami. Po matce jestem Polakiem.- powiedziałem. Nie mam pojęcia dlaczego. Możliwe, że komuś musiałem zaufać. Ze stoickim spokojem wyminąłem inny samochód.
    - Co słychać u Clausa? Afryka mu się nie znudziła? - specjalnie jeszcze spojrzałem na niego przy kolejnym manewrze wymijania. Było to co prawda nieostrożne, ale chciałem go lekko nastraszyć. Zatrzymałem się przed podanym adresem. Kiedy Alexander chciał wyjść zatrzymałem go kładąc mu rękę na ramieniu.
    - Nie kontaktuj się z Krzyżową i z nikim kto jest w to zamieszany. Gestapo węszy. Rozumiesz? - przekazałem to o co prosił mnie pewien człowiek zamieszany w całe to spiskowanie (podobnie jak ja). - Ewentualny kontakt jest przeze mnie. Możesz mi pod tym względem zaufać.- uśmiechnąłem się tajemniczo a moje lekko zamglone oczy potęgowały efekt. Do tego jeszcze ta jakby wyuczona na pamięć formułka.

    OdpowiedzUsuń
  15. Po kilku dniach od spotkania z Alexandrem dostałem zawiadomienie o jakiejś akcji wymierzonej przeciw partyzantom. Ja wraz z moją grupą i grupą Schneidera mieliśmy otoczyć i rozbić grupę partyzantów. Rzecz wydawała się być prosta do wykonania. Jako, że słowo się rzekło dnia następnego stawiłem się ze swoimi ludźmi w wyznaczonym miejscu. Zrezygnowałem z oficerskiego płaszcza na rzecz wygodnej kurtki maskującej i munduru polowego. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu oprócz grupy Schneidera i jego samego zobaczyłem Alexandra.
    - Serwus Alexander.- powiedziałem- Co tu robisz?
    Na szczęście zaraz przyszedł Schneider z mapą i wytłumaczył co i jak. Dobrze że ja tego nie musiałem robić.
    - Dobra. Tylko powiedz swoim ludziom żeby chociaż dwóch było żywych. Trupy niewiele nam powiedzą.
    -Jasna sprawa Rommel. Wolałbym zginąć z ręki wroga niż z twojej, jeślibyś się dowiedział że wszyscy nie żyją. Wydam polecenia.
    Zostaliśmy sami. Teraz wypadałoby o coś zapytać, lub powiedzieć.
    - Jak z Clausem? Trzyma się jakoś? Mam nadzieję, że zastosowałeś się do mojego ostrzeżenia.
    Po odpowiedzi podszedłem do mojej grupy i czekaliśmy...
    Wtem usłyszałem jakiś dźwięk, jakby kroków, co najmniej kilku ludzi. Po chwili wyłoniła się grupa dziewięciu osób uzbrojonych w pistolety maszynowe. Gestem pokazałem, żeby się zbliżyli do partyzantów. Skinąłem głową na znak rozpoczęcia ostrzału. Sam przeładowałem MP40 i zacząłem strzelać do...do nich. Ile cała strzelanina mogła trwać? Maksymalnie dwadzieścia sekund, gdy poczułem ból na wysokości dwóch ostatnich żeber po prawej stronie. Prawdopodobnie tuż przed upadkiem i zorientowaniem się co się stało krzyknąłem. Ktoś mnie odciągnął, nie wiem dokładnie kto to był i ile trwało ciągnięcie mnie po śniegu. Zostawił mnie na miejscu zbiórki. Podszedł do mnie Alexander.
    - Wiesz jakie to wszystko jest popierdolone?- zapytałem uśmiechając się i kurczowo przyciskając ranę- Człowiek wie, że kiedyś umrze, czeka na śmierć a kiedy już przyjdzie stara się od niej uciec jak najdalej, jak to tylko możliwe.-uśmiech ciągle mi nie schodził z twarzy
    [Alexander mógłby podjąć się jakiejś próby ocalenia Martina, np. ze względu że ostrzegł go przed Gestapo ^^. Mam nadzieję że nie za wiele wymagam :D]

    OdpowiedzUsuń
  16. Zdobycie planów Niemców nie było dla mnie czymś trudnym. Nie robiłem tego po raz pierwszy. I na pewno nie po raz ostatni. Nie, kiedy było się takim szczęściarzem jak ja. Śmierć jakoś omijała mnie szerokim łukiem, kiedy już wydawać by się mogło, że to "ten moment". Że nie ma szans, że nie ma co ratować. Zawsze jakoś mnie to omijało.
    Dlatego też dowództwo stwierdziło, że nie zaszkodzi jak jeszcze raz wcielę się w oficera Abwehry.
    Z wielką niechęcią nosiłem ten mundur. Zawsze kiedy go ściągałem szorowałem całe ciało. Aż do krwi. Czułem się wtedy taki brudny.
    Dzięki zdobytym planom udało się idealnie zniszczyć plan wroga. Miny Niemców były wręcz nie do opisania. Wyglądali tak, jakby zobaczyli ducha. Ich reakcja była podobna.
    Później wraz z innymi mieliśmy wtargnąć do ich siedziby. Z tym też nie było trudności. Te korytarze przypominały te miesiące spędzone w tamtym roku. Aż splunąłem na ziemię.
    Kolejnym zadaniem było zastrzelenie jakichś tam szkopów. Tak więc tam poszliśmy. Krew się polała strumieniami. Niemcy darli się jak cholera. Ale niezbyt długo.
    Wszedłem do kolejnego gabinetu i zobaczyłem człowieka. Wystraszonego mężczyznę. Oddałem strzał, ale specjalnie chybiłem. Coś mnie złamało.
    - Udawaj, że jesteś trupem. - Powiedziałem czysto po niemiecku.
    - Wszyscy? - Zapytał Jurek.
    - Tak, wszyscy zabici. - Potwierdził mu Aleksy.
    - Jak u ciebie Adamski?
    - Żaden nie przeżył. - Skłamałem, po czym wyszliśmy. Nie widziałem sensu zostawać tutaj. Ale mimo wszystko poczułem się... "Jak się poczułeś? Lepiej? Na pewno? Zachowałeś się jak oni? Nawet i gorzej. Chcesz się na nich mścić. Mordować ich wsystkich po kolei. Ale czy wtedy nie staniesz się gorszy od nich?" - Moje sumienie się odezwało. - "Jest mi lepiej." - Próbowałem przekonać sam siebie. Jest mi lepiej. Tak po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  17. -Następnym razem mnie tak nie strasz-jęknęła, siadając z ulgą na krześle. Czy on musi za każdym razem...36 lat, a zachowuje się jak dziecko! Podążyła wzrokiem za jego zamyślonym spojrzeniem. Na niebie było wiele gwiazd, wszystkie jasne, zimne i całkiem normalne. Szkoda, że nie mogła tu dostrzec Krzyża Południa. Brat hrabiego musiał widzieć w nim przekleństwo walki nie za swoje ideały, ale za cudzą monomanię... Pochyliła się, włosy zasłoniły jej twarz. Przytłumiony sopran Weroniki zmieszał się z trzaskiem ognia w kominku, pohukiwaniem sów, kapiącym woskiem z topiącej się świecy na półce. Chyboczące się, migotliwe światło padło na sekretarkę i leżącego na łóżku pracodawcę.
    -Gute Nacht, herr Stauffenberg -wyszeptała. Po chwili świeca zgasła. Zapadła cisza, mącona jedynie krokami Weroniki i Melitty.

