poniedziałek, 2 listopada 2015

Nic to.




Michał Adam Wojciechowski || ps. Pstry || Urodzony w Gdańsku || W Warszawie u ciotki || 25 grudnia 1923 || Ten średni z trójki rodzeństwa || Ojciec był na wojnie || Matka była w obozie pracy ||  Brat walczył || Cała trójka nie żyje || Pies Reks wiernie u nogi || Kot Beksa w domu ||  metr siedemdziesiąt pięć wzrostu || biegły niemiecki, zaawansowany rosyjski || szpiegowanie na rzecz ojczyzny jakoś tak przez przypadek wyszło || przez wrogów nazywany Bombowym Chłopcem || czasami, aby zdobyć jakieś informacje przybiera imię Richard Lindemann (jeżeli ma wejść w "towarzystwo" Abwehry) lub Bastian von Engel (jeżeli znajduje się w otoczeniu osób z Wehrmachtu)


„Ja tylko… Chciałem być zwyczajnym człowiekiem i dostawać zwyczajną wypłatę… Poślubić kobietę, która nie była by ani ładna ani brzydka…
I mieć dwójkę dzieci. Pierwsza byłaby dziewczynka, a drugi chłopak. Wycofałbym się z życia zawodowego, jak tylko córka wyszła by za mąż, a syn dostałby pracę.
Na emeryturze gdybym się nudził, grał bym w szachy i warcaby… Żyłbym zwyczajnie bez żadnych trosk. Umarłbym ze starości i wcześniej niż żona.
Takiego życia zawsze pragnąłem. Ale wpakowałem się w to bagno co jest do mnie niepodobne. Chciałbym umrzeć w zwyczajny sposób. Nie wyjdę z tego cało.”

 

[Witam i zapraszam do wątków i powiązań. Wątki indywidualne, jak najbardziej na tak. Kontakt przez maila: szisza600@gmail.com ]

200 komentarzy:

  1. (Może jakiś wątek? :D Można kontynuować to, co było, czyli przyjaźń w konspiracji, lub spotkanie przypadkowe. Ale tu już zdaję się na Ciebie, bo kompletnie nie mam siły myśleć ;-;)

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  2. (Dobry pomysł, ale lepiej, żebyś to Ty zaczęła - ja po szkole zazwyczaj jestem konająca i bez pomysłów :_: )

    OdpowiedzUsuń
  3. Mijały dni, godziny, tygodnie. Weronika i jej mąż mieli kolejne zadania, starali się utrzymać oraz dobrze wychowywac dziecko. On pracował w fabryce, ona jako pielęgniarka w Szpitalu Wolskim. Do tego dochodziły codzienne zmartwienia x cyklu "skąd wziąć chleb?", "gdzie dostać węgiel?", "jak dostać kartki na erzac-kawę?". Wobec tego problem zniknięcia Pstrego wydawał się nieistotny. Prawda, dowództwo go szukało, ale na jego miejsce można było dać kogoś innego. Weronika i Simon myśleli wprawdzie o tym, szukali go, jednak na głowie mieli też codzienne problemy. Dlatego też moment, gdy blondynka spotkała go na ulicy, był co najmniej zaskakujący. Podeszła bliżej i dotknęła ramienia Michała.
    -Michał...Jak dobrze cię widzieć - odetchnęła z ulgą. - Musimy chwilę porozmawiać. Wszyscy się o ciebie martwią. Co się z tobą dzieje? Czemu zniknąłeś?
    Ludzie szli do pracy. Ryksze toczyły się po ulicach. Od czasu do czasu przewinął się granatowy policjant. Niebo było bardzo niebieskie, jak na listopad.

    OdpowiedzUsuń
  4. (Wolałbym coś nowego, np. nawiązać do ciotki Michała i mieszkającego u niej Niemca. Albo może Michał miałby w ramach jakiejś akcji udawać Niemca i oficera SS-u, wszystko szłoby dobrze, a tu bum, Anwarden kojarzy oficerzyka jako Polaka i...i tu by się improwizowało. :3 )

    OdpowiedzUsuń
  5. (Jakiś wątek z hrabią Alexandrem? :3 )

    OdpowiedzUsuń
  6. (W sumie to...raczej nie widzę tego w '41, chyba żeby to Alexander był oficerem, który rozstrzelał rodziców i brata - ? - Michała...Albo może kontakt niemieckiej konspiracji z polską jakiś, na jakimś przyjęciu czy czymś takim, sama nie wiem, no ;-; )

    OdpowiedzUsuń
  7. -Właśnie widzę - powiedziała nieco zbyt głośno, głośniej niż należało. Jakaś siwowłosa kobieta obejrzała się za nimi z wyraźnym zdziwieniem. Blondynka syknęła, wydęła pełne, blade od zimna wargi. Pociągnęła za sobą Michała; nawet, gdyby chciał, nie mógłby się za bardzo postawić, gdyż z sąsiedniej ulicy właśnie nadchodziła grupa pijanych Niemców w charakterystycznych mundurach. Zatrzymali się dopiero przed domem, w którym mieszkał Wojciechowski i Filipow. Zanim brunet zdążył coś powiedzieć, pani de Sevigny przeszła do ataku.
    - Z tobą to naprawdę oszaleć można! - wysyczała. - - Patrzcie no go, zniknął sobie, a biedna Elżunia łzami się zalewa! Stefan, ciotka Anna, wszyscy się martwią, w dowództwie wypytują o ciebie, nawet Sokół się niepokoi, a ty oczywiście "nie musicie się martwić". A co, wolałbyś, żebyśmy machnęli ręką? Wiem, że ciężko ci po stracie rodziców, ale...
    Nacisnęła klamkę; drzwi były otwarte. Filipow na widok dziewczyny rozdziawił usta w zdumieniu. Mimo wszystko musiał coś zrozumieć z jej tyrady, jednak wycofał się do innego pokoju.
    - Na twoim miejscu tym bardziej wzięłabym się do konspiracyjnej roboty. Niedługo będzie akcja, wysadzisz w powietrze tego gnoja, który ich zabił. Nie ty jeden kogoś straciłeś, moja siostra siedzi w Auschwitz, rodzice zmarli jeszcze w trzydziestym dziewiątym. Moi teściowie zresztą też. A co mają powiedzieć inni? Taki Wilk na przykład, powiesili mu żonę w siódmym miesiącu i co? I żyje. I jakoś sobie radzi, bo ją pomścił, strusia mać! - syknęła. - A ty zamykasz się w mieszkaniu i znikasz nie wiadomo na ile! Nie możesz pomyśleć o Elżuni, o ciotce Annie? Naprawdę?
    Zakończywszy swoją tyradę, udała się do kuchni z głośnym "pff". Wyraźnie nie była zadowolona, że zmuszają ją do mówienia rzeczy tak jasnych i oczywistych.

    OdpowiedzUsuń
  8. Przyjęcie trwa w najlepsze. Zaprosili wszystki: Schwartza, Stauffenbergów, Rosenheima, Weingartnera z siostrą. Urocze. Krążę między salami i po korytarzach z kieliszkiem wina w dłoni, unikając wspomnienia Hanny. Dwa miesiące temu została rozstrzelana za zdradę Rzeszy. Za zdradę? Orkiestra wygrywa z całych sił jakieś lekkie kawałki, nawet nie mam ochoty ich rozpoznawać. To wszystko jest takie męczące, takie sztuczne, takie denerwujące...Frau Riefenstahl, ta reżyserka, właśnie wznosi toast na cześć gubernatora Franka. Spełniam go, choćby dlatego, że tak trzeba. Tylko ten cholerny wyrzut sumienia...
    Spostrzegam nagle młodego Wojciechowskiego. Przecieram oczy w zdumieniu raz, drugi, trzeci. Co on tu, do diabła, robi? Volksdeutsche? Ale przecież nie chciaľ podpisać listy, deklarował się jako Polak! To nie ma sensu. I nie miałoby go, nawet gdyby chłopak miał na sobie mundur generała. Podchodzę bliżej. Kokietująca go blondynka w szaroniebieskim futrze uśmiecha się promiennie.
    - Stürmbannfuhrer Matthias von Anwarden. A to podpułkownik Engel, niezwykle miły, czarujący młodzieniec. Na pewno się zaprzyjaźnicie!
    Odchodzi, chichocząc. Nie powiem, bardzo podobny do Bastiana von Engel, ale jest sporo różnic - chociażby fakt, że prawdziwy Bastian unikałby kobiet jak ognia. Uśmiecham się drwiąco.
    - Pani Helga miała rację, jest pan interesujący, Engel. Od kiedy to zwraca pan uwagę na kobiety? Podobno był pan zaręczony, nieprawda?
    Orkiestra kończy grać. Zapalam papierosa; metaliczny dym i posmak zabije się winem. Sam na sam z wrogiem, co za ironia.

    OdpowiedzUsuń
  9. (Napisałaś, że tylko rodzice Michała nie żyją >> Cytując Ciebie - "państwo Wojciechowscy nie żyją", o Stefanie nie było mowy. No ale dopsze, można tak przyjąć)

    Blondynka wzdrygnęła się delikatnie. Michał miał sporo racji, o tym akurat nie pomyślała. Uwagę Filipowa skomentowała krótkim skinieniem głowy - dobrze, nie będzie na niego wrzeszczeć, i tak zresztą nie ma o co. Chyba niepotrzebnie dała się ponieść emocjom, mimo wszystko takie znikanie nie było jednak w porządku.
    - Wiem, że musisz się kryć - zaczęła grzebać w torebce, żeby znaleźć puderniczkę, starając się przy okazji ukryć zmartwienie, niepokój, ale i zmieszanie. Z jednej strony każdy musiał się kryć, unikać Niemców i to akurat. - Ale Ela za tobą tęskni. Nie powinieneś jej jakoś dać znać, że żyjesz? Minęło już trochę czasu. Bezpieczeństwo bezpieczeństwem, ale jak ma płakać po nocach za bratem...
    Westchnęła cicho. Wreszcie natrafiła na puderniczkę i wyjęła ją z czeluści torebki; blada, spokojna twarz wyglądała dobrze w przytłumionym świetle. Schowała niewielki przedmiot z powrotem; czemu zawsze, gdy to robiła, musiała się czuć jak jakaś cholerna egoistka?
    Zaraz. Michał powiedział, że...
    Zachłysnęła się powietrzem, zszokowana. Omal nie wyrżnęła w drzwi.
    - Stefan nie żyje? - wykrztusiła. - O Boże...
    Co miała powiedzieć? "Tak mi przykro?" "Szkoda mi go?" Wszyscy powiedzieliby to samo, ale nie chciała powtarzać bezsensownych banałów. Po prostu spróbowała się uspokoić i położyć dłoń na ramieniu młodzieńca. Mimo wszystko szybko ją zdjęła, sama nie wiedziała czemu.
    Z pokoju dobiegło chrząknięcie Filipowa i szelest kartek. Kobieta zrozumiała. Po jej policzku spłynęła łza.
    - Rozumiem, Michał. Powiem dowództwu, że chcesz zrobić to sam. - powiedziała nieco ciszej, spokojniej, delikatniej. - U Aleksandrowicza, tam na placu Teatralnym, jest kocioł. Nie chodźcie tam. Człowiek, o którym mówisz...jak się nazywa?

    OdpowiedzUsuń
  10. ( Z byciem volksdeutschem nie przejdzie - Alexandra nie interesują takie listy, nie jest na tyle wysoko postawiony, by je układać :3 Ale może próby nawiązania kontaktów z niemieckim ruchem oporu? Może przypadkowe aresztowanie Michała zaowocuje tym, że bracia Schenk zyskają dodatkowy kontakt w Polsce? :3 )

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  11. Blondynka lekko kiwnęła głową. Meyer...Podpułkownik Meyer jak zwykle na scenie. Nie, żeby nie wplątał się w wiele innych spraw, którymi zajmowało się AK. Tego człowieka należało usunąć i tym zajmie się Michał. A co do Eli i pani Anny...cóż, to należy do ich gestii. Dlatego Weronika porozmawiała jeszcze chwilę o rzeczach obojętnych, potem pożegnała się i wyszła.
    Następne dni mijały jej powoli rutynowo, spokojnie. Wreszcie zdobyła informacje, których potrzebowała - pewnej niedzieli kobieta zakryta chustką zastukała do drzwi Filipowa. Gdy jej otworzono, wręczyła gryps - niewielką karteczkę z zeszytu, zapisaną krótką informacją za pomocą chemicznego ołówka. Wieści były dobre: "Meyer wraca 16 grudnia, jedzie przez Most Poniatowskiego". Podpisu nie było. Kobieta zostawiła wiadomość i wyszła, zanim któryś z młodych mężczyzn zdążył ją o coś zapytać.
    Ma, czego chciał - pomyślała Weronika, przebierając krzyczącego wniebogłosy synka. W tle zakukał zegar. Zobaczymy,co z tym zrobi.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Witam! Przyjmuję zaproszenie. Jakiś pomysł? Bo mnie zrodziła się taka myśl że Michał mógłby przez przypadek wpaść a Hauptmann Rommel, pomógłby mu się wydostać (żeby wkupić się w łaskę Polaków). Może być? Czy wolisz coś innego?]

    OdpowiedzUsuń
  13. Głupek z tego młodego. Tak głupio wpaść... Z relacji jaką przedstawił mi jeden szeregowiec, którego znokautował stwierdziłem że będzie idealny. Szybko myśli i jeszcze szybciej działa. Musiał znać tych z kamienicy. Może porozmawiałbym z nim sobie?
    - Glass? Przyprowadź mi tego... Adamskiego. Natychmiast.
    To teraz sobie poczekam. Po niecałej minucie wreszcie dotarli.
    - Rozkuj go Glass. - widząc jego zaniepokojone spojrzenie dodałem - Spokojnie nie ucieknie. Wyjdź. Herr Adamski we własnej osobie. Proszę usiąść.
    Zdezorientowany usiadł. Szkoda...już mu gębę obili.
    - Zrobimy tak. Ja powiem co mam do powiedzenia, dam panu kilka godzin na przemyślenie i się jakoś dogadamy. Więc zacznijmy od tego że raczej nie chce pan siedzieć tutaj do śmierci, proponuję współpracę, także dla pańskich znajomych. Postaram się o zwolnienie z aresztu. Załatwię nowe dokumenty. Lepsze dokumenty. Te wyglądają jakby robił je mały Hans na lekcjach plastyki. Ale mniejsza o to. Chcę zrobić nową siatkę szpiegowską, ale spokojnie, dokumenty będą trafiały najpierw do mnie gdzie będą przechodziły odpowiednią „korektę". Więcej nie mogę powiedzieć, ale mogę zapewnić że żaden Polak nie ucierpi. Myślę że kilka godzin powinno wystarczyć.
    Wstałem i zawołałem Glassa.
    - Zaprowadź go do izolatki. I niech mi go gestapo nie rusza!
    Muszę dowiedzieć się czegoś o nim. Cokolwiek, pseudonim, rodzina. Musi mieć jakiś słaby punkt. Coś musi go zmotywować do pracy. Mógłbym mu powiedzieć że bardziej o kontrwywiad chodzi niż o wywiad. Ale zobaczę jak się sprawy ułożą.

    OdpowiedzUsuń
  14. Minęły już cztery godziny. Mam nadzieję że się chłopak namyślił. Jest w nim potencjał, ma w sobie coś co przykuwa uwagę. I jego niemiecki jest tak samo dobry jak mój. Ciekawe czy zauważył że mówię z innym akcentem niż reszta. Wykręciłem odpowiedni numer i rzuciłem krótko żeby go przyprowadzili.
    - To jak? Będziesz współpracował ze mną? Nie będziesz podpisywał wyroku śmierci na kolegów z ZWZ. Czerwoni do nich nie należą. To na nich mi głównie zależy.- zapaliłem papierosa. Tak mi ręka drżała ze zdenerwowania - A poza tym, twoja siostra nie chciałaby żebyś trafił do Auschwitz. To jest możliwe, podobnie jak to że zginiesz zakatowany na gestapo. Daję ci możliwość współpracy z Abwehrą i ze mną. Radzę pospieszyć się z ostateczną odpowiedzią. Twoi przyjaciele po ostatnich przesłuchaniach ledwo ciągną.- uśmiechnąłem się cynicznie. co prawda blefowałem bo są zbyt cennym nabytkiem i nie pozwoliłbym ich zakatować. Jeśli teraz się nie zgodzi to porozmawiam sobie z nim po polsku. Może wtedy przejrzy na oczy. - Jeśli się namyślisz to powiedz że chcesz rozmawiać z Rommelem. Tylko błagam nie w nocy.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie spałem przez pół nocy, ciągle myślałem o Adamskim. Wiem że to nie jest jego prawdziwe nazwisko ale chcę mu pomóc. Ktoś będzie musiał kiedyś postawić Polskę na nogi. A takich jak on jest niewielu. Będąc już w moim gabinecie zadzwonił telefon.
    - Hermann? Co chciałeś?
    - Adamskiego, Rommel. I resztę jego towarzyszy broni.
    - Daj mi jeszcze trochę czasu. Dwa dni. Tylko tyle.
    - Dobra. Dwa dni, nie więcej.
    Rozłączyłem się z Wernitzem. To ostatni dzwonek bym mu pomógł. Nie wiem ile uda mi się prowadzić za nos gestapo i SD. Ostatnia szansa. Wypadałoby odpowiedzieć też na jego wcześniejsze pytania. Jeden odpowiedni telefon i po kilku minutach oczekiwania przyszedł przyprowadzony przez Glassa. Tak jak poprzednio rozkuł go, a ja zamknąłem za wychodzącym Glassem drzwi na klucz. Usiadłem po drugiej stronie biurka, z lewej kieszeni bluzy mundurowej wyciągnąłem mojego orzełka, zawiniętego w chusteczkę. Położyłem go przed chłopakiem.
    - Otwórz.- powiedziałem po polsku wskazując na zawiniątko.- Wiem że twoja odpowiedź brzmiała "nie", ale wysłuchaj mnie i wtedy zadecydujesz ostatecznie. Jak słusznie zauważyłeś mój akcent jest...inny. I na pomorzu byłem dwa razy w życiu. Wychowałem się na śląsku na terenach przygranicznych. Chcę ci tylko pomóc. Nie chcę żebyś zginął zakatowany na badaniach gestapowskich, ktoś będzie musiał odbudować Polskę. Nie liczę że mnie zrozumiesz, ale pomyśl o sobie, twojej rodzinie, przyjaciołach. Nie wiem ile jeszcze uda mi się wodzić służby bezpieczeństwa za nos. Postaram się zorganizować wam ucieczkę. Nie chcesz współpracować, to nie. Rozumiem że przysięgałeś na krzyż i orła. Ja też kiedyś przysięgałem. Aha...jeszcze coś, twoi przyjaciele mają się dobrze.- zapaliłem papierosa - Ucieczka to tylko ostateczność. Nie mamy przecież pewności że się uda. Tak to z legalnymi papierami byś wyszedł. Zaszyłbyś się gdzieś na jakiś czas i oboje zapomnielibyśmy o tej rozmowie. Na pewno chcesz żyć, masz jeszcze czas na śmierć. Chcę ci tylko pomóc.- brzmiało to desperacko zapewne, ale co innego mi pozostało? Wstałem, odebrałem mojego orzełka i otworzyłem drzwi. "I przysięgnij mi Marcinie że będziesz dobrym człowiekiem". Przepraszam babciu, przepraszam dziadku ale nie jestem dobrym człowiekiem. Oto przykład desperacji Polaka...Wasserpolaka.

    OdpowiedzUsuń
  16. Meyer nie żyje. A ja siedzę z jego zabójcą, albo współzabójcą. Świetnie. Mruknąłem coś do sekretarki, zapewne o tym że mi jest strasznie przykro (a tak nie jest) i żeby sobie poszła. Znowu zamknąłem drzwi na klucz i odwróciłem się do chłopaka.
    - Moje gratulacje. Widać że tobie to nie pierwszyzna.- to na pewno on. Odezwał się wesoło gdy usłyszał o jego śmierci, chociaż mogę się mylić.- Pytałeś się o haczyki. Jakieś tam są. Od czasu do czasu będzie trzeba wykonać robotę, przy której można się pobrudzić. I potrzebny mi jest jakiś dobry radiotelegrafista.- mój zginął, a jakoś muszę skontaktować się z Londynem.- To nie są za wielkie wymagania. Tylko jeśli wpadniecie podczas wykonywania wyroku, zapominam o tej rozmowie i raczej nie uda mi się wam pomóc.- zapaliłem kolejnego papierosa. Gdzie ja będę płuc szukał? Żeby jeszcze jakoś papierosy smak miały jakiś dobry, a nie dość że śmierdzi to jeszcze okropny posmak pozostaje w ustach.- Oboje wolelibyśmy żeby obyło się bez wpadek. Prawda panie Adamski?

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie może nic zagwarantować, podobnie jak ja. W sumie to nikt na nic nie ma gwarancji."Pochowali go w zeszły czwartek",czyli zapewne mówił o Pawle. Jestem na skraju załamania nerwowego. Nie dość że MUSZĘ wziąć Pervitin, bo dłużej chyba nie wytrzymam, to nie mam jak skontaktować się z Londynem i taki bonus do ścieżki załamania, Adamski może odmówić współpracy. Poprawiłem się w fotelu i cicho westchnąłem.
    - Polaków nie będziesz zabijał, chyba że kapusiów gestapo. A tak to zawsze znajdzie się jakiś niemiecki oficer lub podoficer.- lekko się uśmiechnąłem patrząc jak powoli się ożywia. Może jednak dowiedziałbym się coś o jego prawdziwym nazwisku? Ułatwiło by mi to sprawę. Hermann powinien mieć coś, chłopak nie wygląda jakby był pierwszy raz na przesłuchaniach.
    - Czy ten twój już świętej pamięci radiotelegrafista miał na imię Paweł?- obdarzyłem go cynicznym uśmiechem gdy wzdrygnął się słysząc to imię. Robota skończona panie Rommel, masz współpracownika. Dobrego współpracownika.

    OdpowiedzUsuń
  18. No, tak.... Jakoś przecież będzie musiał się wydostać. W jakiś sposób żeby go gestapo nie szukało i też żeby nie budziło wątpliwości jego wydostanie się z tej jaskini lwa. Boże ale mi ręce drżą, jak z nim skończę zapalę sobie jednego a jutro rano wezmę Pervitin, bo teraz mijałoby się to z celem.
    - Sposób ucieczki...-udałem że się zastanawiam- Najlepiej byłoby zorganizować ucieczkę, podczas transportu na Szucha. Ale jest to zbyt ryzykowne, ze względu na to, że jednak jest to centrum miasta i gdzie nie spojrzysz tam Niemiec.- postukałem przez chwilę palcami o blat biurka. Nie wierzę w to co teraz powiem ale może się to udać. Nawet ma to spore szanse. A może to tylko głód narkotykowy przysłania mi racjonalne myślenie?
    - Was i jeszcze dwóch innych ludzi wyślę w Palmiry. Konwój będzie niewielki, dwóch w szoferce i jeden z wami na pace. Tego na pace w możliwie jak najcichszy sposób załatwicie i wiejecie. Nawet nie będą do was strzelać. Na to mogę dać pełną gwarancję. Nie robię takiej akcji po raz pierwszy.- lekko się uśmiechnąłem. Nie wiem czy to miało mu dodać otuchy czy uspokoić moje sumienie, które jest bardzo szczątkowe.
    - Dostaniecie dokumenty ode mnie na kilka minut przed wywózką. I sobie spokojnie wrócicie do Warszawy, niestety na nogach. Ale coś za coś. Liczę że na kilka dni po akcji otworzysz kontakt. Skrzynką kontaktową jest młody gazeciarz na Krakowskim. Powiesz: "Interesują mnie ogłoszenia mieszkaniowe na Woli". Dasz mu kartkę z miejscem gdzie mamy się spotkać. Później zmienię skrzynkę. Aha...masz pięć dni na nawiązanie kontaktu.
    Wstałem i otworzyłem drzwi.
    - Glass wyprowadzić więźnia.

    OdpowiedzUsuń
  19. -Moje kondolencje.-uśmiecham się cynicznie, choć w moich oczach mógł zauważyć błysk współczucia. Biedna Hilde...bardzo kojarzy mi się z Hanną. Czuję się tak wzruszony. Oczywiście, że na to kłamstwo się nie nabiorę. Śmierć Hilde to jedno, ale czy przypadkiem Engel nie był uczuciowym romantykiem, który powinien przeżywać niesamowity Weltschmerz po jej stracie? Podaję mu kieliszek cuchnącej polskiej wódki. Prawdziwy Engel miał chorą wątrobę i nie mógł pić alkoholu, zawsze wymawiał się tym na spotkaniach partyjnych. Ciekaw jestem, czy Wojciechowsky wziął to pod uwagę?
    -Napije się pan, podpułkowniku? Wydaje mi się, że nie ma to jak zagłuszać alkoholem ból istnienia-nie, żebym nie znał tego z autopsji. Sam upijam się i upijałem po stracie moich dam. Mimo wszystko król na szachownicy nie może opłakiwać swoich figur; poświęcenie się łzom gwarantuje więzienie. Znam tą prawdę od lat.
    -Jest pan świetnym psychologiem, Anwarden. Powinien pan po wojnie zacząć wykładać tajniki ludzkich dusz!-entuzjastyczny wykrzyknik naiwnej kobiety budzi we mnie ironiczny uśmiech. Wzruszam ramionami. Łyk alkoholu pomaga mi odnaleźć właściwe słowa.
    -Znam świat, to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  20. Ledwo, gdy wyszli głośno westchnąłem z ulgi. Teraz oby się udało i nic mi planów nie pokrzyżowało. Dokumenty dla moich więźniów czekają sobie bezpiecznie w mojej szufladzie w biurku. Przełożyłem je do swojej aktówki. Jutro dam im je przed samą wywózką. Jeszcze tylko pozostaje zadzwonić do Hermanna. Telefon odebrała jego sekretarka. Powiedziałem jaka jest sytuacja i poprosiłem o przekazanie tej wiadomości bezpośrednio do Wernitza. Przewożą ich dopiero jutro z samego rana. Dla mnie lepiej, mam jeszcze trochę czasu by to przemyśleć.
    Rano z dokumentami w kieszeniach czekałem aż przyjedzie dobrze mi znana buda i przyjdą więźniowie z konwojentami. Nareszcie są. Po kryjomu przekazałem Adamskiemu i jego kompanom dokumenty, oczywiście na zmienione nazwiska.
    - Konwojenta uderz w potylicę. To wystarczy.- szepnąłem Adamskiemu i wcisnąłem w rękę kluczyki od kajdanek.
    Nic już nie zdąży mi przeszkodzić. Chłopacy zostali przeszkoleni, jak mają postępować. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Tak jak mówiłem, nic mi nie... Czy to nie Hermann? Tak to on. Podszedł do mnie. Na całe szczęście, że więźniowie są w budzie.
    - Co ty wyprawiasz Rommel?!- zapytał, lekko zdenerwowany
    - Dzwoniłem do ciebie. Odebrała twoja sekretarka, wyjaśniłem jej wszystko i poprosiłem żeby tobie wszystko przekazała.- odpowiedziałem zgodnie z prawdą- Oni nie będą potrzebni ani tobie ani Trzeciej Rzeszy. Nie...
    - Zamknij się! Zachowujesz się jakby każdy Polak chciał z tobą współpracować. To jest Warszawa, tutaj tylko czekają na dogodny moment żeby ci wbić nóż w plecy!
    - Oni tego nie zrobią. Nie zdążą, to jest ich ostatnia podróż w tym wcieleniu. A teraz zejdź mi z oczu.- warknąłem na niego- A wy?! Ruszać! Nie mam całego dnia!
    Co z tego że moją wymianę zdań z Wernitzem słyszała chyba cała Warszawa i okolice. Kilka dni się pogniewa i zapomni.
    Przez chwilę oglądałem jak ciężarówka znika po przekroczeniu szlabanu. Teraz wszystko w rękach Adamskiego i moich ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  21. Kiedy pusty konwój wrócił po około trzech godzinach, natychmiast wyszedłem im na przeciw. A jako że wcześniej kończyłem pracę to nikogo nie zdziwiło, że o takiej porze wychodzę.
    - Herr hauptmann, chciałem zameldować.- powiedział Engel. Przyzwalająco skinąłem głową.- Udało się. Straty własne: rozbita głowa Schultza, zabrany mauser i dwa puste magazynki z MP40. Wie szef, żeby nic nie zarzucili.
    - Dobra robota. Dalej wiecie co i jak.
    Zasalutował.
    ****
    Obiło mi się o uszy, że Adamski mówił coś o jednym dniu. Widocznie zabłądzili. Dobrze że ten chłopak stoi od rana do wieczora.
    - Był?- zapytałem wprost. Było i tak głośno że z odległości trzech metrów nie było słychać normalnej rozmowy.
    - Był.- podał mi gazetę. Zapłaciłem, akurat miałem taką ochotę coś poczytać, gazeta też się nada.
    ****
    Mam nadzieję że go zastanę w domu. Na szczęście, że mam też cywilne łachy. W mundurze trochę głupio. Do skórzanej kurtki włożyłem lipne dokumenty na nazwisko Potocki i kopię wojskowej mapy. Raźnym krokiem ruszyłem przed siebie. Szkoda tylko że nadal mam nos opuchnięty, po wczorajszym bliskim spotkaniu z drzwiami. Zapukałem do mieszkania.
    - Dobry wieczór. Czy jest Pstry?- zapytałem
    Młoda kobieta zaprowadziła mnie do niego. Jakież było moje zdziwienie, gdy go zobaczyłem. Przez chwilę myślałem że mnie wykiwa i pozbędzie się przy najbliższej okazji. Miałem już coś powiedzieć, gdy do pokoju wpadła mała dziewczynka, która na mój widok popadła w płacz. Po uspokojeniu dziecka, przez Pstrego usiadłem na krześle obok.
    - Długo coś wam zajęło w tym lesie. Ale no nic. Ustalmy sobie jedną rzecz, kiedy jestem w cywilnych łachach zwracasz się do mnie Marcin. A jak jestem w mundurze...zresztą sam wiesz.- wyciągnąłem mapę, rozłożyłem ją na stole i palcem pokazałem na miejsce około pięciu kilometrów od Warszawy.- Słyszałem że lubisz i znasz się na wybuchach. Tędy będzie przejeżdżał we wtorek około godziny piętnastej pociąg wojskowy z zaopatrzeniem na front wschodni. Wypadałoby go wysadzić. Tak dla zasady. Wchodzisz w to? Weźmiesz sobie kilku do pomocy, a ja zajmę się materiałami wybuchowymi. Wieczorem przed akcją je dostaniesz.- zobaczyłem błysk w jego oku, kiedy mówiłem o ładunkach. Przyjąłem to za dobrą monetę.- Aha...tylko bez wpadek. Jak wyjaśnię Wernitzowi, że żyjecie?

    OdpowiedzUsuń
  22. - Wernitza mi nie tykać.- powiedziałem- Jeszcze może się nam przydać. Łatwo z niego wyciągnąć informacje, szczególnie kiedy jest podpity. Ale wracając do pociągu... Co do jasnej cholery robi tutaj ruski transport? Przecież to jest pozbawione sensu...- podrapałem się po głowie i porównując moją mapę z mapą Pstrego zacząłem na głos rozmyślać.- Po co tędy miałby jechać? To się ma nijak z planami i rozkładem jazdy.- aż wreszcie mnie olśniło, to znaczy prawie olśniło.
    - Są dwie możliwości. Albo to zasadzka zrobiona przez gestapo, albo transport rannych, czyli kalek z frontu wschodniego. Innej możliwości nie ma. W każdym razie wysadzanie tego nie jest warte zachodu.- postukałem w miejsce zaznaczone ołówkiem na mojej mapie- Tu jest zaopatrzenie. Amunicja, broń, medykamenty, nawet chyba mundury maskujące. Pomyślcie co da wam wysadzenie kalek? A co zaopatrzenia? Można przecież kilka rzeczy zabrać.
    Oparłem się wygodniej na krześle. To mnie zdziwił tym transportem.
    - Od kogo macie informacje? Czy to pewne źródło?- zapytałem. Wolałem wiedzieć na sto procent. Później plułbym sobie w brodę że czegoś nie dopatrzyłem, lub przeoczyłem.

    OdpowiedzUsuń
  23. - W dowództwie też są ludzie. A w Abwehrze nie pracują sami kretyni, to samo tyczy się gestapo.- gorzko się uśmiechnąłem. Cholera...z jednej strony dowództwo, z drugiej moje przeczucia. Chociaż...kiedyś jeden z kontrwywiadu mi mówił i to całkiem nie dawno o swoim szpiclu. Zależało mu na tym żebym pomógł w akcji.
    - Tory...szpicel...Lange...- wymruczałem. Cholera. Za dużo tu pytań i niewiadomych. Spojrzałem na Pstrego, nie mam pojęcia czy to wina tych trzech słów, które wymruczałem czy jednak zdania o Abwehrze, że spoglądał na mnie wyczekująco. Ze świstem wypuściłem powietrze. Może im powiedzieć?
    - Jest pewna sprawa, która nie daje mi spokoju. Nie dawno, kilka dni temu dowiedziałem się od swojego, hmmmmm... "znajomego", który robi w kontrwywiadzie, że ma szpicla w strukturach AK. Wspominał też o prowokacji i pociągu do wysadzenia.- patrzyłem mu prosto w oczy, a mój grobowy głos dodawał powagi całej sytuacji.- Nie wiem czy myślimy o tej samej akcji, ale...- cholernie mi zależy żeby przeżyć jeszcze kilka dni. A jeśli wpadną, to zapewne znajdzie się chociaż jeden co zorientuje się że Pstry od kilku dni powinien wąchać kwiatki od spodu. Znajdzie się też ktoś kto może wyjawić informacje w zamian za kilka dni życia. W takim wypadku czeka mnie pluton egzekucyjny albo szubienica. W ostateczności cyjanek.- Daj mi kontakt do swojego dowódcy. Jeśli mam rację może jeszcze nie być za późno żeby to wszystko odkręcić.- nie pozostaje mi nic innego jak włamanie do gabinetu Langego i przejrzeniu jego dokumentów. I natychmiastowe zawiadomienie reszty.

    OdpowiedzUsuń
  24. Wyrabia się chłopak. To dobrze. Postukałem palcami w blat stołu, najchętniej zapaliłbym ale nie wziąłem ze sobą ani jednego papierosa. A prosić nie chcę.
    - Dobra. Dałbyś radę jak najszybciej? Chociażby O północy. Ja w tym czasie sprawdzę u źródła o co w tym wszystkim chodzi. Jest godzina za kwadrans dwudziesta. Za dwie godziny powinienem wszystkiego się dowiedzieć. Jeśliby się nie udało to ktoś was powiadomi. Natychmiast zmienicie mieszkanie.- dwa ostatnie zdania powiedziałem niemal szeptem ale z świetnie słyszalnym strachem w głosie. Dlaczego tak bardzo się boję? Co jest w tym takiego strasznego? Przecież już kiedyś zrobiłem kilka razy takie myszkowania po gabinetach.
    ****
    Czterdzieści minut później już odpowiednio przygotowany byłem w gabinecie Langego. Na początku przetrząsnąłem biurko, wszystko szło jak po maśle dopóki nie natrafiłem na zamkniętą szufladę. Prosty zamek, któryś z moich wytrychów będzie pasował. Po kilku próbach udało mi się otworzyć szufladę. Szczególnie zainteresowała mnie teczka opatrzona napisem "Bahn-plan". Widocznie nie chciało mu się zbytnio myśleć. Szybko przekartkowałem zawartość teczki. Zrobiłem zdjęcia najważniejszych fragmentów, niestety nigdzie nie było żadnej wzmianki o kryptonimie agenta. Gdy schowałem teczkę i zamknąłem szufladę usłyszałem czyjeś kroki. Zbliżyłem się w martwy punkt pokoju, tak żeby otwierane drzwi zasłoniły mnie. Do środka wszedł Oberleutnant Lange. Natychmiast zamknął za sobą drzwi i zapalił światło. Udało mi się zajść go od tyłu, gdy już miałem go obezwładnić odwrócił się. Uderzyłem go z prawego sierpowego, a następnie szybki lewy prosty w nos. Zdezorientowany upadł na podłogę. Ledwo dotknął ziemi a przyszpiliłem go ciężarem własnego ciała i zacząłem go dusić. Gdy po minucie przestał się ruszać a puls był nie wyczuwalny wstałem i bez wyrzutów sumienia przemknąłem do swojego gabinetu, gdzie wziąłem swój płaszcz i aktówkę.
    ***
    Natychmiast udałem się do mieszkania Pstrego. Bez słowa otworzył mi drzwi i gestem zaprosił do środka. Przez chwilę stałem osłupiały.
    - Miałem rację.- zdołałem z siebie wydusić- Mam mikrofilm, który potwierdzi moje słowa.

    OdpowiedzUsuń
  25. - Innej decyzji się nie spodziewałem.- wymruczałem. Byłem w tej chwili jednym wielkim kłębkiem nerwów. Mimo, że starałem się zachować jakieś pozory opanowania, to zdradzała mnie drżąca ręka, nerwowe wodzenie oczu i zimne krople potu, które pojawiły się na skroni i karku. A może to tylko efekt odstawienia Pervitinu? Położyłem tubkę z rolką mikrofilmu na blacie stołu i popchnąłem w stronę Jaćwiewskiego.
    - Może wam uda się odczytać kto jest szpiclem. Osobiście nic nie zauważyłem. Powiedziałbym więcej na temat tych akt, ale nie przeczytałem ich zbyt dokładnie. Były pewne "niewielkie" komplikacje.- powiedziałem patrząc na zgromadzonych- Czyli konkretnie jaki jest plan? Wysadzamy ten pociąg, który ja wskazałem czy dajemy sobie spokój?
    - Wysadzamy.- padła jednomyślna odpowiedź
    - Dobrze. Na Chłodnej jest ode mnie pewien sklepikarz. Da wam samochód. Pstry, mogę prosić cię na słówko?
    Przeszliśmy do przedpokoju. Z przyzwyczajenia rozejrzałem się wokoło.
    - Prawdopodobnie po akcji będzie mi potrzebna twoja pomoc.- zacząłem niepewnie- Jutro...znaczy się dzisiaj z rana, zapewne zaczną śledztwo w sprawie śmierci pewnego oficera. Jestem w to lekko zamieszany. Potrzebna mi jest twoja pomoc. Do jutra zdążysz wrócić, wtedy prawdopodobnie zaczną się przesłuchiwania, przyjadą jakieś szychy z Berlina. Przebrałbyś się za podoficera Abwehry, kogoś od Canarisa i byłbyś obecny przy przesłuchaniu. W razie gdybym zaczął się łamać...uciszysz mnie.- ostatnie słowa ledwo wypowiedziałem- Ale nie powinno do tego dojść. Jeśli się zgodzisz to rzeczy dostaniesz od krawca na Nowym Świecie. Powiesz: "Przychodzę z polecenia pana Marcina", wtedy krawiec zaprowadzi cię na zaplecze. Przebierzesz się w mundur podoficerski, dostaniesz odpowiednie dokumenty i idziesz na Gestapo. Jeśli się zdecydujesz zadzwoń na Gestapo i powiedz, że z polecenia admirała Canarisa jedziesz z Berlina na przesłuchania. Admirał to potwierdzi.- odwróciłem się na pięcie z zamiarem wyjścia, ale zrobiłem szybki zwrot i wcisnąłem chłopakowi w rękę blankiety na węgiel i żywność- Weź. Będzie wam potrzebne. Inaczej nie mogę pomóc. Aha w przypadku, kiedy zadzwonisz kupisz mi kilka godzin czasu. Decyzja należy do ciebie.- powiedziałem i wyszedłem z mieszkania Pstrego. Nie zdziwiłbym się jeśli stałby teraz ze zdziwieniem patrząc na wręczone przeze mnie kartki. Nie wiem co zrobi. Mam nadzieję że nie obarczyłem go jakimiś wyrzutami sumienia czy czymś podobnym. Może nie będzie się zbyt przejmował moim losem

    OdpowiedzUsuń
  26. Wracając do mojego mieszkania rozmyślałem o tym co mi powiedział. Odruchowo dotknąłem kieszeni, w której jest tubka ze wspomagaczem. Jeśli wezmę jedną rano, nic się nie stanie. Na pewno.Wytrzymałem trochę ponad tydzień. Ja muszę to po prostu wziąć.
    ****
    Przesłuchania na Gestapo. To nawet lepiej. Wolę wygodny fotel niż zimny beton, złamaną szczękę i bezsilne spoglądanie na Reimanna. Mam cichą nadzieję że nie jego przysłali. Na korytarzu spotkałem Hermanna.
    - Hermann. Jak tam? Berlin przyjechał i się rządzi?- zapytałem w nadziei że powie mi kogo przysłali.
    - Daj spokój. Musisz mieć wyjątkowego pecha że ktoś pozbył się Langego, akurat wtedy kiedy byłeś w biurze. Aha i nie mogę powiedzieć ci nazwiska naszego berlińczyka, ale powiem ci że go znasz.
    Dzięki. Bardzo mi to pomogło. Znam wielu z tej branży. Znalazłem gabinet, w którym odbędzie się moje przesłuchanie. Zamaszystym ruchem bez pukania otworzyłem drzwi. Przywitanie, które wręcz uwielbiam; zawsze po nim mam ochotę odrąbać sobie dłoń. Usiadłem po drugiej stronie biurka kata. Szkoda że tym katem musiał być mój ojciec.
    - Czyli przysłali ciebie.- powiedziałem obojętnie. Nigdy nie łączyły nas jakieś zażyłości.
    - Szkoda że widzimy się w takiej sytuacji.
    - Kto jest drugi? Reimann? Czy jakiś inny dupek?
    - Drugi jest Helmut Waltz. I przypomnę ci że to twój szwagier.
    Super własna rodzina przeciw mnie. Aż dziw człowieka bierze że tak dało radę. Nie powinno tak być, ze względu na słaby obiektywizm. Chociaż biorąc pod uwagę to że prawie ich nie znam a na różnych balach bądź bankietach, na których trafi się tak że jesteśmy razem na wszelki wypadek trzymam się z dala od niego i szwagra. Poczekałem aż wreszcie przyjdzie drugi kat.
    - Ma przyjść ktoś od Canarisa...- Helmut przerwał obserwując otwierające się drzwi. W podoficerskim mundurze zobaczyłem "Pstrego". Przedstawił się jako Richard Lindemann.
    - To zacznijmy. Dwa dni temu około północy zginął Oberleutant Herbert Lange. Co pan wtedy robił?
    - Wiecie przecież. Byłem w swoim gabinecie i zabrałem potrzebne mi akta. Później wróciłem do domu i spałem na lewym boku po prawej stronie łóżka do godziny siódmej rano.- Odpowiedziałem mierząc ich wzrokiem
    - Jak dobrze znał pan Langego?
    - Jak ciebie "tato" i mojego szwagra, który siedzi obok. Czyli nie znam w ogóle.- uśmiechnąłem się cynicznie. Niech wiedzą że ze mną się nie zadziera.
    - Czy kapitan wie co trzymał w swoim biurku porucznik Lange?
    - Oczywiście. W lewej górnej szufladzie trzymał kartki papieru a pod nimi zdjęcie kochanki, w dolnej trzymał zdjęcie żony na różowym słoniu...skąd u diabła miałbym wiedzieć co ma w biurku? Czy macie na mnie jakiekolwiek dowody?- wstałem i podszedłem do drzwi.- Jeśli cokolwiek znajdziecie jednoznacznie świadczące przeciw mnie to wtedy porozmawiamy.
    Wyszedłem na plac i zatrzymałem się przy samochodzie. Obok mnie jak z podziemi wyrósł "Pstry".
    - Wsiadaj.- wskazałem na samochód- Fajna rodzinka, nie? Ojciec, który możliwe że nie pamięta jak się nazywasz i szwagier, który czeka aż ci się noga podwinie. Zapraszam ciebie na kawę. Nie przyjmuję odmowy.- dla odmiany szczerze się uśmiechnąłem.

