poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne - nie potrafi oddać wyrazu; muzyka jest tworzona dla niewyrażalnego.

Wiem dobrze, że Ty
tak samo jak ja
masz dwie twarze
dobrą i złą
i dwa serca
jedno twarde i zimne
a drugie miękkie
plastelinowe.
[…]
Tylko, że to się miesza.
W każdy dzień.
W noc każdą.
I z tego właśnie
rodzi się
jakiś tam człowiek.
Raz lepszy, raz gorszy.
Taki jak ja.
Taki jak Ty.


Dawniej, bardzo dawno temu chciałam zostać pianistką. Pewnego razu, będąc w mieście, zobaczyłam niepozornego człowieka przy pianinie, który dźwiękami potrafił zatrzymać świat. Jego muzykę noszę w sercu do dziś, podobnie jak obraz krytej strzechą białoruskiej wsi, na której się wychowałam, bezkresne, złote łany pszenicy i odległy zarys maleńkiej cerkwi, do której nigdy nie wchodziłam. Okoliczne chałupy, odległa o kilka kilometrów szkoła podstawowa, pola przecinane z rzadka piaszczystymi drogami i gdakanie wszędobylskich kur było całym światem, jaki znałam. Czasami wydawało mi się, że wyśniłam sobie to miasto, muzykę i dziewczyny bez zdartych kolan. Byłam – zamiennie - Katią, Kaśką i Jekateriną, dziewczyną o włosach w kolorze żyznej gleby i szerokim, prostym uśmiechu. 
Nie zostałam pianistką, bo to zajęcie dla inteligentów. Doglądałam świń, siałam zboże, bo z tego żyliśmy, robiłam z babcią bliny dla Saszki i Wiki, a wieczorami, przy wątłej świeczce, czytałam książki. Czytał także mój tata, choć zwykle były to krótkie biuletyny, po których czerwieniał na twarzy i godzinami mruczał gniewnie pod adresem „polskich burżujów”. Nie rozumiałam o co dokładnie chodzi, bo przecież Kowalscy z naprzeciwka mieli tak samo dziurawy płot jak my.
Pamiętam 17 września. Ojca nie było już z nami. Dzieciarnia jak zwykle się darła, a polną drogą przejeżdżały czołgi. Rosyjski oficer zakomunikował nam, że od dziś jesteśmy obywatelami Związku Radzieckiego. Mama się rozpłakała ze szczęścia. Śmiała się i częstowała tego oficera wódką. Wyszłam z domu i patrzyłam na czołgi i wojsko. Jeden młody żołnierz do mnie pomachał, w pierwszym odruchu zrobiłam to samo. Dopiero patrząc na zatrzaśnięte okiennice domu Kowalskich, posępne miny moich rówieśników, Gosi i Zbyszka, i łzy na twarzy siwiuteńkiej pani Jadwigi, zupełnie inne, niż łzy mojej matki, zrozumiałam, że coś jest nie tak. 
Miałam siedemnaście lat i byłam obywatelką Związku Radzieckiego, która po raz pierwszy zauważyła, że nasza społeczność podzieliła się na „my” i „oni”.  
Mijały miesiące. Na wsi zapanowała bieda. Nie mieliśmy co jeść, bo żołnierze potrzebowali naszych świń, kur, naszego zboża. Z czasem zauważyłam, że chwilami potrzebują też naszych kobiet, dlatego trzymałam się od nich jak najdalej.
Mój starszy brat, Jura, znikał coraz częściej. W domu myśleli, że na schadzki, ale ja podpatrzyłam kiedyś, jak słuchał radia z Antkiem i jeszcze jakimiś chłopakami. Czasami widziałam, jak idą z bronią do lasu. Kazali mi przysiąc, że nikomu nie powiem. Nie wydałam ich, dlatego coraz częściej pozwalali mi słuchać wiadomości razem z nimi. Dowiedziałam się, co się dzieje. Zrozumiałam, dlaczego jest wojna. Jurij coraz częściej kłócił się z matką. Któregoś razu wrócił z lasu ranny. Nie był sam. Wtedy zobaczyłam cię po raz pierwszy. Mój brat i Antek przynieśli cię, nieprzytomnego, do naszej stodoły. Pomagałam cię opatrywać, obmywałam ci twarz, kiedy gorączkowałeś. Dowiedziałam się, że jesteś polskim oficerem, a od zachodu idą na nas Niemcy. Lubiłam ciepło twojej dłoni, w której, przytomniejąc, zamykałeś moją. Podobało mi się brzmienie twojego głosu, tak różnego od białoruskiej mowy i twoje opowieści, w których odległa o dziesiątki kilometrów, piękna i dumna Warszawa walczyła z wrogiem, dopóki starczyło jej sił. Gdybyś powiedział mi, żebym wzięła twoją broń, którą ukryliśmy w sianie, i poszła walczyć, zrobiłabym to bez wahania. Chciałam pomóc, więc nosiłam meldunki. To nas zgubiło.
Wiosną 42’ roku złapali mnie Niemcy. Znaleźli meldunki. Ktoś musiał nas wydać, bo wiedzieli, gdzie mieszkam. Zaciągnęli mnie do naszej wsi. Musiałam patrzeć, jak przeszukują nasz dom, jak biją matkę, by powiedziała, skąd ojciec miał swoje biuletyny. Widziałam twój wzrok, kiedy znaleźli broń. 
*~*~*
Dziś świeci słońce. Leżę w niewysokiej trawie, a ono grzeje mi twarz i przymknięte powieki, sprawiając, że cały świat pokrywa się plamkami czerwonymi jak twoja krew. Nie mam siły się poruszyć. Jestem chuda, moje włosy przypominają szary, skołtuniony filc. Gdybym wstała, strzępy burej sukienki wisiałyby na mnie, nie mając na czym się opinać. Jestem sama, las wokół mnie to jakieś podwarszawskie tereny, tak przynajmniej mówił czterdziestoletni mężczyzna, którego podziurawione kulami ciało leży teraz kilka metrów dalej, tuż obok trupa jego syna. Wyskoczyliśmy z transportu do Auschwitz przez dziurę po wyrwanych z podłogi deskach. Skakałam nie po to, by żyć. Chciałam umrzeć, nim dowiozą nas na miejsce, nim poznam los poprzedniego transportu, w którym zabrano mamę i Saszkę. Wikę oddzielili jeszcze wcześniej. Kiedy siłą rozpędu stoczyłam się z nasypu kolejowego, skręciłam kostkę. 
Leżę i jest mi wszystko jedno. Ciągle widzę twoje gasnące po strzale w głowę oczy i słyszę rozdzierający płacz wpychanego na niemiecką budę rodzeństwa. W moim sercu łka muzyka, ta sama, która kiedyś zatrzymała na chwilę mój świat.
Wciąż jestem, choć nie powinnam.


Екатерина Михаиловна Юшченко
Jekaterina Michaiłowna Juszczenko
 20 lat | obywatelka ZSRR | Białorusinka ze wschodnich kresów II Rzeczypospolitej

*~*~*
córka komunistów zakochana w polskim oficerze 
w Generalnym Gubernatorstwie od kwietnia 1942 r.  
uciekła z transportu do Auschwitz
obecnie gospodyni w domu Matthiasa von Anwarden

_____________

Kontakt: morrigan@onet.pl
Wizerunek z DeviantArtu. Cytat w tytule - Claude Debussy. Wiersz – Bogdan Bartnikowski.


28 komentarzy:

  1. (Hejo! :D Fajna pani, pasująca do moich gustów, aż mam pomysła na wątek. Skoro wątek z Wartenburgiem na razie jest Ci niewygodny, to zrobimy może tak: Matthias wraca z wyprawy na polskich bandytów. Ujrzy Rosjankę, takie wtf, co to tu robi? Każe jej wstać i iść za nią, Katia - wiadomo - szkopa nigdy nie widziała. Jak chcesz, to Matt może się tym tutaj nieszczęściem zaopiekować! Sam wprawdzie będzie mieć opory, bo to element niearyjski, trzaśnie w pysk co jakiś czas, ale zatrudni Katiuszkę do pomocy przy jego siostrach :3 Potem by miał dylemat: no i co ja mam z tym fantem zrobić? Tylko musiałabyś zacząć.)