    OdpowiedzUsuń
  18. Rankiem obudziła się już we własnym pokoju. Dłuższą chwilę jej zajęło, nim przypomniała sobie, gdzie właściwie jest. Niech szlag trafi Stauffenbergów i ich pomysły! Czemu zawsze musiał wymyślać takie szaleństwa? Omal nie wpadła wczoraj na Melittę Schenk, a skandal był jej zbędny. Zdecydowanie nie powinna była wczoraj iść do sypialni Alexandra.
    Krzyż Południa był taki piękny-pomyślała z dziwną mieszanką litości i zachwytu. Dobrze, że do niczego nie doszło...Ubrała się, doprowadziła do porządku, po czym zeszła na śniadanie. Nina próbowała karmić dzieci, Melitta nalewała kawę. Wydawała się zachoywać spokój, a nawet być skupiona tylko na optymistycznych myślach. Kątem oka zarejestrowała ironiczny uśmiech Alexandra i śmiech Bertholda. Czyżby ubrała się niestosownie? Nadal przywiązywali wagę do tych bzdur? Siadła do stołu i sięgnęła po swoją filiżankę. W tej chwili w holu zadzwonił telefon.
    -Odbiorę-zaoferowała się jako wzorowa sekretarka. Nikt nie wyraził sprzeciwu, więc po chwili powiedziała do słuchawki urzędowym, spokojnym sopranem:
    -Rezydencja Stauffenberg, z kim mam połączyć?

    OdpowiedzUsuń
  19. [Dzięki, że zaczęłaś ;)]

    - Słucham?! – wyrwało mu się, było widać, że jest zdezorientowany. W zwykłych okolicznościach prawdopodobnie nie dałby się tak łatwo podejść. W zwykłych… Dziś wszystko toczyło się nie tak, jak powinno. Myślami był z jednej stronie przy telegramie od Gerdy, martwił się że Ilse jest chora, że żona straciła pracę, bo zatrudniono jakąś zaprzyjaźnioną z kim trzeba Austriaczkę, a panieńskie nazwisko Gerdy znów się komuś nie spodobało. Z drugiej, spokoju nie dawała mu sprawa Johanna. Znał tego chłopaka. Ideologicznie poprawny to on nigdy nie był, ale żeby z bolszewikami… Nie. Nie wierzył w to. Za cholerę w to nie wierzył, ale nie miał nic, co mogłoby udowodnić niewinność podkomendnego. Słowo przeciwko dowodom. – Człowieku, czego ty ode mnie chcesz?! Co ty bredzisz, jaki donos? – głos miał ochrypły, ale nie przerażony. Raczej wściekły. Miał ochotę oddać. Wielką ochotę, spotęgowaną ostatnimi niepowodzeniami, jakby danie komuś w mordę mogło sprawić, że tamte sprawy się rozwiążą. Albo przynajmniej, że poczuje się lepiej.
    Zimny dotyk lufy przytkniętej do skroni natychmiast usadził go na miejscu. Przełknął ślinę.
    - Zwariowałeś.
    -„Nie udawaj i się nie wypieraj”.
    - Nie mam pojęcia o czym mówisz.
    „Powiedz wszystko, co wiesz, chyba że wolisz, by małe ptaszki zaśpiewały niektórym pieśń o Ilse i Gerdzie. Doniosłeś na nas, czy nie?”
    - Tylko spróbuj, a trafisz na front wschodni – wycedził. – Zabij mnie, idioto, jasne, ale i tak ktoś to załatwi. W Rzeszy. Tkniesz je, a zostaniesz tarczą strzelniczą dla bolszewików. – Początkowy strach do szczętu wyparował, ustępując miejsca zimnej furii. Jemu mógł grozić. Mógł go zmieszać z błotem, nawet zabić, ale od jego rodziny wara. Bodaj za wszelką cenę. – Na nikogo nie donosiłem – stwierdził lodowato. – A teraz opuść broń, zanim ktoś zobaczy, jak bardzo ci odbiło. - Miał gdzieś, że jest starszy stopniem i że to hrabia. Dziś Stauffenberg mógł być nawet świętym tureckim, dla Wartenburga nie miałoby to najmniejszego znaczenia.

    ~ Otto von Wartenburg

    OdpowiedzUsuń
  20. Wątpię, pomyślał, ale nie powiedział tego na głos.
    Zmarszczył brwi, czytając meldunek. O cholera. Przygryzł wargę. Podpis należał do Johanna, temu nie mógł zaprzeczyć. Przeczytał raz jeszcze, starając się nie dopuszczać do siebie emocji, ocenić wszystko na chłodno, logicznie.
    Spojrzał Stauffenbergowi w oczy.
    - On by tego normalnie nie podpisał. Ktoś musiał go wrobić, zmusić albo nie wiem co, ale on by tego z własnej woli nie napisał – głos Wartenburga ze zdenerwowania z wolna przechodził w spokojne nuty, jak zwykle, kiedy był czegoś całkowicie pewien. – Znam go od 39’. Dwadzieścia cztery godziny na dobę, w czasie partoli, w koszarach i w trakcie walki. Nie znam drugiego człowieka, który tak nienawidziłby bolszewików. Nie wiem, co tu zaszło, ale się dowiem. Musiał łazić za tobą w trakcie przepustki, inaczej zwróciłbym na to uwagę. Samo to, że nagle zaczął się mieszać w czyjekolwiek sprawy… - urwał. Dziwne to wszystko. Niepokojące. Ale… Johann agentem? Uwierzyłby w jego współpracę z polską partyzantką, z Anglią czy Francją… ale nie z ZSRR. To oczywiste, że szpieg by się maskował. Udawał, że nic go nie łączy z danym krajem, organizacją, ludźmi. Ale szpieg nie uśmiechałby się, widząc transport radzieckich jeńców, gdyby wiedział, dokąd jadą. A Johann wiedział. Otto do tej pory pamiętał nienawiść, jaką widział wtedy w jego oczach.
    - Pewnie cię tym nie przekonam, ale… Też mam żonę. Wiem, co to znaczy i dlatego, przede wszystkim dlatego, nigdy nie doniósłbym na twoją. Mogę ci pomóc znaleźć skurczybyka, który tym kieruje. Ruszę wszelkie kontakty, jakie mam, a ty zrobisz dla mnie w zamian jedną rzecz. Przypilnujesz, żeby te półgłówki z gestapo nie zatłukły Johanna, zanim czegokolwiek się dowiemy. Moim zdaniem oboje, i Johann i twoja Melitta są dla kogoś bardzo niewygodni. Zgadasz się? – Możliwe, że proponując współpracę popełniał właśnie najgorszy (i ostatni) błąd w swoim niebyt długim życiu, ale nie potrafił i nie chciał czołgać się przed drugim człowiekiem. Mimo różnic, jechali teraz na tym samym wózku. Obaj ostali wplątani w coś, na co przynajmniej na chwilę obecną nie mieli wpływu.