    OdpowiedzUsuń
  27. - Mocne alibi. Dobre sobie.- prychnąłem- Widział mnie strażnik jak wchodziłem i wychodziłem. Mogę co najwyżej mieć alibi że byłem u kochanki czy coś. I to od północy. W razie czegoś, daj mi ten kontakt.- zatrzymałem się przed kawiarnią opatrzoną napisem "Nur für Deustche". Widząc lekkie zmieszanie towarzysza zapytałem retorycznie- Myślałeś że do polskiej kawiarni ciebie zabiorę? Nie w tym mundurze.
    Wewnątrz uderzył mnie odór dymu papierosowego. Usiadłem wraz z "Pstrym" przy jednym z kilku wolnych stolików w kącie sali.
    - Co podać szanownym oficerom?- zapytała młoda kelnerka
    - Na początek dwie kawy.- nie mogłem się powstrzymać by posłać jej jeden z tych moich uśmiechów, za którymi kobiety przepadają
    -Jeśli kiedykolwiek zastanawiałeś się dlaczego taki jestem, to chyba znalazłeś odpowiedź. Wiesz już trochę o mnie. Nawet sporo.- kelnerka przyniosła kawy. Upiłem łyk.- Nienawidzę kawy.- przyznałem cicho- Ale tutaj mają jedną z tych lepszych.
    Uśmiechnąłem się widząc zadowolenie na jego twarzy. Chyba mu zasmakowała kawa, albo spodobała się kelnerka.
    - Pierwszy raz jestem w takiej sytuacji.-przyznałem- Co innego jest kiedy mając lat szesnaście siedzisz na komendzie i składasz zeznania po dosyć grubszej bójce...było już kilka takich spraw że siedziałem na komendzie. Albo w jakiejś opuszczonej ruderze ze złamaną szczęką. To ostatnie, to pierwsze spotkanie z Gestapo. Nie najlepiej je wspominam.- kolejny łyk kawy, rozejrzałem się czy nie widzę jakiejś znajomej twarzy.
    - Kiedyś się przyzwyczaisz.- powiedziałem mimochodem.- Do kłamstw i udawania kogoś kim nie jesteś. Taka robota.
    Po wypiciu kawy i zaplaceniu znowu wsiedliśmy do samochodu. Po kilku minutach jazdy zatrzymałem się pod jednym z hoteli.
    - W recepcji są klucze i rezerwacja pokojowa na "twoje" nazwisko. Rzeczy są w pokoju panie Lindemann. Trochę by to dziwnie wyglądało gdybyś pojawił się tak w domu, albo gdybyś w ogóle pojawił się w domu. Wtedy obaj zawisnęlibyśmy na tej samej gałęzi. Jeden z tych Gestapowskich "tajniaków" śledzi nas. Spotkajmy się dzisiaj o osiemnastej w tej samej kawiarni. Mam w tym pewien cel, dowiesz się o osiemnastej. To do zobaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  28. Wróciłem do swojego mieszkania. Do umówionego spotkania jeszcze trochę czasu. Kto by pomyślał że "Pstry" kiedyś chciał być lekarzem. Zabrałem psa na spacer. Na zewnątrz najlepiej się myśli. "Nie ma strażnika, nie ma problemu". Pieniędzmi go nie przekonam, zastraszenie bądź szantaż nie wchodzi w grę, jeszcze zeznałby że widzi przez ściany i akurat tak przypadkiem zobaczył chwilę morderstwa. Ten strażnik to wyjątkowa menda z Wiednia...to jest to! Przecież to mógłby być on...nie, drugi strażnik potwierdzi to, że jest niewinny.
    ****
    Usiadłem przy stoliku w kawiarni, "Pstry" już czekał. Zamówiłem coś do picia.
    - Jak podoba się Warszawa?- zapytałem lekko uśmiechając się- Myślałem o naszej poprzedniej rozmowie i przyznam że mimo iż plan dobry to jednak nie wykonalny.- lekko przysunąłem się bliżej i ściszyłem głos, do takiego stopnia żeby nikt nas nie podsłuchał. Ten zabieg był na dobrą sprawę zbyteczny, ze względu na to, że towarzystwo było lekko podpite i zbliżała się godzina występu gwiazdy wieczoru.
    - Z tym kontaktem to żeś wypalił. Nie zginę za morderstwo, tylko za bycie homoseksualistą. Bo jak inaczej wytłumaczyłbym co robiłem z nim? I do tego po północy. Na wszelki wypadek znalazłem sobie jakieś tam alibi. Bo raczej ciężko byłoby się wykręcić popijawą. A strażnik...nie przejdzie plan łapówki bądź szantażu. Nienaganny przebieg służby, partyjny...a "uciszyć" go też nie wypada. Gdyby widział tylko to jak ja i jeszcze z czterech innych oficerów wchodzi i wychodzi, to dlaczego miałby ginąć? Mogę ojcu i szwagrowi zarzucić wszystko, ale nie to, że są idiotami. A śladów raczej nie zostawiłem...

    OdpowiedzUsuń
  29. - Poprawka, czasem myślę. Na następny dzień przypłacam to strasznym bólem głowy i zakwasami na mózgu.- powiedziałem- Podobasz jej się. Tej kelnerce. Zaproś ją kiedyś.
    Lekko się uśmiechnąłem, kiedy Michał zaszczycił mnie spojrzeniem, które mniej więcej mówiło: "Chyba śnisz".
    - Hoffmanna znam, miałem tą "przyjemność". Staram się go unikać jak ognia, w obawie że znowu zostanę postrzelony. Wolę o tym nie wspominać.- machnąłem ręką jakby odganiając niechciane wspomnienie. Zamówiłem dla siebie i towarzysza koniak. Równie dobrze mógłbym poprosić o wódkę, ale znając życie upiłbym się za bardzo, a tego nie chciałem.
    - Wiesz co Richard...wydaje mi się że przez pewien czas będę miał spokój z przesłuchiwaniami. Jeszcze mają czwórkę innych zamieszanych w to wszystko.- wypiłem trochę alkoholu. Widząc spojrzenie Michała zaraz dodałem- Nasz wspólny znajomy Wernitz mi powiedział.- przez chwilę łączyłem wątki, które pojawiły się nagle niczym czołgi 7 dywizji pancernej.- Wernitz może mi pomóc. Nawet nie świadomie mi bardzo pomógł. Przeczytał akta sprawy i jako pierwszy był na miejscu morderstwa. Nie znaleźli żadnych śladów, co nie zmienia faktu, że istnieje też coś takiego jak zeznania. Ale zapewne koniec końców oberwie najniższy stopniem, albo strażnik. Wiesz już dlaczego zapytali mnie o szuflady?- podparłem głowę ręką i spoglądałem na blat stołu
    - Ze względu na swoją burzliwą, bardzo burzliwą przeszłość, będę cały czas numerem jeden. I tego nie zmieni nawet najlepsze alibi.- powiedziałem zrezygnowany

    OdpowiedzUsuń
  30. -Co ci, kurwa, do łba strzeliło? CO, PYTAM SIĘ?!-Alexandrowi niebezpiecznie tykała żyłka. Jakim cudem pół oddziału, zamiast zrobić udaną dywersję na tyłach polskiego podziemia, malowniczo zwaliło calutką akcję? Zadanie było dziecinnie proste - przekazać fałszywy list i rozstrzelać partyzantów (oczywiście tym drugim miał zająć się oddział gestapo, on nie był odpowiedzialny za tą część Bahnplanu), ale oczywiście Lübow i spółka musieli to zwalić. Niewysoki szeregowy z miną kota podrapał się po głowie..
    -Bo...bo tam był Polak i...i nasz, Lindemann, i..
    -Gott im Himmel-wytworne, gładkie czoło hrabiego Schenk zderzyło się z biurkiem w akcie najwyższej desperacji. -Zabierzcie tego człowieka ode mnie, nie mam siły!
    Gdy wyprowadzono ogłupiałego Lübowa, wyszedł do parku dla ochłonięcia. Wtem rozległy się strzały; świetnie...Padł na ziemię, starając się dojrzeć, kto strzela. Jakież było jego zdumienie, gdy w osobie strzelca ujrzał Lindemanna.
    -Richard, co ty z-znowu...
    Wszystkie Bahnplany i inne tego typu rzeczy poszły się walić. Wśród Niemców był szpieg. A on go właśnie zobaczył.

    OdpowiedzUsuń
  31. - Jaśniej?- zapytałem- Hmmm... Wspominałem ci kiedyś, że mając lat szesnaście brałem udział w licznych bójkach, grywałem w pokera, opuszczałem często szkołę, żeby spłacić swoje długi jakoś dorabiałem gdzie się dało. Był pewien moment w życiu w którym zacząłem nawet kraść, szmuglowałem rzeczy przez granicę nawet obracałem fałszywkami. Różnie to bywało, ale po maturze jakoś udało mi się wyjść na prostą. Byłem dziennikarzem...o dosyć niekonwencjonalnych metodach. Jakoś w 1935r zainteresowała się mną Abwehra. Kilka razy włamywałem się do ambasad czy konsulatów, czasem na oficjalnych przyjęciach, czasem w nocy kiedy każdy normalny człowiek spał.- rozejrzałem się po pomieszczeniu- Pod koniec '35 wpadłem podczas próby wyniesienia dokumentów z polskich koszar wojskowych, o ile pamiętam dotyczyły uzbrojenia. A później był '38 i śledztwo Gestapo w mojej sprawie. Canaris wtedy uratował moją skórę.- upiłem łyk alkoholu.- Kiedyś może powiem jak udało mi się z tego wyjść cało.- Słabo się uśmiechnąłem.
    - Też miałem kogoś z kim chciałem spędzić resztę życia. Ale cóż...wybranka zostawiła mnie na dwa tygodnie przed ślubem, teraz pewnie siedzi na wyspach z jakimś innym u boku.- uśmiechnąłem się i wpatrując się w twarz mojego rozmówcy cicho się zaśmiałem. - Wiesz jesteś w gronie tych osób, które coś o mnie wiedzą więcej niż ustawa przewiduje.
    Wyciągnąłem pieniądze i położyłem je na blacie stołu.
    - Może odwiozę ciebie do hotelu. Powiadają, że niebezpiecznie jest chodzić samemu po zmroku po Warszawie. Polacy ostatnio są coraz bardziej śmiali.- tu mrugnąłem porozumiewawczo- A patrząc na krajobraz za szybą, można pokusić się stwierdzeniem, że na Syberii jest cieplej.

    OdpowiedzUsuń
  32. Kiedy byliśmy już w samochodzie, postanowiłem się odezwać.
    - Pisałem kilka razy. Pierwszy raz w lipcu '39, później jakoś w styczniu '40 i po kampanii francuskiej. Pisałem jeszcze kilka telegramów. Zero odzewu, ale listy przyjęła, telegramy też... a tam, co będę się rozwodzić nad niespełnioną miłością. Mówi się trudno i żyje się dalej.- wcale tak nie myślałem. Wolałbym wiedzieć co z nią. Mimowolnie spojrzałem w lusterko wsteczne, jechał za nami jakiś samochód. Utrzymywał się w odpowiedniej odległości jakby nas śledził. Szybko wybrałem najbardziej okrężną drogę do hotelu.
    - Wydaje mi się że z szybkiego powrotu do domu nici. Zobacz w tylne lusterko a się dowiesz dlaczego.- nadal kierowca utrzymywał odpowiednią odległość od mojego samochodu. Cały czas siedział nam na ogonie.
    - Mówiłeś, że chciałeś zostać lekarzem. Teraz to wybierałbyś uniwersytet czy już pierwszy rok studiów?- zapytałem z czystej ciekawości. Chciałem coś się o nim dowiedzieć, a lepiej jest się zapytać wprost niż szukać po informatorach.
    - Pytanie zasadnicze: jak dobrze znasz Berlin? Jeśli słabo to mam mapę w schowku. W razie czegoś lepiej żebyś znał większe ulice czy ważniejsze gmachy. Za to nikt ci głowy nie urwie.
    Nadal śledzą. Mówi się trudno. I tak zbliżamy się nieuchronnie w stronę hotelu.
    - Znasz metody Gestapo.- bardziej stwierdziłem niż zapytałem- Mam wrażenie, że jutro znowu stanę twarzą w twarz ze swoim przeznaczeniem. Wiesz co masz zrobić gdybym zaczął się łamać. Nie powinno dojść do takiej sytuacji, ale nie wiem jakie dowody zgromadzili. Nie pomaga mi to, że własny ojciec chce mnie zabić, w taki czy inny sposób.- zatrzymałem się przed hotelem- To do zobaczenia. Na wszelki wypadek sprawdź czy nikt ci po pokoju nie buszował.- powiedziałem

    OdpowiedzUsuń
  33. - Kogoś wyślę do twojej ciotki. Sam przez pewien czas sobie daruje wycieczki do Polaków, dla ich i swojego bezpieczeństwa.- sprawę przysięgi przemilczałem. Bynajmniej na jakiś czas.- Szkoda, że tak się stało na tydzień przed maturą. I faktycznie masz rację, ktoś nad tobą czuwa. Możliwe, że nade mną też, ale nie Bóg. W niego przestałem wierzyć kilka lat temu.- kiedy wyszedł z samochodu powoli ruszyłem do mieszkania.
    ***
    Z samego rana dostałem telefon o kolejnych przesłuchaniach. Świetnie. Po drodze załatwiłem jeszcze tylko sprawę u "krawca". Jakoś przesyłkę musiałem przekazać, a "Krawiec" lub "Cerber" idealnie się nadają. Nie wzbudzą zbędnych podejrzeń.
    W momencie przekroczenia szlabanu oddzielającego gestapowski gmach od żyjącej jakby w innym wymiarze ulicy, moje serce przyspieszyło swój rytm. Z duszą na ramieniu i stwarzanymi pozorami opanowanego oficera Abwehry, udałem się do jaskini dwugłowego smoka. W gabinecie strasznie śmierdziało papierosami i unoszący się dym strasznie drażnił moje oczy, nie zdziwiłbym się jeśli zaczęły łzawić. "Pstry" obdarzył mnie pokrzepiającym uśmiechem. Najspokojniej w świecie usiadłem naprzeciwko panów z Gestapo.
    - Możecie otworzyć okno? Śmierdzi gorzej niż w palarni.- powiedziałem pewnym głosem. Helmut lekko uchylił okno.
    - Dobrze kapitanie Rommel. Może dzisiaj zechce być pan bardziej rozmowny. Otóż jeden ze świadków zeznał...- chwila. To oni mają świadków?- Zeznał że widział pana feralnej nocy w gabinecie nieżyjącego porucznika. Znaleziono też pańskie odciski palców.- blefuje. Blefuje...ma tylko nędzną parę trójek.
    - Jest to nie możliwe, że mnie widział. Nie zaprzeczę, że nie było mnie feralnej w skutkach nocy w siedzibie Abwehry, ale w gabinecie Oberleutnanta w tym czasie mnie nie było. Odciski można natomiast łatwo wytłumaczyć. Na kilka dni przed jego śmiercią byłem u niego w gabinecie, żeby przedyskutować naszą współpracę, która nie doszła do skutku ze względu na odmienne poglądy.
    Helmut skrzętnie notował moje słowa na maszynie. Odpowiadałem na kolejne pytania dotyczące Langego i morderstwa. Mówiłem to z przerażającym dla mnie spokojem. Podczas udzielanych odpowiedzi byłem przez chwilę święcie przekonany, że jestem faktycznie niewinny.
    - Wspominał kapitan o zdjęciu kochanki w lewej górnej szufladzie... znaleźliśmy je.- Helmut położył je na biurku.
    Wytrzeszczyłem oczy w zdziwieniu i po chwili zacząłem się śmiać. Tak trafić!
    - Chyba zacznę grać na loterii. Takie szczęście nie może się zmarnować. Oczywiście nie miałem pojęcia o tym zdjęciu, jak wspominałem nie znałem zbyt dobrze Langego.

    OdpowiedzUsuń
  34. No proszę, młody się wyrabia. On naprawdę powinien być prawdziwym aktorem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Jednak dobrze zrobiłem ratując jego skórę.
    - Właśnie panie Standartenführer.- podchwyciłem- Chyba nie muszę przypominać co się stało z Franzem Reimannem, po...
    - Nie musisz.- warknął. Czyli blefował. Myślał, że się wystraszę bądź zbaranieję i wypaplam za dużo. On jednak faktycznie mnie nie zna.
    - A poza tym, przełożeni nic nam nie zrobią. Tego jestem pewny. Mamy poświadczenie od Himmlera. Więc... nasze metody mają aprobatę u władz.- odezwał się Helmut
    Niewiele myśląc wstałem.
    - W takim razie nie będziecie mieli nic przeciwko jeśli wykonam telefon do admirała Cannarisa lub do generała Ostera.- ich oczy mówiły: "Nie zrobisz tego". A założymy się? Wykręciłem odpowiedni numer.
    - Z admirałem Cannarisem proszę. Mówi kapitan Rommel.- czekałem na jakikolwiek gest z ich strony. Pomijając to, że "Pstry" spoglądał na mnie tak jakby miał mi zaraz wbić nóż w plecy, to było całkiem całkiem.
    Kiedy wreszcie odebrał telefon wyjaśniłem szefowi całą sprawę. Na szczęście Cannaris jest elastycznym człowiekiem i nie wyda się tym, że Lindemann jest w rzeczywistości Polakiem.
    - Admirał chce z panem rozmawiać.- podałem ojcu słuchawkę telefonu. Z każdą chwilą na jego twarzy znikała pewność siebie. Cudowny widok dla moich oczu. To było zbyt piękne żeby było prawdziwe. Wreszcie odłożył słuchawkę i głośno wypuścił nagromadzone w płucach powietrze. Pan Standartenführer spoglądał raz na mnie, raz na "Pstrego" a raz na Helmuta.
    - Proszę panów o chwilowe opuszczenie gabinetu. Musimy... omówić nasze dalsze działania i wykonać kilka telefonów.- powiedział głosem, który zdradzał cień niepokoju.
    Obaj wyszliśmy na zewnątrz.
    - Nie mam pojęcia jak długo może im to wszystko zająć. Proponuję udać się na stołówkę, porozmawiać.
    Idąc korytarzami dało się słyszeć z różnych gabinetów grającą muzykę, która lepiej bądź gorzej zagłuszała krzyki więźniów.
    - Nie rób niczego głupiego.- szepnąłem po polsku do towarzysza.- Przekazałem to o co prosiłeś. Spokojnie, nie zrobiłem tego osobiście.

    OdpowiedzUsuń
  35. Widziałem, że "Pstry" nie jest w najlepszej formie. Czyżby wspomnienia? Najwidoczniej te bardzo bolesne, o których człowiek chciałby zapomnieć mimo tego, iż wie, że to nie możliwe.
    - Łatwo jest mówić o Polsce. Trudniej dla niej pracować. Jeszcze trudniej umrzeć. A najtrudniej cierpieć.- powiedziałem gdy już usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików.- W normalnych czasach powiedziałbym: "Nie przejmuj się". Ale że czasy są nie normalne powiem gorzką prawdę: "Nie są pierwszymi i ostatnimi. Całego świata chociażbyśmy chcieli, nie uratujemy".- wiem co czuje. Sam przez to przechodziłem. Może nie w taki sam sposób ale podobne odczucia mi towarzyszyły.
    - Wiem co czujesz, co myślisz o tym wszystkim.- wymownie się rozejrzałem po pomieszczeniu.- Przez chwilę pewnie myślałeś, czy Gestapowiec, który ciebie kiedyś przesłuchiwał też tutaj siedział podczas przerw.-wyciągnąłem paczkę papierosów i zapaliłem jednego. Resztę położyłem na stole wraz z zapalniczką.
    - Jeśli chcesz to częstuj się.- powiedziałem wypuszczając kłąb dymu z ust.- Pytałeś się mnie w co wierzę. Wierzę w jednego takiego skromnego orła. Przeżył tyle wieków, mimo 123 lat zniewolenia odzyskał swoje ziemie, odrodził się niczym feniks z popiołów.- zaciągnąłem się
    - Jak całe to śledztwo się skończy to chyba poproszę o przeniesienie na wschód, albo do Afryki. Przeraża mnie tylko to, że zginąłbym w imię... w imię czego tak właściwie? Zginąłbym bo ktoś powiedział, że ludzie dzielą się na nad- i podludzi. Jako, że jestem przez większość uważany za "rozwodnionego" to nie podoba mi się ta podziałka. Jednak nazwisko robi swoje...- w oddali zobaczyłem Helmuta idącego w naszą stronę.- Ciekawe czy obdzwonili wszystkich Himmlerów, Franków i Fischerów w okolicy.- mruknąłem do "Pstrego", który uśmiechnął się pod nosem.

    OdpowiedzUsuń
  36. - Zapraszam panów do gabinetu.- powiedział Helmut z dobrze słyszanym przekąsem. Wstałem więc i do kieszeni schowałem papierosy wraz z zapalniczką. Nie spodziewam się szybkiego zakończenia śledztwa. I jedna myśl nie daje mi spokoju, ciągle mam wrażenie, że znam tego kto nas śledzi. A może tyle lat bycia szpiegiem i popadłem w paranoję?
    Usiadłem w fotelu. Byłem przygotowany na wszystko, łącznie z tym, że nagle z szafy wyskoczy hiszpańska inkwizycja.
    - Śledztwo zostało umorzone w pańskiej sprawie.- powiedział ojciec.- Kapitan jest wolny.- tego to się nie spodziewałem. Tak łatwo odpuszczają? Przecież to się z nimi kłuci, tym bardziej, że chodzi o śmierć oficera kontrwywiadu.Niespiesznie wstałem i pożegnałem siedzących tam oficerów.
    - A pan panie Lindemann, proszę żeby został przez chwilę.- powiedział Helmut
    Nawet nie czekałem na "Pstrego". Prosto pojechałem do domu. Ledwo przekroczyłem próg mieszkania a zażyłem Pervitin, ktoś zapukał w drzwi. Otworzyłem więc je. Na wycieraczce była mała karteczka z nabazgranymi literami układający się w następujące słowa: Spotkajmy się o 18 na placu Piłsudskiego. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. Ale zawsze odbieram wiadomość bezpośrednio od łącznika. Więc co się stało?
    ****
    Czekam na tego "ktosia" już ponad dwadzieścia minut. No nic, będę się zbierać. Nagle poczułem tępy ból z tyłu głowy, cios był wystarczająco silny i wprawny bym stracił przytomność.
    ****
    Co dziwne obudziłem się na krześle w jakiejś opuszczonej hali. Miałem związane ręce i wrażenie, że to kiedyś już się wydarzyło.
    - No tym razem sobie porozmawiamy. Szczękę masz całą.
    - Reimann...wiedziałem. To ty przyjechałeś z Berlina. Ojciec miał mnie przesłuchiwać a ty śledzić. Nie rozumiem tylko po kiego ta cała maskarada. Po co mnie usunąłeś?
    - Bystry jak woda w klozecie. Rommel wiemy, że to ty. Nie oszukujmy się, twoja przeszłość ci nie pomaga.- uderzył mnie w twarz, lekko mnie zmroczyło. W oddali zobaczyłem w mdłym świetle nocy jeszcze trzy postacie. A Reimann nic się nie zmienił. Nadal łysy i gruby, podkrążone oczy, poszarzała cera, zapadnięte policzki i cienkie usta.
    - Jestem niewinny. A wy nie macie dowodów.
    - Tym razem Cannaris ci skóry nie uratuje.- nachylił się do mnie- Wszystko wyśpiewasz. Każdy pęka wcześniej czy później. A w twoim przypadku...
    - Zadowoleni z siebie?!- wykrzyczałem i splunąłem na ziemię. Wtedy coś w Reimannie pękło. Zaczął bić na oślep i najgorsze jest to że trafiał za każdym razem w cel. Osunąłem się z krzesła.
    - Powiem wszystko. Wszystko...

    [Masz pełne pole do popisu:D. Michał może być tą trzecią postacią lub coś wymyślisz. A Reimann zawsze miał inne metody na śledztwo, więc taka odskocznia od(stereotypowego) przesłuchiwania może być niezgorsza. Zawsze to może być też halucynacja jeśli uznasz, że za dużo fikcji :)]

    OdpowiedzUsuń
  37. - To ja podpaliłem Reichstag...ja rozpętałem II wojnę światową...- zacząłem wymieniać.
    - Nie pieprz Rommel. Bezczelnie robisz sobie jaja wobec poważnych zarzutów. Mógłbym ciebie teraz zabić, ale tego nie zrobię. Najpierw przyznasz się do wszystkiego.- powiedział ze spokojem Reimann- A byłbym zapomniał...- odwrócił moją głowę w stronę "Pstrego". Jego też? Przecież to jest niemożliwe- Pan Lindemann był skory do rozmowy i powiedział nam wszystko.
    Nic nie powiedział, nic nie powiedział. Inaczej obaj już byśmy wisieli albo mieli spotkanie z plutonem egzekucyjnym. To nie tak się miało skończyć. obaj mieliśmy wyjść bez szwanku.
    - Jestem niewinny...- podszedł do mnie ojciec, uklęknął w taki sposób, że nasze twarze były na równym poziomie.
    - Nie kłam synu, nie kłam. Postaram się żeby przydzielili ciebie na front w Afryce, albo na front wschodni.- powiedział to z niemal ojcowską czułością. Szkoda tylko, że był to wąż w przebraniu.
    - Możesz mnie nawet zastrzelić. Tylko jak spojrzysz później w oczy Inge, Egonowi i Erwinowi? Jak?- uderzył mnie w twarz, osunąłem się obok "Pstrego".
    - Przepraszam...to nie tak miało być.- wyszeptałem w jego stronę, tak, że tylko on to usłyszał.- Przepraszam.
    Reimann odciągnął mnie kawałek od "Pstrego" i zaczął bić metalowym prętem. Z w miarę dobrym skutkiem osłaniałem twarz, nie wiem kiedy straciłem przytomność, ale była to niesamowita ulga. Która mogłaby trwać wiecznie...

    OdpowiedzUsuń
  38. Z kilkusekundowym opóźnieniem dotarło do mnie co powiedział "Pstry". W sumie to bardziej przypominał mi wielką czerwoną plamę. Jeśli ucieknę to go zabiją. A co ja powiem jego rodzinie? "Michał mnie uratował, to przez moją głupotę i krótkowzroczność zginął". To on powinien żyć dalej. Dlaczego go w to wciągnąłem?
    - Nie dam rady. Nie widzę.- powiedziałem bez ogródek. Trochę byłoby ciężko wydostać się z tego miejsca, kiedy wszystko wygląda jak jedna wielka bez określonych kształtów plama.
    - Wszystko przypomina mi jedną wielką kolorową plamę.- co ja bym teraz dał żeby wydarzył się jakiś cud, jakikolwiek.
    - Powiedz gdzie oni teraz są. Wydaje mi się że jesteśmy sami, ale ręki nie dam sobie uciąć.- nie wiem w które miejsce się konkretnie wpatrywałem bo wszystkie wyglądały jednakowo.
    Spróbowałem poruszać nogami, mam w nich czucie, to może nie wszystko stracone. Ręce mnie bolą niemiłosiernie to tez dobrze, bynajmniej mam w nich czucie a złamane chyba nie są. Gorzej z palcami, ciężko mi je zginać w prawej ręce a w lewej chyba są połamane. W razie czegoś to chyba mam przy sobie Pervitin, jeśli wymyślimy jakiś plan ucieczki zażyję go i nie będę czuć tak bardzo bólu i zmęczenia. Może nawet dam to Michałowi, żeby nie cierpiał tak bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  39. - No to w jednym się zgadzamy.- mruknąłem, w tym czasie Michał przeciął mnie i sobie sznury krępujące ręce. Ze sporymi trudnościami wstałem i wyciągnąłem rękę w miejsce, gdzie jak sądziłem siedział Michał.
    - Złap mnie za rękę. Wezmę ciebie na plecy i wyjdziemy z tego miejsca. Będziesz mnie nawigować, mówić jak mam iść.- podciągnąłem go na swoje plecy i ze sporymi trudnościami ruszyłem przed siebie. Bolało mnie wszystko.- Jak się czujesz? Co prawda widzę ciebie i resztę jako jedną kolorową plamę, ale wolę wiedzieć w jakim jesteś stanie. Tylko nie kłam, że alles ist gut.
    Kierowałem się we wskazywanym kierunku przez "Pstrego", co jakiś czas potykając się o własne nogi. W pewnym momencie przystanąłem żeby odsapnąć. Zażyty wcześniej Pervitin częściowo pozwalał zapominać o bólu i zmęczeniu, ale jestem tylko człowiekiem.
    - Też mam psa. Wabi się Vis.- powiedziałem mimochodem.- Mam straszną słabość do tej konstrukcji, dlatego go tak nazwałem. Przyjemne zwierze. Od początku tej całej wojny mi towarzyszy.- ze świstem wypuściłem powietrze. Chyba w to miejsce prowadzi tylko jedna droga. Szczerze to zastanawiam się jak dalej ta "przygoda" się potoczy. W pewnym momencie upadłem na kolana.
    - Nie dam rady...- łapczywie łapałem powietrze. Spojrzałem przed siebie, kilkanaście metrów dalej wyraźnie od reszty tła odcinała się jasna plama.- Czy mnie się wydaje, czy to samochód jedzie w naszą stronę?- zapytałem

    OdpowiedzUsuń
  40. Znaleźli nas. Nie dałbym rady go nieść dłużej. W tym czasie po głowie krążyła mi jedna myśl, że jednak wszystko jakoś się ułoży. Przez większość drogi nic się nie odzywałem. A jeśli już to jakimiś półsłówkami, wolałem wyjść na gbura i mruka niż coś chlapnąć. Nie miałem do nich zaufania.
    Strasznie bolała mnie klatka piersiowa i nogi. Płytko oddychałem bo to był jakiś niewielki komfort i ulga. Ale dobrze, że bolało, bynajmniej miałem czucie. Bałem się tylko odnośnie mojego wzroku. Nie wyobrażałem sobie tego, że już nigdy bym nic nie zobaczył.
    - Jak się nazywasz?- zapytała Natasza. Tak chyba tej kobiecie było na imię.
    - Władek.- mruknąłem, tonem nieco odpychającym i zniechęcającym do dalszej rozmowy
    - Skąd jesteś?- zapytała ponownie niezrażona moim tonem. Widocznie nie pasowała jej odpowiedź Michała co do mnie.
    - Z Poznania. Ale proszę nie pytaj mnie o więcej. Nie mam ochoty na dalszą konwersację.- skłamałem po raz kolejny, a poza tym byłem zmęczony i nie rozumiałem ani nie potrafiłem tego przeboleć, że mój ojciec chciał...
    W pewnym momencie nagle mi pociemniało przed oczami i lekko się osunąłem z siedzenia. Ktoś mnie chyba przytrzymał i próbował ocucić, z marnym skutkiem. Wszystko co się wokół mnie działo mimo iż było tak blisko to jednak tak daleko. Czy było ze mną tak źle, że ni z tego ni z owego traciłem przytomność? Czy może to tylko przemęczenie? Dlaczego teraz musiało się tak stać? Nawet nie wiem gdzie byliśmy, co mi wcale nie pomagało. Przez swoją głupotę (a może wręcz przeciwnie) nie zdjąłem swojego wojskowego nieśmiertelnika. Oby go tylko nie znaleźli, bo mnie rozwalą przy pierwszej okazji. Wtedy "Pstry" nawet mi nie pomoże.

    OdpowiedzUsuń
  41. Ocknąłem się na koniec rozmowy Michała z Nataszą, więc to komuniści nam pomogli. Świetnie! Michał ich zna, pomoże mi do nich dotrzeć. To straszne szczęście tak trafić, powiadomię tylko odpowiednich ludzi i wkroczę do akcji. Rozbicie części komunistycznego podziemia będzie jedną z najlepszych akcji przeprowadzonych przeze mnie.
    W szpitalu zajęli się nami. Niestety nie wiem konkretnie kto, bo z moim wzrokiem nadal nie najlepiej. Syknąłem z bólu, kiedy lekarz dotykał moich żeber, w sumie to wcześniej tak bardzo mnie nie bolały, a może bolały?
    - Jak z pańskim wzrokiem?- zapytał machając (chyba) ręką przed moimi oczami
    - Nie poprawił się ani nie pogorszył. Nadal widzę kolorowe plamy. Może tylko trochę wyraźniej, ale nie jestem tego pewny.- powiedziałem
    - Siostro proszę przemyć i opatrzyć rany. Później podać coś na złagodzenie bólu i umieścić ich w specjalnej sali.- powiedział
    Po zakończonych zabiegach dzięki, którym mieliśmy lepiej wyglądać i chyba też czuć przeniesiono nas do jakiejś sali, w której byliśmy sami. Powiedziała mi to siostra. Położyłem się na łóżku i próbowałem zasnąć, z bardzo słabym skutkiem.
    - Czy podczas naszego pierwszego spotkania pomyślałbyś, że kiedykolwiek będziemy razem leżeć na tej samej sali w szpitalu?- zapytałem niespodziewanie. Michał zdawał się nie spać, co wywnioskowałem po skrzypieniu łóżka pod jego ciężarem.- Bo mnie nawet to przez myśl nie przeszło. Jeszcze kilka tygodni temu pewno strzeliłbyś do mnie bez mrugnięcia okiem.- powiedziałem ściszonym głosem.
    Mam nadzieję, że Niemcy nie będą się mścić. W końcu jakkolwiek na to nie patrzeć, nie codziennie oficer znika od tak sobie. Nawet ja. Tym bardziej, że wyrobiłem w sobie taki pierdzielony nawyk, że zawsze dzwonię kiedy nie będzie mnie w pracy. Wolałbym żeby pomyśleli, że upiłem się do nieprzytomności albo zabalowałem u kochanki. Zmęczony tą całą chorą sytuacją, zamknąłem oczy i próbowałem zasnąć.

    OdpowiedzUsuń
  42. W nocy obudził mnie nieludzki krzyk Michała. Miał gorączkę i majaczył. Pielęgniarki dały mu coś na zbicie gorączki. Gdy się uspokoił natychmiast zasnął. Ja też, z jedną tylko różnicą, on spał jak zabity, ja podświadomie czuwałem. Nad ranem dopiero przysnąłem na amen. Skąd wiem? Obudziłem się po obchodzie lekarskim i ze zmienionymi bandażami.
    Wstałem z łóżka i przemierzyłem kilka kroków do okna. Widziałem nadal źle, ale o niebo lepiej niż wczoraj. Bynajmniej jako tako rozróżniałem kształty. Zamazane bo zamazane, ale jednak zawsze coś. Oparłem się o parapet i wyjrzałem przez okno. Śnieg, wszędzie leży biały śnieg...na co dzień tego nie dostrzegałem. Niepewnie podszedłem do łóżka, na którym leżał "Pstry". Chłopak od dłuższego czasu wodził za mną wzrokiem. Dotknąłem prawą dłonią jego czoła, było gorące.
    - Są dwie możliwości.- zacząłem- Albo masz sporą gorączkę, albo ja mam cholernie zimne ręce.- usiadłem obok, lekko krzywiąc się z bólu.
    - Jak z nogami? Czujesz coś? Ból, chłód, to że zdrętwiały, czy coś?- zapytałem, z nadzieją w głosie.- Nieźle nas nastraszyłeś w nocy. Zasnąłem po tym dopiero nad ranem...
    Za kilka minut muszę się zbierać. W jakiś sposób muszę się dostać do pracy. Jakoś to wszystko wyjaśnić i być może pociągnąć do odpowiedzialności moją "rodzinę" i Reimanna.
    - Słuchaj...- przerwałem na chwilę, zastanawiając się co powiedzieć i jak to powiedzieć.- Muszę wrócić do...no sam wiesz...- co z tego że ledwo chodzę i się poruszam. Zapewne szybciej koniec wojny by mnie zastał nim dotarłbym na miejsce.- I trzymaj się...postaram się przyjść za jakiś czas odwiedzić ciebie.- wstałem z zamiarem wyjścia i uzgodnienia wszystkiego z lekarzem, kiedy w drzwiach pojawiła się pani doktor. Świetnie, nie musiałem tułać się po szpitalu. Powiedziałem jej, że muszę wyjść już, teraz, zaraz i natychmiast bo to sprawa bardzo ważna. Odpowiedź była krótka i rzeczowa, nie zgodziła się. Swoje słowa poparła ważnymi argumentami i musiałem jej przyznać rację. Z telefonu byłoby mi ciężko skorzystać bo nie widziałbym cyfr, a też ktoś musiałby być ze mną podczas rozmowy. Po podaniu kolejnej porcji leków poszła zostawiając nas samych. Zrezygnowany usiadłem na swoim łóżku.
    - Odwiedziłem ciebie szybciej niż zamierzałem.- mruknąłem.- Wtedy co prosiłeś mnie, żebym ciebie zostawił a sam poszedł dalej, to nie zrobiłbym tego, nawet gdybym widział. Armia nauczyła mnie jednej rzeczy, żeby nie zostawiać swoich.
    Położyłem się na łóżku i założyłem rękę za głowę. Nurtowała mnie jedna rzecz...
    - Nie wiem czy powinienem o to pytać ale... czy mógłbyś powiedzieć coś o sobie, o twoich rodzicach? Nie chcę ciebie do niczego zmuszać. Nie chcesz to nie mów.- przełknąłem ślinę- Przepraszam. Zabrzmiałem jak podczas przesłuchań.

    OdpowiedzUsuń
  43. - Rozumiem.- uśmiechnąłem się słysząc o tym, że miał być kobietą. Ciężko mi było w to uwierzyć.- No a mojego ojca miałeś okazję poznać, podobnie jak mojego szwagra. Matka nie żyje od kilku lat. Prawdopodobnie była kobietą do rany przyłóż. Wychowywali mnie dziadkowie, po pierwszej wojnie było ciężko, ojciec stwierdził, że lepiej będzie jeśli wychowają mnie rodzice mojej matki. Pamiętam dobrze ten dzień. Miałem wtedy siedem lat, ledwo mówiłem po polsku, może jakieś pojedyncze słowa i nagle przeprowadzili mnie w miejsce, którego nie znałem, do ludzi, których ledwo pamiętałem. Na kilka lat zostałem wymazany z ich pamięci.- westchnąłem.- Jestem w połowie Polakiem w połowie Niemcem. Mam podwójne obywatelstwo, nigdy nie wstąpiłem do partii. Nie wiem kim tak właściwie jestem. Polakiem czy Niemcem?- przetarłem ręką twarz.- Co tu jeszcze dodać?- zamyśliłem się na chwilę.- Przez ojca jestem spokrewniony ze słynnym "Lisem Pustyni". Razem z Erwinem Rommelem służyłem we Francji w "Gespensterdivision" czyli 7 dywizji pancernej. Jakoś w czerwcu zostałem ranny. Zapadłem w śpiączkę a kiedy wybudziłem się po trzech dniach nie pamiętałem nic. Z czasem wszystko zaczęło wracać. Wszystkie wspomnienia, te milsze i te gorsze.- wstałem z łóżka. Podszedłem do stolika, na którym stał niewielki dzbanek z wodą i dwa kubki. Nalałem wody dla siebie i Michała. Położyłem naczynie obok niego, sam usiadłem na swoim miejscu.
    - Sam mam wspomnienia, dzięki którym budzę się w nocy z krzykiem. Ale nie będę ciebie tym dołować...- upiłem łyk wody. Powinienem przejść na jakiś neutralny temat, albo zadać jakieś inne pytanie.
    - A po wojnie zamierzasz zostać w Polsce i wrócić do Gdańska? Czy może jakiś inny kraj? Ja zastanawiałem się nad Szwajcarią. I może przy odrobinie szczęścia wrócę do pracy jako reporter... Mówiłeś, że chcesz być aktorem. Według mnie jesteś dobry. Kiedyś miałem swoje pięć minut w teatrze. Szkolnym bo szkolnym, ale zawsze. Grałem raz w komedii Fredry, były to chyba "Damy i Huzary" i grałem też Julię z tragedii Szekspira. Julią byłem na próbie generalnej tylko. Wtedy z tragedii zrobiliśmy komedię. Było śmiechu co nie miara podczas próby.- zastanowiłem się przez chwilę. Może zna kogoś, albo słyszał.- Słuchaj, a może słyszałeś o podporuczniku "Słowiku" albo plutonowym "Cichym"?

    OdpowiedzUsuń
  44. - Powiedzmy, że to...ciekawość...zawodowa ciekawość.- odpowiedziałem- "Słowik", przed wojną nazywał się Słowiński Franciszek. Wysoki brunet około trzydziestki. Żadnych cech szczególnych. Mieszkał na śląsku. Tylko tyle jestem w stanie ci powiedzieć.- jeśli mówił o Franku to byłoby pięknie. Może i Saszka żyje? Nie liczę na to, że pójdziemy na piwo jak za starych czasów, ale może udałoby się nam razem porozmawiać.- Ja lubię góry. W zimę zawsze z dziadkiem jeździliśmy na narty w Tatry, a czasem też w miarę możliwości jeździłem z Erwinem, znaczy się z moim wujem w Alpy. Facet jest w porządku. Od zawsze się z nim dogadywałem. Przyjemniejsza wersja mojego ojca.- uśmiechnąłem się do siebie.- Byłem w Rosji w Petersburgu i Moskwie. Taka zaleta bycia dziennikarzem, zwiedzasz oczywiście w miarę możliwości i poznajesz ciekawych ludzi. Ładnie jest też na Bałkanach. Może nie przeżyłem jeszcze trzydziestu lat, ale swoje widziałem i swoje wiem. Ciężko mi usiedzieć za długo w jednym miejscu.- zaśmiałem się nagle i niespodziewanie.- Wiesz tak teraz sobie myślę, że to dobrze, że zostawił mnie pod opieką dziadka. Bynajmniej nazizm nie przeżarł mi mózgu i nie zrobił marionetki wiernie oddanej führerowi. Chociaż przyznam, że kiedyś na początku fascynowało...nie to złe słowo, raczej podobały mi się ich przemówienia, miały w sobie coś co przykuwało uwagę. Później przeczytałem "Mein Kampf" i wyrobiłem sobie opinię o tej ideologii. Jednak komunizm jest gorszy. NKWD straszniejsze niż Gestapo. Niemcy mogą się od nich uczyć.- mruknąłem. Poprawiłem się na łóżku i lekko zakaszlałem.- Mój dziadek podczas I wojny światowej był w I Brygadzie, podczas wojny z bolszewikami był w "Dwójce". Zawsze chciał dla mnie dobrze, dopiero po latach zacząłem to dostrzegać. Może gdybym go chociaż odrobinę słuchał to razem strzelalibyśmy do Niemców. Nie nosiłbym dobrze znanego ci munduru.- zastanowiłem się nad tym co chciałem dalej powiedzieć. Może powinienem to zachować dla siebie?- A nazwisko Adamski zaczerpnąłeś ze swojego drugiego imienia? Na drugie masz Adam, czy jakoś tak wyszło przez przypadek?- uśmiechnąłem się lekko. Nie to chciałem powiedzieć, ale też mnie to ciekawiło.

    OdpowiedzUsuń
  45. - Różnie w życiu bywa. Słyszałem, że większość ludzi na świecie ma w jakimś sensie "bliźniaka". Kiedyś musiałem przemierzyć pół kraju żeby przez przypadek się dowiedzieć że ktoś mieszka pod tym samym adresem co ja, tylko że w innym mieście. Osobiście gdybym się dowiedział o czymś takim, to bym nie uwierzył. To musiał być dla was szok.- podrapałem się po głowie- Jak uda nam się przeżyć to po tym całym szaleństwie zabiorę ciebie do Chin albo Japonii. Zjemy surową rybę z ryżem.- uśmiechnąłem się do niego.- Mówię całkiem poważnie. Oni jedzą coś takiego, nawet całkiem dobre.
    Kogo ja oszukuję? Przecież dobrze wiem o tym, że w najlepszym wypadku spędzę część swojego życia w więzieniu. Moja twarz i oczy nie wyrażały nic, zastygły w burzy rozmyślań.W 1935 nie wytoczyli mi procesu bo zgodziłem się współpracować. Teraz nosze na sobie mundur wroga, więc co im szkodzi spalić wszystkie akta dotyczące mnie i współpracy z nimi, postawić przed sądem i oskarżyć o zbrodnie wojenne? W zamyśleniu przygryzłem dolną wargę. Najwyżej zwieję do jakiegoś neutralnego państwa i postaram się o azyl polityczny. Mogłem myśleć o tym wcześniej...zanim podjąłem współpracę z Abwehrą.
    - Błędów młodości nie naprawisz.- zwróciłem się do Michała, palnąłem ten tekst ni z gruchy ni z pietruchy. Westchnąłem. Te moje przemyślenia mnie wykończą.- Nie wiedziałem, że Dima jest czerwonym, wspominałeś, że swój. Dobrze znasz tych ludzi co nam pomogli?- zapytałem, obmyślając plan działania zniszczenia ich komórki. Myślami widziałem jak odbieram kolejne odznaczenie, za dobrze przeprowadzoną akcję. I dowództwo z Londynu raczej mnie za to nie zabije, ZSRR mimo, że teraz jest sojusznikiem to jednak ochoczo wyciągnie łapę po Polskę.- Chciałbym się z nimi spotkać. Aha... wracając do młodszego "Słowika", to wiesz gdzie go spotkać? Albo masz jakiś kontakt z nim? Zależy mi na tym.- powiedziałem

    OdpowiedzUsuń
  46. - Tak...kontakty, przydatna rzecz. W szczególności w wywiadzie.- spojrzałem na niego- To zrozumiałe, że wszystkiego mu nie mówisz. Nie ma chyba takiej osoby na świecie, która nie miałaby przed nikim tajemnic.- Westchnąłem.- Ja za swoją siostrą to wskoczyłbym w ogień. Ogólnie żeby ratować rodzinę wpieprzyłem się w bagno, z którego nie potrafię wyjść.- poprawiłem się na łóżku, krzywiąc się przy tym z bólu.- Myślisz, że Dima powiedziałby mi jak spotkać się z jego siostrą? Bo na pewno jakiś kontakt ze sobą utrzymują.- podrapałem się po twarzy na której widniał lekki zarost. Chciałbym się ogolić, ale nie byłbym w stanie utrzymać brzytwy. Jestem wystarczająco brzydki bez zbędnych blizn na twarzy.- Postaram się dostarczyć ci akta twojego "bliźniaka" i jeszcze ważne informacje nie uwzględnione w aktach Wehrmachtu.- spojrzałem na niego.- To wiesz jak spotkać się ze "Słowikiem", czy mam sobie radzić sam?- z politowaniem spojrzałem na swoją lewą rękę, która była cała w bandażach. Na szczęście nie była złamana, no nie licząc palców. Może jeśli podpisałbym te pierdolone zeznania to Michał chodziłby, a ja oczekiwał na pluton egzekucyjny albo przeniesienie na obiecywany front.
    - Może gdybym podpisał te zeznania... jeszcze na Szucha... po co ci o tym mówiłem?- zapytałem ni to siebie ni to jego- Przeze mnie tutaj się znaleźliśmy.- chociaż chyba mówiłem, że ma wybór. Mógł mi pomóc, albo olać sprawę, ale zawsze czuję się odpowiedzialny za swoich ludzi. Mimo, że Michał nie jest w mojej komórce to poczuwam się do w pewnym stopniu do odpowiedzialności za niego. Jeśli stanie na własnych nogach i jeśli będzie chciał to poproszę o przeniesienie do mojej grupy.