    OdpowiedzUsuń
  2. (Priwiet! Na razie nie biorę wątku z Katią, ale gorąco witam i życzę dobrej zabawy! :3)
    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  3. [Zapraszam do Michała]

    OdpowiedzUsuń
  4. Faktycznie, mój samochód właśnie przejeżdża - nie bez hałasu i nie bez kurzu w powietrzu - przez las, za chwilę skręci w tą małą wioskę, przejedziemy ścieżką i potem będziemy już w sumie na rogatkach West Warschau. Śmieję się głośno, rozbawiony uwagą Kristy o tym, że prowadzę lepiej niż szofer Stauffenbergów. Kątem oka dostrzegam, że Annika robi się bladozielona na twarzy na samą myśl; aż tak tragicznie prowadzi ten cały Leiter? Jest ciepło, ale zaraz będzie szaro. Skręcam w prawo, bardziej pod stronę łąk, chcąc na chwilę się zatrzymać.
    -Zawsze mogło być gorzej. Mógł prowadzić Hessemann, nie ja-prycham. Głupota szofera mojego dowódcy jest tak przysłowiowa, że w Gestapo utarło się mówić z ironią do początkujących "prowadzisz jak Hessemann" - czyli tragicznie. Annika znowu się śmieje. Tej małej wiele do szczęścia nie potrzeba...Nagle zauważa jakieś kwiaty czy inne diabelskie chwasty. Jej szarobłękitne oczy błyszczą zachwytem.
    - Matthias! Matthias, możemy się zatrzymać? Chcę zerwać kwiaty do wazonu, prooooszęęęę! - nalega natarczywie, dźwięcznie. Krista zerka na zegarek, niepewna. Wzruszam ramionami, uśmiechając się lekko, i sprawnie zatrzymuję auto.
    -Dobra, zerwij tyle, ile potrzeba, ale pamiętaj, mała, że to ma być bukiet, a nie wiecha chwastów-mówię, wysiadając z samochodu. Krista również wysiada. Przeciąga się, chcąc rozprostować kości, ziewa. Jej fioletowa suknia w ostatnich refleksach zachodzącego słońca wygląda jak granatowa. Dziewczynka w bieli biegnie na łąkę, roześmiana - woń kwiatów, które zrywa, jest wprost odurzająca. Uśmiecham się do sióstr, wypuszczając papierosowy dym z ust; gdyby nie to, że jesteśmy z Kristą do siebie podobni, można by nas od biedy wziąć za idealnie aryjskie małżeństwo. W pewnej chwili rozlega się przeraźliwy, niebywale donośny wrzask Anniki. Partizanen czy co?
    Z trudem tłumię soczysty bluzg, wypływający mi na usta, i wyrzucam papierosa na ziemię. Zadeptuję go starannie, po czym wyjmuję pistolet i odbezpieczam, nie tracąc ani chwili. Krista biegnie za mną, wystraszona piskiem małej; jeśli to to, o czym myślę...
    -Was ist denn das?!-warczę szorstko, rozglądając się za ewentualnym Polaczyną do odstrzału. Mała trzęsie się ze strachu, trzymając w ręku dalej te kwiaty, i wskazuje na jakieś...coś skulone na ziemi. Tego się przestraszyła. Ale co to, Gott im Himmel, niby jest?
    -Odsuńcie się, spokojnie, mała-mówię, podchodząc bliżej do skulonej istoty. Teraz dopiero widzę, że to kobieta. NIE, WRÓĆ, cofam to: to kościotrup, nie kobieta, do tego odziane toto jest raptem w jakąś chuścinę i łachmany. -Co tu robisz, verdammte Pole?!
    Dziewucha patrzy się tępo i nie rozumie, choć mówię do niej aż zbyt głośno i aż zbyt wyraźnie. Wydaję z siebie jęk rozpaczy. No tak, naprawdę błyskawicznie się z nią porozumiem...
    -Może się boi?-zastanawia się Annika. Krista głaszcze ją po głowie, prychając.
    -Prędzej po prostu nie rozumie, dlaczego się na nią wydziera. Matthias, spróbuj po polsku, może to do niej dotrze.
    "Spróbuj po polsku"...Ba, łatwo powiedzieć, to, że mam w papierach "polski komunikatywnie", nie znaczy, że się dogadam z jakimś bękartem szatana.
    -Jesteś z Polski?-pytam ostro.-Co tutaj robisz?! Na nogi, ale już!
    Akcent mam wybitnie niemiecki, "ż" też dziwnie wymówiłem, ale przynajmniej teraz może ten chodzący szkielet raczy mnie zrozumieć. Celuję w nią pistoletem ze zmarszczonymi brwiami i wyrazem twarzy bynajmniej nie zadowolonym. Moje siostry patrzą na to z mieszanymi uczuciami, Annika wciąż trzyma w dłoniach te kwiaty.
    -Odpowiadaj, do jasnej cholery, co tu robisz?!-krzyczę jaką taką polszczyzną, zbliżając się do dziewczyny i dalej w nią celując. Jak i tym razem nie zrozumie, to jej po prostu strzelę w ten ciemny łeb i się cała sprawa zakończy, no po prostu ją zastrzelę, słowo Anwardenów!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wymierzam dziewczynie cios w twarz; prosty, szybki, pewny prawy sierpowy w policzek. Gdy upada, patrzę na nią z mieszanymi uczuciami. Ma tak straszliwie wschodni akcent, brzmi bardziej jak te Filipowe od Cesare'a, które raz widziałem na przyjęciu z okazji jego urodzin. Zaproszono mnie, bo było można, nachlałem się, bo mogłem i bo ruska była mocna. Tak. Kątem oka dostrzegam łezki zbierające się w oczach Anniki i lekkie wygięcie kącików ust Kristy w grymasie pełnym niesmaku. Co teraz zrobić...?
    -Może i jesteś ze wschodu, ale na pewno nie stamtąd, cholera cię wie, czy nie siedzisz w partyzantce-mówię powoli i ostro.-Wstawaj. WSTAWAJ, MÓWIĘ!
    Zerkam na zegarek Kristy, na ciemniejące niebo i na samochód. Jeśli zabrała wszystko...
    -Do samochodu, za mną. Annika, Krista, wsiadajcie-przy ostatniej kwestii sprawnie przerzucam się na niemiecki. Dziewczęta, zaskoczone, bez oporu wsiadają. Miały nie widzieć takiego brata...Podchodzę do bagażnika, wyjmuję część naszych bagaży. Na wierzchu leży jakaś sukienka i chyba kapelusz. Rzucam tym wszystkim w dziewczynę, mrożąc ją spojrzeniem.
    -Wyskakuj z tych szmat, Saumensch-mówię chłodno.-Ubieraj się, no już! SCHNELLER, SCHNELLER!
    Wsiadam do samochodu, ale nadal mam w ręce pistolet. Czekam, aż durna Polka się przebierze łaskawie w te ciuszki, które jej rzuciłem. Brudne kudły da się jakoś ukryć, kiecka Kristy będzie na nią chyba dobra. Czekam, aż się ogarnie; na razie ledwie stoi na tej kostce i się na mnie patrzy tymi sowimi ślepiami. Zdejmuję na chwilę kapelusz i wachluję się nim, zmęczony na samą myśl o tej dziewusze i trudach jej wychowania. No nic, i tak potrzebuję nowej gospodyni, bo pani Hermann wyzionęła ducha dwa dni temu, niech jej będzie ziemia lekką. Przynajmniej nie będę musiał tracić pieniędzy! Uśmiecham się, zadowolony. Jej rodzinę wywieziono, nie ma gdzie pójść, to może przydać się Rzeszy. Polka czy nie Polka, ale sprzątać mój gabinet i pokoje dziewcząt ktoś musi. Odznaczenia połyskują matowo na czarnym, świeżo wypranym gestapowskim mundurze. Słychać niepokojący, długi w tej ciszy dźwięk lekkiego przyciśnięcia spustu, pistolet groźnie lśni, gotów do wydania ostrzegawczego strzału.
    -Wsiadaj!-warczę, widząc, że dziewczyna jest już gotowa. Annika dodaje swoje "na, kommst" cichutko, ale i śmiało. Głaszczę ją po głowie wolną ręką. -Wsiadaj do tyłu, dziewucho, ale już! Masz w ogóle jakieś imię? Tylko podaj od razu prawdziwe, nie chce mi się szukać cię w aktach albo wieszać w tamtym lesie za kłamstwo!
    Annika otwiera drzwi. Brudnokremowe siedzenia zachęcają, by na nich usiąść. Czarny lakier szczyci się swoją idealną czystością.

