niedziela, 29 listopada 2015

Mieszkam w Terrorystanie



Curt Kehl || 31 października 1917 rok || Dortmund || 
Ojciec w Wehrmachcie, to i on także  || stopień: Unterfeldweber ||
Blond włosy i niebieskie oczy || 1,85 wzrostu || 
żona Magda- Polka z niemieckimi papierami, która działa w polskim ruchu oporu || kilkumiesięczna córka Maria || 
Agent 


POWIĄZANIA

Pamiętaj mój synu, wojna to zło to obusieczny miecz. Tu nie ma wygranych. Tu są sami przegrani. Od małego słyszał te słowa od ojca. Ojciec brał udział w I Wojnie Światowej. Widział dużo, przeżył jeszcze wiele. A kiedy w 1918 roku podpisywano dokumenty w Wersalu pan Kehl miał nadzieję, że więcej tego piekła nie będzie musiał przeżywać. Podjął pracę jako jeden z działaczy raczkującego dopiero klubu piłkarskiego- Borussii Dortmund. 
Maly Curt od razu załapał bakcyla na piłkę nożną. Zdarzało się nawet, że więcej czasu spędzał z kolegami na boisku niż w szkole. Ale rodzice nie mieli mu tego jakoś za złe, tym bardziej, że ten czuł się szczęśliwy.  
Ojciec Curta od zawsze był podejrzliwy. Był też taki, kiedy Hitler dochodził do władzy. Wietrzył w tym jakiś podstęp. Kiedy większość Niemców była oczarowana nowym przywódcą, on uważał, że skoro zagarnął tak wiele, to będzie chciał jeszcze więcej. 
A później zaczął się reżim. 
W klubie podjęto działalność antynazistowską. Sporo osób zostało za to zabitych. Klub zamknięto, a wręcz niemalże zdemolowano. Curt i jego ojciec jakimś cudem uniknęli śmierci. Może dlatego, że wystarczyły odpowiednie papiery. Obu wcielono do Wehrmachtu. To co robili "koledzy po fachu" nie przypadło do gustu Curtowi. Przeniesiono go do Warszawy. Dzięki znajomości z piłkarzami z BVB o polskich korzeniach liznął co nieco języka wschodnich sąsiadów. 
Nie miał serca by zabijać. Nadal tego nie robi. Działa na dwa fronty. Pomaga Polakom i Żydom. Z resztą komu tylko się da. Czasami przemyci jakieś informacje aliantom. Czasami rzeczy dla potrzebujących. Wodzi za nos swojego przełożonego, który widzi w młodym Kehlu "prawdziwego Niemca". Dobrze gra swoją rolę. 


[Karta napisana z małą pomocą siostry. Na zdjęciu Bastian Schweinsteiger (tak, wiem, że w Bayernie gra, a w karcie Dortmund jest. Ale wizerunek mi wydawał się odpowiedni. Częściowa historia klubu jest oparta na faktach. Karta jest krótka, wolę rozbudowywać swoją postać poprzez wątki, na które wyrażam wszelkie chęci. Cytat tytułowy "Terrorystan" Farben Lehre. Kontakt: keepthefaithjj@gmail.com]

68 komentarzy:

  1. (Jakiś wątek z Alexandrem hrabią Schenk? Może sportowiec znałby skądś eleganta, może widywałby Curta na meczach i w trakcie wojny działaliby dla konspiracji? Coś? Cokolwiek? :3)

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  2. (Jeszcze raz przepraszam, że nie dodałyśmy Twojej karty od razu po tym, jak ją umieściłaś - blogger jakimś cudem Cię ciągle wywalał. ;-; Może na przeprosiny przyjmiesz wątek? Mam tu na myśli coś pięknego - na przykład zamordowano wspólnego znajomego Curta i Weroniki. Wówczas pułkownik von Hoffmann organizuje przyjęcie, na które zaprasza osoby potencjalnie zamieszane w sprawę, w tym nasze postacie... )

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  3. [Tak, dobrze zrozumiałaś :), chociaż z niego to taki ciężki przypadek, który chce przeżyć w nie ważne jaki sposób. I woli być ubezpieczony na ewentualny wynik wojny. Wygrają Polacy, ma jakieś tam potwierdzenie że im pomagał, to samo z Niemcami. A wątek...coś można zrobić. Może jakiś "uprzejmy" donosik na kogoś z plutonu Curta i Martin chcę zbadać tę sprawę a Curt obawia się że Abwehra wie coś o nim...tu by zaczęła się improwizacja :D. Chyba że masz jakiś inny pomysł?]

    OdpowiedzUsuń
  4. Siedziałem w szoferce Opla i wraz z szóstką innych żołnierzy jechałem do pobliskich koszar, bynajmniej nie na ćwiczenia. Nie cierpię tego, kiedy gestapo zwala na mnie całą robotę, bo przecież nie zajmuję się niczym produktywnym to mogę poszukać "szpiega" z jakiegoś tam plutonu. Super, nie dość że jestem na wspomagaczu w postaci Pervitinu to jeszcze mam sprawdzać zapewne wymyślony donos. No nareszcie, jesteśmy na miejscu. Wysiadłem jako pierwszy. Przede mną w równym szeregu ustawiła się moja drużyna i mój pies, który chyba na stałe zapisał się w mojej karierze wojskowej.
    - Glass i Braun przyprowadzić cały pluton Kehla i jego samego. Macie psa do pomocy. Schultz i Lübow przeszukacie ich kwatery, macie zajrzeć w każde miejsce, wywrócić wszystko do góry nogami! Engel i Fischer sprawdzić na szybko akta i wytypować podejrzanych! Schnell!- w ich kierunku poleciało jeszcze kilka epitetów nie nadających się do zapisu. Przyprowadzili cały pluton wraz z dowódcą. Stanąłem przed nimi zacząłem krótki wykład.
    - W waszym plutonie jest szpieg.- zacząłem z pełną powagą, zauważyłem że plutonowy lekko się wzdrygnął.- Muszę uprzedzić że nie jestem najdelikatniejszy, a zależałoby mi żeby to wszystko szybko skończyć. Radzę nie przeszkadzać i czekać na wezwanie do przesłuchania. Na początek: Unteroffizier Curt Kehl.
    Zaprowadziłem delikwenta do gabinetu jakiegoś oficera.
    - Zacznijmy może od oczywistej sprawy. Za szpiegostwo w najlepszym przypadku można trafić na front wschodni, zasilając szeregi karnej kompani. Można też zawisnąć na pobliskiej gałęzi. To samo tyczy się bratania z wrogiem. Czy może pan ręczyć za swoich ludzi?- uśmiechnąłem się cynicznie, patrząc się wprost na plutonowego

    OdpowiedzUsuń
  5. Zamieszanie w kwaterach Abwehry jest oczywiste - w końcu nie co dzień pułkownik Hoffmann wraz z majorem Kehlem (czy jaki on tam miał stopień) przychodzi z wizytą. Problem polega na tym, że Hoffmann nawalił się dość szybko i obecnie śpi w jednym z mniejszych gabinetów, a do Curta mam ważną sprawę. Nie chcąc ryzykować, posyłam po niego sekretarkę. O ile się orientuję, ten plutonowy czy tam major siedzi akurat z wizytą u jednego z naszych. To dobrze.
    Gdy sekretarka wykonuje swoje zadanie i Kehl przychodzi do mnie, zaczynam od razu:
    -Guten Tag, Kehl. Słuchaj uważnie, bo nie mam czasu na głupie wyjaśnienia czy inne bzdury. Jeśli masz żonę zamieszaną w polski ruch oporu, natychmiast wyślij ją na wieś. Ktoś widział ją, jak brała udział w wysadzaniu tego cholernego pociągu pod miastem - wręczam mu szybko dość dokładną dokumentację. Trzęsą mi się ręce, więc próbuję to jakoś ukryć, wlewając mu trochę rumu do szklanki. Mam nadzieję, że nie zmarnowałem całego płynu.
    -Moje siostry poświadczą, że była u nich i uczyła je geografii, ale to ostatni raz, kiedy mogę ci pomóc w taki sposób. Następnym razem mogę już siedzieć za stołem jako kat, rozumiesz?
    Mam dziwnie ostry szept; krzywię się, słysząc własny głos. Od kiedy zrobiłem się takim sukinsynem? Chyba od ubiegłego miesiąca, kiedy musiałem wziąć udział w pogrzebie Inge Nielsen. Wzdycham ciężko. Chrapanie Hoffmana słychać aż tu, w tym gabinecie.

    (Postanowiłem zacząć, wybacz ten przypływ weny bez porozumienia, ale pomysł chyba jest za dobry, żeby go porzucić :3)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nikt nie spodziewał się, że drobny,żółtawy druczek w liście przyniesie tyle zamieszania.
    Biała koperta, zapisana starannym pismem z wyraźnie kłującymi w oczy umlautami i innymi charakterystycznymi znakami niemieckiego alfabetu, dotarła do czterech domów. Do Kehlów, idealnych małżonków rasy aryjskiej, do wytwornej posiadłości hrabiów Schenk-Stauffenberg i wreszcie do mieszkania wynajętego przez niejaką Katharine von Rossberg, sekretarkę tychże hrabiów. Zawierała ona jednobrzmiący list:
    Pułkownik Hoffmann ma zaszczyt zaprosić Panią/Pana do swojego domu przy Hergshofstrasse na obiad z okazji zaręczyn jego córki z generałem Weischem. Prosi również o potwierdzenie obecności Pani/Pana (tu następowało nazwisko zaproszonej osoby) poprzez kontakt telefoniczny".
    Nie widząc innego wyboru, Weronika zadzwoniła i potwierdziła swoją obecność. Nie, żeby nie mogła postąpić inaczej; zaznaczyła jednak, iż towarzyszyć jej będzie mąż, Obersturmbannfuhrer Heinz von Rossberg. W rolę Heinza, jakżeż by inaczej, musiał się wcielić Simon - gdyby poprosiła o tę przysługę Michała, byłoby to podejrzane, Matthias Anwarden...hm, nie był najwłaściwszą osobą, a Strzelca i Stracha wysłano do Rosji jako agentów. Brunet nie był specjalnie zachwycony pomysłami małżonki, ale zgodzić się musiał. Dlatego pewnego grudniowego popołudnia zapukał do domu Kehlów, licząc na to, że Kurta akurat nie będzie, bądź - co byłoby jeszcze szczęśliwszym trafem - otworzy mu jedynie Magda. Ciężki tupot podkutych butów plutonowego uprzytomnił mu, że jednak nie ma co o tym myśleć. Westchnął, wypuszczając z ust pokaźny kłąb pary.
    -Bonjour Curt! Możesz mi otworzyć? -zawołał, starając się zachowywać całkowitą normalność (albo chociaż jej pozory).

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  7. Alexander siedział samotnie w gabinecie; technicznie rzecz biorąc, powinien czytać esej o Homerze i jego poematach, lecz w rzeczywistości przeglądał stare, przedwojenne zdjęcia oraz wycinki z gazet. Nie było tego znowu tak wiele, biorąc pod uwagę fakt, że sporo z tych materiałów spalono lub ukryto. Jego uwagę przykuła znajoma twarz na okładce "Sport Gazette". Uśmiechnął się lekko; nasunęło mu się wspomnienie pewnej sytuacji...
    Dortmund, 1929 rok
    Westfalenstadion

    Kibice siadali na trybunach, czekając na rozpoczęcie meczu. Poważni bukmacherzy przyjmowali już zakłady co do wyniku meczu z Hannoverem. Dwaj hrabiowie Schenk w towarzystwie przyjaciół wkroczyli na trybuny; o ile Claus stawiał na wygraną Dortmundu, o tyle Alexandra nie interesował za bardzo wynik. Zszedł nieco niżej, chcąc odnaleźć swojego dobrego kolegę. Na widok znajomej postaci twarz młodego człowieka rozjaśniła się.
    -Halo, Curt!-zawołał, unosząc rękę w geście powitania.

    OdpowiedzUsuń
  8. - Przepraszam nie przedstawiłem się. Hauptmann Martin Rommel.- powiedziałem patrząc na chwilę w papiery.- Nienaganny przebieg służby...Aryjczyk... nie ma zastrzeżeń do pana jako żołnierza. Ale ja niestety mam taki okropny nawyk, że patrzę też kilka lat wstecz.- prawy kącik ust mi lekko drgnął- W moim zawodzie jakże przydatny. Otóż mieszkał pan w Dortmundzie i był pan zawodnikiem klubu Borussia Dortmund. O ile się nie mylę wasz prezes klubowy nie jest przychylny władzy. Działalność antynazistowska kwitła.-podsumowałem.- Jeśli dobrze pamiętam w klubie grało też wielu Polaków.- kilku z nich udało mi się poznać po jednym meczu jaki zagrali z moim klubem.- A to nie stawia pana w najlepszym świetle. Nie uwierzę w to, że pan nic nie wiedział o tej działalności.
    Postukałem przez chwilę palcami w blat biurka. Całkiem nieźle mi idzie udawanie dupka z Abwehry, cynicznego, zimnego, wyrachowanego. Graj dalej... udawaj.
    - Dobrze przejdę od razu do konkretów. Z ciekawości przejrzałem sobie akta pańskie jak i pana żołnierzy. Nie wątpię w to, że są świetnie przeszkoleni. Ale szpieg też jest dobrze przeszkolony, prawda? Ale wstępnie wybrałem kilku, którym zamierzam poświęcić więcej uwagi.- uśmiechnąłem się przebiegle. Nie zdziwię się jeśli mój uśmieszek "powiedział" mu, że też jest na liście.- I zastanawia mnie też jedno. Czy pan tak dobrze zna polski, czy pańska żona niemiecki? A wasza córeczka to będzie mówić po polsku czy niemiecku?- uśmiechnąłem się nikle- O tym wiemy my dwaj. Tylko uprzedzam, że jeśli "coś" mi się stanie to odpowiednie raporty dotrą do Berlina.- mały szantażyk nie zaszkodzi.- Z kim pan współpracuje? Z Rosjanami?
    Chciałem mieć to za sobą. Nie tylko na jego temat wiedziałem więcej. To taki inny sposób, należy zszokować i zaszantażować. I tak znając życie zamiotę to pod dywan i powiem, że donos był fałszywy.

    [Cieszę się że żyjesz :). Może Curt też by znał jakiś szczegół z życia kapitana i postanowił wykorzystać to przeciwko Martinowi? Taki podwójny szantaż czy coś w tym stylu :D]

    OdpowiedzUsuń
  9. - Jak miałbym się inaczej nazywać? Stalin? Churchill? A może Roosevelt?- zapytałem. Ciekaw byłem ile o mnie wie. Inaczej sprawdza się kogoś kto też wie coś o tobie. Lekko się uśmiechnąłem, dobra mina do złej gry. Przyszedłem tutaj będąc górą i też taki muszę wyjść. Choćbym miał stanąć na rzęsach. Mimo, że wiem kto jest szpiegiem, chcę pobawić się ze zwierzyną.
    - Co do pana pochodzenia nie przyczepiam się. Jednak, kiedy spotkałem przez przypadek pańską żonę na ulicy całkiem dobrze szeleściła po polsku.- wyciągnąłem czarno-białe zdjęcie, na którym była doskonale widoczna twarz żony Kehla.- Żeby nie było, że kłamię. Jej rozmówcą jest Polak, który po niemiecku to raczej nie mówi, bynajmniej dwa dni temu nic nie mówił, sytuacja mogła się zmienić ale wątpię.- cyniczny uśmieszek.- Dobrze się pan czuje? Jakiś pan blady.- jeśli pęknie, natychmiast powiadomię naszego przełożonego w AK. Jeśli wytrzyma to będzie to całkiem dobry znak, przesłucham jeszcze dwóch czy tam trzech i powiem, że donos fałszywy. A jak nie to niech się kurwa Gestapo martwi.
    - I to nie była jednorazowa sytuacja.- pokazałem mu jeszcze dwa zdjęcia.- W swojej kolekcji mam też zdjęcie całej waszej rodzinki. Zastanawiam się co się z wami stanie, kiedy... te zdjęcia wyciekną dalej. Ciężko byłoby się z tego wytłumaczyć, prawda?- było to pytanie retoryczne. I w każdym wymiarze zbędne. Zastanawiam się w którym momencie rozmowy leżałbym już martwy. Nie pozostawało mi teraz nic innego jak po raz kolejny uśmiechnąć się cynicznie. Ciekawe czy z następnym rozdaniem przyjdzie wiadro zimnej wody, czy jednak słodycz zwycięstwa?