    ~ Otto von Wartenburg

    OdpowiedzUsuń
  21. [Hej, hej, dziękuję za miłe powitanie :) Jak tylko zapoznam się całościowo z eventem i będę mieć jakieś pytania - śmiało się do was zgłoszę.
    Pomysł na wątek jak najbardziej mi się podoba. Jakkolwiek by to źle nie zabrzmiało, mogłabyś zacząć? Trochę boję się, że coś schrzanię z początkiem, bo szczerze mówiąc jest to mój pierwszy niefantastyczny grupowiec i dopiero wczuwam się w klimat :D]

    Thomas

    OdpowiedzUsuń
  22. Stauffenberg mówił coś do mnie. Coś o nie umieraniu…o opatrzeniu rany. Nie wiem, czy chce mnie podtrzymać na duchu, czy coś podobnego, ale ja pogodziłem się z moim ewentualnym losem.
    - Rozumiem.- mruknąłem słabo i wciąż kurczowo ściskałem ranę, jakby to miało mi pomóc. Krew sączyła się pomiędzy palcami; była taka ciepła. Spojrzałem na moją rękę, była ubrudzona krwią i blada, niemalże biała. Słabo się uśmiechnąłem…na myśl przyszła mi flaga Rzeczypospolitej…dziwne to. Umieram w niemieckim mundurze z myślą o Polsce. Mój wzrok skierował się ku niebu, nie wiem dlaczego ale przypomniał mi się dzień, w którym świętowaliśmy mój najnowszy reportaż i podpisanie umowy z jedną z najlepszych polskich gazet. To były piękne czasy, życie wydawało się być prostsze, mniej okrutne. Miałem wrażenie, że jestem niemalże nieśmiertelny, że nigdy nie będę działał przeciw swoim zasadom. Teraz kilka lat później, wiem że moje życie wtedy było cudowne. I to nawet nie chodzi o to, że byłem młodszy. Wtedy działałem według własnych zasad, miałem na uwadze innych…
    Moje ciało zwaliło się na ziemię. Cicho jęknąłem z bólu.
    - Zostaw…już chyba raczej mi nie pomożesz.- powiedziałem cicho. Nie chciałem co prawda dopuszczać do siebie wiadomości, że umrę w samotności, ale też nie miałem zamiaru przedłużać swojej agonii. Nie chciałem już cierpieć, nie chciałem już więcej zabijać Polaków. Nie chciałem po raz kolejny zakładać niemieckiego munduru.
    Moja ręka powoli i jakby ociężale powędrowała do kabury, w której bezpiecznie sobie był mój pistolet. Jednak w połowie drogi zatrzymała się i spoczęła na ziemi jakby opadła z sił.
    - Alex…jeśli umrę to…powiedz mojej siostrze żeby…- mówienie sprawiało mi coraz większą trudność- Zresztą…ona wie…- zakończyłem. Bo co miałby jej powiedzieć? „Twój brat poległ w walce z polskimi bandytami”, a może: „Martin zginął ku chwale Trzeciej Rzeszy”. W obu przypadkach brzmi to idiotycznie. Jednak wiem jedno…umieram jak kawał skurwysyna. Ale czy nim nie jestem strzelając do Polaków? Do swoich, jakby na to nie patrzeć rodaków.
    Jakie to niebo jest piękne. Cała sytuacja jest groteskowa. Zachwycam się niebem, zamiast robić rachunek sumienia. Jeszcze nie jest ze mną tak źle, abym zaczął się nawracać.
    - Dziękuję i przepraszam…- wybełkotałem w stronę Alexandra. Chciałem go przeprosić za pewną sytuację jaka miała miejsce podczas naszego pierwszego spotkania w moim gabinecie. Chciałem dokończyć jednak język odmawiał mi posłuszeństwa i nie dokończyłem myśli.

    OdpowiedzUsuń
  23. Plotka o tym, że w szeregach nazistowskich organizacji znajduje się szpieg, rozeszła się niesamowicie szybko. Pewnie równie szybko ktoś rozprawiłby się z nim, gdyby nie to, że używał dość nietypowych szyfrów. Kto koduje wiadomości poezją? Niemniej jednak nie było sensu protestować, gdy zostałem przydzielony do pomocy w zajęciu się tym. Czy znałem się na poezji? Niespecjalnie. Mimo wszystko interesowałem się szyfrowaniem sam z siebie, zwłaszcza w czasach Hitler-Jugend.
    Głos dochodzący zza drzwi po zapukaniu nie należał do najprzyjemniejszych, ale czas spędzony na pracy w obozach koncentracyjnych pozwolił się do tego przyzwyczaić – tam również przełożeni byli bardzo zajęci i opryskliwi. Zaraz po wejściu zasalutowałem. Pogarda na twarzy i chłód w oczach niespecjalnie mnie przeraził, zwłaszcza gdy mężczyzna wyraźnie podkreślił swój tytuł. Musiał być niesamowicie do niego przywiązany i przebywanie z kimś niższego pochodzenia, a co dopiero rozmowa, mogły być dla niego istną katorgą.
    - Untersturmführeh Thomas Jäger. Przydzielono mnie do pomocy w poszukiwaniu szpiega. – rozejrzałem się po gabinecie, z przyzwyczajenia. – Z czystej ciekawości, czy plotka, że wiadomości są pisane poezją, okazała się jednak prawdą?
    Nadal stałem spokojnie w okolicy drzwi. Strach wejść głębiej, gdy ktoś patrzy na ciebie takim wzrokiem.
    - Domyślam się, że wolałby pan nad tym sam pracować. Chciałbym tylko z czystej ciekawości rzucić na pismo okiem, zupełnie nie wtrącając się w pana kompetencje. Jeśli jednak potrzebowałby pan czegoś, coś należało by przynieść – jestem całkowicie do dyspozycji. – w głównej mierze przemawiał przeze mnie szacunek. Każdy wiedział, że facet, który przegląda teraz dokumenty, jest dobrze wykształcony, z dobrej rodziny i gdyby nie wojna na pewno zostałby jakimś sławnym profesorem czy coś w ten deseń. Miał do tego doskonałe predyspozycje.

    Thomas

    OdpowiedzUsuń
  24. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  25. Dzień był paskudny. Z nieba lały się strugi zimnej, mętnej wody, świat wydawał się szary i zamglony, jak nieudany obraz impresjonisty, który zapomniał o innych barwach. Brudne uliczki napawały wstrętem. Wilgoć wyziębiała ciało, wsiąkała w mundur, sklejała włosy. Otto nienawidził takich dni. Najchętniej zaszyłby się w jakimś ciepłym i w miarę spokojnym miejscu, najlepiej takim, w którym można posłuchać dobrej muzyki i na chwilę zapomnieć, co się wyrabia wokół… Omal nie parsknął z politowania nad własnymi mrzonkami. Na pobyt w tego typu lokalach ostatni raz stać go było jeszcze w Hamburgu, przed wojną. Skończyły się zlecenia na artykuły, zaczęła się bieda… czy może raczej przeciętnie pieski los typowego gefreitera, tym bardziej cierpki, im wyraźniej ktoś wymawiał arystokratyczne „von” przed jego nazwiskiem.
    - Przepraszam, że przeszkadzam. W tym samym miejscu i o tej samej godzinie co ostatnio. To nie jest rozmowa na telefon. – Otto zdawał sobie sprawę, że tego typu wypowiedzią pogarsza swoją sytuację, ale w świetle tego, czego się dowiedział, wolał nie ryzykować i nie podawać jakichkolwiek konkretów.
    ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
    - Gestapo podsłuchuje twoje rozmowy telefoniczne – powiedział, gdy tylko znaleźli się w miejscu, w którym nikt nie mógł ich usłyszeć. Mogło się to wydawać dziwne, ale chciał pomóc. Rozumiał sytuację, a fakt, że w sprawę uwikłany był także ktoś z jego drużyny, dodatkowo motywował go do działania. - Przypuszczalnie od tygodnia. Sprawą zajmuje się niejaki Wanke, Gruppe „IV A”, referat A-3, . Przynajmniej tak twierdzi jego asystentka. - Panna Bieler była znajomą rodziny Wartenburgów jeszcze sprzed wojny. Otto nie ufał jej za grosz, ale aż za dobrze wiedział, czego się po niej spodziewać. Zaślepiona dwiema namiętnościami: aż nazbyt widoczną owczą miłością do Schenka i (w dokładnie takiej kolejności) służbą Fuhrerowi, była przewidywalna jak ostatnie wiadomości ze szczekaczek.
    Przez chwilę się zawahał, ostatecznie przed wojną uznałby coś takiego za świństwo… Właśnie, przed wojną. Westchnął. On ma dylemat, a Bieler bez mrugnięcia okiem doniosłaby na niego, gdyby tylko mogła się w ten sposób przysłużyć Rzeszy.
    – Chyba powinieneś się z nią umówić. Jest głupia jak but i szaleje za tobą, a przez jej ręce przechodzi wszystko, co istotne w referacie Wankego. Oprócz tego… - wyjąłem zwyczajnie wyglądającą kopertę i podałem ją Alexandrowi. – Odpis ze wszystkiego, co mają na Melittę. Donosy były łącznie trzy, ale tylko jeden z podpisem Johanna. Nie pytaj, skąd to mam. Jak ktoś się dowie, pozostanie mi zazdrościć podludziom – skrzywił się. Tego typu papiery były ostatnim, do czego dano by mu dostęp. – Udało się coś zdziałać w sprawie przesłuchań? Ten… Anwarden, jaki on jest?

