piątek, 6 listopada 2015

Der ges­tir­nte Him­mel über mir und das mo­ralis­che Ge­setz in mir.

Obersturmbannführer Matthias von Anwarden
"Max Regen" dla Abwehry, 25 lat w chwili wybuchu wojny
Niemiec z krwi i kości, pochodzi ze Stuttgartu

zatwardziały konserwatysta, zwolennik "starych Niemiec" - "die Alte Deutschland"
syn oficera lotnictwa i hrabianki





Obecnie mieszka w Warszawie, gdzie go przydzielono po kampanii francuskiej, wraz z siostrami, które utrzymuje z pensji oficera gestapo; niedawno przygarnął też młodą Rosjankę (a przynajmniej za takową ją uważa), którą zatrudnił w charakterze gosposi.
Dobry Niemiec? Chyba tak. Obronił kiedyś polską dziewczynę, potencjalną bandytkę przed napadem współbraci, stara się zachować równowagę między Hitlerem a skrajnym konserwatyzmem. Wie jednak, że nie ma takiej możliwości. Nie ma wyboru, nie ma mniejszego zła. Więc, tak jak pozostali, strzelał do polnische Banditen we wrześniu '39, odsłużył swoje na froncie francuskim, wita wszystkich standardowym "Chwała Wodzowi", a kiedy trzeba, wydobywa ze zrozpaczonych więźniów informacje za pomocą siły przekonywania. Tak, siły przekonywania, nie wymyślnych tortur, z których słyną smutni panowie w feldgrau. Stara się uchodzić za idealnie aryjskiego nadczłowieka, od roku pali w piecu kopertami z propozycją awansu na naczelnika obozu w Sachsenhausen lub w Auschwitz-Birkenau. Był tam. Był tam tylko raz, z wizytą, i za cholerę nie pojedzie tam ponownie.
W domu pali gauloises, a w mieście zwykłe camele. Pije dużo, bo czym się da zabić wspomnienia ukochanych kobiet oraz okropieństwa wojny, jak nie wódką? Po matce i ojcu zostały mu tylko szabla, parę zdjęć, wspomnienia lepszej przeszłości oraz wiara w honor żołnierski i szlachecki, wydające się anachronizmem w tych czasach.
   

- Matthias?
- No?
- Ale dlaczego nie chcesz tam jechać? -
niewysoki mężczyzna o ciemnobrązowych włosach zaciąga się papierosem. Siedzą w tym durnym gabineciku, źle urządzonym i na dobrą sprawę niezbyt aryjskim, zwłaszcza w kolorze ścian, ale inne są już zajęte. A tylko ten jest dość bezpieczny. - W obozie nieźle płacą. A przy tym obsługuje cię stado tych samych Polaczków, którzy jeszcze przed wojną pluli ci na buty. Piękny widok. Czy nie tego byś chciał? Awansu, sławy...
- Jakiej, kurwa, sławy? Jakiej, powiedz mi, Kurt? Operatora walca miażdżącego ludzi? To już lepiej na front iść. Najlepiej do SS-u, bo mają ładne tatuaże. -
warczy Matthias, sięgając po kolejną butelkę wina. Kolega milknie, wyczuwając aluzje do jego anschlussu do wymienionej formacji. Może przyznaje mu w duchu rację, może wyszukuje na niego paragrafy w zarządzeniach wodza. Choć w sumie, to nic na niego nie ma. Nic nie ma?
- Taa...Może to i racja. Ale przecież Wolf wydał rozkaz. Musisz posłuchać. -
Kurt sięga po szklankę. Strząsa niecierpliwie popiół do srebrnej popielnicy, zrabowanej jakiemuś Żydowi dwa miesiące temu. Blondyn zagryza z irytacją wargi. Nie lubi takich rozmów, ale wie, że staremu kumplowi z dziecinnych lat może zaufać. W tych czasach takie osoby są cenne. Zresztą są sami.
- Jak podpiszę odpowiedni papierek, to Wolfa przeniosą do Rosji i ty dobrze o tym wiesz. -
Anwarden ucina rozmowę. Wstaje, wygląda przez okno. Krista i Annika wieszają pranie. Trochę krzywo, ale właśnie tak powinno być. Malwy pachną bardzo intensywnie, jak na sierpień. - Wystarczą kontakty. Nie udawaj, że tego nie wiesz. To tak proste, że aż reszta gestapowców to przegapia. I dzięki temu w dowództwie mam chody.
- Bo poleciłeś Strelitzowi burdel i Ingę Ring?
- To nie takie proste, stary. Jeśli wygramy, zostaniemy bohaterami, jeżeli przegramy, pójdziemy na szubienicę. A ja staram się działać tak, żeby uniknąć sznura na szyi.  -
na twarzy Anwardena pojawia się lekki grymas. Wyrzuca papieros do kosza, wzdychając. Kurt wygląda nawet na przekonanego. Ma taką bezmyślną twarz, jak oni wszyscy.

"Co oni sobie myślą? Czy w ogóle mają w mózgu cokolwiek więcej niż fuhrer i partia, do cholery?"

Cóż, cokolwiek znajduje się w tych ich ptasich móżdżkach, rodzice i wszyscy szlachetni przodkowie Matthiasa przewróciliby się w grobie, gdyby pozwolił sobie w czasie tej wojny tak po prostu umrzeć jak byle kretyn.


więc spójrz mi w oczy jeszcze raz, ostatni raz

i powiedz mi, że wciąż warto jest o to walczyć

___________________________________________________________________________________

|Kontakt : gg - 43121897 lub toushirouicelight@gmail.com
OŚWIADCZAM, ŻE JESTEM ŚWIADOM NEGATYWNEJ ROLI NAZISTÓW W II WOJNIE ŚWIATOWEJ I NIE ZAMIERZAM ICH GLORYFIKOWAĆ. KREACJA POSTACI JEST ŚWIADOMA I ZAMIERZONA. Cytat oznacza: "Niebo gwiaździste nade mną, a moralizm we mnie" . Karta zaktualizowana po kilku wątkach ;)

78 komentarzy:

  1. [Cześć i czołem. Do Michała zapraszam. Czy kontynuujemy nasz poprzedni wątek?]

    OdpowiedzUsuń
  2. - Do tej akcji potrzebujemy kogoś kto dobrze operuje niemieckim. - Szakal wypuścił klebki dymu spomiędzy warg. Nerwowo szukał w blat stołu, jakby to miało mu jakoś pomóc.
    - Jeżeli chodzi o sprawy ze szkopami to z naszego kręgu nadaje się tylko jeden człowiek. - Tajemniczy ton wypowiedzi Sosny sprawił, że Szakal spojrzal na niego uważnie. - Pstry. Zna lepiej niemiecki niż nie jeden Niemiec. Ogarnia te ich struktury. No i jest łudząco podobny do tamtego smiecia. Jeżeli by nie powiedzieć, że taki sam. - Kontynuowal dalej mężczyzna.
    - Sciagnijcie go tutaj natychmiast.
    ***
    Stalem teraz w jakiejś bogato zdobionej sali. Z falszywymi dokumentami na nazwisko Bastian von Engel. W mundurze oficera SS. Stopień podpułkownik. No, tego to jeszcze nie grali...
    Cel był prosty. Znaleźć kilkoro gości, poznać pewne plany, zdobyć filmy z aparatu... Nie byłem do końca przekonany powodzenia swojej misji. Już samo przejście do tych hien wydawało mi się zbyt łatwe. Ale przedstawienie musi trwać. I tak Zaczalem wcielać się w rolę dwudziestocztero letniego podpułkownika. Przez pewien czas zastanawialem się ile ów Bastian musial napsuc życia moim rodakom, aby w tak młodym wieku mieć taki stopień.
    Po jakimś czasie wczulem się bardzo dokładnie w swoją rolę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozkręcające się przyjęcie robiło wrażenie. Róże. Wszędzie róże. Nie zapominajmy o wystrojonych generałach, pułkownikach i innych ważniakach.
    Od dnia, w którym Weronika wyciągnęła męża z więzienia dzięki walcowi zatańczonemu z odpowiednim Niemcem, nie widziała Matthiasa Anwardena. Co za ironia, że spotykają się tutaj po tak długim czasie...
    Orkiestra zaczęła grać "Dla Elizy" - nie do tańca, raczej do posłuchania. Wesołe głosy umilkły. Weronika, stojąca przy oknie, starała się udawać, że nikogo nie dostrzega i jedynie słucha muzyki. W jej torebce leżały mikrofilmy wykradzione dzięki sprytowi, szybkości i pieniądzom z gabinetu gospodarza. Nie przewidziała tylko, że Anwarden do niej podejdzie. Och, niech ta muzyka jeszcze trwa, niech...
    Na zewnątrz niebo było żółte jak gazeta. Gdyby się przyjrzaľa, znalazłaby w chmurach fotografie żołnierzy, a w kroplach deszczu czarne, niekształtne litery nagłówków.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nosząc na sobie ten mundur czułem się okropnie. Zmieniając chociaż na chwilę swoje nazwisko na niemieckie- podle. Ale musiałem spełnić do końca swoje zadanie. Z resztą to była całkiem niezła próba moich umiejętności aktorskich. Przecież w końcu chciałem zostać aktorem. Szkoda tylko, że w tak nędznej sztuce i teatrze.
    Przez jakiś czas rozmawiałem z panną Helgą. Wydawała się być miłą osobą. Nawet za miłą. Ale wolałem się z nią nie spoufalać. Jednakże niewinny flirt jeszcze nikomu nie zaszkodził. A mi mógł pomóc dotrzeć do kilku osób.
    "Byleby tylko nie spotkać kogoś z kim już wcześniej miałem styczność." - Przemknęło mi przez myśl. Na razie, póki co, szło wszystko dobrze. W wymierzonym przeze mnie kierunku. - "No i po ptokach." - Pomyślałem, widząc podchodzącego do nas Matthiasa Anwardena.
    - Owszem. - Odpowiedziałem. - Ale niestety Hilda nie żyje już od jakichś dwóch tygodni. - To to jeszcze mi przed samym wyjściem przekazał mi mój dowódca. Udało mu się wyciągnąć kilka ważniejszych i tych mniej ważnych faktów.

    OdpowiedzUsuń
  5. No, nie... Jeśli nie znajdę teraz tych piekielnych pigułek to będę nie do życia przez najbliższych kilka godzin. Kurwaaa! Przetrząsnąłem chyba całe mieszkanie i nie ma ani grama Pervitinu. Mówi się trudno, w Berlinie znajdę coś. Cholera za kwadrans mam pociąg. Zapewne znowu się spóźnię i Anwarden będzie czynił mi wyrzuty, mówi się trudno. Wybiegłem z domu z aktówką w ręku, uruchomiłem samochód i wcisnąłem gaz do dechy i po trzydziestu minutach byłem na peronie. Spokojnym krokiem udałem się w kierunku czekającego Anwardena i Wernitza. Oczywiście wielmożny pan pułkownik musiał mi zrobić wyrzuty. Ale to było do przewidzenia. Wsiedliśmy do pociągu i w naszym przedziale zająłem miejsce przy drzwiach. Boże, czy wszyscy już wiedzą że jestem uzależniony? Gdybym wziął chociaż tabletkę byłoby lepiej. Po dwudziestu minutach jazdy usłyszałem wybuch.
    - Gdybym przyszedł kilka minut wcześniej witalibyśmy się ze świętym Piotrem.- uśmiechnąłem się jeszcze cynicznie na co Anwarden zareagował kolejną kąśliwą uwagą. Ciężko westchnąłem. Coś mi kłóci się w jego zachowaniu. Skoro jest tak wysoko postawionym oficerem dlaczego boi się wcielenia do Dirlewangera? Przecież nie jest kryminalistą. Chociaż...coś musi mieć na sumieniu że obawia się "kłusowników"
    - Dlaczego obawiasz się wcielenia do Dirlewangera? Przecież nie byłeś w więzieniu. O Auschwitz nawet nie pytam. Musiałbyś być chyba sadystą żeby chcieć trafić w takie miejsce. Ja osobiście nie dałbym rady.- przypomniał mi się pewien dzieciak, który bezwiednie upada, gdy pociągnąłem za spust.
    Jak ja z nim wytrzymam? Nie dość że Canaris chce się ze mną widzieć, to jeszcze taki przyjemny towarzysz podróży mi się trafił.
    - Widzę że zainwestowałeś w nowy mundur. Widać że solidna robota. Kto ci szył, małe żydowskie rączki?- kolejny szyderczy uśmieszek.
    Oho...widać tak dobrze mi znany dworzec w Sosnowcu. Może by tak szybko skoczyć i zobaczyć czy moja kamienica jeszcze stoi? A może z daleka zobaczyłbym moją szkołę? Rozmyślania przerwał Anwarden z kolejną kąśliwą uwagą.

    OdpowiedzUsuń
  6. To nie było łatwe spotkanie dla obu stron. Bez wątpienia. Ani blondwłosy sturmbannfuhrer, ani młoda sekretarka nie przewidzieli tego zetknięcia się ich ścieżek, nie zaplanowali żadnej alternatywy, musieli się rozpoznać, ale...Coś trzeba było zrobić. Ktoś przemawiał, kieliszki wznoszone w toaście lśniły przyjemnym blaskiem. Ktoś się śmiał z jakiegoś dowcipu, ktoś inny szturchał zalotnie swoją piękną sąsiadkę w kraciastej sukience z dziwnego materiału.
    -Matthias...Dawno cię nie widziałam.
    Takie proste słowa, a jakie trudne do wypowiedzenia! Poprawiła nerwowo sukienkę jedną ręką, drugą unosząc kieliszek do ust. Nie można ryzykować za wiele, jeśli naciśnie na Anwardena z niewłaściwej strony, może skończyć w Auschwitz. Miała się spotkać z siostrą po wyzwoleniu, nie przed nim!
    -Jak...idzie służba? -zagadnęła, patrząc mu prosto w ciemne oczy. Nie zmienił się za bardzo, odkąd widziała go ostatni raz.

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  7. -To wystarczy. Picie tego ohydztwa jest gorsze niż...-skrzywił się jasnowłosy oficer, wstając z miejscu. Zapłacił za kawę ku zdumieniu Clausa, sądzącego, że za tak okropnie przygotowany napój nie należy płacić. Wstąpili jeszcze na pocztę, bo Berthold chciał zadzwonić; telefonistka obsłużyła ich nad podziw szybko. Przebrnąwszy przez śniegi Stettina, wyruszyli pociągiem do domu. W czasie jazdy Alexander, jako najstarszy, starał się utrzymać względnie poprawne relacje między Clausem a Matthiasem. Szło dość...dobrze, zważywszy na fakt, że przez całą drogę wymieniali oni jedynie lodowate spojrzenia. Na miejscu hrabia odczekał, aż kuzyn załatwi swoje sprawy, i zaprosił go do siebie. Podano im trochę dobrego wina.
    -Chciałbym z Tobą porozmawiać o Twoim telefonie...

    OdpowiedzUsuń
  8. - W tych czasach każdy jest mordercą Anwarden. Nie ma wyjątku.- powiedziałem z cynicznym uśmieszkiem
    Nie ciepię czekania. Zawsze mam wtedy wrażenie, że nie mam nad czymś kontroli, że jestem zdany na czyjąś łaskę. Okropne uczucie. Zerknąłem na zegarek. Boże, jeszcze dwie godziny. No nie wytrzymam, muszę coś wziąć. Palić nie chciałem. Robiłem to rzadko i niechętnie, bardziej na złagodzenie stresu. Zastanawiałem się czy może jednak nie poprosić o przydział na froncie wschodnim. Ucieczka od Warszawy. Nie mam przecież nic do stracenia, żony nie mam, dzieci też, a zyskałbym nie ograniczone zasoby wspomagaczy. Wyciągnąłem druczek o przeniesienie. Przewertowałem go jeszcze raz. Zastanawiałem się czy podpisać go teraz, czy może jednak po powrocie do Warszawy. W końcu schowałem niepodpisany dokument do aktówki. Wiedziałem, że Anwarden to widział. Na szczęście nie był moim przełożonym. Poczułem jak na moim karku pojawiają się pierwsze krople zimnego potu. Niech ta podróż się już skończy.
    - Byłeś kiedyś w Polsce? Przed wojną było tu ładnie.- powiedziałem. Może dowiem się czegoś o nim.
    - Słyszałem o tym, że Gestapo węszy w poszukiwaniu grupy ludzi, którzy jakby to ująć...chcą usunąć führera. Prawdopodobnie wpadli na jakiś ślad. Według mnie to spory sukces, zważywszy na to, że przeciętny Gestapowiec i SSmann ledwo składają litery.- uśmiechnąłem się cynicznie, w nadziei, że Anwarden coś jednak powie.

    OdpowiedzUsuń
  9. - Wszystkie zabezpieczenia idzie obejść. Z najlepiej strzeżonego więzienia można uciec, bank z najlepszymi zabezpieczeniami można okraść. Bezpieczeństwo to pojęcie względne.- powiedziałem patrząc mu w oczy
    - A co do podania to jeszcze się nie zdecydowałem, a Wernitz raczej nie skakałby z radości widząc wszystkie akta spraw.
    Dobrze że uchylił okno. Nie mam pojęcia czy wytrzymałbym dłużej w tak zadymionym pomieszczeniu. Jeszcze kilkanaście minut a znowu zobaczę miejsce gdzie spędziłem większość swojego życia. Lekko zakaszlałem, od kilku dni nie czułem się najlepiej. Może to efekt przemęczenia i nocnych eskapad?
    - Wracając do tematu naszego miłościwie nam panującego führera...- zdanie aż kipiało sarkazmem- Nie sądzisz, że walka na dwa fronty będzie ciężka, zważywszy na to, że i Ameryka włączyła się do koalicji antyhitlerowskiej. Teraz wystarczy tylko czekać aż utworzą trzeci front a nasze wojska wycofają się z Afryki.- tak, bratanek najsłynniejszego generała mówi otwarcie o porażce niezwyciężonej tysiącletniej rzeszy. Ciekawe czy w Berlinie zgarną mnie tak bardzo "tajni" agenci Gestapo, czy jednak w Warszawie będzie taka niespodzianka.
    Rozmyślenia przerwało dotarcie na miejsce. Niespiesznie wstałem z miejsca i wraz z resztą ludzkiej masy wytoczyłem się na peron. Przy zegarze czekała średniego wzrostu brunetka w szarym płaszczu. Od razu podszedłem do niej i nie kryjąc uśmiechu przytuliłem.
    - Serwus Hania.- wyszeptałem po polsku- Masz dla mnie informacje?
    - Ty tylko o informacjach. Masz.- wetknęła mi niewielki kawałek bibułki w rękę.
    Kątem oka zauważyłem jak Anwarden idzie w bliżej nie określonym kierunku. Po krótkiej chwili udałem się za nim. Na szczęście mam tą przewagę, że znam to miasto lepiej niż własne mieszkanie czy kieszeń.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zgubiłem go...po prostu go zgubiłem w tłumie ludzi. Mogę tylko przypuszczać gdzie się udał, ale z tej ulicy jest kilka prawdopodobnych opcji: kawiarnia, poczta lub odwiedziny kogoś znajomego. Ostatnie wykluczyłem z automatu, kawiarnia też spędziłby tam sporo czasu a i tak cudem byłoby znalezieniem się w ciepłym wnętrzu kawiarni, nie wyglądał też na takiego, który postanowiłby odwiedzić swoich znajomych, rodzinę wykluczam. Pozostała poczta, mógł przecież coś nadać. Nie jest głupi, widział że go śledzę, nawet się z tym nie kryłem. Co nie zmienia faktu, że z całą pewnością wypuszcza informacje albo jakieś meldunki. Pytanie pozostaje do kogo?
    Nim się obejrzałem byłem pod pocztą. Z całą pewnością jest w środku. Wystarczy poczekać kilka minut. W pewnym momencie moja wątła cierpliwość została nagrodzona. Wreszcie wyszedł. Szybkim krokiem ruszyłem w ślad za Matthiasem. Kilkanaście metrów dalej zrównałem się z nim.
    - Mam nadzieję, że załatwiłeś co miałeś do załatwienia.- widząc jego udawane zdziwienie szybko dodałem- Miałem "interesy" w okolicy.- zerknąłem na zegarek- Za kwadrans odjedzie nasz pociąg. Proponuję nie przeciskać się główną ulicą tylko skorzystać ze znanych mi skrótów. Zaoszczędzimy czasu i ewentualnych nieprzyjemności związanych z brakiem pieniędzy.- tu pozwoliłem sobie na nieznaczny uśmiech. Porozmawiam sobie z nim w pociągu, wtedy nie będzie miał zbyt wiele możliwości. W duchu uśmiechnąłem się na myśl, że może ugram tą partyjkę pokera. Przy odrobinie szczęścia dożyję końca wojny.
    - Zapraszam panie sturmbannführer. Pociąg wiecznie czekać nie będzie.- uśmiechnąłem się szyderczo. Może jednak trzymałbym go w niepewności, mimo iż obaj wiemy, że nic na niego nie mam.
    Po chwili oczekiwania wreszcie poszedł za mną.