    OdpowiedzUsuń
  10. Dziecko? Czy on powiedział DZIECKO? Nie...to nie możliwe. Przez dłuższy moment zbierałem myśli. Dlaczego nic nie wiedziałem? Wstałem z krzesła i wyszedłem przed plac, na którym stał nadal jego pluton.
    - Engel!- przywołałem jednego z moich żołnierzy.- Na dzisiaj kończymy. Tych, których nie przesłuchaliśmy mają się jutro zgłosić do nas o ósmej. Ty i Fischer ich przesłuchacie, a i niech jutro zgłosi się też Kehl...o dziesiątej.- przekazałem
    - Ale herr hauptmann...
    - Żadnych ale. Przekazać reszcie.- warknąłem
    W drodze powrotnej nie potrafiłem się skupić na niczym konkretnym. Jak się dowiedział? A może to tylko blef? Tak to na sto procent tylko blef... A co jeśli to nie blef?
    W biurze załatwiłem niezbędne rzeczy i poprzez skrzynkę kontaktową poprosiłem o przekazanie sobie i Kehlowi odpowiedniego hasła. Wiedziałem że jest w konspiracji. Hasło i odzew będę znać tylko ja i on. Więc nie powinno być żadnych niedomówień. Coś czuję że dzisiejszy wieczór będzie bardzo polski.
    ****
    Boże ale mnie głowa boli... To nie był najlepszy pomysł z taką ilością wódki. Dobrze że nie wypiłem do końca tej drugiej flaszki. No ładnie...dziewiąta. W miarę możliwości szybko się ubrałem i ogarnąłem. Zimny prysznic częściowo mi pomógł, jednak nadal stanowiłem konkurencję dla wozu pelengacyjnego, mam wrażenie, że byłbym w stanie usłyszeć sygnał radiowy. Na całe szczęście przekazali mi to hasło i odzew. Pominę fakt, że do roboty poszedł ze mną pies, dzięki temu wszyscy wiedzą, że miałem za sobą ciężki wieczór.
    - Katrin przyniosłabyś mi kawę? Najmocniejszą z możliwych, czarną, bez żadnego cukru, mleka czy innych dodatków.
    - Oczywiście panie kapitanie.- odpowiedziała w miarę możliwości najciszej.
    Za pięć dziesiąta. Kehl za kilka minut powinien być. W międzyczasie przyniesiono mi kawę. Chociaż tyle dobrego. Zaraz rozległo się pukanie.
    - Wejść.- powiedziałem. Jak dobrze, że ta kawa coś pomogła. Bynajmniej już umysł wracał na normalne tory.
    - Proszę usiąść panie Kehl.- wskazałem krzesło po drugiej stronie mojego biurka. Wypytałem go o kilku żołnierzy z jego oddziału, o jakieś inne pierdoły związane z plutonem.
    - Ładna pogoda w zeszłym roku o tej porze padał deszcz.- to było umówione hasło. Ciekawe czy odpowie? Czy może jednak nie będzie ryzykował i pozostanie nieufny?

    [Odpowiedź do hasła jest chyba oczywista:D. Przepraszam ale to hasło ze "Stawki" wydawało mi się odpowiednie.]

    OdpowiedzUsuń
  11. - Ja też wiedziałem kim jesteś.- przyznałem.- Szczerze przepraszam, za zaistniałą sytuację. Gestapo dostało uprzejmy donos o szpiegu w twoim plutonie, jako że są to lenie, kazali mi to sprawdzić. Dowiedziała się o tym osoba z naszego kręgu i przy okazji miałem sprawdzić czy twoje nerwy wytrzymają. Zdjęcia zostały specjalne spreparowane i takie tam. A wiesz wolałem nie odmawiać bo jakby ktoś inny się zabrał za tą sprawę, to za ciekawie by nie było. Takiego Reimanna by przysłali, a uwierz mi spotkania z nim nie należą do miłych.- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Gdzie moje maniery? Napijesz się czegoś? Kawy? Herbaty? Wody?
    Postukałem palcami w blat biurka, spojrzałem na psa, który leżał sobie spokojnie obok mnie, w taki sposób, że z drugiej strony biurka nie było go widać. Więc Kehl teoretycznie nie wiedział nic o jego obecności.
    - Odpowiedz mi szczerze, bo zależy mi tylko na takiej odpowiedzi. Wiem to, że moja niedoszła żona mieszka sobie spokojnie w Londynie od prawie trzech lat. Czy z tym dzieckiem i jej zdrowiem to żartowałeś? Bo jeśli tak to żart był bardzo kiepski. I ile tak właściwie wiesz o mnie?- było to kilka pytań, na które bardzo chciałem znać odpowiedź. Już wolałem nie wiedzieć skąd ma takie informacje, bo wystarczyło popytać odpowiednich ludzi z oficerskiego otoczenia. Każdy coś o mnie tam wiedział, ale były to strzępy informacji. Jednak ułożone w spójną i logiczną całość tworzyły mieszankę wybuchową.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wstałem i z barku stojącego nieopodal wyciągnąłem butelkę z jakimś sokiem. Nalałem Kehlowi pół szklanki. Pies na dźwięk kładzionej szklanki na blat biurka wstał i rozejrzał się po moim gabinecie. Widząc plutonowego natychmiast znalazł się przy nim i nie spuszczał z niego wzroku.
    - Vis, waruj.- powiedziałem po polsku i palcem wskazałem podłogę. Posłusznie wykonał komendę.
    - Więc mówisz o zapaleniu płuc.- mruknąłem bardziej do siebie niż do niego.- Nic nie wiedziałem o jej stanie i o dziecku.- było to zbędne stwierdzenie, ale jakoś pozwoliło mi zyskać na czasie.- Dziwi mnie jedna rzecz, pisałem do niej kilka razy, a ona nigdy do mnie nie odpisała. Powiem więcej, ona zniknęła tak nagle z mojego życia. Już nie wiem co mam na ten temat sądzić. Jak dzieciak może za mną tęsknić? Nigdy mnie nie widział, chyba że na fotografii. Ale jak można tęsknić za facetem ze zdjęcia?- zapytałem ni to siebie ni to jego.
    - I spokojnie, nie będę groził twojej rodzinie.- powiedziałem całkiem poważnie.- A poza tym jeśli mój szwagier jeszcze czymś ciebie wnerwi to masz moje błogosławieństwo, żeby sklepać mu twarz i prosiłbym o jakąś informację, że taka sytuacja zaistniała, wtedy jeszcze ode mnie dostanie po tej głupiej mordzie.- uśmiechnąłem się lekko.- I jeśli chodzi o Reimanna to w miarę możliwości, jeśli nie będzie ci już potrzebny do szczęścia to nie wysyłaj go do więzienia...mam z nim pewne rachunki do wyrównania.- mimowolnie spojrzałem na psa. Leżał i ani na moment nie spuszczał wzroku z Kehla. Nagle wstał i usiadł przy plutonowym.
    - Jeśli chcesz możesz go pogłaskać. Nie ugryzie, pod tym względem jest niegroźny.- powiedziałem patrząc na czarno-brązowego owczarka niemieckiego.- A tak właściwie to od jak dawna twoja Magda koresponduje z Celiną?- zapytałem. Wolałem nie wiedzieć co tam o mnie pisała. Mimo, że ciekawość pod tym względem zżerała mnie od środka, to jednak wolałem nie pytać o takie rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  13. - Jeśli chodzi o Reimanna to chciałem rozciągnąć to trochę w czasie.-mruknąłem - O ile nie przedawkuje morfiny to będzie pięknie. Tak go przeciągnę, że własna rodzina go nie pozna.- przez chwilę zastanawiałem się czy ma jakąś rodzinę. Ale cóż, na nim chcę się odegrać.- Odnośnie mojego szwagra to raczej nie wejdzie ci w paradę, ale to jest idiota większy ode mnie, więc nic nie obiecuję.- upiłem łyk już zimnej kawy. Nie znoszę kawy ale na kaca jest dobra, bynajmniej mi pomaga.
    - Kiedyś byłem w Dortmundzie. W trzydziestym roku. Raz mój klub grał mecz z twoim klubem i muszę przyznać, że fajnie się na waszym stadionie grało.- lekko się uśmiechnąłem- O ile się nie mylę był to towarzyski mecz zakończony remisem 1:1, tylko nie pamiętam kto z twojej drużyny strzelił gola.- powiedziałem. Lekko zmrużyłem oczy kiedy słońce wyłoniło się zza chmury i poraziło mnie po oczach.
    - Dziękuję, że zechciałeś przyjść. W sumie to nie miałeś innego wyboru. Przepraszam ale obowiązki mnie wzywają i akta znanej nam sprawy.- tu mrugnąłem porozumiewawczo.- Aha i jeśli możesz to przekaż jednemu z żołnierzy z twojego plutonu, o ile się nie mylę ma na imię Cesare. Coś się musi święcić skoro jego akta są na Gestapo. Znajomy mi to przekazał, i niech uważa na Hauptsturmführera Wilhelma Kleista, nie radziłbym interweniować od razu u przełożonego czy coś. Kleist to wyjątkowa świnia. Chociaż zrobisz co będziesz uważał.- powiedziałem

    OdpowiedzUsuń
  14. Musiało upłynąć trochę czasu zanim zdecydowałem się odwiedzić Curta. Jakoś musiałem sobie to wszystko w głowie poukładać, ta cała sytuacja nie dawała mi spokoju, a jeszcze to zabójstwo niemieckiego urzędnika, "Szybki" wykonał robotę koncertowo. Nałożyłem jeszcze tylko opatrunek za rozcięty łuk brwiowy nim wyszedłem.
    ****
    W jednostce go nie ma. Dobrze że mi adres podali. I szczęście w nieszczęściu że to całkiem blisko mojego mieszkania. Zapukałem w drzwi. Otworzyła mi żona Curta.
    - Dzień dobry, nazywam się Martin Rommel.- powiedziałem i lekko skinąłem głową w geście przywitania- Czy zastałem Curta? Mam ważną sprawę do niego.- wyjaśniłem
    - Oczywiście mąż jest w salonie. Zapraszam.- odpowiedziała i gestem zaprosiła do środka. Zdjąłem płaszcz i powiesiłem go obok drugiego wojskowego płaszcza należącego do plutonowego. Tam też położyłem czapkę.
    - Witaj Curt. Przepraszam, że przeszkadzam ale przygnały mnie ważne sprawy.- powiedziałem na wstępie. Nigdy nie lubiłem owijać w bawełnę. Odkąd pamiętam mówiłem prosto z mostu.- Pierwsza i najważniejsza sprawa to kwestia łapanek, chciałbym poznać ich przybliżone terminy. Planuję pewną akcję i nie chciałbym żeby nasi ludzie wchodzili sobie w paradę. I potrzebuję przepustki nocnej. Z tego co wiem, kilka ma w swoim biurku pułkownik Hoffmann. Potrzebuję ich do pewnej operacji, nie do końca legalnej.- mrugnąłem porozumiewawczo.- Dałbyś radę? Wystarczy jeden taki blankiet.- lekko się uśmiechnąłem. Resztę potrzebnych dokumentów dorobi mi "Cerber", mam nadzieję, że nie zabije mnie z tego powodu.

    OdpowiedzUsuń
  15. Notowałem w pamięci kilka najbliższych łapanek. Osobiście uważam, że takie łapanki tylko zaogniają konflikt.
    - Akcja?- powtórzyłem jak echo.- Powiedzmy, że muszę zasłonić się tajemnicą wojskową.- mruknąłem. Ostatni raz spojrzałem na terminarz. Akcje podziemia będzie trzeba lepiej zaplanować, i będę mógł ostrzec moich co do przyszłych wydarzeń.
    - Słyszałeś o zabójstwie tego urzędnika? Jak mu tam było... Hirisch? Chyba tak. Ludwik Hirisch. Paskudna sprawa.- mruknąłem.- Kończę raport w sprawie twojego plutonu.- powiedziałem odkładając terminarz na stół.
    - Masz ładne dziecko. Bardzo podobne do ciebie.- uśmiechnąłem się pod nosem.- Ja do ojca nie jestem podobny.- stwierdziłem- Chociaż kilka osób twierdzi inaczej.
    - Mam taką cichą nadzieję, że nasze dzieci nie będą musiały chwytać za broń. Byłaby to porażka ludzkości. W sumie to ta wojna też jest porażką, która będzie się ciągnąć przez następne dziesięciolecia.- westchnąłem. Nigdy nie wiem na ile mogę sobie pozwolić. Z jednej strony chcę przeżyć wojnę, z drugiej strony sam sobie ukręcam sznur na szyi. Bez opamiętania pakuje się w kłopoty, paplam za dużo (ale to chyba nawyk dziennikarza) i chyba powinienem ograniczyć picie.
    - A jak z twoimi ludźmi? Jak z Cesarem? Kleist już go wziął w obroty, czy jeszcze nie?- zapytałem z czystej ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  16. - Spokojnie do tego nie dojdzie.- powiedziałem uspokajająco.- A tego urzędnika prawdopodobnie kropnęli Polacy. W biały dzień, jeśli wierzyć świadkom z pobliskiej kawiarni "Nur für Deutsche" to likwidator pojawił się znikąd i natychmiast zniknął. Ale wątpię, że to tak wyglądało. Ludzie w szoku mówią różne rzeczy.- opowiedziałem. Nie było sensu się chwalić, że wyrok wykonał "Szybki". Ryzyko dla mnie i dla niego.- Kripo i Gestapo stają na rzęsach. Generalnie straszny zapierdziel z tą sprawą, byli nawet w Abwehrze po jakieś akta.- cicho westchnąłem. W sumie to raczej nie wyjawiam żadnych tajemnic, bo przecież dowiedziałby się o tym wcześniej czy później. A ja sam za wiele nie wiem, więc co miałbym więcej dodać?
    - Nie wiedziałem o tym, że Kleist jest w areszcie. O co poszło?- zapytałem. W sumie to lepiej, że jest teraz w areszcie, w pewnym sensie jest mi to na rękę.- A tak właściwie to jaki jest von Hoffmann dla ciebie? Pytam z ciekawości bo ja też przez pewien okres wojny byłem pod rozkazami swojego wuja. Krótko bo krótko ale jednak.- przez chwilę zastanawiałem się co by się działo gdyby ojciec był w Wehrmachcie? Jednak odgoniłem szybko tą myśl.- Zastanawiałeś się co będziesz robił po wojnie?- zapytałem znienacka.

    OdpowiedzUsuń
  17. - Nie wiem o co konkretnie poszło z tym urzędnikiem. Jedni mówią, że łapówki, jedni że tylko Polacy zachcieli sobie postrzelać do Niemca. A tam.- machnąłem lekceważąco ręką- Szkoda słów i języka.
    - Rozumiem.- powiedziałem odnośnie całej nowiny z Kleistem i von Hoffmannem.- Mój wuj to traktował mnie dobrze. Fakt wymagał więcej, ale przymykał oko na moje "odchyły" od normy. Z jednej strony pobłażliwy z drugiej jednak surowy. Powiedzmy, że mam do niego większy szacunek niż do ojca.- wolałem nie mówić więcej o swoim "ojcu", o ile mogłem go tak nazwać. Z tego co wiem to chyba nadal nie potrafi tego przeboleć że żyję. Chociaż stan rzeczy może być zupełnie inny.
    - Dobrze, nie zawracam ci głowy. Muszę jeszcze pozałatwiać kilka spraw, jeśli będziesz potrzebował czegokolwiek to mów prosto z mostu.- powiedziałem.- Aha, czy te przepustki to mógłbyś mi przekazać jak najszybciej?- zapytałem patrząc na niego.- Nie jest to sprawa nagląca, ale jednak w pewnym sensie czasochłonna. W razie gdyby coś to będę u siebie w biurze albo w mieszkaniu. Do zobaczenia.
    Założyłem na siebie płaszcz i wyszedłem. W drodze na ulicę minąłem jeszcze jakiegoś majora. Zasalutowałem według przepisów i udałem się na miasto, załatwić kilka ważnych spraw.