    OdpowiedzUsuń
  6. -Kathrin...Katrina- z wielkim trudem udaje mi się wymówić jej imię. Annika poprawia swoje kwiaty, które wciąż silnie pachną; nie chce pognieść im łodyżek. Skręcam silnie samochodem. Krista nie odzywa się, nawet nie patrzy na dziewczynę. Jej czekoladowe włosy, upięte w kok, lekko lśnią. Granatowe i niebieskie suknie moich dziewcząt dziwnie kontrastują z ciemną czerwienią łaszka, opinającego wychudłe ciało Polki. Jedziemy przez sosnowy las. Zapach żywicy, opadające co jakiś czas z drzew szyszki, ciemność rozjaśniana przez reflektory samochodu, cichnący śpiew ptaków, coraz chłodniejsze powietrze...Słychać tylko silnik i chrobot żwiru i piasku pod oponami. Po czasie wjeżdżam do miasta, ale nie do centrum, tylko w dzielnicę willową. Niewielki, biały dom o spadzistym dachu, otoczony ogrodem i dwoma budynkami, należy do nas. Jeśli to umie czytać, może odcyfrować na tabliczce na drzwiach "Stürmbannfuhrer von Geheimestaatzpolizei, Matthias von Anwarden, Christine und Annika von Anwarden". Po zatrzymaniu samochodu każę dziewusze gestem wziąć nasze rzeczy i wynieść do domu. Annika, drobna i niepewna, układa zioła i rośliny w srebrnym wazonie z herbem Stauffenbergów, prezentem dla matki od wuja Nicolasa. Ograniczam się do oszczędnego wskazania dziewczynie kuchni, łazienki, salonu, naszych sypialni i mojego gabinetu.
    -Będziesz nam gotować, prać, sprzątać, uczyć moje siostry rosyjskiego i polskiego-mówię chłodno. -W zamian dostaniesz dach nad głową i coś do żarcia, znaj łaskawość Anwardenów...Hej, Krista!
    Zdziwiony przyglądam się siostrze, która zamiast zachować porządek i metodę, siadła do fortepianu i gra jakiś tam utwór. A, w sumie ma rację - Polka jest od gotowania, nie od bzdurstw. Na ścianach wiszą dagerotypy szlachetnych przodków ojca i mamy, ich zdjęcie ślubne, nasze zdjęcia jako dzieci...Uśmiecham się lekko i zapalam papierosa. Na schodach słychać lekkie kroki najmłodszej siostry. Krista wciąż gra.
    -Do kuchni, już! Ugotujesz kolację dla czterech osób, ale zjesz swoje z nami, taki tam wyjątek od zasady. Śpisz też w kuchni, nie spodziewaj się więcej-siadam na kanapie, a raczej się rozwalam, srodze zmęczony. W powietrze wciąż frunie muzyka.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jemy kolację w milczeniu. Po kolacji przychodzi czas na pierwszą lekcję; choć tłumaczenie idzie opornie, moje siostry coś z tego mimo wszystko rozumieją. Jedzenie jest dobre. Polka wyraźnie zna się na swoim zadaniu, potrafi też np. pościelić łóżko czy pozmywać. Szykuję jej w kuchni miejsce do spania - chwilowo jest to barłóg z kilku desek i koców, jak zasłuży, dostanie pokój frau Hermann obok kuchni. Polecam jej uszykować nasze sypialnie; wystrój zaskakuje, to widać. Portet führera wisi tylko w moim gabinecie, nigdzie nie ma symboli Hitlerjugend czy kwiatów ułożonych w swastyki, jeśli nie liczyć dwóch propagandowych plakatów w dwóch prostokątnych sypialniach Anniki i Kristy, obitych kolorowym pluszem. Moja sypialnia to surowe, spore pomieszczenie, ze zdjęciami cudownego mnie na ścianach i rodową genealogią. Do tego dagerotyp samolotu, którym latał ojciec, szpada jakiegoś pradziadka...Wszystko tu jest takie, jak było przed wojną, niemal czeka się, aż matka wejdzie do pokoju i zwymyśla Annikę za zbyt krótką spódnicę; w bibliotece wciąż czuć zapach cygar, które zwykł palić Reinhard von Anwarden. Wszystko jest...normalne.
    Idę do gabinetu, by pracować. Krista wciąż gra na pianinie. W tym czasie Annika woła do siebie gospodynię. Ma cienki, delikatny głos.
    -Kaaaatriiinaaa-woła dziecinnie, po czym się poprawia:-Katarzynaaa!
    O dziwo, "rz" wymawia lepiej niż ja. Ciekawe, o co chodzi?

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy w tym cholernym mieście nigdzie już naprawdę nie można dostać ani grama mięsa? Zapierdzielam z Dimą i Elżbietą od samego rana, przechodząc od punktu do punktu i szukając tego mięsa. Już aż mi nogi w tyłek włażą. Na przemian na ramionach razem z Dimą niesiemy młodą. Że też dzisiaj nikt nie mógł jej wziąć! Nie żeby coś, ale dzisiaj akurat to nie był zbyt dobry moment na to, aby ona podróżowała z nami. Tym bardziej, że jeszcze chwila i pewnie zaraz zacznie płakać, że nogi ją bolą. Tylko tego mi jeszcze brakuje.
    Jest gorąco. Czuję jak po moim czole suną się krople potu. Wzdycham ciężko, kierując się wraz z Rosjaninem w kolejny punkt. Nie dochodzimy tam. Popłoch ludzi wydaje mi się być aż nadto znajomy, aby nie wiedzieć o co chodzi. W oddali słyszymy odgłosy niemieckiej ciężarówki. Nosz kurwa kumulacja. Mięsa nie ma, i jeszcze na dodatek łapanka. Niech ich wszystkich szlag jasny trafi i krew nagła zaleje. Że też wybrali akurat ten moment.
    - Łapanka. - Odpowiadam krótko, chwytając ją za rękę. - Trzeba wiać. - Komunikat jest chyba prosty dla niej.
    - Gdzie się chowamy? - Pyta się Ela nachylając się tuż nad moim czołem. Rozglądam się zdezorientowany. Ze wszystkich stron nas otoczyli. Zupełnie jak jakieś szczury, które chcieli zapędzić w jedno miejsce. Czuję pociągnięcie. Szarpnął mnie Dima, ciągnąc w jakiś ciasny zakamarek. Udaje się nam wszystkim wcisnąć. Przeciskamy się dalej, że aż w połowie mnie zaklinowało, a do grubych osób nie należę.
    - Zepnij się Misza, tam piwnica jest. - Wskazuje mi przyjaciel. A ja pokazuję miejsce dziewczynie, nakazując palcem, aby była cicho.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wszyscy siedzimy cicho w tej piwnicy. Pokuleni, próbując uspokoić oszalałe tętno. Trzeba się uspokoić, bo jeszcze z tych emocji ktoś coś powie i nas znajdą. Wystarczy, że ktoś coś strąci nogą. Albo oddech będzie za głośny. Nie miałem zamiaru skończyć rozstrzelany na murze. Albo gdzieś w obozie. Potrząsnąłem głową, próbując odgonić od siebie nieprzyjemne myśli. W tej ciemności nic kompletnie nie widać. Czuję jak maleńka dłoń ściska moją. Uparcie, mocno, jakby obawiała się, że zaraz ją zostawię. Nie zostawię, nie teraz, nie w tym momencie. Kiedy usłyszałem warkot silnika odetchnąłem z niewyobrażalną ulgą. Po raz kolejny mi się udało. Chyba mam więcej szczęścia niż rozumu. Z jednej strony cieszę się, bo żyję. A z drugiej czuję przeogromny ból. Że nie mogłem im jakoś pomóc.
    - Pewnie do obozu koncentracyjnego. Ewentualnie do lasu na rozstrzelanie. Raczej wątpię, aby do obozu pracy. - Odpowiedziałem dziewczynie. Wyjrzałem ostrożnie przez okienko. - Nikogo na razie nie ma. Ale radzę odczekać jeszcze z jakieś pół godziny. Tak dla wszelkiej pewności. - Stwierdziłem. Raczej nikt nie podważył mojego zdania.
    - Michał... - Usłyszałem cichy jęk Eli. Niczym żałosne miauknięcie kota. - Jestem głodna. - Powiedziała, pociągając cicho nosem.
    - Jesteś dzielną dziewczynką Elu. Musisz wytrzymać. - Zwróciłem się do niej.