    OdpowiedzUsuń
  11. Przez moment zastanowiłem się czy wypić. A co jeżeli po alkoholu zacznę wygadywać jakieś totalne bzdury? Nie, lepiej nie ryzykować. Odstawiłem kieliszek na stół.
    - Nie, dziękuję. Nie wpływa to za dobrze na moje zdrowie. - Stwierdziłem. W duchu modliłem się, aby on już sobie gdzieś poszedł. Albo ktoś mnie stąd zabrał. Albo musiałem znaleźć jakiś dobry pretekst, aby się od niego uwolnić. Musiałem przecież zdobyć te informacje i dowody dla oddziału. Szlag by to jasny trafił i krew nagła zalała. A mówiłem im, żeby wysłali kogoś innego. Jak zwykle nikt mnie nie słuchał. Czułem, że popełnię jakiś błąd. Że w końcu wpadnę. Próbowalem odgonic te wstrętne myśli od siebie.
    - Przepraszam na chwilę. - Powiedziałem i wymknąłem się pod pretekstem, że "muszę skorzystać z toalety". Idąc tam, minąłem się z Martą, która to udawała jakąś tam wysoko postawioną "Frau". Niby siostrę jakiegoś tam generała. Kiwnąłem jej porozumiewawczo głową. Już wiedziała, że mam z nim problemy. Szybko udała się, aby zagadać (i pozyskać tym samym dla mnie trochę czasu) z Anwardenem.
    Udało się. Nikt za mną nie szedł. Nikogo też nie było w gabinecie. Z drzwiami też się nie mocowałem, bo wystarczył kawałek druciku. Czysto. Można zacząć szybko działać. Przetrząsnąłem wszystkie szafki i półki. Zacząłem coraz bardziej się denerwować, bo nie mogłem znaleźć tego co mnie i chłopaków interesowało. Została ostatnia szuflada. Jest jakaś teczka, zdjęcia, zapiski... "Michał, jesteś geniuszem." - Przemknęło mi przez myśl, kiedy w końcu trafiłem na dobre materiały. Rzuciłem okiem na notatki. Mikrofilmy ze zdjęciami planów i mam zwinąłem do kieszeni, a na ich miejsce wsadziłem jakieś inne. Puste. Trefne. Czas się wycofywać. Spojrzałem na zegarek. Zniknąłem im na pol godziny. Trochę za długo. Ktoś mógłby się zorientować.
    Słyszę kroki na korytarzu. Są coraz bardziej wyraźne i ciężkie. Muszę stąd jakoś uciec. Tylko jak? Nagle odgłosy cichną. Albo ktoś przeszedł dalej, albo zatrzymał się pod drzwiami. Co robić? Rozglądam się dookoła. Ktoś w tym czasie pociągnął za klamkę. Na całe szczęście zdążyłem zamknąć się od wewnątrz. Decyduję się wyjść oknem. Fakt, że po tej stronie jest zupełna ciemność i pustka, działa na moją korzyść. Na niekorzyść wpływa to, że jestem na drugim piętrze. Drabiny żadnej nie ma. Raczej coś w rodzaju rynny. Jeżeli będę miał tyle szczęścia to to się pode mną nie zarwie. Jeżeli się zarwie to narobię dużo halasu. Decyduję się na wyjście oknem. Przez moment nasłuchuję. Ktoś coś mówi. Rozpoznaję głos Anwardena. Cholera jasna! Rynna w połowie drogi pode mną się zarywa. A więc mam zejście z hukiem. A teraz szybko schować się gdzieś, aby nikt mnie nie zauważył.

    OdpowiedzUsuń
  12. Doprowadziłem nas bezpiecznie na bahnhof. Przedział dla palaczy, kontrola biletów, bagaży i te inne pierdoły. Minęliśmy dwie pomniejsze stacje.
    - A wiesz, bo taki ładny z ciebie niemiecki oficer, że aż szkoda gdyby ktoś obił tobie gębę. Nie zapominaj, że Sosnowitz to był teren przygraniczny. Tutaj mówiło się w dwóch językach. Myślisz, że jakiemuś Polakowi sprawiłoby trudność podejść i zabić Niemca?- cyniczny uśmieszek.
    Wtem pociąg hamuje. Strzały i krzyki, panika. Co się do jasnej cholery stało? Anwarden i Wernitz z wyciągniętą bronią poszli na przód, w stronę gdzie jeszcze kilka minut temu była lokomotywa. Ja w przeciwną stronę. Otworzyłem drzwi na końcu wagonu i wyszedłem na zewnątrz. Wolałbym uniknąć strzelaniny z Polakami, prędzej postrzelałbym do Niemców, do takiego Anwardena na przykład.
    Przylgnąłem plecami do ściany i ostrożnie wyjrzałem zza osłony. Ktoś mnie zauważył i strzelił w moją stronę, rykoszet prześlizgnął się po moim lewym ramieniu, rozdzierając mundur i tworząc nową ranę do kolekcji. Świetnie, cudownie wręcz. Odbezpieczyłem i przeładowałem broń, szybko wychyliłem się zza osłony i oddałem dwa strzały w stronę Polaków. Przypomniało mi się jak brałem udział w kilku akcjach podziemia. Piękne czasy...
    - Nie ruszaj się szwabie bo łeb odstrzelę.- powiedział ktoś po polsku.- Oddawaj broń.- Stał teraz przede mną. Niewiele myśląc wytrąciłem mu pistolet i wypchnąłem zza osłony, nie przewidziałem jednego, że pociągnie mnie za sobą. Upadłem na zimny śnieg. Polak tak zmanipulował swój upadek, że przygniatał mnie swoim ciężarem. Uderzył mnie w twarz łamiąc nos, krzyknąłem z bólu, wystarczyła krótka chwila by zaczął mnie dusić. Zebrałem w sobie resztkę sił i uderzyłem go prawą dłonią zwiniętą w pięść w jego szyję. Najprostszy sposób unieszkodliwienia. Chwyciłem leżącego obok Walthera i strzeliłem raz w jego stronę w klatkę piersiową. Przez jeszcze chwilę leżałem na zimnym śniegu, który łagodził ból, wstałem dopiero gdy strzały ucichły. Rozejrzałem się po miejscu strzelaniny. Śnieg był teraz w większości miejsc czerwony od krwi, wypływającej z ran Polaków i Niemców. W dłoni ciągle ściskałem pistolet, który był gotów do strzału. Zobaczyłem Anwardena i Wernitza stojących obok siebie i wpatrujących się we mnie.
    - Wyglądacie jakbyście zobaczyli ducha.- powiedziałem tonem pozbawionym emocji. Wyglądałem jakby to nie zrobiło na mnie wrażenia. Po prostu kolejny dzień wojny.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zastanawiałem się co teraz mam zrobić. Wrócić tam, aby nie zwrócić uwagi na swoją nieobecność? Ryk wydobywający się od Haeltena czy jak mu tam bylo, słyszałem aż na zewnątrz. Chyba czas już na mnie. Zdobylem co zdobyć miałem. Zadanie wykonane. Poczekalem na dogodny moment i umknalem z posesji. Nie było sensu pakować sie wprost do paszczy lwa. Niech sobie teraz się sami klopocza.
    Do domu wrocilem pieszo. Przy okazji oddalen dowództwu to wszystko co miałem przy sobie. Przebralem się do cywila. Noszenie tego niemieckiego munduru powodowało u mnie odruch wymiotny.
    Około polnocy usłyszałem lomot do drzwi. Aż wszystkich obudził. Nim ktokolwiek zdążył otworzyc z domowników to szybsi byli szwaby.
    Wtoczylo się ich czterech. I na samym końcu Anwerden. Z pokoju obok wyszły zaspane dzieci. Ela jak tylko zobaczyła Niemców od razu zaczęła płakać, zanoszac się szlochem. Nie szło jej uspokoić.
    - Nawet dzieci becza na wasz widok. - Skwitowalem. - Czego chcecie? - Podszedlem do Eli, próbując ją uspokoić w jakiś sposób.

    OdpowiedzUsuń
  14. Chryzantemy złociste26 lutego 2016 02:48

    Zdobycie odpowiednich danych i informacji czasami wymagało poświęceń. Na przykład dzisiaj wymagało sporej ilości alkoholu i czasu poświęconego von Hofmannowi przez Kehla. Szczerze powiedziawszy to plutonowy z miłą chęcią spędziłby ten wieczór w domu w towarzystwie swej małżonki.
    Wyciągnąwszy już chyba wszystkie możliwe wiadomości od pułkownika miał zamiar udać się do mieszkania. Musiał na jutro być wypoczęty. Nie chciał później od kogoś tam wysłuchiwać, że "nie daje przykładu innym Niemcom". Szczerze powiedziawszy to nawet nie chciał go dawać.
    Tuż przed wyjściem zatrzymała go sekretarka. Musiał na chwilę po coś pójść do Matthiasa. Zastanawiał się czego ten mógł chcieć. O takiej późnej porze.
    Wszedl, uprzednio pukając do drzwi. Udał, że nie wie o co mu chodzi. W udawaniu i graniu był bardzo przekonujący. Kehl zaczął przeglądać dokumentację. Rzucił okiem na notatki, ale jeszcze większą uwagę przykuły załączone zdjęcia. Przyglądał się przez chwilę.
    - Z tego co wiem, to moja żona jest blondynką- powiedział plutonowy, a tutaj widzę tylko dwie szatynki- rzucił mu krótką uwagę. Musiał mieć się na baczności.

    OdpowiedzUsuń
  15. [Hej :) Przepraszam, że cię wcześniej pominęłam. Niechcący. Jeżeli ci to nie przeszkadza, wolałabym zacząć od nowa, bo tamten wątek był (z mojej strony) mocno nieprzemyślany. Ewentualnie możemy się umówić, że jednak się znają, a okoliczności wymyślić.
    A tak w ogóle, to jakie watki lubisz? Na jaki typ fabuły stawiać? Bo zupełnie nie wiem, co lubisz i nad czym myśleć.]

    ~ Otto von Wartenburg

    OdpowiedzUsuń
  16. [Hej. Pytanie: myślimy nad czymś nowym? Bo tego wątku z pociągiem, to chyba nie ma sensu dalej ciągnąć.]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  17. [O, a ja właśnie miałam się do ciebie odezwać jako Katia ;) Pomysł mi się podoba, dziś zacznę, pewnie bliżej wieczora.]

    ~ Екатерина Юшченко

    OdpowiedzUsuń
  18. [Przepraszam, że nie wczoraj. Przeliczyłam się z czasem, a musiałam jeszcze dokończyć obraz, bo gonił mnie termin. Mam nadzieję, że taki początek może być :)]

    Szarzało. Błękit nieba przechodził w bury granat, przetykany pomarańczowymi refleksami zachodzącego słońca. Cienie wydłużały się, metaliczne refleksy na widocznych na szczycie stromego nasypu szynach stopniowo gasły. Drobna dziewczyna owinęła się szczelniej narzuconą na ramiona chustą. Powietrze stawało się coraz zimniejsze, a przy tym jakby lepkie.
    Nie była pewna, ile minęło czasu. Godzina? Cztery? Wspomnienie cuchnącego potem, moczem i wszystkim innym, co w ciągu wielu godzin wydzielili z siebie stłoczeni, ściśnięci niemal do uduszenia ludzie, zlało się w jedno z wrażeniem desperackiego skoku, świata wirującego wokół niej, kiedy sturlała się z nasypu i odrętwieniem, w jakie potem popadła. Oblizała spierzchnięte wargi, mając wrażenie, że w jej wyschniętym gardle nie pozostało ani kropli śliny. Oddałaby wszystko za łyk wody.
    Zadrżała. Jakiś zabłąkany podmuch chłodnego wiatru potargał jej włosy.
    Zmusiła się, by usiąść. Skręcona kostka spuchła, układała się teraz pod dziwnym kątem. Katia rozejrzała się dookoła wzrokiem pozbawionym jakiejkolwiek nadziei. Była sama. Wokół rozpościerały się łąki, tory kilkadziesiąt metrów dalej nikły w ścianie lasu. Nie wiedziała, w jakim kierunku biegną. Mężczyzna, który skoczył zaraz po niej, wymieniał jakieś nazwy. Wyglądał przez szpary i domyślał się, dokąd jadą, ale dla Jekateriny mógłby równie dobrze mówić po chińsku, i tak nie miała pojęcia, gdzie leżą wymieniane przez niego miejscowości. Zerknęła na jego ciało, krew z co najmniej kilku śmiertelnych ran wsiąkła w piach, zabarwiając go niemal na czarno. Odwróciła wzrok.
    Tylko jej się udało. Tamci skoczyli, by żyć, uciekali ku wolności. Ona chciała tylko, by to się skończyło, by jakiś wystający z podwozia drąg rozwalił jej głowę, by zabiły ją rozpędzone koła, albo zastrzelił pilnujący poprzedniego wagonu Niemiec.
    Ostatnie łzy wypłakała kilka godzin temu. Suche gardło ochrypło, zdolne teraz do wydania zaledwie zduszonego szeptu. Powoli i trudem, opierając się o nasyp, wstała. Kostka ugięła się pod nią. Zachwiała się. Przekuśtykała kilkanaście metrów. Oparła się ciężko o samotną wierzbę o porowatej, pokrytej głębokimi bruzdami korze. Dwadzieścia, może trzydzieści metrów dalej, nieco w dole, wiła się piaszczysta droga, osłonięta szpalerem drzew. Biegła, sądząc po słońcu, na zachód. Daleko na widnokręgu majaczyły zabudowania jakiejś wioski, znad których snuł się dym. Katia wiedziała, że nie zdoła tam dotrzeć. Jęknęła z bezsilności. Jej głos zabrzmiał jak nędzny, stłumiony skowyt.
    Zmrużyła oczy. Drogą, wzbijając tumany kurzu, jechał samochód.

    ~ Екатерина Юшченко

    OdpowiedzUsuń
  19. - Że co kurwa?- zapytałem Kocha- Mam przesłuchiwać więźnia z tym dupkiem Anwardenem? No chyba kogoś poje…- nie dokończyłem bo w porę ugryzłem się w język.
    - Rommel, licz się ze słowami. Przymykam oczy na twoje odchyły, ale pozwalasz sobie na zbyt wiele. Odmaszerować.- powiedział pułkownik Koch. Niechętnie wykonałem rozkaz i udałem się do więźnia. Z tego co mi wspominali siedział w swojej celi z Anwardenem. Przybrałem cyniczny uśmieszek i zamaszystym ruchem otworzyłem drzwi.
    - Guten Tag skurwysyny.- powiedziałem w cudownym niemiecko-polskim połączeniu. Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem na pryczy po przeciwnej stronie więźnia. Oparłem się o ścianę, uśmiechnąłem się w jego stronę, a Matthiasa obrzuciłem lodowatym spojrzeniem. Przyjrzałem się więźniowi, toż to jeszcze dzieciak.
    - Jak minął dzień? Dostałeś coś do jedzenia?- zapytałem jakby z troską. Milczał, szkoda.- Jak się nazywasz?- ponowiłem
    - Jan Nowak, panie oficerze.- powiedział nienaturalnie szybko. Kłamał, ewidentnie kłamał.
    - A ja Zygmunt Kowalski.- przedstawiłem się spokojnym głosem.- Pytałem o prawdziwe dane!- ryknąłem. Dzieciak nie spodziewał się tego. Pokręciłem głową z politowaniem.- Posłuchaj „Nowak”- nie dało się nie usłyszeć ironii w moim głosie- zrobimy tak: dostaniesz coś do zjedzenia, i przeniesiemy się w bardziej przyjemne miejsce. Nie wiem jak ty, ale ja nie czuję się najlepiej w takich miejscach.- wymownie się rozejrzałem po celi. Wstałem i otworzyłem drzwi.
    - Glass! Daj więźniowi coś do zjedzenia.- powiedziałem gdy przyszedł- Coś zjadliwego.- dodałem ciszej, tak, że tylko szeregowiec usłyszał moje słowa.- Później przyprowadź go do mojego gabinetu. – To widzimy się za kilka minut panie „Nowak”.- uśmiechnąłem się cynicznie, w stronę więźnia. Kiedy i Matthias opuścił celę zapytałem go spokojnym głosem:
    - Masz jakieś akta, lub informacje na jego temat?

    OdpowiedzUsuń
  20. Patrzyła na całą trójkę wielkimi, wystraszonymi oczami. W tej chwili rozumiała tylko tyle, że skoro ten mężczyzna wrzeszczy na nią po niemiecku, to jest z nią bardzo źle. Widziała już wystarczająco, by kojarzyć Niemców wyłącznie jako „tych złych”, beznamiętnych oprawców i zwyrodnialców.
    Nie spodziewała się, że ta mała w białej sukience do niej podejdzie. Kiedy dziewczynka zaczęła krzyczeć, trudno było stwierdzić, kto był przerażony bardziej. Tyle, że Jekaterinę nauczono bać się w ciszy. Jej strach przypominał drętwiejącą, sztywniejącą powłokę, odbierającą mowę i wolę walki.
    Posłusznie wstała, krzywiąc się, kiedy jej ciężar spoczął na lewej nodze. Drżała na całym ciele.
    -N…Tak. – W pierwszej chwili chciała zaprzeczyć. Nie powiedziała „nie” tylko dlatego, że kilkakrotnie słyszała, iż Niemcy traktują Rosjan jeszcze gorzej, niż Polaków. – Jestem z kresów, spod Szczuczyna – jej akcent wydawał się wybitnie wschodni. Objęła się ramionami. Nie miała najmniejszej nadziei, że przeżyje to spotkanie. Może dlatego, gdy w nią wycelował, nie padła na kolana i nie zaczęła błagać o litość – wiedziała, że żadnej litości nie będzie. Zesztywniała, stężała, ale nie skuliła się. Poczuła idiotyczny w tej sytuacji przypływ odwagi, przecież i tak zginie. Nie miała nic do stracenia.
    – Uciekłam z pociągu. Z transportu. – W jej wzroku po raz pierwszy odkąd ją zobaczyli, można było zobaczyć gniew, przed którym ustąpiło wcześniejsze, upodabniające ją do zwierzęcia przerażenie. – Wywieźli całą moją rodzinę. Niech mnie pan zastrzeli. Nie mam już nikogo, nie mam dokąd pójść, ani po co żyć, wszystko już mi jedno. Niech mnie pan zastrzeli – powtórzyła.

    ~ Екатерина Юшченко

    OdpowiedzUsuń
  21. To nie było zbyt dobre posunięcie. Ani też mądre o czym się przekonał Kehl. Curt wiedział o tym od samego początku. Ale zaryzykował. Myślał, że a nóż - widelec może mu się uda.
    Niestety Matthias nie był aż taki głupi. Czy teraz było już wszystko stracone? Teraz, gdy już obaj wiedzieli co było grane... Curt uznał, że raczej nie było sensu ciągnąć tego dalej. Tym bardziej, że Matt grał z nim w otwarte kart- przedstawił co i jak. Jednak i tak czy siak, Curt wolał być ostrożny.
    - W takim razie co proponujesz?- zapytał, zerkając na niego uważnie.

    OdpowiedzUsuń
  22. Podniosła się, blada, z zaciśniętymi ustami. Potarła policzek, uderzone miejsce piekło żywym ogniem. Czuła nienawiść, wypełniającą ją powoli, mieszającą się ze strachem, żrącą jak podgrzany, stężony kwas. Przecież nie zrobiła niczego złego. Odkąd zaczęła się wojna, nie skrzywdziła nikogo, nikomu nie wadziła, nie chciała rządzić, nie mieszała się do polityki. Mogła mówić po rosyjsku, po polsku, jakby ją nauczyli, to i po niemiecku, na dobrą sprawę było jej wszystko jedno, chciała tylko żyć. Mieszkać w starej, zabitej deskami wsi, razem z rodzicami i rodzeństwem, nic więcej.
    - Nie jestem partyzantką – syknęła. W tej chwili pragnęła tego, jak mało czego. Chciała mieć w ręku broń, bodaj najgorszy jednostrzałowiec i wypalić w tego mężczyznę, ten raz, jeden jedyny raz, choćby potem miała zginąć. To nawet nie byłaby zemsta, przecież on, osobiście on, dołożył tylko cegiełkę do jej parszywego losu, ale to właściwie nie miało teraz znaczenia. Chciała go zabić, po prostu zabić, tylko za to, że jest Niemcem, tak samo jak oni zamordują zapewne jej rodzinę, za to, że są Słowianami. Poczuła do siebie obrzydzenie, bo czym w tej chwili różniła się od nich, od tej szwabskiej swołoczy?
    Złapała rzucone w nią ubranie. Nie musiała rozumieć wyzwiska, by poczuć się poniżona, wystarczył sam ton. Zacisnęła wargi jeszcze mocniej, bo co to da, że się odezwie? Mężczyzna wsiadł do samochodu, przynajmniej tyle. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, żeby spróbować uciec, ale zdała sobie sprawę, że nie ma najmniejszej szansy. Zresztą… uciec dokąd? Nie miała gdzie pójść i to była chyba najprawdziwsza rzecz, jaką usłyszał od niej ten Niemiec. Przełknęła upokorzenie i przebrała się szybko. Sukienka, obiektywnie rzecz biorąc, była cudna, Katia nigdy w życiu nie miała na sobie tak delikatnego, aksamitnego w dotyku materiału. Rzecz w tym, że miesiące biedy będącej konsekwencją kolejnych zarządzeń sowieckich władz, późniejsze przymusowe dostawy dla nowego, niemieckiego okupanta, wreszcie ostatnie dni prawie w ogóle bez jedzenia uczyniły z niej wrak, szkielet obciągnięty skórą, na którym każda uszyta na wymiar zdrowej kobiety rzecz wisiała smętnie jak ścierka na strachu na wróble.
    Wsiadła do samochodu i przycupnęła na tylnym siedzeniu, tuż przy drzwiach, zaciskając drżące palce na materiale sukienki. Zerknęła na młodszą z Niemek, mimo śmiałości nie wydawała się straszna. Po prostu dziewczynka, zwykła, normalna. Zaskoczył ją gest mężczyzny. Kiedy gładził po włosach tą małą, swoją córkę? nie, raczej siostrę, wydawał się po prostu ludzki.
    Przełknęła ślinę.
    - Dlaczego miałabym nie mieć? – ciche, pełne zdziwienia pytanie. - Katarzyna – z dbałością wymówiła twarde „ka” i szorstkie „rzy”. – Ale w papierach miałam Jekaterina, Rosjanie wymieniali dowody – wyjaśniła, starając się mówić spokojnie, bez drżenia głosu. – Mówię prawdę. – Poniekąd mówiła. Katarzyną była w szkole, polskiej szkole, bo akurat taka była w okolicy, a część nauczycieli, zwolenników endecji, uparcie spolszczała jej personalia. W oczach miała łzy, ale jak dotąd udawało jej się powstrzymać płacz. Spojrzała na Niemca, ostrożnie, nieufnie. Siedział za kierownicą, nie widziała jego twarzy. Przeniosła wzrok na dziewczynkę. Spróbowała się uśmiechnąć, delikatnie, subtelnie.