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  26. - To pan hrabia potrafi kląć? Miałeś jakieś specjalne lekcje od tego, czy za długo przebywałeś z pospólstwem mojego pokroju?- zapytałem lekko się uśmiechając- I tak rozumiem. Postaram się wykonać rozkaz.- z dyscypliną było u mnie ciężko, ale zawsze mogę kopnąć w kalendarz w szpitalu. Nawet chyba wolałbym w szpitalu. Nagle chwycił mnie napad kaszlu. Przekręciłem głowę i zakaszlałem, z ust pociekła mi krew. Leżałem teraz tak sobie z przekrzywioną głową, bo nie miałem ani siły ani ochoty, aby wróciła na swoje poprzednie miejsce. Może Pervitin by mi pomógł? Ale czy jeśli zażyję te tabletki, to, czy nie pomyśli, że jestem uzależniony? Chociaż z drugiej strony, łagodzi ból, a mam wrażenie, że rana boli mnie coraz bardziej.
    - Alex…Dlaczego ratujesz mój tyłek? Przecież…wiesz, podobnie jak…większość oficerów kim jestem. Mógłbyś powiedzieć, że wykrwawiłem się…i uniknąłbyś konsekwencji, w postaci plutonu.- wymamrotałem. Coraz gorzej mi się oddychało, i coraz gorzej widziałem. Obraz powoli stawał się nie ostry. Czyżbym powoli odchodził? Jeśli tak, to gdzie ten słynny tunel ze światełkiem na końcu? Albo święty Piotr witający przybysza? No w moim przypadku to na biblijne niebo nie mam co liczyć. Tylko piekło wchodzi w grę. Pozostaje natomiast kwestia sporna jak długo będę się tam smażyć.
    - Chyba mam omamy słuchowe…samochód słyszę…-mruknąłem lekko się uśmiechając. Zamknąłem oczy ze zmęczenia, nie miałem już siły nawet na to aby zmusić się do tego aby utrzymać powieki w górze. Nie miałem powoli na nic siły. Chciałem aby to wszystko się skończyło. Obojętne w jaki sposób, wszystko mi jedno, czy będzie łzawa scena, czy typowy obraz wojny. Miałem to gdzieś. Zdałem sobie sprawę, że po raz kolejny kaszlę krwią. To raczej nie jest dobry znak.
    - Na nagrobku chcę mieć napisane: „Był, żył i umarł”. To takie głębokie jak kałuża na pustyni.- mruknąłem ostatkiem sił. Zapewne mogłem wymyślić coś lepszego, ale jednak. Rommel to Polak, a Polak to wariat.

    OdpowiedzUsuń
  27. Usłyszałem jakieś pijackie śpiewy. Przemknęło mi przez myśl, że z Wernitzem to nie mamy takiego repertuaru. W sumie to my po pijaku to nie śpiewamy, my zasypiamy na stole, albo na podłodze. Zależy jak bardzo nas poniesie i gdzie jesteśmy.
    Syknąłem z bólu kiedy ten pijany volksdeutsch mnie opatrywał. Siliłem się na to aby mieć lekko otwarte oczy jednak słabo mi to wychodziło.
    Strzały? Alexander zastrzelił tych ludzi? Nie spodziewałem się tego po nim…Myślałem, że nie byłby do tego zdolny. Pomyliłem się co do niego.
    - A ja klnę niemalże od urodzenia.- mruknąłem i wysiliłem się na słaby uśmieszek.
    *****
    Obudziłem się jakoś chyba wieczorem. Nie wiem bo było już dosyć ciemno na niebie. Wodziłem przez chwilę zmęczonym wzrokiem po pomieszczeniu. Nie był to szpital, ani nawet moje mieszkanie. Gdzie ja do cholery jestem? Ktoś szedł prawdopodobnie w moim kierunku.
    - A więc to tak sobie pan hrabia żyje.- powiedziałem z niejakim podziwem w głosie- No całkiem ładnie.
    - Zapewne jestem blady jak szpitalna ściana.- mruknąłem cicho. Było mi słabo i w ogóle nie najlepiej się czułem.
    - Dziękuję jeszcze raz. Normalnie powiedziałbym, że sobie już pójdę, ale nie jestem w stanie zrobić najmniejszego koku.- powiedziałem. Jakoś dziwnie się czułem u niego. Tym bardziej, że w kieszeni od munduru mam tubkę z Pervitinem. Była w połowie pusta, albo w połowie pełna. To zależy z jakiego punktu się patrzy. Nie chciałbym aby sobie coś o mnie pomyślał, że jestem jakimś narkomanem, ja nie jestem nawet w najmniejszym stopniu od tego uzależniony. – Zawsze można zadzwonić po mojego adiutanta- Hazerskiego, to mnie przewiezie do szpitala.- powiedziałem. Mojej siostry nie było w Warschau, obecnie razem z mężem i dzieckiem byli w Berlinie w odwiedzinach u ojca. Przez chwilę zastanawiałem się jak bym sobie poradził w domu sam. W szczególności, że ledwo mówię i w ogóle wyglądam jak wszystkie nieszczęścia razem wzięte. Nie jestem nawet w stanie podnieść się na łokciu aby mieć lepszy widok. Ta rana strasznie mnie bolała.