    OdpowiedzUsuń
  47. - Nie wydałbym was. Pewnie zapomniałbym o was, w końcu jakby na to nie patrzeć nie mamy tego samego przydziału.- podrapałem się po głowie.- Spróbuj się przespać.
    Sam przymknąłem oczy i począłem rozmyślać. Najpierw muszę się wydostać ze szpitala. Jest to zbyt niebezpieczne, w szczególności dla Michała. Jeśli wyjdzie na jaw, że jestem oficerem Abwehry, to mogę spodziewać się komitetu powitalnego w postaci egzekutorów podziemia. O moim istnieniu wie tylko wąskie grono, a jeszcze mniej osób wie jak wyglądam. Muszę skontaktować się z komuchami i powiadomić szefostwo o moim planie. Będzie ciężko. Muszę dostać się do jakiegoś miejsca, gdzie trzymają jakieś ubrania, wyjść ze szpitala, odwiedzić "Cerbera" i zlecić mu wykonanie nowych dokumentów, pójść do pracy i opowiedzieć o mim genialnym planie przełożonemu, skontaktować się z siostrą Dimy i wejść w struktury czerwonych. Plan prosty. Nawet bardzo. Otworzyłem oczy, Michał spokojnie spał. Powoli wstałem i po cichu wyszedłem z sali. Korytarz był o dziwo pusty, no może nie licząc pojedynczych chorych. Z moim wzrokiem na szczęście już coraz lepiej. Na końcu korytarza był niewielki składzik z prześcieradłami i podobnymi rzeczami. W podobnym miejscu ukryłbym jakieś ubrania."Tu jest Warszawa. W tym mieście każdy ma powiązania z podziemiem."-miałeś rację Hermann, wyjątkowo miałeś rację. Po kilku minutach szukania znalazłem jakąś koszulę, która była na mnie za mała i sweter, dla odmiany był za duży, spodnie jakby szyte na miarę, pijące buty, znoszony ciemny prochowiec i ciemny kapelusz. Resztę nie potrzebnych ubrań schowałem i niespiesznym krokiem wyszedłem ze szpitala, ukrywając lewą rękę w kieszeni i twarz w cieniu nałożonego kapelusza.
    ****
    Siedzę już spokojnie w ciepłym gabinecie pułkownika Haeftena i popijam ze spokojem koniak.
    - Gestapo. Konkretniej SS-Obersturmführer Franz Reimann, Standartenführer Karl Rommel i Obersturmbannführer Helmut Waltz. Oni mnie tak pięknie urządzili.
    Wypuścił głośno powietrze, w zamyśleniu potarł brodę i zaszczycił mnie swoim spojrzeniem.
    - Jest pan pewny?- pokiwałem twierdząco głową.- Będzie ciężko im to udowodnić. Reimann oficjalnie jest w Berlinie a twoja rodz... a Waltz i Rommel byli u Fishera. A jeśli idzie o komunistów, to masz wolną rękę. Rób co uważasz za słuszne. Kiedy masz zamiar podjąć działania?
    - Już je podjąłem pułkowniku.- odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Upiłem łyk koniaku.- Postaram się jak najszybciej i jak najsprawniej przeprowadzić całą akcję.- wstałem z zamiarem wyjścia.
    - Rommel.- powiedział pułkownik Haeften- Kiedy dowiedziałem się, że przenoszą ciebie do Warszawy obiecałem Feldmarszałkowi, że będę w miarę możliwości piłował twój temperament. Uważaj na siebie, bo nie będzie możliwości aby ci ewentualnie pomóc. A nie warto przypłacać życia za kawałek blaszanego odznaczenia.
    - Wiem pułkowniku. Skontaktuję się jakoś z panem, gdy będę miał przydatne informacje.- powiedziałem na odchodne

    OdpowiedzUsuń
  48. Zaczęło się ściemniać, w sumie to było już ciemno, kiedy postanowiłem zajrzeć do szpitala oddać rzeczy, które "pożyczyłem". Przy okazji chciałem przekazać tymczasowe dokumenty Michałowi, kupiłem mu też czekoladę, kiedyś wspominał, że lubi. Z premedytacją ubrałem się w taki sposób, że widać we mnie Niemca, lub kogoś kto się z nimi sympatyzuje. Zaparkowałem samochód z tyłu szpitala, blisko kotłowni. Rzeczy "pożyczone" zostawiłem w samochodzie. Najpierw musiałem sobie wyjaśnić pewne sprawy z lekarzem. Wewnątrz szpitala spotkała mnie niemiła niespodzianka. Przy recepcji stał podoficer Gestapo wraz z dwoma szeregowymi. Wyraźnie krzyczeli na recepcjonistkę, która usiłowała ugrać kilka cennych minut. Pytanie brzmi: dla kogo grała na czasie? Usłyszałem wreszcie nazwisko nieszczęśnika. Michał Wojciechowski. Zamarłem. Jak się dowiedzieli? Postanowiłem działać, wkroczyć do akcji.
    -Guten Abend. Was ist das Problem?- zapytałem moją płynną niemiecczyzną. Oczywiście mnie wylegitymowali. Ich zdziwienie, bezcenne. Oto przed nimi stał kapitan Abwehry o wystarczająco znanym nazwisku. Podoficer zakłopotany próbował zasalutować.
    - Daj sobie spokój chłopcze. Dlaczego drzesz się na całą Generalną Gubernię do jasnej cholery?!
    - B-bo h-h-herr hauptmann szukamy groźnego polskiego bandyty. Wojciechowskiego.
    - Słyszałem.-powiedziałem spokojnie- Jak każdy w tym mieście!- dla odmiany krzyknąłem- Nie ma go tutaj. Moja komórka wywiadowcza kilka godzin temu meldowała, że wyjechał w okolice Lwowa. Więc natychmiast zabierać wasze dupska w troki i znikać mi z oczu! A następnym razem sprawdzajcie swoich pierdolonych informatorów!- wykrzyczałem. Kiedy odeszli zapytałem recepcjonistkę, gdzie jest lekarz, który zajmuje się Michałem. Zdezorientowana powiedziała mi jak mam iść. Spokojnie ruszyłem we wskazanym kierunku. W gabinecie zastałem panią doktor pochyloną nad papierami.
    - Dobry wieczór.- powiedziałem
    - Dobry wieczór panu.- odpowiedziała przypatrując mi się.
    - Interesuje mnie Wojciechowski.- powiedziałem bez ceregieli.- Jego stan zdrowia.- sprecyzowałem
    - Nie ma czucia w obu nogach. Cały czas utrzymuje się gorączka. Wie pan, przecież.
    - Czy wymaga stałej opieki lekarskiej?
    - Przez najbliższe dni tak.
    - Rozumiem.- mruknąłem.- Proszę mu to przekazać.- z kieszeni wyciągnąłem tabliczkę czekolady i nowe dokumenty.- Proszę mu nie mówić od kogo. I proszę mu przekazać, że za dwa może trzy dni ktoś go zabierze z tego miejsca.- odwróciłem się na pięcie, rzuciłem "Do widzenia" i wyszedłem z gabinetu.
    Rzeczy przekazałem palaczowi i odjechałem."Cerber" mówił, że dokumenty powinny być dopiero rano. Wróciłem więc do domu, odświeżyłem się i zasnąłem.

    OdpowiedzUsuń
  49. Obudziłem się o ósmej. To sobie pospałem. Czułem się okropnie, wszystko mnie bolało. W miarę możliwości szybko się ubrałem i doprowadziłem do względnego porządku. Nie goliłem się, bo po pierwsze: nie utrzymam brzytwy, po drugie: nie wyglądam tak tragicznie z lekkim zarostem. Darowałem sobie śniadanie na rzecz mocnej herbaty i krótkiego spaceru z psem. Po powrocie wykonałem jeszcze dwa telefony. Około dziesiątej udałem się odebrać nowe dokumenty.
    - Masz?- zapytałem od progu
    - Mam.- mruknął "Cerber"- Sprawdziłem też to o co prosiłeś.
    - I?- zapytałem odbierając dokumenty
    - I co? Byli, nikogo nie wyprowadzili, obserwują mieszkanie. "Krawiec" załatwia lokum. Jego brat studiował medycynę, więc chyba może być, co?
    - Świetnie. Jak już załatwi wszystko to go przeniesiecie. Byłoby dobrze gdyby się pospieszył z lokalem. - powiedziałem na odchodne. Wstąpiłem jeszcze na chwilę do szpitala. Na moje wyraźne naleganie pielęgniarka niechętnie zaprowadziła mnie do "Pstrego". Ukryli go na oddziale dziecięcym. Jeśli miałbym być szczery to byłoby to jedno z pierwszych miejsc jakie bym sprawdził, będąc na miejscu Gestapo. Zbliżyłem się do jego łóżka.
    - Serwus. Jak się czujesz?- zapytałem rozglądając się po sali. Dlaczego musieli go ukryć akurat na dziecięcym? Już chyba lepiej czułbym się rozmawiając z nim ukrywającym się w kostnicy.- Przyniosłem ci coś do poczytania.- zza pazuchy wyciągnąłem małe wydanie "Ogniem i Mieczem" Sienkiewicza.- Najpóźniej jutro ciebie przeniesiemy. Poza Warszawę.- zbliżyłem się do niego.- Gestapo było u ciebie w domu. Spokojnie, wszyscy cali i zdrowi. Obserwują wasze mieszkanie. Obecnie szukają ciebie we Lwowie.- powiedziałem- Aha...potrzebujesz czegoś z miasta, albo coś chcesz? Jak będę wieczorem wracał to ci przyniosę albo przekażę przez kogoś.- lekko się uśmiechnąłem

    OdpowiedzUsuń
  50. - Ciszej...- powiedziałem gdy powiedział "wasze władze".- Musimy ciebie przenieść. To zbyt niebezpieczne abyś tutaj siedział. Nie wiem czy udałoby mi się wyciągnąć ciebie znowu.-wypuściłem powietrze- A co do sióstr, to zobaczę. O ile się nie mylę to jest jakiś lokal w okolicach Kielc.- jeden chłopak od początku mi się przyglądał. Czyżby rozpoznał we mnie kogoś kogo nie powinien?- Dzięki za Słowińskiego.-powiedziałem- Odpoczywaj. Do zobaczenia.- rzuciłem na odchodne.
    Siostry Żukowskie są żydówkami, będzie ciężko. A Franek u sowietów. Jednak z tego co opowiadał mi znajomy o ruskach, nie jest powiedziane na 100%, że nadal tam jest. Jak znam Franka to od jakiegoś czasu jest w Polsce. Ruscy niespecjalnie pilnują papierkowej roboty. Sąsiadka dowiedziała się o śmierci męża w łagrze z listu syna znajomego piekarza. Powoli i ze stoickim spokojem przemierzałem warszawskie ulice, czasami od niechcenia zatrzymując się przy wystawach sklepowych. W końcu znalazłem się przy zakładzie krawieckim. Dzwonek umieszczony na drzwiach oznajmił moje przybycie.
    - "Krawiec" jest pilna sprawa.- powiedziałem, po czym szybko wyjaśniłem w czym rzecz. Pokiwał tylko głową.
    - Rozumiem, że sprawa na wczoraj.- pokiwałem głową. Robert wykonał odpowiedni telefon. Zapytał szyfrem w czy jest możliwość. Wysłuchał odpowiedzi po czym rozłączył się.
    - Da radę. Kiedy i jak chcesz to wszystko wykonać?
    - Wyjedziesz z nimi jako rodzina odwiedzająca swoich bliskich. Powiesz, że jesteś od Michała. Dasz radę?- zapytałem. Pokiwał tylko twierdząco głową. Normalnie kamień z serca.- Masz jakieś trzy zbędne mundury?- zapytałem niespodziewanie. Miałem plan jak przewieźć Michała. A Mundury były niezbędne.- Jeden mundur majora, jeden podporucznika i jeden sierżanta. Wiem jak wywieźć Michała. Bo jak rozumiem lokal dla niego też już jest.
    - Jest. Mam dwa. Podporucznika i chorążego sztabowego. Ale muszą wrócić w idealnym stanie.
    - Spokojnie. Tylko kilka godzin jazdy. Jeśli możesz to zadzwoń po Antka. Będzie mi potrzebny. Wrócę za dwie godziny.- powiedziałem wychodząc. Jeszcze tylko dokumenty przeznaczone na czarną godzinę i mogę zacząć działać.

    OdpowiedzUsuń
  51. U Michała był Dima, nie komplikowało to sprawy. Należało działać jak najszybciej. Wątpiłem w to, że Gestapo tak łatwo odpuści. Skinąłem do Dimy w geście przywitania.
    - Michał, mam dwie wiadomości.- powiedziałem- Te siostry...- zrobiłem dramatyczną pauzę- są już bezpieczne.- przez chwilę myślałem że mnie zastrzeli.- A druga wiadomość to taka, że dla ciebie jest już miejsce. I ja właśnie w tej sprawie. Zbieramy ciebie z tego szpitala.- spojrzałem na lekarkę, która podała przed chwilą leki Michałowi.
    - Można go przenieść? Nie ma żadnych jakiś poważnych przeciwwskazań?- zapytałem
    - Nie ma.- powiedziała
    - No to zbieraj rzeczy. Nie ma czasu do stracenia. Nie kuśmy losu kilkoma zbędnymi godzinami.- wyszedłem na korytarz i gestem przywołałem Antka z wózkiem. Dima pomógł nam umieścić chłopaka na tymczasowym środku transportu. Obok kotłowni była kostnica, zatrzymaliśmy się w niej, żeby przebrać się w pożyczone mundury. Wręczyłem mu mundur z dystynkcjami podporucznika Wehrmachtu.
    - Zakładaj, nie marudź.- powiedziałem widząc jego minę, która natychmiast spochmurniała, gdy zobaczył mundur. Na szczęście Dima pomógł Michałowi przebrać się w rzeczy. Porozmawiałem jeszcze przez chwilę z Rosjaninem i wyjaśniłem mu wszystko. Umówiłem się z nim też na spotkanie, nie mogłem przepuścić okazji do spotkania się z Nataszą. Nie podawałem mu adresu ze względów bezpieczeństwa. Michała wrzuciliśmy do niczym nie wyróżniającego się samochodu oficera Wehrmachtu. Oczywiście tablice były fałszywe. Zająłem miejsce na tylnej kanapie obok "Pstrego" a Antek zasiadł za kierownicą. Wręczyłem im dokumenty.
    - Antek od teraz jesteś Stabsfeldweblem Brunonem Müllerem, moim adiutantem. Michał teraz nazywasz się Gustaw Königsegg i jesteś moim bratem, podporucznikiem Wehrmachtu, zostałeś ranny na Wołyniu przez partyzantów, obecnie przyjechałeś odwiedzić swojego starszego brata. Ja nazywam się Thomas Königsegg, kapitan Wehrmachtu.- spojrzałem na niego- Ty się ciesz, że nie jesteś moją żoną. Porzuciłem ten pomysł po tym jak zaraz na niego wpadłem. Na czas podróży jesteśmy arystokratyczną rodziną, dodatkowe udogodnienie. Jakieś pytania?- zapytałem

    OdpowiedzUsuń
  52. - Jedziemy do Otwocka. Zamieszkasz na jakiś czas u zaprzyjaźnionego z nami lekarza. Uprzedzam twoje pytanie co do niego, człowiek godny zaufania, milszy ode mnie.- powiedziałem poprawiając rękawiczkę.- A co do drugiego pytania... to nie było nic ważnego. Wytłumaczyłem mu dlaczego tak nagle i natychmiast ciebie zabieramy. Przy okazji podziękowałem mu za uratowanie dupska.- skłamałem po części. Mam nadzieję, że się nie zorientował.
    - Nie chcę wam przerywać, ale posterunek żandarmerii przed nami.- powiedział Antek swoim niemieckim z austriackim akcentem.
    - Rutynowa kontrola. Strzelasz tylko w ostateczności.- powiedziałem ze spokojem
    Zatrzymał się przed żandarmem. Opuścił szybę i podał dokumenty.
    - Jakiś problem?- zapytałem
    - Ależ skąd herr Hauptman Königsegg. Rutynowa kontrola, poszukujemy polskiego bandyty. Bombowy Chłopiec, może słyszał pan?
    - Nie, nie słyszałem.Ale Gefriter chyba nie sądzi, że ukrywałby się wśród niemieckiej arystokracji...- powiedziałem najbardziej pewnym siebie tonem, który zdradzał arystokratyczne pochodzenie.
    - Nie. Ale wykonuję tylko rozkazy.- oddał nasze dokumenty- Życzę bezpiecznej podróży.
    Zasalutowałem i kiedy posterunek został za nami daleko w tyle zdecydowałem się odezwać.
    - Pośpiech w tym wypadku był wskazany. Nie zdziwiłbym się jeśli jutro rano Gestapo odwiedzi szpital.
    - A ja coś tak czuję, że po wojnie to większość Niemców będzie się tłumaczyć tym, że wykonywali tylko rozkazy.- odezwał się Antek- A ty Marcin? Jak się będziesz tłumaczył?- uśmiechnął się pod nosem
    - Ja?- zdziwiłem się- Ucieknę do Szwajcarii.- odpowiedziałem najpoważniej na świecie.- Chociaż prawdopodobnie angielskie więzienie nie jest takie złe. Codziennie o piątej po południu masz podawaną herbatę.
    - Słyszałem, że kolega to w przyszłości aktorem chce zostać.- zagadnął Antek do Michała

    OdpowiedzUsuń
  53. - Ja to nie zamierzam się żenić. Zostanę wiecznym kawalerem...a poza tym nie mam zamiaru przechodzić drugi raz ucieczki panny młodej.- powiedziałem
    - Ja to się nie dziwię, że uciekła. Jesteś tylko trochę przystojniejszy od diabła.- zażartował Antek
    Przemilczałem uwagę. podrapałem się natomiast po policzku. Jakoś będzie trzeba go przenieść do mieszkania "Tomka". Zamyśliłem się na krótki moment. Może gdyby tak udawał pijanego? Wtedy nie byłoby w tym nic dziwnego, że dwóch go przytrzymuje. Wyciągnąłem piersiówkę i podstawiłem mu pod nos.
    - Zadanie aktorskie na teraz: wypijasz trochę wódki a kiedy będziemy na miejscu udajesz pijanego i zachowujesz się tak jakbyś wypił...przynajmniej dwie flaszki. Wtedy my ciebie wtaszczymy na piętro.- powiedziałem najbardziej poważnym tonem na jaki mnie było stać.
    - Na mundur założymy ci najzwyklejszy prochowiec. Będziesz wyglądał na volksdeutcha. My też na siebie założymy coś co będzie zasłaniało nasze mundury.- dopowiedział Antek. Mam taką cichą nadzieję, że wszystko się uda. Oby u "Krawca" też wszystko grało. Podjechaliśmy pod jedną z wielu w tym mieście kamienic. Razem z Antkiem wysiedliśmy i szybko nałożyliśmy na siebie prochowce, jeden dodatkowy zabrałem ze sobą i pomogłem ubrać go Michałowi. Chwyciliśmy go pod ręce i zaczęliśmy wnosić go na pierwsze piętro. Zastukałem umówioną ilość razy. Drzwi otworzył nam "Tomek", starszy brat "Krawca".
    - Dzięki "Tomek".- powiedziałem gdy zamknął za nami drzwi.- Twój obecny pacjent. No "Pstry" nadszedł moment zdjęcia munduru. Antek pomóż mu.- poleciłem, sam natomiast musiałem zamienić kilka słów z "Tomkiem". Wyjaśniłem lekarzowi jaka jest z chłopakiem sytuacja. Powiedziałem wszystko to co wiem o jego stanie.
    - Ty mu lepiej powiedz, że rodzina za często go nie będzie odwiedzać, wolałbym żebyś ty też nie często tu przyjeżdżał. Wszystko wszystkim, ale bezpieczeństwo jest najważniejsze.- powiedział
    - Jasne. Pozdrów żonę i dzieciaki od nas.- mruknąłem.- Aha jest jeszcze jedna ważna sprawa...- powiedziałem przyciszonym głosem.
    Kiedy skończyłem, "Tomek" pokiwał tylko głową na znak, że się zgadza.

    OdpowiedzUsuń
  54. - Dlaczego zaraz mam coś chcieć?- zapytałem.- Może mam po prostu dobre serce?- nie...w to, to nawet ja sobie nie uwierzę.- Wie kim jesteś, ale zwracać się do ciebie będą tak jak masz w dostarczonych przeze mnie dokumentach.- Dobra przekażę. A ten od słowików to kto to?- zapytałem niezbyt pojmując aluzję. Po dniu intensywnego myślenia już nie kontaktowałem i zapewne prawdziwy przekaz dotarłby do mnie z kilkugodzinnym opóźnieniem. O ile pamiętałbym o tej rozmowie.- I skąd ci przyszło to do głowy, że "Słowik" to mój przyjaciel?- mimowolnie podrapałem się pogłowie- Zdrowiej. Postaram się przyjechać za jakiś czas. Nie wiem kiedy konkretnie, ale w miarę możliwości jak najszybciej.
    ****
    W szpitalu pojawiłem się dopiero o trzeciej po południu. Przekazałem chłopaczkowi gwizdek "Pstrego". Niestety spotkanie przepadło na jakiś czas. Mówi się trudno. Pod wieczór spotkałem się z Ritą.
    - Czy ja dobrze rozumiem? Mam namówić sparaliżowanego chłopaka do współpracy z MI6? I wmówić mu, że szpiegujesz polskie podziemie dla Abwehry?- zapytała szczerze zdziwiona
    - Tak. Chcę mieć pewność, że mnie nie wyda. Forma testu. Chociaż ja mu ufam, ale "Krawiec", "Cerber" i "Szybki" nalegali. Wątpię, żeby się zgodził mnie wystawić, ale różnie to w życiu bywa. Możesz zagrać na jego uczuciach. Pełna dowolność.- powiedziałem
    - Jesteś wyjątkową świnią Martin. Jak tak możesz?
    - Normalnie. Forma zabezpieczenia, nie wydał mnie na Gestapo, chociaż miał ku temu wiele okazji, ale wiesz MI6 czy MI5 to co innego. Oni współpracują z nami.
    - Dobrze. Jutro się u niego zjawię.- powiedziała po krótkiej chwili milczenia.
    ****
    Przyjrzałem się krytycznie swojemu odbiciu w zbitym lustrze, w moim tymczasowym mieszkaniu na woli. Ładnie mnie ci komuniści urządzili. Rozwalony łuk brwiowy, opuchnięta cała lewa strona twarzy, podbite oko i rozwalona warga. Mogło być gorzej. Nie widziałem się z Ritą od dwóch dni, więc nie wiem jak "Pstry" zareagował. Ale cóż dzisiaj się dowiem z pierwszej ręki. Ciekawe czy wspomni coś o jej wizycie?
    Kwadrans po trzeciej byłem już pod kamienicą starszego brata "Krawca". Ten, kiedy mnie zobaczył pokręcił tylko głową z politowaniem. Mógł sobie darować, wystarczająco wiedziałem jak wyglądam.
    - Dzień dobry panu.- powiedziałem radośnie- Jak zdrowie, samopoczucie? Pomyślałem, że się nie obrazisz jeśli przytacham ci jakieś rzeczy.- położyłem przy łóżku niewielką walizkę.- Jak ci minęło te kilka dni?

    OdpowiedzUsuń
  55. - Kto? Ja?- zapytałem zdziwiony.- Właściwie to kim ona była? Przedstawiła się jakoś?- zadałem kolejne pytania, na które znałem już odpowiedź- I czego ona od ciebie chciała?- zamilkłem na chwilę, podrapałem się po brodzie- Ładna chociaż była?- tu pozwoliłem sobie na nieznaczny uśmiech. Usiadłem na krześle stojącym obok jego łóżka. Założyłem nogę na nogę, skrzyżowałem ręce na piersi i wpatrywałem się w niego jak to miałem w zwyczaju w moim gabinecie podczas przesłuchań.
    - Jak się czujesz?- zapytałem z lekko wyczuwalną troską w głosie. Ton wypowiedzi ewidentnie kłócił się z moją pozą.- U twoich wszystko dobrze, ale nadal ich obserwują, a sprawa jeszcze nie przycichła na tyle żebyś wrócił.- wstałem i wyjrzałem przez okno. Ładna pogoda, to był dobry plan, żeby go tutaj przenieść.
    - Przekazałem gwizdek chłopakowi.- mruknąłem nadal wgapiając się w pejzaż za szybą.- W zamian prosił żebym ci to przekazał.- podałem Michałowi niezbyt udany portret, narysowany przez Czarka.- Mały mnie zaskoczył, poprosił, żebym przyszedł na następny dzień i wtedy mi to dał.- opowiedziałem siadając i przyjmując tą samą pozę, co poprzednio.
    - Jeśli chcesz to przy następnej wizycie jeśli wszystko przycichnie na tyle to wezmę kogoś z twojej rodziny. Niestety mogę zabrać jedną góra dwie osoby. Więc przemyśl z kim chciałbyś się spotkać.- powiedziałem lekko się uśmiechając. Czy to tak widoczne, że staram się unikać tematu, którym mnie zaatakował od progu? Swoją drogą to będę musiał porozmawiać sobie z Ritą odnośnie jego nawiedzania. Niepewnie dotknąłem swojej lewej strony twarzy jakby upewniając się czy nadal tam jest.
    - Zapewne wyglądam jak jedno chodzące nieszczęście.- powiedziałem pokazując na moją twarz.

    OdpowiedzUsuń
  56. No nie... po kiego ona tu teraz przylazła? Jestem do ciężkiej cholery jej przełożonym. Miała mi wszystko meldować, a nie...
    - Mówili, że angielski wywiad jest niezgorszy. Nie przypuszczałem, że aż tak.- powiedziałem zbliżając się do Rity
    - Polski jest też niczego sobie.- powiedziała całując mnie. Lekko się uśmiechnąłem a ona mnie spoliczkowała. Mimowolnie dotknąłem prawego policzka. Cóż bynajmniej będzie równo puchnąć.
    - Najpierw mnie całujesz, a później bijesz. Za co?
    - Za bycie zwykłą świnią. Nie wiem czy zabić ciebie teraz czy dopiero później. Jak mogłeś? I kto ciebie tak urządził?
    - To może zacznijmy od początku...- westchnąłem- To jest Rita. Jest moją współpracownicą, miała sprawdzić czy wydałbyś mnie obcemu wywiadowi. I od razu zaznaczam, że ci ufałem od początku, ale nacisk był z innej strony, od reszty współpracowników. Przepraszam ale musiałem.- powiedziałem spuszczając głowę w geście skruchy.- I nie jest ważne kto mnie tak urządził.- mruknąłem.
    - Ze swojej strony szczerze przepraszam. To naprawdę nie miało tak wyjść. W ogóle nie miałam już tutaj przychodzić, ale znając Martina...- westchnęła cicho- nic by ci nie powiedział.
    Przemilczałem uwagę. Czasem najlepiej było milczeć.
    - Zostawię was samych, Martin z całą pewnością jest ci winien wyczerpujące wyjaśnienia, odnośnie tej całej sytuacji. Zdrowia życzę.- na pożegnanie jeszcze uśmiechnęła się ciepło.
    Zostałem sam na sam z Michałem. Czułem na sobie jego wzrok, chciałem usiąść ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa.

    OdpowiedzUsuń
  57. - Nawet nie myślałem o tym jak o dobrej zabawie.- powiedziałem zgodnie z prawdą. Usiadłem na krześle.- Czy będziesz łaskaw odwrócić się w moją stronę? Czy mam dalej mówić do twoich pleców?- zapytałem. Przetarłem ręką twarz. Przekląłem w myślach tego, że nie zabrałem ze sobą papierosów, w takiej chwili zapaliłbym, żeby ukryć moje zmieszanie i brak pomysłu jak pociągnąć dalej tą rozmowę.- Posłuchaj mnie, nie wiem co będzie po wojnie...jeśli szczęśliwie przeżyjemy.- wypuściłem powietrze, głośniej niż zamierzałem.- Nie mam pojęcia kto dojdzie do władzy. A agenci czy szpiedzy zawsze są na "podwójnym celowniku", jeśli rozpracuje ciebie obcy kontrwywiad masz dwie opcje, albo współpraca albo kulka w łeb, jeśli twoi "pracodawcy" dowiedzą się, że działasz na dwa fronty, to tylko kulka w łeb, opcjonalnie dożywocie w więzieniu.- odwróciłem wzrok. Bardzo ciężko mi było to mówić, ale wolałem żeby wiedział w co się pakuje. Mnie nikt o tym nie powiedział.- Sytuacja na wojnie zmienia się co pięć minut. Różnie się może zdarzyć. Niemcy mogą skapitulować i zatrzymać sobie tereny Polski, wtedy będziemy bandytami, poszukiwani, ścigani przez władze. Jeśli dojdą do władzy komuniści to będzie podobna sytuacja, będziemy bandytami, którzy sprzeciwiali się jedynej słusznej władzy, wyjdziemy na gorszych od Gestapo i NKWD razem wziętych. A jeśli nasz rząd w Londynie wróci do Polski będziemy bohaterami.- starałem się unikać jego wzroku. Starałem się nie patrzeć w jego oczy, błądziłem wzrokiem po pokoju.
    - Zawsze też mogą posądzić ciebie o zdradę ojczyzny. I musisz zapamiętać sobie jedna ważną sprawę: szpiegiem czy agentem jest się do końca życia. Jeśli przemknęło ci przez myśl, że sobie zrezygnujesz w pewnym momencie to się myliłeś. I powinieneś być też przygotowany na to, że kontrwywiad może ciebie po wojnie do woli przesłuchiwać. Co z tego, że jesteście w podobnej branży? Co z tego, że jesteś niewinny? Mogą przeprowadzić podobny test do tego jaki ja na tobie przeprowadziłem.- na chwilę zamilkłem.- Wiem, że nic mnie nie usprawiedliwia. Ale musiałem ci to pokazać. Mnie też sprawdzają, cały czas. Cały czas patrzą mi na ręce.- zdecydowałem się na niego spojrzeć. Nie zdziwiłbym się jeśli twarz była bez wyrazu i oczy były puste, wpatrujące się w jakiś odległy wyimaginowany punkt.

    OdpowiedzUsuń
  58. - Spokojnie. Mówię ci to tylko ku przestrodze. A poza tym... wspominałeś, że już wcielałeś się w skórę niejakiego Bastiana von Engel, prawda?- podniosłem brew- Od razu mówię, że to nie była moja akcja. Mnie jeszcze zapewne nie było w Warszawie. Ale miałeś już styk z wywiadem i kontrwywiadem. Miałeś misję wywiadowczą. Możesz sobie wmawiać, że nie, ale ja wiem swoje.- spojrzałem na niego jakby szukając potwierdzenia. Poprawiłem się na krześle i skrzyżowałem ręce na piersi.- Do niczego ciebie nie zamierzam namawiać. Myślałem przez chwilę, żebyś współpracował ze mną, może jako likwidator, ale teraz nie wiem czy to ma jakikolwiek sens.- podrapałem się po głowie. Cicho westchnąłem i spojrzałem na sufit, jakby była tam wypisana odpowiedź.
    - Zrobimy tak, przy następnej wizycie dasz mi odpowiedź. Jeśli się zgodzisz to będzie dobrze, jeśli odmówisz, zrozumiem twoją decyzję. W przypadku odmowy zapominamy o sobie. Ty zapominasz, że istniał ktoś taki jak Martin Rommel, a ja zapominam o niejakim Michale Wojciechowskim. Myślę, że postawiłem sprawę jasno. Tak będzie bezpieczniej przede wszystkim dla ciebie i twojej rodziny.- lekko się uśmiechnąłem. Wstałem z krzesła, zbliżyłem się do drzwi od pokoju.- Zdrowia życzę i szczęścia. Powiedziałem ci to wszystko w dobrej myśli...mnie o tym nikt nie powiedział. Daję ci wybór. Zawsze ci go dawałem.- powiedziałem z grobową miną i wyszedłem. Jeszcze na ulicy obejrzałem się w stronę okna pokoju chłopaka. Poprawiłem płaszcz i skierowałem się w stronę głównej ulicy.

    OdpowiedzUsuń
  59. Musiało minąć kilka dni zanim zdecydowałem się zabrać rodzinę do Michała. Przekazałem te liczby(?) czy co to miało być, ciotce "Pstrego". Na szczęście siostra chłopaka nie płakała. Sam podczas jazdy nie mówiłem zbyt dużo. Ciotka wypytywała mnie o jego zdrowie i pytała też dlaczego jego tak nagle przenieśliśmy. W miarę możliwości odpowiadałem. Na szczęście niecała godzina jazdy minęła dosyć szybko. Zaprowadziłem je do mieszkania "Tomka" vel Andrzeja Tomaszewskiego. "Tomek" zaprowadził je do pokoju Michała. Nie było sensu, żebym siedział z nimi i czuł się jak piąte koło u wozu. Czekałem natomiast w salonie razem z Andrzejem.
    - Jak u mojego brata?- zapytał niespodziewanie
    - Dobrze. Zdrowy, w jednym kawałku, ma zlecenia, śle pozdrowienia.- powiedziałem odpalając papierosa
    - To dobrze. Pozdrów go też.
    ****
    Rozmawiają już ładną godzinę. Nie zamierzałem wkraczać do akcji, przecież mają sobie wiele do powiedzenia, a "Tomkowi" raczej to nie przeszkadzało. Usłyszałem jak otwierają drzwi od pokoju. W salonie stanęła ciotka Michała.
    - Michał prosi pana.- zwróciła się do mnie
    Wstałem z fotela i poszedłem do jego pokoju. Usiadłem na stołku obok łóżka chłopaka i lekko się uśmiechnąłem.
    - Serwus, jak zdrowie?- zapytałem

    OdpowiedzUsuń
  60. [Hej :)
    Kontynuujemy poprzedni wątek?]

    Otto von Wartenburg

    OdpowiedzUsuń
  61. No tego to się nie spodziewałem. Pokiwałem z niedowierzaniem głową i spojrzałem na niego w taki sposób jakbym szukał na jego twarzy jakiegoś punktu, który zdradzi mi, że to żart.
    - Żartujesz?- zapytałem całkiem poważnie- A o jakim bezpieczeństwie mówimy? Muszę wiedzieć jakie kroki podjąć.- wyjaśniłem.
    Myślałem, że jeśli się zgodzi to będę skakać z radości, a wyglądałem jak ktoś kto dowiedział się przed chwilą o śmierci swojego bliskiego.
    - Ty mi lepiej powiedz jak z nogami. Chłopie muszę to wiedzieć, bo nic mi nie mówisz i nie wiem czy bolą, szczypią czy ty już chodzisz, tańczysz czy śpiewasz. Powiedziałbyś coś.- zerknąłem na raczej mały stoliczek, leżały tam papiery. Ukradkiem przeczytałem.- Matura? Moje gratulacje. Czeka ciebie teraz sporo nauki.- uśmiechnąłem się do siebie. Przypomniała mi się własna. To były piękne czasy, względnie spokojne, życie wydawało się być takie łatwe.
    - Myślę, że twoja siostra będzie chciała jeszcze z tobą porozmawiać. "Tomek" mi głowy nie urwie za jeszcze kilka minut odwiedzin. Ale postarajcie się nie przekroczyć godziny. Wolałbym uniknąć zbędnych pytań żandarmów. Jestem na innych dokumentach niż zazwyczaj.- wyjaśniłem

    OdpowiedzUsuń
  62. - No...szacuneczek.- powiedziałem z niedowierzaniem. Zapewne wyglądałem jakby ktoś... Zdzielił mnie kolbą karabinu, czy czymś.- W twoim wieku to spłacałem swoje długi. Nawet nie myślałem o zakładaniu rodziny... Miłe zaskoczenie.- na chwilę przymknąłem oczy.- Myślę, że za kilka dni będziesz mógł wrócić do domu. Nie chcę ci robić nadziei na bardzo szybki powrót, ale sprawa powoli przycicha, więc przy dobrych wiatrach...- uśmiechnąłem się lekko. Wstałem i położyłem swoją rękę na jego ramieniu.- Jeszcze będziesz chodził... Warto mieć zawsze nadzieję.- powiedziałem poważnie- Zostawię ciebie z rodziną na jeszcze kilka minut. Zrobię co w mojej mocy.- otworzyłem drzwi, natychmiast do pokoju wbiegła siostra "Pstrego", w korytarzu minąłem jego ciotkę. Usiadłem w salonie z "Tomkiem" i wróciliśmy do przerwanej partyjki tysiąca.
    Po około godzinie zdecydowałem się zabrać bliskich "Pstrego" do domu. Mała wpadła w płacz, przytuliła się do starszego brata i nie miała zamiaru go puścić. Po długich namowach i przekonywaniach wreszcie go puściła, ale nadal łzy jej ciekły z oczu. Dopiero w samochodzie się jako tako uspokoiła. W sumie to musiałem powiedzieć, że Michał za kilka dni wróci.
    ***
    - Droga powrotna to był horror. Na początku cały czas płakała, a później, kiedy powiedziałem, że wrócisz za kilka dni bez przerwy pytała mnie się czy jej nie kłamię i czy obiecuję.- opowiedziałem Michałowi pokrótce wydarzenie sprzed dwóch dni. Śnieg nadal padał i było zimno, ale ja tam nie narzekam.- Co byś powiedział na krótkie wakacje z Elą i Aliną na wsi w okolicach Kielc?- zapytałem

    OdpowiedzUsuń
  63. -...ja się kiedyś, kurwa jego mać, na pierwszych drzwiach powieszę- nie, żeby ta perspektywa nie napawała mnie ulgą. Haeften to straszliwy maruda, malkontent obniżający morale, nie wiem, po co oni go tu zaprosili. Jakby mało było ludzkiego nieszczęścia. -Ten cymbał Engel nic, ale to nic nie rozumie ze spraw Rzeszy. Zamiast się ożenić, dzieci płodzić, panie, to on w żałobie po Hildzie łazi. Panie, co pan na to?
    Wzdycham w duchu, przedzierając się z pijanym Haeftenem korytarzem. Po co zgodziłem się na bycie dobrym Samarytaninem? Po co, ja się pytam? I tylko dlatego, że pułkownikowa mnie zauważyła i kazała niańczyć tego alkoholika. W dowód by mu wpisać "pijak", a wszyscy wiedzieliby, o co chodzi. Docieramy do jego gabinetu. Haeften podchodzi do biurka chwiejnym, typowym krokiem i nagle...
    -OKRADLI MNIE, OKRADLI, ZRABOWALI! POLIZEI! POLIZEI!-ryczy na cały dom. Zlatuje się cała służba, goście, pytania krzyżują się z odpowiedziami.
    -Maul halten, pułkowniku!-warczę, z irytacją zabierając się do czynności służbowych.-Znajdźcie Engela i się odsuńcie, bo wam zmienię rysopis!

    OdpowiedzUsuń
  64. - Od kiedy to zacząłem być wujkiem?- zapytałem ironicznie- Pamiętasz jak pierwszy raz przyszedłem do was do domu? Wtedy też się popłakała, wątpię więc żebym został nagle wujkiem.- westchnąłem cicho.- Wiem, że wolałbyś już coś robić. To tylko taka luźna propozycja.- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- A w razie czegoś to mogę ci w jakiś sposób przy dziecku pomóc, siostrze trochę pomagałem, także usypianie mam opanowane. Radziłbym nastawić się na zmienianie pieluch.- ponuro się uśmiechnąłem- Sam nie mam dzieci i nie chciałbym mieć ich teraz, w takich czasach. Może później, po wojnie o ile nie spędzę następnych lat w więzieniu i przeżyję to piekło. Nie mam zamiaru, żeby dziecko widziało mnie raz w tygodniu i pamiętało jako człowieka, który spędził całe życie za kratami.- odparłem smutno. Zapytał mnie o to dwa dni temu, ale zdecydowałem się odpowiedzieć teraz.- Życie pokaże co dalej. Ale myślę, że nie byłbym dobrym ojcem. Przez kilka dni nie będzie mnie w Warszawie, powiedzmy, że wysłali mnie na przymusowy urlop.- powiedziałem. Wolałem mu nie wspominać nic o komunistach. Już ufają mi na tyle, że zabierają mnie na akcję. Jeśli wszystko się uda to czeka mnie urlop we Francji.
    - Posłuchaj... ja... zemszczę się na nich... Na Reimannie, na szwagrze i ojcu. Obiecuję.- powiedziałem- Zabiję ich.

    OdpowiedzUsuń
  65. [Skończyło się na tym, że Michał trafił do szpitala "dla Niemców" jako tajny współpracownik (pamiętasz, oberwał postrzał w nogi w czasie akcji a potem przesłuchiwali go SSmani i Otto go wyciągnął, podszywając się pod kogoś z Abwehry). W szpitalu była matka Bastiana, która wzięła Michała za swojego syna i osobiście o niego dbała. Wrzucam swój ostatni odpis, z tym, że jest parę nieścisłości, bo zmieniło się m.in. nazwisko Bastiana. Więc wrzucam to tak bardziej orientacyjnie, żeby łatwiej było nam zacząć.

    Do szpitala przyjechałem już po zmroku. Starałem się nie myśleć o tym, co już zrobiłem i co zamierzałem zrobić. Stwierdzenie, że to podchodziło pod zdradę, byłoby dużym niedopowiedzeniem. Jednocześnie, czułem się w obowiązku wyciągnąć Michała z tego gówna. Obowiązek… nie byłem pewien, czy kieruję się teraz czymkolwiek więcej. Może jeszcze… poczuciem winy?
    Czasy, w których ślepo wierzyłem Hitlerowi wydawały się teraz niezwykle odległe, podobnie jak artykuły, które pisałem do gazet. Choćby ten o niższości Słowian. Nie zajmowałem się tym pod przymusem, tamte słowa płynęły z przekonania, z filozofii, z eugeniki… A teraz? Czy wciąż tak uważałem?
    Z każdym dniem w Polsce uświadamiałem sobie, jak mało wiem o tym kraju, o tych ludziach… Właśnie. Ludziach? W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że właśnie tak nazywam ich w myślach. Ludzie. Jak my, Niemcy, a mimo to inni.
    Zaparkowałem nieopodal głównego wejścia, potem wysiadłem z samochodu – tego samego, którym przywiozłem tu Michała. Próba zorganizowania innego byłaby zbyt niebezpieczna. Po raz ostatni sprawdziłem, czy wszystko (fałszywe dokumenty, broń i parę innych istotnych rzeczy) jest na miejscu, po czym wszedłem do szpitala. Powitało mnie pytające spojrzenie recepcjonistki, siwiejącej blondynki lat około pięćdziesięciu, ubranej w biały fartuch.
    - Dobry wieczór, przyszedłem w odwiedziny do jednego z pacjentów.
    Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie. Kurze łapki przy jej oczach pogłębiły się.
    - Ach, to pan. Sprawa tego… współpracownika, prawda? Polaka.
    Skinąłem głową.
    - Przypuszczam, że chodzi panu o to, czy będzie chodził? Na dziewięćdziesiąt procent – odrzekła, nie czekając na moją odpowiedź.
    - Chciałbym go zabrać. O ile to możliwe – stwierdziłem.
    - A to musi pan porozmawiać z lekarzami. Głównie z panią Gessner. To ona ostatnio go dogląda. – Jej spojrzenie uciekło na chwilę w bok. – O, akurat tu idzie.
    Pani Gessner. Matka Bastiana. Starałem się nie okazać zdenerwowania. Podszedłem do niej. – Dobry wieczór. Przyszedłem po pani syna. Jak on się teraz czuje?]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Z tej strony oczywiście Otto, jak zwykle zapominam się podpisać].