    OdpowiedzUsuń
  18. Czy to nie za duże ryzyko? Simon ze swoim wyglądem mógł jako tako odegrać odpowiednią rolę, ale za dużo osób znało Weronikę i Kehla. Gdyby doszło do wsypy, musiałby ryzykować zbyt wiele. Wszedł do środka. Ładne wnętrze, choć urządzone dość skromnie - nic dziwnego, prosty plutonowy nie mógł mieć wanny ze złota...
    -C'est ça, bardzo chętnie-westchnął z wyraźną rezygnacją. -Ale tylko herbaty, alkohole wypijemy na miejscu. Mamy 20 minut do wyjścia, wpadłem, żeby porozmawiać. Jak rozumiem, zabierasz ze sobą Magdę? Jestem tu jako Simon de Sevigny, ale na przyjęciu muszę udawać Heinza Rossberga...
    Skrzywił się z niechęcią. Nienawidził Niemców, jak chyba każdy Francuz i Polak. A on czuł się jednym i drugim.
    -Czy to nie za duże ryzyko? Nie podoba mi się to wszystko, za dużo osób zna ciebie i Weronikę.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Daj te bez podpisów. Nie chcę żebyś później miał kłopoty. Ty i twój wuj.- sprecyzowałem.- Jak ci się mogę odwdzięczyć?- zapytałem odbierając blankiety. W tych czasach nie ma nic za darmo, a też jakoś mi było głupio, tylko podziękować, chociaż na dzień dzisiejszy tylko to mi pozostało. Poczułem jak mi ręka zaczęła drżeć. Dlaczego teraz? Dlaczego akurat w tym momencie? Schowałem rękę pod stół i położyłem ją na kolanie.
    - A tak właściwie to jak u ciebie? Jak ze zdrowiem?- zapytałem z ciekawości.
    - Jakieś nowe wieści w sprawie naszego wspólnego znajomego z aresztu?- aluzja do Kleista. Jednak ciekawiło mnie co się z nim dzieje. Nie słyszałem żeby go rozstrzelali i raczej o froncie wschodnim nic nie wspominali.
    - Napijesz się czegoś? Oczywiście na mój koszt.- powiedziałem lekko się uśmiechając.

    OdpowiedzUsuń
  20. Zamówiłem dla siebie i Kehla piwo. Jakoś nie miałem ochoty na bardziej wyszukany trunek. Poczekałem aż młoda kelnerka przyniesie nam zamówienie.
    - Ja na szczęście nie mam takich problemów. To chyba jedna z zalet bycia kawalerem.- upiłem łyk piwa. Dobre, całkiem dobre.- No dobra niby jestem z Renate ale to jest luźny związek. Żadne z nas nie traktuje tego poważnie.- przyznałem. Sprawę rewelacji z Kleistem przemilczałem. Mimo wszystko wolałem sobie nie nabijać głowy zbędnymi informacjami. Chociaż kiedyś może mi się to przydać.
    - Brzmi ciekawie. Przekażę gdzie trzeba. Jednak myślę, że będzie ciężko, jakby na to nie patrzeć troszkę serca w pokaz fajerwerków trzeba włożyć.- chociaż z tego co wiem to może któryś z oddziałów Wachlarza miałby potrzebne rzeczy. Jeszcze tylko pozostawało mi się dowiedzieć jaką trasą jedzie.
    - Wiesz momentami to tęsknię za swoim dawnym życiem. Mimo, że robiłem to co obecnie. I wtedy w momencie wpadki to proces i szubienica, teraz to proces można by sobie darować.- lekko się uśmiechnąłem. Dlaczego ta cholerna ręka nadal mi tak drży? Czy na prawdę musiała mi to teraz robić?
    - Chyba to mnie kręci w tej robocie.- upiłem kolejny łyk piwa i przy okazji rozejrzałem się po kawiarni.- Ciągłe niebezpieczeństwo, adrenalina.- dokończyłem myśl.
    - A tak właściwe to na początku tego wszystkiego we wrześniu to gdzie służyłeś?- zapytałem.- I czy ty od początku tutaj w Warszawie jesteś, czy przenieśli ciebie z jakiegoś innego miasta?
    Chciałem się czegoś o nim dowiedzieć. Niby mogłem przeczytać jego akta i tak dalej, ale nie chciałem tego robić.
    - Trenowałeś kiedyś boks? Czy coś podobnego? Tak oprócz piłki nożnej.

    OdpowiedzUsuń
  21. -La petite Marie jest naprawdę urocza- zapewnił z uśmiechem Francuz, pochylając się dla poprawienia SS-mańskich butów. Wyprostował się, obrzucił spojrzeniem nieco oblazłe ściany. Zegar wskazywał, że należy już wyjść, aby zdążyć na bal.
    -Notre enfant, Sébastien, został u pani Anny. Nasi rodzice umarli, siostra Weroniki w obozie, a ja byłem...jedynakiem. Cóż, nasz mały pewno zaprzyjaźni się z Marie. Kto wie, może nawet powinniśmy kiedyś ustalić ich małżeństwo? - zachichotał, wyvhodząc. Na zewnątrz czekał na nich szofer Hoffmannów, Greischön. Zachowywał obojętny spokój. W samochodzie czekały już damy: spięta Weronika i aż zbyt promienna Magda. Simon usiadł obok żony, dla Kehla dostało się miejsce przy szoferze. Przynajmniej nie musieli narzekać na brak adrenaliny.

    OdpowiedzUsuń
  22. - Karate?- uniosłem brew.- Podziwiam. Ja trochę boksowałem, w sumie nadal to robię. Jeszcze trenowałem na początku lat trzydziestych Krav Magę, równocześnie z piłką nożną.- uśmiechnąłem się lekko.
    - Dortmund mówisz...- zamyśliłem się na krótką chwilę.- Ja to nie widzę dla siebie przyszłości w Polsce, o ile jeszcze będzie. Wyjadę może do Szwajcarii, może do Hiszpanii, ewentualnie do Ulm albo Stuttgartu. Zobaczę jak bardzo mapa Europy się zmieni.- spojrzałem na zegarek, godzina była jeszcze młoda ale jednak miałem kilka spraw do załatwienia.
    - Miło było ale mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, dlatego zmuszony jestem powiedzieć panu "do widzenia". W razie jakiś kłopotów to przyjdź i powiedz jaka jest sprawa.- pożegnałem się. Zapłaciłem jeszcze należność i wyszedłem z czystymi przepustkami. Moje nogi same prowadziły do lokalu "Cerbera". Coś tak czuję, że to będzie udana akcja.

    OdpowiedzUsuń
  23. Długo ma zamiar jeszcze robić z siebie idiotę? Trudno nie rozpoznać Magdy na tych zdjęciach, ma zbyt charakterystyczne rysy, niejaka Marlene von Stern również jest bardzo...rozpoznawalna. Prycham z irytacją, widząc tą jego grę. Ja jestem jeszcze pobłażliwy, ale Kriminalpolizei takie nie będzie. Nie będzie taki Lukas von Hoffmann, któremu ostatnio nie wiedzie się w kasynie dla oficerów. Gdyby tylko mógł utrzeć nosa jaśnie wielmożnemu panu Kehlowi, zrobiłby to z rozkoszą...i przy okazji zaiwaniłby mu żołd za trzy lata.
    -Nie rób z siebie idioty, Kehl-wzdycham, odpalając jakiegoś cudem ocalałego papierosa.-Dobrze wiesz, że to Marlene von Stern i Magda Kehl. Bajeczki o szatynkach pozostaw dla Kripo. Próbuję być miły i ci pomóc, ale następnym razem mogę już taki nie być, pamiętaj. Wuj Lukas też może taki nie być.
    Kiwam głową z uznaniem, rozglądając się po wnętrzu. No, jak to się mówi, darowanemu koniowi w zęby nie zaglądają. Po wojnie - jeżeli tego parszywa bolszewia nie zniszczy albo Polacy nie zajmą - będzie miał gdzie ulokować żonę i córkę. I tak wiem więcej, niż było potrzeba, powiedziałem nawet nieco za wiele. To jednak nie stanowi problemu w chwili, gdy wpływy Gestapo rosną. Rommel, Stauffenberg to dobre nazwiska, przydadzą się, ale jeśli chodzi o Wartenburga, kuzynek chce go sprzątnąć. Kehlowie to czyści Aryjczycy, co do nich nigdy nie było podejrzeń, więc warto grać z Curtem w otwarte karty. Przechodzę do rzeczy:
    - Jak powiedziałem, mają na nie sporo. Wiesz, że dokumenty lubią znikać, załatwiłem tym razem, żeby zniknęły i się przeniosły do kosza. Ale wiesz...Coś za coś. Nic nie jest za darmo, Kehl.

    OdpowiedzUsuń
  24. [Hej :) Miałam się odezwać zaraz po publikacji karty, ale jakoś tak wyszło, że zajrzałam do ciebie dopiero teraz. Pozwoliłam sobie wspomnieć w karcie, że Otto to podkomendny Curta - tak jak było na poprzedniej odsłonie. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? A tak poza tym, może napiszemy jakiś wątek? Miałabyś może ochotę kontynuować nasz poprzedni?]

    ~ Otto von Wartenburg

    OdpowiedzUsuń
  25. „Cerber” się idealnie spisał, podobnie jak „Krawiec” i „Szybki”. Wszyscy odwalili kawał dobrej roboty. Żadnych śladów po wczorajszej nocnej eskapadzie do najbliższego posterunku SS. Szybka egzekucja i zabranie sprzętu. Nikt nie przeżył z Niemców. Muszę podziękować jeszcze raz Kehlowi za te papiery co dostałem je trochę ponad tydzień temu.
    - Rommel masz się zjawić na tym miejscu co cały posterunek SS wybili. W sumie to prawie cały, jeden przeżył.- powiedział Wernitz
    - Dlaczego ja? Ty nie masz nic do roboty. Ja wręcz tonę w papierach i całej reszcie.- powiedziałem ze spokojem. Skoro jeden z tych gości przeżył, to czy rozpoznałby mnie? Jak bardzo będę miał przejebane?
    - Ja też tam mam być. Nasi przełożeni stwierdzili, że się nie zabijemy, więc…- powiedział strasznie koślawo.- Spokojnie. Zjawię się tam za kilka minut, muszę rozporządzić kilka rzeczy. A chcę abyś już tam zaczął działać więc pędź ku chwale.
    - Ku chwale, to ja się zaraz wywalę, jak mnie tak będziesz popychać do działania.- powiedziałem ze słyszalną ironią w głosie.
    ****
    Chcąc nie chcąc pojechałem pod ten cały posterunek. Zdziwiło mnie to, że na miejscu był prawie cały pluton Kehla. Co on tu do licha robił? Przecież…
    - Dzień dobry państwu.- powiedziałem do plutonowego i pułkownika Hoffmanna. Co ten alkoholik tutaj robił? No chyba ktoś sobie ze mnie jaja robił.
    - Ktoś byłby tak miły i wyrozumiały dla mojego, wolniej rozumującej głowy i wytłumaczył co tutaj robi prawie cały pluton Wehrmachtu? O ile się nie mylę to sprawa Abwehry i Gestapo. W sumie to bardziej Gestapo.- powiedziałem i spojrzałem co czynią żołnierze plutonowego. Spojrzałem na zegarek. Wernitz, powinien się zaraz zjawić.- A zresztą, proszę chwilę poczekać. Ma zjawić się jeszcze jeden oficer.- mam nikłą nadzieję, że Wernitz nie zabije się z Hoffmannem. A ja mam nadzieję, że Hoffmann mnie nie utłucze, albo postrzeli. Kiedyś niewiele brakowało, a odstrzeliłby mi ucho.

    OdpowiedzUsuń
  26. [Ja bym bardzo chętnie kontynuowała poprzedni :) Pamiętasz, na czym się skończyło? I czyja była kolej?]

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  27. Co proponuję? Wzruszam ramionami. Wyciągam z szuflady cygara i papierosy, dla siebie wyjmuję cienkiego skręta. Zapalam ostentacyjnie, nie próbując już nawet walczyć z tym całym nałogiem. Nie mam na to czasu.
    -Na początek proponuję skorzystać z "Juno Josetti" albo "Tigerów"-wzruszam ramionami obojętnie. Wypuszczam dym z ust, obojętnie przyglądając się zdjęciu i dokumentom. Jakbym miał obowiązek pracować dla tych głąbów z Wehrmachtu...No, ale trudno nie wykorzystac takiej okazji.
    -Marlene i Magda muszą zniknąć-mam twardy, nieustępliwy ton głosu. Jestem całkowicie świadom tego, co mówię. -A ty musisz zadbać, by ich nie szukali. Najlepiej zrób dywersję z Polakami, znasz się na tym i nie udawaj, że tak nie jest.
    Zanim zdążam cokolwiek dodać, do pokoju wkrada się przerażony szeregowy w za dużym mundurze. Wygląda na całkowitego smarkacza; mój siarczysty policzek skłania go natychmiast do mówienia, o co chodzi.
    -Bo...bo herr Hoffmann upił się i śpiewa-no, trudno tego nie słyszeć, pijany Lukas wyje tak, że słychać go pewnie nawet na ulicy, jak fałszywie i w dodatku nie do rymu śpiewa "Marschlied". Przykrywam twarz dłonią, czując niezmierne znużenie. Skaranie boskie z tymi alkoholikami...
    -Zabierz go, Kehl, to twój wujaszek, nie mój-chwała Bogu, że wuj i ciotka byli abstynentami całe życie, bo gdyby Alexander, Berthold i Claus też pili tyle...Czy ja też tak wyję, gdy jestem pijany? Wolę nie wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  28. - Cóż zdarza się panie pułkowniku.- nie trzeba było być znawcą aby usłyszeć w wypowiadanym stopniu mnóstwo ironii i sarkazmu.- Niektórzy są zdani tylko na siebie, nie mają zbyt wielu pomocników.- powiedział po czym spojrzał na całe pobojowisko.- Nigdy nie przypuszczałem, że to kiedykolwiek powiem, ale odwalili kawał dobrej roboty… dobrej w sensie dobrze zorganizowanej.- wyjaśnił
    - Tak… sam „Hubal” przyklasnąłby, gdyby mógł.- odezwałem się. W moim głosie pobrzmiała ledwo dostrzegalna nutka smutku, ale też i niejakiej dumy, którą można by łatwo wytłumaczyć, w końcu to ja rozbiłem oddział Dobrzańskiego. Jednak nie z tego się cieszyłem.
    - A może zapamiętał coś przydatnego? Może wspominał w jakim języku mówili? Albo, czy było w ich zachowaniu coś charakterystycznego? Przecież musieli się też jakoś do siebie zwracać… może mamy ich pseudonimy, w aktach…- począłem wymieniać. Byłem mimo wszystko opanowany, mogłoby się komuś wydawać, że nic nie jest w stanie mnie wyprowadzić z równowagi.- Osobiście sądzę, że jest sporo nieścisłości…jednak… sądzę, że nie powiedział nam całej prawdy.- powiedziałem.- Myślę, ze mógłby przebywać w tym pomieszczeniu, gdyby oczywiście miał dorobione klucze, co jest sprawą dosyć prostą. Mógł też wejść tam przy pomocy wytrychu..
    - Rommel. Nie przesadzasz?- przerwał mi Wernitz. Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się głupkowato w jego stronę.
    - Niet. Jednakże z największa przyjemnością sprawdziłbym wnętrze.- powiedziałem po czym poszedłem. Zobaczyłem jak podążają za mną niczym cienie. Pewnym krokiem wszedłem do istnego przedsionka piekła. Od razu uderzył mnie odór krwi i zwłok. Jednak wydawałem się być niewzruszony tym wszystkim. Przy ścianie leżało kilku żołnierzy, przeszedłem do niewielkiej stołówki, gdzie przy stołach było kilku kolejnych. Ze stołówki odbiłem w prawo, do sypialni. Na łóżkach leżało dwóch przeszytych seriami z MP40. W ścianach utkwiło wiele kul, można było idealnie odwzorować naszą trasę, poprzez podążanie za łuskami, albo za śladami na ścianach. Wszystko kończyło się przy pomieszczeniu opatrzonym numerem 177, miejsca ze sprzętem wojskowym. A właściwie miejsca świecącego pustkami.