    ~ Екатерина Юшченко

    OdpowiedzUsuń
  23. - Oooo…szanowny pan gestapo jest urażony… Kto by się spodziewał?- zironizowałem- Mógłbym się nie wpierdalać, ale gdybyś chociaż odrobinę znał polski…- powiedziałem z cynicznym uśmieszkiem.- To nie musiałbym patrzeć na twoją mordę i nie włazilibyśmy sobie w paradę.- kolejny cyniczny uśmieszek.
    Po wejściu do gabinetu zauważyłem, że więzień je czerstwy spleśniały chleb z więzienną marmoladą. Krew w żyłach mi się zagotowała. Jednak zignorowałem to, później dam mu coś do jedzenia. Bo to bałbym się dać psu.
    Chwyciłem rzucone papiery na blat i zacząłem je powoli przeglądać. Słuchałem też zeznań chłopaka. Nie podobało mi się to. Jednak przypuszczałem, że to co mówi, są to nazywane przeze mnie „prawdziwe kłamstwa”. Zeznaje to co chce i są to rzeczy wyuczone na blachę.
    - To teraz kolej na mnie, panie sturmbannfuhrer.- powiedziałem spokojnym tonem. Ignorowałem jego spojrzenie. Nie wyprowadzi mnie z równowagi. Nie uda mu się to.
    - Panie Stawicki, jak widzi pan nie jesteśmy tacy źli…jeszcze.- powiedziałem z szyderczym uśmieszkiem. – Wiem, że to co zeznałeś są to kłamstwa. Kłamstwa, które powtarzają się, też w aktach. Pozwolę sobie zacytować jedno z nich.- ostentacyjnym ruchem otworzyłem teczkę.- Kłamstwo pierwsze: „ …ulica Wolna w Sosnowitz.” W Sosnowitz, nie ma i nie było ulicy Wolnej.- uśmiechnąłem się nikle.- Kłamstwo drugie: „Kontaktowałem się z człowiekiem, który przedstawiał się jako Hubal. Major Hubal. ” Hubal nie żyje od dwóch lat. Jednak jego przybliżony opis podałeś całkiem dobrze.- powiedziałem.- Za kogo ty nas masz?- zapytałem ironicznie.- Zrobimy tak…damy ci trochę czasu do namysłu. I znowu spotkamy się w tym miejscu, tylko, że jak będziesz kłamał to…no…cóż…- przekręciłem nieznacznie głowę i uśmiechnąłem się niczym sam syn szatana. Zbliżyłem się do drzwi i wydałem Glassowi odpowiednie rozporządzenia. Kiedy wyszli i zamknęli za sobą drzwi spojrzałem na Matthiasa.
    - Napijesz się czegoś?- spojrzałem na zegarek.- Na alkohol za wcześnie.- powiedziałem cicho, jednak wystarczająco aby usłyszał.- Kawa? Czy wolisz coś innego?- uniosłem pytająco brew. - Jakaś taktyka? Nie wiem, dobry i zły oficer? Czy mam postawić wszystkich moich ludzi na nogi, żebyśmy mieli na czym bazować? Takie podejście psychologiczne…wtedy raczej by nie kłamał, tak ochoczo.

    OdpowiedzUsuń
  24. - Wiadomość z ostatniej chwili Anwarden: ja nie pijam kawy.- powiedziałem zjadliwie.- A nie przepraszam…jeśli jestem po wczorajszym…ale cóż…przynajmniej są dni, w których jestem trzeźwy…nie to co niektórzy.- powiedziałem w jego kierunku i obrzuciłem lodowatym spojrzeniem. Z lekkim zażenowaniem spojrzałem jak wybiera jedno z cygar. Co mnie podkusiło aby je przyjąć? Przecież ich nie palę, staram się ograniczyć palenie. Wetknąłem prawą rękę do kieszeni spodni. Czułem jak dłoń niebezpiecznie mi zaczęła drgać. Przecież brałem całkiem niedawno...
    - Ten zły…-mruknąłem po czym podszedłem do drzwi. Poprosiłem sekretarkę o przyniesienie jednej kawy. Chciałem nawet poprosić aby dodano tam cyjanek, jednak nie miałem zamiaru stanąć przed plutonem egzekucyjnym za pozbycie się jednego Niemca. Zaraz po tym przeszedłem do stojącej w kącie gabinetu niewielkiej szafki. Wyciągnąłem z niej rewolwer Nagant i nóż, który bezpiecznie był w pochwie. Przez chwilę trzymałem przedmioty przed sobą i zastanawiałem się co pójdzie na pierwszy ogień. Rewolwer odłożyłem do szafki, którą zamknąłem i zbliżyłem się z nożem od biurka. Położyłem przedmiot na dębowym blacie.
    - Mam pewien pomysł. Chłopaka uda się zagiąć.- mruknąłem i nie spuszczałem wzroku z noża. Był to niemiecki nóż, zastanawiałem się czy Anwarden bardziej by spodziewał się polskiego bagnetu. – Nie wieżę, że to mówię, ale wydaje mi się, że chłopaka kojarzę…tylko nie wiem skąd…-rozmyślałem głośno i przygryzłem wargę. A prawą rękę podświadomie zaciskałem na tubce z Pervitinem.

    OdpowiedzUsuń
  25. Milczała przez całą drogę, to wyglądając przez okno na zupełnie dla niej nowy, miejski krajobraz, to zerkając nieufnie na troje Niemców. Bezwiednie chłodziła puchnący policzek dotykiem swojej zimnej dłoni. Będzie miała siniak widoczny na kilometr, ale gdyby nie psychiczne upokorzenie, nie przejmowałaby się tym zbytnio. Brzydka twarz to niewielka cena za życie.
    Im bliżej byli celu, tym bardziej sobie to uświadamiała. Przeżyje. A przecież… Skoczyła, by zginąć. Odezwała się do tego Niemca także po to, by umrzeć. Tymczasem to ona, właśnie ona, nie tamtych dwóch mężczyzn z pociągu, nie setki innych ludzi, którzy zginą w obozie, ale właśnie ona, przeżyje. Dopiero zaczynała w to wierzyć i ta perspektywa ją oszałamiała.
    Przeczytała tabliczkę. Domyśliła się, że „Stürmbannfuhrer” to stopień, ale nie wiedziała jak wysoki i chyba nie chciała tego dochodzić. „Geheimestaatzpolizei” po wkroczeniu niemieckich wojsk słyszało się często nawet w jej stronach, znała wystarczająco dużo opowieści, by się bać. I by zauważyć sprzeczność między tym, kim był mężczyzna, a tym, jak… opiekuńczo odnosił się do swoich sióstr. Ten kontrast, paradoksalnie, ją intrygował.
    Kiwnęła głową, kiedy wymieniał jej przyszłe obowiązki. Nie było to wiele więcej, niż robiła u siebie w domu. Na wsi żyje się inaczej, po tym, jak zabrakło ojca, na głowie jej i matki był nie tylko dom, ale także pole, które trzeba było zbronować, obsiać, doglądać wzrastających na nim roślin… Najcięższe prace wykonywał Jura, ale ona też musiała to wszystko umieć. Aż za dobrze wiedziała, że brat może któregoś razu nie wrócić „z lasu”.
    Gotować nawet lubiła, pranie i sprzątanie nie wydawało się złe, jeśli odnieść je do, na przykład, czyszczenia stajni. Ostatnie ją zdziwiło. Zaskoczenie odbiło się na jej twarzy, zanim zdążyła je zamaskować spuszczeniem głowy. Od kiedy to rodzina „panów świata” ma się uczyć języków podbitych krajów?
    - Tylko że ja nie nam niemieckiego. Zanim Krista i Annika nauczą się podstaw, albo zanim ja się nauczę po waszemu, będzie pan musiał tłumaczyć – nie oponowała, po prostu zauważyła problem. Do reszty wypowiedzi się nie odniosła. Po prostu zacisnęła wargi, mówiąc mu w myślach, co może sobie zrobić ze swoją łaskawością. Nikt ich do Polski nie zapraszał.
    Zamarła, słysząc pierwsze takty. To była melodia. Na chwilę pozwoliła się uwieść muzyce. Drgnęła nerwowo, kiedy Niemiec się odezwał.
    - Już, już. – Wycofała się, na chwilę zatrzymując się w progu. – Jak ona pięknie gra – westchnęła z zachwytem. Na jej na ustach na krótką chwilę zaigrał uśmiech. Czmychnęła do kuchni.
    Rozejrzała się zagubiona. Co teraz? W szufladzie pod blatem znalazła jakieś przepisy, w większości po niemiecku. Fajnie, że cokolwiek zrozumiała. Przygryzła wargę. Wrócić i powiedzieć? Jakby jej przetłumaczyli… Taa. Już widziała, jak ten Niemiec cokolwiek jej wytłumaczy. Prędzej znowu ją uderzy i nawrzeszczy że coś-tam. Znalazła przepis na potrawę, której nazwa wyglądała znajomo. Zaczęła robić z pamięci. Miała problemy ze znalezieniem różnych rzeczy, ale mogło być gorzej. Z czasem zaczęła nawet odczuwać spokój, pewien rodzaj harmonii, jaki zwykle towarzyszył jej, kiedy pomagała w kuchni swojej babci. Muzyka wciąż płynęła. Katia zaczęła bezwiednie nucić. Miała miły i melodyjny, choć smutny głos.
    Pokazała się dopiero, gdy skończyła. Z niepewna miną postawiła na stole wszystko, co trzeba.

    ~ Екатерина

    OdpowiedzUsuń
  26. - Nie, dziękuję, ale nie skorzystam. Jakoś nigdy nie palilem- dla sportowca to nie było wskazane. I mimo iż już nie grał to jednak wolał nie zmieniać zdrowych nawyków- Myślę, że to da się załatwić- matka Curta ucieszy się jak Magda przyjedzie z Marysia do Dortmundu na parę tygodni. Kehl zrobił facepalma. Upity Hoffmann byl równie przydatny co i niebezpieczny. Miał o tym okazję przekonać się Martin Römmel, któremu pijany wujaszek o mały włos nie odstrzelil ucha. Skrzywil się, Słyszałam jego zawodzenie. Raczej nie da rady słownie go uciszyć. Blondyn westchnął głośno. Szeregi zdążył już wyjść.
    - Pozycze na chwile- wziął gruby Tom encyklopedii- Nie bój się, nie zabije go, ale inaczej się nie zamknie. Znam go trochę lepiej i dłużej niż ty- wyszedł, trzasnął w łeb wujka tą encyklopedia- Od razu przyjemniej dla ucha- ułożył go na loznku- Do rana będzie z nim spokój- powiedział do Matthiasa odkładając na nie encyklopedie.

    OdpowiedzUsuń
  27. Kiedy zaczynali jeść, była pewna, że zaraz okaże się, że coś zrobiła nie tak, jak w ich mniemaniu powinna. Zdziwiło ją, że nie. Od początku starała się wykonywać wszystko dokładnie, porządnie. Taki już miała charakter.
    Porządkując sypialnie, z ciekawością rozglądała się po ich wnętrzach. Spodziewała się… Sama nie wiedziała czego. Chyba właśnie wszechobecnych swastyk, choć to przecież nie było ani biuro, ani nazistowski bankiet. Samolot z dagerotypu wzbudził w niej jakąś dziwną tęsknotę, której przyczyny nie potrafiła nazwać. Przez chwilę wyobrażała sobie, jak to jest, szybować w powietrzu, wysoko nad ziemią… nad tym wszystkim.
    Z zadumy wyrwał ją głos Anniki. Wyszła z sypialni gospodarza i znalazła dziewczynkę.
    - O co chodzi? – zapytała. – I… może być Katrina, jeśli tak ci łatwiej – dodała, nieznacznie wzruszając ramionami. Nie była szczególnie przywiązana do tej formy.

    ~ Екатерина

    OdpowiedzUsuń
  28. Odwzajemniła uśmiech. Usiadła na skraju łóżka, odwracając się ku dziewczynce. Przyjęła książkę, w ruchu, jakim odchylała okładkę widać było delikatność, jakiś cień czułości, wobec zadrukowanych kart. Odgarnęła niesforny kosmyk włosów za ucho. Jej wzrok padł na stronę tytułową. Przeczytała na głos tytuł, potem jej wzrok ześlizgnął się niżej. Dedykacja. Jekaterina zamarła, rozpoznając nazwisko. Skąd..? Może to pomyłka, myślała gorączkowo. Zbieżność nazwisk?, przekonywała się w duchu. Zbieżność nazwiska, imienia i otczestwa..? Nie za dużo tych „zbieżności”?
    - Noc padła na las, las w mroku spał,
    Ktoś nocą lasem na koniu gnał.
    Tętniło echo wśród olch i brzóz,
    Gdy ojciec syna do domu wiózł.

    - Cóż tobie, synku, że w las patrzysz tak?
    Tam ojcze, on, król olch, daje znak,
    Ma płaszcz, koronę i biały tren.
    - To mgła, mój synku, albo sen.
    - przeczytała. Rosyjski uwypuklał szelest lasu, melodyjne kołysanie olch i konnej jazdy. Brzmiał w tym dziwnym, pełnym odgłosów życia domu dziwnie, jak coś, co znalazło się nie na swoim miejscu.
    Jak ja, pomyślała.
    - Pójdź chłopcze w las, w ten głuchy las!
    Wesoło będzie płynąć czas.
    Przedziwne czary roztoczę w krąg,
    Złotolitą chustkę dam ci do rąk".

    - Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?
    To król mnie wabi, to jego śpiew.
    - To wiatr, mój synku, to wiatru głos,
    Szeleści olcha i szumi wrzos.

    Gdyby zamiast dedykacji zobaczyła sam podpis, pomyślałaby zapewne to, co większość ludzi widząc rzecz kogoś spośród zaginionych bliskich w rękach jakiegoś bogatego Niemca. Ale to nie było tak. Na szczęście, na wszystkie szczęścia świata to nie tak. Jej ojciec musiał tę książkę po prostu dać, kiedyś, dawno temu. Ta Cecilia. Kim była? Albo… kim jest?
    -Gdy wejdziesz, chłopcze w ten głuchy las,
    Ujrzysz me córki przy blasku gwiazd.
    Moje córki nucąc pląsają na mchu,
    A każda z mych córek piękniejsza od snu".

    - Czy widzisz, mój ojcze, tam tańczą wśród drzew
    Srebrne królewny, czy słyszysz ich śpiew?
    - O, synku mój, to księżyc tak lśni,
    To księżyc tańczy wśród czarnych pni.

    Każda chwilą bardziej wczuwała się w czytany tekst. Oczyma wyobraźni widziała kolejne kadry wycięte z opowieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Pójdź do mnie, mój chłopcze, w głęboki las!
      Ach, strzeż się, bo wołam już ostatni raz!"
      - Czy widzisz, mój ojcze, król zbliża się tu,
      Już w oczach mi ciemno i brak mi tchu
      - głos na chwilę uwiązł jej w gardle. Znała zakończenie, przez które ta historia wydawała jej się równie piękna, co straszna. Na obrazy płynące z tekstu nałożyły się inne. Wspomnienia. Jej siostra, rozpaczliwie wzywająca matkę, kiedy siłą ją od niej oddzielono. Kochana, malutka, niewinna jak ta niemiecka dziewczynka. „Cień”, zastrzelony na jej oczach. Pierwszy transport i Saszka, patrzący poważniej, niż powinno patrzeć jakiekolwiek dziecko. Mama, która do końca…
      Targnął nią szloch, rozpaczliwe łkanie, przepełnione bezsilnością. Przez chwilę potrafiła tylko siedzieć skulona i wycierać płynące po twarzy łzy, zanim zaplamiły książkę. Zatkała sobie usta dłonią. Nie rycz, głupia. Nie teraz. Nie tutaj. Nie… Otarła resztki łez. Powstrzymała następne i zdławionym głosem dokończyła:
      - Więc ojciec syna w ramionach swych skrył
      I konia ostrogą popędził co sił.
      Nie wiedział, że syn skonał mu już
      W tym głuchym lesie wśród olch i brzóz.

      Nie wiedziała, czy dziewczynka widziała wcześniejszą chwilę słabości. Nie była pewna, czy naprawdę spała, czy tylko udawała. Po cichu wstała, odłożyła książkę i podeszła do drzwi. Zgasiła światło.
      - Dobranoc, Anneczka – szepnęła, zamykając drzwi. Przez chwilę stała nieruchomo. Reszta domu zdążyła już umilknąć. Kilka minut później zasypiała już w swoim kącie w kuchni, układając w myślach pytanie, które miała zamiar zadać.
      ***
      Okazja nadarzyła się dopiero następnego dnia wieczorem. Wychodząc z pokoju Anniki (wieczorne czytanie po raz drugi), zauważyła, że drzwi do gabinetu gospodarza są uchylone, a w pomieszczeniu pali się światło. Wzięła głębszy wdech. Rusz się, przecież on cię nie zje! Zastukała.

      ~ Екатерина

      Usuń
    2. - Chciałam zapytać, skąd ma pan tę książkę? – Położyła podniszczony tom na brzegu biurka. – Kto to Cecilia von Stauffenberg i dlaczego mogła ją dostać? - Ciekawość była silniejsza od obaw, jakie budził w niej ten mężczyzna. Właściwie, nie była pewna, dlaczego nadal się go boi. Teraz, kiedy pierwsze nieprzyjemne wrażenie wywołane skojarzeniami z jego mundurem nieco przyblakło, miała przed sobą po prostu jeszcze jednego, zmęczonego życiem człowieka. Przez chwilę poczuła nawet względem niego jakiś cień współczucia, choć zaledwie chwilę później uznała to za absurdalne.
      Spuściła wzrok.
      - Przynieść panu kawy albo… no, czegokolwiek? - zrobiło jej się głupio, że wparowała tu ze swoimi pytaniami. Dyskretnie rozejrzała się po gabinecie. Tony papierów, mnóstwo teczek…
      - Nad czym pracuje gestapo, kiedy nie katuje ludzi? – zapytała chłodno, nim zdążyła ugryźć się w język.

      ~ Екатерина

      Usuń
  29. - Nie…skąd ci to do głowy przyszło?- udałem zdziwienie.- Tylko idiotów i dupków z Gestapo oraz SS.- odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Chociaż Wernitz, zawsze był z mojej strony ciepło przyjmowany. Tacy z nas przyjaciele byli.
    - Uuuu.. ironię wyczuwam w tym pytaniu.- powiedziałem. – Możesz sobie w gazecie przeczytać o sukcesach DAK. Nie pisze do mnie zbyt wiele. Raz, że tajemnica wojskowa. Dwa, że cenzura. Jednak jaki jest front to wiem, miałem takie wątpliwe szczęście uczestniczyć w kampanii wrześniowej i francuskiej. Więc wiem, czym to wszystko śmierdzi.- powiedziałem. Mam nadzieję, że nie będzie drążył tematu. Jeśli natomiast uczyni to, to udzielę jakiej wymijającej odpowiedzi.
    Przyglądałem się metodom Matthiasa. Przecież on nie za wiele zdziała samym postraszeniem… Chłopak nie powie, chociaż wygląda na takiego co by powiedział, gdyby się go przycisnęło. Ale nie w postaci wymierzania razów batem, to musi być coś niespodziewanego. Chciałem zapalić… pogrzebałem w kieszeni… camele. No kurwa ładnie, skąd u mnie w kieszeni camele? Położyłem na biurko.
    - Chcesz to bierz całą paczkę.- powiedziałem do Matthiasa. Paczka miała tylko lekkie ślady używania. Ale papierosów był komplet.- Bierz…ja nie palę.- powiedziałem widząc jego lekkie ociąganie.
    - O akcji na Reichsbank nic nie wiem panie Sturbannführer.- powiedział cicho, z dobrze słyszalnym przerażeniem w głosie.
    - Nie kręć, bo to ci nie pomoże. – powiedziałem i spojrzałem na niego.- Posłuchaj, potrafimy być mili, jak już zauważyłeś, nie uderzyliśmy cię ani razu, prawda?- zapytałem, a on niemrawo pokiwał głową.- To się może zmienić, i dobrze o tym wiesz.- ton mojego głosu natychmiast stał się chłodny, przeszedłem za plecy więźnia.- Ja nie lubię przemocy, brzydzę się nawet…- niepostrzeżenie wyjąłem zabrany ze sobą nóż. Jednym szybkim ruchem chwyciłem go za włosy i odchyliłem głowę do tyłu.- Ale czasem przemoc to jedyna opcja.- powiedziałem przez zaciśnięte zęby. I przyłożyłem mu zimną stal noża do gardła. – To jak?
    - Panie majorze, panie Sturbannführer…ja nic nie wiem…naprawdę.- przygryzł wargę i zamknął oczy. Lekko wbiłem szpic ostrza w skórę, pojedyncze krople spływały po jego szyi.
    - Wiesz…-szepnąłem.- I ja o tym wiem…
    - No bo ja tylko…- aby go zachęcić jeszcze bardziej wbiłem ostrze, jednak nie w taki sposób aby mi się wykrwawił.- Ja tylko przekazywałem rozkazy! Ja nic nie wiem! Wszystko było zaszyfrowane! Ja przenosiłem…
    - No proszę…- odciągnąłem nóż od jego szyi- …jak chcesz to potrafisz. Tylko po co zmuszałeś mnie do takiego kroku?- zapytałem retorycznie.- Z kim się kontaktowałeś?
    - Nie znam ich nazwisk. Tylko…pseudonimy.- mówił cicho. Co jakiś czas spoglądał na mnie z przerażeniem. Dobrze że się mnie bał…bardzo dobrze…. Gestem zachęciłem do dalszego mówienia.- Ten któremu przekazywałem informacje…to przedstawił się jako „Gregor”, a ten któremu przekazywałem to „Łaba”… „Łaba” na niego wołali.- po policzku spłynęła jedna łza.- Ja naprawdę nic więcej nie wiem….nic więcej…- łkał. Pokiwałem głową z politowaniem.