    OdpowiedzUsuń
  10. Annika leży już pod niebieską kołdrą, miękką, wygodną; nad jej łóżkiem wisi jakiś pejzażyk z podpisem "Heiligen-Altdorf, 1923". Uśmiecha się, jasne, rozpuszczone włosy spływają po poduszce. Wygląda bardzo...dziecinnie. Jak anioł.
    -Katrina. Poczytaj mi- prosi po niemiecku, po czym uśmiecha się. Wręcza gospodyni książkę. "Król Olch" Goethego w rosyjskim przekładzie, oczywiście nie mój ani nie małej - dedykacja na stronie tytułowej zawiadamia, że tom poezji Goethego został ofiarowany dwadzieścia cztery lata temu Cecilii von Stauffenberg przez Michaiła Pawłowicza Juszczenkę na pamiątkę pobytu w Rosji. Musiała to wziąć ze starej biblioteki rodziców. Wciska sfatygowany tom w rękę gospodyni, posyłając jej proszące spojrzenie. Z dołu dobiega burzliwe, bezładne "Ode an die Freude" interpretowane przez szczupłe, blade palce Christine, dwa pokoje dalej słychać stukot klawiszy maszyny do pisania i przez uchylone drzwi dobiega smród cygar, które mam zwyczaj palić przy pracy. Gdyby Katrina się skupiła, dosłyszałaby nawet moje przekleństwa na zacinanie się tego barachła po nieboszczyku ojcu. Muzyka nagle milknie - kakby ktoś postawił kropkę na rękopisie powieści. Krista wchodzi po schodach na górę. Drzwi od łazienki otwierają się i zamykają ze straszliwym skrzypieniem.
    -Matthias, zapomniałeś naprawić drzwi-zwraca mi uwagę starsza z sióstr, myjąc ręce. Wie, że ją słyszę, bo nigdy nie zamykam drzwi od gabinetu. Podnoszę zmęczone oczy znad dokumentów. Wstaję i wychodzę na korytarz z rodzinnymi obrazami i perskim dywanem, w tej chwili pogrążony w półmroku.
    -Dzisiaj już nie mam na to czasu, ale jak jutro wrócę z gestapo, od razu naoliwię zawiasy-decyduję. -Nienawidzę tej papierkowej roboty, szkoda, że ciotka już nie żyje, bo...
    -Pociesz się tym, że Alex i reszta mają gorzej-kwituje Krista, ziewając przeraźliwie. -Po wojnie sobie odpoczniesz. Gute Nacht, brüder.
    -Gute Nacht, Schwesterlich-mówię. W moim głosie dźwięczy dziwna nuta. Czy to czułość? Zawstydzony, nie wiedzieć dlaczego, odsuwam się od siostry. Po chwili dźwięk zamykanych drzwi informuje, że poszliśmy spać. Nasza rozmowa nie była za głośna, był to raczej szept - i tak zresztą zginął w półmroku i szumie wody w łazience. Księżyc wpada przez zaciągnięte kotary, w pokoju najmłodszej pali się lampka.
    Wciąż jesteśmy, my, ostatnia generacja rodziny. Tylko czy powinniśmy? Gdyby to były inne czasy, Kristę dawno wydałoby się za mąż, ja poszedłbym do Kriegsmarine lub Luftwaffe, Annikę nadzorowałaby matka.
    Gdyby tylko były to inne czasy...

    OdpowiedzUsuń
  11. Rozmawiamy cicho, jakbyśmy nadal obawiali się, że ktoś nas usłyszy. Ze po nas jeszcze wrócą. Kiedyś na pewno, ale mam nadzieję, że nie dzisiaj.
    - My z Dimą także. Już kilka razy udalo nam się uciec z transportu. A później ich wysadzilismy w powietrze. - Usmiechnalem się w jej kierunku. - Ja jestem Michał, to Ela, a tam w kącie siedzi Dima. - Wskazałem na przyjaciela. - Kto by pomyślał, że musiało nas aż z Gdańska przywiac, aby cię uratować. - Zazartowalem. - Skąd jesteś? - Zapytałem.
    - Dziękuję. - Powiedziała Ela, otwierając czekoladę i czestujac każdego.

    Michal

    OdpowiedzUsuń
  12. -Wejść!-wołam władczo w czystym, pięknie brzmiącym niemieckim. Orientując się, że za drzwiami może stać polska czy tam ruska gospodyni, powtarzam to samo polecenie po polsku. Poprawiam troskliwym, pełnym uwagi ruchem dokumenty w ciemnoniebieskich teczkach, zapisane starannym pismem i opatrzone adnotacjami. Mam wciąż na sobie mundur gestapowca, orzeł na czapce połyskuje w blasku przyćmionej lampki i wieczornego słońca.
    Die Adler.
    Gdy dziewczyna wchodzi, nie jestem zdziwiony; w pierwszej chwili sądzę, że przyszła o coś spytać, coś zrobić, może chce mi przynieść kawę albo cokolwiek do jedzenia. W końcu wróciłem dwie godziny temu, a oprócz kolacji nie jadłem niczego. Z dołu znowu dochodzi muzyka, tym razem jest to jakaś luźna improwizacja. Odkładam pióro, wpatrując się uważnie w dziewczynę. Mam wrażenie, że już znam tą książkę, że gdzieś to widziałem...
    "Król Olch"? Zaraz, zaraz. W mózgu kłębi się tysiąc wspomnień, tysiąc słów, tysiąc niedopowiedzeń. Ocieram przybrudzoną chustką pot z czoła. Wyglądam na zmęczonego...na starego i zmęczonego. Kto normalny dałby mi teraz dwadzieścia parę lat?! Na ścianie parę obrazów, jakieś zdjęcia w ramce, w kominku nie pali się ogień. Biało-czarny kot z plamką na końcu ogona siedzi na parapecie i patrzy nie wiadomo na co, cicho miaucząc od czasu. Mrużę zmęczone oczy.
    -O co chodzi?- pytam szorstko. -Mam nadzieję, że coś ważnego, widzisz, że pracuję, dziewczyno! Choć w sumie...No, mów.
    Mój głos nagle łagodnieje, sam nie wiem, dlaczego. Patrzę na nią uważnie. Kot dalej przeciągle miauczy, rzucam więc w niego pustą teczką od dokumentów. O dziwo, wydaje się być zachwycony. Uśmiecham się lekko. Nie rozumie książki? Jeśli wzięła esej wuja Nicolasa, to na pewno; powieści matki musiały ją wzruszyć, dzieła Alexandra - których, notabene, jestem miłośnikiem - też są trudne do pojęcia, albo...