    OdpowiedzUsuń
  29. [Dzięki! Przypomniałam sobie, ze szczegółami :) Piszę, co pamiętam, bo nie jestem pewna, o czym w wątku w końcu było wspomniane, a o czym jeszcze nie – a mam pomysł, co dalej.
    Więc tak:
    Otto trafił do celi, bo doniósł na niego Schafer, który chciał od niego wyłudzić pieniądze (ale mu się nie udało, m.in. dlatego, że Curt kapnął się, że Otto coś ukrywa i nie chciał mu wcześniej wypłacić żołdu i sam zaczął węszyć). Schafer powiedział na gestapo, że Otto miał zlikwidować dziewięciu Żydów, ale w meldunku przedstawił, że rozstrzelali ośmiu (czyli jednej osoby brakuje). Tyle, że w międzyczasie wyszło, że w Wehrmachcie jest szpieg. Gestapo przycisnęło Schafera, bo wyszło że to on szpieguje dla Związku Radzieckiego. I na tym byłby koniec, ale Schafer nie potwierdził części meldunków. Wyszło na to, że było dwóch szpiegów – radziecki i polski. Tropy prowadziły do otoczenia Otta i Curta – więc jak Curt pojawił się w sprawie Otta, to zgarnęli ich obu. Teraz Otto i Curt siedzą w jednej celi, Otto jest zmaltretowany po przesłuchaniach, Curt jeszcze nie. I faktycznie miało być kolejne przesłuchanie.
    I teraz mój pomysł:
    Gestapowcy nie mieliby żadnego haka na Curta, więc nie mogliby go przesłuchać po swojemu, wydobyć zeznań, nic. Jednocześnie jeden z nich by się zafiksował, że to Curt jest agentem i kropka. Więc przycisnęliby Otta, żeby poszedł na współpracę – oni „zapomną” o kwestii tamtego rozstrzelania, a Otto będzie im donosił, co i kiedy robi Kehl. W międzyczasie okaże się, że w celi obok tej zajmowanej przez Otto i Curta siedzi ktoś z AK, kogo zna Curt.
    Co ty na to?
    Póki co zaczynam, jeśli mój pomysł ci się nie podoba, możemy pójść w inną stronę. A’propos postaci drugoplanowych - tak sobie myślę, że mogłoby być fajnie, gdybyś pokierowała gestapowcami, a ja – tamtym AK-owcem z sąsiedniej celi.]

    W ciągu dwóch dni spędzonych w zimnej, wilgotnej celi zdążyłem przejść dwa brutalne przesłuchania i wszystkie stany psychiczne, począwszy od „ale o co wam chodzi?” przez „was wszystkich popieprzyło” po zupełną beznadzieję. Zaczynam tracić wiarę, że kiedykolwiek stąd wyjdę. Mam boleśnie połamany nos, rozciętą wargę, siniaki i puchnące krwiaki wszędzie, gdzie się da. Czuję się jak zszargany ochłap, jest mi wstyd, że mój dowódca, którego szanuję i w pewnym stopniu lubię, widzi mnie w takim stanie. Nie mogę pogodzić się z myślą, że choć przez całe (prawie całe…) życie służyłem swojej ojczyźnie, zrównano mnie do jednego poziomu z polskim ścierwem wokół.
    Kiedy korytarz wypełnia głuche dudnienie podkutych buciorów strażników, po karku przebiega mi mimowolny dreszcz. Wiem, co zaraz będzie. Pytanie tylko, czy ja, czy…
    - Odsunąć się od drzwi! Wartenburg, idziesz z nami.
    Przełykam ślinę i krokiem skazańca podchodzę do strażników. Nie złamiecie mnie, powtarzam sobie w duchu. Jestem niewinny. Nie złamiecie mnie.
    Pokój przesłuchań wita mnie ostrym światłem zapalonej lampy. Blask razi moje przywykłe do panującej w celi ciemności oczy. Strażnicy przykuwają mnie do niewygodnego, drewnianego krzesła. Wychodzą, zostawiając mnie sam na sam z prowadzącym moją sprawę gestapowcem. Nie pamiętam, jak ten drań się nazywa.
    ***
    Minęła dłuższa chwila. Kroki strażników wyprowadzających Wartenburga zdążyły ucichnąć. Z celi z lewej strony od tej, w której przebywał Curt, dało się słyszeć ciche szuranie. Ktoś podszedł do ściany.
    - Jesteś sam? – głos z pewnością należał do mężczyzny, prawdopodobnie w średnim wieku. Dobiegał z niewielkiej szpary w ścianie przy biegnącej w poprzek kilku cel rurze. Chwilę później w szparze pojawiła się zwinięta ciasno karteczka.
    Trzymaj się. Mnie też wsadzili, ale Magda jest bezpieczna. Ze mną siedzi „Smutny”, o reszcie nie wiedzą. Kim jest ten drugi? Można mu ufać? Rafał”.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  30. -Danke schön-oddycham z ulgą, gdy to przeraźliwe wycie wreszcie się kończy. Spoglądam z żalem na tom siódmy "Die Deutsche Encyklopedie". Mógł wziąć inną książkę niż ta, to pamiątkowe, rodzinne wydanie...Wzdycham ciężko.
    -Weź szofera na moje nazwisko czy coś i niech go odwiozą do domu, ja cię podrzucę albo weźmiesz rikszę w drodze powrotnej-proponuję, zapalając papierosa, a następnie lampę. Ciemnobrązowe ściany i meble prezentują się teraz korzystniej. Wypuszczam dym z ust, przyglądając się jego podobno aryjskiej twarzy. Jak dobrze, że pochodzi z Dortmundu, ma przynajmniej czyste konto, jeśli o to chodzi. Światło jest migotliwe, chwiejne jak statek pijany z wiersza Rimbauda. Miałem okazję go czytać, tak jak eseje Verlaine'a.
    -Wyślij je pociągiem wraz z małą zaraz jutro. Nie ma co ryzy...
    Nie zdążam dokończyć. Do środka wchodzi mój adiutant, informujący, że do miasta wrócił grüppenfuhrer Scherting-Heiler i szuka Kehla od godziny po wszystkich domach prywatnych i koszarach. Znając drażliwość tego człowieka i nawet zadowolony z sytuacji, wychodzę pod pozorem zmęczenia. Wracam do domu; drobna, rosyjska gospodyni podaje mi kawę i kolację.
    Zapadam w sen, starając się o niczym nie wiedzieć i nie myśleć.
    ***
    Trzy tygodnie później widzę się z Curtem ponownie. Prosiłem go o spotkanie w pilnej sprawie, nie mogę wiecznie czekać, a kawa w moim gabinecie przy Bahnhofstrasse stygnie. Gdy wchodzi, witam go z ożywieniem; nawet wstałem i uścisnąłem mu dłoń.
    -Jak Magda i Marlene?-pytam z ożywieniem. -Dortmund im służy? I...znasz może Wartenburga i Schafera? Co o nich wiesz?

    OdpowiedzUsuń
  31. - No nie powiem…- powiedziałem z lekkim podziwem.- Organizacja była…jest przednia.- dodałem. Miałem nadzieję, że tym razem wuj Curta nie będzie próbował mi odstrzelić ucha, za te słowa. Wernitz zachowywał spokój, jednak wiedziałem, że gdzieś tam w środku nie może się nadziwić.
    - Magazyn pusty. To jest chyba oczywiste.- powiedziałem.- Wybili całą załogę, wyczyścili magazyn… z pewnością są z siebie dumni.- udawałem, że się zastanawiam.- A te drzwi od gabinetu komendanta?
    - Nie ma klucza Martin.- Wernitz wywrócił oczami- I chyba są zamknięte… Zresztą po co…
    - Wernitz, ja wszystko rozumiem…ale ciebie chyba nie. Na miejscu Polaków co byś zrobił? Wybiłeś z grupą cały posterunek, co dalej?
    - Zabieram sprzęt. Z tego co wiem, to raczej z bronią u nich krucho…a później zbieram się z tego miejsca jak najszybciej. – powiedział po chwili zastanowienia.
    - A ja cóż… mam inną teorię. Sądzę, że wkradli się do tego pomieszczenia i zabrali też jakieś interesujące ich papiery.- powiedziałem. Widziałem jak pułkownik Hoffmann na mnie patrzy, zignorowałem to. Nie miałem najmniejszej ochoty na sprzeczkę.- Proponuję się tam udać. Właściwie to ta numeracja jest dosyć dziwna.- ostatnie zdanie powiedziałem cicho niemal niedosłyszalnie. Przeszedłem do odpowiedniego pokoju, uprzednio dla lekkiej wiarygodności klucząc po budynku. Stanąłem przy drzwiach i nacisnąłem na klamkę, drzwi były zamknięte. Czyli jednak dobrze je wczoraj zamknąłem. Spojrzałem na resztę, Hoffmann miał na ustach już złośliwy uśmieszek. Ja natomiast obmacałem się nieco po kieszeniach, wyciągnąłem scyzoryk i przykucnąłem tak, że twarz miałem na wysokości klamki. W pełnym skupieniu podziałałem przy zamku i po chwili nacisnąłem na klamkę i popchnąłem drzwi. Schowałem scyzoryk do kieszeni i przeszedłem przez próg. Niemalże natychmiast przeszedłem do biurka komendanta. Zacząłem otwierać szafki, które były zresztą niemalże puste.
    - Nalezałoby porozmawiać z komendantem, co trzymał w biurku za papiery.- powiedziałem. Właściwie to ja już od kilku godzin wiedziałem co było, ale nie mogłem po sobie dać tego poznać.

    OdpowiedzUsuń
  32. „Rafał” przeleciał wzrokiem po tekście wiadomości od Curta.
    - Masz się trzymać, głupku – szepnął z czułym uśmiechem do swojego młodszego brata, zwanego w konspiracji „Smutnym” od czasu, gdy w trakcie łapanki stracił narzeczoną. „Smutny” siedział pod ścianą, obejmując się chudymi ramionami. Pokiwał głową.
    - Powiedz mu – szepnął.
    „Rafał” zawahał się na chwilę. Kosmyk przydługich, ciemnych włosów przykleił mu się do czoła.
    „Dziś w nocy. Moja grupa. Tak samo, jak Leśnego” - nagryzmolił szybko. „Leśny” był polskim oficerem, weteranem kampanii wrześniowej, który pod zmienionym nazwiskiem działał w konspiracji. Pół roku temu kilku przebranych w niemieckie mundury Polaków uwolniło go z katowni gestapo na Pawiaku. - Tego od ciebie będzie trzeba stuknąć, skoro mu nie ufasz. Pomyśl, jak. Zniszcz kartkę.
    Wsunął papier w szparę.
    ***
    - On nie jest szpiegiem – wydyszałem między jednym a drugim skowytem bólu, kiedy gestapowiec polał wódką moje obficie krwawiące rany na plecach. – Nie jest. I naprawdę nie wiem, co to za meldunki! Naprawdę!
    Kolejne smagnięcie biczem z metalową końcówką wycisnęło mi powietrze z płuc, choć miałem wrażenie, że gestapowiec uderzył od niechcenia.
    - Skąd ta pewność, Wartenburg? Sam nie jesteś szczególnie wiarygodny. Jakby to powiedzieć… dość często wstawiasz się za gnidami.
    Zacisnąłem wargi. W ustach czułem mdły posmak krwi. Gestapowiec kontynuował:
    - Wiesz, właściwie to moglibyśmy zapomnieć o tej sprawie z donosu.
    Wbiłem wzrok w zimną, betonową podłogę, na której leżałem, od kiedy przesłuchujący zajęli się mną „na poważnie”. Starałem się nie słuchać. Nie ulegać złudnej nadziei. Zamknąłem oczy. Niech to się już wszystko skończy. Jakkolwiek.
    - Nie udawaj, że nie słyszysz, śmieciu.
    Zacisnąłem pięści.
    - Słyszę – spomiędzy moich wyschniętych warg wydobył się zaledwie szept.
    - No, to może jeszcze stąd wyjdziesz – jego głos był lekceważący, w każdym słowie uwidaczniała się pogarda, jaką wobec mnie czuł. – Zaczniesz współpracować... dzielić się swoimi… spostrzeżeniami. Oczywiście tę swoją żydowską kurewkę będziesz musiał po cichu wykończyć.
    Zaciskam pięści jeszcze mocniej. Paznokcie zostawiają głębokie ślady w pobladłej skórze. To niemożliwe, żeby wiedzieli o Rut. Niemożliwe. Kierują się tylko tamtym donosem od Schafera. Nic więcej nie mają. Może się domyślają. To niemożliwe.
    - Nie będę na nikogo donosił.
    Dostałem tak mocnego kopniaka w żebra, że zemdlałem.
    Ocknąłem się, kiedy ktoś wylał na mnie wiadro lodowatej wody. Usłyszałem szyderczy śmiech. Fischer, przypomniałem sobie. Ten bydlak nazywa się Fischer. Nazwisko drugiego gestapowca majaczyło gdzieś na krańcach mojej pamięci.
    - Śpiąca królewno… blondyneczko, pobudka.
    Nie zareagowałem na kpinę. Nie miałem sił. Było mi już wszystko jedno. Własny mózg przestawał mnie słuchać. Odpływałem. Fischer trącił mnie nogą.
    - Blondyneczko, twój ojczulek wysłał do nas list, wiesz? O, popatrz sobie. – Siłą uniósł mi głowę i machnął przed twarzą jakaś kartką. Próbowałem skupić wzrok na literach. Fischer parsknął ironicznie. – Daj, przeczytam ci.
    Przeczytał fragmenty, które uznał za najciekawsze. Wiedziałem, że to podróbka. Mój ojciec to zdeklarowany nazista, ale nie napisałby czegoś takiego….
    …nie napisałby? W głowie wciąż słyszałem echa poszczególnych zdań. Nie mam już syna […] Żaden z Wartenburgów nie zachowałby się tak niegodnie […] popieram wszystkie działania niezbędne by podjął współpracę […].
    Leżałem bezruchu.
    - No, to jak, blondyneczko? - Szturchnął mnie. – Będziesz mówić?
    Zacisnąłem wargi, by nie uleciało z nich ani jedno słowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fischer zaklął.
      - Ale ty jesteś durny, Wartenburg. Twój własny ojciec się ciebie wstydzi. Twoja piękna z Hamburga…
      - Zamknij się – syknąłem. Uciszył mnie kopniakiem.
      - Twoja piękna może dawno ma już innego… Córeczka cię nie pamięta… za mała była, jak wyjeżdżałeś, co? Kumpli też nie masz… Kehl też ma cię w dupie. Jak to szeregowca. No, prawie szeregowca. Pomyśl, jak on wygląda, a jak ty… Ach tak, nie mamy lustra. Ale wierz mi, wyglądasz tak, jak się czujesz.
      Czułem się podle. Jego słowa sączyły się w głąb moich myśli jak trucizna. Poczułem na twarzy piekące, upokarzające łzy, ale miałem związane ręce i w żaden sposób nie mogłem ich otrzeć. Mówił prawdę. Mówił to, co prawdopodobnie się zdarzyło. Mój ojciec nie mógł mi wybaczyć, że ożeniłem się z córką konserwatystów. Nie chciał także, bym przenosił się z SS. Moja korespondencja z Gerda była coraz bardziej formalna. Oddalaliśmy się od siebie. Jej matka mnie nienawidziła. Zapewne skwapliwie wykorzystała te kilka lat, żeby nastawić Gerdę przeciwko mnie. Na wypadek, gdybym wrócił. Jeśli wrócę.
      Fischer podniósł coś ze stołu. Za chwilę znowu zacznie tortury.
      - Będę – głos mi się łamał. Gestapowiec odwrócił się w moją stronę.
      - Powtórz – warknął.
      - Będę mówić – jęknąłem cicho.
      Fischer odłożył trzymane przed chwilą narzędzie tortur, sądząc po odgłosie, pałkę, i wychylił się przez drzwi. Do pomieszczenia wszedł drugi gestapowiec, w przeciwieństwie do Fishera w pełnym, galowym mundurze. Spojrzał na mnie z wahaniem.
      - Niech będzie tutaj – mruknął w końcu. – Bo mi jeszcze dywan krwią zachlapie.
      Fischer brutalnie podniósł mnie do pozycji siedzącej. Drugi gestapowiec podszedł bliżej.
      - Jak długo służysz u Kehla?
      - Od 39’. Prawie od kapitulacji Warszawy.
      - Czy widziałeś w jego zachowaniu cokolwiek podejrzanego? Wyjeżdżał gdzieś?
      - Nie. To znaczy… Wyjeżdżał – sprostowałem, kiedy Fischer z powrotem sięgnął po pałkę. – Ostatni raz miesiąc temu. Nie wiem, dokąd – mój głos brzmiał, jakby należał do innego człowieka.
      - Poznajesz ją? Kto to? – podsunął mi niewielkie zdjęcie, takie, jak do kenkarty.
      - Żona Kehla – powiedziałem cicho.
      - Polka może? Albo Rosjanka?
      - Niemka. Jestem pewien, że Niemka. On by się z niearyjką nie..
      - A po polsku mówi?
      - Ja nie wiem. – Uderzenie wydusiło z mojego gardła głuchy jęk. – To znaczy, słyszałem Kehla jak mówił. Do polskiego dzieciaka mówił. Po polsku.
      - Fischer, zabierz go do celi. A ty… jak będziesz nam śpiewał, co Kehl robi, to przeżyjesz.
      Fischer wraz z jakimś strażnikiem wlókł mnie przez korytarz, niespecjalnie dbając o to, bym się nie potykał. Ciemniało mi przed oczami. Uścisk strażnika zelżał. Zobaczyłem jeszcze, że podłoga przechyla się w moją stronę. Zemdlałem.
      Kiedy w końcu się ocknąłem, Curt był już z powrotem w celi.