    OdpowiedzUsuń
  30. Przysłuchiwałem się rozmowie Matthiasa z chłopakiem. Westchnąłem cicho. Odpiąłem pierwszy guzik od munduru przy szyi i z guzikiem od koszuli postąpiłem tak samo. To było zanim…zanim zapytał o „Huzara”. Momentalnie serce szybciej mi zabiło, ale nie dałem po sobie poznać, że to pytanie przywołało mnie o miliony myśli. Czy on coś wie? Wie coś więcej niż powinien?
    - Aha…-mruknąłem po czym wywróciłem oczami.- Już spieszę z najświeższymi informacjami… robiłem tylko i wyłącznie za tłumacza…- mówiłem jeszcze spokojnie.- PRZESŁUCHANIA TO BROSZKA GESTAPO. – warknąłem przez zaciśnięte zęby.- JA zbieram informacje i odwalam brudną robotę za takich dupków jak ty.- powoli się uspakajałem. Napływ gniewu był tylko chwilowy.
    - A więc… wracamy do gry…- zignorowałem spojrzenie Matthiasa.- Panie Adamski… czy widział pan kiedykolwiek „Huzara”?
    - Nie herr major. Nie widziałem go, ale miałem się z nim spotkać…- powiedział szybko, ale zaraz zamilkł i wbił wzrok w podłogę.
    - Kiedy i gdzie? Jakie jest hasło?- zapytałem, głosem niemalże przyjacielskim.
    - Nie mogę powiedzieć…ja naprawdę…- chłopak znowu przechodził chwile załamania. Delikatnie chwyciłem go za podbródek i nakierowałem na swoją twarz jego spojrzenie.
    - Posłuchaj. Odpowiesz mi na te pytania i wyjdziesz. Tak dobrze słyszysz.- potwierdziłem widząc jego minę.- Wyjdziesz z tego miejsca o własnych siłach i Gestapo nie będzie cię szukać, wyjedziesz…
    - To brzmi zbyt dobrze, panie majorze. Gdzie haczyk?
    - Hmm…haczyk. Gestapo o tobie zapomina, ale nie ja…wiesz o co mi chodzi?
    - Mam dla pana szpiegować?- zapytał wprost. Tylko pokiwałem głową.- Nie mogę przysięgałem.
    - Idiota!- krzyknąłem. Zabrałem z paczki jednego papierosa. Co z tego, że nie trawię cameli? Musiałem zapalić. Wyciągnąłem z kieszeni srebrną zapalniczkę, którą kiedyś podarował mi dziadek.- Chcesz zginąć w TAKIM miejscu?! Wiesz, że się to tak może zakończyć, nie powiesz teraz, to kilku ludzi wyciągnie z ciebie te informacje.- powiedziałem.- Nie to nie będą moi ludzie Matthias.- powiedziałem do Anwardena, który chyba już miał zamiar pytać, który będzie przesłuchiwał.- A moja cena nie jest zbyt wygórowana. W zamian sobie będziesz żyć dużo dłużej niż tutaj.
    - Ja naprawdę nie mogę….- ktoś wszedł do pokoju przesłuchań, to był Hazerski z aktami, o które prosiłem.
    - Masz i Wernitz dzwonił…
    - Powiedz, że dzisiaj nie piję.
    - Nawet nie pytam skąd wiesz.- wzruszył ramionami po czym wyszedł.
    - Tak więc panie Adamski… jak pańska rodzina?- zapytałem z niejakim zaciekawieniem. Spojrzał na mnie z przerażeniem. – Jak z pańskim ojcem? Napisał z obozu jenieckiego? A jak zdrowie pańskiej matki? Nadal ją choroby płuc nękają?- spoglądał we mnie jak ciele w malowane wrota.- A siostra, Beata, słyszałeś że jest w Oświęcimiu?- pokiwał przecząco głową. – Przykro mi że w takich okolicznościach….- wyciągnąłem z teczki zdjęcie przedstawiające jego siostrę w tak dobrze znanym pasiaku.- Całkiem ładna musiała być zanim trafiła do tego miejsca.- pokazałem mu zdjęcie.- Mógłbym ją wyciągnąć…
    - Jaką mam mieć pewność że żyje? Chcę ją zobaczyć!
    - To nie możliwe. W Auschwitz nie ma widzeń.- powiedziałem spokojnym głosem.- Zrobimy tak…zastanowisz się przez noc nad odpowiedzią. A ja przyszykuję odpowiednie papiery, aby wyciągnąć twoją siostrę.
    - Ja mogę tylko powiedzieć hasło… Brzmi ono „Mam książki od Joachima”, a odzew „Czekałem tydzień.”. Ja chcę wiedzieć, czy jeśli podam czas i miejsce, to wyciągnie pan moją siostrę?
    - Zastanowię się…zależy mi na współpracy Adamski.
    ****
    Siedziałem w gabinecie Matthiasa, na zewnątrz słońce chyliło się ku zachodowi.
    - Jak widzisz… nie potrafię tylko bić.- wzruszyłem ramionami.- Masz coś na temat tego… „Huzara”?- zapytałem.
    - Mógłbym co prawda, kazać ściągać odpowiednie akta, z Kattowitz, albo Krakau…ale za dużo zachodu, a tutaj zależy na czasie.- wyjaśniłem.

    OdpowiedzUsuń
  31. W pierwszym odruchu cofnęła się o krok. Wiedziała, przegięła. Spodziewała się złości, agresji, ale nie… odpowiedzi. I nie smutku, jaki kilka chwil później zauważyła w jego oczach.
    Przez chwilę miała ochotę coś powiedzieć, ale żadne pasujące słowa nie nadeszły. Ograniczyła się więc do otwarcia książki na karcie tytułowej. Spojrzała na Niemca i… omal nie pacnęła się w czoło. Dlaczego odruchowo zakładała, że skoro ona potrafi czytać cyrylicę, dla innych wschodnie „bukwy” także nie są po prostu szeregiem enigmatycznych znaczków?
    - 23 stycznia 1918 roku, Leningrad. Najlepsze pozdrowienia dla mojego mroźnego kwiatu z Północy - żaden nie kwitnie tak pięknie jak Cecilia Schenk von Stauffenberg. Michaił Pawłowicz Juszczenko – przeczytała i przetłumaczyła to na polski, żeby mężczyzna mógł zrozumieć. Jej głos brzmiał spokojnie, nie było w nim śladu zdumienia, jakie poczuła, gdy czytała ten odręcznie napisany tekst po raz pierwszy. Starała się, by żadna zmiana tonu ani mimiki nie zdradziła, że ów „Juszczenko” był dla niej kimś bliższym. Może zrobiła głupotę? Może mogła mu powiedzieć prawdę? Tak bardzo chciałaby komuś po prostu zaufać, bez zastanawiania się, kto i po której jest stronie… Ale bała się. Nie chciała skończyć jak jej rodzina.
    Podeszła bliżej. Zlustrowała wzrokiem zawartość teczki, ale papiery mogłyby być równie dobrze napisane po chińsku.
    - Coś dobrego? – mruknęła, unosząc do góry brew. – Działa pan na rzecz Rzeszy. Rozwiązuje pan… - zawiesiła głos w poszukiwaniu neutralnego określenia - …sprawy, które w odpowiedniej ilości i przy odrobinie szczęścia może by ją zniszczyły. Możliwe, że zanim pana rodacy zamordują kolejnych ludzi tyko za to, że… tylko za jakieś… chore brednie! – głos jej się łamał, była wściekła. Pomyśleć, że jeszcze przed chwilą prawie mu współczuła! Niemiec, to jednak zawsze będzie Niemiec! Co ona sobie w ogóle myślała? Czuła, jak fala wściekłości zalewa ją jak wtedy, gdy ją znalazł. Wtedy chciała go zabić. Oczywiście nie mogła, ale chciała i to z determinacją godną sadystki. Teraz…
    Teraz miała ochotę coś rozwalić. Na przykład rozbić. Na jego głowie.
    - Idę po kawę – stwierdziła głosem tak lodowatym, jak syberyjski wygwizdów w połowie grudnia. Dokładnie zamknęła za sobą drzwi.
    - Mudak! I stierwoznyj charaktier* - prychnęła i, cały czas pomstując po rosyjsku, poczłapała do kuchni. Ale kawę zaparzyła.
    Chwilę później, wciąż zirytowana, ale chyba już nie do tego stopnia, by palnąć coś głupiego, zatrzymała się pod zamkniętymi drzwiami pracowni z tacą w rękach, na której parowała filiżanka z kawą dla niego i szklanka z mocną, słodką herbatą dla niej.
    - Przyniosłam kawę! Ale musi pan otworzyć, mam zajęte ręce.

    [* po rosyjsku: „palant ! I szmaciarski charakter”]

    OdpowiedzUsuń
  32. - W depeszy…-powiedziałem i pokiwałem głową i spojrzałem za wybiegającym Matthiasem. Sam po chwili wyszedłem z pomieszczenia. Musiałem natychmiast spotkać się z Ritą. Po niecałym kwadransie znalazłem się w mieszkaniu Rity. Wyjaśniłem całą sprawę.
    - Marcin uważaj na siebie. Wiesz, że to co robisz jest bardzo…ryzykowne.- powiedziała spokojnym tonem głosu. Ja jednak ją znałem i wiedziałem, że martwi się o mnie.
    - Posłuchaj, nic mi się nie stanie.- zapewniłem.- Mam plan, zresztą słyszałaś, nie ma opcji aby nic się nie udało. Do zobaczenia jutro wieczorem.- uśmiechnąłem się w jej stronę i wyszedłem.
    ***
    Ten sam dzień. Późny wieczór.
    Dogadałem się z Kotem, jak dobrze, że on trzymał dzisiaj wartę a jeszcze lepiej, że Glass pilnuje więźniów. Nic nie powinno mi pokrzyżować planów. Zresztą chłopcy będą trzymać buzię na kłódkę, nie robię tego po raz pierwszy, a oni też nie mają czystego sumienia. Cała moja grupa siedzi w tym gównie po uszy, taka prawda, że trzymamy się razem i wspieramy.
    Otworzyłem po cichu drzwi od celi, młody Adamski przebudził się. Jednak nie zdążył zareagować, zaaplikowałem mu cyjanek. Kiedy upadł i trząsł się w konwulsjach do jego ręki wcisnąłem gryps. Wszystko wyglądało jakby popełnił samobójstwo, na rozkaz jakiegoś ze swoich. Poprawiłem nieco mundur i wyszedłem z celi, uprzednio ją zamknąwszy.
    - Nic nie widziałeś. Gryps prawdopodobnie dostał od jednego z funkcyjnych.- powiedziałem szeptem do Glassa.
    - Jasna sprawa.- odpowiedział również szeptem.
    ***
    Dwa dni później
    - No to co Rommel? NAPRAWDĘ nic nie wiesz?- zapytał Reimann i kolejny raz przez moje ciało przeszedł prąd. Że też facetowi się to nie nudziło. Najpierw lał mnie czym popadło, później wbijał igły, nawet wrzątkiem moje rany potraktował. No właściwie to woda, którą mnie oblał nie była stricte wrzątkiem. Teraz przerzucił się na prąd.
    - Nic…mówiłem przecież…- powiedziałem słabym głosem. Myślałem że moje ręce mi odpadną. Nie wiem ile już sobie tak wisiałem. Powoli przysypiałem. Na ziemię sprowadził mnie dosłownie kubeł zimnej wody. Podniosłem nieco głowę, tak aby spojrzeć na tego idiotę, debila Reimanna. W moich oczu była chęć mordu.
    - Wiesz co… damy chyba sobie na dzisiaj trochę spokoju, co?- uśmiechnął się nieco pobłażliwie w moją stronę.- Zabrać go!- rozkazał.
    Wynieśli mnie na korytarz. Wszystko mnie bolało, kiedy Reimann mnie uderzył zagotowało się we mnie.
    - Nigdy nie rozumiałem tego Gestapowskiego poczucia humoru.- powiedziałem. A kiedy Matthias zakończył swój wywód kopnąłem, na tyle na ile pozwalała mi obolała kończyna, Reimanna. Uśmiechnąłem się nieco.
    -Osz ty… Dawajcie go z powrotem do gabinetu. Pan Rommel najwidoczniej nie ma jeszcze dosyć.- uśmiechnął się w moją stronę. Na myśl przychodził mi psychopata…chociaż właściwie to Reimann jest swoistym psycholem. – Zapraszam pana panie von Anwarden. Proszę mi nie odmawiać.- powiedział do Matthiasa.
    Znowu zawisłem na kajdankach a do mojego ciała przywarły, jak pijawki elektrody. Przygryzłem wargę kiedy puścił kolejną dawkę.
    - Muszę przyznać, że skurwysyn długo się trzyma. Sześć godzin na samym prądzie, za mojej kariery nikt tak długo nie wytrzymał.- powiedział. Czyli Anwarden wszedł. Podniosłem nieco głowę, mimo że oczy zalewała mi krew, to widziałem dwie postacie.
    - Wiesz co Franz? Ty to chyba na manie prześladowczą cierpisz.- jęknąłem z bólu, kiedy po raz kolejny przez moje ciało przeszedł prąd.- Ty chyba ni rozumiesz po niemieckuuuu….-zawyłem jak ranne zwierzę.- Jestem niewinny… wiesz o tym…- opadłem z sił. Zamykałem oczy, ale zaraz znowu wylano na mnie wodę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - I znowu ta sama śpiewka Rommel.- zacmokał z niezadowolenia.- Ten major dwa dni temu zabił jakiegoś więźnia, ważnego niby. Przesłuchiwał go z panem…- przerwał na chwilę aby rozkoszować się moim widokiem, kiedy wiję się pod wpływem prądu. Jak jakaś ryba, którą wyciągnięto z wody.- I do tego jest polskim szpiegiem Pracuje dla tych gnid już kilka lat.
      - Jeśli ludzie z Abwehry są dla ciebie gnidami, to tak.- powiedziałem po czym uśmiechnąłem się w ich kierunku. To widocznie go rozwścieczyło bo teraz przez moje ciało prąd przechodził dłużej i pod większym napięciem…
      Teraz to już odleciałem. Obudziłem się na podłodze tego samego gabinetu. Reimann miażdżył mi palce swoimi buciorami.
      - Buty se zniszczysz.- mruknąłem nieprzytomnym głosem.
      ****
      Do pomieszczenia wpadł Hazerski z chęcią mordu w oczach. Chyba nikt nie spodziewał się po nim czegoś takiego, na ogół spokojny adiutant Rommla teraz kipiał ze złości.
      - Czy pan jest normalny herr Obersturmführer? To przekracza już wszelkie granice. TO- wskazał na leżącego i nieprzytomnego Rommla- Jest niemiecki oficer wywiadu wojskowego!- krzyknął.- Nie może pan…
      - SS-Obersturmführer. I mogę mam błogosławieństwo najwyższych oficerów, oberfeldfeblu…- w jego głosie pobrzmiewała pogarda dla Hazerskiego.
      - A Cannaris? Oster? Koch?- zapytał z zadziornością.
      - Widzę, że chce pan bardzo trafić na miejsce majora…to się da załatwić.- powiedział i przestąpił krok nad ciałem Martina.- A teraz wyjdzie pan i nie będzie mi więcej przeszkadzać.- powiedział. Hazerski niechętnie wyszedł, jednakże zdążył coś szybko powiedzieć po śląsku. No Rommel! Wstajemy!- krzyknął niemalże radośnie Reimann i kopnął w brzuch majora.

      [Pozwoliłem sobie opisać nieco przesłuchanie :D Mam nadzieję że mnie za to nie zabijesz. Chciałem abyś wiedział mniej-więcej do czego Reimann jest zdolny. Ale to i tak nie jest jego cały obraz.]

      Usuń
  33. Zrobił dokładnie to o co poprosił Matthias. Wrócił do domu, spakował Magdę i poinstruował co ta ma zrobić. Magda nie była z tego faktu zadowolona. Co gorsza próbowała wykłócać się o swoje. W końcu jednak po długich negocjacjach postanowiła wyjechać do Dortmundu.
    Na drugi dzień siedziała już w pociągu. Razem z siostrą i córką.
    ***
    Trzy tygodnie później Curt spotkał się z Matthiasem. W międzyczasie dostał też list od żony. Wszyscy mieli się dobrze. Na całe szczęście.
    - Całkiem dobrze im tam- stwierdził Kehl, siadając na krześle- Tak, służy im. Wartenburg to mój podwładny. Z Schaferem mało miałem styczności. Po co ci to?- zapytał Kehl.

    OdpowiedzUsuń
  34. Powoli otworzyłem oczy pod wpływem kopniaka. Nosz kurwa! Ja przecież zaraz tej pieprzonej łysej pale jebnę. No jak kurwa babkę kocham.
    - Dziwne masz fetysze Matthias.- powiedziałem.- Wiesz…ja to pewno bym dziewice gwałcił, a wioski palił. Ale cóż, jak widzę można inaczej.- spojrzałem na niego. Muszę sobie to zapamiętać i kiedyś mu w piękny sposób to wypomnę. Tak! Jeśli kurwa przeżyję jeszcze jakiś czas to będę go wkurwiał strasznie! Normalnie nawet jak będzie miał Alzheimera, to mnie będzie pamiętał.
    Przez chwilę mordowałem Matthiasa wzrokiem.
    -Toś mi pojechał po ambicji.-warknąłem.- Powiedziałbym, że masz inteligencję ameby, polipa albo innego pantofelka ale ubliżyłbym tym małym żyjątkom.- powiedziałem z iście skurwysyńskim uśmiechem.
    Generalnie po tym zapadła cisza, którą przerwała sekretarka i powspominała coś o generale Adlerze. Szczęście mi dzisiaj sprzyja! Jeszcze jak zjawił się ktoś ode mnie i pomógł mi wstać to obrzuciłem Reimanna spojrzeniem pełnym chęci mordu. Ta łysa pała zginie śmiercią okrutną. Tak go ładnie urządzę, że rodzona matka go nie pozna.
    ***
    Upłynęły niecałe dwa dni, kiedy mogłem już niejako normalnie się poruszać. I tak byłem nafaszerowany środkami przeciwbólowymi, że chyba mogłaby mnie ciężarówka przejechać a ja bym wstał, otrzepał się i poszedł dalej. Opuchlizna nieco z twarzy zeszła, ale i tak wyglądałem jak wielki siniak, który miejscami jest przypalony. Praktycznie całe ręce miałem zabandażowane. Nie wyglądało to zbyt pięknie. Do tego jeszcze kazali mi pojechać po tego debila Anwardena. Bo coś generał Adler od nas chce.
    No to cóż, wziąłem tego VW Kübelwagen, co mi podstawili i pojechałem po tego debila Matthiasa von Anwardena. Już ja mu się za tą rozwielitkę zemszczę! To będzie kurwa piękne! Jedno z najpiękniejszych oblicz zemsty z mojej strony. Szkoda tylko, że tym samochodem maksymalnie się rozpędzę do 80km/h. To przecież kurde jest nic. Ale cóż…poniżej 70km/h nie zejdę. Nie mam bata!
    Podjechałem więc pod mieszkanie Matthiasa. Kulturalnie zapukałem w drzwi. Otworzył mi je sam Anwarden.
    - Dzień dobry.- powiedziałem. Wróg, czy nie kultura musi być.- Zapraszam pana Sturmbannführera do samochodu.- wskazałem stojącego obok VW.- Taki mi samochód dali. To nie moja wina, osobiście to preferowałbym jakiś inny.- powiedziałem. Ale cóż w teren to tylko ten się nada. I chyba Matthias o tym wiedział.

    OdpowiedzUsuń
  35. Wsiadłem do samochodu, zająłem miejsce kierowcy. To będzie bardzo przyjemna (dla mnie) jazda. Początkowo po Warszawie jechałem spokojnie, nie chciałem przecież przez przypadek zabić jakiegoś Polaka. Nie sztyletowałem Matthiasa wzrokiem…byłem nawet miły. Jakaś gadka o pogodzie, kobietach, samochodach…nie sztyletował mnie wzrokiem. Było można by rzec całkiem przyjemnie. Jednakże zabawa dopiero zaczęła się po wyjeździe z Warszawy. Wtedy wcisnąłem gaz do oporu. Ja to chyba jakiś niespełniony kierowca rajdowy jestem. Umyślnie doprowadzałem Matthiasa do palpitacji serca. Wymijałem jakąś ciężarówkę, samochód, trochę dalej furmankę. Kątem oka dostrzegłem jak Matthias robi się zielony na twarzy. Coś do mnie krzyczał, uśmiechnąłem się.
    - Jestem trzeźwy. Po pijanemu w życiu nie usiadłbym za kółkiem. To przecież szalenie niebezpieczne.- powiedziałem ze spokojem. W duchu strasznie się śmiałem widząc w oczach pana Sturmbannführera strach.
    Prowadziłem pewnie, wyglądałem jak ktoś podczas spokojnej niedzielnej przejażdżki. Niedzielna owszem, przejażdżka też…jednakże niekoniecznie spokojna.
    - Jezu Chryste! Zakręt!- krzyknąłem widząc ostry zakręt.- Nie dam rady!-krzyknąłem i jeszcze przyspieszyłem. W pięknym stylu skręciłem, mógłbym nawet zaryzykować tym, że samochód podczas tego manewru przez chwilę jechał tylko na kołach po lewej stronie, a te po prawej przez chwilę nie dotykały podłoża. Uśmiechnąłem się nieco pod nosem, ale tylko na chwilę.
    Jechałem i jechałem, w pewnym momencie skręciłem w jedną z odnóg drogi głównej. Wydawało mi się, że to dobry skręt. Przez chwilę jechaliśmy jakąś leśną dróżką. Zatrzymałem się na jakiejś polanie. Samochód chodził na wolnych obrotach.
    - I co? Miał być tutaj sztab.- powiedziałem nieco zbity z tropu.- I ja się kurwa pytam, gdzie on jest?!- krzyknąłem. Sięgnąłem do schowka i wyciągnąłem niemiecką mapę. Przez chwilę ją wetowałem, przygryzłem wargę.- Łooo kurwa… źle żem skręcił. Jebłem się o jakieś dwadzieścia kilometrów. Ale to można całkiem szybko naprawić.- spojrzałem na zegarek.- Mamy godzinę dziewiątą. W nieco ponad dwadzieścia minut jestem w stanie to nadrobić.- oznajmiłem po czym ruszyłem z miejsca.

    OdpowiedzUsuń
  36. Nawet nie słuchałem tego jak Matthias się drze…nie no dobra słuchałem i aż mi się chciało śmiać. To chyba jest jedna z najlepszych zemst! Ja to chyba jednak jestem skurwysynem…
    Po kilkunastu minutach przyjemnej jazdy wypełnionej krzykiem Anwardena i rykiem silnika pracującego na najwyższych obrotach dotarliśmy na miejsce. Strażnicy w popłochu odsuwali się z drogi. Gdy minęliśmy bramę z pomieszczenia wyszedł pułkownik von Lettow-Vorbeck. Zahamowałem centralnie przed nim. Pułkownik stoi blady jak ściana i wpatruje się na mnie i na chyba równie bladego jak on Matthiasa. Nie tracąc pewności siebie wyjmuję kluczyki ze stacyjki Wysiadłem z tylnego siedzenia wziąłem moją aktówkę i zbliżyłem się do wciąż osłupiałego pułkownika.
    - Zaparkuj samochód gdzieś w cieniu. Bo tragedia nastąpi jak się siedzenia nagrzeją.- wręczyłem mu kluczyki do ręki. Przyjrzałem się samochód może stał z pięć centymetrów przed pułkownikiem. Uśmiechnąłem się pod nosem i przeszedłem do budynku.
    Oczywiście nie traciłem fasonu, lekko otrzepałem swój mundur, poprawiłem pas z kaburą od pistoletu i włosy oczywiście. Dopiero wtedy przekroczyłem próg pomieszczenia w którym znajdował się generał Adler i cała reszta sztabu. Miałem gdzieś to „Heil Hitler”, normalnie żem zasalutował. Przecież nie byłem ani w partii ani w SS, więc po kiego miałem się wydurniać?
    - Dzień dobry państwu.- powiedziałem.- Przepraszam za to chwilowe spóźnienie, ale jakiś debil na mapie źle trasę zaznaczył.- dodałem.
    - A Sturmbannführer von Anwarden?- zapytał generał i spojrzał na mnie znad mapy.
    - W tym momencie pewnie dochodzi do siebie.- powiedziałem ze spokojem.- Von Anwarden źle znosi jazdę samochodem.- wyjaśniłem. Po chwili zająłem miejsce obok jednego majora, który próbował zachować powagę sytuacji i się nie zaśmiać. Znajomy z czasów kampanii francuskiej. Uścisnęliśmy sobie ręce.
    - O co poszło?- zapytał szeptem. Pewnie miał w pamięci to jak kiedyś na polecenie stryjaszka robiłem za szofera dla jakiegoś pułkownika. A że większość miała z nim na pieńku, to zaistniała podobna zemsta. A poza tym obraził mnie ten pułkownik, więc kara była zasłużona.
    - O inteligencję rozwielitki.-odpowiedziałem również szeptem- Werner żałuj, że nie widziałeś jego miny.- wyszeptałem z lekkim rozbawieniem, ale w momencie spoważniałem, kiedy wszedł obiekt naszego rozbawienia. Werner też się uspokoił.