    OdpowiedzUsuń
  13. Impertynencja i głupie pytania, aż nie wiem, czy bić, czy nie bić. Zaciskam zęby; na pewno nie dręczę ludzi, nigdy ich nie biłem! Metody umysłowe są lepsze.
    -Jak dotąd nigdy nie uderzyłem człowieka, w sumie byłaś pierwsza-zauważam chłodno. Wstaję zza biurka, podchodzę bliżej. Książka...Zaciskam gniewnie wargi w niezadowoleniu. Dlaczego akurat tę musiała wyszperać Annika? Gdyby nie opór sióstr, tę konkretną dawno wrzuciłbym do kominka. Wzdycham. Lampka pada prosto na moją twarz i na złote litery na okładce.
    -Cecilia von Anwarden była moją matką. Moją i tych dwóch dziewcząt, najlepszą Mutter...na świecie-udzielam wyjaśnienia. Gdy ją wspominam, w moich piwnych oczach pojawia się czułość i synowskie oddanie. Kochałem matkę i ojca, byli wspaniałymi ludźmi...choć może lepiej, że nie dożyli tych lat. -Widocznie książkę tę dano mojej matce jeszcze w czasach, gdy była hrabianką von Stauffenberg. Była wspaniałą kobietą, na szczęście zmarła jeszcze w trzydziestym ósmym...cudowna kobieta, tak...
    Zawieszam głos. Podchodzę znów do biurka, odsuwam szufladę. Na samym spodzie lezy portret mojej nieodżałowanej Mutter. Wyciągam go i stawiam na blacie, uśmiechając się smutno. Zapomniałem o niej na cztery lata...Więcej kłopotu sprawia mi pytanie, skąd matka mogła to dostać. Z opowieści znam niemal każdy szczegół jej panieńskiego życia, z czasów, gdy wraz z ciotką Karoline uczyły się na pensjach, a potem podróżowały i poznały swoich mężów. Ale przecież pensja w Belgii nie oferowała rosyjskiego! Prędzej byłaby to książka ojca, gdyby nie fakt, ze Reinhard von Anwarden nie znał ani słowa po rosyjsku...Marszczę brwi.
    -Jest tam jakaś dedykacja?-pytam.-Data mi wiele ułatwi. Matka podróżowała sporo jeszcze jako panna, potem jako pani von Anwarden była raz za granicą...by przywieźć ojca nieboszczyka do kraju.-milknę na chwilę. -Po jej śmierci niczego nie wyrzucałem, nawet mundury po ojcu często noszę i dbam, by Krista nosiła to, co po niej zostało. Przyda się.
    Na pytanie o kawę kiwam głową; kwestię pracy chwilowo pomijam. Po krótkim namyśle wzywam ją do siebie, bliżej. Bez słowa otwieram jedną z teczek.
    -To zależy od gestapowca. Jedni katują ludzi, inni, tacy jak ja, starają się zrobić coś dobrego...coś, co pozwoli przeżyć Rzeszę i wojnę. To jak z tą kawą i datą?
    Pozwalam sobie na zmęczony uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
  14. - Pomagamy naszym. - Oświadczyłem. - Dima także. On nie jest z czerwonych. To swój chłop jest, mówię ci. - Uśmiecham się do niej serdecznie. - Byłem harcerzem przez jakiś czas. Ale teraz czasami chodzę na jakieś akcje z kolegami. - Wolałem jej za dużo nie mówić. Nie znałem jej zbyt dobrze. Mimo iż wydawała się naprawdę sympatyczną dziewczyną, to czasami lepiej było trzymać język za zębami. Ot, takie podłe nam czasy nastały.
    - Miałem iść do czerwonoarmistów, ale nie jakoś nie lubię zabijać ludzi na rozkaz. Tylko w ewentualnych wypadkach. Można by rzec, że w ostateczności. - Powiedział do niej Dima. - I jakoś nie jestem szalenie zakochany w swoim kraju, w Stalinie, Leninie czy kimś tam z ich otoczenia, czy też ustroju. - Uśmiechnął się. - Dlatego też już od kilku lat przebywam sobie w Polsce. - Dodał. - Tutaj wszystko jest, a przynajmniej do wybuchu wojny było, lepsze. - Oparł się plecami i ścianę.

    OdpowiedzUsuń
  15. - Być może masz rację. Ale swoje widziałem i to jest tylko moja opinia. Możesz się z nią nie zgadzać. - Stwierdził Filipow, zamyślając się przez chwilę. - Żaden z reżimów nie jest dobry. A jeżeli obiecują dużo dobrego to znaczy, że wkrótce zabiorą nam coś innego. W tym przypadku, jaki mamy i w ZSRR, i w III Rzeszy to wydaje mi się, że w zamian za "podboje i pokazanie" kto tu rządzi... Zabrali co niektórym mózgi i zrobili z nich maszyny.
    - A ja myślę, że jeszcze sobie porozmawiacie, ale teraz radziłbym się stąd zmywać. - Powiedziałem cicho, słysząc kroki na piętrze nad nami. Były coraz głośniejsze. Ale nie były to kroki męskie. Bardziej delikatniejsze, jakby damskie. Drzwi od piwnicy otworzyły się. W tym momencie aż mi serce pod gardło skoczyło. W pół mroku ledwo co było widać twarz. Szlag by to jasny trafił i krew nagła zalała. Kobieta zapaliła światło.
    - Michał? - Zapytała zaskoczona blondynka. - Co ty tutaj do diaska robisz?
    - Ciebie mógłbym o to samo zapytać Edith. - Odpowiedziałem jej po niemiecku. Chyba byłem tak samo zaskoczony jak ona.
    - Nie odpowiadaj mi pytaniem na pytanie.
    Słyszałem jak Dima tlumaczy nasz dialog dla Kasi. Ja to mam zawsze takie szczęście. Akurat teraz wpakowałem się do niemieckiej piwnicy. Boże pomóż nam.
    - Będziesz musiał mi się z tego wytłumaczyć Wojciechowski, bo już dawno powinieneś nie żyć.
    - Też się cieszę, że ciebie widzę. Może łaskawie zaprowadzisz nas do wyjścia? My sobie pójdziemy bez słowa, ty zapomnisz, że nas widziałaś i będzie miło i przyjemnie.
    - Ty chyba śnisz!
    - Nie... Ja tylko proponuję ciekawy układ. - Uśmiechnąłem się szeroko do niej. Od dawien dawna wiedziałem, że blondynka miała słabość do mnie. Jeszcze jak mieszkaliśmy w Gdańsku. Kobieta speszyła się i widać było jak mocuje się, aby się nie uśmiechnąć.
    - W takim razie wyłaźcie stąd szybko zanim ojciec wróci. - Wypuściła nas. - Michał, spotkamy się kiedyś? - Zapytała na odchodne.
    - Kto wie. - Pomknęliśmy w którąś uliczkę. Dopiero po jakimś czasie zatrzymaliśmy się. Odetchnąłem z niewyobrażalną ulgą.
    - Niezły z ciebie amant. - Dima klepnął mnie w ramię. Rozejrzał się dookoła i uśmiechnął się do Jekateriny.

    OdpowiedzUsuń
  16. 23 stycznia 1918...Bardzo mi to coś przypomina. Pioruńsko mi to przypomina. Jakaś opowieść i jakaś piosenka? Zagryzam wargi, z trudem hamując swój gniew. Co ta smarkata szmata może wiedzieć o trudzie, z jakim pracuję dla Rzeszy, tej prawdziwej Rzeszy, która powstanie po zakończeniu tej wojny?
    -Gdybyś raczyła mnie słuchać uważniej, zrozumiałabyś. Nie zaliczam się do katów, nigdy w życiu nie uderzyłem człowieka, od roku palę w piecu kopertami z ofertami na kapo obozu w Auschwitz-cedzę przez zaciśnięte zęby, otwierając drzwi i wpuszczając ją do środka. Wskazuję krzesło, sam zajmuję miejsce za biurkiem. W mojej dłoni znajduje się już kubek z kawą.
    -Kojarzy mi się to z jakąś historią rodzinną...Ale daty się zgadzają. Moja matka rzeczywiście była wtedy w Leningradzie, już po ślubie i po moich narodzinach...miałem wtedy chyba z cztery lata? Może mniej, może więcej, pamiętam, że przebywałem wtedy u ciotki Karoline Schenk, hrabiny Stauffenberg. Kojarzę to też z jakimś występem muzycznym dla biednych dzieci i z tym, że ojciec denerwował się po przyjeździe, że "ci ruscy to nie są w stanie nawet swojego burdelu posprzątać". Ale nie wiem, czy miało to związek z tą książką i tym Juszczenką.
    Milczę przez chwilę. Kto może mi z tym pomóc? Ciotka i wuj już nie żyją. Alex, Berthold i Claus na pewno nie są ABC rodzinnych historii i tajemnic. Nina i Melitta też na pewno nie mają o niczym pojęcia, zresztą, skąd one miałyby wiedzieć? Zagryzam wargi. Coraz bardziej mnie to wszystko zastanawia, a mój instynkt śledczego podpowiada mi, że sprawa z tą książką może sprawić problem rodzinie Anwarden. I to nie byle jaki problem.
    W tej chwili spływa na mnie olśnienie! No jasne! Dlaczego nie pomyślałem o tym od razu?! Przecież żyje jeszcze jedna osoba, która może nam coś opowiedzieć o tej historii - i co więcej, może nam z tym pomóc!
    -Niedaleko stąd, dwie wille dalej, mieszka frau Rosemarie Lietzing. Frau Lietzing mieszkała wiele lat w naszym sąsiedztwie, jest wdową po pułkowniku Luftwaffe, który służył wraz z moim ojcem. Ona wiedziała wszystko o wszystkich, co, gdzie, kiedy, jak i z kim. Można by ją zapytać...I nawet wiem, jak to zrobimy: wspominała, że potrzebuje pomocy przy sprzątaniu. Kiedy jutro wrócę z pracy, wstąpimy do niej i zapytamy o tego Juszczenkę.
    Podjąwszy tą decyzję, odsyłam ją do jej zajęć. Mamy dość obowiązków na głowach. Annika potrzebuje nauczycielki, Krista na pewno nie skończyła jeszcze swoich gam, a na mnie czekają depesze. Zanim jednak Jekaterina wyjdzie, zatrzymuję ją gestem. W moich oczach pojawia się znów smutek. Łagodny i delikatny.
    -Nigdy nie oceniaj nikogo po pozorach, Katrin. -mówię.-Nie ma dobrych Niemców ani złych Polaków, są tylko ludzie i śmiecie. A ja staram się być człowiekiem, nie maszyną służącą idei.