      ~ Otto

      Usuń
  33. -Góra się nimi interesuje i to poważnie. Podobno historia z tą całą aferą z donosem na Wartenburga dotarła aż na najwyższe szczyty dowództwa...-przerywam na chwilę. -Rodzina Schlabrendorfów jest szczególnie zainteresowana tym, co wiesz na ten temat. Sam rozumiesz, nic oficjalnego, po prostu plotki. Chciałbym wiedzieć wszystko, żeby w razie czego nie katować niewinnych ludzi. Możesz mi streścić, co się, kurwa mać, dzieje?
    Sekretarki wchodzą i wychodzą z sąsiednich pokojów. Słychać dźwięk telefonu. Pewnie to nie do nas, ale w sumie nie zdziwiłbym się, gdyby wszystko się zgadzało...Afera Schafera i Wartenburga roznosi się za daleko, przejmują się nią aż w Krzyżowej. Ja osobiście tego pierwszego ćwoka posądzałbym o wszystko, nawet o malowanie jak Botticelli, ale Wartenburg? Pochodzi z dobrej rodziny, jest nazistą (jak my wszyscy, zauważa głos w mojej głowie), ale mimo swojej ewidentnej głupoty, jaką nieraz się wykazał, nie może być szpiegiem. Słyszałem o Fischerze - to solidny kawał skurwysyna, któremu podstawowe pojęcia psychologii są zupełnie obce. On najchętniej lałby wszystkich, którzy z nim się nie zgadzają, po ryju i jeszcze tu i ówdzie, a to droga donikąd. Z takim czymś jak Schafer niewątpliwie to zadziała, niemniej jednak na wykształconego oficera potrzeba czegoś więcej.
    -Czytałem twoje akta-nalewam sobie wódki, Kehlowi zaoferowałem już wcześniej wodę. -I prędzej w gazetach napiszą, że Hitler jest blondynką, niż ja cokolwiek na ciebie powiem. Zresztą doskonale wiem, że macie czysty, aryjski Blut...a tego tam czyścioszka od pseudo-szlachty nie biorę na poważnie. Cóż...panie plutonowy, proszę wybaczyć, że zadam to pytanie...
    Zapalam cygaro. Spoglądam głęboko w oczy Kehla. W tle Deutsche Radio podaje pogodę - ma być gorąco, słonecznie i ciepło. Wzdycham ciężko. Czy to nie dobry moment na zaproszenie go na film propagandowy? Ostatecznie jeśli do końca wojny będzie trzymał się w dobrym towarzystwie, nic mu nie grozi, tak samo zresztą jak mnie. Nie zamierzam go narażać, a poza tym mi też skóra miła. Czekam, aż zacznie mi objaśniać rzecz całą w wielkim skrócie, jak mawiał pewien genialny detektyw z Gdańska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. -Czy jest pan chętny do podjęcia pewnej współpracy? Nie muszę dodawać, że współpraca z dobrze urodzonymi Aryjczykami przyniesie wymierne korzyści. Oczywiście nie mówimy tu o willach czy o szoferze, a o bezpieczeństwie politycznym...
      W tej chwili do mojego pomieszczenia wchodzi esesman, prowadzący młodą, zalaną krwią, łzami i moczem więźniarkę w łachach. Dziewczyna wygląda nietypowo, powiedziałbym nawet, że bardzo nietypowo ze względów urodowych. A potem zaczyna śpiewać.
      - Wychadiła, piesniu zawodiła
      Pro stiepnogo, sizogo orła,
      Pro togo, kotorogo lubiła,
      Pro togo, czji pis´ma bieriegła.

      Stoję jak wryty, wreszcie wzdycham głęboko. Esesman jąka się, że to był warunek uzyskania zeznań, że chciał mnie rozśmieszyć etc., ale zostaje wywalony z sali wraz z dziewczyną-śpiewaczką. Nie wiem, co to była za piosenka, lecz zapamiętuję słowa i postanawiam o nie zapytać Jekaterinę, kiedy wrócę do domu.
      -Rzecz polegałaby na spotykaniu się ze mną w celach, powiedzmy, towarzyskich i informowaniu mnie o sprawie Schafera, w zamian za to mógłbyś liczyć na święty spokój co najmniej do końca wojny. Co na to powiesz? I nie, nie obchodzi mnie, dla kogo pracujesz ani czy w ogóle jesteś agentem. Sam jestem czymś więcej niż R-35, jeśli rozumiesz, o co chodzi.

      Usuń
  34. Uśmiechnąłem się słabo, słysząc inicjatywę pułkownika. No po prostu, aż cisnął mi się złośliwy komentarz na usta.
    - Nie wiem, czy to dobra propozycja. Śledztwo prowadzi Abwehra i SD. Wolałbym aby nikt postronny się łaskawie nie…- Wernitz odciągnął mnie w porę. Bo chyba Hoffmann by mnie zabił.
    - Do widzenia, pułkowniku.- powiedział szybo i niemalże siła wyciągnął mnie z pomieszczenia.- Idiota. Idiota z ciebie Martin.- powiedział.- Jak chce się tym zająć to dobrze, przynajmniej umyjemy od tego ręce. Idę się z nim dogadać, może przejmie tą sprawę. A ty lepiej wracaj do domu, czy coś.- powiedział i przeszedł do gabinetu.
    Sam poszedłem znaleźć Kehla. W tej chwili chyba nikogo tak bardzo nie potrzebowałem. Musiałem wiedzieć co będzie się dziać. Bo jeśli jego wuj przejmie sprawę, to będę miał bardzo ograniczony wgląd, a wolałbym aby Lukas Hoffmann nie wpadł na to, że jestem w to zamieszany.
    Wreszcie znalazłem go i nieco odeszliśmy w bok. Zapaliłem papierosa, Curtowi też podsunąłem pod nos jednego.
    - Bierz…nie będzie to podejrzanie wyglądać.- powiedziałem i odpaliłem swojego papierosa.- O co chodzi? Jeśli chciałeś pogratulować, to na razie się wstrzymaj.- wypuściłem szary kłąb dymu z ust, jak każdy przykładny przeciwnik palenia.- Posłuchaj mnie, jest ważna sprawa, ten facet, który przeżył. Miałeś z nim styczność? Mówił coś ciekawego?- jedno było pewne, musiał umrzeć. Jeśli mówił coś ciekawego to w szpitalu, jeśli nie to poczekam kilka dni aż wyjdzie. Jakiś bandycki napad, nikt się nie zorientuje, że było to celowe działanie. Po raz kolejny się zaciągnąłem.- Posłuchaj, dasz radę spotkać się dzisiaj wieczorem? Najlepiej gdybyś ubrał się po cywilnemu. Masz coś przeciwko Ogrodowi Saskiemu?- zapytałem i spojrzałem na niego. Tylko to w tej chwili przyszło mi do głowy. Istniało mniejsze ryzyko, że ktoś nas podsłucha.- Około siedemnastej, koło fontanny. Jakby coś to będę czekać.

    OdpowiedzUsuń
  35. Słabo się uśmiechnąłem. Spojrzałem na zegarek, punkt siedemnasta. Jedyne co można powiedzieć dobrego o szkopach, to to, że są niezmiernie punktualni. No i mają też dobre samochody, piwo, kluby piłkarskie i…czołgi.
    - Sprawa dosyć delikatna, a wolałbym się nie spotykać w jakiejś kawiarni.- powiedziałem.- Chodzi mi o twojego wuja.- spojrzałem na niego postąpiłem kilka kroków do przodu, gestem nakazałem aby przespacerował się ze mną.- Przejął naszą sprawę, z tego co wiem, to nawet już posłał odpowiednie pisma do naszych przełożonych.- oznajmiłem.- Chcę mieć niejaki wgląd w sprawę…rozumiesz co mam na myśli?- zapytałem i spojrzałem na Curta. Ten mój „wgląd” był nieoficjalny, bardzo nieoficjalny.- Zastanawia mnie też jedna rzecz…może mi się to tylko wydawało, ale chyba bardzo chętnie wziął na swoje barki tą sprawę.- powiedziałem i spojrzałem na plutonowego. Minęliśmy jakąś kobietę spacerującą z niemieckim oficerem. Ogólnie sporo było tutaj Niemców i folksdojczów. Nur für Deutsche, dobre sobie… Przez chwilę milczałem i podziwiałem okolicę.
    - Nie brakuje ci czasem, gry w piłkę?- zapytałem mimochodem.- Na stadionie, który należał kiedyś do Legii Warszawy dosyć często gramy. Może zechciałbyś, kiedyś jak będziesz miał wolne zagrać. Weźmiesz kilku rozgarniętych w temacie, ja wezmę kilku swoich i jakoś to będzie.- wzruszyłem ramionami. Słabo się uśmiechnąłem pod nosem. Brakowało mi czasami takiej gry.

    OdpowiedzUsuń
  36. Spojrzałem się na Curta. Słabo się zaśmiałem kiedy usłyszałem o tym jak wuj określa plutonowego.
    - No to skoro ty taki jesteś, to ja chyba wygram plebiscyt na aryjczyka roku.- zaśmiałem się.- O ile coś takiego zorganizują. Jeśli tak, to po prostu wygrana w kieszeni. Albo nie wezmę udziału, żeby inni mieli też jakąś szansę.- zażartowałem.
    - Posłuchaj, ja nie obawiam się o to, że zorientuje się kto za tym stał.- powiedziałem szczerze i spojrzałem na plutonowego.- Nie ubliżając twojemu wujowi, ale facet inteligencją nie grzeszy.- prychnąłem.- Nie boję się, nie będzie w stanie mnie powiązać z tym wszystkim. A nawet jeśli to mam niepodważalne alibi.- uśmiechnąłem się słabo do niego.
    - Jedyna wojna, która miała sens to ta Trojańska. Tam przynajmniej wiedzieli o co się zabijają.- powiedziałem bez szczególnych emocji.- Ale powiedz mi tak szczerze Curt. Coś ty za kawałek wojny widział? Kampania wrześniowa? Jeśli tak, to proszę powiedz mi gdzie. Ja mam doświadczenie frontowe…słabe ale mam. Nie powiem, że widziałem najwięcej okrucieństwa…ale wydaje mi się, że całkiem sporo.- spojrzałem mu w oczy.- To co dzieje się tutaj to nic…- zrobiłem nieznaczny ruch ręką, jakbym chciał pokazać całą okolicę-…To co działo się w Azji… To dopiero mrozi krew w żyłach.
    Nie ciągnąłem dalej tego tematu. Po co miałbym opowiadać o tym, co przeżyłem? To nie było nic szczególnego. Nic szczególnego….
    - Mój ojciec nigdy nie przychodził na mecze. Nawet jak graliśmy w Reichu. Czasami stryjaszek kochany przychodził. Ale to było rzadko.- powiedziałem nieco smutnym głosem. Tak zawsze byłem niemalże sam. Co z tego, że dziadkowie mnie wspierali? Skoro teoretycznie najważniejsze osoby w moim życiu się na mnie wypięły?- Ale mam nadzieję, że dasz mi jakieś fory podczas meczu. W końcu ja prawie emerytem jestem, starsze to mogą być ode mnie chyba tylko jakieś mumie egipskie, albo jakaś stara chińska waza.- zaśmiałem się, chociaż wcale mi do śmiechu nie było, w końcu naprawdę byłem stary.

    OdpowiedzUsuń
  37. - Człowieku, ja to po maturze na emeryturę chciałem iść.- wyjaśniłem dosyć szybko.- A ja co mam powiedzieć? Ja też…po czterdziestce jestem, pod pięćdziesiątkę dobiegam i też żony nie miałem. A jak chciałem, to ona nie chciała.- wzruszyłem ramionami. Zaraz jednak dotarło do mnie co powiedział Curt o swoim wuju.- Chyba chodziło ci o przestanie bycia prawiczkiem.- powiedziałem.- Bo jeśli miałeś na myśli dziewictwo, to musiałby z jakimś panem.- mój tok rozumowania pozostawiał wiele do życzenia. Spojrzałem na Curta, który chyba gdyby mógł to by mnie zabił.- Ja tylko chcę powiedzieć, że za zabójstwo oficera to wysłanka na front wschodni, albo dyndanie na gałęzi.- powiedziałem i na wszelki wypadek odsunąłem się na bezpieczną odległość.- A poza tym… jak mnie zabijesz, to nie będziesz miał z kim grać.- dodałem już z bezpiecznej odległości. Do tego uśmiechnąłem się nieco. Po chwili, kiedy stwierdziłem, że raczej mnie nie zabije (tak szybko), podszedłem do Kehla.
    - Ale tak właściwie to można bardzo łatwo to zweryfikować.- spojrzałem na Curta.- Wystarczyłoby go spić i podpytać.- uśmiechnąłem się pod nosem.- No co? Syndrom dziennikarza-samobójcy, wtykam nos wszędzie gdzie nie trzeba i gdzie nikt nie chce.- wzruszyłem ramionami.- Ale tak na poważnie, to ja mam takie pytanie… - spojrzałem na plutonowego.- Tak właściwie, to zastanawiam się nad jedną rzeczą. Ilu tak właściwie oficerów uważa mnie za kompletnego kretyna/debila/idiotę/ćwierćmózga albo półmózga?- zastanowiłem się na chwilę.- No nie licząc mojego ojca, szwagra, Reimanna, twojego wuja… chociaż nie wiem dlaczego ten ostatni co chwila sztyletuje mnie wzrokiem. Przecież to nie ja chciałem mu odstrzelić ucho.- wzruszyłem ramionami.

    OdpowiedzUsuń
  38. - Oczywiście, to chyba ja sobie taki mechanizm obronny wykształciłem…w sensie udawanie debila. Od czasów szkolnych.- uśmiechnąłem się słabo…chociaż nie… raczej debila nie udawałem na taką skalę na jaką teraz.- Ale są niejakie plusy…jak powiesz coś inteligentnego to patrzą i się dziwią. I koniec końców mówią: „Ty Rommel to jednak taki głupi nie jesteś”. Co nie zmienia faktu, że większość się dziwi co ja robię w Abwehrze w stopniu majora. Przecież ja według polityki, to nigdzie dalej jak w Wehrmachcie nie powinienem wylądować jako szeregowiec… Ale koniec końców wyszłoby, że ze względu na stryja daliby mi jakiś wyższy stopień, no bo w końcu koligacja, a ojciec wbrew pozorom coś osiągnął w NSDAP…więc trochę wstyd, gdybym był „tylko” szeregowcem.- przerwałem na chwilę- Albo kazaliby mi zmienić nazwisko.
    - No cóż…różnie to w życiu bywa. Ale ja tak się zastanawiam, czy gdybym przypadkiem nie wydarł na niego mordy, nie zmieszał z błotem, tylko przyjął z pokorą to że mi ucho chciał odstrzelić, to czy nadal by miał o mnie takie zdanie jakie ma.-podrapałem się w zamyśleniu po brodzie. Do tego ten wyraz twarzy, który wskazuje że nad czymś intensywnie myślę. – Dobra, powoli będę musiał się zbierać, pies na mnie czeka i kobieta…- tak Renate przyjechała i ogólnie jestem zadowolony, bo z nią było całkiem dobrze…- A właśnie, słyszałeś że Renate Vogel postanowiła zrobić małe tournée po Generalnym Gubernatorstwie?- zapytałem. Uśmiechnąłem się słabo w jego kierunku.- Dobra to jeśli coś cię zaniepokoi, wiesz w jakiej sprawie to możesz o każdej porze dnia przyjść do mnie. Gorzej jeśli chodzi o nocne pory, bo jak widzisz, nocy raczej w mieszkaniu nie spędzam.- mrugnąłem porozumiewawczo.- To do zobaczenia.- dodałem i poszedłem w swoją stronę.
    Ręce wetknięte w kieszenie, świetnie skrojony garnitur, normalnie jeśli nie czysty aryjczyk, to kuźwa bogaty…obrzydliwie bogaty Szwajcar. Efekt potęgowała dumnie podniesiona głowa i pewny siebie uśmieszek nie schodzący z twarzy. Nic więc dziwnego, że co patrol to mnie legitymował.
    ***
    Nie przespałem nocy…nie żebym narzekał…ale cóż wiedziałem jak to z pracą. Musiałem być wypoczęty, zwarty i gotowy na wszystko. Włącznie z tym, że z szafy wyskoczy mi hiszpańska inkwizycja. Telefon mnie nieco zdziwił.
    - Mówi Rommel. – powiedziałem natychmiast.-Major Martin Rommel.- doprecyzowałem.- Kehl? O co chodzi?