      Usuń
  66. - Powiem ci tak: Reimanna zabiję, chociażby gołymi rękami. Z tymi cymbałami, które są ze mną spokrewnione rozegramy sprawę inaczej.- uśmiechnąłem się ponuro. Kiedyś przyjaciele mi mówili, żebym nigdy tak się nie uśmiechał, bo prawdopodobnie wyglądam wtedy jak seryjny zabójca i psychopata. Ale w tym momencie mogłem sobie pozwolić na "uśmiech psychopatycznego mordercy".- Jeśli zabiłbym szwagra to zraniłbym tylko moją siostrę i siostrzeńca. A na niej nie mam się za co mścić, to nie jej wina, że ma męża idiotę.- wzruszyłem ramionami.- Powiedz mi co ja robię? Planuję rozpieprzenie własnej rodziny, gdyby ktoś mi to powiedział kilka lat albo miesięcy wstecz, to prawdopodobnie wyśmiałbym go.
    - No to jesteśmy na miejscu.- powiedziałem zatrzymując się przed kamienicą, w której mieszka Michał z rodziną. Wyszedłem z samochodu i wziąłem chłopaka na ręce. Jak dobrze, że już się ściemniało. Wniosłem chłopaka na pierwsze piętro. Na rękach było mi dużo łatwiej, nie miałem zamiaru męczyć się z wózkiem.
    - No kochany otwieraj drzwi.- powiedziałem szczerząc się.- Wiesz jednak cieszę się, że nie byłeś moją żoną. Byłbyś wyjątkowo szpetną kobietą, chociaż Niemką byłbyś przeciętną.- posadziłem go na sofie i szybko wróciłem się do samochodu po jego rzeczy. Kiedy wróciłem już Ela była przy bracie. Uśmiechnąłem się lekko widząc to.- Dobra to ja wracam do siebie. Zdrowiej, postaram się przyjść za jakiś czas.- powiedziałem wychodząc z pokoju.

    OdpowiedzUsuń
  67. Postanowiłem odwiedzić ich po tygodniu. Przyznam szczerze, że akcja w Garwolinie była dobrze zorganizowana, jak na komunistów. Jeszcze tylko kilka tygodni i pozbędę się ich, kilku mniej i świat stanie się odrobinę lepszy. Zapukałem w drzwi prowadzące do mieszkania Michała. Otworzyła mi jego ciotka.
    - Dzień dobry. Czy mógłbym wejść?- zapytałem niepewnie. Odsunęła się i gestem zaprosiła mnie do środka. Zdjąłem prochowiec i kapelusz, powiesiłem je w przedpokoju. Ledwo zdołałem przekroczyć próg salonu a dopadła mnie Ela. Dla świętego spokoju poszedłem z nią i wychwaliłem jej pokój na czym świat stoi. Po kwadransie zdołałem się od niej "uwolnić". Usiadłem obok Michała.
    - Jak zdrowie?- zapytałem.- I jak z tym...no wiesz z czym?- tutaj wymownie się uśmiechnąłem. Oczywiście chodziło mi o dziecko. Chwilę porozmawialiśmy na jakieś luźne tematy. W międzyczasie poprawiłem bandaż na lewej ręce, miałem ją nieprzyjemnie opuchniętą i przypominała jeden wielki siniak.
    - To nic poważnego. Lekarze powiedzieli, że do wesela się zagoi.- powiedziałem widząc pytające spojrzenie "Pstrego". Dobrze, że nie było Dimy. Chciałem coś powiedzieć Michałowi.
    - Mam pewne ciekawe informacje odnośnie naszego "przyjaciela".- tym przyjacielem był oczywiście Reimann.- Ela mogłabyś nas na chwilę zostawić samych?- mała wzruszyła tylko ramionami i wyszła zamykając drzwi.- Wiem coś ciekawego. Wspominałeś, że Reimann jest od czegoś uzależniony, przy pierwszym spotkaniu z nim też odniosłem podobne wrażenie. Niedawno myślałem i wpadłem na pewien trop co to może być. Ale uwaga zagadka: jest to lek, który swoją nazwę zawdzięcza Morfeuszowi, bardzo często wykorzystywany na uśmierzenie bólu. Co to?- zapytałem. Łamigłówka jest bardzo prosta.- I skąd ci do głowy przyszło, że coś biorę? Owszem czasem palę, czasem wypiję, ale oprócz tych rzeczy to nic.- powiedziałem patrząc mu prosto w oczy.- I skurwysyny były tak zmyślne, że mają alibi. Reimann był przez cały czas w Berlinie a pewne osoby, których imion nie będę wspominał były u pewnej ryby a dokładniej rybaka. W sumie to taki trochę ogr, Fischer potwierdza ich obecność u siebie w gabinecie. Czyli wymiar sprawiedliwości bierzemy w swoje ręce.- bardziej stwierdziłem niż zapytałem.

    OdpowiedzUsuń
  68. - Nie no, imiona ładne. Gdybym miał wybierać imię dla dziecka to pewno, padłoby w przypadku chłopca na Eryka, po moim przyjacielu, który uratował mnie od utonięcia i powtarzania klasy. Jeśli byłaby to dziewczynka...- zamyśliłem się- Miałaby na imię Izabela.- Uśmiechnąłem się.- Ale na szczęście nie muszę wybierać imion i terminu ślubu. A właśnie ślub w Warszawie? Czy gdzieś indziej?- zapytałem z czystej ciekawości. Chłopak szybko dorósł. Ja w jego wieku to nawet nie myślałem o żonie, a co dopiero o dziecku.
    - A teraz pochwalę się moimi umiejętnościami wyszukiwania informacji i przedstawię ci jak sprawa ma się konkretnie. Reimann jest teraz na sto procent w Berlinie, ale nie na długo. Prawdopodobnie go przenoszą. Kiedy i gdzie? Nie wiem. I morfinę ładuje bezpośrednio w żyłę, on się nie bawi w półśrodki.- powiedziałem i mimowolnie spojrzałem na to czy ręka nie zaczyna mi drgać. Wszystko w jak najlepszym porządku. Muszę być bardziej ostrożny w braniu, bo jeszcze weźmie mnie za niepoczytalnego ćpuna z Abwehry.
    - Jak to Dima nie wrócił? Może jest w swoim mieszkaniu, tym o którym mówił. Jeśli chcesz to mogę sprawdzić co z nim. Tylko pomogłoby mi kilka informacji o nim. Może miał jeszcze jakiegoś dobrego przyjaciela, albo adres tego mieszkania, opcjonalnie imię i nazwisko jakie miał w kenkartach.- dziwna sprawa, a tym bardziej, że "Pstry" przeczuwa najgorsze. W sumie minęło dosyć dużo czasu, żeby zacząć się niepokoić.- Niemcy czy komuchy?- zapytałem- Czy jednak jakaś inna hipoteza?

    OdpowiedzUsuń
  69. - No fakt. To zawęża obszar poszukiwań. Popytam tu i ówdzie. Może coś się dowiem?- wstałem i pożegnałem się z innymi domownikami. Zaczynało się ściemniać więc przyspieszyłem kroku. Wolałem uniknąć szeregowych patrolujących ulicę. W sumie to jednak tak czy siak ich mijałem. Teraz to nie wiem czy bardziej boję się przemierzać ulicę jako Polak czy jako Niemiec.
    ****
    Minęło kilka dni poszukiwań, a ja nic nie wiem. Chociaż tyle dobrze, że nie ma go na Gestapo i nie było go tam przez cały czas. Może wyjechał na jakiś czas z Warszawy? Z nie najlepszymi wiadomościami odwiedziłem Michała. Całe szczęście, że był tylko on i Alina, a Ela z ciotką gdzieś wyszły. Jeśli dobrze zrozumiałem to na spacer.
    - Serwus! Jak tam zdrowie?- zapytałem. Chyba za jakiś czas wejdzie mi to w nawyk.- Dima wrócił albo dał jakiś znak życia?
    - Nic nie znalazłem na jego temat. Nie ma go na Gestapo, nie ma go w żadnym szpitalu. Nic...wyparował.- mruknąłem niechętnie. Nie jestem przyzwyczajony do porażek. Mimowolnie spojrzałem na leżące na stole książki. Cieszę się, że nie żadna ręka mi nie drgała, że nic mi nie drgało. Jeszcze wytrzymam kilka dni...nie muszę brać teraz Pervitinu...wytrzymam.
    - A tak ogólnie to co słychać?- zapytałem- Jak z nogami? Nadal bolą? I najważniejsze jak z nauką do matury?- trochę bardzo starałem się unikać jego wzroku, wolałem, żeby nie zobaczył moich przekrwionych oczu. Nie za ciekawie to wyglądało, ale poza tym to nic mi nie jest. Uśmiechnąłem się lekko do siebie.
    - Nasz kolega z Berlina jest w szpitalu. Niestety to nic poważnego, tylko nogę złamał.- mruknąłem zdegustowany faktem.- Idiota był naprany w trupa i wypierdzielił się ze schodów. Lot ponoć przedni ale gorzej z lądowaniem.- lekko się uśmiechnąłem. Co ja bym dał żeby zobaczyć Reimanna spadającego ze schodów.

    OdpowiedzUsuń
  70. - Powiem ci, że małżeństwo to piękna i cudowna sprawa. Jednak muszę ciebie ostrzec przed jednym. Kiedy już wyjdziecie na "swoje" i twoja ukochana zapyta się czy przytyła lub czy grubo wygląda, odpowiedz: "wyglądasz idealnie". Wtedy zapewne nie czeka ciebie noc na kanapie. I ty mi nie uwierzysz ale to działa.- powiedziałem całkiem poważnie.
    - Nie przeciążaj się, bo dłużej rekonwalescencja ci zajmie. Uwierz mi, miałem kilka przypadków, że sobie coś zrobiłem.- wzrok Michała mówił coś takiego: "kilka?".- No dobra wiele razy. Ale dzięki Bogu, ktoś obdarzył mnie szybkim tempem wracania do zdrowia. I wyjątkowym szczęściem do pakowania się w kłopoty. Ale już się przyzwyczaiłem.- lekko się uśmiechnąłem.- Mam takie pytanie, zasięgnąłem języka trochę tu trochę tam, i ciekawi mnie jedna rzecz. Kiedy po raz pierwszy strzelałeś z pistoletu? Bo krążą ploty, że całkiem dobrze sobie poczynasz z bronią palną. I przepraszam, że się tak pytam o ciebie ale dziennikarska ciekawość. Jeśli chcesz coś wiedzieć o mnie to możesz pytać śmiało.- powiedziałem poprawiając się na krześle.- I tak właściwie to w jaki sposób dowiedziałeś się, że "Słowik" jest w Riazaniu?- pytająco uniosłem brew.- A co do Reimanna to jest takie jedno przysłowie: "zemsta najlepiej smakuje na zimno". I on może się spodziewać tego, że któryś z nas zdecyduje się zemścić. Pograjmy mu na nerwach przez jakiś czas.- zawsze gdy wpadam na pomysł zemsty na mojej twarzy maluje się szatański uśmieszek i w oczach jest taki błysk. Tak też było w tym przypadku.

    OdpowiedzUsuń
  71. - Aha. Mój ojciec to nauczył mnie chyba tylko dwóch rzeczy. Jak być zimnym draniem i skurwysynem. Ja nauczyłem się strzelać z pistoletu dopiero w trzydziestym piątym. A trochę ponad rok później dowiedziałem się jak to jest zabić. Po olimpiadzie w Berlinie pojechałem do Hiszpanii jako korespondent wojenny. Byłem tam prawie dwa miesiące, po zastrzeleniu Hiszpana załamałem się i wróciłem do kraju.- powiedziałem. Teraz to mam wrażenie, że jestem jak robot. Teraz to mnie nie rusza śmierć. Może śmierć dziecka daje mi do myślenia, ale nic poza tym.
    - Też kiedyś jeździłem na zawody, grałem w piłkę nożną, trochę też boksowałem ale w latach trzydziestych przerzuciłem się na Krav magę. Nie jest to sport, ale znajomość tej zaszczytnej sztuki samoobrony uratowała mi kilka razy tyłek. Jak wyzdrowiejesz na tyle to jeśli będziesz chciał to pokażę ci kilka chwytów i ciosów.- uśmiechnąłem się. Jakoś z Polakami zawsze lepiej mi się rozmawiało niż z Niemcami.- No faktycznie. Chociaż mam takie wrażenie, że tam na górze myślą, że jestem sam jeden jedyny na placu boju. I tylko ja mogę wyciągnąć odpowiednie informacje.- lekko się uśmiechnąłem- A tak właściwie to...-zdanie przerwał mi dzwonek do drzwi.- Spodziewasz się kogoś?- zapytałem lekko zdziwiony. Bo raczej jego ciotka czy Alina miały klucze, więc ich nie brałem pod uwagę. Gestapo raczej nie bawi się w dzwonki do drzwi.

    OdpowiedzUsuń
  72. - Nie.- powiedziałem cicho aczkolwiek stanowczo.- Jeśli od szkopów to spokojnie się wyjaśni, a poza tym w takim stanie to nie uciekniesz za daleko.- wymownie spojrzałem na jego kule.- Jeszcze jakiś czas temu szukali ciebie.- jestem pewny, że gdyby mógł to ogłuszyłby mnie i schował w szafie, albo zarzucił mnie sobie na plecy i wywalił przez okno.- Dobra.- rzuciłem pod wpływem jego wzroku. Szybko odsunąłem regał i przeszedłem ukrytym przejściem. Moje ciało ogarnął nieprzyjemny chłód. Chciałem poprawić płaszcz i kapelusz...zostawiłem je u Michała. O cholera! Starając się nie narobić zbędnego hałasu wróciłem pod zamaskowane drzwi. Przystawiłem ucho i nasłuchiwałem. O dziwo dźwięki z mieszkania były dobrze słyszalne. Uśmiechnąłem się w duchu. Całkiem przydatna rzecz. Jeśli to Niemcy to błagam niech okażą się totalnymi idiotami i niech nie zorientują się, że jest jeden ponadprogramowy płaszcz i kapelusz. Dobrze, że nie zabrałem ze sobą broni. Jeszcze bardziej przylgnąłem do sztucznej ścianki i usłyszałem jak rozmawiają. Mam wrażenie, że znam te głosy. I nie należą bynajmniej do Niemców ani komunistów. Więc do kogo?

    OdpowiedzUsuń
  73. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  74. - Słyszałem wszystko, co do joty.- mruknąłem idąc w stronę kuchni. Nalałem mu tych kropel i przyniosłem do pokoju. Zająłem to samo miejsce co wcześniej.
    - Według mnie to nie było nieporozumienie. Chociaż nic nie widziałem. Ale mam takie dziwne wrażenie...- mruknąłem.- Jak to możliwe, że pomylili kamienice? U mnie przydział mieszkania wyglądał w taki sposób, że u siebie w pracy dostałem klucze, z prostego względu, przyjechałem dosyć późno i dlatego to tak wyglądało. I skoro to byli Niemcy, to za przeproszeniem ale najpierw by was wyrzucili na zbity pysk, a dopiero później zakwaterowali kogoś.- spojrzałem na niego, próbując się doszukać jakiś słów potwierdzenia mojej tezy.- Jest jeszcze jeden argument, mianowicie: zamieszkali by w dzielnicy niemieckiej, albo w kamienicy, gdzie mieszka kilku oficerów czy rodzin z Niemiec.- skończyłem swój wywód.- Dobrze, że Eli nie było przy tym, ciężko byłoby ją uspokoić.- wstałem i wyjrzałem przez okno. Widok rozchodził się na ulicę. Po drugiej stronie ulicy stała jakaś rodzina i gorączkowo coś tłumaczyła jakiemuś oficerowi niemieckiemu.- Michał nie chcę ciebie denerwować ale czy to nie ci sami co byli kilka chwil temu w mieszkaniu?- zapytałem wskazując na rodzinę rozmawiającą z jakimś oficerem z SS. Coś mi się wydaje, że jednak ta sprawa się za szybko nie skończy. Szkoda, że byłem po cywilnemu i zabrałem dokumenty na nazwisko Potocki.
    - Szkoda, że nie zabrałem ze sobą swoich prawdziwych dokumentów.- mruknąłem

    OdpowiedzUsuń
  75. - Nie mam pojęcia. Myślisz, że się nie zorientują, że tak nagle masz na sobie mundur?- zapytałem retorycznie. Przemknęła mi pewna myśl. Szybko podszedłem do płaszcza mi zacząłem przeszukiwać kieszenie. Zawartość wyłożyłem na blat stołu. Papierosy, zapalniczka, kenkarta...jest soldbuch i dokument na moje prawdziwe nazwisko.- szczerzyłem się jak głupi do kawałka papieru.
    - Cofam to co powiedziałem. Zakładaj mundur. Może jak dwaj Niemcy się przyczepią to będzie spokój.- powiedziałem chowając rzeczy do kieszeni płaszcza, a fałszywą kenkartę do kieszeni spodni. Wyjrzałem przez okno, bez dwóch zdań szli do kamienicy "Pstrego". Nie wiedziałem czy to dobry pomysł, żebym używał swojego prawdziwego nazwiska, ale niestety zapomniałem sobie wyrobić kenkartę volksdeutscha.
    - Spróbujemy ich po dobroci, jak nie to kilku Niemców mniej.- powiedziałem pewnym siebie głosem. Jakie to szczęście, że ostatnio używałem tego płaszcza i nie wyciągnąłem tych dokumentów. Chociaż byłem przekonany wręcz, że nie mam tych dokumentów przy sobie.
    - Głupi ma szczęście.- mruknąłem do siebie- Jak ci idzie z mundurem? W razie czegoś to będziemy musieli się ich pozbyć w cichy sposób. Strzały będzie słychać w całej okolicy. Ale "usuwanie" ich to tylko ostateczność.- powiedziałem to tak lekko jakbym mówił o pogodzie. Mam nadzieję, że nie zostanie mi to w nawyku.

    OdpowiedzUsuń
  76. - No to dobrze bo idą w naszą stronę.- powiedziałem spokojnie.
    "Opanowanie, spokój, profesjonalizm... żadnych uczuć... żadnych wyrzutów sumienia... zero moralnego postępowania"- powtarzałem sobie te słowa jak mantrę. Zawsze tak było przed akcją, jakąkolwiek. Nie ważne czy to akcja podziemia czy operacja Abwehry. Miałem wrażenie jak coraz częściej odkładam wszystkie uczucia na drugi tor. Z jednej strony to dobrze, z drugiej...niekoniecznie.
    Któryś z nich załomotał w drzwi, bo pukaniem bym tego nie nazwał. Spojrzałem na Michała, no jakoś się to prezentowało. Otworzyłem drzwi.
    - Guten Tag. Jakiś problem?- gorzej chyba nie mogłem zacząć. Jednak spokojem i samą swoją obecnością wybiłem ich z tropu.
    - Mamy tutaj mieszkać! Tu jest wszystko napisane!- wykrzyczał mężczyzna.
    - Spokojnie po co te nerwy.- cały czas byłem opanowany i spokojny.- Może to jakaś pomyłka urzędowa? To jest...
    - Sam pan jesteś pomyłka!- awanturował się facet. A oficer SS przyglądał się tej całej scenie z lekkim zakłopotaniem. To było dziwne, po prostu. Dobrze że nie wepchali się tak od razu z buciorami do mieszkania.
    - Bastian. Może ty przemówisz państwu do rozsądku. Widocznie źle postąpiłem odwiedzając ciebie po cywilnemu.- zwróciłem się do Michała. Oficer SS się słowem nie odezwał. Nie zdziwiłbym się jeśli nic nie rozumiał z tej całej sytuacji. Dla mnie to też było niepojęte.

    OdpowiedzUsuń
  77. Otto uśmiechnął się krzywo.
    - W takim razie naciesz się na zapas, bo mamy kłopoty. – Siedział na pozór spokojnie, zdenerwowanie zdradzały tylko dłonie, mocniej niż zwykle zaciśnięte na kierownicy.
    Obejrzał zdjęcie. Rodzina jak każda… I ten chłopak. Podobny do Michała jak dwie krople wody. Niesamowity zbieg okoliczności. Oczywiście jeżeli… Odrzucił od ciebie tę myśl, zanim jeszcze do końca się uformowała. To nie miało teraz znaczenia.
    Milczał przez chwilę, potem odezwał się, ostrożnie dobierając słowa:
    - Wiesz, jak jest. Wiesz, co mogłoby się stać, gdybyś jej powiedział. Była dobra dla swojego syna, ale to nie znaczy, że byłaby dobra dla ciebie, gdyby poznała prawdę. Zapomnij. Czasami tak trzeba – ostatnie zdanie wypowiedział ciszej, z wzrokiem utkwionym w pustce.
    Zawarczał odpalony silnik, samochód wytoczył się z przyszpitalnej uliczki. Krajobraz za szybą zaczął przypominać przewijany film.
    - W mieście trwa stan gotowości. Chyba kogoś szukają, na szczęście nie ciebie. Jeżeli znasz kogoś wiarygodnego poza miastem, prowadź. Zostawienie cię gdziekolwiek w Warszawie, to w obecnej sytuacji samobójstwo. Dla nas dwóch – podkreślił.

    ~ Otto von Wartenburg

    OdpowiedzUsuń
  78. - A skąd jesteś? – zapytał niezobowiązująco, jakby z ciekawości. – Ja z Hamburga. To znaczy, z Berlina, ale w Hamburgu mieszkaliśmy z żoną, zanim to wszystko się zaczęło. – Na jego twarzy pojawił się cień, choć przecież wierzył, że tam wróci. Służba w Generalnej Guberni to nie koniec świata. Walki na froncie wschodnim kiedyś ustaną i połowę ludzi odeślą do domów. Jego też, po co on tutaj?
    Spojrzał przelotnie na Michała. Ten chłopak. Ile on ma lat? Dziewiętnaście? Dwadzieścia? Otto westchnął. Ostatnie o czym myślał w jego wieku, to wojna, cierpienie czy śmierć. Mając dwadzieścia lat zbierał laury za swoje pierwsze teksty. Zaczepił się w redakcji Völkischer Beobachter, czując się, jakby złapał Pana Boga za nogi... I faktycznie, złapał. Tego narodowosocjalistycznego boga. Dwa artykuły w miesiącu i mógł sam się utrzymywać. Co było wtedy jego zmartwieniem? Cenzura i brak zainteresowania ze strony pewnej młodej damy… Omal nie parsknął. Czy gdyby wtedy wiedział...? Pisał o wojnie, nie wiedząc, czym ona jest w istocie. Śmiał się z pogardliwych żartów o Słowianach, a Żydów uznawał za bliżej niezidentyfikowany gatunek pasożytów, choć jego własna matka nosiła na palcu pierścień z gmerkiem żydowskiego złotnika z sąsiedniej ulicy.
    A teraz..?
    Zacisnął wargi.
    Nie wyjechał z miasta, wręcz przeciwnie, kierował się w stronę Weichsel i dzielnicy Prag Südlich. Tereny poza Warschau znał jedynie z map, a oni potrzebowali tymczasowego schronienia, w którym mogliby przeczekać czas alarmu i poszukiwań. Co potem? Omal nie zaklął. Zachciało mu się ratować polskiego szczeniaka! Tylko co dalej? Skontaktuje się z Weroniką, w końcu to jej pobratymiec, niech ona go niańczy.
    - Znajomy mojego ojca ma willę na Saskiej Ke.. K… Kem… Mniejsza z tym – poddał się. – Grunt że wyjechał do Rzeszy, a ja mam klucze.
    Skręcił w boczną uliczkę, potem w jeszcze jedną i zaparkował w bramie zadbanej posesji. Odwrócił się do Michała.
    - Trzeba cię nieść, prawda? – O tej porze uliczka świeciła pustkami, ale istniała możliwość, że ktoś zobaczy ich z okna. O ile dom naprzeciwko i ten po lewej stały głuche i martwe (Otto wolał nie myśleć, jaki los spotkał zamieszkująca je polską inteligencję), o tyle w willi po prawej ktoś mieszkał. Polacy, ale… Czort ich wie, komu doniosą, a komu nie.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  79. - Pisałem kiedyś książkę, której akcja toczyła się w Gdańsku – uśmiechnął się lekko. To była prosta, w zasadzie pospolita mini powieść, ale właśnie przez to, przez oderwanie od polityki i narodowosocjalistycznego ducha, odrzuciła ją cenzura. Pokreślony przez cenzora maszynopis spalił w bezsilnej złości, ale plik odręcznych bazgrołów nadal poniewierał się gdzieś w szufladzie. – Fascynowała mnie historia tego miasta. Korzenie hanzeatyckie… „Kto żegluje, jest wolnym”, słyszałeś o tym? To była piękna idea – westchnął.
    Słuchał jego opowieści z autentycznym zainteresowaniem, może dlatego, że niegdyś lubił podróżować. Lubił, a ze względu na sytuację materialną nie mógł, wyłączając te momenty, w których redakcja gazety, do której pisał, wysyłała go tam, gdzie nikt normalny nie chciał jechać. Dopiero kiedy chłopak wspomniał o kwaterach dla Niemców, zrobił minę będącą parodią grymasu, jaki zaobserwował u swojego „ulubionego” eks-dowódcy z SS, po czym przesadnie poważnie, udając austriacki akcent tamtego, stwierdził:
    - Żeśmy tam sobie zrobili kwatery, psia mać, bo żeśmy je sobie gdzieś musieli zrobić, a wasza polska zabudowa… - nie wytrzymał i parsknął. Sam nie wiedział, skąd to nagłe poczucie humoru. Chyba efekt niedawnego stresu, emocje musiały znaleźć ujście. – Wasza polska zabudowa jest piękna – dokończył już poważnie.
    Posłuchał i w miarę jak wychwytywał kolejne dźwięki z przedziału od niemożliwych do powtórzenia trzasków do bliżej niezidentyfikowanych cykających bulgotów, jego oczy robiły się coraz większe. Mimo to podjął wyzwanie. Powtórzył. Dwie pierwsze głoski. Potem parsknął. Kolejna próba. Opluł się. Za trzecim razem o mało co nie skręcił języka i w końcu dał za wygraną.
    - To są prawdziwe słowa? – upewniał się, wciąż niedowierzając, że tak można mówić.
    - „Raczej trudno dzisiaj o cuda”.
    Natychmiast spoważniał. Zastanowił się przez chwilę. Teraz zasłaniały ich drzewa, posadzone przy bramie od strony posesji sąsiadów, ale potem będą widoczni jak na dłoni…
    - Ułóż się tak, żeby nie było cię widać przez szybę. Zaparkuję na tyłach domu i wniosę cię do środka. W tamtym domu – wskazał ręką budynek – mieszkają jacyś Polacy. Lepiej, żeby cię nie widzieli, mogą komuś donieść.
    Udając całkowity spokój wysiadł i otworzył bramę. Przy odrobinie szczęścia uznają, że przywiozłem jakaś cholerną radiostację albo inną niemiecką rzecz, do której lepiej się nie wtrącać, pomyślał. Wrócił do auta. Ostrożnie objechał willę z lewej strony i zaparkował na tyłach, w miejscu osłoniętym bujnym żywopłotem. Wyszedł i otworzył drzwi do domu. Klucz lekko przekręcił się w zamku. Otto stłumił uczucie niepokoju. Nikt się nie dowie. Stary Braun nie będzie się kwapił wracać z powrotem do pustych ścian, poza tym… W zasadzie wolno mu było tu wejść. Tylko może niekoniecznie z należącym do ruchu oporu Polakiem. Z resztą… Czort z tym.
    Wrócił po Michała. Ostrożnie wyciągnął go z samochodu, potem po prostu zaniósł do domu, podtrzymując tak, jak uczono go w stosunku do rannych kolegów z pola bitwy. Ułożył chłopaka na obszernej kanapie, ustawionej w gustownie urządzonym salonie, którą wszelki wypadek zasłał wcześniej zwykłym prześcieradłem. Nie był pewien, czy Michał nie zostawi śladów w postaci smugi krwi, wolał nie ryzykować. Cofnął się do drzwi. Zamknął je.
    - Zrobić ci coś do jedzenia? – zapytał, z powrotem wchodząc do salonu. – Albo kawy? Jest szansa, że będzie z cukrem, nie z sacharyną. – Znajomy ojca lubił się rozpieszczać, nawet w czasie wojny.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [A tak w ogóle, to mam pytanko a'propos wątku grupowego. Nasz wątek dzieje się wcześniej, czy później, niż grupowy? Bo wiem, zrezygnowałaś z udziału, ale jeżeli zdarzy się, że ktoś wspomni o twojej postaci np. w dialogu, chciałabym wiedzieć, jak zareagować ;)]

      ~ Otto

      Usuń
  80. [Myślę, że Michał i Klara znaleźliby wspólny język. ;)]

    Klara

    OdpowiedzUsuń
  81. Uśmiechnąłem się cynicznie. Czekałem ze spokojem na dalszy rozwój sytuacji. Oficer SS tylko pokiwał głową czytając papiery.
    - To musi być jakaś pomyła.- mruknął.- Nie mogą państwo tutaj mieszkać. Zresztą...- spojrzał na numer widniejący na drzwiach.- Numer się zgadza… ale klatka nie ta. Tu jest 2 a na papierze 4. Ktoś pisze strasznie nie wyraźnie. Przepraszam za kłopot.- zasalutował, zrobił w tył zwrot i odszedł razem z wesołą rodzinką.
    - Jak wytłumaczysz mi, co to do cholery było, to postawię ci pomnik w samym centrum Gdańska albo Warszawy.- powiedziałem z niejaka ulgą. Oby już nic się nie wydarzyło podobnego. Bo chyba bardziej się zestresowałem niż Michał. Uśmiechnąłem się w jego stronę pokrzepiająco. Usiadłem na „swoim” miejscu.
    - Się nam udało. Nie wiem co ale coś nad nami czuwa.- wymownie spojrzałem w górę.- I nie mam tu na myśli sąsiada, czy sąsiadki. To raczej nie ich robota.- zaśmiałem się cicho.- Powiedz co u ciebie, bo nie dokończyłeś myśli.- zachęciłem chłopaka.- Jak wszystkie sprawy naglące? Wiesz o czym mówię.- uśmiechnąłem się słabo. Ciekawiło mnie jak przygotowania do wszystkiego.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  82. [Przerzuciłam się na pierwsza osobę, tak chyba mi łatwiej pisać].

    - Pewnie. – Wzruszyłem ramionami i wyszedłem na chwilę do kuchni. Zajrzałem do lodówki. Skrzywiłem się z niesmakiem. Połowa rzeczy od jakiegoś czasu niekoniecznie nadawała się do jedzenia, ten stary dureń znowu kupił więcej, niż potrzebował tylko dlatego, że miał wystarczającą ilość reichmarek. Poczułem narastającą złość. Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym nie miał co jeść, ale im dłużej byłem w Generalnym Gubernatorstwie, tym bardziej zmieniało się moje pojmowanie rzeczywistości. Może gdybym dziś rano nie widział niemal pustych szafek w domu Michała, wściekłbym się mniej. I wcale nie pomagało mi tłumaczenie sobie, że jest różnica między Niemcem, a polską rodziną.
    Udało mi się znaleźć kilka świeżych jajek, konserwy i morele w syropie. Acha, i chleb. Cóż, popis kuchni to raczej nie będzie.
    Usmażyłem jajecznicę, mielonkę z puszki pokroiłem w kawałki dające się nałożyć na chleb i ułożyłem na talerzu. Powąchałem morele. Aż mi ślinka pociekła. W kuchni polowej jakoś nie chcieli wydawać owoców. Poszukałem czegoś do picia. Kawy nie było, znalazłem tylko herbatę, dwie łyżeczki suszu. Parzenie jej w filiżankach od dwóch różnych kompletów miało w sobie cierpki posmak naszych czasów.
    Gotowy posiłek ustawiłem nasto liku, uprzednio przysuniętym bliżej kanapy, na której leżał Michał.
    - „Co-się-nawinie”, czyli danie dnia – uśmiechnąłem się. – Nie patrz się tak, nie umiem gotować. – W domu zajmowała się tym Gerda, ja musiałem umieć kucharzyć tylko na tyle, by nie zdechnąć z głodu, zanim wróci. A ja jej czasami nie doceniałem… anioł, nie kobieta, nawet jeśli czasami wyzywała mnie od nierobów i pasożytów, a w przemowach spod znaku „znajdź wreszcie jakąś normalną pracę” potrafiła być równie zgryźliwa, jak moja matka.
    Ta moja „nienormalna praca” dała mi paroletnie odroczenie poboru do wojska, przez co ostatecznie trafiłem tutaj, zamiast do ZSRR.
    Przystawiłem sobie krzesło. Próbowałem nie myśleć, nie wspominać, zapomnieć. Jest jak jest. Nie mam na to żadnego wpływu.
    - Kawy nie było, cukier masz w torebce, jeśli słodzisz – mój głos wydawał się pozbawiony wyrazu. Miałem dość tej cholernej wojny i nie chodziło o strach, bo służba okupacyjna nie jest niebezpieczna. Potrząsnąłem głową.
    - Jakieś plany na dziś? Wieczorem mam umówione spotkanie, rozpatrzę się w sytuacji… a tak w ogóle, to… - urwałem, patrząc w pustą przestrzeń. – Nieważne – westchnąłem. – Jutro rozejdziemy się, ty w swoją stronę, ja w swoją, przy odrobinie szczęścia zaszyjesz się na tyle dobrze, że moi cię nie znajdą i nie karzą mi rozwalić ci łba… Popieprzone to wszystko. Powiedz mi… ty i ci twoi. Walczycie do końca, bodaj jeden na dziesięciu. Bodaj kopiąc i rzucając kamieniami. Wy wierzycie, że to ma sens? – nie pytałem złośliwie, bardziej z rezygnacją, bo mi od jakiegoś czasu sensu brakowało.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  83. - No w sumie to mam znajomego architekta, więc projekt może powstawać już powoli.- przetarłem brodę- Ale postawię ci go po wojnie. W nowej niepodległej Polsce. Pasuje taki układ?- zapytałem chłopaka.
    - Jak to jest być mężem?- zapytałem i wytrzeszczyłem oczy. Szukałem nawet przez chwilę potwierdzenia na jego twarzy. Wolałem wiedzieć czy sobie nie robi ze mnie jaj.- Nie wiem. Nigdy nie byłem mężem. Wspominałem ci przecież.- powiedziałem ze spokojem.- W razie czegoś to się szwagra mogę zapytać, albo stryja, to bo powiem ci i będziesz miał pogląd na całą sprawę.- słabo się uśmiechnąłem.- Nie martw się tym. Jesteś odpowiedzialnym i dobrym człowiekiem. Będziesz wspaniałym mężem i jeszcze lepszym ojcem. Możesz mi nie uwierzyć, ale za kilka lat dziecko podejdzie do ciebie, przytuli się i wyszepcze, że kocha cię najbardziej na świecie i nie zamieniłoby cię na żadne skarby świata.- tak bynajmniej ja myślałem. Nie wiem czy weźmie sobie to do serca, czy oleje to.
    - A zresztą gorszym ojcem od mojego, to nie będziesz.- powiedziałem pół żartem pół serio.- Skoro przy ślubie jesteśmy, to czy macie świadków? I prawdopodobnie jeszcze najważniejsza kwestia: obrączki. W razie czegoś to mogę wam załatwić. Mam swoje dojścia.- mrugnąłem porozumiewawczo. Traktowałem chłopaka niemalże jak przyjaciela, albo młodszego brata. Nie chciałem go zostawiać samego w takiej chwili. Poza tym on mi pomógł, przeze mnie ledwo chodzi, więc jestem mu coś winny.
    - Wiesz, jak sobie tak myślę, to nawet się cieszę, że jestem kawalerem. Martwię się tylko o siebie, i mogę robić co chcę. Może do końca życia zostanę przy obecnym stanie cywilnym?- zapytałem ni to siebie ni to jego.
    - Tak właściwie to powoli będę musiał się zbierać, ale poczekam, aż ktoś od ciebie przyjdzie. Wolę nie zostawiać cię samego. Jeszcze się uszkodzisz, czy coś.

    OdpowiedzUsuń
  84. - Spokojnie, nie zamierzam cię otruć – stwierdziłem, zauważywszy, jak wącha jedzenie. –Niemcy lubią praktyczne rozwiązania. – Swobodnym ruchem wyjąłem z kabury pistolet. Położyłem go na stole, w połowie odległości między nami. Zabrałem rękę, pozostawiając broń na widoku. Chciałem, żeby odebrał to jako jasny sygnał: mogłem cię zabić, cały ten czas, kiedy byliśmy we dwóch, ale nie chciałem.
    - Z waszych „improwizacji” znam tylko kawę z żołędzi – wróciłem do tematu jak gdyby nigdy nic. „A z innych ewenementów polską wódkę”, miałem ochotę dodać, ale powstrzymałem się. Wciąż byłem ciekaw, jak oni to robią, że po dawce, która normalnego człowieka zwala z nóg, oni są w stanie wyjść o własnych siłach i nie śpiewać po drodze.
    - Michal, nie mów tak – westchnąłem. - W szpitalu trochę marudzili, że cię zabieram, ale twierdzili, że z tego wyjdziesz. Najważniejsze zrobili, kości masz poskładane. Gangreny nie ma, więc nogi zachowasz. Żyć też będziesz, głupsi od ciebie żyją.
    Słuchałem uważnie, co mówi o walce. Idealista pieprzony… Pewnie, można być odważnym, jak się kładzie na szali tylko własne życie. A jakby ktoś mu powiedział: będziesz siedział cicho, albo zobaczymy, jak twoja siostra wygląda od środka? Albo jakby wiedział, że mogą się do niej dobrać, w każdej chwili, a on będzie zbyt daleko, by cokolwiek zrobić? Też byłby taki waleczny?
    Właściwie to… Dlaczego się tak uparłem, żeby ratować ten jego nierozważny tyłek? Co to, mój problem, że chłopaczka pociągnęło do partyzantki? Gówniarz jeszcze, fakt, ale na wojnę biorą jeszcze młodszych. Więc czemu tak zmiękłem? Przez Małą? Gdyby mnie kto zapytał, powiedziałbym oczywiście co innego, ale przed sobą samym musiałem przyznać, że nie potrafiłbym jej zastrzelić. Wydać w ręce gestapo tym bardziej. Ale Michał, Pstry, czy jak go tam powinienem nazywać..?
    On jest taki jak ty w przeszłości, taki, jaki ty chciałeś być, podpowiedział mi usłużny, ociekający jadem głosik mojej świadomości. Wierzy w wolność tak, jak ty wierzyłeś w nazizm, zresztą wtedy to dla ciebie też była wolność… Tylko że on jest w tej swojej wierze honorowy, a ty, kiedy doktryna rozjechała się z honorem, sprzedałeś się ideologii.
    Omal nie pokręciłem głową, tak zirytowały mnie te podszepty. Bzdura. Młody życia nie zna, to się stawia, jeszcze go porządnie nikt do galopu nie wziął.
    "Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą."
    - Pusty slogan, Michal – wzruszyłem ramionami. – Walczysz, dopóki masz o co. To o tym momencie piszą w książkach... Potem, jak wszystko stracisz, nikt już o tobie nie napisze ani linijki. Do dekorum mu nie będzie pasowało – mruknąłem, z założenia szyderczo, choć w moim głosie pobrzmiewał także smutek. – Beznadzieja to nic pięknego, a o brzydocie nikt nie lubi czytać. Możesz pisać o zmysłowości, ale gwałtu nie tkniesz. O śmierci, tak, ale o jakiej? O efektownym, zabójczym ciosie w serce, nie o minie przeciwpiechotnej, która przerobi cię na ochłapy krwawiącego mięsa. Nam też mówili o pięknych rzeczach, o wielkości, chwale… - Popatrzyłem z nostalgią w okno, przysłonięte przyszarzałą firanką. Gdzieś tam, za szklaną taflą, chodnikiem snuli się przechodnie, może Niemcy, może Polacy, zatopieni we własnych myślach, własnych światach.
    - Znasz Weronikę de Sevigny? – zapytałem nagle. – Obchodzi mnie tylko to, czy jej ufasz – zastrzegłem szybko. Nie chciałem znać żadnych szczegółów, niczego, co dotyczyłoby polskiego podziemia i co jako Niemiec powinienem przekazać gestapo. – Myślę, że mogłaby ci pomóc, ale jeżeli wiesz na jej temat coś, co… - posłałem mu znaczące spojrzenie, zastępujące zwrot w stylu „jeżeli wiesz o niej, że jest konfidentką”.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  85. Wstałem więc i zgodnie z prośbą Michała zaparzyłem mu i sobie herbaty. Po kilku minutach zjawiłem się w salonie z dwoma parującymi kubkami. Muszę przyznać, że pachniało całkiem ładnie.
    - Dożyjesz.- powiedziałem pewnym siebie głosem.- Mnie mówili, że do matury nie dożyję, jednak zrobiłem im na przekór i dożyłem. Nawet ją zdałem.- powiedziałem pół żartem pół serio.
    - Co ja mam powiedzieć? Jeśli Niemcy się dowiedzą co robię to pozostanie mi tylko modlitwa, aby pluton szybko to załatwił. Bo nawet Cannaris, Oster i stryj mi nie pomogą.- przyznałem cicho.- A jeśli uda mi się dotrwać do końca wojny, to najbliższe dziesięć lat spędzę w więzieniu. Wolałbym ci nie mówić o co właściwie idzie z tym więzieniem.- wzruszyłem ramionami.- I ruskie, i francuzi. Oni też z przyjemnością dobraliby mi się do skóry.
    Upiłem łyk nie słodzonej herbaty. Zastanawiałem się co dalej by mu powiedzieć.
    - Wiesz…ciężko mi jest powiedzieć jak to jest być mężem…łatwiej mi chyba będzie wypowiedzieć się na temat niezapomnianej i niezastąpionej miłości. Masz ta świadomość, że nigdy nie wróci, i boisz się pokochać kogoś innego w obawie, że następna osoba zniknie z twojego życia.- powiedziałem.- Spróbuj nie porównywać Aliny do Ewy, jednak nie zapominaj o tej drugiej, tą pierwszą szanuj, a powinno się wam ułożyć.- pokrzepiająco się uśmiechnąłem.
    - A świadków sobie załatwiliście?- powiedziałem, i szybko odwróciłem wzrok i przetarłem ręką twarz.

    OdpowiedzUsuń
  86. [Spoko, ja też nie wiem jak to z maturami wyglądało;)]
    - Ja świadkiem?- zapytałem z udawanym zdziwieniem.- Z największą przyjemnością. Pod tym względem to mam wszystko. Chrzest, komunię i bierzmowanie…obywatelstwo polskie też.- uśmiechnąłem się.- To że nie wierzę w Boga nie znaczy, że nie odbębniłem wszystkich sakramentów.- uśmiechnąłem się słabo.
    - A z tym więzieniem, to dosyć dłuższa sprawa. W trzydziestym piątym mnie aresztowali i postawili zarzut szpiegostwa. Wspominałem ci kiedyś o tym. Jednak nie powiedziałem w jaki sposób udało mi się przeżyć. Poszedłem na współpracę z „Dwójką”. Zgodziłem się na wynoszenie prawdziwych informacji z Abwehry, i podrzucaniu im fałszywych. Byłem im potrzebny, a po wojnie się to może zmienić.- powiedziałem.- Jest jeszcze jedna sytuacja…w czterdziestym roku…- przerwałem, bo w gardle natychmiast pojawiła mi się gula. Nie mogłem mu o tym teraz powiedzieć. Nie mogłem, nie zrozumiałby. Ja sam tego nie rozumiem.- Nie ważne…powiem ci kiedyś…kiedy będę w stanie…- wymamrotałem. Zacisnąłem powieki i próbowałem odgonić napływające łzy. Związałem się z Hubalem i jego oddziałem. Byliśmy jak jedna wielka rodzina, a ja ich zdradziłem.
    Usłyszałem jak otwierają się drzwi. Zaraz do pokoju wbiegła Ela.
    - Wujek!- krzyknęła radośnie
    - Cześć, mała.- powiedziałem po czym pomogłem jej się usadowić na moich kolanach.- Aleś ty urosła. Za niedługo to brata przerośniesz.- powiedziałem i uśmiechnąłem się w stronę małej, która nie wiedzieć dlaczego przytuliła się do mnie. – Dzień doby.- powiedziałem do ciotki Michała.
    Postawiłem Elę na ziemi.
    - Ja chyba powoli będę wracał do siebie…- powiedziałem.- Przyjdę za jakiś czas…

    OdpowiedzUsuń
  87. - Oczywiście, że pomogę.- powiedziałem i poszedłem za kobietą.
    Na zewnątrz panował lekki chłód, jednak nie przeszkadzało mi to, ze nie mam na sobie nic oprócz koszuli. Sposobem chwyciłem ten kufer. Był ciężki. Wolałem nie wiedzieć co w nim jest, jednak obawiałem się, że moje przypuszczenia są trafne. Jakoś wtaszczyłem kufer do mieszkania Wojciechowskich. Wedle zaleceń położyłem to wszystko w salonie.
    - Ciężkie to.- wskazałem na kufer. Mimowolnie spojrzałem na zegarek.- Muszę iść, bo mnie kolega ukatrupi. Postaram się przyjść w piątek.- rzuciłem.- Do widzenia wszystkim.- powiedziałem po czym zabrałem swój płaszcz i kapelusz. Szybko wyszedłem z mieszkania i zamknąłem za sobą drzwi.
    ****
    Przyszedłem w piątek wieczorem. Niestety nie mogłem się pozbyć niemieckiego munduru. Byłem de facto tylko na krótką chwilę. O godzinie dwudziestej miałem pewien bankiet, a nie wypadało się nie pokazać.”No ależ jak to? Bratanek generała, nie przyjdzie? As wywiadu? Toż to wstyd.” Wstyd to jest się przyznać do tego, że się kłamało w swoich osiągnięciach.
    - Dobry wieczór, wszystkim.- powiedziałem kiedy mnie przepuszczono do pokoju.- Przepraszam, ze w takim stanie…- rozłożyłem ręce z bezradności i wymownie spojrzałem na mundur.- Ale ja tylko na chwilę, bo zaraz idę na balety.- wyjaśniłem obecność na mnie galowego munduru.
    - Chciałem zobaczyć, jak przyszła młoda para sobie radzi i czy nie potrzeba czegoś.- powiedziałem po czym ściągnąłem czapkę oficerską. – Słucham więc skarg, zażaleń, specjalnych zamówień i próśb. Mówię od razu, że cudów nie obiecuję. A byłbym zapomniał.- wyciągnąłem z kieszeni kartkę złożoną na kilka razy.- Michał, mógłbyś rzucić na to fachowym okiem. Za jakiś czas zbliżają się swoiste święta.- powiedziałem odnośnie zrzutów. Na kartce podanych było kilka rodzajów ładunków wybuchowych.- Chciałbym wiedzieć, czy mam błagać o coś jeszcze.- mrugnąłem porozumiewawczo do chłopaka. – A tak właściwie to gdzie…- chciałem zapytać o Elę, ale zaraz poczułem jak przytuliła się do mojej nogi.- Cześć Ela.- powiedziałem po czym lekko zmierzwiłem jej włosy

    OdpowiedzUsuń
  88. - Nawet ja nie opanowałem wydawania takich rozkazów.- mruknąłem. Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni płaszcza tabliczkę czekolady.- To dla ciebie.- wręczyłem dziewczynce tabliczkę.- Najprawdziwsza z prawdziwych. Wprost z fabryki Wedla.- uśmiechnąłem się. Usiadłem na krześle stojącym nieopodal. Czapkę położyłem na stole i spojrzałem się to na Michała, to na dziewczynkę. To prawdopodobnie ona była w tym kufrze. Pokiwałem tylko głową.
    - Dziewczynki, możecie przejść do innego pokoju?- zapytałem. Przez chwilę pomarudziły, jednak zaraz wyszły.
    - Te dokumenty, to na kiedy mają być?- zapytałem biorąc zdjęcie, które zaraz zniknęło w kieszeni.- I czy mają być na jakieś konkretne danie? Czy to będzie obojętne co fałszerz wpisze.- wolałem wiedzieć takie rzeczy, żeby później jakiś dziwnych sytuacji nie było. Chociaż ta cała wojna to jedna wielka dziwna oraz chora sytuacja.- I wybacz mi to pytanie, ale czy ta dziewczynka to…żydówka?- zapewne Michał za to pytanie by mnie zabił. Albo pomyśli sobie coś o mnie, że pod tym względem, to niczym się nie różnię od innych Niemców. Że pod tym względem oficer Abwehry, który przed nim siedzi, ma takie same poglądy jak SS i podobne im formację. Lekko przygryzłem wargę i podniosłem na niego wzrok
    - Wolałbym wiedzieć.- może nie potrzebnie tak bardzo zaakcentowałem to zdanie. Te dwa słowa. One chyba mówiły wszystko. Przez nie przewijało się większość skrywanych odczuć i emocji. Lekko spuściłem wzrok z Michała. Dla odmiany utkwiłem go w blacie stołu.