    OdpowiedzUsuń
  28. Kiedy usłyszałem, że ma zamiar dzwonić do Inge momentalnie podniosłem się do siadu.
    - Niech cię ręka boska broni przed dzwonieniem do niej.- powiedziałem i skrzywiłem się z bólu. To nie było rozsądne Martinie.- Poza tym nie mam zamiaru patrzeć na mojego szwagra, co niechybnie by tym poskutkowało. Chyba każdy oficer wie jakie mamy ze sobą relacje.- wywróciłem oczami. Przecież bylibyśmy w stanie się pozabijać się kostką szarego mydła.
    Dopiero teraz zauważyłem, a właściwie poczułem, że w pomieszczeniu pachnie kwiatami. Pierwsze o czym pomyślałem to mały dworek szlachecki w okolicach Jędrzejowa, należący do moich krewnych. Latem i wiosną było tam pięknie. Wszędzie były jakieś kwiaty, w niedalekim lasku zwierzyna, na którą polował dziadek z wujem… W drugiej kolejności pomyślałem o Herrlingen- posiadłości stryja. Tam też było ładnie. Uśmiechnąłem się słabo, jednak z niejaką radością i błogością wymalowaną na twarzy.
    - Ach no tak. Przecież dostał urlop…- westchnąłem. Jak ja mogłem o tym zapomnieć?- Mogę zostać sam. Poradzę sobie.- oparłem się wygodniej. Mimowolnie jednak skrzywiłem się z bólu.- Ja jestem w stanie przebiec maraton i go wygrać.-rzuciłem lekko. Oczywiście było to chyba największe kłamstwo na jakie wpadłem, biorąc pod uwagę to, że ledwo mówię i jestem blady jak ściana.
    Przyćmione światło lampki nadawało charakteru temu pomieszczeniu. Wszystko wyglądało tak…inaczej. Przez krótki moment wodziłem po łbach dzikich zwierząt, na chwilę zatrzymałem wzrok na potężnej półce, która uginała się pod książkami. W moim mieszkaniu, tym w Sosnowcu swego czasu też miałem sporo książek. Książki uwielbiałem…wszyscy się dziwili, że swobodnie mówię o literaturze, bo nie wyglądam na takiego, który czyta coś innego oprócz porannej gazety. Jednak pozory potrafią mylić. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Alexandra. Pervitin? Czy on coś podejrzewa? Czy myśli że się wydam jednym nieopatrznym słowem? Nie ze mną te numery Stauffenberg.
    - Pervitin?- zapytałem udając zdziwienie.- Nie. Dlaczego miałbym chcieć?- uniosłem pytająco brew. Tak naprawdę to chciałem…bardzo chciałem zażyć Pervitin. Poczuć ten smak na języku…albo wciągnąć jedną malutką kreskę. Jednak nie teraz, jeszcze nie teraz.
    Mimo, że najzupełniej nie miałem ochoty na jedzenie, to przemogłem się i pochwyciłem jedną z kanapek, które przed mną stały. Po nie długiej chwili na talerzu nic nie zostało, kończyłem picie herbaty, kiedy zadzwonił telefon. Myślałem, że Alexander pójdzie odebrać, jednak zrobiła to za niego ta Polka.
    - Czym sobie zasłużyłem na takie luksusy?- zapytałem, kładąc się. Byłem cholernie zmęczony.- Prawdziwa szynka, herbata cukier…- począłem wymieniać. – Jestem zmęczony.-powiedziałem a oczy same mi się zamykały.
    *****
    Obudziłem się rano z krzykiem, oblany zimnym potem. Znowu koszmary. Dlaczego akurat teraz? Dlaczego znowu to musiał być Nankin?
    - Kurwa.-mruknąłem po polsku. I otarłem spływającą łzę. Próbowałem jakoś uspokoić swój oddech. Co mi słabo wychodziło. Dopiero po chwili zdecydowałem podnieść się do siadu. Podczas wykonywania tej czynności zauważyłem siedzącego Alexandra.
    - Mogłeś mnie obudzić.- mruknąłem jakby z wyrzutem. Zobaczyłem, że opatrunek jest przesiąknięty krwią.- Pięknie…no po prostu kurwa pięknie.- wymruczałem po polsku i wymownie spojrzałem na opatrunek.- Masz może jakieś bandaże?

    [To się rozpisałem :)]

    OdpowiedzUsuń
  29. [A masz może jakiś zarys na wątek? No i mogłabyś w końcu odpisać Michałowi ;)]

    OdpowiedzUsuń
  30. - Anna, czy ty przypadkiem nie przesadzasz? Nic mi nie jest.- zapewniałem. Jednak na nic się to zdało. Dobrze, że Alexander zdecydował się wkroczyć do akcji. Normalnie jak na wyższe sfery jest w porządku.
    - Hazerski. Jak ja cię palne w ten durny łeb, to się jak licznik od wody zakręci.- zagroziłem.- A poza tym to nic mi nie jest, trochę mnie poharatało tylko.
    - Ah jo. A to to komar zrobił.- powiedział po czym zabrał mnie do domu. Zdążyłem jeszcze podziękować Alexandrowi za wszystko.
    *****
    Po niecałych czterech dniach od momentu opatrzenia mnie przez Stauffenberga wróciłem mimo sprzeciwu: Hazerskiego, panny Güntschow, mojej siostry a także pułkownika Kocha do pracy. Zaryzykowałbym nawet stwierdzeniem, że pies spoglądał na mnie jak na idiotę. Ale przecież już czułem się dobrze, więc nie było sensu siedzieć w domu.
    - Martin tyś to jednok durny jest. Synek jo ci żem godał, lekorz tyż. Ni możesz pracować.
    - Mogę, Hazerski, mogę. Nawet muszę.- powiedziałem idąc korytarzem. Stukot dwóch par podkutych butów rozlegał się echem po posadzce. Pod pachą niosłem jeszcze swoiste podziękowania dla hrabiego. Hazerski na szczęście nie szedł dalej za mną, chyba zorientował się, że już nic nie wskóra.
    Zapukałem do gabinetu Stauffenberga. Nie czekając dłużej na zaproszenie nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Nawet chyba nie usłyszał pukania, pogrążony bez reszty w jakiś papierach.
    - Guten tag, herr graf.- powiedziałem i zbliżyłem się do jego biurka.- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi…- przez chwilę zezowałem na akta.- Przyszedłem podziękować za uratowanie mi skóry. Porządnie podziękować. Myślę, że pięciomarkowe kubańskie cygara i dwudziestopięcio letnia szkocka wynagrodzą panu hrabi babranie się w mojej krwi.- prawy kącik ust nieznacznie podniosłem ku górze. Zezowałem na akta. Uśmiechnąłem się słabo widząc jakiś archiwalny egzemplarz jednego z mich artykułów.
    - Od kiedy to interesujesz się starymi artykułami?- chwyciłem wycinek i aż łza w oku mi się zakręciła. Przeniosłem wzrok na akta.- I chyba istnieje lepsza metoda szyfrowania niż pisanie według artykułu napisanego przez jednego z największych idiotów jaki chadzał po ziemi.- wzruszyłem niedbale ramionami. Zrobiłem w tył zwrot, już miałem wychodzić, kiedy odezwałem się do Alexandra.- Wiadomość, brzmi: Jutro na krakowskim o osiemnastej. Miej przy sobie gazetę, czekaj przy „Zygmuncie”.- westchnąłem cicho.- „Zygmunt”, tu chyba chodzi o kolumnę Zygmunta.- powiedziałem mimochodem. Szyfr był dosyć prosty wystarczyło dopasować litery do słów w pierwszym i ostatnim akapicie tekstu.- Mam nadzieję, że pomogłem. Jeśli coś byś potrzebował, to jestem w swoim gabinecie.- wyszedłem i zamknąłem za sobą drzwi.
    Po kilku minutach do drzwi mojego gabinetu rozległo się pukanie.
    - Wejść.- powiedziałem i podniosłem wzrok znad akt. Zdziwiłem się widząc Alexandra przed sobą.- Coś się stało?