    OdpowiedzUsuń
  39. (Masz jeszcze ochotę kontynuować ten retrospekcjowy wątek czy dajemy sobie spokój i kontynuujemy coś nowego? :-: Serio, bo sama nie wiem, czy odpisywać, czy nie...Niby mam tekst, ale miło byłoby, gdybyś dała znać, czy masz jeszcze nieco weny dla Alexandra. :3 )

    Hrabiowie Schenk przyjęli propozycję z największą przyjemnością i udali się do Kehlów na kurtuazyjny obiad. Byli już dorosłymi mężczyznami, nigdy nie patrzyli na ludzi kategoriami "partyjny" lub "niepartyjny" - nauczyć ich tego miała dopiero wojna. Po drodze Claus otwarcie flirtował z Gabriele Kehl, co wzbudziło wesołość w towarzystwie, a Alexander głównie wiódł żywą konwersację z Curtem na temat meczu.
    -Widzę, że masz talent. Frau Forstmann wspominała mi, że nieźle dokopałeś jej synowi-roześmiał się starszy z hrabiów, przeczesując niepewnymi palcami piaskową czuprynę. Jego czarnowłosy brat posyłał w tym czasie matce Curta, kobiecie wciąż pięknej, a do tego czarującej, zabójcze spojrzenia, które jednak ześlizgiwały się po niej niczym woda po gęsi. Zwyczajnie nie zauważała tego podrywu - i nic dziwnego, w końcu Claus ożenił się niedawno z piękną Niną, jedną z najlepszych partii arystokracji Niemiec, zatem...Nie wypadało. Gorące słońce padało na roześmiane, rozluźnione twarze, jeszcze nie naznaczone surowym piętnem czasu. Pułkownik Hoffmann wlókł się na ostatku, rozmawiając z ojcem Curta o czymś, czego Alexander nie dosłyszał, a co miało związek z wyspą Usedom i nowym domkiem letniskowym.
    Obiad wypadł wspaniale. Kucharz Kehlów - czy raczej pani Gabriele, Alexander wątpił bowiem, aby rodzina tego rodzaju zatrudniała kucharza bądź kucharkę - wspięła się na wyżyny artyzmu, tworząc najlepsze potrawy na świecie. Do tego podano wino - i to jakie! Stary Gabriel Hoffmann niemal natychmiast wyciągnął Clausa na partyjkę kart i kieliszeczek bawarskiego, której to propozycji hrabia Schenk oczywiście nie odrzucił; do gry dołączyli się też państwo Kehl oraz Berthold, który po czasie przyszedł z wydawnictwa i miał dziwnie rozpromienioną minę. Alexander wykorzystał fakt, że jest sam z Curtem w ogrodzie, i zaproponował:
    -Może zagramy sobie mały meczyk? Jeden na jednego?
    W duchu modlił się, by do grająco-pijącego towarzystwa nie dołączył nagle Matthias. Ten cymbał miał zdumiewający zwyczaj wyłaniania się spod ziemi tam, gdzie chodziło o kompromitację rodu Schenk von Stauffenberg, a także tam, gdzie znajdowało się wino.
    Był to naprawdę piękny, gorący, sierpniowy dzień.
    Alexander, który gorąco przeprasza za zwłokę ;-;

    OdpowiedzUsuń
  40. - „Być może niedługo stąd wyjdziemy. Gabriel, znaczy się mój wuj, pułkownik Hoffmann przyjechał tutaj.
    Kiwnąłem słabo głową. Półleżałem, oparty plecami o szorstką ścianę, która w zetknięciu z moim ogarniętym gorączką ciałem wydawała się lodowata. Obserwowałem go spod półprzymkniętych powiek. Człowieku, ja cię zdradziłem. Zakaszlałem.
    Następne minuty, a może godziny, pamiętałem jak przez mgłę. Gdzieś szliśmy. Curt mnie podtrzymywał, bo sam nie byłem w stanie iść. Nogi gięły się pode mną, czułem się straszliwie słaby. Cały czas miałem przed oczami czarne plamy. Chyba był z nami jeszcze ktoś. Chyba jechaliśmy samochodem… Co było dalej? Wysilałem pamięć. Nic. Pustka. Pamiętałem jeszcze sztywne, skórzane siedzenie… potem zemdlałem?
    Odzyskałem przytomność na czymś trochę miększym od betonu w celi. Ostre światło umieszonej na białym suficie lampy raziło mnie w oczy. Próbowałem zrozumieć, gdzie jestem. Nade mną ktoś coś mówił. Do mnie? Sceny z przeszłości mieszały się z teraźniejszością, przeplatały i nakładały na siebie, jak półprzeźroczyste folie. Jedynymi wyraźniejszymi wspomnieniami byłyprzesłuchania. Skuliłem się. Zabrali mnie gdzieś, żebym jeszcze nie zdechł? Bałem się otworzyć oczy. Może nie zauważą, że jestem przytomny? Może dadzą mi spokój? Nie będą bić? Nagły, wyduszający powietrze z płuc kaszel wstrząsnął moim sponiewieranym ciałem. Dygotałem. Zimno mi. Tak bardzo mi zimno.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  41. [Ja wątków nie odmawiam :D I pomysł jak najbardziej mi się podoba :) Oczywiście Valentinowi sam fakt bycia mężatką by nie przeszkadzał ;) Gorzej z dzieckiem, bo to facet nieodpowiedzialny i raczej nie chciałby mieć dziecka na głowie. Tak więc córka Magdy i Curta skutecznie odstraszyłaby Vossa :D. Mam zacząć od tego momentu, w którym nawalony Valentin dobija sie do mieszkania Curta i Magdy?]

    OdpowiedzUsuń
  42. [Wcześniej, czy mniej więcej kiedy? Jak napiszesz, to wtedy mogę ładnie nam od tego momentu zacząć :D]

    OdpowiedzUsuń
  43. Szedłem razem z…a nie sam szedłem, bez znajomych. Przemierzałem mokre od deszczu ulice Warszawy pogrążony w swoich własnych myślach. Byłem nieco zmęczony, ale starałem nie dawac po sobie tego poznać. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wtedy poczułem jakiś taki dziwny ból w okolicach klatki piersiowej. Prawie bym upadł, ale w porę podparłem się rękami. Niestety osoba idąca z zakupami nie miała tyle szczęścia. Biedna kobieta.
    - Najmocniej przepraszam.- powiedziałem i pomogłem kobiecie zebrać rozsypane sprawunki. Mimowolnie spojrzałem na lewo, na szyld jakiegoś sklepu. Niemiecki sklep, a towary jakie miała kobieta pochodziły pewnie z tego sklepu. Niemka…świetnie.
    Spojrzałem na nią. Była bardzo ładna, mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem. Może jednak nie wszystkie Niemki są brzydkie? Pomogłem jej wstać.
    - Jeszcze raz przepraszam panią. Moja wina, zamyśliłem się i nie zauważyłem…- przyjrzałem się jej oczom. Były bardzo ładne.- Może w ramach zadośćuczynienia mógłbym jakoś pomóc?- zapytałem. Wciąż jednak wpatrywałem się w jej niemalże hipnotyzujące oczy. Miałem nadzieję, ze powie „tak”. Mógłbym wtedy zamienić z nią kilka słów więcej, a poza tym może przy okazji zaprosiłbym ją na kawę? Albo jakieś ciasto? Na kolację do jakiejś dobrej restauracji? Gdziekolwiek…

    OdpowiedzUsuń
  44. Spojrzałem na kobietę bez cienia zdziwienia. Pewno też byłbym wściekły, ale no nie przesadzajmy...
    -Do widzenia.- powiedziałem i dyskretnie spojrzałem na jej nogi oraz inne wdzięki. Zaraz jednak odszedłem z tego miejsca. Nie było sensu tutaj stać.
    ***
    Kilka dni po tym przypadku wszedłem do jednej z kawiarni…i tak nie miałem co robić. A w takim miejscu może spotkam kogoś interesującego? I może nie będę skazany na samotne spędzenie tego wieczoru? Wszedłem na chybił trafił, do jakiejś niezatłoczonej kawiarni. Rozejrzałem się i wtedy zobaczyłem tą kobietę co to przez przypadek ją przewróciłem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Może dzięki temu popołudniu nie spędzę samotnie wieczoru? To byłoby piękne.
    - Sam się wprosiłem. Mam nadzieję, że nie będzie mieć mi pani tego za złe.- powiedziałem i nieco się uśmiechnąłem.- No właśnie i w tym wszystkim tkwi pewien problem. Są puste…a ja nie przepadam za pustką i samotnością.- wyjaśniłem i spojrzałem na kobietę w jej oczy, teraz z bliska wydawały się być jeszcze ładniejsze. Ale na razie wolałem nic o nich nie mówić.
    - Mam nadzieję, że nie pogardzi pani moim towarzystwem.- powiedziałem.- Jeśli jednak pani odmówi uszanuję tą decyzję.- uśmiechnąłem się nieco. W tej kobiecie jest coś, co bardzo mnie do niej ciągnie…sam chyba nie wiem co to jest tak dokładnie.

    OdpowiedzUsuń
  45. Odebrałem telefon. Na szczęście byłem sam w domu, wiec nie musiałem się jakoś kryć i odpowiadać zupełnie bez sensu.
    - Dzięki Curt.- powiedziałem w końcu po czym się rozłączyłem. Nie musiałem się jakoś specjalnie przebierać. Chciałem tylko i wyłącznie zadzwonić do Antka. To będzie najlepsze wyjście. Umówionym szyfrem przekazałem aby uciekał z mieszkania jak najszybciej. Mam nadzieję że posłuchał. Chociaż niemalże natychmiast rzucił słuchawkę a widełki, więc pewnie już jest w trakcie działania i uciekania. Oby go nie złapali. Zastanawiałem się jeszcze czy może nie pojawić się pod domem „Szybkiego”. W końcu mieli mnie powiadomić odnośnie działań… A tego nie zrobili. Będzie awantura jak się patrzy.
    Curt mówił o czterdziestu minutach. Powiedział że spróbuje ugrać jeszcze ze dwadzieścia minut… Szybki już dawno powinien być w alarmowym lokalu.
    Po niecałej godzinie zjawiłem się przed kamienicą, gdzie mieszkał Antek. SS, gestapo i inne im podobne służby stały. Oczywiście głównodowodzący całej operacji stał w towarzystwie Curta. Teraz będzie piękny pokaz wściekłego majora Abwehry.
    - Pułkowniku Hoffmann co to ma do jasnej cholery znaczyć?!- ryknąłem wściekły.- Samowolka?!- wściekłość niemalże we mnie buzowała i nie dawała spokoju.- Przypominam panu, że miał pan mnie i Sturmbannfuhrera Wernitza informować o każdym posunięciu i nowych poszlakach!- zbliżyłem się dostatecznie blisko, aby widzieć jego równie zdenerwowaną i może nawet nieco zaskoczoną twarz. Chyba się mnie tutaj nie spodziewał. W sumie, gdyby nie Curt to Antka by wyprowadzali, a później przesłuchiwali…chociaż może udałoby mi się jakoś chłopaka wydostać z Szucha? Ale to pewnie by potrwało.

    OdpowiedzUsuń
  46. - Wiem.- odpowiedziałem z pełną powagą w głosie. Kiedy powiedziała odnośnie przedstawienia się nieco się uśmiechnąłem. A co jak co, ale zęby miałem ładne, proste i białe.- Valentin.- spojrzałem na jej dłonie.- Magda…bardzo ładne imię. Zresztą ma pani nie tylko ładne imię. Oczy…jeszcze w życiu takich nie widziałem.- uśmiechnąłem się delikatnie.- I twarz. Jak u modelki…albo aktorki.- uśmiechnąłem się nieco. A może ona była aktorką? Albo modelką? Jeśli tak to kurde ładnie bym wpadł…ale przecież ja znam większość ładnych kobiet. I modelkę albo aktorke z jej wyglądem na pewno bym zapamiętał.

    [A właśnie. Jakie Magda ma oczy? Bo może Valentin napisze jakiś poemacik :D. Albo będzie się zachwycał kolorem jej oczu ;)]

    OdpowiedzUsuń
  47. - Nie…ja po prostu mówię to co myślę.- odparłem z niejakim uśmiechem. Nie kłamałem w tym przypadku. Dosyć często tak właśnie mówiłem. A jeśli jeszcze kobieta naprawdę mi się podobała.- Nawet do podróży należy mieć cierpliwość. Wiem z autopsji. Podobnie jak ty kiedyś podróżowałem ze swoim ojcem. Przed wojną…to były czasy…-westchnąłem z niejaką nostalgią.- A czy lotnik nie może być żołnierzem?- zapytałem z lekkim uśmiechem.- Ale muszę przyznać, że trafiłaś. Lotnik od bardzo dawna.- uśmiechnąłem się. Nie kłamałem…latałem od najmłodszych lat…to znaczy od tego wieku, kiedy mogłem spokojnie zasiąść za sterami samolotu. Wcześniej to mogłem się tylko przyglądać jak inni latają. Ale za to mogłem grzebać w samolotach i sprawdzać co mają w środku…oczywiście pod okiem pilotów i mechaników. Ale nie miałem zamiaru zanudzać tym Magdy.
    - Masz bardzo ładne oczy. Jeszcze w życiu takich nie widziałem. Przypominają mi lazurowe wybrzeże, albo nieskazitelnie czyste wody u wybrzeża Dalmacji.- uśmiechnąłem się.- Utopić się w nich można.- nieco zażartowałem. Może tekst o oczach podziała? Może coś z tego wyjdzie?

    OdpowiedzUsuń
  48. Uśmiechnąłem się nieco.
    - Norwegia jest ładna. Ale zdecydowanie latem, bądź późną wiosną. Zimą jakoś do mnie nie przemawia.- wzruszyłem nieco ramionami.- Mnie natomiast bardzo spodobała się Grecja. Ale jeśli chodzi o kraje spoza Europy to Indie…inna kultura, ludzie wszystko. Kuchnia oczywiście też. Borneo też jest całkiem ładne…ale niebezpieczne.- powiedziałem zupełnie szczerze. Uśmiechnąłem się nieco widząc jak Magda się rumieni. Tekst z oczami zawsze działa! A jeśli nie on, to ten o rysach twarzy. Zresztą…zawsze coś się znajdzie. Kobiety lubią słuchać o sobie i o tym jak się je chwali.
    - Słyszałaś może o tym, ze oczy są zwierciadłem duszy?- zapytałem.- Prawdopodobnie można z nich wyczytać bardzo wiele, ale musze przyznać, że raczej niewiele osób mi w to wierzy.- westchnąłem.- Mówią, że są to bzdury, ale ja wbrew pozorom lubię wierzyć w takie rzeczy. W końcu każdy w coś powinien wierzyć. Ale w takie typowe wróżki ze szklaną kulą to raczej nie wierzę… Może nie tyle w nie, co w ich „moce” i „umiejętności” widzenia przyszłości.- uśmiechnąłem się nieznacznie. Jakoś trzeba było zainteresować kobietę. A skoro podróżowała to pewnie też lubi poznawać różne ciekawostki i może nawet lubi słuchać o podróżach i przygodach innych. Więc są niejakie szanse.