    OdpowiedzUsuń
  89. Zabrałem kartkę, która zaraz wylądowała w mojej kieszeni. Kiedy wypowiedział pseudonim Dobrzańskiego moja warga nieznacznie zadrżała. Czy dziewczynka mogłaby mnie rozpoznać? Czy rozpozna we mnie partyzanta? Przyjaciela, bądź znajomego jej ojca? Sam dziecka nie kojarzę. A może kojarzę?
    - Nie nic się nie dzieje. – wymruczałem. Jednak w środku aż drgałem ze zdenerwowania. – I nie mam jej tego za złe. Postaram się dokumenty dostarczyć jak najszybciej. Nie chcę zapeszać, ale istnieje duża szansa, że w niedzielę już będą.- powiedziałem, po czym wstałem. – Do zobaczenia.- powiedziałem na odchodne. Pożegnałem się jeszcze z resztą domowników i wyszedłem.
    ****
    Do tej pory mnie głowa boli po bankiecie u jednego z oficerów. A jest już niedziela. Ubrany tym razem w cywilne ubrania stanąłem przed drzwiami mieszkania Michała. Miałem te dokumenty, dla dziewczynki. Zapukałem i poczekałem aż ktoś mi otworzy drzwi. Pora była po południowa. Raczej taki przedział czasowy, że na mszę nie poszli.
    - Dzień dobry.- powiedziałem do ciotki Michała, która otworzyła mi drzwi. Gestem zaprosiła mnie do środka. Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni dokumenty dla małej.- Proszę. Dokumenty dla dziewczynki.- przekazałem je, w ręce pani Anny.
    - Na mnie już czas. Nie chciałbym przeszkadzać…- powiedziałem, jednak usłyszałem Elę jak woła: „Marcin!” i podbiega do mnie i obejmuje. Co jest we mnie takiego, że dziewczynka mnie lubi? Powinna się mnie bać. Tak byłoby lepiej.
    - Serwus Michale.- powiedziałem widząc chłopaka w progu.- Jak tam nogi?

    OdpowiedzUsuń
  90. Uśmiechnąłem się kiedy usłyszałem o błogosławieństwie Aliny. Kiedy Michał znowu próbował wstać zdzieliłem go leżącą ścierką pozostawioną przez Alinę.
    - Klapen dupen i nieruszen się.- powiedziałem. Umyślnie moja wypowiedź miała taki charakter. Przypomniał mi się nauczyciel od geografii, który tak mówił. Uwielbiał mówić takim polnische-deutsche.- Mój nauczyciel tak mawiał.- powiedziałem po chwili.
    - Znowu pozrywasz szwy. I do wesela się raczej nie zagoi.- powiedziałem i spojrzałem na niego.- Jak ci minął dzień? Bo u mnie tragedia. Głowa mnie do tej pory boli. Jednak, jest lepiej niż w sobotę. Wtedy słyszałem nawet fale radiowe, więc…- przerwałem. Nie musiałem kończyć, aby się zorientował o co mi chodzi.
    - Jak z…-zastanowiłem się chwilę nad imieniem dziewczynki.- Z Agnieszką.- wydusiłem z siebie w końcu.- Sprawia jakieś kłopoty, czy coś w tym stylu?
    Wolałem nie wspominać, że budziłem się kilka razy w nocy oblany zimnym potem. Znowu te mary senne…Hubal…i reszta…oni nazywali mnie przyjacielem…a ja? Ja ich zdradziłem.
    - Mówiła coś? Coś…godnego uwagi?- zapytałem. Bo jeśli przypomniało jej się, gdzie mnie widziała…to czeka mnie chyba jedna z najgorszych rozmów w moim życiu. Nie wiedziałem na dzień dzisiejszy, jak się zabrać za to. Co miałbym powiedzieć? Prawdę Martinie. Prawdę. Ale jak to prawdę?
    Skłamię. Skłamię po raz kolejny w swoim życiu! Przecież potrafię. Hubala okłamałem, rodzinę okłamałem, przyjaciół…czy muszę wymieniać dalej kogo jeszcze skłamałem...?Albo lepiej… Nie powiem mu nic. Stracisz przyjaciela. Jeśli powiem prawdę to zginę z jego ręki, śmiercią okrutną i straszną i też stracę przyjaciela…o ile, mogę go tak nazwać.

    OdpowiedzUsuń
  91. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  92. - Powinieneś się do tego przyzwyczaić.- powiedziałem.- Jak będziesz łazikował zbyt długo i często, to dłużej rekonwalescencja będzie trwać. Możesz mi uwierzyć na słowo.
    - No nie ma serca.- przytaknąłem.- Nie radzę ci się upijać do nieprzytomności. Później będziesz cierpiał męki okrutne.- mruknąłem w jego stronę.
    Uważnie wysłuchałem co ma mi chłopak do powiedzenia. Cała relacja postawiła mój mózg na nogi. Myślałem teraz najintensywniej jak potrafiłem.
    - Skrzywdził? Czy myślimy o TYM skrzywdzeniu? Czy mówiąc „skrzywdził”, myślałeś o czymś związanym z jej psychiką. Traumatyczne przeżycie, typu widziała mordercę swoich rodziców, albo coś pokrewnego.- nie wiem dlaczego wypaliłem z tym mordercom.- No bo wiesz, niekiedy w pewnym momencie możesz zapomnieć jak wyglądał, ale później może się pojawić on lub ktoś podobny i wtedy przypomina ci się to wszystko. Ludzki umysł jest pokręcony.- stwierdziłem.
    - Z największą przyjemnością. Już lecę kupić bilety i pakujemy się. Będziemy mieszkać u jakiegoś miejscowego, albo w lesie i będziemy sobie gotować zupy z pokrzyw i żywić korzonkami. Spać na mchu i mieszkać w ziemiance.- stwierdziłem ironicznie.
    - Coś specyficznego?- podchwyciłem.- Jakby ciągły strach…nadzieja…czy coś innego?- zapytałem. Mam nadzieję, że Michał nic nie zacznie podejrzewać, że nie mówię całej prawdy. Albo, że przyłożyłem rękę do śmierci jej rodziców.
    Potarłem brodę w zamyśleniu. Zbierałem myśli przez chwilę. Coś wypada powiedzieć.
    - Może….-machnąłem ręką odganiając tę myśl.- Nie ważne. Głupi pomysł.- mruknąłem.

    OdpowiedzUsuń
  93. Kiedy wbiegła Ela przysłuchiwałem się całej rozmowie. Czyli o taką specyfikę mu chodziło. Może coś powiem? Milcz Martinie. Cóż możesz powiedzieć?
    - To wcale tak nie znaczy.- powiedziałem z silnym przekonaniem.- Był w moim życiu okres czterech lat, w których nie widziałem mojego ojca. Nic nie wiedziałem na jego temat. Byłem w twoim wieku Elu. Ale wrócił…tylko trochę się zmienił...mianowicie zbyt wcześnie wyłysiał-powiedziałem. Chciałem rozładować lekko atmosferę.
    - Poza tym…-spojrzałem na Michała. Zastanawiałem się jak to powiedzieć. Wiedziałem, że trzeba to odwlec w czasie, bo nic dobrego nie wyjdzie jeśli powie się Eli teraz prawdę.- Poza tym należy mieć nadzieję.- W końcu nadzieja umiera ostatnia. Prawda Martinie? Ty też masz do tej pory nadzieję… Uśmiechnąłem się pokrzepiająco do Eli. A Michała obrzuciłem spojrzeniem pełnym współczucia. Jego życie doświadczyło…myślałem, że moje było ciężkie…myliłem się. Chociaż…było to dwudziestolecie międzywojenne, więc czasy pokojowe. A teraz wojna trwa w najlepsze.
    - Elu obiecuję, że postaramy się z Michałem odnaleźć waszych rodziców.- brawo ja. Przecież to co powiedziałem jest głupie. Jakoś będziemy musieli jej o tym powiedzieć. I teraz ja sam się ubrałem w dostarczyciela złej nowiny. Zniszczę przez te kilka słów dziecko od środka.
    Wolałem, żeby Michał wiedział, że ma we mnie niejakie oparcie. Nie byłem co prawda nikim z jego rodziny, ani jakimś jego przyjacielem. Chociaż, czy nie byliśmy już przyjaciółmi? Przecież uratowaliśmy sobie nawzajem tyłki. Jakoś to poszło…a obiecałem sobie, że po Hubalu nie będę się przywiązywał do współpracowników. I to nie tylko tych z Polski. Jednak, czy człowiek może się nie przywiązywać do nikogo?
    - Ja chyba będę wychodził.- powiedziałem.- Wolałbym się nie narzucać swoją obecnością.

    OdpowiedzUsuń
  94. - Nie musisz dziękować. Nic jeszcze takiego nie zrobiłem.-powiedziałem po czym pożegnałem się z resztą i wyszedłem.
    ****
    Przyszedłem z wizytą we wtorek wieczorem.
    - Dobry wieczór.- powiedziałem do ciotki Michała. Na co ona odpowiedziała z niejakim uśmiechem. Nie pozostając jej dłużnym i ja lekko wygiąłem wargi tworząc nieco koślawy uśmiech. Przeszedłem do pokoju Michała. Usiadłem w „bezpieczniej” odległości. Nie chciałem aby zauważył że moje źrenice są rozszerzone, pod wpływem wiadomej substancji. Pervitin zażyłem z jakąś godzinę temu…mam więc około dwóch godzin czasu, aby wyjść i nie zauważył, że jestem jakiś „inny”.
    - Jak tam zdrowie?- zagaiłem. Byłem szczerze ciekaw, jak się sprawy z tymi nogami mają. Nie wiem dlaczego ale zamknąłem po chwili drzwi prowadzące do jego pokoju. Może chciałem, zachować wrażenie, że nikt nas nie podsłucha? Albo zapewnić sobie niejaki komfort psychiczny?
    - Jak z Elą? Lepiej już, czy nadal depresja, płacz i rozpacz.- powiedziałem. Nie miałem zamiaru owijać w bawełnę.
    - I co to za sprawa? Ta, o której wolałeś nie mówić przy małej.- zapytałem. Było to chyba najważniejsze pytanie. A chciałem, też wiedzieć, czy miało to niejaki związek ze mną.
    Oby Michał nie zauważył, że jestem jakiś „inny”, albo „dziwny”.

    OdpowiedzUsuń
  95. - Cieszę się, że już lepiej, z twoimi nogami.- powiedziałem szczerze i lekko się uśmiechnąłem.- Wiesz, do tej pory dziwnie się czuję słysząc „wujek Marcin”. Mam wrażenie, że to określenie do mnie nijak pasuje.
    Nieznacznie uniosłem brwi słysząc o komunistach. Zaraz jednak się uśmiechnąłem. I nieznacznie się uspokoiłem. Czyli nie chodziło o Hubala. Całe szczęście…
    - Wiesz, to nawet nie będzie takie trudne wejść w ich towarzystwo. Zdążyłem sobie już znaleźć w ich kręgach kilku znajomych.- powiedziałem, po czym zaraz odwróciłem wzrok, nie chciałem zbyt długo patrzeć w jego twarz. Jeszcze by zobaczył, że mam nienaturalnie rozszerzone źrenice.
    - A jak z Agnieszką? Nadal…no, wiesz o co chodzi.- drugie pytanie było niemalże dla mnie tak ważne jak to pierwsze. Bo jeśli dziewczynka sobie przypomniała, gdzie i kiedy mnie widziała, to będzie ze mną źle. A ja mimo wszystko nie mam zamiaru umierać z rąk Michała.
    Muszę jakoś to wszystko dobrze rozegrać. Przecież wiecznie pod wpływem Pervitinu nie będę…jak działanie nieco osłabnie, będzie widział, żem coś brał.
    - Jak już jestem przy zadawaniu pytań, to powiedz mi czy garnitur masz?- uśmiechnąłem się i mrugnąłem.- Nie mogę w to uwierzyć, że się żenisz…a ja nadal jestem kawalerem.- wzruszyłem ramionami i wzniosłem oczy ku górze.- A i powiedz mi, o której godzinie mam się zjawić, i w którym kościele.

    OdpowiedzUsuń
  96. - To cieszę się, ze wam jakoś się to wszystko układa.- powiedziałem szczerze. Jak najlepiej im życzyłem, w tych podłych czasach powinni mieć trochę normalności. Wysłuchałem uważnie co mówił o Agnieszcze i odnośnie terminu ślubu.
    - Wydaje ci się.- powiedziałem odbierając zaproszenia. No właśnie, czy zaproszenie na ślub nie było z lekka nie bezpieczne? Przecież Niemcy szukali Michała, no teraz to dali na wstrzymanie, ale kto ich tam wie. Przesadzasz Marcinie, to tylko zaproszenie na ślub. A w razie czegoś, to ostrzeżesz ich. Ta jasne… o ile będę o tym wiedział.
    - Muszę już się zbierać.- oznajmiłem chowając zaproszenie. Wolałem nie ryzykować dalszymi pytaniami odnośnie mojego wyglądu, oraz nie chciałem aby chłopak zorientował się, tym bardziej, że zarzekałem się, że niczego nie biorę.- To do zobaczenia.
    ****
    Chyba nie o takie zobaczenie mi chodziło. Kilka minut przed godziną policyjną „Szybki” dowlókł mnie do mieszkania Michała. To było najbliższe mieszkanie, gdzie można było poprosić o pomoc i nie obawiać się tego, że domownicy zechcą zawiadomić Gestapo, co w moim przypadku byłoby dosyć kłopotliwe.
    - Marcin, wytrzymaj jeszcze chwilę.- powiedział Antek pomagając stawiać mi kroki. Boże co mnie podkusiło? Przecież mogłem nie zgadzać się na współpracę z komuchami, a teraz mam. Ranę postrzałową prawego ramienia i rykoszet w okolicach obojczyka, całości dopełniała jeszcze rana głowy, która chyba nie była zbyt groźna.
    - Dobry wieczór.- powiedział Antek, do kogoś z domowników. – Proszę mi pomóc.- powiedział po czym bez pardonu wtaszczył mnie do środka. Sam ni kontaktowałem, oczy miałem na wpół otwarte.- Przepraszam, że o takiej porze i że do was, ale to najbliższe mieszkanie, a do szpitala nie zdążylibyśmy. – próbował tłumaczyć się Antek. Czułem jak nogi powoli odmawiają mi posłuszeństwa, a głosy, dobiegają jakby z oddali. Kiedy zacząłem się osuwać, Antek chwycił mnie mocniej i spoliczkował na oprzytomnienie. – Marcin nie zasypiaj! Marcin!

    OdpowiedzUsuń
  97. - Nic nie…brałem.- wyszeptałem. Ciężko mi było skupić swój wzrok w jednym miejscu. Próbowałem nawet przez chwilę uspokoić swój oddech, który był chyba nienaturalnie szybki. – Od czegoś kiedyś będę musiał zginąć.- wysiliłem się na słaby uśmiech. Nie chciałem, nawet nie miałem zamiaru się tutaj wykrwawić.
    - Operować? Tutaj?- zapytał zdziwiony Antek.- Przecież…-urwał, jakby zdając sobie sprawę, że mówiąc dalej nic nie wskóra.- Jego krzyk będzie słyszeć aż w Berlinie i Moskwie.- powiedział po czym wyszedł nie chcąc przeszkadzać. Mnie było już wszystko jedno, nie miałem nawet siły aby krzyczeć.
    Powoli wziąłem dwa wdechy i wydech, jakby to miało mi w czymś pomóc. Nawet nie wiem, czy podawali mi jakieś znieczulenie, czy na żywca wyciągali. Jednak czułem jak ktoś trzyma moje ramię, a ktoś wyciąga kulkę, najpierw jedną, później drugą. Jęknąłem z bólu, na nic więcej nie miałem siły, mogłem tylko jęczeć i lekko szarpnąć się przy próbie wyciągnięcia rykoszetu.
    Próbowałem nie zamykać oczu i na próbowaniu się skończyło.
    -Hubal…-wymamrotałem. Miałem przez chwilę wrażenie, że stał gdzieś tam przede mną, w tym pomieszczeniu i kiwa głową z politowaniem. Lekko otworzyłem oczy, przede mną stał pułkownik Dąbek.
    -Dlaczego nie wykonałeś mojego ostatniego rozkazu?-zapytał
    -Próbowałem…-wymamrotałem. Chwila…przecież i Hubal i Dąbek nie żyli. Nie mogli tutaj być obok mnie. Nie mogłem z nimi rozmawiać.
    Zamknąłem oczy. Próbowałem odgrodzić się od tych wizji.

    OdpowiedzUsuń
  98. Powoli otworzyłem oczy. Nie wiem, czy był ranek, czy południe. Po chwili wszystko do mnie zaczęło docierać, przypominało mi się co ja tu robię. Akcja z komuchami, strzelanina z Niemcami… Antek na szczęście znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.
    - Dzięki za uratowanie mojej skóry.-powiedziałem nieco ochrypłym i osłabionym głosem do Michała.- Mam wobec ciebie dług wdzięczności… Spory dług wdzięczności.
    Spojrzałem w kierunku prawego ramienia. Nie za ciekawie to wyglądało, chociaż czy mogłem to orzec ze stuprocentową pewnością, skoro sporo było tam bandaży?
    - Długo wam zeszło łatanie mnie?- zapytałem z ciekawością w głosie.- I ile tak właściwie byłem nie przytomny?- próbowałem się nieco podnieść, jednakże uszkodzone ramię wcale mi w tym nie pomagało. Syknąłem z bólu przy kolejnej próbie podniesienia się do pozycji siedzącej. Zaraz po tym zrezygnowałem, z tego. Spróbowałem jednakże poprawić się nieco.
    - Kawał dobrej roboty. Może zostań tym lekarzem. Z moim szczęściem to będę twoim stałym pacjentem.- wysiliłem się na słaby uśmiech. Lewą dłonią otarłem lekki pot z czoła. Cicho westchnąłem. Powoli docierały do mnie fragmenty wczorajszej operacji. Wymamrotałem pseudonim Dobrzańskiego, widziałem jego i pułkownika Dąbka.
    - Dlaczego na mnie tak dziwnie patrzysz? Powiedziałem coś…albo zrobiłem?- zapytałem. Nie podobał mi się wzrok chłopaka.- Bo jeśli chodzi o mój pobyt tutaj, to ja zaraz sobie pójdę. Nie chcę nadszarpywać waszej gościnności.- powiedziałem. Chociaż wydawało mi się, że nie o to chodziło.

    OdpowiedzUsuń
  99. Próbowałem zamaskować zdziwienie, kiedy zobaczyłem jak postawił przede mną Pervitin. Wyciągnąłem rękę po to, ale Michał mnie uprzedził i wyrzucił tubkę ze specyfikiem. Wypuściłem z lekkim świstem powietrze.
    - Nie zaćpam się. Biorę to rzadko, a wczoraj pierwszy raz przyszedłem do ciebie pod wpływem.- powiedziałem z niejaką złością. Zacisnąłem rękę ze zdenerwowania. Jak…jak mogłem być taki nieostrożny i mieć to przy sobie? Przecież wiedziałem, że Michał coś podejrzewa. Mogłem nadal zaprzeczać.
    -Czego ci nie powiedziałem?- zapytałem. Nawet nie kwapiłem się w udawanie zdziwienia. Wiedziałem, ze czekała mnie ciężka rozmowa. Nie spodziewałem, się tylko tego, że teraz. Odciągnięcie tego w czasie nie wchodziło w grę. Mimo ogarniającego mnie bólu, zdenerwowanie robiło swoje i siedziałem teraz naprzeciwko Michała. Starałem się aby moja twarz nie wyrażała uczuć, aby była obojętna na to wszystko…jednak mogły mnie zdradzić oczy…
    - Z Dąbkiem byłem do końca, do chwili jego śmierci 19 września. Właściwie, to po części przyczyniłem się do jego śmierci, poprzez odmówienie wykonania rozkazu. Miałem poprowadzić ostatnie natarcie, jednak odmówiłem, bo nie widziałem dalszego sensu, byliśmy odcięci, nie było szans aby przedostać się do swoich. A pułkownik razem z kilkoma wiernymi mu ludźmi poprowadził atak. Odłamek ranił go w głowę i prawdopodobnie sam ukrócił swoje cierpienia strzelając sobie w głowę.- powiedziałem. Mówiąc to miałem wrażenie, że przy Michale stoi pułkownik i patrzy na mnie z dezaprobatą.- O 17 skapitulowaliśmy. Poprowadziłem ich do niewoli, ale co miałem zrobić? Dać się zabić? Czy obiecywać im, że jeszcze to wygramy? Oni mieli świadomość, że pomoc nie nadejdzie, wiedzieli, ż eto tylko kwestia czasu nim skapitulujemy.- o dziwo powiedziałem to prawie spokojnie. Było mi ciężko mówić o tym. Prawie nikt nie miał pojęcia co się stało, jak to wyglądało. Nie chciałem opowiadać o kampanii wrześniowej.
    - Co chcesz wiedzieć o Hubalu? Gorzką i bolesną prawdę, czy mniej bolesne kłamstwo?-zapytałem, wiedziałem, że miałem nie kłamać, ale to…to była zupełnie inna historia.- Jednak zanim ci powiem o tym, chciałbym wiedzieć, czy w razie czego to jak już opowiem, to mogę sobie pójść? – wolałem się upewnić. I tak zapewne bym sobie po tym wszystkim poszedł, tak po prostu bez uprzedzenia.

    OdpowiedzUsuń
  100. - Tak…masz rację... jestem tchórzem.- powiedziałem. Jednak w moim głosie nie było ani odrobiny skruchy- Może liczył, może nie. Czasu nie cofnę.- moje spojrzenie było zimne jakby wyuczone i do tego beznamiętny wyraz twarzy.- Nie widziałeś tego co ja. Nie było cię tam. Chcesz to mogę ci opisać ze szczegółami jak ludzie wyglądali po ostrzale artyleryjskim, albo jak wyglądał naprędce zrobiony szpitalik polowy, czy jak pomiędzy ostrzałami grzebaliśmy poległych.- powiedziałem przez zęby.
    Wykorzystałem całe zamieszanie związane z Dmitrijem i jego siostrzenicą, do wymknięcia się z mieszkania. Wolałem się nie zjawiać tam przez jakiś czas.
    ****
    Ramię już tak nie bolało, a ja sam dostałem awans za sprawę Mazlahnów. Teraz dostałem informację o jakiejś radiostacji, denerwowało mnie to że musiałem razem z jakimś dupkiem z Gestapo to sprawdzić. Nawet nie kryłem mojej niechęci, do Sturmbannführera.
    Ten facet z Gestapo czekał już na mnie pod jakąś kamienicą na Woli. Dopiero, kiedy Hazerski się zatrzymał, zorientowałem się, że to kamienica w której mieszka Michał.
    - Martin, nie możesz ciągle tego brać.- powiedział Hazerski.- Chyba wolałbym, gdyby mój były podopieczny się upijał. Chociaż wiesz, że tego nie pochwalam.
    - Skończyłeś prawić mi morały?!- byłem zdenerwowany. Ja zawsze miałem na uwadze słowa Gustawa, nawet wtedy, kiedy okazało się, ze jest moim adiutantem, nie przestałem go szanować.- Poza tym, to… nie jest groźne…- wiedziałem, że to co mówię mija się z prawdą i Hazerski też o tym wiedział. Podeszliśmy do grupy Gestapowców. Nie miałem najmniejszej ochoty na całą tą szopkę.
    - Nie spodziewałem się, że Abwehra przyśle pana majora.- odezwał się łysy Gestapowiec, który temu wszystkiemu przewodził. Spojrzałem na niego znudzonym wzrokiem. – Panowie, wiecie co macie robić, przeszukać wszystko i informować natychmiast.- rozkazał a grupa uzbrojonych po zęby żołnierzy wbiegła do budynku. Szczerze mówiąc to powoli przestawało mnie obchodzić co stanie się z tymi ludźmi.
    Po chwili przybiegł jeden z żołnierzy i prosił abyśmy weszli do jednego z mieszkań. Czyżby radiostacja? Po przyjściu na miejsce gorzko tego pożałowałem. Przede mną stały a raczej klęczały osoby tu mieszkające. Była to rodzina żydowska i ukrywające ich starsze Polskie małżeństwo. Skąd wiedziałem, że to żydzi? Mieli charakterystyczne rysy twarzy i wyglądali jakby ukrywali się u tego małżeństwa od dłuższego czasu. Z zamyślenia wyrwał mnie głos łysego Gestapowca.
    - Panie majorze? Rozwalamy całą kamienicę, czy jak?
    - Nie. Tylko tych żydów.- powiedziałem i wskazałem na ubrudzonych ludzi.
    Kilka odpowiednich poleceń i cała rodzina: dwoje dorosłych i jedno dziecko wylądowali pod murem kamienicy. Oficer Gestapo postanowił sprawdzić kolejne mieszkanie. Pech chciał, że było to mieszkanie Wojciechowskich.

    OdpowiedzUsuń
  101. - Halt!- krzyknąłem, kiedy zobaczyłem że pod murem znalazł się Michał i Dima. – Idioci!- krzyknąłem na żołnierzy. Byłem zdenerwowany. Nie miałem zamiaru aby rozwalili mi…no właśnie…kim Michał był dla mnie? Przyjacielem? Znajomym? Kolegą?
    - Durnie! Kazać wam rozwalić tylko żydów, a przyłazicie mi ze szczeniakiem i jakimś kaleką. Jesteście kurwa normalni?! Macie pierdolony zamiar rozwalić emerytów, przecież widać, że oni długo nie pociągną. Wy jesteście większymi idiotami niż ustawa przewiduje!- wydarłem się na grupę gotowych do strzału SSmanów, a ci o dziwo spojrzeli na mnie zdumieni. Uśmiechnąłem się przebiegle, a cień rzucany przez moją czapkę na twarz potęgował efekt. – Tych dwóch i emerytów zabrać natychmiast spod tego muru! A z żydami wiecie co macie zrobić.- powiedziałem. Zaraz po tym rozległa się seria z karabinów maszynowych, a rodzina osunęła się po ścianie zostawiając na niej krwawe ślady. Odwróciłem wzrok, nie chciałem na to patrzeć. Jak gdyby nigdy nic, zapaliłem papierosa i próbowałem maskować chwilę słabości.- Macie mi znaleźć tą pierdoloną radiostację w przeciągu pół godziny, w przeciwnym razie zaraz dołączycie do tamtych.- wskazałem na podziurawioną rodzinę leżącą pod ścianą, bez życia.
    - Martin, co ty kurwa odpierdalasz?- zapytał Hazerski. Podstawiłem mu pod nos paczkę papierosów, ten przecząco pokiwał głową.
    - Prawdopodobnie ukręcam sobie sznur na szyi.- odpowiedziałem.
    - Panie majorze. A co z nimi?- zapytał jakiś SSman i wskazał na stojącą nieopodal czwórkę, która ukradkiem wpatrywała się we mnie. Przynajmniej ja odniosłem takie wrażenie.
    - Z nimi?- powiedziałem nieco lekceważąco i wypuściłem kłąb szarego dymu, który zaraz zniknął w powietrzu.- Zostawić w spokoju. Verstehen?
    - Jawhol.- powiedział, zasalutował, po czym skinął na resztę i zniknęli w budynku.- A Sturmmbanführer może iść przypilnować tej bandy idiotów. Ja tutaj zostanę.- powiedziałem po czym z niejaką nonszalancją oparłem się o maskę samochodu i zaciągnąłem się papierosem.

    OdpowiedzUsuń
  102. - Hazerski… pojedź teraz do mojego biura. Przekaż Wernitzowi teczkę z aktami ostatniej sprawy. Leży na moim biurku.- powiedziałem - Teraz.- naciskałem. Adiutant, nie zadawał nawet zbędnych pytań. Po prostu pojechał. Miałem wrażenie, że zaraz będę zmuszony zastrzelić albo Gestapowca, albo Michała. To już zależy od obrotu sytuacji… Podchodziłem do nich, kiedy usłyszałem wybuch.
    - Granat!- krzyknął jakiś SSman. Osłonił mnie własnym ciałem nim zdążyłem się zorientować o co chodzi. Upadłem uderzając się boleśnie głową w bruk. Ten, który mnie osłonił już nie żył, a z czoła polała mi się krew. W uszach mi szumiało jednak zdążyłem wyszarpać swój pistolet. Przede mną pojawiła się kobieta.
    - Natasza.- wyszeptałem, rozpoznając w niej siostrę Dimy. A ona to tutaj skąd? Cieszyłem się, że w porę odesłałem Hazerskiego. Ręka ściskająca pistolet powoli opadła na bruk, a ja sam zamknąłem oczy…
    - Władek, Władek…obudź się. Niemiec do cholery…- d żywych sprowadził mnie kolejny plaskacz.
    - C-co się stało?-zapytałem. Pamiętałem jak się nazywam i mniej więcej kojarzyłem co się stało. Odruchowo dotknąłem się w bolące miejsce na głowie. Wyczułem warstwę bandażu…- Co wyście zrobili…-pokiwałem głową z niedowierzaniem.- Panowałem nad sytuacją!- lekko podniosłem głos. Zaraz jednak na ziemię sprowadził mnie krzyk Michała. Miałem to gdzieś, że jeśli zobaczy moje rozszerzone źrenice to mnie wykopie na zbity ryj. Zaraz znalazłem się przy krzyczącym. Na otrzeźwienie spoliczkowałem go.
    - Michał…Michał…spokojnie. Już po wszystkim.- powiedziałem tonem niemalże wypranym z emocji. Zauważyłem, że nadal na sobie mam mundur w kolorze feldgrau z dystynkcjami majora.

    OdpowiedzUsuń
  103. Nie skomentowałem tego, że postawili Michała i Dimę pod murem. Szczerze to miałem dość Nataszy, jednak chciałem rozbić komunistyczne podziemie w Warszawie, chociaż wiedziałem, że to jak walka z wiatrakami. Przypuszczałem jednakże, że Natasza ma spory udział w rozwoju komunistycznej siatki w Warszawie.
    Trochę zdziwiłem się kiedy Michał kazał mnie odejść. Poczułem jak Natasza kładzie mi swoją dłoń na ramieniu. Nie wiem dlaczego posłuchałem jej prośby. Może dlatego, że naprawdę nic bym nie zdziałał? Może dlatego, że się bałem, że Michał zechce powiedzieć w tym stanie coś za dużo? Nie… tego ostatniego się nie bałem. Przyzwyczaiłem się do tego.
    Usiadłem w kuchni i nalałem sobie szklankę wody. Rozpiąłem swój mundur do połowy i jednym duszkiem wypiłem połowę zawartości. Pokiwałem lekko głową, na niejakie oprzytomnienie. Nic mnie nie usprawiedliwiało, nic. Wiedziałem o tym. Jeśli uda mi się przeżyć wojnę, to zapewne stanę przed sądem. A zresztą… czy nie wystarczy to, że służyłem W Wehrmachcie? Zapomną o tym, że szpiegowałem Abwehrę od ’35 roku. Wypną się na mnie i powieszą… powieszą na pierwszej z brzegu gałęzi.
    Spojrzałem na Nataszę. Mój wyraz twarzy był obojętny, nie miałem zamiaru go zmieniać. Spojrzenie zimne, pozbawione żadnych emocji. Tak było najlepiej, to do mnie pasowało. Do szpiega i oficerzyka Abwehry… Taki powinienem być chłodny i wyrachowany. Chociaż czy wyrachowany to już nie byłem?
    - Co jest w nim, że tak chcesz go mieć u siebie? Chodzisz za nim od dłuższego czasu. W całej Warszawie jest kilkunastu takich młodych podobnych do niego. Oni nawet mogą mieć trochę sprecyzowane poglądy, które oscylują wokół komunizmu. Wyjaśnisz więc po co?- zapytałem i uniosłem brew. Wziąłem głęboki wdech i z lekkim świstem wypuściłem powietrze.
    - Mam z nim porozmawiać jak się obudzi, czy ty to zrobisz?- zapytałem w końcu.- Bo jeśli ja mam to zrobić to wolałbym abyśmy na czas tej rozmowy, w miarę możliwości zostali sami.- chciałem na początku to zaznaczyć, aby obyło się bez późniejszych nieporozumień.- Bo wiesz…pamiętam to co mówił, kiedy uratowaliście nas… Może gdybym ja sam z nim pogadał to wtedy zmieniłby zdanie?- zapytałem niepewnie. Tak właściwie, to chciałem mu powiedzieć czym to wszystko śmierdzi. Wolałem aby nie był komuchem, chociaż wiedziałem, że raczej nim się nie stanie.

    OdpowiedzUsuń
  104. - Lubisz wyzwania…- podsumowałem i lekko zacmokałem.- To chyba znalazłaś świetny obiekt, do werbowania.- nalałem sobie trochę wody do wciąż trzymanej w dłoni szklanki i upiłem łyk. Przez chwilę zbierałem myśli, przyłapałem się na tym, że zacząłem przygryzać wargę a wolna dłoń zaczęła bębnić w blat stołu. Zaraz przestałem.
    - Nie wiem, czy pozbywanie się w tym momencie przeciwników naszej ideologii jest dobrym posunięciem.- powiedziałem, przypuszczałem, że mi się za to oberwie. Ale mogłem! Wiedzieli w końcu że jestem wojskowym. Tylko nie mieli pojęcia jaki stopień miałem i to była jedna z rzeczy, które uwielbiałem w tej całej szopce, wiedzieli o mnie coś, jednak były to niewielkie okruchy informacji.- W końcu oni mają puki co większe możliwości… nie oszukujmy się Nataszo… na razie w tej rozgrywce komuniści się nie liczą.- mówiłem to będąc śmiertelnie poważny.- A sądzę, że przez jakiś czas warto by było trzymać się w cieniu i zaatakować, kiedy będzie nas więcej, kiedy sprzęt będzie trochę lepszy.- powiedziałem i wypiłem resztki wody.
    - Jasne. Nie będę się angażował.- powiedziałem jednakże bez przekonania. Wstałem z miejsca i skinąłem głową w geście pożegnania.
    ****
    Przyszedłem po południu. Miałem nadzieję, że Natasza sobie już poszła i będę mógł porozmawiać z Michałem. Na wszelki wypadek zdjąłem swój mundur. Drzwi otworzył mi Dima. Burknąłem mu tylko: „Cześć” i przeszedłem do pokoju, w którym był Michał.
    - Zabijesz mnie później.- powiedziałem śmiertelnie poważnym tonem.- Powiedz mi najpierw czy jest Natasza.- nie mogłem zacząć rozmawiać, kiedy ona mogłaby tu być. Wolałem się jednakże upewnić, że Rosjanki nie ma w mieszkaniu. Gdyby była a ja powiedziałbym wszystko, to byłoby marnie…

    OdpowiedzUsuń
  105. Kiedy Dymitr wyszedł spojrzałem na Michała. Ręce miałem skrzyżowane na piersi i opierałem się o ścianę.
    - Przyszedłem cię ostrzec.- zacząłem ostrożnie.- Natasza chce ciebie „nawrócić” na komunizm. A mnie raczej się nie widzi to abyś był „czerwonym”- powiedziałem szczerze.
    - Rozumiem, że możesz mi nie ufać, ale… teraz nie kłamię. Prawdę mówię, najprawdziwszą z najprawdziwszych.- zarzekałem się Sta łem nadal w tej samej pozycji, a przybrany miałem ten sam obojętny wyraz twarzy. Spojrzałem beznamiętnie na chłopaka. Nie wyglądał zbyt dobrze. Oderwałem się od ściany, przeszedłem kilka kroków po pokoju i dotarłem do okna. W lekko przybrudzonej szybie zobaczyłem jak ulicą idzie Natasza. Kierowała się zapewne w stronę kamienicy Michała.
    - Muszę iść. W razie czego to mnie tutaj nie było.-powiedziałem wychodząc z mieszkania. Udałem się piętro wyżej nie chcąc natknąć się na Filipową, co z całą pewnością by się zdarzyło, gdybym od razu wyszedł na zewnątrz. Kiedy zauważyłem, że weszła do mieszkania Wojciechowskiego wyszedłem z kamienicy.
    ******
    Zaśmiałem się szyderczo na słowa rozmówczyni. Wiedziałem, że tak będzie.
    - Próbuj towarzyszko Filipowo, próbuj.- powiedziałem z niejakim przekąsem w głosie. Usiadłem w końcu na krześle.- Wojciechowski jest zbyt dużym patriotą aby przejść na naszą stronę.- powiedziałem.
    Powoli zapadał zmrok, coraz mniej promieni słońca wpadało do pomieszczenia. Na stole stała butelka samogonu, nalałem więc sobie trochę do szklanki. Całość wypiłem duszkiem, jednak nie zagryzałem. Nigdy po pierwszym.
    - Chciałaś wyzwana, to je masz. Ale nie rozumiem dlaczego mnie tutaj zaprosiłaś.

    OdpowiedzUsuń
  106. - Poprawka, kiedyś się dogadywaliśmy.- poprawiłem.- Teraz mamy swoiste „ciche dni”.- powiedziałem po czym wzruszyłem ramionami. Ignorowałem ton jakim to powiedziała. Nie miałem zamiaru młodego przekonywać do czegoś, czego sam nie popierałem. Było to… nieetyczne. Od kiedy przejmujesz się etycznością?
    *****
    Ale otóż jednak stoję przed mieszkaniem Michała i zastanawiam się czy mam wejść, czy może odejść z podkulonym ogonem i wyjechać gdzieś. Zaszyć i ukrywać przez całą wojnę. To byłoby całkiem dobre rozwiązanie. Jednak zapukałem, czekałem aż ktoś mi otworzy. Na szczęście do środka wpuścił mnie Dima. Powiedziałem mu najzwyklejsze „cześć” i poszedłem do pokoju Michała.
    - Cześć.- powiedziałem i stanąłem w progu. W moim zachowaniu można było wychwycić znaczącą różnicę. Wcześniej mówiłbym wesoło i z miejsca przyszedłbym do chłopaka, a ten z niejaką wesołością odwzajemniłby to wszystko. – Mogę wejść?- zapytałem mając na myśli pokój. Mówiłem obojętnym tonem, wyraz twarzy miałem podobny do ostatniego, wczorajszego, spotkania. Nie miałem zamiaru wysilać się na uśmiech. W duchu chciałem aby kazał mi się wynosić z jego domu. Wtedy miałbym potwierdzenie, że próbowałem go przekonać, ale wywalił mnie z domu. A co jak co…ale nie miałem zamiaru wykłócać się o swoje.
    - Jak się czujesz?- zapytałem w końcu po dłuższej chwili milczenia.

    OdpowiedzUsuń
  107. - Nie jestem.- powiedziałem beznamiętnym głosem. Wszedłem do pokoju i usiadłem na krześle, w bezpiecznej odległości.
    - Ci „moi”- burknąłem oburzony.- Tam był tylko jeden mój człowiek. Ten, który stał obok mnie. Tamci byli z SS.- poprawiłem, a w moim głosie można było wyczuć niejaką złość.
    - Ooo, to się cieszę.- zironizowałem. Atmosfera była napięta, jak terminarz na święta. Założyłem nogę na nogę . Splotłem ręce na piersi i przybrałem obojętny wyraz twarzy.
    - Dobra, nie mam całego dnia… Powiem ci w czym rzecz a później sobie pójdę.- powiedziałem obojętnym głosem. Można było usłyszeć cień złości, czy czegoś podobnego.
    - Twoja przyjaciółka Natasza, nadal ma na ciebie chrapkę. Myśli, że ciebie przekonam abyś dołączył do komunistów.- powiedziałem prosto z mostu po czym spojrzałem na niego. Zachowałem kamienną twarz, wpatrywałem się w niego słabo. Mogło to wyglądać jakbym był pod wpływem czegoś, jednakże tak nie było. Przetarłem ręką twarz. – Tak więc przychodzę i cię namawiam.- zironizowałem. Nawet lekko uniosłem brew. – To jak, będziesz czerwonym?- kolejna ironia. Ta rozmowa była co najmniej bezsensowna, ale wolałem nie odmawiać Rosjance, przynajmniej na razie… Jeszcze przez jakiś czas będę wykonywał jej rozkazy, jeszcze przez krótki czas będę musiał odgrywać tą szopkę.
    - Miej tą świadomość, że ja w tym momencie cię namawiam i tak dalej. Obiecuję ci góry szczerozłote i bogactwo zabrane burżuazyjnym Polakom i Niemcom.- powiedziałem. Cała wypowiedź miała charakter ironiczny. Nie miałem najmniejszej ochoty siedzieć tutaj dłużej i męczyć dzieciaka.
    - Ja będę powoli szedł. Nie mam zamiaru cię męczyć.- powiedziałem po czym wstałem i wyszedłem z pokoju. Chłopak zapewne usłyszał trzaśnięcie zamykanych drzwi. Nie wiem czy opłaca się łagodzić sytuację, może od początku powinno tak być? Nie powinienem utrzymywać zbyt częstych kontaktów z Michałem. Powinienem był wtedy zapomnieć o nim. Uciekł, to mówi się trudno…zapominamy o zbiegu.