    OdpowiedzUsuń
  31. W sumie to nie wiem jakim cudem dostałem zaproszenie na to przyjęcie. Nie byłem nikim ważnym. Nie miałem też jakiegoś oficerskiego stopnia. BYłem sobie ot takim zwykłym szeregowym. Dlatego też zdziwiłem się, kiedy dostałem to zaproszenie. Nie miałem ochoty tam iść. Niezbyt dobrze czułem się wśród nich. Ale Elsa mnie namówiła. Zaoferowała także, ze pójdzie tam razem ze mną. W końcu przecież było tam napisane, że "z osobą towarzyszącą". No to jak tak to tak.
    - Nadal nie uważam tego za dobry pomysł. - Stwierdziłem z przekąsem, spoglądając na Elsę. Wyglądała bardzo ładnie w tej sukience. Ja sam zaś byłem odpalantowany jak szczur na otwarcie kanałów.
    ***
    Przyjęcie było bardzo okazałe. Jednakże po jakimś czasie zaczęliśmy z Elsą nudzić się.
    - Zróbmy dziś coś szalonego. - Szepnęła mi Aretz.
    - Ale Elsa...
    - No chodź zrobimy to. - Uśmiechnęła się szeroko do mnie. A pal go licho, niech jej będzie. Przeszliśmy gdzieś dalej.
    - Jaki jest plan? - Zapytałem.
    - W kuchni mają lody. - Widziałem jak zaświeciły się jej oczy. Nie trzeba było mnie długo namawiać. Udało nam się te lody podebrać i uciec sobie gdzieś w zaciszny kącik. I tak sobie pałaszowaliśmy te lody, znaczy się nie wszystkie, kiedy usłyszeliśmy podniesiony głos hrabiego. Elsa momentalnie schowała się za mnie.
    - My... My przepraszamy. - Powiedzieliśmy niemalże chórem niczym dwa skarcone dzieciaki. - Myśmy nie chcieli.
    Elsa wysunęła głowę zza moich pleców, kiedy usłyszała o swoim ojcu. Ścisnęła mocniej mnie za ramię.
    - Szybko się zorientował, że mnie nie ma. - Odpowiedziała. - Ale ja do domu nie wrócę panie hrabio. A jeżeli mnie tam odeślecie to... To znowu ucieknę. Schowam się tak, że mnie nie znajdziecie. - Niemalże płakała.

    OdpowiedzUsuń
  32. Przez cały czas milczałem. Chyba to było lepsze niż walnięcie jakiejś głupoty. Chociaż głupotą to mogłem nazwać to, że dałem się namówić na ten idiotyczny pomysł z tymi cholernymi lodami. Ale ja jak zwykle dałem się namówić. "Zobaczysz, będzie fajnie"- mówili. Taaa, "fajnie" to dopiero będzie jak mnie za te cholerne lody do Frankfurtu odeślą. A wtedy to nawet święty Boże nie pomoże. Chociaż z drugiej strony, to czy by chcieli mnie tam znowu wysłać tylko za jakieś głupie lody? Litości... Przecież gorsze rzeczy na tym świecie się działy i jakoś nikt nic na to nie mówił.
    Cisza jaka nastała była dosyć nieprzyjemna i niepokojąca. Taka jakby to określił poeta - cisza przed burzą. Jeżeli trzeba będzie to odkupię temu hrabiemu te lody. Na całe szczęście ciszę przerwało wejście jakiejś kobiety, która wezwała gospodarza na jakieś przemówienie.
    Stanęliśmy na tyle, gdzieś pod ścianą. Raczej udawaliśmy, że słuchamy tego przemówienia. Szczerze powiedziawszy to już miałem dosyć tej burżuazyjnej szopki. Przystąpiliśmy do tańca. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że byliśmy drugą parą. Tuż zaraz pod Schenkach.
    - Cesare, a co będzie, jeżeli odeślą mnie do domu? - Zapytała mnie cicho Elsa.
    - Nie odeślą. Coś wymyślę. - Odpowiedziałem.
    - Ale na pewno?
    - Na pewno. - Ścisnąłem jej dłoń.
    - A kochasz ty mnie?
    - Elsa, raz ci już to powiedziałem. Jak coś się zmieni to ci powiem o tym. - Raczej trudno było u mnie o romantyczność po tym co przeżyłem. Ale przynajmniej się starałem.
    - Ja ciebie też kocham. - Przytuliła się do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  33. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  34. Mecz był dobry. Dortmund wygrał trzy do zera, a jedną z bramek zdobył młody Kehl. I to jeszcze w przeciągu pierwszego kwadransa meczu. Później dwie bramki dołożyli kolejno Jan i Henryk- dwaj Polacy, grający w klubie. Piękne i pewne zwycięstwo nad Hannoverem. TO się chwali. Kiedy mecz się skończył podziękowali swoim kibicom. Jak nigdy nie zawiedli.
    Curt podbiegł pod trybunę, gdzie siedzieli jego rodzice oraz wujek.
    - Widzieliście jak strzeliłem gola?- pytanie było trochę idiotyczne, ale no cóż... Radość robiła swoje.
    - TO był bardzo dobry mecz Curt- ojciec potargał chłopcu blond włosy dłonią.
    - Ale pamiętaj, że z tego chleba jeść nie będziesz- matka trochę próbowała ostudzić jego entuzjazm.
    - Oj tam siostrzyczko, daj się chłopakowi nacieszyć tym- Lucas uśmiechnął się szeroko do siostrzeńca.
    - Właśnie mamo, wujek ma rację- zaśmiał się chłopak- Przepraszam na chwilę- powiedział, podchodząc do znajomego- Dzień dobry panie hrabio- Curt przywitał się wesoło- Jak dzionek mija? Mam nadzieję, że mecz się panu podobał. Panu i pańskim towarzyszom- przywitał się także i z nimi- Może zechcielibyście wpaść do nas na obiad? Mama przygotowywała coś od rana pysznego w kuchni- zaprosił ich. U Kehlów rzadko kiedy czegoś brakowało. Zawsze wszystkiego było w nadmiarze. To tak "w razie gdyby" ktoś niespodziewany miał do nich wpaść.


    [Wybacz, że tak późno, ale zdawało mi się, że dodałam odpis. Najwidoczniej się nie dodał :( ]

    OdpowiedzUsuń
  35. [Witam! Bardzo mi się to podoba i Valentin mógł być świadkiem podczas ślubu Melitty i Alexandra (bo tak przynajmniej zrozumiałem, że x lat temu Valentin był świadkiem na ich ślubie). Popijawy zawsze wchodzą w grę :D
    Pomysł bardzo mi się podoba, Valentin będzie robił za tego dobrego i odwiedzie kolegę od złego :) A przynajmniej będzie sie starał. Mam jeszcze tylko takie pyanie natury technicznej. Kto ma zacząć? Ja w momencie, w którym Valentin dostaje list i przyjeżdża, widzi Alexandra z pistoletem przy skroni/sznurem na szyi. Czy ty?
    I czy rzecz miałaby miejsce w Warszawie, czy w posiadłości hrabiego, gdzieś w Niemczech?]

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  36. Nieco powoli i ociężale podniosłem głowę spoczywającą na kanapie. Z wielką ostrożnością podniosłem się do pozycji leżącej. NA szczęście pamiętałem co się wydarzyło, a to było już coś. Film mi się nie urwał w najciekawszym momencie. Przetarłem nieco zmęczona twarz zimną i zdrętwiałą dłonią. W momencie, kiedy moja ręka spotkała się ze skórą mojej twarzy zaczęła nieprzyjemnie mrowieć. Powoli wstałem i przeszedłem nieco wciąż chwiejnym krokiem do łazienki. Napiłem się nieco wody z kranu i przemyłem twarz zimna wodą. Ledwo zdążyłem się wytrzeć ktoś zastukał w moje drzwi od mieszkania. Podszedłem cicho klnąc pod nosem.
    - Czego?- warknąłem i spojrzałem na jakiegoś chłopaka, który trzymał kopertę. Mruknął tylko ciche „To do pana” i niemalże wcisnął mi to na siłę nim zniknął mi z oczu. Wywracając oczami zamknąłem drzwi. Z kopertą w ręku przeszedłem do salonu i usiadłem w fotelu. Otworzyłem kopertę i wyciągnąłem zapisany na białej kartce list zapisany schludnym pismem Alexandra Stauffenberga. Tak…to na pewno było jego pismo.
    ”Drogi Valentinie, obawiam się, że tej nocy wybiorę się w ostatnią podróż. Jeśli chciałbyś mnie pożegnać przed wyjazdem, przyjdź o godzinie 19:00 do willi przy Mauerstrasse 8, Warschau. Oddany Ci przyjaciel - Alexander Schenk von Stauffenberg. "
    Włos mi się zjeżył na głowie, ciarki przeszły po plecach. To mi facet zafundował natychmiastowe trzeźwienie! Nie ma kurwa co!
    - NO idiota jakiś. Jemu to się chyba w tej hrabiowskiej dupie już do reszty poprzestawiało.- warknąłem i wstałem. Musiałem się jakoś szybko ogarnąć. Miałem…Miałem cztery godziny czasu. Ale warto być nieco wcześniej…tak mimo wszystko.
    ***
    Godzina 19:05, willa przy Mauerstrasse 8
    No ileż można do niego dzwonić? Człowiek osiwieć może. Pierdzielę!
    Nacisnąłem na klamkę i popchnąłem drzwi, które ustąpiły bez większych problemów. Dobrze…to mi się wszystko coraz mniej podoba. Powoli rozglądając się po przedpokoju przeszedłem dalej.
    - Alexander? Alex?- zapytałem nieco cicho i nie pewnie. Przeszedłem powoli do salonu a tamtejszy widok wmurował mnie w ziemię…