    OdpowiedzUsuń
  49. - Prawdopodobnie zorza polarna jest bardzo pięknym zjawiskiem. JA niestety nie miałem tego szczęścia aby ją widzieć.- powiedziałem.- Ale chodzi ci o kontynent, czy o Stany Zjednoczone?- zapytałem nieco zbity z tropu.- Jeśli chodzi o Stany to nie byłem. Przez jakiś czas byłem w Kanadzie na pokazach lotniczych. Ale to niecały tydzień i raczej się nie na zwiedzałem.- westchnąłem z niejakim żalem.- Tak, głównie emocje. Ale niby też kilka cech charakteru idzie wyczytać w taki sposób.- nieco się zaśmiałem.- Jeśli chodzi o kłamstwo to chyba politycy osiągnęli w tym mistrzostwo.- puściłem do niej oczko. Mówiłem ogółem o politykach, poza tym Magda nie wydawała się być osobą przesiąkniętą ideologią.- Wróżenie z ręki jest tragiczne i zarazem bardzo proste. Ogólne wróżenie jest proste.- uśmiechnąłem się.- Naprawdę. Po prostu mówi się to co człowiek chce usłyszeć, albo coś co ciężko jest sprawdzić a jest wysoce prawdopodobne. O dajmy na to: „pani kupi białego psa w czarne łaty i pani mąż kiedy go zobaczy powie, że od teraz będzie się wabił Ciapek”.- wymyśliłem na poczekaniu jakąś wróżbę.- Ale twoje życie jeszcze trwa…może to tylko chwilowy zastój? W tych czasach nie można być niczego pewnym. Właściwie to ja nigdy nie jestem niczego w stu procentach pewny.- uśmiechnąłem się nieco.- Za każdym razem coś mnie zaskoczy.- zaśmiałem się nieco.- Ale to chyba taki urok życia…zaskoczenie.

    OdpowiedzUsuń
  50. - Nie byłem.- pokiwałem głową.- Ale jeszcze młody jestem, to może po wojnie się wybiorę?- uśmiechnąłem się. Nieco zmarszczyłem brwi, kiedy mówiła o tych budowlach.- Może chodzi ci o Empire State Building?- zapytałem tylko to mi się kojarzyło. A jeszcze jeśli zawęży się obszar poszukiwań tylko do Nowego Yorku… to już rozumie się samo przez siebie.- Jak to jest widzieć to wszystko z góry? Normalnie. To znaczy się może tylko i wyłącznie dla mnie, ale z całą pewnością wszystko jest pomniejszone i można zobaczyć więcej. Z pewnej wysokości ludzie wyglądają jak mrówki, albo jakieś pojedyncze plamki.- powiedziałem. Nieco przygryzłem wargę.- Jestem pilotem myśliwca. Nie licząc Bitwy o Anglię, kiedy walczyłem nad kanałem la Manche oraz nad zniszczonym Londynem to nie widziałem z góry tak wielu zniszczonych miast, domów… Poza tym byłem na terytorium wroga, nie przyglądałem się temu zbytnio. Ale wygląda to chyba tak jak na dole…może mniej okrutnie.- na chwilę spochmurniałem. Pogrążyłem się jakby w zadumie.- Zależy co chcesz zrobić. Poza tym dwadzieścia trzy lata to nie jest aż tak sporo.- uśmiechnąłem się nieco.- Co ja mam powiedzieć? Prawie trzydziestka na karku…a rozum nastolatka, ciało jak u ledwo dwudziestolatka.- zażartowałem nieco z tego wszystkiego.- Poza tym nie wyglądasz staro. A już na pewno nie jak stulatka…chociaż czy ja wiem? Raczej nigdy stulatki nie widziałem…i jeśli w tym wieku zanikają zmarszczki, wracają siły i ogólnie procesy starzenia się cofają, to tak. Wtedy wyglądasz jak stulatka.- uśmiechnąłem się. Ktoś wszedł do kawiarni i niemalże natychmiast podszedł do naszego stolika. Jakiś młody podoficerek Luftwaffe, który oznajmił, że muszę natychmiast zjawić się w takim a takim miejscu. Pożegnałem Magdę i wyszedłem w ślad za podoficerem.

    [To co teraz Valentin jakoś się dowie, gdzie mieszka Magda i robimy wizytę po pijaku?]

    OdpowiedzUsuń
  51. Kilka dni po spotkaniu z Magdą, znajomi…koledzy…przyjaciele z eskadry zaprosili mnie na popijawę. No nie mogłem odmówić. Poza tym należało jakoś odreagować stresującą służbę, prawda? Prawda. Całkiem możliwe, że nieco przesadziliśmy. No ale byliśmy dorośli i mogliśmy…najwyżej później dostaniemy zjebkę od dowódcy za pijaństwo. Ale nie pierwszy oraz nie ostatni raz. Razem z Thomasem wyszliśmy wcześniej. Wpadliśmy na genialny pomysł aby wpaść w odwiedziny do Ericha. Przynajmniej tak nam się wydawało. A obaj byliśmy wstawieni…
    Thomas zapukał do drzwi mieszkania, które wydawało nam się właściwe.
    - Ej…ale tyyyy pewnyyy jestesss?- zapytał Tom.
    - No….nieeee…- mruknąłem i pokiwałem głową.- A tyy?
    - Mhm.- mruknął i spoglądał na drzwi. Zapukał jeszcze raz. Drzwi otworzył ktoś. Na razie nie widziałem, bo światło z przedpokoju strasznie mnie raziło i spuściłem wzrok.- Werner…to Erich ma żonę? Albo kochankę?- zapytał szeptem.
    - Nie wiem…- powiedziałem i nieco podniosłem wzrok. Przede mną stała Magda. Ale żeby sama. Z dzieckiem! Uśmiechnałem się nieco speszony.- Bo…myyy…tennn…pomyliliśmy mieszkaniaaa…iiii przepraszamy najmocniej…- zacząłem się nieco koślawo tłumaczyć. No tak…to misterny plan poszedł w pizdu…

    OdpowiedzUsuń
  52. - Tak…- przytaknąłem niemalże natychmiast.- Pomyliliśmy drzwi.- wyjaśniłem. Thomas spoglądał to na mnie to na Magdę, dziecko i jakiegoś mężczyznę.- My już pójdziemy…przepraszamy…- wybełkotałem i nieco pociągnąłem Toma za sobą. Na tyle na ile pozwalał nam nasz stan, szybko wyszliśmy i przeszliśmy gdzieś dalej.
    ***
    Wracałem do domu wcześnie rano z nieco obolałą głową. Ale jak to mówię, bywało gorzej. Poza tym raczej nie pobiłem się z nikim, nikogo nie zabiłem, nie obraziłem. Więc było dobrze. W pewnej chwili zahaczył barkiem o jakiegoś innego żołnierza.
    - Pardon.-bąknął. Chciał jak najszybciej zmyć się z tej ulicy. Chciał jak najszybciej wrócić do siebie i przebrać się w jakieś czyste ubrania.
    Miał nadzieję, że to nie był ten facet, który wczoraj był w mieszkaniu Magdy. Chyba byłoby krucho…ale przecież nie zrobił nic złego, Każdy może się przecież pomylić.

    OdpowiedzUsuń
  53. Po dosyć ciężkim powrocie do domu przebrałem się w czyste ubrania. W czysty mundur. Miałem nawet zamiar iść na lotnisko i rozpocząć służbę, kiedy przypomniało mi się że wolne miałem. A że pogoda jak na październik nie była najgorsza to wybrałem się na spacer po parku. Spacerując alejkami zauważyłem na jednej z ławek Magdę. Siedziała i czytała książkę.
    - Zazwyczaj.- powiedziałem i nieco się uśmiechnąłem. – Ale nie ryzykuję kiedy chodzi o oficerów. Mogliby mnie zabić, a tego bym nie chciał.- zażartowałem.- Chciałem przeprosić za wczoraj. Ze znajomym pomyliliśmy adresy.-wyjaśniłem szybko. Chociaż chyba nie musiałem tego robić, mogła się domyślić, że tak się stało. Ale przeprosić wypadało. Nieco podchwyciłem jej wzrok. Spoglądała na dziecko.- Bardzo podobna do swojej matki.- powiedziałem z niejakim uśmiechem. Raczej to było dziecko Magdy…a ja cóż nie chciałbym mieć dziecka. Nawet gdyby była tylko mężatką to nie przeszkadzałoby mi to. Ale skoro ma dziecko, to zmienia to wszystko postać rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  54. - Ja tam się nie znam…- pokiwałem głową.- Poza tym twojego męża widziałem przez dwie minuty i do tego nieco rozmazanego…- westchnąłem nieco.- Bardziej powiedziałbym, że na zmęczonego.- wymusiłem niewielki uśmiech.- Nie, nie przeszkadza mi to…tylko może nieco dało do myślenia, że gdybym podjął może z jedną inną decyzję w życiu to sam miałbym takiego berbecia.- powiedziałem. Oczywiście było to kłamstwo, nie przepadałem za dziećmi…ale wbrew pozorom nie mógłbym takiego skrzywdzić.- Chciałem odmówić…ale skoro powiedziałaś, że nie przyjmujesz odmowy, to nie pozostaje mi nic innego jak się zgodzić.- zaśmiałem się nieco.- A wolałbym ci nie odmawiać…zresztą ja wolałbym nie odmawiać kobietom.- zażartowałem.- Powiedz mi tylko o której godzinie i przypomnij adres, bo nie zapamiętałem ani numeru mieszkania, ani ulicy.- uśmiechnąłem się nieco przepraszająco. Spojrzałem na zegarek. Za chwilę będę musiał iść. Jeszcze muszę coś załatwić.- Przepraszam cię, ale muszę powoli iść. Muszę załatwić jeszcze kilka rzeczy… Do zobaczenia.- pożegnałem Magdę i poszedłem w kierunku jednej z głównych ulic.

    OdpowiedzUsuń
  55. O umówionej godzinie zjawiłem się przed mieszkaniem Magdy i jej męża. Nieco się uśmiechnąłem widząc męża Magdy…na trzeźwo wyglądał zdecydowanie lepiej. Był zdecydowanie mniej rozmazany. Chwilę porozmawialiśmy wymieniliśmy się zdawkowymi uwagami. Jakoś dziwnie się czułem. A później jeszcze przyjechała rodzina Curta… No teraz to ja się czułem jak jakieś piąte koło u wozu. Do tego jego ojciec i wij tak się na mnie dziwnie patrzyli. A ja nie wiem dlaczego. Zrozumiałbym, gdybym był w SS… Wehrmacht i SS nigdy nie były w najlepszej komitywie. Ale byłem w mundurze Luftwaffe…byłem takim samym oficerem jak oni. Co z tego, że niższym stopniem. Ale z pewnością nie mniej doświadczonym.
    Najgorsze w tym wszystkim było to, że to wcale nie chodziło o to, że chcą porozmawiać w samotności. Gdyby tak było to z pewnością by mnie wyprosili. A kiedy chciałem kulturalnie opuścić miejsce pod jakimś pretekstem, Magda by raczej nie prosiła abym został jeszcze chwilę. Teraz jednak mimo wszystko dziwnie się czułem obserwowany przez majora i pułkownika. Najgorsze było to, że nie wiedziałem o co może im do cholery chodzić.
    - Ja może już pójdę…nie będę psuł państwu rodzinnego spotkania.- powiedziałem może nieco niepewnym głosem. I nieco zachrypniętym.- Do widzenia państwu.- dodałem i odwróciłem się na pięcie. Pewnie zaraz bym stąd wyszedł, gdyby ktoś mnie niemalże siłą nie zatrzymał.

    OdpowiedzUsuń
  56. Zostałem. Bo co miałem zrobić? Wyjść i narazić się na jakieś nieprzyjemności ze strony Magdy, którą polubiłem? Nie…poza tym miałem niewielu przyjaciół w Warszawie. Na szczęście po jakimś czasie atmosfera nieco się rozluźniła i zaczęło się robić…przyjemnie.
    Kiedy wspomniano o Vossie…tym prawdziwym, nieco się uśmiechnąłem.
    - Tak. Werner Voss był bardzo dobrym pilotem. Szkoda, że zmarł…raczej niewiele osób pamięta o nim. Z ubiegłej wojny prym wiedzie słynny Czerwony Baron, albo Oswald Boelke. Nie mówię, że niesłusznie, bo oni też byli dobrymi pilotami. Ale Voss chyba był lepszy.- nieznacznie się uśmiechnąłem.- Wydaje mi się, że obecna kadra też jest nienajgorsza.- uśmiechnąłem się nieco.- Oczywiście przeciwnicy…przynajmniej większość też są niczego sobie.
    - Na przykład?- zapytał pułkownik.
    - Polacy.- odpowiedziałem bez zastanowienia. Po tych słowach pułkownik wybuchnął śmiechem.- Nie byłoby pułkownikowi tak do śmiechu, gdyby zobaczyłby ich pan w akcji. Sam Adolf Galland, unikał Polaków jak ognia podczas bitwy o Anglię. Oczywiście po tym jak go dwa razy zestrzelili. Kontynuując, Douglas Bader też jest dobrym pilotem. Po pewnym wypadku amputowano mu obie nogi, ale latał…pewnie latałby dalej, gdyby nie fakt, że został zestrzelony, przez wcześniej wspomnianego Gallanda.- uśmiechnąłem się nieznacznie.
    - Zna pan rzeczonego pilota?- zapytał zaciekawiony pułkownik.
    - Tak. Gallanda poznałem podczas wojny w Hiszpanii, a Badera podczas pokazów lotniczych w pobliżu Glasgow.- nieco uśmiechnąłem się.- A jeszcze podczas służby w Legionie Condor poznałem Wernera Moldersa. I dowódcę…ostatniego zresztą. Von Richthofena, kuzyna legendarnego Czerwonego Barona. Coś tam szepnął o kuzynie, oraz wspominanym przez szanowną panią Vossie.- nie mogłem się nie uśmiechnąć. Nie przechwalałem się…a może się przechwalałem? Ale przecież różnych ludzi można poznać. Poza tym Z Gallandem nie utrzymuję jakiś kontaktów, z Moldersem też, von Richthofen mnie nie pamięta…więc to pewnie taka jednostronna znajomość. Chociaż ci pierwsi mogą mnie nieco pamiętać.

    OdpowiedzUsuń
  57. Miękki dotyk materiału mnie zaskoczył. To się działo naprawdę? Nie przywiązuj się do tego, przeszło mi przez myśl. Im właśnie o to chodzi. Dadzą coś dobrego, a potem zabiorą. Będzie jeszcze gorzej.. Chwyciłem brzeg koca i podciągnąłem go wyżej, jakby warstwa materiału mogła być jakąś ochroną. Czekałem, aż mi to zabiorą. Aż znowu zacznie się bicie, poniżanie… Jak przez ostatnie dni.
    Tylko że żaden cios nie nastąpił. Było ttak… cicho. Nikt nie krzyczał. Nie było słychać uderzeń pałki, świstu bicza, łomotu podkutych butów i zaciśniętych pięści. Przez długą chwilę rozkoszowałem się tą harmonią, złudnym bezpieczeństwem. Nic więcej nie chcę. Już nic.
    Ktoś, kto mnie przykrył, nadal był obok, wyraźnie wyczuwałem czyjąś obecność. Powoli otworzyłem oczy.
    - H-herr Unteroffizier – wyjąkałem zaskoczony. Miałem ochrypły, zgnębiony głos. Nie ośmieliłem się zwrócić się do niego po imieniu. Nie po tym wszystkim. Zdawałem sobie sprawę, jak nędzny, jak bezwartościowy w tej chwili jestem. Słaby, odarty dumy, chory kapuś! Nie zasługiwałem na miano ruskiego sołdata, a co dopiero niemieckiego żołnierza.

    OdpowiedzUsuń
  58. - Jak to mówią co kto lubi. Nie należy nikogo do niczego zmuszać.- powiedziałem z niejakim uśmiechem. Słuchałem wymiany zdań pomiędzy pułkownikiem, majorem, a mężem Magdy. Też mi propozycja… Osobiście bym nie przyjął. Nawet gdyby mi proponowali przejście do SS ze stopniem generała brygady, wszystkimi możliwymi odznaczeniami… Zbyt dobrze było w Luftwaffe. Przynajmmniej ja nie narzekałem. Po słowach Curta zapadło znamienne milczenie. Aż strach było się odezwać. Dobrze, że Magda zaproponowała wypicie wina. Ktoś potwierdził, że to bardzo dobry pomysł. Ja się nieco chwilowo wyłączyłem.
    Niejakie oprzytomnienie przyszło, kiedy ktoś coś do mnie powiedział.
    - Słucham?- zapytałem z grzeczności i spojrzałem na ojca Curta.- Nieco się zamyśliłem.- powiedziałem nieco wyjaśniając ten stan rzeczy.- Lotnicy czasem tak mają. Na ziemi, czasami się wyłączają i popadają w niejaką apatię. Nie wszyscy, ale część.- uśmiechnąłem się przepraszająco i upiłem łyk wina. Było bardzo dobre, chyba francuskie…ale mogłem się mylić. Jakimś wielkim znawcą nie byłem. Ale w miarę wypitych trunków, nauczyłem się tego i owego. Poza tym nieco podszkoliła mnie jedna z moich byłych kochanek. A była to piękna kobieta, która lubiła wina…do tego Francuzka.