    OdpowiedzUsuń
  108. - Cześć. Byłem.- odpowiedziałem. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem.- Wiem, coś tam przebąkiwał o tym. Naprawdę?- zapytałem „zdziwiony”- I co? Zjadłaś wszystkie?- zapytałem.- Zobaczę Elu. Na razie nie mogę. Mam do załatwienia kilka ważnych spraw.- powiedziałem- Muszę iść. Do zobaczenia wkrótce.
    *****
    Musiało minąć dosyć sporo czasu zanim zdecydowałem się odwiedzić chłopaka z rodziną. Cieszyłem się że byłem niejako wyspany…szkoda, że musiałem sobie pomóc ze snem, poprzez pochłonięcie kilkunastu tabletek na bezsenność i szkoda, że ciągle byłem senny. Ale jak raz na jakiś czas to nic mi nie będzie. Przecież to nie jest groźne.
    - Cześć.- powiedziałem, kiedy drzwi otworzyła mi Alina.- Mogę wejść?- zapytałem i wysiliłem się na nieznaczny uśmiech. Dziewczyna przesunęła się w drzwiach i mogłem w spokoju wejść. Zaraz jednak po przekroczeniu progu od salonu zaatakowała mnie Ela.
    - Cześć.- powiedziałem i odwzajemniłem uścisk.- Cześć Michał.- powiedziałem do chłopaka po czym usiadłem. Przetarłem twarz dłonią. Nawet nie czułem zmęczenia, jednakże powoli odczuwałem brak przyjmowania Pervitinu. Schowałem więc rękę do kieszeni, w nadziei, że Michał nie wyłapie tego. Będę trzymał rękę w kieszeni, przynajmniej do momentu, w którym niejako opanuję sytuację.
    - Co u was słychać?- zapytałem. Jednak wzrokiem uciekałem od Michała. Raczej nie zdążyłbym się wytłumaczyć, że tak wyglądam po zażyciu leków nasennych.- Natasza to często was odwiedza?- zapytałem z czystej ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  109. - Dobra…- powiedziałem nieco zbity z tropu, kiedy Alina wyszła.- Czy jest nadal ta sama śpiewka abyś przywdział kolor czerwony?- pytanie było na dobrą sprawę zbyteczne, przecież oczywiście że o to jej chodziło.
    - Ale co ty mi się tak przyglądasz?- zapytałem zdziwiony.- Nic nie brałem…to znaczy się brałem… pigułki nasenne wczoraj wieczorem, do tej pory mnie trzymają. Przez przypadek zażyłem większą dawkę niż zalecają.- przyznałem. To właściwie nie był przypadek, jednak Michał nie musiał o niczym wiedzieć. Nie musiał wiedzieć, że powoli coraz ciężej jest mi zmrużyć oko.
    - myślę nad tym aby poprosić o przeniesienie. Zastanawiałem się o Afryce…-powiedziałem. Tak, znowu myślałem o przeniesieniu, gdzieś daleko od Warszawy.- W Afrika Korps zawsze znajdzie się dla mnie jakieś miejsce, więc dlaczego by nie?- zapytałem ni to siebie ni to jego. Pytanie na moment zawisło w powietrzu.
    - Tak właściwie to się zastanawiam, czy…nie…nie ważne.- przerwałem natychmiast wypowiadaną na głos myśl.-Dowiedziałem się, że mój przyjaciel żyje. „Cichy” na niego wołaliśmy, kiedy jeszcze do szkoły chodziliśmy…ech…piękne czasy… oddałbym wszystko aby móc wrócić do początku lat trzydziestych. Nie licząc kilku mniej przyjemnych epizodów to były dla mnie całkiem miłe i bezpieczne czasy.

    OdpowiedzUsuń
  110. - No… jak nie chcesz dłużej oglądać mojej gęby, to chyba powinieneś. – Wzruszyłem ramionami. Nie zamierzałem go do niczego zmuszać, a już na pewno do mówienia mi czegokolwiek. Czasami lepiej nie wiedzieć, zwłaszcza, że w przyszłości mogło się zdarzyć, że będę musiał użyć tej wiedzy przeciw niemu.
    W głowie cały czas słyszałem to, co opowiedział mi wcześniej. „Przecież to tylko rozkaz”. To, co opisał, w dużej mierze odpowiadało temu, co sam czułem. Obojętność. Jedna wielka obojętność (jej maska?) i tylko od czasu do czasu…
    Wstałem i bezmyślnie przeszedłem się po pokoju. Moja broń nadal leżała na stole, ale byłem pewien, że Polak nie spróbuje mnie zabić. Zerknąłem przelotnie na zawieszone na ścianie fotografie. Właściciel domu wraz z żoną, potem jakieś ujęcie z wyjazdu na Rugię, dwóch mężczyzn w partyjnych uniformach… Rozpoznałem swojego ojca. Stał obok właściciela domu, zadowolony z siebie, z kieliszkiem wina w dłoni. Skrzywiłem się.
    - Wiesz co? Też mam ci coś do opowiedzenia. Chyba… Chyba nie oczekuję, że zrozumiesz. – Zawahałem się. Odwróciłem się w jego stronę, z powrotem usiadłem na krześle. – Kiedyś, zanim to wszystko się zaczęło, miałem normalne marzenia. Chciałem, żeby dziewczyna, która mi się do szaleństwa podobała, została moją żoną. Chciałem zobaczyć trochę świata… Przeżyć przygodę i mieć dokąd z niej wrócić. Chciałem pisać książki, które coś by w ludziach otwierały. Wzbudzały refleksje, emocje… Uważałem, że żyję w pięknym, wartościowym kraju, który nawet jeśli czasami błądzi, nie powinien być jak… jak kolonia dla Francuzów czy Anglików. Więc nie dziwiłem się, że mój ojciec wierzył w misję Hitlera. Sam wierzyłem. Może wierzę nadal. Pisałem o was, o Polakach, że nie zasługujecie na miano ludzi. Dokładałem swoją cegiełkę do tego, co się tutaj dzieje. Zabijanie mi się nie podobało, ale jakie to miało wtedy znaczenie? Przecież liczyła się sama idea – w moim głosie pojawiła się nuta gorzkiej ironii. – Nie chciałem jechać na wojnę. Miałem malutką córeczkę, dom, niezłą pracę w redakcji. Wiedziałem, że jestem tchórzem. Że się nie nadaję. Na początku patrzyłem na was jak na karaluchy. Dopiero potem, w mieście, zacząłem się wam przyglądać. Dostrzegać podobne zachowania. Rozumieć niektóre słowa. Na początku, jak przenieśli mnie do Waffen-SS, nie miałem większych obiekcji. Nawet się przejąłem, bo młodych, młodszych od ciebie, Michal, trzeba było wyszkolić. Wierzyłem, że robię dobrze, służę swojemu państwu… Rozstrzeliwałem. Bo to przecież nie ma znaczenia, paru waszych. Paru tu, paru tam… łatwo zapomnieć. Potem zaczęliśmy planowo. Teraz tam nic nie widać. Na tamtych grobach rosną małe sosny… Dziewczynka, taka ze czternaście lat, patrzyła mi w oczy i płakała. Wszystko po cichu. Moja żona o niczym nie wie. Myśli, że tylko pilnujemy tu porządku. Ja też tylko wypełniam rozkazy. Dobrze, czasami wydaję. Ale muszę. Bo jak ktoś doniesie, będzie po mnie i po mojej rodzinie. Więc robię to wszystko. I boję się, co będzie potem. Jak Rzesza wygra. Ale jeśli wygrają ruscy, będzie jeszcze gorzej – urwałem. Czułem potrzebę, żeby komuś powiedzieć. Komukolwiek. Wyrzucić to z siebie, oby raz na zawsze. – Nie mam pojęcia, czemu ci pomogłem. Czemu akurat tobie. Na początku sam wiesz, co chciałem zrobić. Ale… Kiedy zobaczyłem, jak ci esesmani wywlekają cię z łóżka, historia jakby zatoczyła koło. Straciłem w ten sposób połowę przyjaciół – powiedziałem cicho.
    Gdzieś w głębi domu rozbrzmiał drażniący dzwonek telefonu.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  111. - Hej spokojnie…nie musisz się o mnie martwić.- zapewniłem.- Powiem ci, że nie zobaczysz mnie w trumnie podczas tej wojny. Na razie nie udało im się mnie pozbyć.- mrugnąłem porozumiewawczo.
    - Nie…tak tylko rozmyślam. W końcu jakby na to nie patrzeć to chyba w Afryce mam większe szanse na przeżycie i wcześniejsze dostanie się do niewoli. Wtedy wojna dla mnie by się skończyła. Prawdopodobnie przerzuciliby mnie do Anglii, oczywiście po tym jakbym zeznał wszystko i postarał się wrócić do normalnego życia.- wyznałem. Wiedziałem, że szanse były niemalże takie same jak tutaj w Warszawie, ale chyba wolałem sobie wmawiać, że jest inaczej.
    - Nie… „Cichy” mieszka ze „Słowikiem”. Też w Warszawie.- powiedziałem. Wysłuchałem co powiedział Michał i aż mnie coś ścisnęło.- To było miłe z twojej strony. Sam chciałem kiedyś mieć młodszego brata.- powiedziałem po czym nieznacznie się uśmiechnąłem.- Wiesz…ja rozmawiając z tobą, i w ogóle przebywając tutaj mam nikłe poczucie, że mam rodzinę. Że jest w miarę normalnie.- wyznałem. – Że nie jestem tym kim jestem.- spojrzałem na zegarek, robiło się późno.- Muszę iść, wiesz, wolałbym nie ryzykować włóczeniem się po godzinie policyjnej na polskich dokumentach.
    ****
    Po kilku dniach odwiedziłem Michała. Trochę mnie tylko głowa bolała. Od progu przywitała mnie Ela, którą na rękach wniosłem do salonu i posadziłem obok brata.
    - Jak wam mija czas? Potrzebujecie czegoś?

    OdpowiedzUsuń
  112. [Naszło mnie na jakiś polsko-polski wątek. Z Jekateriny wprawdzie średnia Polka, ale… i tak nie mogłam się powstrzymać :)]

    Rok 1942, lato w pełni.
    Idę ulicami Warszawy, przyglądając się uporządkowanym, zwartym bryłom kamienic, tak różnym od wsi, na której się wychowałam. Z zaciekawieniem obserwuję śpieszących w różnych kierunkach Polaków, ale nie mam odwagi do kogokolwiek podejść. Boję się, że zdradzi mnie akcent. Jestem sama. Sama w obcym, wielkim, groźnym mieście, w którym każde skrzyżowanie wygląda tak samo, sama z ciężką siatką na zakupy, której ciężar mało nie wyrywa mi ręki ze stawu i jedną niewykorzystaną kartką na mięso, którego nigdzie nie było.
    Słońce grzeje mi twarz. Pierwszy raz sama wyszłam na miasto i oczywiście się zgubiłam. Z rosnącą dezorientacją wpatruję się w tabliczki z nazwami ulic. Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Zajęty dotąd swoimi sprawami żandarm zaczyna mi się przyglądać, więc przyśpieszam kroku i wchodzę w pierwszą lepszą ulicę. Od razu wyczuwam, że coś jest nie tak. Kilku ludzi mija mnie biegiem, jakaś kobieta potrąca mnie i, ciągnąc za sobą wystraszone dziecko, ucieka w stronę, z której przyszłam. W powietrzu czuć duszny zapach spalin, z daleka niesie się warkot silnika niemieckiej ciężarówki. Znam ten dźwięk. Po kręgosłupie przebiega mi dreszcz. Słońce kryje się za chmurami. Idzie na deszcz. Mijam chłopaka, chyba w moim wieku. Słyszę, jak jego towarzysz, młody mężczyzna o niesfornych czarnych włosach, mówi coś podniesionym głosem, w którym pobrzmiewa wschodni zaśpiew. To zwraca moją uwagę. Podchodzę do nich, przezwyciężając obawę.
    - Co tu się dzieje? – pytam cicho.

    ~ Екатерина

    OdpowiedzUsuń
  113. Łapanka. Żebym jeszcze wiedziała, co to znaczy. Mimo to, nie protestuję. Uznaję, że skoro ten warszawiak* wie, co się dzieje, prawdopodobnie orientuje się także, co w takiej sytuacji należy zrobić.
    Kiwam głową, że rozumiem. Ani myślę się teraz odzywać. Popycham go, żeby się odklinował. Ja nie mam tym problemów, mimo, że od jakiegoś czasu jem normalne posiłki, nadal jestem strasznie chuda. „Strasznie”, czyli bardziej, niż jakakolwiek kobieta chciałaby być.
    Całą czwórką lądujemy w piwnicy. Boję się wyjrzeć przez maleńkie, zakurzone okienko tuż przy nisko sklepionym suficie. Wystarczy, że słyszę, co się dzieje. Tupot stóp na bruku. Krzyki. Komendy po niemiecku. Rozumiem tylko niektóre. Drżę. Na zewnątrz ktoś płacze rozpaczliwie. Warkot silników. Obejmuję się ramionami. Cisza.
    Cisza, jaka nagle zapanowała na ulicy mnie przeraża. Nie widzę niczego poza ciemnym, obskurnym wnętrzem piwnicy, ale domyślam się, co się stało.
    - Dokąd ich wywieźli? – pytam zduszonym szeptem.

    [* bo Jekaterina nie wie, że Michał jest z Gdańska ;)]
    ~ Екатерина

    OdpowiedzUsuń
  114. - Ja natomiast na brak wrażeń, nie narzekam. – uśmiechnąłem się.- Jasne, zaraz jakieś odpowiednie druczki wykombinuję.- zapewniłem.- Najwcześniej jednakże będą jutro. Przepraszam, ale cudotwórcą nie jestem. Ale obiecuję, że kartki będą niemalże jak prawdziwe.- zapewniłem
    Uśmiechnąłem się kiedy w powietrzu kreślił kobiece kształty. Odebrałem list i pocztówkę. Zaraz jednak powiedziałem:
    - Chwila, chwila…nie przypominam sobie abym przekazywał Celinie twój adres. Czy jest coś o czym nie wiem, a powinienem?- zapytałem i uniosłem pytająco brew.
    - A jak tam z Aliną? Nadal się gniewa, czy już jej przeszło?- zapytałem chłopaka.- A i muszę się pochwalić, że odkopałem swój garnitur, na wasz ślub. To będzie coś… Marcin w garniturze. Ostatnim razem zakładałem garnitur na ślubie siostry w ’38.- przyznałem po czym się uśmiechnąłem.
    - Jakoś w garniturach nie lubię chodzić. Czuję się wtedy tak jakoś dziwnie. Podobnie jak wtedy, kiedy przywdziewam mundur.- przyznałem.- A tak właściwie, to czy mogę liczyć na drobną przysługę? To nie jest nic wymagającego, nie trzeba nigdzie chodzić, ani nie musicie nikogo melinować.- powiedziałem.

    OdpowiedzUsuń
  115. - Kiedyś moje zapominalstwo i roztargnienie mnie zgubi.- powiedziałem i pokręciłem głową z rozbawieniem.- Ale mam nadzieję, że do korespondencji nie zaglądałeś. Bo jeśli tak to teraz maż możliwość odkupienia swoich win, nim zdążę postrzelić cię z łuku brwiowego.- zażartowałem. Chociaż kto mnie tam wiedział.
    - A spokojnie, przejdzie jej. Ja z Celiną też mieliśmy „ciche dni” i to dosyć często. Głównie to z mojego powodu, a raczej z powodu moich czynów.- wzruszyłem ramionami.
    - Nie to bardzo łatwa i przyjemna przysługa. Naprawdę.- podniosłem rękę jak do przysięgi i zaraz ją opuściłem.- Na dwa może trzy dni musisz przetrzymać pewne akta. WAŻNE akta.- podkreśliłem pierwsze słowo.- Później najprawdopodobniej zjawi się po nie Antek, albo ktoś inny ode mnie. Może „Cerber”, bądź „Krawiec”. Mam swoisty „kontrolowany nalot” w domu. Rodzina przyjeżdża w odwiedziny.- zrobiłem do tego taką minę.- Ja przecież się z moim kuzynkiem zagryzę. Najlepsze jest to, że widziałem go raptem dwa razy w życiu, nie znam prawie nikogo ze strony ojca. No może z wyjątkiem Erwina jego żony i syna. Tylko z nimi utrzymywałem jako-taki kontakt.- przyznałem szczerze.- No i jeszcze moja siostra z rodziną, ale ona się nie liczy pod tym względem. Ale odbiegłem od tematu… mogę zamelinować te akta u ciebie?

    OdpowiedzUsuń
  116. - Wiesz wolałem się upewnić. Bo co jeśli Cela napisałaby do mnie jakieś wspólne wspomnienia? To co patrząc na mnie śmiałbyś się i niedowierzał, że takie rzeczy wyczyniałem.- powiedziałem pół żartem pół serio.- Nie musisz mi mówić, chociaż ja to ci współczuję, tyle ich pod jednym dachem.- oznajmiłem i wymownie rozejrzałem się po pomieszczeniu.
    - Ach, no tak. Zapomniałem o Nataszy.- westchnąłem i pokręciłem głową.- Dobra, Dzięki. Mógłbym ewentualnie przekazać to komuś ode mnie. Ale większość z „moich” jest w podobnej sytuacji jak ty. W sensie, że nalot Gestapo…- powiedziałem.- Dlatego pada na mnie w przypadku takich rzeczy. Bo czy ktoś mógłby podejrzewać, że major Abwehry, bratanek generała może współpracować z Polakami?- zapytałem.
    - No albo najlepiej jest stanąć gdzieś z tyłu, gdzie prawie cię nie widać.- wypaliłem.- Dobra, będę się zbierał. Muszę wam przecież kartki załatwić i sobie miejsce na przechowanie akt. Do zobaczenia niebawem.- powiedziałem. Pożegnałem się ze wszystkimi. I wyszedłem.
    *****
    Załatwiłem sobie miejsce na przechowanie akt i kartki przekazałem przy pomocy „Szybkiego” do Michała. Sam nie mogłem, no cóż…bywa. Miałem nadzieję, że „Cerber” nie spartolił roboty. Co ja mówię? On przecież potrafi sfałszować rozkaz wydany przez Generalnego Gubernatora. To kartki by nie sfałszował?
    *****
    Odwiedziłem Michała dopiero po tym jak moja rodzina sobie pojechała daleko przed siebie. I akta trafiły do odpowiednich rąk. Ogółem kiedy wszystko było pozałatwiane.
    Przeszedłem do salonu z niewielką paczuszką pod ręką. Uśmiechnąłem się i postawiłem zawiniątko na stole.
    - Proszę. Zapasy do waszej apteczki. Przepraszam, że tak długo to trwało, ale miałem straszny zapierdziel.- oznajmiłem wszem i wobec.- Mam nadzieję, że kartki okazały się pomocne. W końcu robota mojego człowieka i w ogóle…- uśmiechnąłem się słabo.

    OdpowiedzUsuń
  117. - Wbrew pozorom, nawet dobrze. Kuzyn z Rosji wrócił. Dowiedziałem się całkiem ciekawych rzeczy, ale zanim ci powiem, wolę się upewnić o co chodzi i czy to prawda.- powiedziałem.- Ale troszku ma słaba głowę, do picia.- uśmiechnąłem się.
    - To dobrze, że ich uczysz. Jak to mówią: „Od przybytku głowa nie boli”. A w tych czasach nic się nie stanie jeśli będą wiedzieć jak zrobić opatrunek. Ze mnie marny byłby lekarz. Chociaż z biologii byłem nienajgorszy. - powiedziałem. Zobaczyłem, że go tym lekko zainteresowałem – Otóż mój drogi, „odważny” ja, nie powiem, że mdleję na widok krwi, tylko robi mi się słabo. I nie mógłbym operować bo wtedy bym zemdlał. Jak widzę złamania czy rany postrzałowe to mnie boli i jest mi trochę słabo, ale daję radę zrobić jakiś prowizoryczny opatrunek. Ale przy operacji to nie byłbym nawet w stanie asystować.- wyjawiłem. To był taki jeden z sekrecików, o których wiedziało tylko wąskie grono.
    - Zresztą nigdy nie chciałem być lekarzem.- machnąłem ręką.- Na początku miałem kontynuować rodzinne tradycje i być oficerem po szkole wojskowej. A wyszło, że skończyłem w bardzo przyspieszonym tempie kurs oficerski i wysłali mnie w teren. Co później skończyło się tym, że działałem pod kontrolą „dwójki”. Właściwie działam do tej pory.- wyjawiłem.
    - Wiesz, coraz częściej mam wrażenie, że jeśli będę chciał zostać w Polsce po wojnie to będę musiał zmienić nazwisko i nie przyznawać się do tego, że służyłem w wywiadzie wojskowym. I wyjechać gdzieś, gdzie będą nikłe szanse aby ktokolwiek mnie poznał. I coś tak czuję, że wojna nie dla wszystkich skończy się wraz z kapitulacją Rzeszy.- wyjawiłem. Bo to jest do przewidzenia, że rzesza przegra. Czekam tylko na Radziecką kontrofensywę i na to aby Anglicy z Amerykanami zjawili się na kontynencie. Co nastąpi wcześniej bądź później.

    OdpowiedzUsuń
  118. (Przepraszam za brak odpowiedzi, regularnie gubiłam Twój odpis >> )

    Patrol był koniecznością. Obowiązkiem wobec Rzeszy, który należało spełnić. Rozstrzeliwanie ludzi również. Podpisywanie volkslist, usuwanie Żydów...Wszystko to leżało w gestii obowiązków wobec nowego państwa. Alexander, jak każdy inny jego obywatel, również miał do wypełnienia zadania. Musiał szukać agentów w idealnie zorganizowanych strukturach, badać donosy, rozpatrywać różne podania...Słowem, na barkach Alexandra hrabiego von Stauffenberga spoczywało wiele zadań.
    Tego dnia wracał akurat z siedziby Abwehry, ignorując kolejne męczące zebranie o czystości rasy nadludzi i mając nadzieję, że koniak się nie skończył, gdy zobaczył nieznajomego chłopaka...no, nie tak znów nieznajomego. Był to Bastian von Engel we własnej osobie. Alexander współpracował parę razy z tym młodzieńcem i miał wysokie mniemanie o fachowości żołnierza Wehrmachtu.
    -Odsunąć się!-kazał władczo, wysiadając niespiesznie z samochodu. Szofer postukał w kierownicę z rozmysłem, przyglądając się całej scenie. Żołnierze przez chwilę stali zakłopotani.
    -Ale...Panie hrabio...-spróbował zaoponować jeden z nich.
    -Będziesz tu polemizował, durniu?! Jeszcze jedno "ale", to trafisz na front wschodni-zagroził cicho Stauffenberg. W jego arystokratycznym głosie pojawiła się wcale nie arystokratyczna wściekłość. Żołnierze natychmiast puścili Bastiana, po czym ulotnili się, gdzie się tylko dało. W razie ewentualnej inspekcji hrabia wytłumaczyłby się wyraźnym rozkazem odnalezienia żołnierza i wydania mu poleceń służbowych, czemu przeszkodzili żołnierze...
    -Proszę wsiąść do samochodu, herr Engel-zakomunikował mężczyźnie w najczystszej niemiecczyźnie, no, może z lekkim bawarskim akcentem, ale i tak czystej. -Mamy ze sobą do pomówienia.
    Słońce przygrzewało, ceny były dość stabilne, a do tego ostatnio podniesiono płace robotnikom. Po bombardowaniu Kolonii nikt już nie wiedział, co myśleć...Hrabia Stauffenberg w szczególności.

    OdpowiedzUsuń
  119. - Wolałbym abyśmy go nie szkolili.- powiedziałem po czym przygryzłem lekko wargę.- Przynajmniej jak popije to zaliczy zgon na blacie i będzie sobie hasał po krainie Morfeusza.- dodałem.
    - Aha. Już to widzę.- zironizowałem.- Będę nogi miał jak z waty, ale nie z powodu strachu.- mruknąłem. Ja naprawdę nie mogłem patrzeć zbyt długo na krew. Nie mogłem być przy operacji, bo zaraz miękły mi nogi.- Oczywiście, pod warunkiem, że ty też nikomu nie powiesz o moim strachu.- powiedziałem. Wolałem aby ciągle jak najmniej osób wiedziało o mojej słabostce. Wiem, że to wcześniej, czy później i tak wyjdzie na jaw, ale wolałem aby to było ciągle „później”.
    - To ode mnie dziadek wymagał abym szkołę skończył. I powiedział tak: „Ty Marcinie to zostań kimkolwiek chcesz, byle nie księdzem.” Większość natomiast przypuszczała, że będę albo pracował w jakiejś ambasadzie, bo języków się szybko uczyłem i byłem na bieżąco z polityką, albo właśnie politykiem. Koniec końców zostałem dziennikarzem, tylko dlatego że nie stać mnie było na studia. I raczej nie chcieliby pracownika państwowego, który miał burzliwą przeszłość.- niedbale wzruszyłem ramionami.
    - Oni powoli zaczynają się liczyć Michale. Może jeszcze nie na naszym podwórku, jednak Stalin głupi nie jest i o tereny będzie walczył. Powiem nawet, że on byłby w stanie kolejną wojnę wywołać aby postawić na swoim. I Churchill i Rooswelt o tym wiedzą. Pewno przystaną na jego propozycję.- powiedziałem.- Ale zejdźmy z takich nieprzyjemnych tematów. Może lepiej powiedz jak idą przygotowania do ślubu, jak nogi, cokolwiek. Opowiedz jakąś sytuację śmieszną ze szkoły.- zaproponowałem. Nie chciałem jeszcze rozmawiać na tematy polityki. Tym bardziej, że będąc w wywiadzie wojskowym coś tam wiedziałem więcej niż inni.

    OdpowiedzUsuń
  120. - Mała terrorystka.- powiedziałem i zrobiłem do tego taką przerażoną minę.- Nie będę ci robił wyrzutów, że podpalasz. Nie mam zamiaru ci „matkować” i mówić jak masz żyć, bo raczej nie jestem osobą upoważnioną do tego. Tym bardziej że sam palę.- wyjaśniłem.- Chociaż właściwie, to moje „palenie” jest w sporym cudzysłowie. Bo robię to rzadko i niechętnie, bardziej na uspokojenie nerwów.- przyznałem cicho.
    - To ja opowiem ci historię mego życia. Otóż byłem nieco młodszy od ciebie. Miałem siedemnaście lat, kiedy porządnie się spiłem. Schlałem się okropnie… Do tej pory jak to sobie przypomnę to mnie głowa boli. Ale przejdźmy do meritum… Przychodzę około północy do domu, dziadek sobie z Warszawy wrócił trochę wcześniej i ze skrzyżowanymi rękami czeka na mnie w kuchni. „Piłeś?”-zapytał, „Nieee…nooo coo tyy dzziadkuu. Estem zupełnie trzeźwy.”- odpowiedziałem i wsparłem się ściany, bo pokój w tym momencie przypominał bardziej statek podczas sztormu. Ale nic podchodzi do mnie a śmierdziałem prawdopodobnie gorzej jak gorzelnia i powiedział nadal spokojnym głosem: „Martin, ty chyba coś mnie kancisz. Powiedz: Gibraltar”, no to ja genialny dzieciak próbowałem powtórzyć, i wcale nie przejmowałem się tym, że nawet na trzeźwo miałem spore trudności z wypowiedzeniem tego słowa. Jeśli wierzyć relacji naocznego świadka to z pięć razy próbowałem i nie powiedziałem. Poszedłem jakoś spać, a później do szkoły. Boże to była katorga… To teraz puenta całej historii: „Baluj mocno tylko i wyłącznie w piątki, będziesz miał dwa dni na wytrzeźwienie.”- powiedziałem.- Ale są i pozytywy tej sytuacji… Drugi raz się tak samo schlałem dopiero dwa lata temu. A wcześniej to byłem niemalże abstynent, owszem wypiłem ale niewiele.- uśmiechnąłem się słabo. – W zanadrzu mam jeszcze kilka innych historyjek, więc jeśli będziesz cierpiał na bezsenność to mogę opowiadać. I oczywiście o ile się wnuków doczekam, to wnukom będę opowiadał. Chociaż sobie tego nie wyobrażam… Ja siwy dziadek z laską u boku w dużym fotelu mówiący: „Za moich czasów”, albo „A teras wnuczki kochane dziadek wam opowie jak to schlał się jak świnia i poszedł na kacu do szkoły”. Chyba, że Alzheimer przyjedzie wcześniej w odwiedziny, to im nie powiem.- wzruszyłem ramionami.- Miałeś kiedyś tak, że nie pamiętałeś nic. Zupełnie nic… Tego jak się nazywasz, kim jesteś, co lubisz robić?- zapytałem i poprawiłem swój zegarek.

    OdpowiedzUsuń
  121. - Trzy tuziny?! Przecież emerytury mi braknie. Wyobraź sobie, że każdy poprosi o pięć złotych. W tym samym miesiącu.- powiedziałem ze scenicznym przerażeniem.
    Wysłuchałem tego co powiedział Piotrek.
    - No to, żeś ładnie balował.- powiedziałem i pokiwałem głową.- A ty młody? Ładnie to tak podsłuchiwać?- zapytałem i uniosłem nieco brew.
    - Ja to po pijaku, już podczas wojny to podrywałem drzewo. I później powiedziałem że „Udawała niedostępną, ale jestem na dobrej drodze”. To pamiętam, nawet bardzo dobrze, bo generalnie to robiłem sobie żarty ze znajomymi. A wracając do mojego dziadka, to wzrok miał sokoła, a węch chyba lepszy od przeciętnego Azora.- powiedziałem. Westchnąłem cicho. – Wiesz… przez prawie całe moje życie dziadkowie zastępowali mi rodziców, za co będę im wdzięczny.- uśmiechnąłem się nikle.
    - Nałogi rzecz straszna i okropna.- powiedziałem.- Nie żebym wiedział z autopsji, czy coś…ja od niczego nie jestem uzależniony. Mogę nie pić alkoholu, papierosów mogę nie palić, zresztą częściej nie palę jak palę.- powiedziałem. O Pervitinie nie wspominałem, ja od tego nie byłem uzależniony… ja po prostu lubię to brać. Ale mogę przestać, kiedy zechcę.
    - Ja kiedyś… Przez długi czas nic nie pamiętałem. Nie wierzyłem kiedy mi mówili o mnie… nie poznawałem nikogo. Dopiero z czasem przypominałem sobie wszystko. Te wspomnienia bolesne…odczuwałem ze zdwojoną siłą.- powiedziałem cicho. Dlaczego na siłę się zwierzałem? A nie chwila…nie zmusił mnie do odpowiedzi.
    - Chyba powoli będę się zbierać, nie chcę wam dłużej siedzieć na głowie.- powiedziałem wstając.- Potrzebujecie jeszcze czegoś?- dopytałem.- Wiesz, że mogę wam spróbować coś załatwić, więc możesz śmiało mówić. Zrobię to co w mojej mocy.

    OdpowiedzUsuń
  122. - Weź nie żartuj sobie.- zaśmiałem się szczerze.- Boże już to widzę… ja to chyba muszę „Cerbera” uprzedzić aby mi pieniądze fałszował, a „Szybkiego” aby mi to szybko dostarczał.- powiedziałem
    - No niestety, ciężki los agenta…- westchnąłem.
    - A tam Piotrek nie narzekaj. Będąc w moim wieku będziesz się cieszył jeśli kobiety będą się na ciebie w ogóle patrzeć.- zażartowałem.- I fakt… do tej pory się dziwię że ciebie Alina zechciała…przecież ty taki brzydki jesteś…- uchyliłem się przed lecącą w moją stronę poduszkę. Uśmiechnąłem się jeszcze szelmowsko w jego stronę.
    - Robotę ci znaleźć… szyfry… mam rosyjskie depesze, przechwycone przez nasłuch „firmy”, w której aktualnie robię, ale to chyba nie będzie najlepszy pomysł abym ci to dał…Natasza i te sprawy… A poza tym powoli sam to kończę.- powiedziałem. Podrapałem się w tył głowy.- Ale mam kilka depesz niemieckich… nie mam niestety dostępu do szyfrów, a z tego co mi się wydaje są to informacje przesyłana do agentów w Anglii, więc wypadałoby się tym zająć.- wyjaśniłem.- Niestety nie wiem jakiej książki szyfrów używali, ani nic. Będziesz zdany tylko i wyłącznie na siebie, oczywiście postaram się dowiedzieć jak najwięcej i może byłbym ci w stanie przekazać jakiś fragment książeczki szyfrów

    OdpowiedzUsuń
  123. - Yyy… Byłem sportowcem, a kobiety lecą na sportowców.- powiedziałem z szelmowskim uśmieszkiem.
    - No tak to prawda.- powiedziałem.- Jaki on jest?- zapytałem sam siebie i próbowałem znaleźć odpowiednie określenia.- Jest miłym gościem, mówi po rosyjsku, taki troszkę z niego wieczny chłopiec. Krótko jest u mnie, więc nie powiem ci zbyt wiele o nim.- wyjaśniłem.- A wiedziałeś, że Natasza jest jego macochą?- zapytałem.- Czyli chyba nie.- powiedziałem widząc jego minę.- To zostaje między nami. Nie mówisz o tym Nataszy, prawdopodobnie za sobą nie przepadają. – wzruszyłem ramionami. Jakoś nie miałem zamiaru dłużej tego tematu ciągnąć.
    - A właściwie, to Natasza nadal próbuje cię przekabacić, na ich stronę? Czy już dała sobie spokój?- zapytałem bo mnie to cholernie ciekawiło.- I ktoś będzie musiał uświadomić Piotrka, że ksiądz, to raczej nie jest praca marzeń.- powiedziałem ze spokojem.- Zresztą…jeszcze mu się milion razy zmienią plany na przyszłość.
    - Posłuchaj, czy w razie czegoś po wojnie wstawisz się za mną? Chodzi mi o to czy w razie czegoś potwierdzisz, że pomagałem Polakom. Im częściej myślę o tym co robię, stwierdzam że chyba skończę ze sznurem na szyi. A tak to może chociaż kara więzienia? Bo to chyba będzie najprawdopodobniejsza wersja mojego powojennego życia.- powiedziałem.- Ja zrozumiem, jeśli odmówisz…ale…ja już sam nie wiem co chcę osiągnąć. Czy co bym wolał.- westchnąłem. – Słuchaj, ja już pójdę. Do zobaczenia.- uśmiechnąłem się w jego stronę.
    ****
    Nazajutrz wieczorem odwiedziłem „Pstrego”.
    - Cześć. Narzekałeś, że nie masz nic do roboty, więc przyniosłem ci kilka depesz.- wyciągnąłem zza pazuchy depesze i położyłem na stole.- Jak tam nogi? Lepiej, gorzej, tak samo?

    OdpowiedzUsuń
  124. - Ta Ewa… Czasami śpiewała w jednej z kafejek, prawda? Słyszałem ją raz. Byliśmy na patrolu, ja i dwóch moich podkomendnych. Lał deszcz, zimno w cholerę… weszliśmy się ogrzać. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktoś śpiewał „Lili Marleen” aż tak… smutno. Szkoda jej.
    Zastanawiam się przez chwilę nad tym, co powiedział. Bystry chłopak, choć trudno powiedzieć, na ile jego prognozy się sprawdzą. Oby się nie sprawdziły… Mam ochotę go zapytać, czy bardziej obawia się ZSRR, czy Zachodu, ale w tym momencie dzwoni telefon. Na mojej twarzy odbija się zdziwienie. Znajomy mojego ojca nie miał byt wielu prawdziwych przyjaciół, póki siedział w Rzeszy, ktoś się do niego odzywał, potem większość kontaktów się urwała. Jego przełożeni wiedzieli, że wyjechał. Więc kto…? Kładę palec na ustach, pokazując Michałowi, by był cicho. W zasadzie… Wolno mi tu być. Odbieram.
    W słuchawce rozlegają się jakieś niewyraźne trzaski, potem słyszę stonowany, męski głos.
    ~ Dobry wieczór, czy rozmawiam z Herr Fritzem?
    ~ Herr Fritz wyjechał wraz ze służbą do Monachium – odpowiadam zgodnie z tym, co wiem. Już otwieram usta, by podać numer, pod którym można go złapać, gdy rozmówca stwierdza:
    ~ Za pół godziny przyjdzie do ciebie Hilda. Przekaże towar. Powodzenia.
    Nie odpowiadam. Mężczyzna po drugiej stronie linii odkłada słuchawkę. Przez chwilę stoję jak wryty. Dopiero po chwili wolno odwracam się w stronę Michała.
    - Chyba będziemy mieli gościa – stwierdzam grobowym głosem. Streszczam mu dziwną rozmowę. – Problem polega na tym, że ja nie znam żadnej „Hildy”.

    OdpowiedzUsuń
  125. Siedzę skulona, obejmując kolana rękami. Boję się, że wrócą. Przeraża mnie to, jak łatwo mogłam wpaść w pułapkę. Nie znałam miasta, jego praw, zwyczajów wprowadzonych przez okupanta. Nie wiedziałam, jak w nim przeżyć.
    „ Pewnie do obozu koncentracyjnego. Ewentualnie do lasu na rozstrzelanie. Raczej wątpię, aby do obozu pracy.”
    Przełykam nerwowo ślinę. W kącikach oczu czuję zbierające się, nieposłuszne łzy, więc mrugam szybko. Udaje mi się nie rozpłakać. Tego by tylko teraz brakowało. Zaciskam nerwowo wargi. Kręcę palcami jakiegoś młynka, żeby stłumić drżenie dłoni. Wspomnienia są zbyt świeże. Zbyt bolesne.
    - Ja też miałam jechać do obozu koncentracyjnego – szepczę tak cicho, że prawie mnie nie słychać.
    Kiwam głową. Wcale nie śpieszy mi się, żeby wychodzić na ulicę. Nie po tym, czego uniknęliśmy. Obserwuję dziewczynkę, ukradkiem zerkam na moją siatkę z zakupami, której jakimś cudem udało mi się nie zgubić. Waham się, ale ostatecznie wyjmuję z niej tabliczkę czekolady, kupionej za bony w jednym ze sklepików. Anwarden się wścieknie, ale…
    …Prawdopodobnie i tak się wścieknie.
    Z nikłym uśmiechem podaję dziewczynce czekoladę. Potem zerkam na Michała i na tego drugiego, którego imienia nie znam.
    - Dziękuję – mówię cicho.

    ~ Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  126. - Proszę bardzo.- powiedziałem.- Hmmm… zastanówmy się… Jeśli przyjmiemy teorię, że człowiek przechodzi reinkarnacje, to w poprzednim wcieleniu musiałeś chyba być jakimś seryjnym mordercom i gwałcicielem.- wyjaśniłem. Miałem nadzieję, że nie wpadnie tutaj teraz Ewa i nie zapyta kto to taki ten „gwałciciel”.- A właśnie, Piotrkowi przeszło bycie księdzem?- zapytałem. Naprawdę mnie to ciekawiło, czy nadal chce być duchownym prowadzącym wiernych do zbawienia, niczym pasterz swe owieczki prowadzi na pastwisko.
    - Postaram się przyjść jutro wieczorem, może ułatwię ci jakoś pracę, o ile uda mi się zdobyć książeczki szyfrów.- powiedziałem.- Potrzebujecie czegoś? Jeśli tak, to najwyżej przekażę przez kogoś.- wypaliłem.
    - Dobry wieczór.- powiedziałem widząc ciotkę Michała i Eli.
    - W ogóle to mam nową bliznę do kolekcji.- uśmiechnąłem się nikle mówiąc to. Czułem się świetnie wiedząc, że nie mam na sobie już szwów. - Ale, ale… Jeśli by ci się nudziło, bo skończyłbyś wcześniej, to wybierz się… znaczy się wyślij kogoś do zakładu krawieckiego. Do tego samego, gdzie żeś mundur dostał. Powiecie, że po garnitur dla majora Rommla, w odpowiedzi usłyszycie, że musi jeszcze nanieść poprawki i odebrać będzie można dopiero następnego dnia. Jeśli nie będzie żadnego klienta, to da depesze w szarej kopercie od razu do ręki, jeśli natomiast ktoś będzie, to z pewnością coś wymyśli.- powiedziałem. Chciał młody zajęcie, to je ma. Kryptologa żem se znalazł.

    OdpowiedzUsuń
  127. - A widzisz, a ja tego nie wykluczam. Może dlatego zawsze miałem na pieńku z księdzem na religii? Bo szukałem i negowałem istnienie Boga?- zastanowiłem się głośno.- Uooo… Będzie papież Polak. Raczej tego nie doczekam.- pokiwałem głową.
    - Nie kota nie… mam psa, który zachowuje się jak żona. Pedantyczna żona.- powiedziałem jednakże nie precyzowałem na czym polega bycie „pedantyczną żoną”.- Ale może moja siostra? Ona lubi koty.
    - Co znowu zrobiłem? Ano uratowałem swojego przełożonego.- powiedziałem z niejakim spokojem.
    - Książki… „Dziady” i „Balladyna” raczej odpadają, co? Ale chyba mam baśnie braci Grimm, i bajki Andersena, więc to nie będzie takie trudne. A zabawki… Z zabawkami zobaczę, ale chyba coś znajdę. Od siostrzeńca raczej nie zabiorę, bo on sam ma ze trzy zabawki na krzyż. Naprawdę w porównaniu do dzieci innych niemieckich oficerów wypada słabo… Ale zobaczę, coś załatwię. Jakieś specjalne zamówienia? Ma być misiek? Ołowiane żołnierzyki? Model samolotu?- zapytałem i się lekko uśmiechnąłem.
    - Poprzez trudne pytania, mam rozumieć rzeczy typu: „Skąd się biorą dzieci?”, „A kto to…?”, „A co to…?”. Tak?- dopytałem rozbawiony.- No co jak co, ale Ela to zawsze zadawała trudne pytania, w razie czegoś, to mogę się poświęcić i odpowiedzieć na kilka pytań. Mam niejakie doświadczenie więc…

    OdpowiedzUsuń
  128. - Tak. Bohater narodowy. Tylko szkoda, że zamiast mi podziękować za uratowanie życia, to dostałem opierdol od lekarza, który mnie składał. To już trzeci raz w pierwszy dzień dyżuru w nowym miejscu. Ale za każdym razem mu dziękuję za poskładanie do kupy, facet w porządku jak na Niemca. Studiował z moją babcią chirurgię gdzieś w Szwajcarii.- powiedziałem. Nawet nie wiem po kiego dodawałem to, że moja świętej pamięci babka wybrała się do Szwajcarii na studia i tam poznała Niemca.
    - No… ale wiesz znając mnie i moje szczęście to zapewne serio Piotrek odprawi mój pogrzeb.- powiedziałem.- Ja chyba długo nie pożyję.- wyjawiłem. Bo fakt, taka była moja prognoza…umrę przed czterdziestką, albo krótko po niej. Raczej szczęśliwym emerytem nie będę. Westchnąłem cicho.- Czekaj…ile Ela ma lat?- zapytałem.- Nigdy talentu pedagogicznego nie miałem, ale potrafię okiełznać czteroletniego siostrzeńca i jakoś odpowiedzieć na kłopotliwe pytania.- powiedziałem i lekko się uśmiechnąłem.- Ale chyba nie pyta się co chwila, czy ja jestem no wiesz… Bo przy ostatniej wizycie padło takie…stwierdzenie? Czy coś w tym stylu.- powiedziałem. Oho na horyzoncie pojawiła się Ela i od razu się do mnie przytuliła.
    - A właściwie, to Żukowskie wróciły?- zapytałem Michała

    OdpowiedzUsuń
  129. - Oj tam, oj tam. Akurat dwa razy to nie była moja wina. Raz to mnie Reimann urządził, a drugi raz to wypadek we Francji.- wyjaśniłem.- Teraz, to mogę się przyznać do tego, że to moja wina, że sam się w pewnym sensie prosiłem o pobyt w szpitalu i na sali operacyjnej.- powiedziałem.
    - „Kot”…o tym nie pomyślałem.- mruknąłem i się zaśmiałem.- Ale wcześniej to mówili na mnie „Huzar” i tak się też złożyło, że to jeden z moich kryptonimów/pseudonimów. A kiedyś…dawno, dawno temu to wołali na mnie „Okno”. Ale dlaczego to wyjaśnię ci później.- powiedziałem.
    - Aha. To chyba to będzie wam potrzebne.- wyciągnąłem kilka kartek żywnościowych dla Michała i jego rodziny.- Wiem, że na tyle osób to jest naprawdę nie wiele, ale tylko tyle mogę dać w tej chwili.- wyjaśniłem.- Dobrze to ja się będę zbierać. Czeka na mnie jeszcze kilka spraw.- pożegnałem się i wyszedłem z mieszkania Wojciechowskich.
    ****
    Z tego co się orientowałem, to „Szybki” przyniósł dzieciakom zabawki i jeszcze kilka depesz, a te rozszyfrowane odebrał. Dobrze, że mógł mnie wyręczyć w tym, bo sam nie wiedziałem w co ręce włożyć, taki zapierdziel. Do tego wysłali mnie na kilka dni do Berlina, że niby coś tam, coś tam. Nawet nie wnikałem zbytnio w szczegóły. Kazali jechać to pojechałem.
    ****
    Po tych kilku dniach odwiedziłem „Pstrego”. Drzwi otworzyła Alina i zaprosiła mnie do środka.
    - Serwus wszystkim.- powiedziałem wchodząc do salonu. Może nie wyglądałem najlepiej, miałem rozwaloną wargę i lekko opuchniętą twarz po niedawnej bójce w Berlinie. Ale on sam się o to prosił…i to on zaczął…ja się tylko broniłem, co poświadczyli świadkowie zdarzenia. Współczuję trochę temu szeregowemu…na front wschodni trafi… pech.
    - Jak tam życie wasze płynie?

    OdpowiedzUsuń
  130. - Eee… nie wyglądam aż tak źle.- powiedziałem.- Powiedzmy, że w pewnym momencie konwersacji nastąpiło starcie dwóch silnych argumentów.- wyjaśniłem. Wolałem nie tłumaczyć jak do wszystkiego doszło.
    Przytuliłem Elę. I uśmiechnąłem się, kiedy żem się dowiedział o budowaniu kościoła. Nie mogło im się nudzić. Aż sam zastanawiałem się jakim ja będę ojcem dla swojego synka. Czy będzie mnie nienawidził? A może pokocha?
    - A to nic, Elu.- powiedziałem. Sprawę z mężem przemilczałem. Byłem wdzięczny Michałowi, że umiał wpłynąć na małą. Usiadłem naprzeciwko „Pstrego”.
    - Może coś z dzieckiem nie tak?- powiedziałem. Sprawę depeszy na chwilę przemilczałem.- Michał, spróbuj porozmawiać z nią szczerze. Zapytaj o co chodzi, zainteresuj się nią.- powiedziałem. Podsunąłem mu pomysł.- W razie czegoś to mogę pomóc i ty dobrze o tym wiesz.
    - A co było w tej depeszy?- zapytałem natychmiast zmieniając temat.- Coś ważnego? Jakieś instrukcje dla agentów? Cokolwiek?
    Naprawdę zależało mi na tych depeszach. Bo jeśli Niemcom udało się wprowadzić agentów do służb brytyjskich, albo do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, to mogło być ze mną źle. Jeszcze jeśli, wszedł w zaufane środowisko, które wie o mnie i mojej roli więcej, to mogę sobie powoli trumnę wybierać i miejsce na cmentarzu. Opcjonalnie mogę rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.