    OdpowiedzUsuń
  17. -W sumie nie, po prostu posprzątasz u niej i tyle-stwierdzam fakt. Gdy Jekaterina wychodzi, chowam się w papierach.
    ***
    Jest upalne południe, a ja konam z pragnienia. Sekretarki w gestapo, stety lub niestety, nie umieją docenić prawdziwego koniaku i przynosiły mi przez cały ranek jakiś berliński chłam z mordą Führera na karafce. Na szczęście skończyłem pracę, a obecnie stoję przed drzwiami domu sąsiadki z tą ruską dziewuchą, która nie umie nic więcej niż osądzać po pozorach.
    Daj spokój. Tego ją nauczyła okupacja i twoi "rodacy"-szepcze głos w mojej głowie. Ignorując go, naciskam dzwonek. Otwiera nam drobna, szczupła kobieta z siwymi włosami upiętymi w kok, ubrana w żałobę i wyglądająca na jakieś sześćdziesiąt lat. Uśmiecha się, jej brązowe, ciepłe oczy błyszczą zaciekawieniem. Po powitaniach i innych ceregielach wpuszcza nas do środka, wprowadza mnie do swego elegancko urządzonego salonu. Ściany zajmuje obowiązkowy portret Führera i cała galeria zdjęć, a przy kominku wylegują się psy - kiedyś pułkownika, obecnie zapisane w testamencie jego żonie i czterem synom rozsianym gdzieś po Rzeszy. Kobieta nakłada okulary. Przygląda się chwilę Jekaterinie, wreszcie decyduje swoim starczym, drżącym głosem:
    -Nalej nam koniaku, dziecko, jest w szafie...a ty, Matthias, opowiadaj, co u ciebie i dziewczynek? Tyle czasu mnie nie odwiedzałeś, chyba od pogrzebu Paula...
    -Droga pani, to było raptem miesiąc temu!-całuję starszą kobietę w dłoń, po czym siadam na kanapie obok niej. Staruszka wskazuje głową na stary album pełen wycinków z gazet, zdjęć oraz listów z przeszłości, który stoi na stoliku przy biblioteczce, każąc tym gestem Jekaterinie go podać. Przechodzę bezpośrednio do rzeczy:
    -No, wszystko u nas dobrze, zatrudniłem nową gospodynię, jak pani widzi...a pamięta pani może Leningrad i moją wizytę u ciotki?
    -A jakże bym mogła nie pamiętać! Byłeś wtedy, Boże kochany, takim brzdącem, bawiłeś się kaczuszką o imieniu Erich i latałeś z chłopcami Stauffenbergów za motylami... - kobieta kręci głową ze wzruszonym niedowierzaniem. Śmieję się.
    -Taa, starym dobrym Erichem wciąż jeszcze bawi się Annika-przyznaję z uśmiechem.-Mama nazywała się już wtedy Anwarden, prawda?
    Frau Lietzing trzęsie głową. Wyraźnie ma przed oczami tysiące wspomnień z dawnych lat, chwil, które już nie wrócą.
    -Gdzieżby tam!-protestuje ze śmiechem. -Wtedy jeszcze nazywała się Schenk-Stauffenberg, jeszcze nosiła panieńskie nazwisko! Nazwisko Reinharda wzięła dwa dni po tym, jak skończyłeś cztery latka, bo uznała to za stosowny prezent na jego urodziny...tak, tak...ci ruscy, Boże się zmiłuj, same z nimi problemy!
    Daję Jekaterinie gestem znak, żeby sprzątała dalej, i czekam na opowieść. Staruszka siada wygodniej. Zmarszczki na jej bladej twarzy układają się w równe linie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. -Matka twoja, uważasz, Matti, to była piękna kobieta. I to jak piękna! Trzech kawalerów na raz chciało się z nią żenić, a ona wybrała Reinharda. Zaraz jak się pobrali, to on do wojska wstąpił, do Luftwaffe konkretniej....Pobrali się, uważasz, i dziewięć miesięcy potem ty się urodziłeś. Jak miałeś cztery lata, to oni pojechali do Rosji, zaraz po wojnie to było, bo pamiętam, że Reinhard już był zdemobilizowany. On miał tam jakieś tam listy czy depesze do oddania, a ona zwiedzała tę ich dzicz i organizowała występy charytatywne...nic dziwnego, starzy to bydlęta prawdziwe, ale dzieci szkoda...
      Kobieta przerywa na chwilę. Promienie słońca padają na jej uśmiechniętą z tęsknota twarz.
      -Ona tam sobie, wiesz, koncertowała, i poznała tam jakiegoś Ruska. Nie pamiętam, jak się nazywał, ale bliżej mu było do czerwieni niż do bieli. A znów Reinhard przywiózł ze sobą młodą Polkę, sekretarkę, na imię jej było Anna. Młoda, ładna blondynka...bodajże z Kattowitz. I jednego dnia ten Ruski zamordował Annę!
      Opowieść się przerywa, gdyż frau Lietzing unosi w górę palec i milknie dla dodania jej suspensu.
      -Reinhard i Cecilia wracają, uważasz, z bankietu do domu, a tu martwa sekretarka na śmierć zarżnięta. Twoja nieboszczka matka,uważasz, jak nie zemdleje, jak nie padnie! Ojciec twój trzech doktorów aż do niej wołał. Trzech, powtarzam! O jej życie się obawiali i to tak, że Paul, znaczy mój mąż, sam pojechał po Cecilię i ją odwiózł do Stauffen Berg, do siostry i szwagra, a Reinhard został i pochowaniem tej biedaczki się zajął...Świeć Panie nad jej duszą, osiemnaście lat raptem miała. Wszyscy uważają, że to ten Ruski Annę zarżnął, tym bardziej, ze Cecilia w gorączce jakiegoś Miszę wołała. Chwila...Ju...Ju...Juschenkow mu było czy jakoś tak.