    OdpowiedzUsuń
  37. Jekaterina przygryzła wargę.
    - Mogło mieć związek – stwierdziła ostrożnie. – Juszczenko… Jeżeli to ten Juszczenko, o którym myślę, mieszkał po sąsiedzku z moją rodziną. Wspominał o pobycie w Leningradzie… ale ani słowa o żadnej Niemce. – W jej słowach prawda i fałsz przeplatały się w proporcjach dwa do trzech. Michaił Juszczenko naprawdę wspominał o pobycie w Leningradzie, naprawdę też nie zająknął się słowem o zawieraniu innych znajomości, niż z Rosjanami. Reszta była oczywiście fikcją. Katia za bardo się bała, żeby przyznać się do swojego pochodzenia. Bezpieczniej już być Polką. Polskę Niemcy podbili, ale nie toczą z nią wojny. Polska gospodyni… czy może bardziej służąca, o ile się orientowała, była zjawiskiem dopuszczalnym. Wolała utrzymać ten stan rzeczy. Może nie było pięknie, ale mógł ją spotkać o wiele gorszy los.
    Kiwnęła głową na znak zgody, choć przypuszczała, że jej zdanie nie ma najmniejszego znaczenia.
    - Czy jest coś, na co powinnam uważać u frau Lietzing, żeby nie narobić panu kłopotów? – zapytała po chwili wewnętrznej walki z samą sobą. Stała już przy drzwiach.
    Słysząc jego następne słowa, zamarła, z ręką na klamce. Odwróciła się w jego stronę. Podeszła kilka kroków. Zatrzymała się. Otworzyła usta, jakby chciała coś odpowiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Spuściła wzrok.
    Oceniała po tym, co dotąd widziała, czego doświadczyła podczas okupacji. Czy jeżeli cała grupa zachowuje się jak potwory, można liczyć, że jeden z nich okaże się dobry?

    ~ Katia

    OdpowiedzUsuń
  38. Kiedy w drodze powrotnej streszczał jej opowieść frau Lietzing, twarz Jekateriny z każdą chwilą bardziej przypominała barwą biel prześcieradła. To niemożliwe. Niemożliwe. On nie mógł tego zrobić. Nie mógł nikogo zabić, myślała gorączkowo. Był przecież dobrym człowiekiem. Furiatem, owszem, ale nigdy nawet nie podniósł ręki na nią czy matkę. Czasem krzyczał. Czasem czymś rzucił, albo coś rozwalił, ale nigdy, przenigdy nie zrobiłby nikomu krzywdy. Nie on. Nie jej ojciec.
    - T… to nie może być prawda – jej głos był zduszony, nie panowała nad sobą. Nerwowo męłła w palcach kosmyk włosów.
    - Czy pan… czy pan uważa, że możemy wierzyć tej Niemce? Może… no nie wiem, może nie wiedziała wszystkiego?
    Usiłowała sobie przypomnieć, czy zna kogokolwiek, kto mógłby wiedzieć coś więcej? Cokolwiek pewnego.... Po tym, co usłyszała… Musieli to wyjaśnić. Musiała poznać prawdę.
    Jaka by ona nie była.
    Wzięła głębszy wdech, próbując się uspokoić. Kręciło jej się w głowie, świat wirował, jakby jakaś olbrzymia ręka wprawiła go nagle w ruch.
    Kto znał dobrze jej ojca?
    Matka. Ona chyba tak. O ile wiedziała, byli już wtedy razem. Czy jeszcze ktoś? Może pani Jadwiga? Ona była z takich, co to wiedzą wszystko o wszystkich… Po powrocie napisze do niej list. Może to coś da?
    Zawahała się. Kiedyś, bardzo dawno temu, był taki moment… Jej rodzice się pokłócili. Matka, od zawsze znerwicowana, krzyczała do ojca, że… jak to dokładnie brzmiało? „Skąd mogę wiedzieć, że to, co o nas mówią…

    ~ Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  39. Do końca dnia starała się schodzić mu z drogi. Po części chodziło o to, że bała się, iż w trakcie ich ostatniej rozmowy zdradziła się nieprzemyślanym pytaniem albo wyrazem twarzy. Nie wydawało się jej prawdopodobne, żeby się domyślił, dlaczego tak trudno było jej uwierzyć w domniemania starej Niemki, ale i tak wolała uważać. Poza tym, musiała to wszystko przetrawić. Przemyśleć, uspokoić się. Nie pokazywanie się von Anwardenowi na oczy wydawało jej się o tyle bezpieczniejsze, że zupełnie nie potrafiła przewidzieć jego reakcji.
    Papeterię znalazła dopiero późnym popołudniem. W pierwszej chwili zamarła, zaskoczona. Potem na jej twarz wykwitł nieznaczny, ciepły uśmiech. Zakładała, że napisze list na zwykłej kartce.
    Dwie godziny później, obrobiwszy się z pracą, usiadła w kuchni i zaczęła pisać. Pierwsze słowa przyszły łatwo.
    Kochana Pani Jadziu!
    Nadal żyję. Mama jest w obozie, Saszka też. Co z Wiką – nie wiem. Mi się udało, ale to dłuższa historia. Strasznie za nimi tęsknię. Mam nadzieję, że chociaż u Pani wszystko w porządku.
    Mieszkam teraz w Warszawie, sprzątam u Niemca, który
    – zawahała się, nim dopisała: - traktuje mnie dobrze - jej ręka po raz drugi zawisła w pół drogi nad kartką. Jekaterina popatrzyła na ozdobny papier, zerknęła na zamknięte drzwi kuchni i uśmiechnęła się lekko. - i czasami potrafi być miły.
    Jeżeli jest to możliwe, potrzebuję pomocy. Z zasłyszanej od znajomej mojego pracodawcy historii rodzinnej wynika, że mój tata przed wojną znał Niemkę, Cecilię von Stauffenberg. Nie miałam o tym pojęcia, ale może Pani coś wie? Podobno w czasie wizyty Cecilii i jej męża ktoś zabił ich sekretarkę, Annę, Polkę z Katowic. Oskarżenia padły podobno pod adresem mojego taty. Czy Pani słyszała o tym incydencie? Co tam się naprawdę stało?
    Pozdrawiam ciepło, mam nadzieję, że nasza wieś jeszcze stoi i że jakoś dajecie sobie radę.
    Kasia

    Układające się w polski tekst litery były drobne, ale kształtne, nakreślone z dbałością o szczegóły. Włożyła list do koperty i zaadresowała ją. Chciałaby jeszcze zapytać o Jurija, ale wolała go nie narażać. Prawdopodobnie jej list zostanie przeczytany zanim trafi do adresatki.
    Wieczorem zapukała nieśmiało do gabinetu von Anwardena. Ostrożnie uchyliła jedną ręką drzwi. W drugiej niosła filiżankę parującej kawy, za paskiem sukienki tkwiła koperta z listem do pani Jadwigi.
    - Pomyślałam, że może będzie pan chciał się napić – wyjaśniła, stawiając filiżankę na biurku. Tuż obok położyła kopertę. – Napisałam, gotowy do wysłania.
    Obserwowała go, nie ruszając się z miejsca ani o krok.

    OdpowiedzUsuń
  40. - Sam chciałbym to dokładnie wiedzieć- stwierdził Curt- Otóż tamtego feralnego dnia nie było mnie w Warszawie. Zamiast Schafera miał być Keller z tego co mi wiadomo. Więc nie wiem z jakiej paki wziął się ten pierwszy. Postrzelono wtedy Cesare'a. Wiesz, tego rudego. Wartenburg kazał jechać do najbliższego szpitala. Dojechali do polskiego. Podobno Schafer rozmawiał z lekarzami. Tylko, że ów pan nie zna polskiego, ale za to całkiem nieźle włada rosyjskim. Zaszantażował Wartenburga na jakąś kwotę. Otto niechętnie mi o tym opowiadał. Można by rzec, że pociągnąłem go za język. Opowiedział mi to i owo, ale nie do końca. Zainteresowałem się sprawą. Chciałem pogadać z Kellerem dlaczego zamiast niego był Schafer, ale ten zdążył się powiesić- westchnął głośno- Później nas przesłuchiwali.Fischer, taki sukinsyn, który naokoło każdego łomocze pałką. Kilka dni później pułkownik Hoffmann wziął sprawy w swoje ręce. Wyciagnął nas stamtąd- westchnął głośno- Bezpieczeństwo polityczne?- zapytał Curt- A w ogóle dzisiaj coś takiego jeszcze funkcjonuje?- zapytał półżartem, półserio- Uznajmy, że to będzie coś w rodzaju przysługa za przysługę. Sam za dużo w tej sprawie nie wiem i raczej po ostatnich wydarzeniach nie sądzę, aby ktoś chciał mi coś więcej powiedzieć- spojrzał na niego uważnie- A słyszałeś nowiny, że Cesare wrócił z Frankfurtu? Ale nie służy już w Wehrmachcie. Przeszedł do Abwehry. No i podobno wstawił się na nim porucznik Ross- powiedział- Tym też można byłoby się zainteresować. Zarzuty miał dosyć konkretne...

    OdpowiedzUsuń
  41. Ostatnimi dniami bardzo się nudziła. Nikt nie miał dla niej czasu. Alina była zajęta swoimi sprawami, Michała nie było, ciocia Ania ciągle pracowała. Agnieszka i Piotrek też jakoś nie byli skorzy do zabaw. Tak więc teraz siedziała znudzona, ubrana w całkiem ładną sukieneczkę i trzymała swoje lalki i misia w prawej dłoni. W lewej miała małe wiaderko z drewnianymi klockami. Ela wymknęła się z domu. Przecież i tak nikt nie zauważy, że jej nie ma. A ostatnio widziała taki piękny park, gdzie było tyle miejsca na zabawę! I tam były takie kolorowe liście. Weszła do parku i zauważyła, że sporo (o ile nie wszyscy) mówią po niemiecku. W razie czego przecież Michł uczył ją niemieckiego, więc trochę rozumiała. A nawet jeżeli nie to trudno... Ale nie przejęła się tym. Jako, że było sucho, usiadła na trawie i zaczęła się bawić.
    Czas mijał jej tutaj bardzo miło i szybko, jednakże równie szybko znudziła się zabawą w pojedynkę. W końcu na chwilę odłożyła swoje zabawki i rozejrzała się dookoła. Szukała jakiegoś kompana albo kompanki do zabawy. Ale raczej trudno było jej kogoś takiego znaleźć wśród dorosłych. No bo przecież dorośli nie rozumieli dzieci! Tak przynajmniej myślała Ela. W którymś momencie zauważyła, że obok niej stoi jakaś starsza dziewczynka. "Musi mieć ponad dziesięć lat!" - Pomyślała Ela, dla której "dziesięć lat" to była istna wieczność. Poza tym Ela biegle liczyła już do dziesięciu. Całkiem nieźle do piętnastu i miernie do dwudziestu (kiedy po piętnastu wyskakiwała jej osiemnastka, później trzydzieści pięć), ale i tak uważała się za "dużą dorosłą", bo jej lalka Lucyna miała już chłopaka w postaci misia Konrada.
    Przyjrzała się nieznajomej bardzo ostrożnie, by po chwili zapytać:
    - Pobawisz się ze mną?

    [Wybacz mi to coś u góry ;-;]

    OdpowiedzUsuń
  42. - Przypuszczam co mozesz myslec na temat Cesara, ale uwazam, ze powinnismy dac chlopakowi sie wykazac. Poza tym we Frankfurcie znalazl sie za "szpiegowanie" a nie za domniemane upodobania seksualne- Curt spojrzal na niego uwaznie- Poza tym calkiem niezle idzie mu rozpracowywanie depesz i meldunkow szyfrowanych przez Rosjan. Nam komunistyczna zaraza nie jest potrzebna. Mamy swoja wlasna- usmiechnal sie nieznacznie- Podobno przyjechal razem z nim porucznik Maxmilian Ross, ktory go kontroluje i pilnuje- sluchal dalej uwaznie tego co ma do powiedzenia jego znajomy.

    Kilka dni pozniej obaj spotkali sie w mieszkaniu Kehla.
    - Dobrze cie widziec- powiedzial blondyn, prowadzac go do pokoju- Jak maja sie sprawy?- zapytal- Wczoraj dzwonila Magda. Kazala ci podziekowac- usmiechnal sie nikle- Prawdopodobnie zostaniesz ponownie przyszywanym wujkiem- spojrzal na Matthiasa.

    OdpowiedzUsuń
  43. Usmiechnela sie szeroko, kiedy tamta poprawila jej wlosy. Robila to prawie tak samo jak jej brat.
    - Mozemy bawic sie we wszystko co chcemy! - Odpowiedziala entuzjastycznie dziewczynka. - Mam dwie lalki, misia, klocki, wiaderko i lopatke. - Usmiechnela sie do niej. - No oprocz lotu w kosmos, bo jak bysmy teraz chcialy poleciec to bysmy splonely na Sloncu. Tam jest teraz miliaaard miliardow stopni. I dlatego mozna bawic sie w to w nocy, bo Slonce spi. - Ela jako dziecko malo wiedziala o geografii, biologii i fizyce i wszystko jej wydawalo sie takie proste. - Nazywam sie Ela. - Wyciagnela raczke do dziewczyny. - A ty? - Zapytala przygladajac sie jej. - Masz ladne wlosy. - Powiedziala. - Takie proste jak droga. - Zasmiala sie. - Moje sa krecone jak u owieczek. - Uniosla dumnie glowke. Lubila swoje wlosy. - A moze chceszpopuszczac kaczki? - Ostatnie slowo powiedziala po polsku, bo nie wiedziala jak "kkaczki" sa po niemiecku. Widzac, ze dziewczyna nie rozumie postanowila to wyjasnic. - Puszczac kamyki po wodzie tak aby sie kilka razy od wody odbily i jak najdalej. - Spojrzala na nia. Chyba teraz zalapala.

    OdpowiedzUsuń
  44. Bardzo przyjemnie bawilo sie jej razem z Annika. Mimo iz ta byla starsza od niej.
    - Jestem z Gdanska. - Odpowiedziala Ela usmiechajac sie do niej. - Mysle, ze tutaj moglyby bawic sie tez wszystkie inne dzieci. - Powiedziala mala. - No bo czym one roznia sie od innych dzieci? Wszyscy mamy dwie rece i nogi, podobnie zbudowane glowy... - Zaczela wyliczac dziewczynka. - I dorosli nie musieliby wiedziec skad jestesmy. - Usmiechnela sie szeroko. - Pomysl jaki fajny bylby swiat gdyby dorosli zamiast isc na wpjne to bawiliby sie z nami klockami. - Powiedziala rozmarzonym glosem, wysuwajac twarz w strone slonca, chcac zalapac troche promieni.
    Kiedy zobaczyla podchodzacego, umundurowanego Niemca zebralo jej sie na placz. Zawsze tak miala i nie potrafila tego opanowac. Pociagajac nosem zebrala swoje zabawki i stanela za Annika trzymajac sie jej kurczowo. Kiedy tamten stanal przed Annika z nietega mina i zapytal "co jego siostra tutaj robi" oraz "co to jest za jej nogami" Ela nie wytrzymala i rozplakala sie. Syrena strazacka przy niej to byl pikus.
    - Pan by sie wstydzil tak krzyczec na elasne dzieci. - Powiedziala jakas starsza Niemka, obrzucajac Niemca oburzonym spojrzeniem. - A juz w szczegolnosci na tego malego slicznego aniolka. - Spojrzala na Ele. - To nie to co te polskie czy zydowskie szczury. - Prychnela kobiecina i poszla dalej. A Ela jak plakala tak plakala dalej.

    OdpowiedzUsuń
  45. Mała wzięła czekoladę, próbując się uspokoić. W końcu czekolada była dobrą rzeczą. Przez kilka chwil zerkała to na Annikę to na jej brata, ocierając piątką łzy, które plynęły jej potokami po policzkach.
    - Mamę mi zabraliście. Tatę też. A brata ruskie skurczybyki. - Powiedziała pociągając nosem. - Ale Michał mówi, że wrócą, i że znowu pójdziemy na wesołe miasteczko. Michał to mój drugi brat. I musiał pojechać na Hawaje. - Ostatnio jej brat wspominał coś o jakichś wyspach, o konieczności wyjazdu tam, a że Ela znała tylko Hawaje jako wyspy, no to cóż... - A później na Manhattan. - Akurat widziała jak wertował kiedyś jakieś książki o ów Manhattanie. Tyle to jeszcze umiała przeczytać. - I jak wróci to zrobi tutaj taką rozpierdziuchę, że wam się wszystkiego odechce. - Tupnęła nóżką na potwierdzenie swoich słów. - I wtedy wszystkie dzieci będą mogły bawić się w parku z kim chcą. Tylko nie z dorosłymi, bo dorośli za często się kłócą i robią złe wojny. - Dodała ciszej. - Ale Annika pójdzie z nami? - Zapytała, chwytając dziewczynę za dłoń. - Jak ona nie idzie to ja też nie idę. - Uparła się. Przez moment przysłuchiwała się im. Zerkała to na blondynkę to na mężczyznę. - To muszą być niedobre chłopaki. - Pokręciła główką.

    OdpowiedzUsuń
  46. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  47. Wystraszona Ela podala dokladny adres, gdzie wszyscy mieszkali. Nic sie nie zmienilo odkad tutaj przyjechali na wakacje. Ale te "wakacje" mocno cos sie przedluzyly. I byly bardziej krwawe niz komukolwiek przyszloby to do glowy.
    Przez cala droge probowala zagadac Annike. Podejmowala proby jakiejkolwiek rozmowy. Ale dziewczyna nic sie nie odzywala. Tylko siedziala i nerwowo zaciskala dlonie na swoim plaszczyku.
    - Psze pana... - Zwrocila sie do Matthiasa. - Niech pan sie nie gniewa na Annike. My w tym parku nic zlego nie zrobilysmy. Jak pan bedzie chcial to tez panu dam przywitac sie z moim misiem Konradem. Ma naprawde bardzo miekkie lapki. - Usmiechnela sie w kierunku.mezczyzny. - A jezeli bedzie pan krzyczec na Annike albo da pan jej kare to przyjde do pana w nocy i pana wystrasze. Podobno jestem w tym najlepsza. Nawet wujek Martin... To znaczy sie wujek Marcin mowi, ze pod tym wzgledem jestem mala terrorystka. Co to jest terrorystka? Kojarzy mi sie z terrarium. Czy to sa podobne slowa? - Zapytala z zaciekawieniem mala.

    OdpowiedzUsuń
  48. [Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, ze zacząłem wątek z Valentinem :D]

    Uśmiechałem się nieco do jakiegoś pułkownika. Facet nieźle zanudzał swoim sposobem mówienia. Właściwie to cały czas zezowałem na jego całkiem młodą i piękną małżonkę. Tak…pułkownik von Blomberg zdecydowanie nie przejmował się niczyją opinią i ożenił się z kobietą o dwadzieścia lat młodszą od niego samego. Zastanawiałem się czy piękna Brigitte wyszła za tego łysiejącego i grubego pięćdziesięcio kilkulatka z miłości. W grę raczej wchodziły pieniądze i niejaki status społeczny. Tak mi się przynajmniej wydawało. Na szczęście nie musiałem cierpieć dłużej mąk zwanych w wolnym tłumaczeniu „rozmową z von Blombergiem”. Oczywiście to nie był feldmarszałek Werner von Blomberg. A raczej jego nędzna karykatura, która jedyne co ma z nim wspólnego to nazwisko odziedziczone po jakimś dalekim przodku…o ile byli rodziną. Ale ilu tak właściwie mogło być oficerów i żołnierzy o nazwisku von Blomberg? Chyba niewielu.
    Odszedłem od tej osobliwej pary i skierowałem się nieco w kierunku alkoholi. Nie miałem zamiaru siedzieć tutaj o suchym pysku. Ale też nie miałem w planach urżnięcia się jak świnia. Przynajmniej nie na samym początku bankietu. Ale i tak musiałem przyznać, ze jestem z siebie zadowolony. Słuchanie von Blomberga na trzeźwo. To zakrawa o cud.
    Kiedy tak nieco krążyłem po Sali z kieliszkiem białego wina spojrzałem na całkiem ładną kobietkę. Młodą i ładną…o pięknym głosie, dłoniach i spojrzeniu. A jej uśmiech…może nie będę komentował, bo chyba nie znam słów które mogłyby opisać to cudo. Po dosyć dłuższej rozmowie oraz jednym tańcu przeszedłem dalej, brylować w towarzystwie oficerów. Może byłem wśród tych o niższym oficerskim stopniu, ale trzeba było przyznać, że na mundurze wcale nie było tak mało odznaczeń. A do tego nowy, czysty mundur lotnika prezentował się idealnie na mnie. Jeśli dodać do tego ten nieco cyniczny uśmieszek, można powiedzieć, ze lotnik idealny. Nie wiem dlaczego ale większość osób mówilo, że my lotnicy jesteśmy zbyt pewni siebie i zbyt cyniczni oraz aroganccy.
    Nawet nie wiem, kiedy stanąłem obok jakiegoś krępego oficera Gestapo. Nieco niższego ode mnie… Zaraz też zobaczyłem moją niedawną rozmówczynię. O ile dobrze zapamiętałem miała na imię Christa.
    - Bardzo ładna.- powiedziałem kiedy przeszła przed nami.- Jej mąż, albo narzeczony musi być niebywałym szczęściarzem.- uśmiechnąłem się nieco pod nosem. Ot takie luźne stwierdzenie.