    OdpowiedzUsuń
  131. - Będę drugim „Jeźdźcem bez głowy”.- powiedziałem uradowany. Obróciłem to wszystko w żart.
    Uśmiechnąłem się nieco.
    - Wiesz…jak to mówi stare małżeńskie porzekadło. Nie ważne co zrobisz i tak jesteś winny.- wygłosiłem mądrość życiową, która towarzyszy ludziom przez wieki, wieków.
    - Nawet tak nie mów… W razie czegoś to na podstawie krwi można się przekonać. Ale nie, raczej nie ma takiej opcji. – oznajmiłem pewnym siebie głosem.
    - Zobaczę co się da zrobić.- powiedziałem. Wolałem niczego nie obiecywać, bo jeszcze ktoś by mi zarzucił, że robię coś wbrew temu co mówiłem, albo że się nie wywiązuję ze składanych obietnic.- Posłuchaj, z tego co się orientuję to przyniosłem ci trzy depesze. Postaraj się ją jak najszybciej rozszyfrować. Mam jakieś niejasne przeczucia, mam dosyć osobliwe wrażenie, że…- urwałem. Nie mogłem dalej mówić. Zastanawiałem się czy ktokolwiek mnie śledził. Nie, nikt.
    - Dobra słuchaj, ja się będę zbierać. Czeka na mnie jeszcze kilka spraw. Trzymaj się.- powiedziałem i szybko wyszedłem z mieszkania.
    Wychodząc spotkałem w bramie Alinę, która chyba już zdążyła wrócić od lekarza. Zastanawiałem się, czy mogę z nią porozmawiać na ten temat. Nie chciałem się mieszać do ich życia i ich decyzji.
    - Alina. Mogę na słówko?- zapytałem. Wyglądałem na śmiertelnie poważnego.- Alina, posłuchaj, ja wiem, że nie powinienem się mieszać i interesować, ale czy coś się dzieję z dzieckiem? Michał mówił, że często chodzisz do lekarza. On się martwi.- powiedziałem. Ktoś kiedyś mi mówił, że mam niespotykany talent do niemalże natychmiastowej zmiany tonu głosu.- Alina, co się stało?-zapytałem z autentyczną troską.

    OdpowiedzUsuń
  132. - W pow… - zasycha mi w gardle. Domyślam się, co to może oznaczać. Tylko czy to aby nie zbyt wiele, jak na zbieg okoliczności? Idę sobie ulicą, słyszę faceta, który gada ze znanym mi akcentem. Jego kolega ratuje mnie z opresji… i wychodzi na to, że obaj siedzą w partyzantce. Podejrzane? Jakby trochę. – Do jakiej organizacji należycie? – pytam szeptem, chcę ich sprawdzić. Nie mam pojęcia, czy mogę im zaufać. Intuicja mówi, że tak. Rozsądek – że powinnam się przymknąć. W trybie pilnym.
    Jestem ciekawa, czy, a jeśli tak, to co mi odpowiedzą. Nazw znam dosłownie kilka, tyle, ile swego czasu opowiedział mi brat, jakby przyszło co do czego, nawet nie potrafiłabym wskazać, które z organizacji komu sprzyjają.
    - Miło was poznać – uśmiecham się mocno na wyrost. – Jestem… - waham się przez ledwie dostrzegalną chwilę – Jekaterina. Myślałam, że jesteście… że jesteś tutejszy – stwierdzam coraz bardziej zażenowana. Zerkam ciekawie na Dimę, ale jest w nim coś, co mnie onieśmiela, więc szybko odwracam wzrok.
    - Jestem z okolic Brześcia. Tego nad Bugiem.
    Czekolada, którą poczęstowała mnie mała, powolutku rozpływa mi się w ustach. Uśmiecham się z błogością. Jem po maleńkim kawałeczku, po okruszku nieomal, chcąc jak najdłużej zatrzymać na języku niebiański smak.

    ~ Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  133. Odwzajemniam jego uśmiech. Mimo cienia nieufności, jaki się miedzy nami stale przesącza, przypominają mi się dawne czasy, rozmowy z bratem, z jego i moimi znajomymi…
    - Kiedyś bardzo chciałam być harcerką – śmieję się cicho. – W gimnazjum parę wsi od mojej była filia, do miejsca zbiórek miałam z dziewięć kilometrów, ale byłam gotowa chodzić… sąsiadka chciała mi nawet rower pożyczać… Tylko mój tata się na to harcerstwo nie zgodził – wzdycham. To nie były złe czasy. Dobre też nie, nie do końca. Ale nie były piekłem.
    W miarę, jak Dima opowiada, gapię się na niego coraz bardziej zdziwiona. O Rosjanach słyszałam dwie skrajne opinie. Z jednej strony był wyidealizowany obraz widziany oczyma mojego ojca: postulaty poprawy losu ubogich warstw społecznych, odwaga, rewolucyjne pierwszeństwo. Z drugiej, to, co wtłaczano mi do głowy w szkole: bitwa warszawska i Rosjanie jako najeźdźcy, Armia Czerwona jako ogarnięty szałem zabijania i grabieży motłoch, zagrożenie dla Polski.
    Dla Polski, której częścią byłam tylko wtedy, kiedy polskie władze uznały to za wygodne.
    Kiedy stwierdza, że w Polsce wszystko było lepsze, czuję gorzką gulę w gardle.
    - Nie masz do końca racji – odzywam się cicho, nie nawykłam do bezpośredniego wyrażania swojej opinii. Na ogół nikogo nie interesowało, co miałam do powiedzenia. – Nie byłam w Rosji, nie wiem, jak tam jest. W Rosji, nie na terenach, które sobie wzięli – podkreślam. – Ale wiem, jak było w Polsce. Jak żyłeś w mieście, to się nie dziwię, że ci się podobało. U mnie, na wschodzie, była straszna bieda. Nikt nic z tym nie robił. Bardziej interesowało ich, żebyśmy wszyscy znali polski hymn i Piłsudzkiego, niż żebyśmy mieli co jeść. Niespecjalnie interesowało mnie, w jakim mówię języku, więc nie miałam problemów. Ale był czas, że moja mama drżała o to, czy taty nie wsadzą do więzienia, bo znał paru takich, których wsadzili. W 38’ zamknęli szkołę, do której chodziło moje rodzeństwo. Mieli wybór: chodzić do polskiej podstawówki trzy wsie dalej, albo się nie uczyć. To nie było dobre, wierz mi. Lepsze niż wojna, ale nie dobre.

    ~ Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  134. To jakaś cholerna pomyłka… powiedziałem temu gościowi prawdę, a on… Niech to. Akurat dziś. Akurat kiedy jest ze mną ranny Polak. Wziąłem głębszy wdech. Trzeba jakoś sobie poradzić z tym bajzlem. Przygotować się na tę wizytę, kimkolwiek ta Hilda jest. Miałem nadzieję, że nie należy do najbystrzejszych, inaczej kiepsko z nami dwoma…
    Kurczę, a do niedawna wydawało mi się, że lubię mądre kobiety.
    - Jakieś pomysły? Nie liczyłbym, że to wielbicielka Polaków. Nie, jeśli zna się z Fritzem.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  135. - Żartujesz?- zapytałem.- Nie ty nie żartujesz.- dodałem widząc jej minę.- No nie wiem, normalnie mu powiedz. Prosto z mostu, a jak nie to…ubierz to wszystko w jakieś ładne słowa…-zamyśliłem się. Jak ona mu to mogła powiedzieć? Przecież chłopak może zareagować różnie. Może się ucieszyć, załamać. Postrzelić z łuku brwiowego… Zrobić cokolwiek.
    - powiedz mu to jakoś delikatnie, zasugeruj… chłopak inteligentny zorientuje się.- powiedziałem po czym nieznacznie się uśmiechnąłem.- Wiesz… on obawiał się że to nie jego dziecko….znaczy się dzieci.- powiedziałem cicho. Uśmiechnąłem się w jej kierunku.- Spokojnie, jakoś to przyjmie.
    ****
    Odwiedziłem Wojciechowskich po czterech dniach. Miałem nadzieję, że Michał już się dowiedział o tym wszystkim. Drzwi otworzyła mi Alina.
    - Cześć.- powiedziałem z lekkim uśmiechem.- Powiedziałaś mu już?- zapytałem szeptem. Miałem nadzieję, że już są po rozmowie.

    OdpowiedzUsuń
  136. - Dobra, spokojnie. – Ja także nie sypałem genialnymi pomysłami jak z rękawa, nie dzisiaj. Przez sprawę „Pstrego” zarwałem noc, byłem na nogach już jakieś… trzydzieści dwie godziny? Senność powoli robiła w moim mózgu armagedon, zaczynając najwyraźniej od kreatywności. - Piwnica? No tak, jest. - Potrząsnąłem głową, desperacko próbując odegnać zmęczenie. Tu trzeba myśleć, nie spać! – Tylko nie wiem, w jakim stanie, o ile mi wiadomo od paru lat nikt z niej nie korzysta.
    Kątem oka spojrzałem na pozostawione na stole talerze, kubki, całą resztę. Będzie trzeba to posprzątać.
    - Mamy pół godziny. To znaczy, minęło z pięć minut… więc mamy jeszcze dwadzieścia pięć.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  137. - Tak słyszałem.- powiedziałem zgodnie z prawdą, starałem się mówić jak najciszej, bo chłopak dopiero wracał do świata żywych, a przynajmniej ja tak miałem że jak trzeźwiałem, to potrafiłem wyłapać fale radiowe.
    - I jak przyszły tata się czuję?- zapytałem, nie miałem mu zamiaru robić wyrzutów, że się schlał. Młody jest, ja to rozumiem, chłopak nie wiedział co ma ze sobą zrobić.
    - Strzeliłeś hat-tricka.- powiedziałem, miałem nadzieję że pojął aluzję.- To co? Imiona już żeś wybrał? Masz kilka kombinacji.- uśmiechnąłem się nieco złośliwie. – Aha i chcę być ojcem chrzestnym jednego z Wojciechowskich juniorów.- zakomunikowałem od razu i słabo się zaśmiałem.
    Do tej pory nie potrafiłem w to uwierzyć, chłopak się żenił, dzieci w drodze… ja to chyba też powinienem sobie życie ustabilizować.
    - Wiesz co, ja to chyba pójdę twoim śladem i zacznę sobie nieco stabilizować życie. Zacznę może od jakiejś narzeczonej…- powiedziałem i zamyśliłem się. Nawet już to widziałem jak staję na ślubnym kobiercu… Pan major się żeni… Martin Rommel ze złotą obrączką na palcu, z kochającą żoną u boku i małym rozbrykanym dzieckiem na rękach. Nie… jeszcze nie teraz. Na razie mam psa, który idealnie pod względem fochów, układania mi dnia i życia zastępuje żonę. – Wyobrażasz mnie sobie na ślubnym kobiercu, w momencie kiedy mówię to sakramentalne „Tak”?- zapytałem chłopaka.

    OdpowiedzUsuń
  138. - Spokojnie, „Szybki” przyniesie ci pieniądze, które „Cerber” sfałszuje.- uśmiechnąłem się i położyłem w geście otuchy rękę na ramieniu.- A „Krawiec” uszyje ubranka dla maluchów.- powiedziałem. Nie było w tej wypowiedzi ani nutki złośliwości, ale chyba tak to jakoś wyszło.
    - A to już nie Kostek i Aurelia?- zapytałem nieco zdziwiony – Jeszcze jakiś czas temu miał być Kostek i Aurelia…no proszę, to chyba tylko ja pamiętam o takich szczegółach.- pokiwałem głową.- I uprzedzając twoje pytanie, pamiętam jeszcze kilka innych rzeczy. Pod tym względem to ja gorszy od kobiety jestem.- westchnąłem cicho.- Ja sobie nie mogę tego wyobrazić… tyle Wojciechowskich juniorów.- rozmarzyłem się nieco. Coraz bardziej żałowałem, że nie mogę patrzeć na to jak mój synek dorasta. Ale wolałem nie mówić Michałowi o tym, że mam dziecko. Pewno by zapytał i do tego jeszcze wytknął to, że go okłamałem.- Wiesz nie mam swoich dzieci, to będę takim chyba dobrym przyszywanym wujkiem.- uśmiechnąłem się słabo.
    - Ale żeby nie było, że z pustymi rękami przychodzę…- wyciągnąłem z kieszeni sfałszowane kartki żywnościowe.- Na jakiś czas powinno starczyć. W razie czegoś to dzwoń i drzyj się że kartek brakło.

    OdpowiedzUsuń
  139. - Ja ciągle żyję na Bożej łasce oraz na łasce losu i…łasce moich przełożonych i współpracowników. Więc dla mnie to nic szczególnego.- powiedziałem zgodnie z prawdą. Z tym to nie żartowałem, bo jak to ktoś kiedyś określił: „…ty to masz więcej szczęścia niż rozumu.”
    - Weź… zawsze mogły ci się czworaczki trafić. A poza tym będziesz miał więcej dzieci do kochania.- uśmiechnąłem się głupkowato. Dlaczego ja zawsze robiłem z siebie głupka większego niż jestem w rzeczywistości?
    - Aha…plany przesiedleńcze i wywózki. Dlaczego mnie to nie dziwi?- zapytałem ni to siebie ni to jego.- Nawet jakbym chciał coś z tym zrobić to nie mogę. Jestem tylko majorem. Zwykłym majorem… nie jestem generałem, który może decydować, który może coś powiedzieć. Dla tych najwyższych major jest prawie nikim.- powiedziałem spokojnym głosem.- Chcesz coś znowu na zabicie czasu? Bo mam jakieś depesze z Anglii. Dokładniej od niemieckich szpiegów, nie wiem co to jest, ale nie napawa mnie to radością i optymizmem.- powiedziałem.- Ja…ja chyba coraz bardziej się boję. – powiedziałem szczerze- Ale nie o siebie… boję się, że nie wytrzymam i zacznę mówić, a wtedy co najmniej setka ludzi straci życie.- powiedziałem. No moich współpracowników było pewno więcej…o niektórych sam nie wiedziałem i chyba wolałem nie wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  140. Nieco nachyliłem się i zastukałem w podłogę. Uśmiechnąłem się nieco.
    - A ‘propos tych moich dziewięciu żyć… To chyba nie jest tak do końca. Przeczytałem gdzieś, że skurwysyny żyją dłużej niż ustawa przewiduje.- niedbale wzruszyłem ramionami.
    - Jak mi powiesz w jaki sposób mam to uczynić, to podejmę się tego tyle, że będziesz musiał się liczyć, z tym, że świadek i przyszły ojciec chrzestny jednego z twoich dzieci skończy swój żywot zdecydowanie przedwcześnie.- powiedziałem najzupełniej poważnie.
    - Dasz radę… Powiesz tylko „Tak” i „Biorę ciebie za żonę” i finito. Jakby to powiedział znajomy: „Amore kaput”. – uśmiechnąłem się słabo do niego.
    - No wypiję.- powiedziałem.- Nawet nie zamierzałem pytać.- spojrzałem na niego.- Michał tylko ty mi w nałóg nie wpadnij… dzieci będziesz miał…- dodałem spokojniej.
    - Aha…jeszcze póki pamiętam… jaki prezent ślubny chcecie? Czy najzwyklejsza „koperta” może być?- zapytałem i oberwałem po głowie.

    OdpowiedzUsuń
  141. Słowa o matce przemilczałem, jednak chyba wywnioskował z mojej miny, że poruszył nieco drażliwy temat. O moich rodzicach się nie rozmawiało. To był dosyć drażliwy temat, no chyba zże sam zaczynałem, to można było kontynuować.
    - Łooo paaanieee toć to ja wam taki prezent sprawię, że będziecie pamiętać na całe życie.- powiedziałem i tajemniczo się uśmiechnąłem.
    - No to za to aby nam się w głowach rozjaśniło.- powiedziałem po czym napiłem się tego specyfiku.- Wiesz co… musisz mi kiedyś ofiarować taką jedną buteleczkę.- uśmiechnąłem się. Całkiem przyzwoite cholerstwo.- Dobra, a jak z dzieciakami… Ela wie, że będzie miała aż trzech bratanków, albo trzy bratanice?- zapytałem z dobrze słyszalną ciekawością w głosie.
    Spojrzałem na zegarek, nie chciałem za długo siedzieć i męczyć Michała moją obecnością.
    - Słuchaj… ja jeszcze tylko zbiorę od ciebie jakieś specjalne zamówienia i będę się zbierał.- wiedziałem, że dopiero co wszedłem, jednak nie chciałem jakoś zbyt długo siedzieć. Jeszcze się upiję i dopiero będzie, dwóch pijanych chłopów w jednym mieszkaniu to nie najlepsza rzecz. Jeszcze moje pomysły po pijaku…

    OdpowiedzUsuń
  142. - Osobiście dopilnuję aby im tej fabryki nie zamknęli.- puściłem odo niego oczko, po czym cicho się zaśmiałem.- To będzie chyba jedno z najlepszych zadań jakie przyszło mi wykonywać podczas tej wojny.- zamyśliłem się na chwilę.- A wiesz, ja sobie tak myślę…bo zamiast dziennikarzem, mogłem zostać jakimś testerem alkoholi.- powiedziałem i się zaśmiałem.- No bo dziennikarzem to musiałem być marnym skoro kilka razy podczas mojej kariery dostałem po mordzie.
    - To ty chyba mnie i moich dwóch kolegów nie przebijesz…z tym że byliśmy trzeźwi. Otóż postanowiliśmy zabawić się ze strażnikami granicznymi. Geniusze przeprawiliśmy się przez rzekę i wyszliśmy na drugim brzegu, gdzie już były Niemcy… ja z jednym z kolegów szybko daliśmy nura w krzaki porastające brzeg i poszliśmy w kierunku przejścia granicznego. A jeden, który został wrócił kajakiem, którym żeśmy się przeprawili. I poszedł na polskie przejście graniczne. I ta mina Niemca, który był na przejściu i pytał o powód wizyty. A myśmy powiedzieli, że nie dalej jak dwie godziny temu mu odpowiadaliśmy, że jeszcze wtedy tośmy w Polsce byli, do tego jeszcze ten trzeci kolega przyszedł i potwierdzał, facetowi chyba wodę z mózgu zrobiliśmy.- wzruszyłem niedbale ramionami.- Wiesz co teraz to się zastanawiam co by się stało, gdyby naszą trójkę aresztowali.
    - Dobrze, ja się zbieram, odwiedzę was przy najbliższej sposobności. Depeszę prawdopodobnie przekaże „Szybki”. To do zobaczenia.- powiedziałem po czym wyszedłem.

    OdpowiedzUsuń
  143. Trochę mnie kilka rzeczy w pracy zatrzymało. Z tego co wiem, to „Szybki” chyba jeszcze nie dostarczył depeszy. A mówi się trudno przekaże mu ją jutro. Nikt nie ucierpi z tego powodu.
    ***
    Kiedy zapukałem do mieszkania drzwi otworzyła mi Alina. Była cała zapłakana. Widziałem, że jest jej ciężko mówić, na razie o nic nie pytałem. Wolałem milczeć przez chwilę. Usłyszałem jak Ela pyta się o Michała…chyba nikt nie musiał mi mówić co się stało. Ale Alina szybko mi powiedziała o wszystkim. Niewiele myśląc położyłem na stole kartki na żywność. To o co prosił Michał.
    - Wyciągnę go.- powiedziałem szybo i niemal natychmiast wyszedłem z mieszkania…nie wróć…wybiegłem. Tak, to chyba będzie najlepsze określenie.
    Wróciłem do domu, przebrałem się w mundur i nawet chciałem jechać chociażby zaraz na Pawiak, ale…ale powstrzymał mnie mój adiutant. Hazerski, on wiedział co robię, dowiedział się tak właściwie przez przypadek, ale pomagał mi jak umiał…razem stworzyliśmy „Wassergruppe”, moi ludzie wiedzieli co robię…oni też to robili, więc jeśli ja bym poszedł na śmierć, to oni ze mną i na odwrót.
    ***
    Przejrzałem listę kilku więźniów, których mieli przewieźć w inne miejsce, którymi zainteresowało się kilku kolegów z Abwehry i Gestapo. Na liście był Michał. Musiałem jakoś przekazać mu wiadomość. Tylko jak?
    ***
    Przekazałem gryps jednemu ze strażników, który pałał się tym. Był w AK więc nie miałem obaw, a jeszcze ktoś ode mnie poświadczył za niego. Jednak nie zmieniało to faktu, że przekazywałem mu gryps z duszą na ramieniu.
    - I tak jak się umawialiśmy.- powiedziałem i uważnie spojrzałem na strażnika.
    - Jasna sprawa.- powiedział po czym odebrał ode mnie gryps.
    Michał wytrzymaj jeszcze jeden dzień. Marcin.

    OdpowiedzUsuń
  144. Próbowałem robić wszystko co w mojej mocy, ale dowództwo odmawiało odbicia Michała. Z trudem przełknąłem tą informację. Ale jak to ktoś kiedyś powiedział „U ciebie to zawsze był problem z dyscypliną.” Nie zamierzałem pozwolić Michałowi umrzeć na Gestapo.
    ***
    Dowiedziałem się, że jakiś więzień próbował popełni samobójstwo. Generalnie to olałbym to, bo wielu próbowało, jednym się udało a innym nie. Tym więźniem był Michał. Przenieśli go na Pawiak, do szpitala. Będzie go zdecydowanie łatwiej odbić. Podczas transportu na Szucha. Teraz pierdolę, nie kontaktuję się z dowództwem, biorę kilku i odbijamy młodego.
    ***
    Sasza, Franek, Antek, Grzesiek i Robert, o mnie nie wspomnę. Sześciu ludzi…sześciu mających odbić kilku z Pawiaka. To zakrawa o szaleństwo… „Hubal” gdyby był to pewno pogratulowałby mi szaleństwa i ułańskiej fantazji.
    ***
    Cała akcja się udała. Michał spędzi najbliższe kilka dni u Franka i Saszy. Do domu nie może wrócić, a wolałbym aby nie spędzał u mnie tych kilku dni.
    Obudziłem go lekkim szarpnięciem w ramię. Byłem w niemieckim mundurze.
    - Tu masz nowe dokumenty. Przez jakiś czas będziesz mieszkał z tymi dwoma przystojniakami.- mówiłem oschłym tonem i wskazałem na Franka i Saszę.- Ja się zbieram, nie zobaczymy się przez kilka dni.- powiedziałem po czym wstałem z krzesła. Zbliżyłem się do Franka.- Pilnuj go, dobra?- zapytałem szeptem.
    Czekała mnie teraz podróż do Berlina. Chciałbym tego uniknąć, ale się nie dało. Mówi się trudno. Spalony Reichstag… Alexanderplatz wzywają zwykłego szarego majora Rommla. Mam nadzieję, że wrócę w jednym kawałku…chociaż z tego co się orientuję to Reimann jest teraz gdzieś na dolnym śląsku.
    ***
    - To długo znasz Marcina?- zapytał Franek, kiedy pan major wyszedł. „Słowik” oraz „Cichy” pełnoetatowe niańki z rozkazu pana majora Rommla. Tego jeszcze nie grali.
    - Daj mu spokój „Słowik” im mniej wiesz tym lepiej śpisz. I nie będziesz musiał kłamać gdyby cię złapali.- mruknął „Cichy.
    - „Cichy”… Przecież wiesz, że wolę wiedzieć. Skoro Marcin chciał go wyciągnąć musiał mieć powód ku temu.- powiedział ze spokojem podporucznik.- To jak, „Pstry”? Dobrze mówię? „Pstry” na ciebie mówią.

    OdpowiedzUsuń
  145. - Biorąc pod uwagę obecne czasy, to sporo.- pokiwał głową „Cichy”- Martin mówił, że na przesłuchaniach teraz co byłeś…to ci na szczęście nóg nie połamali.- dodał Sasza.
    - Aha, napijesz się czegoś? Niestety alkoholu nie serwujemy, ale możemy się poszczycić posiadaniem prawdziwej kawy, herbaty i cukru.- uśmiechnął się Franek do Michała.- „Cichy”, Marcin ci mówił na ile i po co jedzie do Berlina?- zapytał
    - Niet. Mówił tylko tyle, że jedzie na kilka dni.- wzruszył niedbale ramionami.- Ale znając jego to prawdopodobnie za trzy dni wróci. O ile nic go po drodze nie zabije.- dodał obojętnym tonem. Po chwili wyszedł aby zaparzyć wodę na herbatę, albo kawę.
    Franek nieco się przybliżył do chłopaka.
    - Nie przejmuj się tym, że Marcin ciebie olał. Że olał twoje przeprosiny, przez chwilę będzie fochnięty, ale mu przejdzie. I nie przejmuj się „Cichym”… on od jakiegoś czasu jest lekko podenerwowany.- powiedział „Słowik” ściszonym głosem.
    ***
    Strasznie się denerwowałem tą wizytą w Berlinie. Normalnie nie powinni mnie tak stresować. Najbardziej obawiałem się tego, że mogą zechcieć mnie gdzieś przenieść. Grecja, Francja, Czechy…czy gdzieś zupełnie indziej. Jakoś za Warszawą nigdy nie przepadałem, ale wolałem tam zostać…przynajmniej przez jakiś czas.
    ***
    - „Słowik”, ja to mam tylko taką nadzieję, że Niemcy się tutaj nie zjawią. Wiesz, sami damy dyla, ale z nim będzie ciężko.- powiedział ściszonym głosem Sasza. Niemcy zrobili łapankę w okolicy. Dwaj konspiratorzy modlili się aby nie zaczęli przeszukiwać mieszkań. Rommel niby załatwił odpowiednie papiery, ale to nie dawało pewności. Do tego major był w Berlinie.
    - Spokojnie, stary. Mamy żelazne papiery… W razie czego to ty zabierasz i ukrywasz się gdzieś z chłopakiem, a ja będę grać na czas.- powiedział Franek i dyskretnie spojrzał przez okno. Zobaczył jak ludzie stoją plecami do ściany z uniesionymi rękami. Po chwili zaraz odwrócił wzrok. Przeszedł do salonu zaraz za Saszą. Usiadł przy stole i spojrzał na przyjaciela, po chwil przeniósł wzrok na Michała.

    OdpowiedzUsuń
  146. - Nie za kolorowo…- powiedział Sasza.- Kurwa… Czy Marcin musiał akurat teraz wybrać się na wycieczkę krajoznawczą do Berlina?- zapytał ni to ich ni to siebie.
    - Uspokój się… W razie czegoś to tak jak się umawialiśmy.- powiedział Franek. O dziwo Słowiński był odprężony, wydawało się że nie przejmuje się tym, że Niemcy zaraz mogą wpaść i wywlec z mieszkania.- „Cichy” pamiętasz jak z Marcinem żartowaliśmy na przejściu granicznym z niemieckich strażników?- zapytał i słabo się uśmiechnął
    - Pamiętam, ale co to ma do rzeczy?- zapytał Wrona nie bardzo rozumiejąc o co chodzi koledze.- Na wspominki cię wzięło?- Franek tylko przytaknął. Obaj konspiratorzy spojrzeli na chłopaka.
    Franek, przez jakiś czas przyglądał się Michałowi.
    - Wybacz pytanie, ale czy jesteś synem pułkownika Jana Wojciechowskiego?- zapytał „Słowik”, przyglądał się przez chwilę chłopakowi.
    Sasza w tym czasie powoli podszedł do okna. Niemcy legitymowali, niektórych brali na pakę, niektórych zostawiali pod ścianą. Zaraz po tym Wrona odsunął się od okna. Spojrzał na resztę.
    - Chyba powoli kończą…- powiedział beznamiętnym głosem.- Boże… „Słowik” ty mnie przypomnij, że jak Marcin znowu coś będzie chciał, to mam go w dupę kopnąć. Bo to jest idiotyczne posunięcie z jego strony. Zostawić chłopaka w Warszawie… ja to przecież bym go gdzieś wywiózł, na wieś…czy do innego miasta.- dodał w końcu.
    Słowik tylko pokiwał głową z lekkim politowaniem. Westchnął cicho.
    - Mam nadzieję, że Marcin szybko wróci z tej wycieczki…- mruknął tylko i ukrył na chwilę twarz w dłoniach.

    OdpowiedzUsuń
  147. - Tak najprawdopodobniej o niego.- powiedział Franek.- Dlaczego? Powiedzmy, że chciałem mu podziękować.- wyjaśnił. Zaraz posłuchał do końca, co ma Michał do powiedzenia.- Przykro mi…- powiedział z autentycznym smutkiem.
    - Panowie…- zaczął Sasza nieco niepewnie.- Bo mnie się tak wydaje, że zrobiło się podejrzanie za cicho.- dodał i poszedł sprawdzić co jest grane. Ulice opustoszały, nie było Niemców nie było nikogo.- Dziwne…- mruknął. Zaraz jednak rozległo się pukanie do drzwi. Franek wstał z miejsca i skinął nieco na Saszę.
    „Słowik” powoli podszedł do drzwi, założył na nie łańcuch, dawało to zawsze kilka cennych sekund.
    - Słucham.- powiedział i spojrzał na korytarz przez szczelinę. Przed nim stała córka sąsiadów. Dziecko dwunastoletnie.
    - Mogę wejść, proszę pana?- zapytała niepewnie i wyczekująco spoglądała na Franciszka. „Słowik” tylko się rozejrzał wokoło i szybko wpuścił dziewczynkę. Ledwo dziecko przekroczyło próg mieszkania a gospodarz zamknął drzwi. Przeszli do salonu, Franek spojrzał na Saszę, który kurczowo za plecami ściskał pistolet.
    - Marysia? Co się stało?- zapytał Franek. Dziewczynka przytuliła się do niego i zapłakała.
    - Moją mamę zabrali…- wyłkała.- Zdążyłam wejść w bramę, zanim ją zamknęli…a ona nie…- głos jej się łamał. „Słowik” przytulił dziecko do siebie.
    - Cicho…spokojnie…- wyszeptał kojącym głosem.- A twój tata? Albo brat?- zapytał.
    - Brat nie wiem… tata w fabryce…- wyłkała. Sasza spoglądał na Franka. Wzrok Wrony mówił: „O nie…nawet o tym nie myśl… ona musi wrócić do mieszkania. Nie możemy czekać na powrót jej ojca.”
    Jednak „Słowik” to zignorował i zaproponował dziewczynce to aby została tutaj dopóki nie wróci jej ojciec. Czasem się zajmowali nią, więc dziewczynka ich znała i jej rodzice też znali dwóch sąsiadów.

    OdpowiedzUsuń
  148. [Namieszałam. Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać :P]

    - Pomogę. Zaczekaj tu chwilę, pootwieram drzwi i zaraz po ciebie wrócę. – O ile dobrze pamiętałem, piwnica była zamykana na klucz. Biorąc pod uwagę czas, przez jaki nikt z niej nie korzystał, zamek mógł nieźle zardzewieć. Otwieranie go z Michałem na rekach byłoby raczej niemożliwe. Pośpiesznie znalazłem klucze. Oczywiście w pęku, no jakżeby inaczej. Wyszedłem na korytarz, otworzyłem drzwi, potem schodami w dół… kolejne drzwi. Wydało mi się nieco dziwne, że na podłodze nie ma kurzu. Ani na klamce. Klucze zazgrzytały, gdy szukałem tego właściwego. Pierwszy: oczywiście, nie ten. Drugi… Trzeci… Jest.
    Drzwi otwarły się z cichym, ponurym skrzypnięciem. Ohydny odór prawie zwalił mnie z nóg. Zatrzasnąłem drzwi z powrotem, walcząc z samym sobą o to, by nie zwrócić zjedzonej niedawno kolacji. O... Boże…. Nie musiałem patrzeć, by wiedzieć, co wydziela ten mdlący smród, oscylujący gdzieś między świeżymi rzygowinami a zgnilizną, natężony do granic możliwości.
    Zamknąłem drugie drzwi. Na klucz, jakby to miało jakieś znaczenie. Potem wróciłem do „Pstrego”. Prawdopodobnie byłem blady jak ściana.
    - Michal, zostajesz tutaj – stwierdziłem grobowym głosem. – W razie czego nakituję, że jesteś moim kumplem jeszcze sprzed wojny i dlatego leżysz sobie tutaj, zamiast w przepełnionym szpitalu… Wymyśl sobie może jakieś imię…
    Rozejrzałem się dookoła. Ten bajzel na stole niech zostanie, skoro mamy być we dwóch, to nawet nam doda wiarygodności… Podniosłem z blatu zwój pistolet i schowałem go do kabury. Zastanowiłem się, czy coś jeszcze… Nie, tutaj chyba wszystko gra. Wyłączając stół i kuchnię względny porządek, na ścianach zdjęcia i jakiś mały olejny obraz, na parapecie pachną sobie nieco przywiędłe kwiatki w doniczce… Próbowałem udawać, że wszystko jest w porządku.
    Za pięć minut przyjdzie „Hilda”. Kimkolwiek ona jest.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  149. - Uratował mi życie.- odpowiedział krótko Franek.
    Sasza podszedł po chwili do Michała. Odebrał kartkę z adresem, spojrzał nań a po chwili chwycił zapałki i podpalił kartkę. Płonący świstek rzucił do popielniczki i chwilę spoglądał aż ogień strawi karteczkę z adresem.
    - To było trochę nieostrożne z twojej strony.- powiedział Sasza. Wolał unikać przekazywania kartek z adresami, a jeśli nie było innej możliwości, to pilnował aby ten któremu przekazał kartkę ją zniszczył. Sam tez tak czynił. Nie chciał narażać postronnych osób. „Cichy” podszedł do Michała i powiedział również szeptem.- Nie ma takiej potrzeby. Adres zapamiętałem.- po chwili wyrecytował ulicę i numer mieszkania. Uśmiechnął się słabo do Michała.
    ***
    Po czterech dniach wróciłem do Warszawy. Pewnie byłbym dzień wcześniej, gdyby nie to, że komuś się zachciało ze mną porozmawiać. Ale cóż…Cannarisowi nie mogę odmówić. Facet nie raz nie dwa uratował mi życie, był trochę takim trochę moim aniołem stróżem wśród najwyższych i najważniejszych oficerów. Oczywiście Oster i stryj Erwin też piastowali te zacne funkcje. Trzech wpływowych oficerów to jest chyba najlepsza rzecz. Nie ma bata aby wszyscy naraz zginęli podczas tej wojny.
    Wszedłem do mieszkania Franka i Saszy. Powoli zamknąłem drzwi. Wkroczyłem po cichu do salonu.
    - Dzień dobry, państwu.- powiedziałem.- No co tak się patrzycie na mnie, jakbym z nieba spadł, albo zmartwychwstał na waszych oczach.- spoglądałem to na dwóch przyjaciół z dzieciństwa, to na Michała.
    - Widzę, że zaniemówiliście z zachwytu widząc mnie.- uśmiechnąłem się nieco szyderczo. Usiadłem na krześle.- To ja w takim razie sobie usiądę i poczekam, aż zachwyt moją skromną personą waszej trójce minie i ktoś wyjaśni o co chodzi.
    - Stary, myśleliśmy że nie żyjesz.- powiedział Sasza. Uniosłem pytająco brew.- No bo przeczytaliśmy, a właściwie to Franek przeczytał, że jakiś niemiecki oficer spokrewniony z jakimś generałem zginał. Bo był na niego zamach, czy coś.
    Otworzyłem na chwilę usta, ale zaraz je zamknąłem wpatrywałem się na nich w niemym osłupieniu. Pokiwałem głową z niedowierzaniem.
    - Miałbym umrzeć i was o tym nie poinformować?- zapytałem.- No chyba nie…- zażartowałem z tego.- Przecież ja to wygrałem szczęście na loterii, było w gratisie z pakowaniem się w kłopoty i byciem skurwysynem oraz pełnoetatowym wojennym debilem.- prawy kącik ust lekko drgnął i uniósł się nieznacznie ku górze. Westchnąłem.- A zdążyliście już mnie opłakiwać?

    OdpowiedzUsuń
  150. Ja także się uśmiechnęłam, szczerze, choć trochę nerwowo. Był moment, że już myślałam, że z tego nie wyjdziemy. Spojrzałam na Michała.
    - Znajomość z Gdańska? – zapytałam z ciekawości. Ja niestety żadnych wydatnych koneksji nie miałam, no, może pomijając paru Rosjan, ale to nie w tych rejonach. Plus, dochodziła kwestia tego, czy którykolwiek z nich pamiętałby chociaż, jak się nazywam.
    Przygryzłam wargę. Chyba powinnam wracać. Znając moje poczucie orientacji w tym mieście, zgubię się po drodze tyle razy, że będzie dobrze, jeśli zdążę przed godziną policyjną.
    - Na mnie chyba już niestety pora – mruknęłam nie za wesoło, bo przyjemnie było spotkać kogoś, kto zachowuje się „po ludzku”. Kogoś z tej samej strony barykady… chyba z tej samej. – Gdzie można was znaleźć?

    ~ Katia

    OdpowiedzUsuń
  151. Zająłem miejsce Franka, kiedy on i Sasza wyszli. Słuchałem co mówi do mnie Michał.
    - Nie masz za co przepraszać i dziękować.- powiedziałem po chwili namysłu, tak było bezpieczniej.- Naprawdę, nie masz za co dziękować. To był taki pierdzielony obowiązek. Dowództwo zgodziło się…- kłamałem z tym, że dowództwo się zgodziło. Zabronili mi się w to mieszać, zabronili przeprowadzić akcję. Nawet nie wiem dlaczego ich posłuchałem… Może gdybym postępował według planu, zgodnie z pierwotnymi założeniami. Może gdybym nie czekał tak długo, to chłopak nie targnąłby się na własne życie?
    - Sprawdzałem czy twoje mieszkanie jest bezpieczne…raczej odradzam ci powrót. Jeszcze kilka dni, postaram się zmylić trop Gestapo.- powiedziałem.- A chyba z tymi dwoma idiotami nie było aż tak źle… Wiesz, żyjesz twoja psychika jest na podobnym poziomie co była…
    - Ja to wszystko słyszę.- powiedzieli równocześnie Franek i Sasza. A to skurczybyki, nawet przez zamknięte drzwi wszystko słyszą.
    - Młody, ty się ciesz, że z nami, przynajmniej zachowałeś zdrowie psychiczne. Bo z nim to byłoby ci ciężko zachować pełną władzę umysłową. Znamy się z nim wystarczająco długo.- powiedział Sasza.- Aha i niech ci nie wmawia, że dowództwo się zgodziło. Bo się nie zgodziło, zabronili mu pod groźbą sądu najwyższego mieszać się w tą sprawę.- Sasza otworzył drzwi i wystawił głowę, mówił o tym nieco ściszonym głosem.
    - Plutonowy Wrona, marsz do kuchni obiad robić.- powiedziałem poważnym głosem i wskazałem przez ścianę kuchnię.- Ale już. Ziemniaki obierać, naczynia pozmywać, patelnie wyczyścić.- dodałem. Po prostu nawet widziałem jak Sasza się uśmiecha pod nosem i puka się w czoło.- Ja to wszystko widzę.- dodałem i pogroziłem mu palcem, co z tego ze siedziałem do niego plecami, ale wiedziałem, za długo się z nimi znałem.

    OdpowiedzUsuń
  152. - Ale ja przecież nic nie mówię.- podniosłem dłonie jak do kapitulacji.- No, to nie jest moja wina, że jestem zboczony i wiecznie niewyżyty.- mówiłem całkiem poważnie. Bo przecież to nie moja wina… po prostu za dużo czasu, za młodego gówniarza, spędzałem ze starszymi.
    - Bo czasami lepiej jest kłamać. Nie chciałem żebyś później mi robił jakiś wyrzutów. A poza tym, to i tak tylko i wyłącznie ja ponoszę konsekwencje, w końcu jestem dowódcą oddziału. Dowódcy najczęściej obrywają.- wzruszyłem ramionami. Naprawdę, wolałem aby Sasza tego nie mówił. Dowiedziałby się po czasie. Ale chyba mnie za to nie rozstrzelają, prawda? Taką przynajmniej mam nadzieję.
    - Weź przestań bo się jeszcze wzruszę.- powiedziałem i uśmiechnąłem się pod nosem. Ale i tak odwzajemniłem ten braterski uścisk. Zmierzwiłem nieco jego włosy.- Prześpij się, chyba zmęczony jesteś.- powoli oswobodziłem się z tego uścisku.- Zjawię się za jakiś czas, w razie czego to pytaj się Franka, albo Saszy kiedy się zjawię. Oni zazwyczaj są dobrze poinformowani.- mrugnąłem porozumiewawczo. Miałem wychodzić z pokoju, kiedy przypominała mi się jedna rzecz. Podszedłem do niego i podałem mu tabliczkę czekolady.- Prosto z Reichu.- uśmiechnąłem się.- Bierz, dla dzieciaków też mam. Zaniosę im przy najbliższej sposobności.- dodałem po chwili i wyszedłem zostawiając chłopaka pod opieką Saszy i Franka.

    OdpowiedzUsuń
  153. - Ta… On miły, inteligentny i przystojny?- zapytał Franek.- To ja jestem Eugeniusz Bodo w przebraniu. A Sasza to Pola Negri albo Marlene Dietrich.
    - Bardzo mi miło panie Bodo.- odpowiedziałem. Słyszałem z kuchni cichy chichot Saszy, no po prostu ja się dziwię, że jeszcze żyjemy. Chyba ktoś tam na górze dobrze się bawi widząc, że robimy tak a nie inaczej.
    ***
    Zjawiłem się po dwóch dniach. Byłem na lekkim zjeździe…ale oczy miałem normalne, tylko trochę…trochę bardzo byłem zmęczony tym wszystkim. Zastałem całą trójkę podczas gry w karty.
    - Dzień dobry państwu w co tam gracie?- zapytałem i spojrzałem przez ramię Saszy.
    - Makao.- mruknął Franek.
    - Emocje jak na grzybobraniu.- powiedziałem i przysiadłem się do reszty. Cierpliwie poczekałem aż skończą partię. Kiedy skończyli uśmiechnąłem się słabo do nich.- Gramy w skata? Albo w pokera?- zapytałem.
    - Do skata nie mamy kart, a w pokera z tobą się nie gra.- powiedział Sasza.- Bo ty oszukujesz, albo grasz na pieniądze. A w tej chwili jesteśmy spłukani. A ty możesz się udać do kasyna oficerskiego i tam piepierdzielić na pokerze, ruletce, blackjacku cały swój doczesny majątek. – uśmiechnął się do mnie. Lekko się zagotował we mnie.
    - Sasza…ty wiesz jak ja cię bardzo lubię…- kolega przytaknął.- No…ty mnie nie zmuszaj abym sprawił, że przedwcześnie zginiesz śmiercią okrutną i straszną…z mojej ręki. Ja tylko lojalnie uprzedzam.- powiedziałem i posłałem mu kuksańca w bok.
    - Dobra, to gramy?- zapytał Franek, który już przygotował wszystko do rozgrywki.

    OdpowiedzUsuń
  154. [Sprawdź maila. To pilne.]