      Usuń
  18. - "Znajomość" to za dużo powiedziane. Jakoś nigdy za nią nie przepadałem. Za to ona za mną na odwrót. Ma chyba do mnie jakąś słabość. - To doskonale by tłumaczyło to, że tak szybko nam pomogła uciec. Wątpiłem, że gdyby to był ktoś inny to by pomogła.
    - Mnie to różnie chociaż najczęściej popołudniami w centrum przebywam. Na rogu Nowego Świata jest moja ulubiona cukiernia. - Uśmiechnąłem się lekko do niej.
    - Może odprowadzić ciebie na miejsce? - Zapytał się jej Dima. - Znam całkiem dobrze to miasto. Przynajmniej będziesz miała pewność, że nie zabłądzisz. Jeżeli się mnie boisz to Michał może iść z nami. - Kontynuował Rosjanin.
    - A ja? - O swoje prawa domagała się Ela, chwytając mnie za rękę.
    - Ty też, o ile Michał pozwoli. - Dima uśmiechnął się do małej. - Więc jak? - Zapytał.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Jak tam chcesz. - Wzruszyłem lekko ramionami. - Ja tam do niczego ludzi nie zmuszam. - Stwierdziłem.
    - Taaa... Jasne. A kto mi krupnik kazał jeść? - Zapytała Elżunia z wyrzutem w głosie.
    - Oj, nie w takim sensie Elu. A poza tym krupnik jest dobry, zdrowy i nie wybrzydzaj mnie tutaj. - Powiedziałem do dziewczynki, na co ta udała, że się na mnie obraziła. Nim dojdziemy do domu to zdąży jej już to przejść. - Jakby coś to jutro będę w tej kawiarni co kawę teatralną podają. - Puściłem do niej oczko. - Tak około południa do wieczora. A na nas już chyba czas. Wiesz, nie chcę, aby mi moja ciotka na zawał padła. - Zaśmiałem się cicho. - Serwus, i do zobaczenia. - Uśmiechnąłem się delikatnie do niej. - I uważaj na szkopów.
    - I ruskich też. - Dopowiedział Dima, kiwając lekko głową.
    - Najlepiej idź jakimiś mniejszymi uliczkami, wtedy jest mniejsze ryzyko, że ciebie złapią. - Powiedziałem do niej na odchodne, po czym każde z nas ruszyło w swoją stronę. Ona do siebie, a my do siebie.

    [A można ;)]

    OdpowiedzUsuń
  20. -Możemy zaufać frau Lietzing. Znała moich rodziców i rodzinę Stauffenbergów niemal od zawsze...zresztą całe dobrze urodzone Niemcy znała, zawsze tak było-śmieję się. Gdyby nie to, że jest to nierealne i dość naciągane, można byłoby stwierdzić, że ta siwowłosa, poorana znakami czasu staruszka zna nawet królową hiszpańską i nikogo by to nie zaskoczyło.
    Ulice są puste. Ludzie niechętnie się tędy przechadzają. Zbyt wielu rani świadomość, że podczas gdy oni przymierają głodem i muszą toczyć wojny prywatne o każdy kawałek chleba, nam, prawdziwym Aryjczykom, na niczym nie zbywa. W ich oczach my, panowie świata, nie znamy głodu, strachu, nędzy, obca jest nam wszelka słabość - w końcu nasza armia podbiła Europę i co miesiąc posyła parę tysięcy - lub milionów - Żydów do gazu.
    GÓWNO PRAWDA.
    Przeżyłem niedawno nalot. Wiem, co to znaczy bać się w piwnicy, trząść się z zimna, biec do utraty tchu, zanim spadną bomby. Byłem na froncie w kampanii francuskiej, uczestniczyłem w walkach o Flandrię, wiem, co się za tym kryje. Moja rodzina też zaznała strachu i niepokoju, do cholery! Mało to razy widziałem, jak Melitta i Nina płakały za Clausem i Alexandrem, gdy powołano ich do służby wojskowej? Czy moje siostry nie płakały, gdy przez wiele miesięcy - aż do mojego powrotu pod koniec 1940 do domu - nie otrzymywały ode mnie listów?
    Milczę. Zaciskam zęby w bezsilnym gniewie, wreszcie się opanowuję. Wracamy do swoich obowiązków. Przypadkiem zostawiłem w kuchni papeterię z szarego, nilowego papieru - specjalnie po to, by dziewczyna mogła się poinformować u kobiety, o której wspominała. Jeśli ta kobieta jeszcze żyje, oczywiście.
    Jeszcze.
    Nie zamierzam pytać Alexandra, Clausa i Bertholda ani ich w to mieszać - byli kompletnymi gówniarzami, kiedy to się zaczęło, zresztą i tak na pewno niczego nie wiedzą. Gdyby coś wiedzieli, to cała sprawa od dawna by się wydała. Ciotka Karoline, świeć Panie nad jej duszą, była kobietą piekielnie gadatliwą, zatem...Wzdycham ciężko. Siadam do dokumentów. Wydaję się być bardzo zmęczony. I naprawdę, kurwa, jestem.
    Co za fatum ściągnęło tutaj tę Polkę...?

    OdpowiedzUsuń
  21. -Was?-podnoszę zmęczoną głowę znad serii raportów, oświadczenia i jeszcze jakiegoś rozkazu, które miałem przeczytać. Dopiero po dłuższej chwili dociera do mnie informacja "ruska jest i coś tu mówi". Wzdycham ciężko. Przytłumione światło lampy pada bezpośrednio na moją twarz, orły na dokumentach, elegancką tapetę w kolorze bzu.
    -Danke schon...-mruczę. -Dziękuję.
    Z wielkim trudem to powiedziałem, ale jednak wyszło, a jakże! Ja, Matthias von Anwarden, który stacjonuję tu już od tak dawna, miałbym nie znać języka wroga?! No, może i to jest "komunikatywne" ,ale przynajmniej wiem, jak się mniej więcej porozumieć. List? Marszczę brwi, nie mogąc sobie przypomnieć. Wreszcie zstępuje na mnie olśnienie.
    -A, tak...-odkładam pióro na bok. Wstaję, przeciągając się. -Zaniesiesz jutro ten list sama na pocztę. To na Himmlerstrasse...
    Ziewam przeciągle, ale widok kawy budzi mój uśmiech. Mądra i dobra z niej dziewczyna! Odczytuje moje potrzeby! Tak być powinno! Jak zwykle mam rację, Albrecht von Ellenberg jej nie ma. Ten dureń uważa, że jak będzie lać cały świat pejczem po pysku, to padnie przed nim na klęczkach i będzie go błagać o darowanie życia, jak ci więźniowie. A tu proszę: odrobina dyplomacji, szczypta opanowania i jakie cudeńka powstają! Uśmiecham się, wskazuję dziewczynie krzesło. Niech ma taką nagrodę, rzadko komu pozwalam siadać naprzeciwko siebie. Nawet mój dowódca nie dostąpił tego zaszczytu!
    -Mądra z ciebie dziewczyna, akurat myślałem o kawie-kiwam głową.-Tylko tak dalej, a zasłużysz na ten pokój szybciej, niż myśla...
    Nie dokończyłem, bo przerwał mi pisk Anniki. Zrywam się i wybiegam na zewnątrz; moim oczom ukazuje się drobna dziewczynka leżąca na schodach z ewidentnie skręconą kostką i...chyba wybitym stawem? Nie wiem, ale nie wygląda to dobrze. Płacze wniebogłosy, krzywiąc bladą buzię.
    -Gott im Himmel! Uważaj, du Saumensch, przynajmniej raz mogłabyś być ostrożniejsza!-warczę gniewnie.-Krista! Zadzwoń po doktora Kochmanna! Kathrine, pościel łóżko i przynieś zaraz miodu. Jutro wyślesz ten list sama, tak jak mówiłem....ach, prawda, i telefonowała frau Lietzing. Mówiła, że bardzo jej kogoś przypominasz, ale nie wie, kogo...
    Wzruszam ramionami, po czym biorę ostrożnie Annikę na ręce. Zanoszę ją na górę. Martwię się. Poważnie, jaką sierotą trzeba być, żeby tak niefortunnie upaść?!
    - Matthias...nie krzycz na mnie - Annika połyka łzy. - Ja tylko...się poślizgnęłam i...nie wiem, jak upadłam, boli!
    -No już cicho, już dobrze, zaraz będzie Kochmann-uspokajam ją z uśmiechem.

    OdpowiedzUsuń
  22. [Mogę poprowadzić wątki i z Kateriną i z Otto :) Pomysł mam taki, że matka Raisy mogła znać się z rodzicami Kateriny. Kiedyś (dawno temu) państwo Maliccy mogli odwiedzać kogoś w rodzinnej miejscowości Kaśki i dziewczynki się poznały. Minęło parę lat, Kaśkę przywiało do stolicy, a że świat jest mały to dziewczyny wpadły na siebie.]