    Valentin, który przeprasza, ze tak mało i słabo

    OdpowiedzUsuń
  37. Zamrugałem szybko. Nie wierzyłem własnym oczom. Nogi w pierwszej chwili odmówiły posłuszeństwa. Co to wszystko miało, do ciężkiej cholery znaczyć?!
    Podbiegłem do wiszącego Alexandra. Musiałem go jakoś ściągnąć. Może nie było za późno na jakikolwiek ratunek? Chwyciłem leżące nieopodal krzesło i postawiłem tak aby stopy Alexandra znalazły podparcie. Kiedy tak już się stało szybko ściągnąłem pętlę z szyi hrabiego, jednocześnie podtrzymując jego ciało. Nie chciałem aby jeszcze bardziej mi się uszkodził. No Melitta to chyba by mnie zabiła, gdybym go jeszcze bardziej uszkodził. Wolałem sobie nie wyobrażać co by ze mną zrobiła gdybym nie pomógł jej mężowi. Chyba skończyłbym bardzo marnie. Nawet wolałbym sobie tego nie wyobrażać w jaki sposób miałbym skończyć.
    Po tym położyłem Alexandra na podłodze. Sprawdziłem czy żyje. Puls był, oddychał…więc może nie będzie tak źle. Szybko rozejrzałem się po pomieszczeniu. Było tam dosyć sporo lekarstw. Czy je zażył a dopiero później postanowił się powiesić? Czy może wcale ich nie brał? Sporo dokumentów, których wolałem nie ruszać. To znaczy…może później sobie je przejrzę. Teraz musiałem jakoś dobudzić Alexandra. Uklęknąłem przy bladej twarzy hrabiego… Właściwie nie do końca takiej bladej. A może tylko mi się tak wydawało?
    - Proszę cię nie umieraj mi tu Alex.- powiedziałem i klepnąłem go po twarzy w nadziei, ze się obudzi. Albo cokolwiek innego zrobi.- To ja Valentin. Błagam cie nie umieraj mi tu. Nie umieraj, bo później nie będę potrafił wytłumaczyć jak to się stało.- jęknąłem.
    Powoli wstałem i poszedłem zapalić światło. Musiałem przy okazji też zgasić świeczkę. Jakoś mimo wszystko pewniej się czułem przy oświetleniu elektrycznym. Przynajmniej wiedziałem, że nie poparzę się i nie podpalę dokumentów. Jedno było pewne. Jak jeszcze przyjechałem na lekkim kacu, tak teraz w stu procentach wytrzeźwiałem. Takie rzeczy mi fundować! Przecież to nienormalne! Nienormalne i niemoralne! Co jakiś czas spoglądałem na Alexandra, który leżał nadal. Ale oddychał…to było najważniejsze. Nie ma co. Zostaję tutaj, nawet jak się obudzi i każe mi iść…zostanę.
    - Błagam cię obudź się.- klepnąłem go jeszcze kilka razy w twarz. Może teraz się nieco przebudzi? Wolałbym aby tak właśnie było. Aby się obudził. Nie chciałem, aby mi teraz tutaj umarł. Najgorsze było to, że wolałem nie zawozić go do szpitala…wolałem nie prowadzić w takim stanie. A poza tym…jak się dowiedzą, co próbował zrobić…

    OdpowiedzUsuń
  38. - Ty mi tutaj teraz z Schopenhauerem nie wyskakuj bo pacnę cię w ten twój durny hrabiowski łeb czymś ciężkim.- powiedziałem przez niemalże zaciśnięte zęby. Wydawało mi się, że kiedy się mimo wszystko odezwał jakoś mi ulżyło. Może nawet nieco koloru wróciło na moją twarz? Bo że byłem blady jak szpitalna ściana, to wiedziałem od początku.
    - I dla dobra ogółu postanowiłeś sobie ukrócić życia… Rozumiem.- powiedziałem ironicznie. Chyba nawet dzieciak wyczułby ironię w tym zdaniu. Ono nią nawet ociekało.- Jeśli chcesz wiedzieć, to nie powiadomiłem Melitty ani nikogo z twojej rodziny.- westchnąłem. A może powinienem skłamać? Skłamać i powiedzieć, że powiadomiłem i jego żona jest już w drodze? Nie. Miałem w zwyczaju nie oszukiwać przyjaciół. A Alexander z pewnością do nich należał.
    Dotknąłem delikatnie jego szyi. Lekko opuszkiem wskazującego palca przejechałem po prędze pozostawionej przez sznur. To tak szybko nie zniknie. A byłoby zdecydowanie lepiej aby Melitta tego nie zobaczyła. Chociaż nie mam zielonego pojęcia czy kobieta ma w planach odwiedzenie męża. Wolałem nawet chyba nie wiedzieć.
    - Leż tutaj spokojnie. Zaraz przyjdę z wodą dla ciebie.- rozejrzałem się po pokoju. Chyba wszystko co było niebezpieczne i na widoku zabrałem. Tak więc raczej nie powinien próbować znowu targnąć się na swoje własne życie.- Masz leżeć…jak się ruszysz chociażby o milimetr to obiecuję ci że upierdolę nogi przy samej dupie i wsadzę tam gdzie słońce nie dociera.- zagroziłem. Po tym wszystkim wstałem i przeszedłem do kuchni. Tam nalałem do jakiejś czystej szklanki nieco wody. Po chwili byłem już z powrotem. Wręczyłem szklankę Alexandrowi.- Może wyjaśniłbyś o co do cholery w tym wszystkim chodzi?- zapytałem z niejakim wyrzutem.- Wiesz, że zafundowałeś mi trzeźwienie w przyspieszonym tempie? A takich rzeczy się nie robi.- skrzyżowałem ręce na piersi i spoglądałem na hrabiego. Wszystko miało jakiś swój powód. A nie uwierzę w to, ze Alexander targnął się na życie…bo…bo nie dostał awansu…albo coś w tym guście. To zdecydowanie nie był taki typ człowieka.