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  49. - Jak zostanę prezydentem to zniosę ten głupi zakaz. - Odpowiedziała dziewczynka. - I wtedy nie będzie też żadnych wojen. - Powiedziała uparcie. Kiedy zaczął wypytywać ją o najbliższych coś ją tknęło. - Wujek Marcin jest chudy jak szkapa, ma kręcone włosy jak moja lalka Maja... - Pokazała mu lalkę. - I wszyscy się go boją, bo ma szramę na oku. Tak samo jak Michał nie lubi cioci Nataszy. Tyle, że Michał cały czas, kiedy jej nie ma mówi o niej "czerwona ladacznica". Czerwony to w sumie ładny kolor. - Zamyśliła się Ela. - No, zależy jeszcze gdzie. Takie sukienki czerwone. Ładne są. Ciocia Ania kiedyś taką miała. Ale później musiała sprzedać, aby na chleb mieć. Trochę szkoda, ale i tak była na mnie o wiele za duża, więc pewnie i tak bym jej nie nosiła. - Zamyśliła się. - Dokąd jedziemy? - Zapytała. - To nie wygląda jak droga do mojego domu. - Chyba trochę się wystraszyła.

    OdpowiedzUsuń
  50. Ela wysiadla z samochodu. Niedlugo pozniej byla juz w domu. Panowala tam ogromna wrzawa. Nawet nikt nie zauwazyl, ze jej nie bylo. Tyle wygrac. Albo przegrac. Zalezy kto jak na to patrzyl.
    Zaraz tez wrocila ciotka Anna z pracy. Usmiechnela sie do wszyatkich zmeczona.
    - Jak wam minal dzien? - Zapytala sie domownikow.
    - Bylam dzisiaj w takim duzym i pieknym parku. - Powiedziala z zachwytem Ela. - I bawilam sie z Annika. I dostalam pol ogromnej czekolady od jej brata. Zobacz. - Pokazala ciotce. Anna zbladla, mowiac tylko "Boze drogi dziecko cos ty zrobila... nieszczescie to tylko na nas sprowadzi".
    - Ale ciociu, oni byli fajni i mili. - Z korytarza na zewnatrz slychac bylo glosny stukot.
    - Zamknijcie drzwi i idzcie do piwnicy. - Powiedziala ciotka, majac zle przeczucia.
    - Ciociu, ale tacy mili ludzie nie moga byc zli. - Powiedziala Ela.

    OdpowiedzUsuń
  51. - A więc to pańska siostra.- powiedziałem z niejaką radością. Spojrzałem na oficera. Mam niejakie wrażenie, ze gdzieś już go widziałem.- Można tak powiedzieć.- wzruszyłem nieco ramionami. Upiłem łyk wina. Jednak słucham dalej oficerzyka Gestapo. Zaraz… Von Anwarden? Kuzyn Alexandra? To już chyba wiem z kim mam do czynienia. Chciałem coś odpowiedzieć ale nie było mi dane. Przyszedł jakiś inny oficer. O ile się nie myliłem to był Reimann. Tak. „Łysa kanalia”, albo „ta wredna łysa pała”, czy jak to tam inaczej nazywał go pewien oficer, który miał z nim kilka „uroczych” i „miłych” spotkań. Szczerze powiedziawszy, to wysłuchałem Reimanna i powiedziałem coś co chyba mu się spodobało. Wpadłem na całkiem dobry pomysł. Jeśli mi się to uda, to opowiem to pewnemu majorowi Abwehry. Podałem kieliszek Reimannowi i namówiłem do wypicia. Później kolejny. I jeszcze jeden. Kiedy orkiestra zagrała „Flieg nach Engeland” nieco zmarkotniałem, bo Reimann zaczął fałszować. Ale po tym nastąpiło kolejne kilka szybkich kieliszków. Właściwie to nie musiałem zbyt długo czekać na to, aż Reimann usiądzie przy jakimś stoliku i zaprosi mnie do nieco już podpitego grona oficerów SS i Gestapo. Uśmiechnąłem się nieco szerzej. I wtedy to zaczęła się popijawa. Po naprawdę niedługim czasie prawie całe towarzystwo było pijane…dzięki mnie. Nieco się wymigałem od dalszej posiadówki i poszedłem znaleźć Jakoba. No przecież musiałem się pochwalić nie lada wyczynem. I przecież w dodatku to byłem trzeźwy! Normalnie cud!
    Kiedy go znalazłem z niejaką radością stwierdziłem, ze rozmawia z von Anwardenem. Uśmiechnięty, zadowolony z siebie, wyprostowany niczym struna podszedłem do nich. Oczywiście w międzyczasie wynalazłem sobie kolejny kieliszek wina.
    Jakob widząc mnie podejrzanie szczęśliwego w momencie spoważniał.
    - Co zrobiłeś?- zapytał głosem pełnym obaw.
    - Sam zobacz.- powiedziałem i wskazałem na stolik, przy którym do niedawna siedziałem z oficerami Gestapo i SS. Oczom Jakoba i von Anwardena ukazała się wesoła pijana gromadka.
    - Upiłeś ich wszystkich?- zapytał i nieco pobladł.
    - Tylko pomogłem im oprowadzić się do stanu, alkoholowej szczęśliwości.- odpowiedziałem z niejakim uśmiechem. Spojrzałem na Anwardena.- Chyba nie zdążyłem się przedstawić. Voss. Valentin Werner Voss.- uśmiechnąłem się i wyciągnąłem w jego kierunku rękę.

    OdpowiedzUsuń
  52. Uśmiechnąłem się nieznacznie. Zastanawiałem się czy psuć teraz ten przemiły wieczór z pijanym Reimannem w tle, czy może poczekać z tym wszystkim jakiś czas? W sumie mogłem nieco poczekać. Dyskretnie spojrzałem na portret Führera, na swastyki, które chyba już na zawsze będą kojarzyć się z Trzecią Rzeszą, a nie z symbolem słońca i szczęścia. Ciekawy byłem, czy starożytni widząc to przypadkiem nie przewracają się w grobach…czy też sarkofagach.
    - Osławiony kuzyn hrabiego Alexandra Stauffenberga.- powiedziałem z niejakim uśmiechem.- Tak. Według mnie Focke-Wulf jest zdecydowanie lepszy od Bf-109B. Szybszy, bardziej zwrotny, ogólnie lepszy…bardziej uniwersalny.- powiedziałem. Wyciągnąłem papierośnicę, miałem zamiar zapalić, ale że w towarzystwie byłem, to należało się podzielić.- Zapali pan? Zdobyczne Camele.- uśmiechnąłem się nieco. Ja już chyba taki byłem, że niektóre rzeczy dosyć łatwo mi przez gardło przechodziły. Mówili, że jestem bezczelny, arogancki i zbyt pewny siebie…że kiedyś moje umiłowanie do ryzyka mnie zgubi.
    Spojrzałem nieco na siostrę Anwardena…była naprawdę bardzo ładna. Może poznałbym ją nieco bliżej? Ale to może nieco później. Kiedy skończy rozmawiać z Jakobem, kiedy ja skończę rozmawiać z jej bratem.
    Sam po chwili odpaliłem papierosa, swoją złotą zapalniczką…Cholernie charakterystyczną. Prawdopodobnie kiedyś ta moja indywidualność mnie zgubi, ale pal sześć. Najważniejsze, ze prezent od mojej kochanki był świetny i sprawdzał się… Piękne dwie litery „V” nachodzące na siebie tak, że tworzyły „W”…a na drugiej stronie wygrawerowany napis „Diablo”. Cholernie charakterystyczny przedmiot. A jeszcze nie rozstawałem się z nią, więc łatwo sobie utożsamić zapalniczkę z właścicielem.
    - Służba na takim…niemalże zadupiu Europy musi być męcząca…tylu Polaczków…- powiedziałem. Chciałem wybadać grunt. Nie wiedziałem, jakie miał poglądy i zapatrywania. A takie słowa były zdecydowanie lepsze…najwyżej wyjdę na zagorzałego nazistę. To byłoby dobre…

    OdpowiedzUsuń
  53. Ela zdziwiła się, kiedy pani Lewandowska nic jej nie odpowiedziała. Była dzisiaj jakaś dziwna. Zaraz to się jednak wyjaśniło. Kiedy przyszli Niemcy zaczęła automatycznie płakać. W oczach ciotki Anny było widać przerażenie. Z drugiej strony cieszyła się, że dwójka pozostałych dzieciaków poszła dzisiaj z Dimą. Wrócą najpewniej przed dwudziestą drugą. Przynajmniej oni się uratują.
    Alina przytula do siebie płaczącą i poobijaną dziewczynkę. Przygląda się jak reszta zostaje wyprowadzona. Na kilka minut zostają same. Nie podobało jej się to w jaki sposób tamten parszywy gad patrzył się na nią. Podchodzi do okna. Wiedziała co ma zrobić. Nikt się nie zorientuje. Chyba, że wcześniej już tutaj mieszkał.
    Zdenerwowana siada w kącie na krześle. Nerwowym ruchem gładzi ciążową sukienkę. Mimo zaawansowanej ciąży mało po niej widać, że jest w stanie błogosławionym. Pali szybko zdjęcie Michała w kominku. Jedyne jakie jego było tutaj zdjęcie. Wpada na pomysł ucieczki. Niestety o pół minuty za późno. SSman wchodzi ponownie do mieszkania.

    OdpowiedzUsuń
  54. - To dlaczego pan się tutaj znalazł?- zapytałem z ciekawością.- W końcu to nic trudnego, odbębnić kilka tygodni szkolenia i można latać i ostrzeliwać Angoli, żabojadów, radzieckich sołdatów…- nieco się uśmiechnąłem. Dla mnie to wszystko było prostsze.- Ale może nawet i lepiej, że pan jest w Gestapo. Przynajmniej normowany czas „pracy”.- wzruszyłem ramionami.- A na froncie? Czy chociażby podczas bitwy o Anglię…nie było zbyt wiele czasu na odpoczynek.- oznajmiłem zgodnie z prawdą. Nie przepadałem za kłamstwami, ale czasami kłamałem. – A Luftwaffe nie zapewnia bezpieczeństwa?- zapytałem retorycznie.- Według mnie zdecydowanie większe niż służba Gestapo. Słyszałem, że Polacy są coraz bardziej zuchwali i wykonują wyroki na wyższych Niemieckich oficerach Niemieckiego aparatu bezpieczeństwa.- spojrzałem na niego z niejaką zaborczością.
    Uśmiechnąłem się nieco i wziąłem cygaro. Kubańskie…jedna z lepszych marek…tytoń najlepszej jakości. Takie uwielbiał palić mój ojciec. Pamiętam, że nie śmierdziały tak bardzo…miały nawet przyjemny zapach.
    - Poznałem ich dosyć długi czas temu…- powiedziałem i zaciągnąłem się nieco cygarem. Po pomieszczeniu rozniósł się całkiem przyjemny zapach.- Byłem świadkiem na ich ślubie. Poza tym Alexander jest też moim starym dobrym znajomym.-odpowiedziałem. Mimo wszystko ze Stauffenbergami wciąż się liczono. Byli przykładnymi niemieckimi obywatelami. W sumie mogłem też pochwalić się znajomością z pewnym niemieckim oficerem Abwehry…ale nie z nim. Jakoś wolałbym nie ryzykować.
    - Proszę mi powiedzieć…ale tak szczerze.- spojrzałem na niego z niejakim zamyśleniem.- Z iloma lotnikami miał pan przyjemność rozmawiać?- nieco się uśmiechnąłem.- I ile razy odmawiał pan sobie zapalenia takiego zacnego kubańskiego cygara?- zaciągnąłem się nieco. Uśmiech nie schodził mi z twarzy.

    OdpowiedzUsuń
  55. Alina dziękuje mężczyźnie za pomoc. Pakuje pospiesznie najpotrzebniejsze rzeczy.
    - Skąd pan wiedział? - Zapytała Alina Niemca. Chwyta Ele za raczke, ale w tym momencie dzieje się coś niespodziewanego. Alina czuje się dziwnie. Tak bardzo by zaraz oznajmić, że "wody jej odeszły" i że "chyba zaczyna rodzic". Szybko pojechali do szpitala. Nie całą dobę później kobiecie pokazują jej dzieci. Dwojka zdrowych chłopców i dziewczynka.
    Dwa tygodnie później Alina wraz z dziećmi, Ela, piotrkiem, Agnieszka i Dima mieszkają u Rosjanina. Jakie to szczęście w nieszczęściu, że Filipow miał to mieszkanie. Na chwilę obecna trójka dzieci bawiła się w polskim parku. Ela wolała tamten niemiecki. Był większy. Ale kiedy tylko jej przypomniało się jak zakończyła się jej pierwsza i ostatnia wizyta to już wolała ten polski.
    W pewnym momencie wychodzą z parku i poszli do budki z lizakami. Ela widziała Annike, ale wiedziała też, że nie może do niej podejść. Poslala jej smutny uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
  56. - Jak ja kocham takie oferty.- powiedziałem ironicznie.- Ale cóż…jak to mówią nie ma wyjścia.- zaciągnąłem się nieco cygarem. Uśmiechnąłem pod nosem.- Z największą przyjemnością.
    Dyskretnie rozglądam się po pomieszczeniu. Pijany Reimann rzyga w kwiatki. Nikt się tym zupełnie nie przejmuje…jaka szkoda, ze nie mam aparatu. Uwieczniłbym tą piękną chwilę i o ile zdarzyłoby się tak, że zmajstrowałbym dzieci to opowiadałbym im o tym „jak to tatuś upił oficera”… Historia byłaby pewnie najlepsza i najciekawsza. Bo czy mógłbym dzieciakom opowiadać o tym jak to nie sypiałem na froncie? Jak zestrzeliwałem kolejne wrogie samoloty? Chyba nie.
    Usiadłem obok we wskazanym miejscu. Krzesło nie było może jakieś bardzo wygodne, ale nie było też jakieś okropne, że nie dało się usiedzieć.
    - Hmm…nie wiem jak to obecnie teraz wygląda.- przyznałem ze spokojem.- Służę już kilka lat w Luftwaffe, jedyne co miałem to tylko krótkie przeszkolenie i pokazanie co i jak. Nie uczyli mnie latać…chyba nie chcieli marnować czasu, a że miałem papierek potwierdzający…- urwałem. Za bardzo odskoczyłem od tematu.- Słyszałem, też że Abwehra coś przy tym działała. I może nieco inną wersję wydarzeń…ale jak to mówią punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.- zaśmiałem się nieco.- A właśnie…tak z ciekawości zapytam. Jak to jest między Gestapo a Abwehrą?- zaciągnąłem się nieco. Mnie to tam było obojętne…ale za SS nie przepadałem. Nie lubiłem ich.
    - Alexander…Alexander jest w szpitalu.- powiedziałem po chwili namysłu.- Chyba tylko tyle mogę powiedzieć na temat jego stanu zdrowia. Ale nie jest za wesoło.- mruknąłem. Spojrzałem po Sali, która niemalże świeciła pustkami. Nachyliłem się nieco w kierunku Matthiasa.- Kazał mi cię znaleźć. Nie mówił po co. Wspominał coś o „sprawie życia i śmierci”.- mówiłem to śmiertelnie poważnym tonem. Raczej nie wyglądałem na osobę, która żartuje sobie z tego. Mnie wcale nie było do śmiechu.
    - To nie jest miejsce na kontynuowanie tej rozmowy.- przygryzłem nieco wargę i spojrzałem na podłogę.- Możemy spotkać się za jakieś dwa dni… Powiedzmy w moim mieszkaniu? Mieszkam na Czerniakowie. Już podaję adres…- wyciągnąłem niewielki notesik i ołówkiem zapisałem swój adres na kartce. Wyrwaną kartkę podałem Matthiasowi.- Przepraszam…bardzo ciężko mi idzie z wymówieniem polskich ulic.- wyjaśniłem z niejakim uśmiechem.
    Spojrzałem na kwiaty. Jak dla mnie to każde zielsko wyglądało niemalże jednakowo. Mówili że nie potrafi docenić piękna natury. Że tylko wojna, śmierć i zniszczenie mi w głowie. Była to racja. Już chyba byłem tak zdegenerowany pobytami na frontach, że zupełnie mi to mózg przeżarło. Ale nie przeszkadzało mi to. Przyzwyczaiłem się do wojennego okrucieństwa, raczej nic mnie nie doprowadzi do rozpaczy. A już na pewno nie będę płakał za kimkolwiek. Z całą pewnością nie za rodziną…oni są bezpieczni poza działaniami wojennymi. W państwach neutralnych, żyje im się nie najgorzej. Poza tym…niewielu pamięta jak nazywałem się przed wojną. Poza tym…Bauer…Bauer jest bardzo popularnym nazwiskiem.
    Jedyne o co mogłem się obawiać to tylko i wyłącznie o to, że mnie zestrzelą i nie stanę się wojenną legendą. Taką jak „Czerwony Baron”, Boelke, czy Werner Voss. Ten prawdziwy…ten, któremu mógłbym buty czyścić.

    OdpowiedzUsuń
  57. Ela w pewnym momencie została sama. No, nie tak do końca sama, bo miała swojego misia i lalki. Uciekając wtedy z domu nie zdążyła zabrać wiaderka z klockami. Trochę nad tym ubolewala, ale po ostatnim rabanie wolała nie grać z losem. Poza tym polubila zabawę w berka. Dziewczynka niepewnie zerknela na zblizajaca się Annike. Doskonale pamiętała co się stało po zabawie z nią.
    - Taki stary pan mnie zbił, a Aline chciał zgwałcić, ale nie zdążył, bo się czegoś wystraszył. - Wolała nie mówić, że "kogoś". - A później Alina urodziła trzy dzidziusie. - Usmiechnela się do niej. - Zostałam ciocia dwóch chlopczykow i dziewczynki. I wszystkie są bardzo podobne do Michala. - Powiedziała Ela dumnie. - Michala nikt nie zabrał. - Stwierdziła mała. - Jest na wyspie. - Rozejrzala się dookola. - Muszę już iść, bo zabronili mi się z tobą bawić, a widzę, że Aga i Piotrek już wracają.

    OdpowiedzUsuń
  58. Kiedy Anwarden zjawił się u mnie dwa dni później nieco umierałem…tak to było bardzo dobre słowo. Chyba nie powinienem był tyle wypić wczoraj… Spojrzałem na niego nieco zaspanym wzrokiem. Przepuściłem bez słowa w progu. Naprawdę…było pewnie gdzieś koło południa, ale dla mnie to ciągle było wcześnie rano. Wskazałem drogę do salonu.
    - Nie wiem czy chciałbyś wiedzieć. Sam wolałbym zapomnieć co wtedy widziałem…co później się dowiedziałem.- spojrzałem na niego. Wziąłem swoje papierosy. Nie chciałem na razie cygar. NA skacowany umysł najlepszy jest papieros. I może nieco wódki i tabletka Pervitinu.- Sprawa jest jedna... Musisz mi pomóc. Chodzi o jakieś teczki, w których znajdują się fałszywe dowody przeciwko Alexandrowi. Jakieś donosy, pomówienia, że współpracuje z wrogami narodu.- powiedziałem bardzo ogólnikowo. W tej chwili tylko o tym pamiętałem. Chwila...było jeszcze coś…- I niejaki Ross ma dostęp do tych informacji.- westchnąłem.- Wypadałoby coś z tym zrobić. Wiesz, ze te teczki nie mogą ujrzeć światła dziennego. Bo i ty i pewnie też ja, oraz cała rodzina Stauffenberg wraz z najbliższymi znajomymi będzie mieć kłopoty…i w najlepszym przypadku Gestapo na karku. A w najgorszym…to nawet nie chcę o tym myśleć.- westchnąłem. Zaciągnąłem się papierosem. Na chwilę wstałem i z barku wyciągnąłem kieliszki do wódki. Położyłem szkło na stole. Było to w pewnym sensie ciche przyzwolenie na wypicie przyniesionego trunku. Podrapałem się nieco po nieogolonej twarzy.
    - Przepraszam…ciężka noc, wieczór i poranek razem z przebudzeniem.- wyjaśniłem swój obecny stan.

    OdpowiedzUsuń
  59. [A masz jakis pomysl na cos nowego? Mi w sumie nasuwa sie cos takiego: przewijamy akcje do powstania. W trakcie jego trwnia Matt zostaje ranny. Gdzoes znajdzie go Ela, ktora rozpozna go. Sciaga na miejsce Michala, ale ten nie chce pomoc Niemcowi, jednak dziewcxynka prosi, a raczej wymusi donosnym placzem, bo sie nie wyzbyla tego nawyku, a Michal nie chcac sciagnac wiekszych klopotow od niechcenia mu pomoze.]

    OdpowiedzUsuń
  60. Słuchałem go z zapewne nieco tępym wyrazem twarzy. Ale nie wymagajmy zbyt wiele od człowieka w takim stanie w jakim aktualnie się ja znajduję. Myślenie na takim kacu jest mocno trudnione. Spojrzałem na zawartość kieliszka. A gdyby tak dołączyć do tego Pervitin? Tak to bardzo dobry pomysł. Ale może jeszcze nie… może jeszcze chwila bez Pervitinu.
    Chwyciłem szkło w dłoń i wypiłem duszkiem całą zawartość. W zamyśleniu potarłem się po twarzy. Naprawdę nie byłem w najlepszej kondycji. Nie miałem na nic ochoty. A do tego jeszcze ten kac. I to, że wymagają ode mnie myślenia. To było istnym okrucieństwem.
    - To byłoby dobrze. Czy przy okazji jeśli już byś dawał przeniesienia kilku oficerów na front, to mógłbym dać ci też takie, należące do pewnego pułkownika Luftwaffe?- zapytałem.- Byłoby mi to bardzo na rękę i pewnie większość osób, które miały z nim styczność ucieszyłaby się.- powiedziałem. Tak chciałem pozbyć się swojego przełożonego. I nie…nie miałem w związku z tym żadnych wyrzutów sumienia. Jakoś nie przejmowałem się niczyim losem. A już w szczególności tego sukinsyna, który chyba przez pomyłkę awansował na pułkownika.
    Ale czy na pewno nie obchodził mnie czyjkolwiek los…?
    O Alexandra martwiłem się autentycznie. W sumie to nadal się o niego martwię.
    Czy może jednak mam jakieś ludzkie odruchy? Na to wygląda. Może wojna jeszcze mnie do końca nie zezwierzęciła i mam jakieś namiastki ludzkich uczuć. To chyba dobrze.
    - A jeśli zniszczył?- spojrzałem na Matthiasa.- Ułatwiłoby to nam pracę. Nie ma teczek, nie ma problemów.- może mój tok rozumowania nie był najlepszy. Ale tak wywnioskowałem. Nieco zmarszczyłem brwi i spojrzałem na Anwardena.- Jaką sprawę z Neumannem? I kto prowadzi tą całą sprawę? Ty i kto?- zapytałem. Oczywiście z czystej ciekawości. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej. A nuż będę nieco bogatszy w wiedzę. Albo w zwykłem pomówienia. Zresztą nie ważne. Musiałem jakoś żyć w tym świecie. Umieć się w nim poruszać. A widzę, że coraz częściej do moich drzwi puka polityka i powiązane z nią rzeczy. A tego nie chcę. Jestem tylko prostym lotnikiem, który nie ma zamiaru mieszać się w politykę. Żołnierzem, który lubi wojnę, lubi siać popłoch swoim pojawieniem. A także człowiekiem, który kocha patrzeć na to jak wrogie maszyny spadają ze świstem w dół.
    Kiedy Matthias zapalił światło zmrużyłem oczy i nieco szybciej zamrugałem. To nie było nic przyjemnego. Już zdecydowanie wolałem siedzieć w mroku i nie męczyć oczu, które teraz były zdecydowanie zbyt wrażliwe na różne bodźce.
    - Nie odpuścisz prawda?- zapytałem retorycznie i spojrzałem na człowieka w mundurze Gestapo.- Alexander targnął się na swoje życie. Próbował się powiesić.- wyjaśniłem tonem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Chyba potrzebowałem czasu aby powiedzieć o tym w taki sposób. Ale przecież i Melittcie i Causowi i Bertholdowi przekazałem tą samą informację podobnym, jeśli nie identycznym tonem głosu.