    OdpowiedzUsuń
  23. Ostatnie dni były wręcz napięte. Nie, na razie Niemcy nic poważniejszego nie przeskrobali. Mieliśmy za kilka dni wystawiać w teatrze "Kordiana" Juliusza Słowackiego. Chcieliśmy, aby wszystko było dopiete na ostatni guzik. Wyszedłem z piwnic, gdzie mieliśmy teatr, do kawiarni. Musiałem napić się kawy, bo mulilo mnie już do snu. A przede mną było jeszcze kilka godzin do spędzenia w teatrze.
    Po chwili otrzymałem swoją filizanke kawy. Na szczęście dzisiaj było mnie stać na coś lepszego niż kawą z zoledzi. Fajnie jest czasami moc pozwolić sobie na coś lepszego.
    - Michał ktoś do ciebie. - Powiedział szeptem do mnie Karol. - Powiedziała, że nazywa się Kasia.
    Znałem tylko jedną Kasie. Rozejrzalem się dyskretnie po lokalu. Znalazłem ją.
    - Za piętnaście minut na dole. - Mruknalem cicho do niego. Skinal głową, że rozumie. Raczej nie sądziłem, aby dziewczyna przyszła tutaj, aby napić się że mną kawy i poplotkowac o starych, dobrych czasach.

    OdpowiedzUsuń
  24. Annika leży bez tchu na kanapie, pochlipując i przytrzymując zimny okład na skręconej kostce. Otwieram przyniesiony przez Jekaterinę słoik, po czym z lekkim uśmiechem na twarz podaję trochę łyżką małej do buzi - od razu widać efekty! Od dziecka uwielbiała miód, pamiętam wciąż piękne, długie wieczory w ciemnawej, ale mocno pachnącej ziołami kuchni w Stuttgarcie, gdy stara niania drzemała, Krista uczyła się łaciny w salonie, a Annika, korzystając ze snu siwowłosej damy, bezczelnie podkradała miód ku oburzeniu moim i ojca...Uśmiecham się, poprawiając jej szybko opadający kosmyk. Pół godziny później przychodzi Kochmann. Ufam temu zażywnemu grubasowi w okularach w rogowej oprawce, na którego nawet reglamentacja nie mogła źle wpłynąć...Wykonuje swoje czynności, przez cały czas nucąc potężnym basem "Rote Fahne", wymienia ze mną uwagi na temat sytuacji na froncie wschodnim, gdzie ma syna, po czym wychodzi. Wracam do gabinetu, zastanawiając się poważnie nad całą sytuacją. Czy to możliwe, że...Nie, raczej nie. Komunistka czy nie, ale zawsze przyda się, żeby posprzątać dom czy coś kupić, czy wykonywać proste rozkazy. Jest tylko do tego potrzebna, przy tym może stanowić po wojnie bardzo poważny atut w razie czego - zawsze bezpieczniej mieć jakieś alibi. Martwi mnie też sprawa tego Juszczenki. Kazałem sobie dostarczyć trochę dokumentów pod pozorem prowadzenia śledztwa w pewnej sprawie, liczę, że trafię na jakiś trop...
    Jest już wieczór. Ćmy zderzają się z lampką rzucającą przytłumione światło na biurko zawalone mnóstwem dokumentów. Właśnie skończyłem wystukiwać ostatnie słowa na ważnym raporcie do dowództwa, który musi być oddany na jutro. Na Rommla liczyć to jak liczyć na to, że gwiazdka spadnie z nieba i zaniesie za ciebie dokumentację...
    W tym czasie Annika, wciąż obolała, ale nasycona miodem i słodyczami, leży spokojnie na kanapie. Jest dość ciepło, cicho, kojąco...Christine z poważnym spokojem gra jakąś melodię na fortepianie, dotykając klawiszy tak pieszczotliwie, jakby głaskała kota. Podchodzę do fortepianu, kładąc zadrukowane kartki.
    -Es braust ein Ruf wie Donnerhall, wie Schwertgeklirr und Wogenprall. Zum Rhein, zum Rhein, zum deutschen Rhein!
    Wer will des Stromes Hüter sein?
    -pytam z uśmiechem, wystukując rytm prawą stopą. Christine kręci głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Znam ją aż za dobrze. Spokojnie, płynnym pasażem przechodzi w refren popularnej pieśni, dawnego hymnu, który mój ojciec i matka zwykli wyśpiewywać wraz z gośćmi na uroczystych świętach (takich, jak imieniny, urodziny czy święta narodowe). Wciąż mam w oczach Reinharda, poważnego, wyprężonego, w garniturze pachnącym naftaliną, zsynchronizowanego ze słodkim głosem swej małżonki w "Die Wacht am Rhein"...czy, gdyby nas teraz widział, byłby z nas dumny? Słyszę skrzypnięcie drzwi; to Kathrin wróciła z poczty. Wytłumaczyłem jej tak dokładnie i po polsku, że nie mogła nie trafić.
    -Lieb Vaterland magst ruhig sein, lieb Vaterland magst ruhig sein! Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein! -śpiewam, jakby nie zwracając na nią uwagi. Tym bardziej mnie dziwi, kiedy Krista każe gestem Kathrin podejść i siąść obok niej na drugim stołku. Nuty rozłożone na pulpicie wyglądają zachęcająco. Annika uśmiecha się, zaciekawiona. Wreszcie zbiera się na odwagę, by dołączyć. Trzy głosy: mój nieco ochrypły, brudny, dźwięczny, poważny Kristy i cienki pisk Anniki łączą się w jedno, wykonując powtórnie refren:
    -Lieb Vaterland magst ruhig sein, lieb Vaterland magst ruhig sein! Fest steht und treu die Wacht, die Wacht am Rhein!
    Krista zachęca gestem dziewczynę, by spróbowała zagrać wraz z nią. Już kiedyś ją przyłapała na tym, jak patrzy na fortepian, zauważyła jej zachwyt, a "Die Wacht am Rhein" można zagrać na cztery ręce - obojętne zresztą, kto to zagra, bylebym nie był to ja, kompletne beztalencie w tym zakresie.

    OdpowiedzUsuń
  25. Wysluchalem jej uważnie. To z lekka brzmiało jak szaleństwo. A z drugiej strony nie wiedziałem co mam z tym zrobić. Przecież nie powiem jej: "dobra, jesteś przyjęta. Z dowódca jesteś umówiona w tym dniu o godzinie takiej a w miejscu takim". Przecież ja jej nawet dobrze nie znałem. To, że uciekała przed łapanka wraz z nami wcale nie musiało oznaczać, że jest z nami. Mogła być przez kogoś podstawiona. To nie tak, że miałem do niej jakieś uprzedzenia. Tylko... Za dużo na tej wojnie widziałem. I swoje wiem.
    Spojrzałem na nią uważnie. Nie wyglądała na taką co by chciała mnie wystawić. Ale rozum mówił, aby to sprawdzić.
    - Zobaczę co da się zrobić. - Powiedziałem. - Dasz radę być tutaj za dwa dni o tej samej porze? - Zapytałem się dziewczyny. - Jeżeli coś się uda to postaram się zorganizować gdzieś jakieś spotkanie. Najpierw tylko muszę dowiedzieć się czy będą kogoś potrzebowali. A, i żadnych nazwisk. I jakby coś to się nie znamy. Tak, wiem. Brzmi to co najmniej absurdalnie, ale nie chcę ryzykować. - Uśmiechnalem się delikatnie w jej kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  26. (Zdrastwujcie, Jekaterino Michaiłowna. :D Czytałem z zapartym tchem Twój wątek z Matthiasem, teraz przychodzę zaproponować jakiś dramat, żeby zrównoważyć komedie, które będą się odstawiać w wątku z Martinem. :D Czy masz może jakiś pomysł? Ja się dostosuję.)

    OdpowiedzUsuń
  27. (Wpadłem na genialny pomysł, ale musimy to omówić na poczcie. Generalnie nawiążę do Twojego wątku z Matthiasem - za pozwoleniem jego autora i administracji, oczywiście! - i zrobimy tak, że Jekaterina będzie mogła dostać sporo informacji na temat przeszłości jej rodziny...ale już piszę resztę na mailu ;> Sprawdź pocztę możliwie najszybciej!)

    Tima Błagowieszczenski

    OdpowiedzUsuń