    OdpowiedzUsuń
  39. Spojrzałem na niego nieco przerażony. To przecież nie było możliwe…to nie mogła być prawda. Płuca…Melitta… Wiedziałem jednak, że Alexander nie żartował. Nie wyglądał na takiego. Jego zachowanie…próba samobójcza. Przede mną leżał istny wrak człowieka. Wielokrotnie otwierałem usta i chciałem coś powiedzieć, ale zaraz je zamykałem bez słowa. Pewnie wyglądałem w takiej chwili jak ryba wyjęta z wody, która próbowałaby łapać powietrze.
    - O kurwa…- jedyne rozsądne w tej chwili słowo. Zamrugałem nieco szybciej i nawet pojawiły mi się pomysły na dopowiedzenie czegoś.- A myślisz, że nie warto spróbować?- zapytałem.- Chodzi mi o operację. Albo się uda i będziesz żył, albo nie.- westchnąłem.- Nic nie tracisz. Skoro chcesz poddać się bez walki…- wzruszyłem ramionami.- Tylko, że wtedy stracisz mój szacunek…kto mi powiedział, że należy walczyć o swoje? Kto mi powiedział, ze nie mogę się poddawać?- zapytałem retorycznie. Mógł mi to też powiedzieć jego brat bliźniak…ale liczyłem, ze chyba Alexander mi to powiedział.
    - Poza tym…- przygryzłem wargę i uciekłem wzrokiem nieco.- Cholera…a pomyślałeś może o twoich braciach? Bez ciebie są jak dzieci we mgle. Nie wiem jakie sa twoje poglądy na to wszystko i nie chcę wiedzieć bo nie przepadam za polityką. Ale wnioskując po twojej wypowiedzi jesteś przeciwny. Jak dal mnie to bez różnicy, gdzie jestem i gdzie umieram.- powiedziałem to niemalże tak lekko i beztrosko jak to było możliwe. Naprawdę byłem dziwnym człowiekiem i było mi to obojętne. Poza tym ja byłem strasznie apolityczny i nie rozumiałem idei umierania za Fuhrera, Duce, Towarzysza „X”, Premiera „Z”, czy Króla „Y”. Ktoś kiedyś powiedział, ze jestem wariatem i powinienem się leczyć. Ale dla mnie wojna jest piękna. Po prostu piękna.
    - Alexander, nie zasypiaj!- szturchnąłem go przy okazji. Ostatnie co chciałem to tylko to aby mi tu teraz odleciał.- Siostro!- krzyknąłem i otworzyłem drzwi, w których pojawiła się wezwana pielęgniarka.- Proszę sprawdzić co z nim…jakoś tak niemrawo wygląda.- powiedziałem i wskazałem na Alexandra. Sam wyszedłem na chwilę. Musiałem zapalić.

    OdpowiedzUsuń
  40. Wyszedłem przed szpital w celu zapalenia papierosa…albo kilku papierosów. Zobaczymy jak to wszystko się ułoży. Raz po raz zaciągając się papierosem wyobrażałem sobie różne rzeczy. O tym jak ja bym zareagował, gdybym dowiedział się, że ja mam raka płuc. Czy też próbowałbym się zabić? Czy może w zupełności bym to olał i działał dalej, starając się aby prawda nie wyszła na jaw. A kiedy byłoby ze mną już bardzo źle to wsiadłbym w samolot i odbył swój ostatni lot… Tak to zdecydowanie było najpiękniejsze. Nie widziałem się na łożu śmierci…
    Kiedy po godzinie pielęgniarka podeszła do mnie i powiedziała, że Alexander mnie prosi nieco zdębiałem. Ale tylko skinąłem nieznacznie głową. Po chwili znalazłem się w sali na której leżał. Podszedłem do jego łóżka nieco niepewnym krokiem. Wysłuchałem co ma mi do powiedzenia. Skinąłem nieznacznie głową, na znak że zrozumiałem. Zrozumiałem i przekażę.
    - Neumann? Jakie teczki?- zapytałem zaciekawiony.- Gdzie znajdę Anwardena?- może coś wiedział.- Kim tak właściwie jest Anwarden?- chciałem jeszcze zapytać o coś. Ale raz, że wszedł lekarz…dwa że wiedziałem, że mówienie sprawia mu ból. I jest to spory wysiłek dla hrabiego. Uśmiechnąłem się do niego pocieszająco.
    - Spokojne…załatwię wszystko i przyjdę do ciebie z…wolałbyś wino hiszpańskie czy portugalskie? A może jakieś owoce pokroju pomarańczy?- zapytałem z niejakim uśmiechem.- Odwróciłem się do lekarza i na chwilę wziąłem go na słówko.- Mam nadzieję, że panu ręka nie zadrży podczas operacji.- powiedziałem po czym wyszedłem. Miałem nadzieję, ze to wszystko się uda. To należy zacząć składań wizyty o nieludzkich godzinach. Najpierw do Clausa i Bertholda. Następnie należy powiadomić Melittę. A później do Warschau. Tak Generalna Gubernia na końcu. Mam nadzieję, że to wszystko się uda.
    Trochę mi zajęło dotarcie do Stauffenbergów. Przekazałem co przekazać miałem i mimo późnej pory odmówiłem odpoczynku. Dawałem radę nie w takich warunkach. Najwyżej weźmie się kilka magicznych tabletek i ruszy się dalej. Poza tym nie odczuwałem jakiegoś większego zmęczenia. Mimo wszystko cieszę się, ze nie zastrzelili mnie za składanie wizyty o takiej porze. Teraz musiałem powiadomić Melittę. A później…później Warszawa.

    OdpowiedzUsuń
  41. To wszystko było chore i popierdolone. Z jednej strony umierający Alexander, z drugiej teczki, które go w jakiś sposób obciążają. Nie wiedziałem jak to ładnie i zgrabnie rozgryźć. A wiedziałem że musiałem jakoś mu pomóc. On zrobiłby dla mnie to samo. Nie mogłem go tak zostawić. Poza tym operacja i tak go sporo osłabi. A jeszcze gdyby te teczki wypłynęły…nawet nie chcę o tym wszystkim myśleć. Po prostu nie chcę.
    W sumie poznałem nieco pana Neumana… Może jakoś bym się z nim ugadał, a przez niego dotarł do Rossa? To byłaby bardzo dobra opcja. Jakoś później wykradłbym te informacje…a później…później zniszczyłbym te dokumenty, albo przekazał Stauffenbergowi. To bardzo dobry plan. Albo wynająłbym aby je zabrał. Chociaż tak właściwie, to może…może nawet bym spróbował go przekupić?
    Później pomyślę nad tym. Najpierw należy znaleźć Anwardena. Wtedy nieco się uśmiechnąłem. Miałem pomysł. Pomysł, który mógł się powieść. Ale jeśli by tak się nie stało to pewnie skończyłbym na szubienicy. Oznajmiłem sekretarce Stauffenberga, aby zadzwoniła z zapytaniem, do kogoś z rodziny hrabiego, kim jest Matthias Anwarden i jak najlepiej się z nim spotkać. Ja w tym czasie udałem się z wizytą do Rossa. Oczywiście wymyśli się jakiś pretekst…albo…albo nie. Bo może ten cały Anwarden będzie w SS, Abwehrze albo Gestapo. Może ma nawet jakiś wysoki stopień oficerski. Byłby więc bardzo pomocny. Pod wpływem tych myśli w połowie drogi zawróciłem.
    Powoli łapałem się na tym, że doskwiera mi zmęczenie. Nieco się uśmiechnąłem kiedy zobaczyłem jakąś kawiarnię. W końcu musiałem też coś zjeść. A takie ciastko do kawy wydawało się być całkiem dobrą opcją. W końcu może poznam też szczęśliwym trafem, kogoś, kto słyszałby o Anwardenie.
    Szczęście jednak nie było zbyt łaskawe. Nie dowiedziałem się kim jest ów człowiek…ale za to poznałem całkiem ładną kobietę. Która podała mi swój numer…to mimo wszystko rekompensowało takie niepowodzenia. Będę musiał za jakiś czas zadzwonić. Teraz powinienem udać się do frau Rossberg. W końcu może ona się czegoś dowiedziała?
    Po dosyć dłuższym błądzeniu po mieście znalazłem się przed drzwiami do mieszkania sekretarki Alexandra.

    OdpowiedzUsuń
  42. [Wątek z Raisą?]

    OdpowiedzUsuń