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  155. - Nie pękaj… Bastian. Własną matkę żeś nabrał, a z obcą babą sobie nie poradzisz? - Starałem się nie tracić rezonu, choć z każdą chwilą ze strachu bardziej miękły mi nogi. Trzymałem nerwy na wodzy głównie dlatego, że któryś z nas musiał.
    Co zrobimy, jeśli Hilda jest kumata?
    Poczułem się, jakby powietrze wokół mnie zrobiło się nagle chłodniejsze o kilka stopni. Wiedziałem, co. Jeżeli chcemy przeżyć, nie mamy wyboru. Wziąłem głębszy wdech.
    - Ona jest jedna, a nas dwóch – mój głos był beznamiętny, zimny. Mówiłem cicho, ale własne słowa i tak wydały mi się zbyt głośne. Podobnie, jak bicie serca. Jeżeli kiełkujące w mojej głowie przypuszczenia były słuszne, „Hilda” to niekoniecznie Niemka. A jeśli tak…
    Wyjąłem i odbezpieczyłem pistolet.
    - Pamiętaj, że uratowałem ci życie – stwierdziłem cicho. - Liczę na rewanż.
    Broń to od dziś przedłużenie twojej reki. A ręki się nie oddaje - tyle mówiło szkolenie, które przeszedłem przed walkami we wrześniu 39’. Jeśli wejdziesz do pomieszczenia, w którym jest dwóch wrogów, odruchowo oceniasz, który stanowi dla ciebie zagrożenie. Nie możesz równie uważnie śledzić obu. Więc obserwujesz tego groźniejszego. Rozmawiasz z nim. I do niego celujesz, dbając, by nie zdążył wyciągnąć własnej broni - to wiedziałem z praktyki. Tym razem psychologia wygrała z przeszkoleniem. W zestawieniu nas dwóch, to Michał zostanie uznany za mniej niebezpiecznego. To on będzie mógł zrobić coś niepostrzeżenie.
    Oddałem Polakowi swoją broń. Jedyną, jaką mieliśmy.
    - Trzymaj schowany. Jeśli sprawy przybiorą bardzo zły obrót, zastrzelisz ją. O konsekwencje będziemy się martwić, jak przeżyjemy. – Mój instynkt samozachowawczy w tym momencie chyba zemdlał. Mózg powtarzał za to jak mantrę, że ten dzieciak zaraz mnie zabije, bo niekoniecznie pomyśli o tym, że nie mogąc chodzić, jest w dużej mierze zdany na mnie.
    ***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hilda okazała się być niską kobietą o specyficznych rysach twarzy. Nie była ładna. Brzydka właściwie też nie. Ot, przeciętna szatynka w ciemnej sukience o prostym kroju. Pozbawione połysku pasmo włosów co chwilę opadało jej na jedno z brązowych oczu. I właśnie ta przeciętność wzbudziła moje podejrzenia. Ta kobieta nie miała żadnych cech charakterystycznych. Niczego, co by ją wyróżniało. Począwszy od urody a skończywszy na ubraniu, była idealną kandydatką do wtopienia się w tłum.
      Kiedy zastukała, z udawanym spokojem otworzyłem jej drzwi. Stałem w półmroku, bo na zewnątrz było już ciemno.
      Hilda zatrzymała się jak wryta. Wlepiła we mnie wzrok. Zauważyłem, że próbuje dojrzeć, co dzieje się w wewnątrz domu.
      - Pani przedstawia się jako Hilda, prawda? – zapytałem. W oczach szatynki odmalowała się skrywana panika. Pokręciła głową. Otworzyła usta, by zaprzeczyć. – Odebrałem telefon. Miała tu przyjść kobieta imieniem Hilda – wytłumaczyłem spokojnie.
      Hilda odetchnęła głębiej.
      - Ja… przepraszam – wydukała w końcu. – Ten mundur... – Pokręciła głową. – Przepraszam. Pomyślałam, że to jakiś kocioł.
      „Kocioł”. Wiem, że Polacy nazywają tak zasadzki organizowane przez gestapo. Kobieta mówiła po niemiecku, ale jej akcent był sztuczny, wyuczony. Na pewno nie była Niemką. Może Polką, ale nie byłem tego pewien. Jasne w tej chwili było tylko jedno: wpadliśmy w kłopoty jak śliwki w kompot.
      Weszliśmy do salonu.
      - Kto to? – zapytała, widząc Michała.
      - Przyjaciel – uśmiechnąłem się. Moje serce łomotało w jakimś wściekłym rytmie. – Spokojnie, ufam mu. Pani też może – skłamałem gładko.
      Kiwnęła głową. Spokojnym już ruchem sięgnęła za pasek sukienki i wyjęła dwie złożone kartki papieru.
      - Meldunki – wyjaśniła, a ja poczułem, jak po karku spływa mi kilka kropel zimnego potu. Papier był na tyle cienki, że zapisany po jego drugiej stronie tekst trochę prześwitywał. To nie był nasz alfabet.
      - Z takimi rzeczami to do kolegi – zmusiłem się do śmiechu, chociaż nogi miałem jak z waty. – Ja odpowiadam tylko za informacje.
      „Hilda” podała „Pstremu” zapisane cyrylicą kartki. Jeżeli on nie zna rosyjskiego… Boże, proszę, niech on zna rosyjski. I nie palnie czegoś głupiego. Proszę. Ja wiem, że jestem draniem. I zrobiłem mnóstwo złych rzeczy. A do kościoła chodziłem tylko, jak mi się chciało. Czyli prawie nigdy. Wiem. Ale proszę, niech on zna rosyjski.

      ~ Otto

      Usuń
  156. Bezwiednie dotknęłam policzka w miejscu, gdzie do niedawna widniał duży, bolesny siniak.
    - To chyba nie jest najlepszy pomysł – stwierdziłam cicho, okręcając na palcu kosmyk włosów. Potem zdałam sobie sprawę, jak to mogło zabrzmieć. Jakbym chciała zerwać kontakt, a przecież nie o to chodziło. Westchnęłam.
    - To nie tak, że przeszkadza mi wasze towarzystwo. Lubię was. To znaczy… chyba lubię – plątałam się, robiąc się coraz bardziej czerwona na twarzy. – I… Dima, nie boję się. Serio – mówiąc to, bezwiednie wykręcałam palce u rąk. No bo jak miałam im niby powiedzieć, że mieszkam u gestapowca?

    [Tak sobie myślę… może z czasem wplątałybyśmy Katię w jakąś konspirę?]

    ~ Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  157. Nasza trójka spojrzała na Michała, z niejaką chęcią mordu.
    - Chyba nie chciałbym was oglądać nago.- powiedzieliśmy równocześnie. Spojrzeliśmy po sobie i wybuchliśmy śmiechem. Tego to chyba jeszcze nie było.
    - Kiedy ostatnio to byliśmy tacy zgodni?- zapytałem.
    - Kiedy przylazł nasz „Ajgorek”. Kazaliśmy mu wypierdalać.- powiedział Sasza.- A tak poza tym, to uwierz mi Michał, ale nie wiem jak on to robi, ale Martin dobrze „gra” w karty.- dodał.- I mamy złe wspomnienia z rozbieranego.- spojrzał po nas a my tylko przytaknęliśmy.
    - Gdybyś wtedy Sasza był cicho, to nie wracalibyśmy na piechtaka przez cały Waldenburg. Kuźwa… Sasza, ja normalnie jak sobie przypomnę jak żeśmy w środku nocy wracali w samych gaciach, to mam ochotę cię udusić gołymi rękami.- powiedziałem i spojrzałem na Saszę. Ten tylko się uśmiechnął.
    - Ale odzyskałeś Marcinie nasze dobra materialne w postaci: ubrań, pieniędzy i zegarków.- powiedział Franek, definitywnie ucinając rozmowę na ten temat.- A tak właściwie to słyszałem, że niby Getto likwidują. Wiesz coś o tym, Martin?
    - Likwidują. To początek jakiejś większej akcji. Trochę się pokręcę w kręgach SS, to może coś ciekawego skapnie. Szef w Londynie się ucieszy.- powiedziałem cicho. Nie wiedziałem kim był dowódca komórki, z którą utrzymywałem łączność. A właściwie ja i moi agenci. Wystarczyło mi to, że szef/dowódca znał mnie.- Ale nie mówmy o tym. Nie chcę słyszeć na razie nic o Niemcach, Żydach, aliantach, „czerwonych”, froncie, wojnie. Chcę odpocząć od tego.
    - To yyy… Powiedz mi tak szczerze, Martinie.- Sasza spojrzał na mnie uważnie.- To kiedy oddasz mi tą flaszkę coś kiedyś obiecał? Albo to piwo?
    - Kiedyś na pewno. Dostaniesz na urodziny, albo na któreś święta.- powiedziałem.- A tak właściwie to panie Bodo… to ja sobie zapamiętam coś mówił ostatnio o mnie…- pokiwałem głową.- A Pola Negri się nie śmieje tam.- powiedziałem, a Sasza nie wiedzieć czemu śmiał się jak najęty. Zaraz po tym cała reszta się zaśmiala.- A z czego tak właściwie się śmiejemy?
    - Nie wiem…- odpowiedział Sasza, kiedy już nieco sie uspokoił.

    OdpowiedzUsuń
  158. - Coście mu dosypali do tych leków?- zapytałem ze stuprocentową powagą, i do tego spojrzenie przesłuchującego…normalnie najlepsze połączenie.
    - Martin…a ty? Tak jakoś ogólnie dzisiaj niemrawo wyglądasz.- zauważył Sasza. Franek przyjrzał mi się nieco dokładniej i przytaknął.
    - Bo mało spałem.- powiedziałem szybko i nieznacznie odwróciłem wzrok. Spojrzałem na Michała, wolałem aby im nic nie mówił, i to też mój wzrok głosił. Naprawdę, mi zdecydowanie wystarczyło to, że „Pstry” o wszystkim wiedział…a właściwie o jakiejś części.- No, co? Natłok spraw, które musiały być gotowe na wczoraj. Ale udało mi się przespać całe dwie godziny na blacie biurka, pewnie spałbym zdecydowanie dłużej, gdyby nie obudził mnie mój kochany pies.- jęknąłem.
    - No ale muszę przyznać, że psa to masz udanego.- powiedział Sasza.- Ja do tej pory pamiętam jak ci po bułki chodził, bo ci się nie chciało. Albo jak nam kiedyś po wódkę szedł, zakupy ci niósł. No ładnie żeś go wytresował.- uśmiechnął się w naszym kierunku.- I do tego był to chyba jedyny pies który brał udział w kampanii wrześniowej, biegał z tobą po lasach w świętokrzyskim, za linię Maginota wybył. Normalnie typowy pies wojny.
    - Jeszcze dodaj, że Martin go nauczył granaty aportować.- odezwał się Franek.- Ja do tej pory się zastanawiam jak twój pies rozróżnia, że może pobiec za granatem, a kiedy nie może.
    - To proste. Kiedy może krzyczę „aport”.- powiedziałem i zaśmiałem się.

    OdpowiedzUsuń
  159. - Franek…jak przeżyjemy, to przypomnij mi, żeby jak mnie kiedykolwiek połamie…to przypomnij żeby Sasza nigdy, ale to przenigdy się mną nie zajmował.- powiedziałem śmiertelnie poważnym głosem. Do tego nieco spiorunowałem Saszę.
    - Jezu… z wami to niczego się nie można spodziewać.- jęknął Franek.- Dobrze, będę pamiętał…- powiedział zrezygnowany widząc mój wzrok.- Ale nie wymagaj ode mnie cudów. A ty Saszka, weź i się z lekka ogarnij, bo ja już nie wiem jak mam do ciebie przemawiać. A ty Marcin nie śmiej się tak, bo ty wcale lepszy nie jesteś.- powiedział.
    - Odezwał się najrozsądniejszy z nas.- powiedziałem i wywróciłem oczami.- No ale Saszka nie zaprzeczysz, prawda?
    - Nie zaprzeczę. Przez całą naszą znajomość był naszym, takim można by rzec hamulcem. Hamował nasze zapędy odnośnie robienia różnych głupich rzeczy.- pokiwał głową.- I muszę mu przyznać, że zazwyczaj wywiązywał się z tego. A możesz wywnioskować to po tym, że żyjemy do tej pory.- powiedział z pełną powagą.- A teraz to Marcin nam tyłki ratuje… I dokumenty podrzuci, czasami jakiegoś znajomego na przechowanie… różnie to bywa z tym oto panem. A to czasem cię przesłucha… niekoniecznie na Szucha…
    - Starczy „Cichy” boś się zbytnio rozgadał.- powiedział Franek. Ja od pewnego momentu milczałem już tylko. Naprawdę powinienem zostać w domu i odespać to wszystko, a nie przychodzić do nich. Przecież Michał z pewnością pamiętał o co na siebie się nieco obraziliśmy… Niespodziewanie wstałem od stołu.
    - Przepraszam was, ale jedna rzecz zupełnie mi wyleciała z głowy. Musze szybko coś załatwić.- wyjaśniłem swoje zachowanie.- A Michał, postaram się jak najszybciej przenieść cię do twojego domu. Zobaczę, czy ja się zjawię, czy „Szybki”, ale ktoś ode mnie.- powiedziałem na odchodne.
    Musiałem szybko wyjść z mieszkania. Nic nie miałem do załatwienia, ale coraz gorzej się czułem i wolałem umierać w swoich własnych kątach.

    OdpowiedzUsuń
  160. Odetchnąłem ciężko. Próbowałem powstrzymać drżenie rąk, ale nieszczególnie mi to wychodziło.
    - Dzięki.
    Trwało dłuższą chwilę, nim ochłonąłem na tyle, że byłem w stanie ruszyć się z miejsca. W co my się, do ciężkiej cholery, wrąbaliśmy? Jakieś szpiegowskie gierki? Ale… jak? Znajomy mojego ojca był aż nazbyt poprawny politycznie. Więc… ktoś z jego służby?
    A mogłem nie odbierać, pomyślałem kwaśno. Taaa. Pytanie tylko, czy wtedy nie przyszliby nas sprzątnąć, bo i tak mogłoby być. Dobra, stało się. Siedzimy po uszy w jakimś szpiegowskim gównie. Tylko… co dalej?
    Wziąłem głębszy wdech dla uspokojenia. Spojrzałem na martwą kobietę, potem na Michała. Żadnych emocji, nakazywałem sobie.
    - Co zrobimy z ciałem? – Póki w mieście trwa stan wyjątkowy, jesteśmy uwięzieni w tym przeklętym domu. Milczałem przez dłuższą chwilę, próbując się uspokoić i zacząć myśleć logicznie.
    - Michal, tak właściwie, to mamy jeszcze jeden problem – odezwałem się w końcu z bardzo wyraźnym wahaniem. – Chodzi o to, że… ta piwnica… - Wziąłem głębszy wdech i dokończyłem: - W niej też jest trup. Co najmniej kilkudniowy.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  161. W pierwszej chwili nie załapałam. Moment później na mojej twarzy pokazało się zrozumienie. No tak. Przecież dzisiaj mijałam tę kawiarnię, nawet przystanęłam przed nią, zaintrygowana dziwnym jak na mój gust afiszem. Nadal nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale domyślałam się, że to jakaś forma przykrywki.
    - Serwus – pomachałam im na pożegnanie.
    Zgodnie z radą Michała trzymałam się bocznych uliczek. Po drodze zgubiłam się jeszcze ze dwa razy, ale w końcu trafiłam do odpowiedniej dzielnicy. Dalej droga była prosta. Kiedy stanęłam wreszcie pod drzwiami pokaźnego domu z tabliczką głoszącą, że mieszkają w nim „Stürmbannfuhrer von Geheimestaatzpolizei, Matthias von Anwarden, Christine und Annika von Anwarden” miałam bardzo mieszane uczucia.

    [Dopisałam zakończenie tamtej sceny, ale jakby co, mam ochotę na kontynuację wątku :) Byłoby świetnie, gdybyś zainicjowała ich następne spotkanie – np. w „teatralnej”. Aha. Wysłałam ci maila w sprawie konspirowania – daj znać, co o tym myślisz, najlepiej na priv.

    ~ Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  162. - Z ciebie to pieprzony pesymista jest – burknąłem, sytuacja zupełnie wyprowadzała mnie z równowagi. – Wygrałeś życie na loterii, jeszcze ci źle. Wybredny jaki. – W rzeczywistości miałem ochotę narzekać co najmniej tak samo. Co najmniej.
    Uniosłem brew, kiedy wyłożył mi swój plan. Poniekąd, niegłupie. Problem w tym, że wchodzenie na pole minowe…
    - Czy ty w ogóle słuchasz, co mówisz, dzieciaku?! Tak sobie na zaminowany teren wejdziesz? Jedną nóżką w grunt, drugą w minę?! A ja może z tobą? O nie, niedoczekanie! Jeszcze mi życie miłe – z trudem powstrzymałem kolejny wybuch złości.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  163. Nie musiałem czekać aby „szybki” załatwił tą sprawę z Michałem. Od jakiegoś czasu chłopaczek sobie siedzi w domku. I pewnie wszystko byłoby ładnie i pięknie, ale przecież trwa wojna i sielanka nigdy nie trwa zbyt długo. Późnym wieczorem krótko przed godziną policyjną zastukałem w drzwi mieszkania Michała. Pominę kwestię, że byłem pod lekkim wpływem Pervitinu. Ale chyba nie powinien zauważyć tego. Przynajmniej miałem taką nadzieję.
    - Serwus Alina.- powiedziałem i nieco się uśmiechnąłem.- Jest Michał? Bardzo ważna sprawa… Ważna pilna i nagląca.- powiedziałem na jednym wydechu, nieco ciszej. Kiedy bez słowa skinęła głową i mnie przepuściła w drzwiach poszedłem do pokoju chłopaka. Przy okazji przywitałem się z mijanymi domownikami.
    - Michał.- powiedziałem. Próbowałem ukryć niejakie drżenie rąk poprzez włożenie ich do kieszeni. Przecież nie powinny mi one drżeć! Co się do cholery dzieje?!- Jest sprawa…bardzo ważna. A raczej nawet dwie. Pierwsza jest taka, że niemalże na gwałt potrzebuję abyś rozszyfrował tą depeszę.- podałem mu świstek kartki i niewielką książeczkę.- Prawdopodobnie tego użyto do zaszyfrowania. Rzecz druga… musze na jakiś czas zniknąć…jeśli…jeśli zjawi się ktoś z dowództwa i będzie się o mnie pytał, albo o coś związanego ze mną to nic nie wiesz…nie widziałeś mnie od jakiegoś czasu. Jasne?- zapytałem. Nie musiał wiedzieć nic więcej.

    OdpowiedzUsuń
  164. Annika von Anwarden miała dużą swobodę jak na czternastoletnią Niemkę. Po zebraniu w Bund Deutscher Mädel (Związku Niemieckich Dziewczyn) dysponowała dużą ilością czasu, który mogła dowolnie spożytkować. Surowy starszy brat, od '37 zastępujący jej ojca i matkę, wyjechał Bóg wie dokąd - ani nie zadzwonił, ani nie napisał, nic. Domyślała się, że w ważnej sprawie. Starsza siostra, druga w kolejności, pracowała jako telefonistka i sekretarka hrabiego Clausa Stauffenberga (i, jak kąśliwie zauważał nieraz Matthias, czerpała z tego niemałe korzyści), zatem dom stał pustkami - zważywszy na fakt, że służąca została wysłana na miasto za sprawunkami. Szła akurat przez park, zmartwiona o brata i zamyślona, a nawet zatrzymała się na chwilę...i wtedy wpadła na jakieś obce sobie dziecko.
    "Pobawisz się ze mną?"
    Uśmiechnęła się ciepło. Przystanęła obok małej, poprawiając jej włoski.
    -Natürlich-zgodziła się wesoło. -A w co się pobawimy? Jak masz na imię?
    Miała dziwne wrażenie, że coś z tego wyniknie. Jakiś SS-man minął obie dziewczynki z obojętną miną.

    OdpowiedzUsuń
  165. "Ela"?! Dziwne imię, chyba od...Elizabeth? Lisbeth? Elisy? Elsy? Niech to diabli, ta mała najwidoczniej była Polką! Polką, chociaż znała niemiecki...i co teraz? Przygryzła wargę, zakłopotana. Uśmiechnęła się, po czym podeszła z małą do mostu. Na twardych, pokrytych gdzieniegdzie zeschłymi liśćmi deskach leżało sporo kamieni. Drobna blondynka podniosła jeden z nich, po czym z namysłem rzuciła go w wodę. Kamyk przez chwilę zataczał duże, większe i małe kręgi, po czym zniknął.
    -Masz misia? A ja mam w domu kaczuszkę.-objaśniła z prostotą, jakby była to najzwyczajniejsza rzecz na świecie. Po krótkiej chwili obejrzała się uważnie i spytała najciszej, jak mogła:
    -Jesteś...Polen? Polka, znaczy? No bo wiesz...ja jestem Annika. I jestem Niemką. I...tu w tym parku mogą się bawić tylko Niemcy.
    Twarz dziewczyny wyrażała zakłopotanie. Jeśli Christine przyjdzie jej szukać i znajdzie ją w parku w towarzystwie polskiej dziewczynki, będzie ostra awantura, a kto wie, czy rzecz nie dotrze przed oblicze surowego starszego brata, oficera gestapo. Przez trochę rzucały tak kamieniami, potem Annika została przedstawiona misiowi Konradowi i uścisnęła jego kudłatą łapkę, wreszcie poszły się bawić pod drzewa.
    Właśnie w tym momencie przeczucia Anniki się sprawdziły: do parku wszedł Matthias w nowym mundurze, z siarczystą miną, wyelegantowany jak rzadko kiedy. Musiał dojrzeć siostrę, bo skierował się w ich stronę. Annika zbladła trochę. Matt był dobrym starszym bratem, zastępował jej ojca i matkę, ale gdy wpadał w furię, bywał groźny.
    -Spokojnie, Elisabeth, to mój brat-szepnęła ostrzegawczo, widząc, że twarz dziecka wykrzywia się grymasem, a w oczach zbierają się łzy. -Nie płacz, bo wszyscy pomyślą, że jesteś Polką i...i nas zabiorą do obozu albo pobiją.
    Zerknęła pobieżnie, czy nie ma tu nikogo innego, po czym podniosła się i pomogła Elizabeth wytrzepać sukienkę. Stała spokojnie, z rozpuszczonymi włosami, w brązowym płaszczyku i nowych butach, ciemnobrązowymi oczami koloru czekolady utkwionymi w zbliżającym się bracie. Musiał być w dobrym humorze, bo wyśpiewywał "Ob stürmt oder Schneit, ob die Sooonnneeee uns lacht! Der Tag glühend heiss, oder eiskaaalt die Naht" - o tak, znała Panzerlied, słyszała wielokrotnie brata i jego silny baryton śpiewający na cały dom do akompaniamentu siostry na przedwojennym fortepianie, czasem nawet wołał tą służącą i nakazywał jej słuchać, jak Christine gra. Trzymała Elizabeth za rękę, lekko drżąc, ciepłe jesienne powietrze zaczynało ją dusić. Z rozkazu brata uczyła się polskiego, to fakt, ale wciąż nie rozumiała z tego języka zbyt dużo. I chyba wolała nie rozumieć, przynajmniej na ulicy.

    OdpowiedzUsuń
  166. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  167. No i co ja mam teraz zrobić? Na moje nieszczęście starsza pani Altdorf już poszła, a ja nie wiem, co zrobić. I tak oto ja, Matthias von Anwarden, zasłużony dla ojczyzny gestapowiec z rodziny szlacheckiej (zubożałej, ale jednak wyjątkowo szlachetnej, pamiętającej trzynasty wiek i rodzinne dewizy, rodziny - no i skuzynowanej z kim trzeba), który potrafi strzelić głupiego Polaczka w ryj, strzelać i jako tako prowadzić dom od śmierci nieboszczyka ojca, skończyłem w parku z coraz bardziej zawstydzoną Anniką i wyjącym wniebogłosy dzieciakiem. Rozkładam bezradnie ręce, nie wiedząc, co robić. Przecież jej nie biję, nie krzywdzę, nie ryknąłem na nią, a tylko normalnie spytałem siostrę, co to ma znaczyć, u starego diabła! Czemu więc płacze pod niebiosa i to tak, że oglądają się na nas ludzie?
    -Ech...Annika, marsz natychmiast do samochodu! Przynieś mi moją teczkę!-mówię ostro. Dziewczynka odchodzi w pośpiechu, spłoszona, wręcz biegnie w stronę zaparkowanego blisko parku volkswagena. Kucam przy tej ryczącej małej z miną wyrażającą najwyższą niewiedzę. Jak, u licha, mam ją uciszyć? Jakaś para ogląda się na nas, wymienia zjadliwe uwagi, że niby dobry tatuś krzywdzi niewinne dzieciątko. Tak. Niewinne dzieciątko wyjące jak syrena strażacka na mój widok! Boi się munduru czy co? Ale jeśli o to chodzi, to...
    -No, nie płacz już-mówię spokojnie, starając się wyglądać jak ktoś pewny siebie. -Zaraz dostaniesz czekoladę, taką od Wedla, tylko nie rycz, dziecko, widzisz, że się oglądają na nas ludzie...Skąd w ogóle znasz moją siostrę, co?
    Zanim mała zdąża odpowiedzieć, wraca Annika. Jej jasne włosy falują na wietrze, jasne oczy wypełnione są niepokojem i rodzajem irytacji. Ona też nie wie, jak poradzić sobie z tą sytuacją, ale posłusznie wykonała polecenie.
    - Podeszła do mnie i chciała się bawić. Przedstawiła mi misia Konrada, bawiłyśmy się razem, była grzeczna... - mówi szybko. - Ma na imię Elisabeth.
    Kładzie drobną, delikatną dłoń na ramionku dzieciaka dość szybko, jakby...Nie, po prostu chce ją uciszyć i tyle. Otwieram spiesznie teczkę, po czym ją przeszukuję. Przesuwam niecierpliwie dłońmi między rządkami dokumentów, macam na szybko kieszenie, chcąc znaleźć to, co kupiłem, wracając z pracy. Wreszcie wyjmuję obiecaną tabliczkę czekolady i daję połowę siostrze, a drugą połowę Elisabeth.
    -To jak, Elisabeth? Gdzie twoi rodzice? Mamusia? Tatuś? Rodzeństwo? Bo jest już baaardzo późno, a Annika ma, widzisz, lekcje, i muszę ją odwieźć do domu...Mógłbym cię odprowadzić, żeby cię jacyś bandyci nie skrzywdzili albo przypadkiem w łapankę nie wzięli-proponuję, uważnie obserwując reakcję dziewczynki. Może to mała histeryczka? Nie wiadomo. Na pewno nigdy jej tu nie widziałem, może to dzieciak jakiego oficera, co to całe dnie na służbie Rzeszy albo sierota, Bóg jeden wie. Do domu jej nie wezmę, za dużo kłopotu potem i jeszcze mnie oskarżą, że zrobiłem dziecku krzywdę, a to - wiadomo - dyshonor dla oficera wojsk niemieckich. Annika potwierdza moje słowa z uśmiechem. W tej swojej brązowej sukience, na tle opadających, kolorowych liści, kasztanów poniewierających się wśród traw, bladego słońca i spacerujących ludzi, na tym mostku...Łapię się na tym, że mimowolnie widzę w tej rezolutnej czternastolatce moją matkę w latach jej szczęśliwej młodości. Taką, jaką Cecilia von Stauffenberg była w latach panieńskich.
    Coś sprawia, jakaś tkliwość, że muszę ją przytulić.
    -Matthias...-szepcze niepewnie siostra. - Jesteś zły?
    - Cóż, niezbyt, jestem po prostu zaskoczony - wzdycham, przeczesując włosy. - Nie sądziłem, że masz taką małą i.. strachliwą...koleżankę. Nie mogłaś zaprosić do tego parku, nie wiem, Ilse albo Lisy? Czy kogo tam masz w tym swoim Bundzie?
    - Ilse pojechała z Lisą do jej rodziców...gdzieś tam - na twarzy Anniki pojawia się niezadowolenie. - Poza tym i tak byś mnie tam nie puścił, bo tam mają być chłopaki z Deutsches Jugenvolk, których zna tylko Lisa.
    -I masz rację-mówię twardo, głaszcząc siostrę po głowie. Spoglądam na Elisabeth, oczekując wyjaśnień.

    OdpowiedzUsuń
  168. ...
    Przez chwilę milczę, bo złapał mnie nagły i najwyższy stupor. Nie wiem, co teraz, no bo uderzyć polskiego szczeniaka w twarz to jedno (ręka mnie szczerze świerzbi, prawda), a z drugiej strony ludzie jeszcze powiedzą, że...
    "Mamę mi zabraliście. Tatę też. A brata ruskie skurczybyki".
    Milczę. Bo i co miałbym powiedzieć w tej sytuacji? Polski dzieciak w niemieckim parku w ogóle nie powinien mieć miejsca. Ale z drugiej strony, to, co mówi o wojnie, nie jest pozbawione racji. Zaciskam usta. Nie podoba mi się znajomość Anniki z tym dzieckiem. Niby nic, ale z takiego "nic" może powstać coś, co sprawi problemy. Zaraz...wzmianka o bracie budzi moją ciekawość. Każę gestem siostrze wziąć Elisabeth za rękę i wychodzimy z parku. Kiedy obie wsiadają do samochodu, zaciskam palce na kierownicy. Silnik warczy cicho niczym tygrys szykujący się do skoku. Volkswagen rusza w stronę Prag Südlich, gdzie mam coś do załatwienia.
    Wyjeżdżający Michal...To budzi moje podejrzenia. Może to być niewiele znacząca wzmianka, takie tam nic, ale...
    -A twój brat to gdzie mieszka?-pytam obojętnie, skręcając sprawnie w lewo. Annika milczy. Nawet jeśli jest przestraszona, to dobrze zachowuje pozory. Skubie nerwowo miękki, pofałdowany materiał ubrania. Być może spodziewa się w domu surowej kary. I technicznie rzecz biorąc tak powinno być, ale...Skąd miała wiedzieć?
    "Lepiej, by się nie pokazywała tu w parku"-myślę z niezadowoleniem, decydując się stanąć w jednej z mniejszych,ciasnych uliczek. Nie ma tu nic poza brudnymi domkami, kościołem...i klasztorem. Teraz dopiero przypominam sobie jej twarzyczkę. Widziałem ją już w życiu, byłem przecież w mieszkaniu jej brata na rewizji rok temu! Mimo wszystko od tamtego czasu trochę minęło, dziewczynka raczej już mnie nie pamięta. Jeśli poda adres i będzie się zgadzał, wówczas będę miał pewność, że to siostra groźnego konspiratora. Można będzie to wykorzystać...chociaż czy chce mi się likwidować kłopotliwego Polaka? Nie, nie mam na to czasu,trzeba by złapać pociąg tam, gdzie powinienem jechać. No i upewnić się, że Kathrin i Christine dobrze dopilnują Anniki. Nie może dochodzić do takich sytuacji jak ta w parku! Poza tym warto byłoby jeszcze zobaczyć się z Mehnertem. Mijają nas jacyś zmęczeni, szarzy ludzie, do kościoła weszła jakaś zakonnica. Zerkam na zegarek; pociąg odchodzi o czwartej, Mehnert przyjmuje od czternastej dwadzieścia...Powinienem chyba zdążyć. Dobrze, że bagaże są już na dworcu. Wskazówki powoli przesuwają się w stronę godziny 13.
    Cóż, warto było jednak wrócić i zmarnować trochę cennego czasu na rozgadanego dzieciaka. Liczę na to, że okaże się warta tej czekolady i jazdy. Bo jeśli nie...będę musiał zrobić to, co wszyscy, to jest: odesłać Annikę, uderzyć dzieciaka i adios, diablillos, jak mawia mój kuzynek. Ciekawe, czy to Voss tak go uczy hiszpańskich wyrazów?

    OdpowiedzUsuń
  169. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  170. Z początku nie chciałem wyciągać rąk z kieszeni. Dopiero, kiedy się nieźle zdenerwował to wykonałem prośbę.
    - Nie.- mruknąłem.- Kontroluję to…to tyko…chwila słabości…zmęczony byłem…jestem nadal, ale trochę mniej.- powiedziałem.- Nie zabiję się przez to. Spokojnie, nie musisz się o mnie martwić, nikt tego do tej pory nie robił, więc ty też nie musisz.- niemalże warknąłem. Nie miałem zamiaru się wypierać, ze brałem. On dobrze o tym wiedział.- PO prostu muszę poczekać, aż pewna sprawa nieco przycichnie… A pewnie zajrzą też do ciebie. Wiedzą, że się znamy i że nie wieszamy na sobie psów.- mówiłem oczywiście o dowództwie. Zmroziłem wzrokiem ujadającego psa, który w momencie się zamknął.- „Znowu”?- zapytałem retorycznie.- Nie przesadzasz?- westchnąłem i machnąłem lekko drżącą ręką.- Nie widziałeś mnie, nie było mnie tutaj.- powiedziałem ze spokojem i wyszedłem, rzucając ciche do widzenia. Żałowałem nieco, że Ela była zawiedziona, bo nie mogłem się z nią pobawić, ani poznać jej miśka, czy też lalki. Kątem oka dostrzegłem jak pytającym wzrokiem dziewczynka patrzy na Michała.
    Po tym wszystkim wyszedłem i szybko zniknąłem z tego miejsca. Nie wierzyłem, że dowództwo posądza mnie o coś takiego. Ja tego konspiratora nie wydałem! Ja rozumiem, że święty nie jestem…ale w życiu nie…Nie wydałbym tego człowieka. Na tym skończmy. Musze zniknąć z Warszawy na jakiś czas.

    OdpowiedzUsuń
  171. Po kilku dniach pojawiłem się u Michała…może nieco wynędzniały nieco poharatany…i z rozciętą wargą. Ale udało mi się uciec. Boże…dlaczego? Spojrzałem na niego nieco niepewnie.
    - Byli?- zapytałem po chwili.- O co konkretnie pytali?- musiałem to wiedzieć. Wolałem się nie pokazywać za często na mieście. A do Krawca, Cerbera, Szybkiego, czy Rity nie miałem po co iść. Chyba, że chciałbym zaraz po tym pożegnać się ze swoim życiem. Albo z wolnością.
    Na szczęście ręce mi nie drżały, źrenice były normalne. Nie było żadnego śladu, że niedawno brałem Pervitin…właściwie to może byłem nieco ospały…ale to dało się wytłumaczyć tym, że nieco mało jadłem i odpoczywałem w ostatnim czasie.
    - Możemy się spotkać, za jakiś czas? Powiedzmy za trzy dni?- zapytałem.-Na Pradze jest zakład stolarski, „Pruszyński i brat”. Będę czekał na zapleczu tego zakładu. O szesnastej. Dasz radę?- spojrzałem na niego. Wolałem mimo wszystko nie rozmawiać tutaj zbyt długo. Mimo wszystko, nie chciałem aby tutaj…ale może uda mi się umkną nim ktokolwiek się zorientuje? Nim czujki powiadomią swojego przełożonego, i zanim on podejmie jakąkolwiek decyzję.

    OdpowiedzUsuń
  172. A więc to tak! Gdyby nie to, że zwróciłby uwagę przechodniów, Matthias von Anwarden zacząłby uroczyście śpiewać na całe Warschau. Adres idealnie się zgadzał! Tak jest, i-d-e-a-l-n-i-e! Duch oficera w tej chwili niezmiernie się radował. Tak niezmiernie, że mógł być w lepszym nastroju. Zanotował skrupulatnie ten adres w notesie, spojrzał nieco łaskawiej na skuloną siostrę, po czym uznał za stosowne się zastanowić, co teraz. Uderzył lekko dziewczynkę w tą małą, rozczochraną łepetynę, chcąc, by umilkła.
    -Nie, mein Kind. Terrarium to dom dla jaszczurek i żółwik, a znów terrorysta to to samo, co Polak. A co do Anniki, to nie powinna się z tobą bawić, takie już są czasy i Führer nie pozwala-skrzywił się pogardliwie. Gdyby pomyślał przed wojną, że tak będzie z polskim dzieckiem rozmawiać... Zaraz, zaraz, zaraz. Coś, jakaś luźna wzmianka, zwróciła uwagę Matthiasa. "Wujek Martin"?! No, no, ciekawych rzeczy on tu się dowiaduje. Postanowił pociągnąć dzieciaka za język jeszcze trochę. Jeśli przeczucie go nie zwodzi, to pewien oficerzyna będzie gorzko płakał krwawymi łzami. Tak jest, krwawymi! Zatarł ręce, po czym po namyśle ułamał jeszcze jedną kostkę od tabliczki i podał ją dziewczynce. Sam oparł się wygodnie o fotel, mrużąc oczy.
    -A cóż to za wujek Martin, moje dziecko?-zagadnął przyjaźnie. -Pewnie to taki gruby, siwy pan, całkiem łysy i niemiły dla dzieci?
    Ciekaw był, czy dziewczynka zareaguje na opis osoby całkowicie odwrotnej do Römmela. O tak, szykują się grube łowy! Annika nadal siedziała nieruchoma i milcząca. Mimochodem skonstatował, że płaszcz, który uszyła jej krawcowa, jest na nią za duży. Wypolerowana blacha samochodu lśniła lekko w słońcu.

    OdpowiedzUsuń
  173. - Dam sobie radę. Poza tym, wolałbym nie zatrzymywać się w mieszkaniu Dimy.- powiedziałem.- Mam lokal.- dodałem i nieco się uśmiechnąłem. Było to oczywiście niejakie kłamstewko, ale przecież nie musiał o tym wiedzieć. Odwróciłem się na pięcie z zamiarem wyjścia.- Nie wierz im w to co powiedzą o mnie… - dodałem i wyszedłem. Musiałem jak najszybciej dotrzeć gdziekolwiek.
    ***
    Czekałem na Michała i wypalałem kolejnego papierosa. Byłem jednym wielkim kłębkiem nerwów. Raz, ze udało mi się uciec przed łapanką i wywinąć się śmierci spod kosy. Muszę znaleźć jakieś dowody uniewinniające mnie. Ale jak? Jak, kiedy co niektórzy czekają aż wyściubię nos z kryjówki i pojawię się w Warszawie na dłużej. Nie mogłem ryzykować.
    Usłyszałem jak otwierają się drzwi. W momencie wyciągnąłem swój pistolet i odbezpieczyłem go. Palec był na spuście. Broń wcelowana w drzwi, czekałem aż ktoś się wychyli. Oczywiście gdyby to był nieprzyjaciel, czy ktoś w tym stylu. Ale kiedy pojawił się Michał, odłożyłem broń i odetchnąłem z niejaką ulga.
    - Wystraszyłeś mnie.- powiedziałem szczerze. Chłopak minę miał raczej nietęgą.- Co ci powiedzieli?- zapytałem. Z całą pewnością ktoś u niego był i powiedział o co chodzi. Ale mogłem się mylić…Niemcy mogli aresztować kolegę Michała. Czy coś w tym stylu.

    OdpowiedzUsuń
  174. Uśmiechnąłem się pod nosem. Latanie zawsze dawało mi sporą przyjemność. A jeszcze większą wtedy, kiedy na celowniku pojawił się wrogi samolot.
    - Jeden na dwunastej. Jest mój.- zakomunikowałem ze stoickim spokojem. Zbliżylem się dosyć blisko i zacząłem strzelać w kierunku Radzieckiego samolotu. Chyba nawet ślepiec by trafił w niego.
    Wtedym, gdy próbowałem jakoś skręcić zdębiałem. Nie mogłem wykonać manewru. W ogóle była ograniczona sterowność. Chyba stery… SZLAG! Do tego wysokość drastycznie spadała. A z trzeciej nadlatywał kolejny Rusek.
    Powoli godziłem się z moim losem. Ale wolałem nie dawać za wygraną i nie dać się zabić tak łatwo. Lekko skręciłem dając nura w dół. Pociski uderzyły o skrzydło. Świetnie…
    - Panowie mam problemy.- oznajmiłem. Wtedy odezwał się Jakob. Zaraz też zobaczyłem jak, samolot z czerwoną gwiazdą spada w dół z ogromną prędkością…i ten należący do Jakoba. Oczywiście Blitz pewnie próbował jakoś poderwać maszynę do lotu…ale… ale na szczęście nie wylądował tak, że zarył w ziemię. Nieco płasko i maszyna roztrzaskana… Jakieś szanse są aby przeżył. Niedaleko było jakieś pole, albo polana. Powinno być dosyć miejsca aby wylądować.
    Nade mną pojawił się kolejny rosyjski samolot. Pocisk przebił szybę osłaniającą mnie i utkwił w ramieniu. Jęknąłem z bólu. Przed oczami pojawiły się mroczki. A później nic…pamiętam tylko ciemność, ból i huk. Huk i jakby pękające drewno.

    OdpowiedzUsuń
  175. Poczułem jak ktoś mnie ciągnie. I ogólnie jak mnie wszystko boli. Nieco ocknąłem się i poczułem jak ktoś obok mnie siedzi podparty o drzewo. Trudno mi było rozpoznać Jakoba. Nie wyglądał zbyt dobrze. Ale miał otwarte oczy i oddychał.
    - Jakob…- szepnąłem.- Nasi?- zapytałem
    - Nie…jakieś dzieciaki. Chyba Polaczki małe.- powiedział po cichu i oparł wygodniej głowę o pień drzewa. Było mi słabo. Głowa bolała i pękała. Ale chyba z Jakobem było gorzej…on musiał jako pierwszy dostać pomoc lekarską. Ja nie byłem w stanie. Czułem się jak kukiełka, którą lalkarz odłożył na półkę. Spojrzałem na swoje nogi, które były nieco zakrwawione, a materiał spodni był podarty. Jakob wcale lepiej nie wyglądał.
    Po jakimś czasie przyszedł też jakiś jeden facet. Spojrzałem na niego nieco otępiałym wzrokiem i poprosiłem po Niemiecku o pomoc… Wątpiłem w to, aby nam pomógł…a jeśli zdecydowałby się chociażby pomóc jednemu…to byłoby dobrze.
    Nieco się skrzywiłem z bólu, kiedy dziewczynka zaczęła ryczeć. Wydaje mi się, że Jakob, który był na jakimś pograniczu pomiędzy zachowaniem świadomości, a jej utratą w momencie oprzytomniał. Jednak chyba obaj byliśmy zbyt oboleli i zdezorientowani aby sobie zatkać uszy. Cieszyłem się kiedy przeciągnął nas w stronę samochodu. Była to w końcu jakaś szansa.
    W trakcie jazdy nieco mi się zemdlało…
    Obudziłem się kiedy poczułem jak ktoś ogląda moją nogę, jak ją dotyka. Jęknąłem z bólu. Przed moją twarzą pojawił się ten sam, który nam pomógł. Niewiele myśląc, chwyciłem go swoją ręką ubrudzoną krwią, za koszulę i przyciągnąłem go nieco do siebie.
    - Najpierw…jego opatrz…- powiedziałem z trudem i wskazałem za Jakoba. Po tym uścisk w momencie się poluzował a ręka opadła na moje ciało. Oddychałem ciężko i starałem się walczyć z opadającymi powiekami. Ze snem, który pewnie mógłby zwiastować ulgę w cierpieniach. Lekko jednak odwróciłem głowę i spojrzałem w kierunku, gdzie leżał Jakob. Nieco nieprzytomnym wzrokiem spoglądałem na krzątającego się przy nim Polaka. Zakaszlałem słabo. W ustach poczułem nieprzyjemny posmak krwi.

    OdpowiedzUsuń
  176. - Jakby mysz ci po pokiereszowanej nodze urządzała spacery też miałbyś do nich awersje…- warknąłem. No tak, Jakob nie przepadał za tymi stworzeniami…przynajmniej wtedy, gdy był ranny. Bo normalnie to nawet z lekkimi oporami ale takiego szczurka małego to wziął.
    Kiedy zaczął mi zszywać nogę krzyczałem z bólu. No mógł mi chociaż coś na znieczulenie lekkiego dać. Takiej wódki, czy chociażby Pervitinu. No cokolwiek…
    Zastanawiałem się po kiego ten gips. Przecież chyba nie była złamana…no ale ja się tam nie znam.
    - Ejejejejej…ja rozumiem, że Niemiec i umierający…ale kurde nie chcę żebyś mi jeszcze większą krzywdę zrobił pod wpływem.- powiedziałem.- Zaryzykuję…ruska hołota mi nie straszna.- warknąłem nieco zaczepnie.
    Boże…myślałem że nigdy tego pocisku nie wyciągnie. Jak bolało…chyba całe gardło mam zdarte. Kiedy skończył zszywać to wszystko odetchnąłem z ulgą i położyłem się. Czułem jak po mojej twarzy spływa pot. Ciężko oddychałem jak po jakimś morderczym biegu. Obraz powoli stawał się coraz bardziej zamazany.
    - Hijo no ángel de la guarda.- burknąłem po hiszpańsku. Raczej niewiele osób władało tym językiem. Poza tym powiedziałem to dostatecznie szybko, że ciężko byłoby wyłapać pojedyncze słowa. Jednakże Jakob chyba aż nadto opanował tą trudną sztukę, nazywaną przez złośliwych „Hiszpański Wernera”.
    Nieco przymknąłem oczy i po naprawdę niedługiej chwili zasnąłem. Obudził mnie dopiero Jakob w nocy.
    - ¡Estate quieto!- warknął.- Spojrzałem na niego, nie zbyt pojmując o co mu do cholery chodzi.- Krzyczałeś przez sen. Co…
    - Nie pamiętam…- powiedziałem i nieco skrzywiłem się z bólu.

    OdpowiedzUsuń
  177. - Przepraszam, raz jeszcze.- powiedziałem.- Po staremu, bez zmian… nadal nic nie znalazłem. Słowo, przeciw słowu.- westchnąłem.- Rozumiesz… nie mogę wyściubić nosa ze swoich kryjówek na zbyt długo, bo później może skończyć się zdecydowanie gorzej, niż jakiś młokos z pistoletem w zaułku.- powiedziałem z niejakim spokojem.- Oskarżyli mnie, że wydałem Niemcom jednego z konspiratorów. Ja nawet nie znałem żadnego „Bartka”…a ja przecież….- chciałem powiedzieć, że nie zrobiłbym tego, że nie wydałbym. Ale trochę moja przeszłość mnie dyskredytowała.
    Spojrzałem na „Pstrego” nieco obojętnym wzrokiem. Nie wiedziałem co robić dalej. A umierać nie chciałem.
    Wstałem i nieco nerwowo przeszedłem kilka kroków. Oczywiście broń zostawiłem na skrzyni na której siedziałem. Wtedy to szybko otworzyły się drzwi i weszło trzech AKowców. Mimowolnie podniosłem ręce. Ale chyba każdy by tak zrobił, gdyby celowano w niego z pistoletów. Świetnie… Nerwowo rozejrzałem się po okolicy, ale jeden z nich podsze