    OdpowiedzUsuń
  61. - I z Kripo przeniósł się do Abwehry…- pokiwałem głową.- Nie mam pytań.- podniosłem ręce.- Nie możesz, czy po prostu nie chcesz?- pytanie było w pewnym stopniu prowokujące. Mogłem albo wszystko stracić albo coś zyskać. Pytanie brzmiało tylko, co mógłbym zyskać? Jakieś ciekawe informacje? Czy wręcz przeciwnie?
    - Powiedz mi, kto jest przełożonym Neumanna?- spojrzałem na niego. Z Matthiasa można było czytać jak z otwartej książki. W ogóle nie krył się z emocjami. Byłby raczej marnym pokerowym graczem.- Może jakiś oficer, który byłby gotów nam pomóc? To znaczy się nie wiedziałby co konkretni jest w tych teczkach…a w razie czego, gdyby sprawa wyszła na jaw, to posądziliby tego oficerzyka, a nie nas.- wetchnałem.- A gdyby i nas posądzili, to moglibyśmy zaprzeczyć, że taka rozmowa w ogóle była.- podrapałem się po głowie.- Jest w tym tylko jeden szkopuł. Najlepiej byłoby, gdyby przełożony Neumanna był mało rozgarnięty. Takimi lepiej się rządzi…zdecydowanie prościej. I są nieszkodliwi.- nieco przygryzłem dolną wargę w zamyśleniu.
    W pomieszczeniu panowała przez chwilę cisza. Słyszałem tylko swoje bicie serca…no i może stary zegar wiszący na ścianie. Nic poza tym. Czułem się co najmniej dziwnie. Jakby nie na miejscu. Chociaż…chyba bardziej niepokoiłbym się gdyby taka cisza była na pierwszej linii frontu. To byłoby dopiero dziwne i niepokojące. Wtedy to dopiero czułbym się nieswojo…w pewnym sensie jakbym przeszedł do innego świata.
    A tutaj? Co nam groziło? Kilku Polaków, którzy byliby na tyle odważni, że postanowiliby postrzelać do Niemców? Ale chyba nie znalazłoby się takich zbyt wielu. Przecież gdyby zabili takiego oficera Gestapo…to pewnie stu Polaków poszłoby pod mur. Albo i więcej.

    OdpowiedzUsuń
  62. Zaśmiałem się nieco szyderczo.
    - A czy wyglądam na księdza?- zapytałem retorycznie. Nie wiem, jak ktoś musiałby być ślepy, aby pomylić mnie z księdzem. Albo wziąć mnie za duchownego. Chociaż jeśli kiedykolwiek przyjdzie mi się ukrywać…a nie sorry, wybiorę najprawdopodobniej śmierć godną oficera. O ile takowa istnieje. Nie będę się ukrywać…przecież jestem tylko lotnikiem. Takich jak ja jest wielu, jestem tylko jedną kroplą w morzu zwanym „wojskiem”. Nic nie znaczącą kroplą, ubędzie mnie nie stanie się tak źle…na moje miejsce pojawi się dwóch innych lotników. Nie ma ludzi niezastąpionych.
    - Maximilian Ross?- zapytałem i nieco uniosłem brew.- Jedynego Rossa jakiego znam to ten porucznik SS…o dosyć nieintersującej…skurwysyńskiej aparycji.- powiedziałem.- Ja natomiast z wiarygodnego źródła…z pierwszej ręki słyszałem, że jest nim niejaki major Rommel. Znasz go?- może znał, może nie…kto to wie? Liczyłem, że coś mi powie na ten temat. A jeśli nie…to trudno wymyślę coś. W razie czego nie będę prosił go o pomoc. Dam sobie radę.- I na twoim miejscu to zabiłbym tego całego Wartenburga.- powiedziałem zupełnie poważnym tonem głosu.- No co? Niemiec, czy nie…nie ważne zagraża tobie i twojej rodzinie. Gdyby tak było w moim przypadku to zabiłbym, gdybym się tylko o takim czymś dowiedział.- mówiłem o tym lekko. Tonem jakim inni rozmawiają o pogodzie. Dla mnie mówienie o śmierci nie było czymś okropnym. O zabójstwie też mogłem mówić ze spokojem i bez większych wyrzutów sumienia.
    Postukałem nieco w blat stołu i zaśmiałem się cicho. Spojrzałem na Matthiasa. Nie zdziwiłbym się jeśli wziąłby mnie za wariata…albo niepoczytalnego. A nie to w sumie chyba jest to samo. Nie ważne…nigdy nie chciałem być psychologiem, nie musze wiedzieć takich rzeczy. A przynajmniej nie musze o nich cały czas pamiętać.
    - Daj mi…powiedzmy…dwa dni.- zacząłem nieco ostrożnie.- Podmienię dokumenty, przyniosę ci je razem z adresem szpitala w którym znajduje się Alexander i dodatkowo…butelkę polskiej wódki, oraz amerykańskie papierosy. Wolisz Camele, czy może Chesterfieldy?- zapytałem z pewnym siebie uśmieszkiem. Miałem plan, którego nie powiem Matthiasowi. Nie musiał o tym wiedzieć. Poza tym…miał dosyć spore szanse powodzenia.
    Chciałem tylko pomóc biednemu Alexandrowi. On pewnie zrobiłby dla mnie to samo. Też by mi pomógł, gdybym tylko tego potrzebował. A że przy okazji mogę nieco dać upust swoim emocjom i swoim różnym zboczeniom…to już nie moja wina. Nic nie poradzę na to, że ja już taki człowiek jestem. Nie mam zamiaru się zmieniać…w razie czego to przecież na froncie albo gdziekolwiek indziej będą potrzebować bezwzględnych ludzi. Może miałem niejakie problemy aby strzelić do Polaka…ale jeszcze wszystko przede mną. Mam jeszcze trochę czasu, to nic straconego.
    - To jak?- zapytałem.- Pozwolisz mi działać?- uśmiechnąłem się nieco do niego.

    OdpowiedzUsuń
  63. *** Michał ***

    Biegnąc uliczkami próbowaliśmy przedostać się do jakichś bezpieczniejszych części miasta. O ile jeszcze jakieś tutaj były. Wszędzie były ruiny. Zapadające się domy. Gdzie nie gdzie tlił się ogień. Czy tak wygląda piekło? Tak, najwidoczniej tak właśnie ono wygląda. Dzieciaki pomagały innym jakoś się przemiścić. Ale co my mogliśmy? Mój oddział został rozproszony przez Niemców. Ciotka na własnych rękach mi umierała. Dima gdzieś zaginął. Na całe szczęście Alina była gdzieś w Lublinie ukryta. Razem z trójką dzieciaczków. Teraz ja prowadziłem Elę, Piotrka i Agnieszkę. Udało nam się dotrzeć gdzieś, gdzie jeszcze coś stało. Ukryliśmy rannych w piwnicy. Na całe szczęście miałem swój medyczny sprzęt. Musiałem pomóc tym ludziom. Chyba by mnie znienawidzili, gdybym tego nie zrobił. Dzieciaki poszły poszukać czegoś do zjedzenia. Były tak samo głodne jak ja i reszta. Przy odrobinie szczęścia może uda im się coś znaleźć.

    *** Ela ***

    Piotrek ustalił, że najlepiej będzie jak się rozdzielimy. Wtedy szukanie żywności pójdzie sprawniej. Zachowując ostrożność poszłam do najbliższego domu na północ. Był z deka spalony, ale można było tam wejść. Bo nie było drzwi. Obszukałam cały i nie znalazłam tam nic. W brzuchu bardzo mi burczało. Pobiegłam do drugiego. Później do trzeciego, piątego i jeszcze dalej. Im dalej tym krajobraz bardziej mnie przerażał. Usłyszałam zbliżający się samochód, więc wskoczyłam przez jakieś okienko do pobliskiej piwnicy. Stojąc na palcach na jakichś skrzynkach obserwowałam oddalający się pojazd. Kiedyś widziałam, że Niemcy taki mieli. Niechcący noga mi się omsknęła i coś zleciało na ziemię. Słoik. Słoik z ogórkami, który właśnie rozleciał się na kawałki. Na widok tych ogórków aż mnie skręciło z głodu. Zeskoczyłam i dopadłam do nich jak wygłodniały zwierz. Nie zważając na nic podniosłam je i miałam ochotę je zjeść. Z apetytem wszamałam jednego, a później drugiego. Przy trzecim usłyszałam szmer. Przez chwilę zauważyłam, że ktoś mi się przygląda. Jeżeli to był właściciel tych ogórków to mam przekichane. Trzymając w dłoni kuchenny nóż- jedyną broń jaką miałam, podeszłam bliżej.
    - Oh... - Wymknęło mi się i zakryłam twarz, widząc rannego człowieka. Człowiek, czy już zwłoki? Michał tak teraz to segregował. Dotknęłam czubkiem butów mężczyzny. Jęknął. A więc żył. Przez niewielkie światło wpadające przez okienko mogłam ujrzeć jego twarz. Skądś go znałam. Przypomniałam sobie. Cofnęłam się o pół kroku. Po sspotkaniu z tym człowiekiem i jego siostry poniosłam spore konsekwencje.
    - Co ty robisz w polskiej piwnicy? - Zapytałam. - Przecież nie ma tutaj opisanego, że ty tutaj możesz być. - Zmarszczyłam brwi, przyglądając mu się.

    OdpowiedzUsuń
  64. *Ela*
    kiwnelam głową po czym próbowałam wyjść z piwnicy. Po jakimś czasie udało mi się. Szybko pogrzalam po Michala. Nim się zorientował zdążyłam się go uczepic jeczac "no chooodz". Wziął swoje sprzęty a ja zaprowadziła go na miejsce. Kiedy ja próbowałam wejść oknem on znalazł drzwi do piwnicy. Poprowadzilam go w kat gdzie leżał Matthias.

    *Michał*
    No tego to się nie spodziewałem. To mi się w głowie nie mieściło. Że niby ja miałem mu pomoc. Dobry żart. Ela chyba oszalała, myśląc, że mu pomogę.
    - Po moim trupie. - Powiedziałem głosem bez emocji. Z pogardą spojrzałem na niego. Czyżby role się odwróciły? Najwidoczniej. Zabrałem swoje rzeczy, chcąc stąd wyjść. - Idziemy.
    - Nie. - Odpowiedziała Ela łamiącym się głosem i jak nagle nie zacznie ryczec! Jeżeli miałbym wymienić najgłośniejsze rzeczy na świecie to w pierwszej trójce byłaby Ela.
    - Dobra, już dobra. Pomogę mu, ale natychmiast przestan płakać.
    - Ale na pewno mu pomozesz? - Zapytała przez łzy.
    - Tak. Na pewno. Obiecuje.

    OdpowiedzUsuń
  65. - Najwidoczniej jestem już tak stary, że słuch mi szwankuje.- powiedziałem i wzruszyłem ramionami. Nie miałem zamiaru się wykłócać o szczegóły. Nie miałem na to ani chęci ani ochoty…poza tym, ludzie obecnie są różni i nie wiem co by mu mogło strzelić do głowy. Wysłuchałem w spokoju co ma mi do powiedzenia. Pokiwałem głową z niejakim politowaniem zmieszanym z rozbawieniem.
    - I co z tego?- zapytałem.- Kto powiedział, że musisz zakapować? Nikt…możesz po prostu po cichu pozbyć się problemu.- uśmiechnąłem się nieco.- Wiesz o czym mówię?
    Wypiłem drugi kieliszek. Jakoś tak wbrew stwarzanym pozorom nie miałem ochoty na picie. Poczekam trochę aż Matthias się nieco upije. Osoby po pijaku są skłonne do wyznań. Kiedy wyszedł po coś nieco chwiejnym krokiem, wyciągnąłem z kieszeni spodni tubkę z Pervitinem. Zażyłem jedną tabletkę. Za jakieś piętnaście-dwadzieścia minut powinno mi to nieco pomóc. Nieco się otrząsnę i odzyskam siły witalne. A w razie czegoś, to zawsze mogę spróbować wmówić mu, że to wódka mi nieco pomogła. Ale postaram się nie dawać po sobie poznać, że coś brałem. Powoli zacząłem bawić się pudełkiem od zapałek. Naprawdę nieco mi się nudziło. Ale nie będę narzekał…
    Spojrzałem na niego i druczki, które miałem powkładać w odpowiednie miejsca. Hah… To będzie proste. Jestem pewny. Robiłem trudniejsze rzeczy…ale przyznam szczerze, ze mimo wszystko inaczej jest zrobić cokolwiek na lądzie a co innego w powietrzu. Ale…ale wbrew pozorom ryzyko jest nieco porównywalne.
    - Dobrze.- przytakuję.- To możesz być pewny, że zjawię się za te dwa dni…ze wszystkim co obiecałem.- powiedziałem ze spokojem.- To nie powinno stanowić większego kłopotu.- uśmiechnąłem się nieco tajemniczo.- Nie musisz się martwić o nic.- zaśmiałem się.
    Spojrzałem na niego. Boże… jakim cudem on jest kuzynem Stauffenbergów? Przecież on nawet nie jest do nich w jednej czwartej podobny. Zupełnie inny typ człowieka. Ale co ja zrobię? A no właśnie nic. Nic nie zrobię nic nie jestem w stanie zrobić.
    ***
    Dwa dni później późnym popołudniem zjawiam się z wymienionymi rzeczami w mieszkaniu Anwardena. W teczce ze skóry mam wszystkie dokumenty i rzeczy, które obiecałem przynieść. Nieco uśmiechnąłem się do Christine i w ramach przywitania pocałowałem ją w dłoń. Na szczęście zaprowadziła mnie do gabinetu swojego brata.
    - Witam człowieka intensywnej pracy w służbie Rzeszy.- powiedziałem dosyć głośno. Położyłem teczkę na biurku tak z boku aby nie ubrudzić papieru. W sumie to udało mi się to. Położyłem wódkę, papierosy, teczki z dowodami przeciwko Alexandrowi oraz kawałek białej kartki z napisanym adresem.
    - Jak widzisz wywiązałem się z umowy.- powiedziałem śmiertelnie poważnym tonem głosu.- Oto adres ze szpitalem, polska wódka, papierosy i teczki.- przy okazji pokazałem te wszystkie przedmioty. Przyglądałem mu się nieco. Chyba był zmęczony tym wszystkim. Ale to już nie moja sprawa.- Nie pytaj w jaki sposób. I tak ci nie powiem.- uśmiechnąłem się nieco przebiegle. Bo o czym miałbym mówić? O tym, że zrobiłem użytek ze swojego wyglądu i podczas flirtu z sekretarką Rossa wykradłem jej klucze od gabinetu szefa? A później podmieniłem to wszystko, kiedy kobieta na chwile musiała wyjść i kiedy też nie było jej szefa? To było dziecinnie proste. Naprawdę…może tylko najwięcej kłopotów sprawiło mi zwrócenie kluczy i ich zabranie. Ale to można przemilczeć.

    OdpowiedzUsuń
  66. [Wątek z Raisą?]

    OdpowiedzUsuń
  67. Nie lubiłem jesieni…a w szczególności takiej, gdzie trzeba pracować. Ale z resztą…ja to miałem takie szczęście że się opierdalałem, czyli norma. Z nudów (pomimo piętrzących się na biurku dokumentów i teczek) zacząłem czytać książkę. Najprawdopodobniej mój stary słownik Polsko-Niemiecki; taki byłem zdesperowany. Jakoś mniej więcej w połowie tej „pasjonującej” lektury zadzwonił telefon.
    - Charlie Champlin przy telefonie.- powiedziałem. Normalnie oczami wyobraźni widziałem minę dzwoniącego. Odpowiedziała mi jednak cisza i po chwili dźwięk zwiastujący że mój rozmówca odłożył słuchawkę. Sam po chwili odłożyłem i swoją. Powróciłem do lektury. Kolejny sygnał.- Winston Churchill, słucham.- głos tak podobny do brytyjskiego premiera. Znowu ta sama śpiewka. Przy trzecim razie już się nieco zdenerwowałem.- Major Martin Rommel przy telefonie. Masz denerwująca istoto trzy sekundy na przedstawienie czego chcesz.- warknąłem. To zawsze działa.
    Słysząc po chwili głos Canarisa nieco uśmiechnąłem się pod nosem. Pomijając fakt, ze był wściekły, ze robię sobie żarty to rozmowe można zaliczyć do udanych…ale czy ja wiem kto dzwoni? No nie wiem.
    Słysząc polecenia kiwam nieco nieprzytomnie głową. Nie miałem najmniejszej ochoty jeździć po Berlinie…ale jak mus to mus.
    I tym oto sposobem odziany w jasny prochowiec (tak…mnie zawsze było ciepło) i garnitur. Oczywiście miałem też broń. Pistolet i nóż ukryty na lewym przedramieniu. Przezorny zawsze ubezpieczony. W hotelu zjawiłem się pięć minut po czasie. Jednak bez jakichś większych problemów dotarłem do pokoju 666. Swoją drogą muszę powiedzieć Canarisowi, że to piekielnie dobry wybór. Powoli otworzyłem drzwi wszedłem do środka, w pokoju już był ten drugi agent. Spojrzałem na niego i nieco podbladłem. W momencie wyciągnąłem broń.
    - Co. Ty. Tutaj. Kurwa. Jego. Mać. Robisz?- wycedziłem przez zaciśnięte zęby i lewą ręką zdjąłem kapelusz nieco zasłaniający moją twarz. Oddychałem nieco szybko, mocno ściskałem swój pistolet wcelowany w niego i odsunąłem się od drzwi, które natychmiast zamknąłem. Nie chciałem się odwracać od niego, głównie z obawy, że mogą mi wyskoczyć dwaj rośli Gestapowcy; chociaż nie miałem pojęcia skąd.

    [Jeśli chodzi o wątek z Valentinem, to możemy go w tym(tamtym) miejscu przerwać. Aha i wizja ożenku Jakoba z Christą chyba nie wypali. Bo w jakimś wątku chyba wspomniałem, ze Jakob ma żonę i córkę. Ale nie jestem w stu procentach pewny. W razie czegoś to ci napiszę czy wspominałem, czy nie :D]

    OdpowiedzUsuń
  68. Spoglądałem na Matthiasa.
    - Wiesz, ze nieładnie jest odpowiadać pytaniem na pytanie?- zapytałem.- Ale cóż…jak widzisz, stoję w tym samym pokoju co ty.- pokiwałem głowa i schowałem pistolet, w końcu on swojego nie wyciągnął…o ile go miał. Oddychałem szybko i przyglądałem się mu uważnie, podczas rozmowy z Canarisem.
    Czyli co? On miał być tym drugim agentem? No jeszcze kurwa czego! Mam współpracować z tym…tym…Gestapowcem, który zabiłby mnie przy pierwszej lepszej okazji? Z tym, który stwierdził, że mam inteligencję rozwielitki (tak…nadal nie mogłem tego przełknąć)? No świetne! Po prostu kurwa świetnie! Co jeszcze?! Reimann w szafie razem z hiszpańską inkwizycją? Czy żywy Piłsudski pod łóżkiem?
    Czyli jednak tak…jednak mam współpracować z tym…tym…czymś. Czymś zwanym Matthiasem von Anwardenem, oficerem Gestapo. No po prostu kurwa pięknie. Ale na szczęście nie musimy się lubić. Odbębnimy tylko to i nie musimy się nawet widzieć i spotykać…co i tak będzie nie lada wyczynem.
    - Dobra…- powiedziałem, jednak bez jakiegoś przekonania, czy entuzjazmu. Spoglądam na papiery jednym okiem, a drugim na Anwardena.- Im szybciej zajmiemy się tym, tym krócej czasu spędzimy w swoim własnym towarzystwie.
    Była to prawda. Cholerna prawda.
    Wyciągnąłem swoją papierośnicę. Otworzyłem i natrafiłem na pustkę. Jak to? Brakło moich papierosów? No nie może być. Cicho westchnąłem. A do tego chciałem sobie zażyć Pervitin…od jakiegoś czasu nie brałem, od dwóch dni miałem ochotę zażyć chociażby jedną tabletkę.
    - Przejrzyj nieco te dokumenty, ja pójdę po papierosy.- powiedziałem zgodnie z prawdą. A to że po drodze zażyję Pervitin to już zupełnie inna sprawa.
    Wyszedłem po chwili. Wyciągnąłem tubkę z tabletkami i zażyłem jedną z nich. Za jakiś czas powinno zacząć działać. Przy okazji kupiłem papierosy…po które de facto poszedłem.
    Wróciłem po niecałym kwadransie. No cóż…trochę sobie po hotelu pobłądziłem…a właściwie to porozmawiałem z ładną recepcjonistką.
    - Przepraszam, ale recepcjonistka mnie zatrzymała…- oznajmiłem wkładając papierosa do ust. Po chwili zapaliłem jego końcówkę i zaciągnąłem się nieco.- Pojawiły się jakieś nazwiska? Albo pseudonimy? Cokolwiek wartego uwagi?- zapytałem siadając i biorąc jakiś pierwszy lepszy arkusz papieru z brzegu. Lustrowałem wzrokiem każdą linijkę tekstu. Pomijając fakt, ze jedyne nazwisko na jakie się natknąłem to „Lukas Wright”, to było…okropnie. Nie mam słów.
    - A tak właściwie…dlaczego my?- zapytałem.- Z całą pewnością wie…jak na siebie…hmm…działamy. Więc ryzykowałby to, ze pozabijamy się na służbie?- uniosłem pytająco brew.