    OdpowiedzUsuń
  59. Ja rozumiem, że ja święty nie jestem…i że wypić dużo lubię…ale to co zrobił wuj Curta… Myślałem, że facet ma nieco mocniejszą głowę. A tu taki myk. Zresztą widać było, że rodzina się za niego wstydzi.
    - Nie ma za co przepraszać.- powiedziałem. Sam nie wypiłem za wiele…prawie nic, można pomyśleć że jestem niemalże abstynentem. Nie jestem, ale chciałem trochę za takiego uchodzić.- Nie ma ludzi idealnych…poza tym wiem z doświadczenia, że na następny dzień będzie nieco żałował… Żałował, że tyle wypił i go głowa będzie bolała.- powiedziałem z lekkim uśmiechem.
    Spojrzałem na nich. Wydawało się, ze tworzyli udaną rodzinę. Nieco żałowałem, że z moją miałem strasznie ograniczony kontakt. Starszy brat w Szwajcarii razem z rodzicami, młodsza siostra w Hiszpanii, młodszy brat w Portugalii. Trochę nas porozrzucało po świecie. Miałem tylko nadzieję, że nie zaczniemy rozmawiać na tematy polityki… Nie lubiłem tego. W szczególności w tych czasach. Ale z resztą….mnie to tam było obojętne, dla mnie każda ideologia była obca. I nie pojęte było dla mnie to, ze SS czy inni fanatycy im podobni bili się za Führera. JA biłem się, bo to było coś…coś innego. Dawało mnóstwo wrażeń, adrenaliny. I coraz częściej obserwowałem, że takie walki powietrzne, dają mi mnóstwo jakiejś radości. W szczególności kiedy widziałem jak samolot z innym pilotem się rozbija.
    - Długo w Warszawie?- zapytałem z ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  60. - Jak to mówią rodziny się nie wybiera. Ale mimo wszystko lepiej jest mieć jakąś byle jakąś…niż wcale.- Cohelo by się schował, przy tych słowach. Chociaż jak powszechnie wiadomo, w każdej rodzinie zjawi się jakaś czarna owca. I na to nie ma się żadnego wpływu.
    - Warszawa od Dortmundu nie jest aż tak bardzo daleko. Na święta zawsze można się zobaczyć. Poza tym jakoś raz w miesiącu dałoby radę pojechać w odwiedziny.- wzruszyłem ramionami z niejakim uśmiechem.- W moim przypadku byłoby raczej ciężko, nawet na święta.
    - To skąd pan pochodzi?- zapytał ojciec Curta.
    - Trochę mieszkałem w Szwajcarii, a później pomieszkiwałem w Ulm. Właściwie to z rodziną nigdzie jakoś na dłużej miejsca nie zagrzaliśmy.- wzruszyłem ramionami.- Później jakoś to wyszło, że porozrzucało nas po Europie. I ja wylądowałem tutaj. W Warszawie. Niecały miesiąc temu.- nikły uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Mimo wszystko tak było bezpieczniej powiedzieć. Jeśli ktoś zapyta się o jakieś konkrety to powiem. Coś niecoś mogę ubarwić, coś przemilczeć. Jakoś to będzie zresztą ja sam zacząłem ten temat.

    OdpowiedzUsuń
  61. Biorę głęboki wdech. Zaraz, ale że jak to? Cesare Neumann wrócił? I że CO? Do ABWEHRY?! DALI PE...ZNACZY PAWIANA DO ABWEHRY?! Na myśl o homoseksualiście w wywiadzie wojskowym robi mi się słabo. Z nieukrywaną zgrozą patrzę na Kurta. On...on żartuje, co nie? To tylko żarcik sytuacyjny? Rany boskie, jak tylko pomyślę o tym idiocie...Przecież plany Canarisa zakładały kontakt z R-35 w sprawie RSHA M37, a przyjazd tego młodocianego głąba wszystko zniszczy!
    -Raczysz żartować, Kurt-wyrywa mi się bezwiednie. Po chwili przerywam. Chrząkam, zakłopotany. Uśmiecham się przepraszająco i podsuwam Kehlowi filiżankę kawy.
    -Wybacz to nagłe przejście na "ty", ale skoro już popełniłem nietakt, to przy nim zostańmy, to ułatwia sprawę-wyjaśniam. Stukam nerwowo palcami w blat biurka, wystraszony. Z sąsiednich domów słychać radio, śmiech i hałas.
    No to, kurwa, świetnie. Zamiast szukać R-35 i inwigilować tego szmaciarza, wazelinę hitlerowską, mam pilnować rudego gówniarza z upodobaniem do spodni i jego protektora...o tempora, o mores! O czasy! O obyczaje! Przed wojną takich szumowin za próg dowództwa by nie puścili, a teraz ich jeszcze przenoszą...No, ale z drugiej strony można zwalić to na Sonnera i Lettow-Vorbecka, niech oni się martwią. Fischer, Fischer, Fischer...Grabisz sobie, suczy synu, i to nawet nie wiesz, jak!
    -Dobrze, przyjmijmy, że to nie żart, ale mam nadzieję, że tego twojego kumpla do II Abteilungen nie wzięli - uśmiecham się. Po chwili poważnieję.
    "Bezpieczeństwo? A coś takiego istmieje?"
    -Owszem, bezpieczeństwo istnieje, jeśli wie się, z kim rozmawiać. Z mojej strony gwarantuję, że Frau Magda i Fräulein Marie będą bezpieczne i włos im z głowy nie spadnie, chyba że ta szczyna na honorze Niemiec, Wartenburg, na was doniesie. -powtarzam moją deklarację. Po chwili namysłu wychodzę z pokoju. Wracam po 20 minutach z papierosami, kolejną kawą i teczką ze skóry. Stawiam kawę i papierosy, wskazuję je gestem Unterfeldfeblowi po czym wyjmuję dokumenty na zewnątrz. Przeglądam je niecierpliwie, mrucząc do siebie jak niedźwiedź i szukając tego, co najniezbędniejsze. Raport jeden, drugi, trzeci, zdjęcia, parę dokumentów...
    -O, tutaj to mam. Zerknij na to. -wręczam mu dokumenty, po czym zapalam od świecy swoje cygaro. -Nasz wielce partyjny herr Fischer przypadkiem wyląduje jutro w kompanii zmierzającej do Diemiańska. Oczywiście wiesz, taki absolutny przypadek, z którym nie miałem nic wspólnego. Co do Wartenburga...Nie jestem pewny, na ile mój adiutant mówił prawdę, ale w grę wchodziła działałność...filantropijna. Jeśli dasz mi dwa dni, to równo za dwa dni o tej porze zapraszam do mojego gabinetu w siedzibie gestapo, gdzie będą na nas czekać stosowne dokumenty. Poza tym, z tego, co wiem, Canaris przysłał do Warschau agenta, który ma go obserwować i w razie potrzeby załatwić nakaz aresztowania...a tu, w tej kopercie, jest meldunek Johanna.
    Milknę. Wręczam Kurtowi niewielką, niebieską kopertę. Zapewne jeszcze pamięta sprawę Schymansky'ego i aferę z pułkownikową von Malzahn...Jeśli nie pamięta, tym lepiej. W pokoju jest dość ciepło, jak na tę porę roku. Świeca dopala się z wolna na oknie, z dala od dokumentów i teczek. Seledynowe okładki, biały, czerpany papier, państwowe orły i umlauty w tytułach wyglądają wiarygodnie. Nie ma nawet śladu fałszerstwa.
    -Mój kuzyn, hrabia Schenk, poprosił mnie o...-szukam odpowiedniego słowa. -O pomoc w sprawie Wartenburga, który miał donosić na jego żonę Melittę. Oczywiście tamten goguś nie wie o niczym, niemniej jednak...sam rozumiesz, że żaden z nas mu nie ufa. Zresztą Alexander jest chory. I to tak chory, że Bóg jeden wie, czy dożyje końca tej całej "wojny".
    Bo to już nie jest wojna. To po prostu zwykła farsa. Włochy nie nadają się do niczego, Japończycy tłuką się z Chinami i mają nas hen daleko aż do Ulm, a inni...Do tego ci alianci i historia z Wrightem. Ciekawe, czy Kehlowi obiło się to o uszy. Jeśli nie, cóż...To tylko dowodzi niebywałej głupoty Anglików.

    OdpowiedzUsuń
  62. Wizyta tu i tam nie poszła na marne. Gdy wchodzę do domu Kehlów, czuję się wspaniale. Nic tak nie pomaga w trawieniu wina i potraw, jak mszczenie się na ludziach - a w szczególności na kimś tak irytującym, jak ta kanalia, Fischer. Ściskam wylewnie rękę Kurta, zachwycony swoim własnym podstępem. To się nazywa być prawdziwym Niccòlo Machiavellim! Za jednym razem sprzątnąć tylu wrogów, zaiste, trzeba być po prostu Matthiasem Anwardenem! Siadam na jakimŝ krześle, opieram teczkę, którą przyniosłem, o ścianę. Jestem z siebie tak dumny, że to widać - moja spocona twarz promienieje, uśmiecham się szeroko. Typowy Polak węszyłby w tym zachwyt nad trupami mych ofiar..."O", dziwię się krótko i treściwie. "Przyszywany wujek" brzmi bardzo dobrze! Nawet niezwykle dobrze! Cieszy mnie, że przyzwoita rodzina uczciwych ludzi się powiększy, Kehlowie to dobra krew - choć nie mają tytułu. Zresztą tytuł szlachecki o niczym nie stanowi. To krew i uczynki świadczą o tym, jaki jest ktoś, kogo poznałem, nie herb i stan kasy.
    -Moje najszczersze gratulacje, Kurt!
    Kiedy mija nas starsza dama, zapewne matka Kurta, składam jej przedwojenmy ukłon i wymieniam z nią zdawkowe "Guten Morgen, Frau Kehl". Podobnie witam jego stryja, choć przysięgam, że widziałem, jak Gabriel Hoffmann spojrzał na mnie jak morderca. Pokrywam krótkim śmieszkiem zmieszanie, że też jeszcze pamięta tę...sytuację...z sierpnia! Cóż, to dowodzi tym bardziej, że spożycie alkoholu w towarzystwie Martina powinno być zakazane. Kilka minut później przechodzimy do pustego, acz, jak dla mnie, elegancko urządzonego pokoju.
    -Wniosek w sprawie Fischera wpłynął i w ciągu tygodnia, dwóch... - uśmiecham się dość zjadliwie. Wyciągam z teczki jakieś tam papiery dotyczące sprawy Malzahnów, które miał podpisać Kehl, i wręczam mu je. Nic ważnego, protokół ze śledztwa, przesłuchania Johanna...
    -Podpisz to -proponuję spokojnie, wyjmując nie bez trudu z teczki buteleczkę wybornej niemieckiej wódki, zamkniętej na korek. Jego szorstka faktura ociera mi się o palce, kiedy próbuję otworzyć. Wyczuwam też zimne, twarde ściany samej butelki, w której połyskuje płyn. Po chwili udaje mi się wlać srebrny, zimny alkohol do dwóch szklanek...nie, trzech, bo dołączył do nas pułkownik Hoffmann. Z zadowoleniem wznoszę szklankę do góry, wstając.
    Zdrowie Magdy i waszych dzieci!-wznosi toast pułkownik Hoffmann. Wypija wszystko jednym łykiem, ja zaś - dumny z siebie - piję tylko łyk. Kiedy pani Kehl odwołuje Gabriela do telefonu, kontynuuję rozmowę:
    Ta jedna osoba, która zniknęła...Mój adiutant i kilka innych źródeł sądzą, że nasz Obergefreiter dopuścił jej ucieczkę bądź...Najgorsza hipoteza jest taka, że po prostu ukrywa tą brakującą osobę, ale nie mam teraz jak tego sprawdzić.
    Łykam kolejny haust wódki. Wyjmuję kolejny dokument, przyniesiony mi dziś rano.
    -Potwierdza się teza, że Schäfer był szpionem Rosji. Ten gość jest już skończony-nie kryję zadowolonego uśmiechu. -Widziano go kilkakrotnie w pobliżu budynku, gdzie w styczniu, rok temu, znalazłem radziecką radiostację. Miejsce to było spalone, ale czy o tym nie wiedział, czy...dość, że został tam sfotografowany. Notowania Wartenburga poleciały grubo w dół - kuzyn hrabia Peter, który chciał go wybielać, zerwał stosunki z jego rodzicami, uważa go za zdrajcę ojczyzny, Stauffenbergowie prędzej za drzwi go wyrzucą niż przyjmą u siebie, a co do mnie...
    Mrugam powiekami. Zimna szklanka nieco drży mi w palcach pokrytych atramentem z długopisu. Nieco wygnieciony mundur układa się miękko na moim krępym ciele.
    -Między nami mówiąc, gdyby zagroził moim siostrom w jakiś sposób, pierwszy bym go rozstrzelał bez wahania. Ale że na razie im nie zagraża...Zresztą kapitan Mehnert będzie potrafił sobie poradzić, gdyby sprawiał problemy.
    W pokoju czuć ostrą woń wódki, potu, ideałów arystokracji, zemsty i jest kurewsko zimno.

    OdpowiedzUsuń
  63. W pierwszej chwili uniosłem głowę, zaskoczony. Nie spodziewałem się, że ktokolwiek przyjdzie mnie odwiedzić. Bo i po co? Przypuszczałem, że wieści o tym, że byłem przesłuchiwany już się rozniosły. Jestem skończony, pomyślałem gorzko, niepierwszy raz. Będzie dobrze, jeżeli po tym całym syfie nie przeniosą mnie w jakiś „ustronny” zakątek Rosji. A nawet jeśli nie… Kim ja teraz jestem? Nikim. Sponiewieraną szmatą, nie żołnierzem. Tchórzem.
    Zawsze byłem cholernym tchórzem.
    Gdybym wytrzymał jeszcze to jedno przesłuchanie… Tylko jedno.
    Uciekłem spojrzeniem. Szpitalne światło raziło mnie w oczy, ale uparcie wbijałem wzrok w białą ścianę. Zostawcie mnie wszyscy.

    OdpowiedzUsuń
  64. (Sprawdź pocztę, to ważne.)

    Gubernator Minami

    OdpowiedzUsuń
  65. — Nie kurwa! Nie! To nie jest proszę, kurwa, ja pana frustracja! To jest stwierdzenie jebanych faktów! Jebanych faktów, które, kurwa jego mać, wyszły na to jebane światło dzienne! – wiadome przerywniki mówiłem po polsku. Jak to ładnie brzmiało, ach! Jak będę jutro brzmiał po tym wszystkim.
    — A wy kurwa co?! Co stoicie jak te jebane widły w jebanym gnoju?! Już kurwa przywlec mi tego pierdolonego partyzanta. Raus! – wykrzyczałem i jeszcze wskazałem na kamienicę. – Już was do kurwy nędzy nie ma! – ponagliłem.
    — Uspokój się Martin – powiedział Wernitz spokojnym tonem.
    — Przecież jestem kurwa spokojny!
    — Spokojnie. Martinie, nie denerwuj się – powiedział znowu. Widząc jednak moją minę i to jak bluzgam zdecydowanie ciszej niż wcześniej, spojrzał na tarczę zegarka. – Czyżbyś planował iść na rekord?
    — Jak mam się nie denerwować? Jak, kurwa, mam się nie denerwować?! Przychodzę tutaj jak na gotowe, tutaj jedno wielkie jebane niczym wielki kanion gówno. A nie przepraszam, nawet tutaj gówna nie ma! Tutaj nawet chujni z grzybnią nie ma! - pokiwałem przecząco głową. Wyciągnąłem z paczki papierosy i zapaliłem jednego. Ten „wybuch” był konieczny. Chciałem w razie czegoś ugrać Antkowi nieco czasu. Chociaż pewnie jego już nie było tutaj w tym mieszkaniu. Przy dobrych wiatrach to nawet na tej ulicy go nie było. Może i w tej dzielnicy.

    OdpowiedzUsuń