    OdpowiedzUsuń
  69. Przygryzłem wargę i spojrzałem na niego wściekle.
    - Nie obrażaj mnie, bo kurwa w trybie przyspieszonym trafisz do hadesu, raju, piekła…ogólne dowiesz się która religia jest prawdziwa.- warknąłem.- Poza tym na jakiej kurwa jego mać podstawie, obrażasz rozwielitki? Co te biedne żyjątka ci zrobiły, że je obrażasz?- zapytałem. Byłem wściekły na niego, nie przepadałem za nim, ale żeby obrażać w taki sposób te żyjątka.
    Chwyciłem więc jedną czysta kartkę, ołówek i przy okazji zacząłem tez czytać to, gdzie prawdopodobnie był wygląd. Próbuję nie słyszeć krzyków dobiegających zza okna. Staram się to ignorować. Przecież nie mogę wszystkim pomóc. Mam swoje zadania do wykonania. Musze to zrobić…Musze dowiedzieć się przed nimi kim są ci szpiedzy, gdzie są i dla kogo konkretnie pracują. Jeśli dla Londynu, dla Polaków to musze ich ostrzec. Albo usunąć ich w cień jak najszybciej. Spojrzałem na Matthiasa, na chwilę przerwałem studiowanie tego wszystkiego.
    - Nic.-powiedziałem.- Potrafię dochować tajemnicy.- to była prawda.- Potrafię milczeć, być głuchym i ślepym na wszystko, jeszcze nikt…-podczas wojny.-…mnie nie złamał. Nie wiem czy będziesz ufał moim słowom, ale taka jest prawda.- wzruszyłem ramionami. Zastanowiłem się przez chwilę i spojrzałem na niego.- Wiesz co…jeśli to zadanie sprawi, że nie będę musiał patrzeć na twoją obleśną mordę, to z wielką chęcią je wykonam.- powiedziałem i uśmiechnąłem się zgryźliwie.- Jeśli nie…to cóż…wolę być…jak to ładnie określiłeś? Ah tak, „wazeliniarską pizdą” i…podrabianym mężczyzną.- wzruszyłem ramionami. Byłem szczerzy. Naprawdę nie uśmiechało mi się to wszystko.
    Czytałem tekst i w pewnym momencie zdębiałem. Włos na głowie mi się zjeżył.
    - Matthias… Powiedz mi…ile Gestapo…ile wie o niejakim „Huzarze”?- zapytałem się jego. Widząc minę i uważne spojrzenie von Anwardena dodałem szybko.- Pojawił się w jednym miejscu…myślałem że facet już nie żyje….od kilku lat.- powiedziałem. Ale co robił tutaj do jasnej cholery „Huzar”? Co ja tam robiłem?
    Przeczytałem dalej to wszystko. Niewielka wzmianka. Niezbyt dokładny opis „Huzara”. Nic konkretnego… Przeczytałem dalej, pojawiał się jeszcze w dwóch miejscach. Ale znowu, jakieś takie krótkie wzmianki, nic konkretnego. Wspomnienia o depeszy nadanej przez niego, którą przechwycili, jednak nie rozszyfrowali. Wzmianka, ze się pojawił ktoś do niego podobny w jakiejś niewielkiej mieścinie w kieleckim. Nic wartego uwagi…
    Przerwałem czytanie, rozszyfrowywanie, zapisywanie informacji. Spojrzałem na Matthisa, oparłem się o blat stołu.
    - To jest idiotyczne…- pokiwałem głową.- Siedzimy i szukamy szpiegów, którzy od dłuższego czasu mogą albo nie żyć, albo zmienili lokalizację.- wstałem z miejsca i przespacerowałem się po pomieszczeniu.- I do tego o suchym pysku. Napiłbym się czegoś.- westchnąłem cicho.- Tak właściwie to skąd pochodzisz?- zapytałem patrząc na niego.

    OdpowiedzUsuń
  70. - Znam Wartenburga.- powiedziałem.- Poznaliśmy się kilka lat temu w Hiszpanii.- na tym mogłem zakończyć. I tak też zrobiłem, nie zamierzałem się spowiadać. Nie jemu… nikomu. Za młodu to nawet był problem żebym z księdzem normalnie porozmawiał. No ale co ja poradzę, ze przestudiowałem pismo święte wzdłuż i w szerz żeby mieć dowody na to że Boga nie ma?
    Odebrałem kartkę z adresem uśmiechnąłem się pod nosem czytając adres. Matthias nawet nie skończył prawić swojego kazania a ja już spaliłem kartkę. Miałem całkiem dobrą pamięć…przynajmniej w niektórych sprawach. Ale zapamiętywanie adresów szło mi sprawnie, podobnie było z hasłami i kilkoma innymi rzeczami.
    - Zapamiętałem.- powiedziałem. Spoglądałem na to jak ogień trawi kawałek kartki.- Czy ty masz mnie za jakiegoś idiotę?!- pytam oburzony.- Wiem, kto to Schlabendorf, kuzyn von Tresckowa.- prychnąłem. Boże...w sumie wygląda to tak jakbym nie miał nic innego do roboty tylko studiował rodowody oficerów.. Oraz to kto z kim i dlaczego. A to nie było tak. Coś zasłyszałem, zapamiętałem.- Powiedz mi tylko po co? Nie jestem przecież dla ciebie i dla większości Niemcem. Ale że nie jestem Polakiem…- westchnąłem.- Prawdopodobnie jestem Chińczykiem albo buddyjskim mnichem.- powiedziałem ironicznie.- Poza tym, po wojnie nie będę potrzebował niczyjej pomocy. Nigdy nie prosiłem nikogo o pomoc, od nikogo też jej nie oczekiwałem.- powiedziałem ostro.- A w szczególności…do jakiejś starej pruskiej szlachty…- prychnąłem.
    Przyglądałem się jemu. No cóż…każdy to wiedział charakter to ja miałem trudny. I naprawdę z miejsca można beatyfikować wszystkich, którzy wytrzymali ze mną dosyć długo. Takiego Hazerskiego na przykład, albo mojego dziadka….i stryjaszka kochanego.
    - Stuttgart?- uniosłem nieco brew.- Ładne miasto.- pokiwałem głową.- Kiedyś dosyć często tam się zjawiałem. Ale od dłuższego czasu wizyty składam tylko w Herrlingen, Ulm i Breslau…o Berlinie nie będę wspominał.- spojrzałem na niego. Taka ciekawostka odnośnie mnie. Może kiedyś mu się to przyda? Może nie? Zobaczy się.
    - A nic…- westchnąłem.- Przewinął się kilka razy w tych papierzyskach.- wskazałem ręką na to wszystko.- Poza tym…myślałem, że facet nie żyje. Jeden z ludzi „Hubala”- powiedziałem.- Niestety tylko tyle pamiętam…- wzruszyłem ramionami.- Ale swoją drogą… nie wydaje ci się to nieco dziwne?- zapytałem i spojrzałem na Matthiasa.- Pamiętasz, jakoś chyba na wiosnę przesłuchiwaliśmy takiego młodego chłopaka, który wspominał o „Huzarze”.- przypomniałem mu. Nadal mnie dziwi to, co w pewnym sensie tam robię. Chyba, ze ktoś używa tego samego pseudonimu….ale w większości pewne fakty się zgadzają. Ale gdyby wiedzieli, ze ja i „Huzar” to te same osoby, to już od dawna bym wisiał na najbliższej gałęzi.
    Podrapałem się w głębokim zamyśleniu po głowie. Spojrzałem na maszynopis. Przygryzłem nieco nerwowo wargę.
    - Posłuchaj…a jeśli ci szpiedzy to tylko podpucha?- zapytałem i spojrzałem na niego. Chyba nie wiedział o co mi chodzi.- Może Canaris chce sprawdzić, czy potrafimy ze sobą pracować, czy możemy współpracować i nie pozabijać się przy okazji.- powiedziałem. Przeczytałem też swoje notatki zapisane ołówkiem. Pewne cechy się powtarzały w różnych rysopisach.- Naszła mnie jeszcze jedna myśl…zobacz.- podsunąłem mu kartkę z notatkami. Nieco chaotycznymi, ale na pewno wyraźnymi. Pismo miałem wyraźne, nieco pochylone w prawo, Celina zawsze się śmiała, że jak na mężczyznę to pisze bardzo wyraźnie.- Niektóre cechy się powtarzają. I tak teraz zastanawiam się…czy to na pewno trzech szpiegów…czy w ogóle ci szpiedzy istnieją.- myśli wypowiedziane na głos. No ładnie… Zaraz i tak usłyszę od niego, że jestem jakimś osłem, cymbałem, idiotom, debilem, czy inną rozwielitką.

    OdpowiedzUsuń
  71. - Nigdy…nawet gdyby od tego zależało…nigdy nie będę cię całował po rękach.- powiedziałem śmiertelnie poważnym głosem.- I zobaczymy…Canaris jest stary…nie tylko stopniem. Może zejść zanim mu podziękuję. A poza tym, to on się moich podziękowań i życzeń z każdej możliwej okazji już nasłyszał.- machnąłem ręką.
    - Rób jak uważasz.- westchnąłem i wzruszyłem ramionami.- Ale uwierz mi, ze jak to kiedyś powiedział „Hubal” o „Huzarze”: To cholernie szczwana bestia. Zniknie na jakiś czas i pojawi się na moment, zada szybki i bolesny cios, by znowu pogrążyć się w ciemności… Czy jakoś tak.- wzruszyłem ramionami.- „Hubal” był dosyć dobrym znajomym „Huzara”, a przynajmniej tak mi się wydawało.- pokiwałem głową. To fakt, dobrze poznaliśmy się z Hubalem. I dosyć sporo wiedzieliśmy o sobie, a przynajmniej tyle ile mogliśmy o sobie mówić. Do tej pory żałuję, ze zrobiłem tak a nie inaczej. Ale…nie było trzeciej możliwości, może kiedyś mi wybaczy.
    Uśmiechnąłem się nieco pod nosem. W pewnym momencie czytając jeden z rysopisów wybuchłem śmiechem.
    - Wiesz co…jeden jest całkiem podobny do ciebie…- przerwałem bo chwycił mnie kolejny silny napad.- Ale musi….być ładniejszy….bo ty w… w ogóle….w ogóle nie wiem… jaką trzeba byłoby mieć fantazję, żeby powiedzieć, że masz…że masz dosyć przystojną twarz. I że.- już się względnie uspokoiłem.- I że…że masz piękne jasne niebieskie oczy.- powiedziałem rozbawiony.- A ten drugi, to też…kurde…brzydal jakich mało. Współczuję mu kiedy musi spoglądać w lustro.- oznajmiłem z niejakim spokojem.
    - Spokojnie, hiszpańskiego nie znam. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do nauki tego języka.- wyjawiłem.- Znam za to kilka innych.- wzruszyłem ramionami. Mówili, że szybko się języków uczę, tylko że jestem leniem patentowanym.
    Zastanawiałem się co Matthias kombinuje. Bo nie trudno się tego domyślić, że nad czymś intensywnie myśli. Zastanawia się jak się mnie pozbyć? A może jak wysłać mnie na front? W sumie…to to samo. A pożyjemy zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń
  72. Nie odezwałem się ani słowem. Jeszcze bym coś naprawdę nieodpowiedniego powiedział i wtedy na pewno by mnie rozwalili na tej ścianie. Elę pewnie także. W końcu przyszła tutaj ze mną. Czasami lepiej jest milczeć. Dać pole manewru komuś innemu.
    Spojrzałem na broń i leki. Przydadzą się z pewnością. Nie jest tego zbyt wiele, ale na sto procent więcej niż w mojej obecnej apteczce. Zastanawiało mnie skąd wiedział o Lindemannie i Abwehrze. Swego czasu podawałem tam takie nazwisko, aby dowiedzieć się co w trawie piszczało. To było dziwne. Co najmniej dziwne. Czasami nie wiedziałem kim ja tak naprawdę jestem. W tym wszystkim zgubiłem gdzieś swoje prawdziwe ja. A co jeżeli to moje "ja" już nie istniało? Umarło gdzieś wraz z gruzami tego miasta?
    Wyrwałem się z zamyślenia. Czas dokończyć to co zacząłem. Teraz nie miałem już wyboru. Nie lubiłem mieć długów. Nawet jeżeli był to Niemiec. Niemiec, który jeszcze jakiś czas temu przesłuchiwał mnie. Niemiec, którego wkurzałem do potęgi n-tej, bo nic mu nie mówiłem. Większość to były celne riposty niż to co chciał usłyszeć. A później mu uciekałem.
    - Przydałoby się gdzieś ciebie przenieść. W jakieś bardziej suche i czystsze miejsce. - Stwierdziłem. - I tam, gdzie mam więcej możliwości. - Powiedziałem. - Na razie jeszcze nie umrzesz. Rany opatrzyłem, ale to jest tylko takie gruntowne w tych warunkach. - Podniosłem go bez patyczkowania się z nim. - Ela sprawdź teren. - Powiedziałem do młodej. Wyszliśmy stąd.
    - Czysto. - Odpowiedziała mała. Po jakimś czasie przeszliśmy tam, gdzie domy jeszcze stały. Polskie domy.
    - Znasz jakiś inny język oprócz niemieckiego? - Zapytałem się go.

    OdpowiedzUsuń
  73. [Przepraszam, że musiałeś tyle czekać na odpis.]

    - Was?
    Drgnęła, słysząc ostre w jej odczuciu słowo. Przez chwilę chciała się wycofać, po prostu stąd uciec, ale następne słowa zatrzymały ją w miejscu. Spojrzała niepewnie na Niemca. Podziękowanie było ostatnim, czego się spodziewała. „Panowie świata” przecież nie dziękowali. Nienawidziła tej ich buty, ale jednocześnie w pewien sposób do niej przywykła, trochę tak, jak można przyzwyczaić się do mrówek faraona maszerujących co jakiś czas przez pokój. Słysząc to niewprawne „dziękuję” po polsku, aż otworzyła szerzej oczy. Zamrugała, niepewna, czy dobrze zrozumiała, co chciał powiedzieć, może jakieś niemieckie słowa brzmiały bardzo podobnie..? Zagryzła wargę, powstrzymując uśmiech. Przecież nie będzie się szczerzyć do szwaba, tego by jeszcze brakowało! Przestąpiła z nogi na nogę… i podeszła bliżej, zatrzymując się tuż przy jego biurku.
    - „Dzi” panu troszkę nie wyszło. Ono musi być miękkie, łagodne, zwłaszcza w takim słowie – wyjaśniła po polsku. Jej głos jak zwykle był cichy, jakby nie potrafiła mówić inaczej. – Pan posłucha. – Powiedziała „dziękuję”, starając się mówić na tyle wyraźnie, by usłyszał różnicę. Nie była pewna, czy dobrze robi, ucząc go języka, ale… jeśli nie ona, to pewnie ktoś inny. Zresztą nawet nie znając dobrze polskiego, Niemcy potrafili być aż zbyt skuteczni. On przynajmniej próbował być miły.
    Zmarszczyła brwi, słysząc, że sama ma iść na pocztę.
    - Tylko że… ja nie wiem, gdzie jest ta… Himmlerstrasse.
    Miała zamiar faktycznie usiąść, ale usłyszała ciąg dalszy. To jakby ją usztywniło. Zasłuży? Ona? Nie musi na nic zasługiwać! Na pewno nie u niego! Co on sobie myśli?! Że zrobi z niej pokorne zwierzę? Już otwierała usta, żeby dość dosadnie powiedzieć mu, gdzie może sobie wsadzić wszystko to, na co rzekomo mogła niedługo zasłużyć, gdy usłyszała pisk Anniki. Złość na siedzącego z biurkiem nadętego palanta natychmiast odeszła na dalszy plan. Wybiegła zaraz za Anwardenem, reagując tak, jakby chodziło o jej Wikę.
    - Już, już – sapnęła. Prawie nie dotarło do niej, co powiedział na koniec, zbyt mocno przejęła się stanem dziewczynki. Pobiegła pościelić łóżko, chwilę później wróciła ze słoikiem miodu. Przygotowała też zimny okład, wiedziała, że po jego przyłożeniu zmniejszy się opuchlizna. Popatrzyła na Annikę, potem zerknęła na Matthiasa. Podeszła do dziewczynki, delikatnie układając wilgotny, lodowaty ręcznik do skręconej kostki.
    - Potrzymaj tak chwilę, będzie cię mniej bolało – odezwała się łagodnie.

    OdpowiedzUsuń
  74. Curt przeglądnął uważnie wszystkie papiery. Nie chciał podpisać czegoś czego najpierw dogłębnie nie zbada. Żeby potem nie było, że podpisał sam na siebie jakiś wyrok. Chociaż miał zapewnienie, że nic jego rodzinie się nie stanie. Sam już nie wiedział co o tym myśleć.
    Przez chwilę obserwuje wuja i jest pod niejakim wrażaniem, że wypił wszystko na raz i nawet się przy tym nie skrzywił. Ale co się dziwić, jak ten stary buc chlorzył ile się tylko dawało. Wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt o tym nie mówił. Ot taka tajemnica Poliszynela.
    Fischera trzeba było się pozbyć i nawet Matt mu w tym przypadku wyrządzał wielką przysługę.
    - Zawsze mogła też jakoś zginąć- stwierdził Curt- Nieszczęśliwie na przykład- w tym momencie zabrzmiał jak największa kanalia na tym świecie. Uśmiechnął się nieznacznie. Schafer zaś był elementem niepewnym jak diabli. Pękł szybciej niż to ustawa przewidywała. Curt uznał, że dobrze, że nie wchodził z nim w większe konszachty. Mógłby mieć teraz ogromne kłopoty. Tak ogromne, że nawet wuj by go z nich nie wyciągnął.
    - Wybacz, jeżeli jest ci zimno, ale odkąd przyjechała tutaj moja matula to codziennie co najmniej cztery razy w ciągu dnia wietrzy mi mieszkanie. Chociaż ja uważam, że co za dużo to niezdrowo- przewertował dokładnie do końca papiery. Nie znalazł tam żadnych kruczków ani haczyków. Podpisał.

    OdpowiedzUsuń
  75. Dlaczego on nie mógł znać jakiegoś innego języka do cholery? Teraz to miałem z nim kłopot. Najpierw poczułem jakąś tam odpowiedzialność (którą dźwigałem na plecach i ta "odpowiedzialność" była cięższa ode mnie). Później nadeszła chwila zwątpienia. No bo zakładając, że zawlokę ("zawlokę", bo na "nieść" to było za późno, kiedy od kilku dni nic nie miałem w ustach i opadałem z sił) go do swoich, i co ja im wtedy powiem? "Słuchajcie znalazłem Niemca, podobno jest z tych dobrych, ale po jego przesłuchaniach połamali mi cztery krzesła na plecach, ale to nic takiego"? Kurwa... Tego to nawet w ładnie opakowanej paczce by się nie przepchnęło. Ale z drugiej strony obiecałem to Eli. Psia mać. Dałem się zterroryzować małej dziewczynce, która za każdym razem darła się jak coś było nie po jej myśli.
    Uniosłem głowę do góry, a widząc przelatujący samolot łatwo się domyśliłem co może nastąpić. Zostawiłem go w miarę bezpiecznym miejscu. Dalej nie dałem rady go transportować. Jak mi się kurewsko chciało pić... I jeść. I było tak cholernie gorąco. Czułem jak pot spływa mi po twarzy. Jak miesza się z kurzem i jak oko od tej napływającej mieszanki mnie piecze. Szlag by to jasny trafił.
    Widząc Elę jak taszczy te przeklęte ogórki przez moment miałem wrażenie, że zaraz wyrwę je jej i zjem. Zaczynałem myśleć jak zwierzę. Dzikie zwierzę. Boże dlaczego?
    "Wytrzymaj. Musisz. Wytrzymać." - Szeptał mi jakiś głosik z tyłu głowy. Ciężko mi iść, czułem się tak jakbym miał nogi z betonu. Ledwo już nimi przebierałem. Gorąco. Cholernie gorąco. Ciemno. Ciemno przed oczami. Co się dzieje?
    Dlaczego ktoś tak krzyczy?
    Dlaczego upadłem?
    Dlaczego nie mogę się podnieść?
    Wygodnie... Piekielnie wygodnie mi na tej ziemi. I tak nic już nie czuję. A głosy są jakby takie dalekie. Takie inne. Czy to już? Czy to tak się ma skończyć?
    ***
    Leżałem gdzieś w jakiejś piwnicy. Było sucho. I pachniało kapuśniakiem. Czy tak jest w niebie? Jeżeli tak to ja tutaj zostaję. Boże dobry i jedyny... Ten kapuśniak pachnie tak realistycznie. Tak pięknie... Jak u mamy. Jak jeszcze przed wojną. Jak wtedy w Gdańsku. Powoli otworzyłem oczy. Nie, zdecydowanie to nie było niebo. W niebie raczej nie byłoby tego szkopskiego sukinsyna, którego jeszcze niedawno ratowałem. Ale przecież ja go zostawiłem w innym miejscu? Więc jak on tutaj mógł być?
    - W końcu się ocknąłeś. - Usłyszałem głos Dimy. - Stary myślałem, że ty już sobie z aniołkami będziesz popierdalał w tym swoim niebie. Przyniosłem też tutaj tego o. - Wskazał podbródkiem na Niemca. - Z jakiej paki ty go ratowałeś? Ela coś tam wspominała, ale wiesz jak to jest.
    - Co z Elą? - Zapytałem się.
    - W porządku. To ona ci, znaczy się wam sprowadziła pomoc. Ten tutaj już hejlował przed śmiercią, a ty... Ty to już w ogóle nic nie robiłeś. - Mówił z tym swoim rosyjskim akcentem. Później opowiedział mi jak to Ela przybiegła i powiedziała mu o mnie i o Anwardenie. I o tym jak go z płomieni wyciągnął. I ściągnął tutaj. I później jak mnie znalazł i przyciągnął tutaj. I o tym jak pani Makowska robiła kapuśniak. Z góry doleciało siarczyste "Kurwa mać!!!" i odgłos stłuczonego szkła.
    - Gdzie my tak właściwie jesteśmy? - Zapytałem się.
    - Tam gdzie szkopy jeszcze nie dolazły. - Usłyszałem w odpowiedzi. - Idę pomóc w kuchni. Nie pozabijajcie się. Chociaż w waszym stanie będzie to trudne do zrealizowania. - Stwierdził Rusek i wyszedł.

    OdpowiedzUsuń

Tu warto kliknąć!

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics