sobota, 4 czerwca 2016

Lubię tak czasami zamknąć oczy i zapomnieć o całym świecie.


Chciałbym, aby moja historia zaczynała się wśród zapachu pieczonych jabłek z cynamonem. Albo wśród woni świeżo ściętego świerku, na którym powieszono długie lizaki w kolorowych papierkach zamiast okrągłych bombek. Ale niestety nie można wszystkiego sobie z góry zaplanować.

I tak urodziłem się wśród zapachu grzybów i jesiennego lasu. Wśród woni żywicznego drzewa. Zabrakło tylko migoczącego srebrem strumyka w blasku poranka i świergoczących radośnie ptaków.

Od zawsze w domu pachniało chlebem. Dziadek był szanowanym piekarzem w mieście. Pamiętam, jak szedł dumnie z wysoko podniesioną głową, na którą zakładał zabawny, brązowy kaszkiet. I zawsze mnie chwalił. Nawet wtedy, kiedy uciekłem mu na drzewo w trakcie spaceru z przyjacielem. Powiedział mu wtedy: "Zobacz Lars, jak mój wnuk pięknie wspina się po tej lipie!"

Tamar była piękną, aczkolwiek chorowitą kobietą o długich płomiennych włosach. Z oczami niebieskimi jak ocean. Związała się z Danielem- mężczyzną rosłym, o piwnym spojrzeniu. Ale Daniel okazał się być leniem i hultajem. W sumie to na jedno wychodziło. Brał pieniądze z domowego budżetu i znikał hen daleko w świat na kilka tygodni. Wracał, gdy kasa się kończyła. Tamara pocieszała się wtedy, kiedy ten wyjeżdżał, myślą, że przynajmniej na jakiś czas zaoszczędzi sobie wstydu. Kiedyś nawet powiedziała: "Niech ten kaszalot nie wraca!". Ze wszystkich słów nie rozumiałem tylko tego "kaszalota". A gdy zapytałem co to takiego, odpowiedziała mi, "że jeżeli nie chcę dostać wciory, to lepiej, abym nie pytał." A, że byłem jednym z wielu dzieciaków, które za żadną cenę nie chciały posmakować paska rodziców na tyłku, to nie drążyłem już tego tematu.

A kilka tygodni później mama zachorowała. Wtedy już nie mieszkaliśmy u dziadków, tylko na przedmieściach Memmingen. Wiosną tam było tak zielono, że trudno to sobie wyobrazić. A w maju kwitły bzy. Mamę denerwowały trochę żółte mlecze. Sądzę, że być może dlatego, że kiedy tylko się je zerwało to kleiły się od nich palce.

Tak nie było w maju 1931 roku. Matka wraz z całą gruźlicą wycharczała ducha. Gdy zapytałem jej: "Mamo, a co teraz ze mną będzie?", odpowiedziała mi, że zaczynam pieprzyć zupełnie jak mój niedorobiony ojciec. Jak to rzekła: "Twój ojciec to jeleń. Nawet Daniel się nazywa.", po czym dodała, abym był dobrym człowiekiem, i skonała.

Trafiłem pod opiekę ojca i jego nowej narzeczonej Natashy. Natasha miała córkę Nadię, z którą nawet się polubiliśmy. Pani Filipowa była temperamentną Rosjanką, która przesiąkała wonią tanich papierosów i winem. A przynajmniej tak mi się wydaje, że to było wino. Poza tym kochała swój kraj i ubolewała nad tym, że nie może tam być. Kiedyś zapytaliśmy ją z Nadią o powód niemożności powrotu do ZSRR. Ale sprała nas równo. Kiedyś modliłem się, aby ta kobieta umarła. Żeby przyszła t baba w czarnej szubie i z kosą pod pachą. Ale zamiast tego dostałem jakieś ulotki, które miałem poroznosić. Więc roznosiłem.

Określenie, że w szkole "miałem przerąbane" było zbyt delikatne. Wychowawcy mnie nie znosili. "Koledzy" urządzali takie "zabawy", gdzie to właśnie ja obrywałem najwięcej. I to praktycznie za nic. Dla nich nigdy nie byłem "Cesarem". Dla nich zawsze byłem "Rudy".

Kiedy oni siłowali się na boisku, ja czmychałem do miejskiej biblioteki. Lubiłem to miejsce i tamtejszych ludzi. Zapach książek zawsze mnie fascynował. Uwielbiałem się nim upajać do nieprzytomności. Był jak najlepszy narkotyk dla narkomana. Jak najlepszy samogon w kolekcji Natashy. Jak as pik w pokerowej talii. I tak siedziałem tam i czytałem książki. Spędzałem tam tyle czasu, ile tylko chciałem.

Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy poznałem mojego najlepszego przyjaciela- Otta.

Tuż przed wyjściem dostałem od ojca kolejny plik ulotek, z przykazaniem, abym je porozdawał innym, ale tak, aby te nie trafiły w ręce przełożonych.

"Ulotkowy biznes" szedł mi całkiem nieźle. Ojciec co rusz dawał mi za to jakieś drobniaki. A ja kupowałem za nie tony długich lizaków w kolorowych papierkach w "Zuker und Millis".

Ale tego dnia, gdzieś przesiałem ulotki "z najprawdziwszą prawdą", jak to mawiał Daniel. Jak ja się wystraszyłem! A jeszcze bardziej, gdy znalazł je przełożony. I wtedy Otto wstawił się za mnie. Wziął całą winę na siebie. Że to niby on dał mi te ulotki. Aż mi było głupio i wstyd za to. Wtedy też poszliśmy na wagary. Nie wiem jak to było w przypadku Otta, ale to były moje pierwsze.

Tak samo jak Otto, bałem się wracać do domu. Najpierw szwędaliśmy się po mieście. A później zaprowadziłem go do biblioteki. Przywieziono wtedy nowe egzemplarze książek...

W 1939 roku nastąpiła wojna. Cały świat stanął w ogniu. A my znajdowaliśmy się w samym środku tego oka cyklonu. W radiu marki Sigma Hitler trzeszczał, że mamy walczyć i umierać za nasz kraj, za naszą chwałę i za coś tam jeszcze, ale nie wiedziałem za co, bo radio prychnęło, trzasnęło i wyzionęło swojego elektronicznego ducha.

A później, kiedy już większość chciała tak dzielnie "walczyć i umierać", to się okazało, że "walczymy i umieramy" tylko po to, aby tym na górze przyznawano awanse i ordery. Żeby ich chwalono. I już nie "walczyliśmy i umieraliśmy" za nasze domy, rodziny, matki i kogo kto tam jeszcze miał w rodzinie, tylko za interesy wodza, który zaczynał popełniać błędy.

"Kij mu w oko i zgiń pomiocie czarta!", tak mu życzyłem w myślach na Sylwestra, któregoś tam roku. Przez tego idiotę nie mogłem czytać w spokoju wierszy Achmatowej!

Czasami śni mi się leśna polana z trawą do pasa i wysokimi, rozłożystymi gałęziami. Na jednej z nich siedzę ja i czytam książki. Są chyba o miłości, bo dużo w nich perfum i emocji, po poprzedniej właścicielce. Czytam je mojemu przyjacielowi.

Ale wiem, że to tylko sen. Zaraz budzę się w szarej zmasakrowanej rzeczywistości. Wiem, że tak się nie stanie. Tak nigdy nie będzie. Póki światem rządzi wojna. Kiedy człowiek patrzy na drugiego człowieka wilkiem. Kiedy mają ciebie za szaleńca.

Gdy przytykają ci lufę naładowanego pistoletu do pleców...

... i mówią ci jak masz żyć, według ich zakazów i nakazów
.



Cesare Neumann || 23 września 1920 || urodzony w Memmingen || od czerwca 1931 roku Hamburg || szeregowy w Wehrmachcie Abwehrze || syndrom Piotrusia Pana || odmienne poglądy niż u kolegów po fachu || metr osiemdziesiąt z rudą czupryną w artystycznym nieładzie na wierzchu || "małe-wielkie" tajemnice z Elsą Aretz, szesnastoletnią Niemką uratowaną przez niego w Polsce w październiku zeszłego roku || zakazany owoc smakuje najlepiej || od 1939 - 1940 służba w Warszawie || 1941 rok przymusowy pobyt w obozie we Frankfurcie nad Menem || dzięki staraniom porucznika Rossa ponownie przerzucony do Warszawy w 1942 roku ||

[Wracam z Rudym Cesarem. Na razie tylko KP, później reszta. Wątki chodźcie tu do mnie. Powiązania także! Marco Reus na zdjęciu. Istnieje możliwość kontynuacji wątków z poprzedniej odsłony bloga.]

199 komentarzy:

  1. [Z największą przyjemnością.Tylko nie wiem w co można by ich uwikłać.]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  2. (Witam Cesare'a! Już widzę ten piękny wątek z Alexandrem - poważny i opanowany hrabia dostawałby z nim...no. XD Tylko musiałabyś zacząć, bo ja w ogóle nie mam weny ;-; )

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  3. [Bardzo lubiłam Cesare'a, więc ogromnie się cieszę, że znowu go prowadzisz :D
    Tak sobie myślę a'propos wątku... Pamiętasz wątek grupowy z Cesarem z poprzedniej odsłony? Uznajesz, że to miało miejsce, czy czy że tego nie było? Bo jeżeli było, to kusi mnie, żeby się spotkali jakiś rok po tamtym. Co ty na to?]

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłem wściekły. Na Wernitza, na Kocha, na wszystkich, nawet na tego idiotę Reutera. Czy ja zawsze muszę zajmować się robotą kontrwywiadu i SD? Przecież jestem oficerem Abwehry, oficerem wywiadu wojskowego, powinienem działać w terenie, swoje siatki rozwijać… a nie tkwić za biurkiem i szukać wyimaginowanych szpiegów. Przecież to niedorzeczne. Pokiwałem głową czytając akta podejrzanego… no to jest po prostu szczyt szczytów. W życiu takiego bezpłciowego szpiega nie widziałem.
    - Panie majorze przyszedł Schultze Neumann.- powiedziała Anna. Uśmiechnąłem się do niej nikle, a ona nieco onieśmielona odwzajemniła uśmiech.
    - Poproś go. I jeśli zjawi się Glass, to poproś aby poczekał.- poleciłem po czym znowu zanurkowałem w papierach. Pokiwałem po raz kolejny tego dnia głową. Usłyszałem jak ktoś niepewnie stąpa w podkutych butach.
    - Proszę siadać panie Neumann.-powiedziałem po czym wskazałem na krzesło stojące po drugiej stronie biurka. Nie kwapiłem się aby chociaż na chwilę podnieść wzrok znad akt. Jednakże po chwili spojrzałem na „baranka” prowadzonego na rzeź. Nie miałem zamiaru, aby to przesłuchanie było typowym przesłuchaniem. Chciałem zapewnić jak najlepszą atmosferę.
    - Napije się pan czegoś?- zapytałem szeregowego. Mówiłem przyjaznym głosem i nie miałem zamiaru zmieniać tonu wypowiedzi .- Nazywam się Rommel. Major Martin Rommel.- przedstawiłem się, bo tego wymagała kultura.- Proszę się nie denerwować, nie mam zamiaru pana zastrzelić, ani nic podobnego.- na razie nie chciałem przedstawiać prawdziwego powodu rozmowy.

    [Przepraszam, że o niczym. Poprawię się.]
    Martin

    OdpowiedzUsuń
  5. Wstałem i poprosiłem Annę o mocną herbatę. Sam wolałem pozostać przy najzwyklejszej wodzie. Uśmiechnąłem się słabo w stronę szeregowego, kiedy wróciłem na miejsce i zamknąłem teczkę z aktami.
    - Proszę się nie denerwować.- odezwałem się tonem spokojnym – Sam nie wiem jak miałbym ugryźć tą całą sprawę.- przez moment zastanawiałem się jak by to ładnie ubrać w słowa, jak wyjaśnić powód wezwania. Abwehra chce abym wszystko załatwił najdelikatniej na świecie. Na szczęście z kłopotu natychmiastowej odpowiedzi wybawiła mnie moja sekretarka, która postawiła przed szeregowym herbatę oraz cukierniczkę. Uśmiechnąłem się nikle w jej stronę i podziękowałem.
    - Powiedzmy, panie Neumann, że dowództwo przyczepiło się do czegoś… do czego nie mogę w tej chwili powiedzieć.- przybrałem najbardziej niewinny ton na jaki mnie było stać. Przeczytałem sobie co nieco na temat siedzącego przede mną szeregowego.
    - Kim dla pana jest Elsa Artez?- zapytałem. Nie miałem zamiaru odwlekać pytań w czasie, jednakże chciałem zadać kilka pytań kontrolnych.
    - Jak długo zna pan Obergefraitera Wartenburga?- poprawiłem się w fotelu. Uśmiechnąłem się zachęcająco w jego stronę. Czy ja wyglądałem jak taki straszny Gestapowiec? Albo jak SSman? Chyba raczej nie.
    - Interesuje mnie jeszcze sprawa odnośnie pańskich… „skłonności homoseksualnych”. A właściwie to jak pan się ustosunkowuje do zarzutów. Wiem, że sprawa została zakończona, ale jednak to mnie ciekawi.- pytania nie były powiązane ze sobą i o to mi chodziło. Trzy zupełnie różniące się od siebie pytania. Widziałem, że chłopak jest jednym wielkim kłębkiem nerwów, jednakże chciałem zobaczyć, jak zachowuje się w momencie kłamstwa. Skrzyżowałem ręce na piersi i począłem słuchać Neumanna. Nie miałem zamiaru go tutaj zbyt długo trzymać, chciałem jak najszybciej skończyć to wszystko. Albo przekazałbym sprawę Wernitzowi…ale przecież Hermann nie zajmuje się takimi sprawami. Westchnąłem cicho. Powoli obmyślałem ciąg dalszy pytań.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  6. Pierwsze pytanie puściłem obok uszu. Nie miałem na razie zamiaru odpowiadać na nie. Uśmiechnąłem się cynicznie.
    -Ależ skąd. Szczęścia życzę.- powiedziałem patrząc wprost na szeregowego. Jak wcześniej lekko się uśmiechałem tak teraz twarz pozostawała bez wyrazu.
    - Gdyby stał tutaj mój znajomy z pewnej formacji natychmiast wtrąciłby się i powiedział, że oni nie robią pomyłek, ja jestem jednakże podobnego zdania.- wypowiedź brzmiała jakby była wykuta na blachę.- Frankfurt… osobiście uważam, że to miasto na kolana nie rzuca.- zamyśliłem się lekko. Oczami wyobraźni widziałem, jak miasto płonie, jak budynki się walą…mimo wszystko nadal przyglądałem się szeregowcowi, takim beznamiętnym spojrzeniem.
    - Powiedzmy, ze kilka osób w Wehrmachcie jest zdania, że powinno się pana zamknąć, chociażby dla zasady…- zdecydowałem się przemówić w końcu. Mówiłem beznamiętnym tonem, spojrzenie profesjonalisty.- Tutaj chodzi głównie o kogoś z pańskiej rodziny… o pana macochę. To rodzina tylko na papierze, jednakże nie interesują mnie zbytnio koligację.- chciałem wyciągnąć papierosa i go zapalić, tak dla lepszego efektu. Jednakże zrezygnowałem z tego.
    - Nie będę ukrywał, że pani Filipowa spędza sen z powiek dowództwu i ubrali mnie w najdurniejszą rzecz jaką mogli wymyślić . Powinien pan rozmawiać teraz z oficerem SD , a nie z oficerem Abwehry…- jeszcze nie przechodziłem do meritum sprawy, jednakże dla mnie było jasne jak słońce, że Schultze jest niewinny. Dla mnie wygląda jak zwykła ofiara losu a nie jak szpieg.
    - Ale cóż… chyba woli pan rozmawiać ze mną, bez bicia i przemocy… Bo w przypadku „rozmowy” z SD tak miło już by nie było.- powiedziałem.- Ale przejdźmy do niejakich konkretów. Otóż, kiedy pan ostatnio się widział z Macochą i swoją siostrą?- Spojrzałem na niego uważnie. Jakbym chciał wychwycić najdrobniejsze drgnięcie mięśnia, które zaprzeczy temu wszystkiemu co on mówi.
    - Jak dobrze mówi pan po rosyjsku?- zapytałem. Niektórzy mogliby nazwać to zbytnią ciekawością, a inni swoistym kolejnym pytaniem pozbawionym sensu, pytaniem, które nie powinno paść podczas przesłuchania.

    OdpowiedzUsuń
  7. - No tak… nie najlepiej chwalić się znajomością rosyjskiego… szczególnie w takich czasach.- powiedziałem. Mnie co prawda znajomość języków pomagała. Jednak z doświadczenia wiedziałem, że dowództwo czasami nie najlepiej traktuje tych co potrafią dobrze mówić w języku wroga. W szczególności jeśli jest się zwykłym szarym szeregowym.- Chociaż… czy ja wiem?- zastanawiałem się głośno.- Potrzebny mi jest ktoś, kto mówi po rosyjsku. Ale skoro woli pan…hmmm…nie afiszować się znajomością tego języka to no cóż…rozumiem. Tak przynajmniej zrozumiałem z pańskiej wypowiedzi.- oznajmiłem ze spokojem. Przetarłem twarz ręką i uśmiechnąłem się szczerze do siedzącego naprzeciwko mnie rudzielca. Wstałem ze swojego miejsca i stanąłem przy oknie, które wychodziło na jedną z ulic Warszawy. Cicho westchnąłem podziwiając ulicę stolicy.
    - A polski? Jak sobie pan radzi z polskim? Nie chodzi mi o to, czy mówi pan bezbłędnie, ale czy rozumie pan chociaż piąte przez dziesiąte tego języka.- powiedziałem lekko obracając głowę w jego stronę. Głos miałem spokojny. Zastanawiałem się, czy schultze Neumann naprawdę jest homoseksualistą. Mówił co prawda, ze jest z Elzą Artez, ale ja zbyt długo jestem w tej robocie aby uwierzyć w takie brednie. Ciekawość podsycało jeszcze nagłe odesłanie z Frankfurtu. Kto za rudzielcem się wstawił? Może bym go pośledził przez jakiś czas? Albo nie… mam inny pomysł. Zbliżyłem się do niego i delikatnie położyłem rękę na ramieniu, przypomniało mi się, że i Celina i Rita, Renate też zawsze uwielbiały jak byłem taki delikatny oraz czuły. Powstrzymałem cisnący się na usta uśmiech.
    - To jak? Zechciałby mi pan pomóc w kilku sprawach?- zapytałem lekko ściszonym głosem. Nadal nie zdejmowałem ręki z jego ramienia.

    OdpowiedzUsuń
  8. - Pardon.- powiedziałem po czym zabrałem rękę.- Przyzwyczajenie.
    Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć do pomieszczenia wpadł Hazerski.
    - Panie majorze meldują, że ten debil Glass…- powiedział po śląsku nie bawiąc się w żadne powitania. Dobrze, że pamiętał, że takie „Heil Hitler” mnie denerwują i że nie wymagam tego od swoich poddanych.
    - Gustaw ja cię proszę…mów ty do mnie po niemiecku, bo później przez pół dnia będę mówił gwarą.- powiedziałem dla odmiany po niemiecku.
    - Prosiłeś Glassa aby znalazł ci kogoś do pomocy, przy tych rosyjskich aktach, prawda?- pokiwałem twierdząco głową.- No, to ten idiota nie znalazł nikogo…to znaczy znalazł…ale stwierdzili, że…- przez chwilę zastanawiał się co ma powiedzieć i zobaczył też siedzącego na krześle rudego szeregowca.
    - Mów Gustaw. Chodziło o to, że jak usłyszeli, że ze mną, to nikt nie był chętny?
    - Otóż to.- powiedział.
    - Boże trzymaj mnie bo nie wytrzymie!- powiedziałem po czym wzniosłem oczy ku górze.- Co oni myślą? Że ich kurwa w najbliższych krzakach zgwałcę? Czy, że przez omyłkę ich zastrzelę z łuku brwiowego?- zapytałem. Przygryzłem w zamyśleniu wargę.- Hazerski wyjdź, jakoś to ogarnę.- powiedziałem w końcu ściszonym głosem, można było usłyszeć lekkie zawiedzenie całą tą sytuacją. Usiadłem z powrotem za biurkiem po czym oparłem czoło o ręce położone jak do modlitwy. Czekało mnie samodzielne grzebanie w aktach zapisanych cyrylicą. Przez chwilę milczałem, aż w końcu przypomniało mi się, że szeregowy nadal tutaj siedzi i czeka.
    Podniosłem na niego wzrok, po czym powiedziałem spokojnym tonem:
    - Może pan iść. Jest pan wolny.
    *****
    Przez pół nocy siedziałem nad tymi aktami. Obudziłem się leżąc na swoim biurku pod wpływem czyjegoś dotyku. Powoli podniosłem głowę.
    - Co się stało?- niemalże natychmiast wypaliłem.

    OdpowiedzUsuń
  9. Po chwili zorientowałem się, że przede mną stoi szeregowy Neumann. Zamrugałem szybko i przetarłem dłonią zaspaną twarz.
    - Ale ja czegoś tutaj nie rozumiem…- powiedziałem spokojnym tonem. – Po pierwsze kto panu to zrobił? I dlaczego przychodzi pan ze skargą do mnie?- zapytałem jakby z wyrzutem. Siedziałem całą noc i pół dnia nad tymi aktami, nikomu nie wydawałem rozkazów odnośnie szeregowca.
    - Ja rozumiem, że ktoś mógł panu powiedzieć, że jestem największym skurwysynem w Warszawie, ale to nie moja sprawka, z tego co wiem , to są to metody Gestapo. A nie moje.- próbowałem jakoś załagodzić sytuację Powoli wstałem z miejsca. Nie obyło się przy tym bez cicho wypowiedzianego „o, kurwa”, w szczególności, kiedy wszystkie kości powróciły na swoje właściwe miejsce. A to oznajmiło mi nieprzyjemne chrupnięcie. Już nigdy więcej nie będę zarywał w taki sposób nocki, nawet teraz zamiast mroczków przed oczami widzę cyrylicę. Zgasiłem stojącą na biurku lampkę, która oświetlała blat z aktami. Cicho westchnąłem i zastanawiałem się, co mam zrobić z rudzielcem, mógłbym go spławić, jednakże nie wypadało. Przetarłem twarz, na której pojawił się już lekki zarost.
    Podniosłem słuchawkę telefonu i wykręciłem odpowiedni numer.
    - Gustaw zbieraj cały oddział. Nie interesuje mnie to, że jeden z drugim poszli po fajki, albo, że pastują buty generałowi. Mają wszyscy być za dziesięć minut w moim gabinecie.- powiedziałem po czym się rozłączyłem.
    - Będzie pan w stanie ich rozpoznać? Wyciągnę odpowiedne konsekwencje.- powiedziałem do szeregowego.- A może pamięta pan jakieś nazwiska?- zapytałem. Bo to też była jakaś opcja.
    Jeśli rozpozna kogoś ode mnie to zjebię ich na czym świat stoi. Po prostu doprowadzili mnie do białej gorączki i febry. Po chwili zjawiło się dziesięć osób: Gustaw Hazerski, Ludwik Glass, Hans Lübow, Ernst Fischer, Michał Braun, Kurt Schultz, Thomas Engel, Edward Kot, Bronek Cieślik i Janek Kasza.
    - Czy to któryś z nich?- zapytałem rudego szeregowego i splotłem ręce na piersi. W oczach obojętność zastąpiło w najczystszej postaci wkurwienie. Lustrowałem wzrokiem moich podwładnych, a oni, każdy bez wyjątku lekko spuścił wzrok. Nawet gdyby byli niewinni, to zapewne potulnie się skulili i przeczekali aż pan major ochłonie.

    OdpowiedzUsuń
  10. - Glass, Braun, Kot i Kasza wystąp.- powiedziałem i obserwowałem jak czwórka winowajców występuje dwa kroki przed szereg.- Wytłumaczcie mi co się tutaj wyczynia. Mam nadzieję, że macie dobre wytłumaczenie.- powiedziałem z chęcią mordu w oczach. Oparłem się lekko o biurko i skrzyżowałem ręce na piersi.
    - Bo panie majorze my… no…- zaczął Braun koślawo.
    - Martin chodzi o to, że myśmy nie wiedzieli, że ty nie wiesz.- wpadł mu w słowo Kot. Na te słowa uniosłem pytająco brew.- No bo Glass nam powiedział, że taki dostał rozkaz od ciebie i…no…
    - Bo to tak, że powiedział mi to jakiś oficer, że niby ty tak mówiłeś… a ja myślałem, że sobie jesteś w domu i odsypiasz…i nie chciałem niepokoić…
    - A wy kurwa, co?! Słuchacie się rozkazów od innych oficerów?! Wykonujecie moje rozkazy, verstechen?!
    - Ale to nie jest tak majorze. Przekazano nam tylko, że niby od pana…- wtrącił się Braun
    - Czy kiedykolwiek przekazywałem przez kogoś rozkazy o tak nieludzkiej porze? No, nie licząc Hazerskiego.- odpowiedziało mi chóralnie „nie”- No właśnie, to powinno wam dać do myślenia. Kara was nie ominie…a tak właściwie to kto wam przekazał ten rozkaz? Wernitz?
    - Nie. Jakiś oficer Gestapo. Nie znam go z nazwiska, jest nowy, z tego co wiem to jakoś w maju przyjechał, taki z wąsem a’la Führer. Siwy taki, wysoki…- widząc że nie zbytnio kojarzę dodał- abstynent lubiący cygara.
    - A ten! Już wiem, który. Porozmawiam z nim sobie.- powiedziałem.- Odmaszerować! Wszyscy.
    Ze zmęczenia opadłem na biurko i spojrzałem zmęczonym wzrokiem na szeregowego. Czułem się zażenowany nieodpowiedzialnością moich ludzi, a także całą tą sytuacją.
    - Najmocniej przepraszam za nich.- wydusiłem w końcu z siebie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Po chwili do mnie dotarło co powiedział. „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego! Że też wcześniej na to nie wpadłem!
    - „Zbrodnia i kara”…-pokiwałem nieprzytomnie głową.- Widocznie godzina pierwsza w nocy nie sprzyja myśleniu.- powiedziałem uśmiechając się.- A odnośnie błędów to… jedyne czym mogę się usprawiedliwić to późną godziną i tym, ze dawno nie pisałem po rosyjsku.- powiedziałem i odwróciłem głowę w stronę rudzielca. Uśmiechnąłem się do niego. Mam nadzieję, że nie wyglądało to tragicznie w moim wykonaniu, w szczególności, że wyglądałem obecnie tragicznie.
    - Naprawdę pan nie chciałby mi pomóc?- zapytałem- Widać, ze zna się pan na tym. Ja muszę przyznać, że rosyjska literatura u mnie kuleje i wychodzi na to, że język też.- powiedziałem lekko rozbawiony tym wszystkim. Złości można było teraz ze świecą szukać.- Albo po prostu będę musiał w przeciągu dnia pracować…jednak kto tych moich ludzi upilnuje?- zapytałem ni to siebie ni to jego.- Czasem mam wrażenie, ze mój pies ma więcej rozumu.- wyznałem. To nie tak, że im ubliżałem, czy coś. Po prostu stwierdziłem fakt.
    - Z tego co wiem to „Zbrodnia i kara” w polskim przekładzie też jest całkiem dobra. Ciekawe czy gdzieś jeszcze natrafię na takie smaczki.- powiedziałem po czym znowu usiadłem za biurkiem. Cicho westchnąłem.
    - Wie pan panie Neumann…ma pan dobrą głowę…szkoda byłoby zmarnować to…jako zwykły szeregowy za daleko pan nie zajedzie, a i życie takie krócej trwa.-powiedziałem. Po czym wyciągnąłem z szuflady masywnego biurka plik kartek, które zaraz znalazły się na blacie.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Ok. I dzięki za zaczęcie. Zwłaszcza, że ja się zabierałam do odpisów jak sójka za morze ;) Odpisuję krótko, co by nie lać wody – zobaczymy, co będzie.]

    Pojawiam się dzień wcześniej, niż się umawialiśmy. Po dochodzeniu, przy którym pomagałem gestapo, nieco chętniej dają mi przepustki. Nie mam w Warszawie rodziny, przyjaciół też prawie nie mam, więc raz na jakiś czas przychodzę tutaj. Elsie pewnie przyda się pomoc. Jakiś czas temu wspomniała, że kran w kuchni się popsuł, miałem zobaczyć, czy dam radę go naprawić.
    - Cześć, Elsa. Coś się stało? – pytam z niepokojem, bo widzę na jej twarzy łzy. – Mogę wejść? Dostałem przepustkę, więc pomyślałem, że przyjdę wcześniej, ale jeżeli przeszkadzam… - urywam. Zauważam, że w środku ktoś jest. Światło pada na jego twarz. Rozpoznaję Cesare’a. Wojskowy plecak zsuwa mi się z ramienia. Nie poprawiam go. Stoję jak zamurowany.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  13. - Polemizowałbym… mój znajomy nazwał swojego psa „Słownik”, dalej chyba nie muszę kończyć.- powiedziałem z lekkim uśmiechem na ustach.- A jeśli chodzi o Curta Kehla to mogę z nim pomówić.- powiedziałem spokojnie. Przeszedłem do okna i je otworzyłem. Należało wpuścić do gabinetu trochę świeżego powietrza.
    - Jeśli mam być szczery, to mnie też nie zależy na awansach ani odznaczeniach.- powiedział facet w stopniu majora z krzyżem rycerskim krzyża żelaznego, odznaką za rany oraz medalem zasługi wojennej.- Ale nie o to chodzi w tym momencie, widział pan moich ludzi. Jest ich tylko dziesięciu, kiedyś było trzynastu od momentu śmierci trzech z nich nikt nie był w stanie zasilić szeregów tej grupy. Oni są swoistą elitą, a to że są roztrzepani, to już zupełnie inna sprawa. – powiedziałem szczerze.- Dostrzegam w panu potencjał, jest pan jak nieoszlifowany diament.- wyszperałem z pliku kartek odpowiedni druczek, po czym przekazałem go rudzielcowi.
    - To? Jeśli pan się namyśli to proszę się podpisać w przeznaczonym do tego miejscu. Jest to druczek o tymczasowe przeniesienie, w razie gdyby panu coś nie odpowiadało to może pan wrócić do jednostki Kehla.- wyjaśniłem.- Tylko muszę ostrzec, że działa to tylko i wyłącznie w jedną stronę. Nie daję panu jakiegoś terminu, może pan to podpisać teraz, za tydzień…miesiąc…pół roku. Może pan to też potargać na strzępy, jednakże będzie to równoznaczne z tym, że pan nie trafi do tejże grupy. Dlatego proszę o przemyślaną decyzję.- westchnąłem cicho. Po czym usiadłem za biurkiem.
    - Na co pan czeka? Nie chce pan wyjaśnić niczego swojej narzeczonej?- zapytałem i spoglądałem na niego.- Proszę przeprosić ją w moim imieniu i imieniu całej grupy.

    OdpowiedzUsuń
  14. Poczekałem aż wyjdzie i zabrałem się do przerwanej snem pracy. Zastanawiałem się ile mi zajmie przestudiowanie tego wszystkiego.
    *****
    Istnieje możliwość, że zwalę na kogoś tą całą pracę, pytanie tylko brzmi: „kiedy”? Wychodzi na to, że nawet czasu na spanie nie mam. Świetnie po prostu świetnie. Pułkownik Koch poprosił mnie abym porobił dzisiaj za szofera, bo jego się rozchorował, a do mnie ma niejakie zaufanie. Cóż… facet wiele dla mnie zrobił, nie miałem serca mu odmówić.
    Podjechałem świeżo umytym Mercedesem pod gmach SS. Pułkownik miał jakieś spotkanie z jakimś porucznikiem SS. Nie wnikałem o co chodziło, nie mnie było komentować.
    Zajechałem pod gmach Abwehry. Wysiałem z samochodu, i trochę w tyle przysłuchiwałem się rozmowy pułkownika Kocha z porucznikiem SS Rossem. Nie wiem dlaczego ale spojrzałem się w lewo. Zobaczyłem mężczyznę składającego się do strzału, celował w rozmawiających. Niewiele myśląc Wbiegłem na linię strzału i osłoniłem pułkownika, a porucznika odepchnąłem.
    Usłyszałem strzał, później drugi. Zobaczyłem jak zamachowiec upada, odwróciłem się w stronę oficerów, chciałem coś powiedzieć ale z ust pociekła mi krew. Dotknąłem się w okolice brzucha, wyczułem coś ciepłego…krew. Osunąłem się na ziemię.
    - Boże! Rommel! Patrz na mnie chłopie, nie zasypiaj mi tu teraz!- mówił do mnie Koch i przy pomocy chusteczki dociskał moją ranę. Przywołał kogoś jakiegoś żołnierza… dlaczego się zdziwiłem rozpoznając tak charakterystyczną rudą czuprynę?
    - Pomóż mi go przenieść do samochodu.- rozkazał chłopakowi, po czym podniósł mnie z lekkimi trudami. Kątem oka zobaczyłem jak porucznik przyciska swoją rękę do siebie. Chyba ją złamał albo zwichnął. Wtoczyli mnie na tylnie siedzenia, sam Koch usiadł za kółkiem, porucznik obok niego.
    - Młody siadaj obok niego i dociskaj ranę, bo inaczej nam się wykrwawi.- powiedział Koch, po czym kiedy Cesare wsiadł ruszył z piskiem opon.- Trzymaj się Martin…- powiedział przez zaciśnięte zęby. Jednak usłyszałem w jego głosie troskę o mnie. Zawsze mnie to dziwiło, że traktował mnie prawie jak syna…niektórzy byli zdziwieni, że się dogadywaliśmy, byliśmy na niemalże przyjacielskiej stopie.

    [Pozwoliłem sobie wpleść coś takiego :) Mam nadzieję, że może być.]
    Martin

    OdpowiedzUsuń
  15. Szumi mi w głowie. To dziwne. Nie widziałem go przez rok. Myślałem, bałem się, że go więcej nie zobaczę. Że zginie, częściowo przeze mnie. Wtedy, gdy padły zarzuty pod jego adresem, nie postawiłem się. Nie zaprotestowałem.
    Jeszcze rok temu był moim najlepszym przyjacielem. Najbliższym.
    To się zmieniło..?
    „Dobrze cię widzieć całego i zdrowego”. Mnie.
    On uratował mi życie, ufał, a ja… Ja okazałem się lojalistą podszytym tchórzem. Nie pomogłem mu. Nawet listu do niego nie napisałem.
    Bałem się..? Czy z przekonania?
    Nie odpowiadam. Cesare zachowywał się jak nie on. Tak… poważnie. Zmienił się? Myśli, że mam coś wspólnego z tym, że trafił do Frankfurtu? Wtedy, w drodze do szpitala…
    Mam gulę w gardle. Dopiero, kiedy do mnie podchodzi, rzuca to swoje „halo, tu ziemia do ciebie”, coś we mnie pęka. Obejmuję go, mocno, jak kogoś drogiego, kogo o mały włos nie straciłem. Puszczam go dopiero po dłuższej chwili.
    Zamykam otwarte do tej pory drzwi. Rzucam ten cholerny plecak na podłogę. W mundurze wyglądam nie na miejscu, jakbym przyszedł zrobić rewizję. Albo kogoś zabrać.
    Chcę mu powiedzieć, że tęskniłem. Że cały czas miałem nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. Że mi go brakowało.
    Nie umiem. Emocje odbierają mi głos, więc milczę, a potem dziękuję za tę kawę, prawdziwą, dobrą kawę, która przecież nic nie znaczy. Próbuje się przemóc. Odezwać, jak na normalnego człowieka przystało.
    - Cesare, ja… - głos więźnie mi w gardle. Kryję twarz w dłoniach. Czuję się szczęśliwy i winny jednocześnie.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  16. Czułem jak Cesare przyciska ręce do mojej rany. Mimowolnie oparłem głowę o jego ramię.
    - Jak porucznika ręka?- zapytałem słabym głosem.- Ja przepraszam, nie miałem zamiaru tak jej uszkodzić.-wybełkotałem, kiedy zatrzymaliśmy się przed szpitalem, wojskowym szpitalem.
    Przenieśli mnie na nosze, coś mówili, ale do mnie nie docierało.
    ****
    Pułkownik Koch oznajmił po przeniesieniu Rommla na salę operacyjną, że nigdzie się stąd nie rusza. Nie miał zamiaru zostawiać swojego najbliższego współpracownika w tym miejscu. Zadzwonił po jakiegoś podoficera, aby przyjechał po porucznika SS. Jednak ten na razie odmówił. Widać było, że ciekawy był, kim był ten major, który i jemu uratował życie spychając z linii strzału.
    Operacja się trochę przedłużała. Przy sali czekał pułkownik palący kolejnego papierosa, porucznik SS, który miał rękę na temblaku i rudy chłopak.
    - Co to za major? Czy to ktoś z pańskiej rodziny?- zapytał w końcu porucznik- Obchodzili się z nim niemal jak z jajkiem.
    - Nie, nie jesteśmy rodziną. To bratanek generała Rommla.- odpowiedział Koch wypuszczając kłąb szarego dymu- Jeśli zależy panu, aby znać chociaż kilku ważniejszych oficerów w Warszawie to on jest jednym z takich.- powiedział, wyglądał jakby chciał coś jeszcze dodać, ale wtedy wyszedł lekarz operujący majora.
    - Będzie żył. Pułkowniku, proszę przekazać Rommlowi, że trzeci raz już go składam i nie mam zamiaru składać po raz kolejny w pierwszy dzień dyżuru w nowym miejscu.- powiedział lekarz po czym przeszedł dalej.

    OdpowiedzUsuń
  17. - Cieszę się, że się zgodziłeś.- powiedziałem. Mimo wszystko byłem zmęczony i nie najlepiej się czułem.- Jak się czuję? Jakby ktoś mnie postrzelił w brzuch.- zaśmiałem się, jednak zaraz skrzywiłem się z bólu.- Nie mogę się śmiać przez jakiś czas. Bo oto są efekty śmiechu w moim wykonaniu.- powiedziałem odnośnie skrzywienia się z bólu.
    - I proszę, kiedy jesteśmy sami, albo w oddziale to nie tytułuj mnie majorem…dziwnie się wtedy czuję.- powiedziałem.- Zwracaj się do mnie jak każdy z mojej grupy. Martin, po prostu Martin.- lekko podniosłem się na łokciu i wskazałem krzesło stojące obok łóżka.
    - Siadaj. I powiedz mi, czy wiesz jak bardzo uszkodziłem tego porucznika?- zapytałem po czym znowu się położyłem.- Przepraszam, że tak, ale powinienem leżeć cały czas, przynajmniej dzisiaj dopóki szwy są świeże.- wyjaśniłem. Miałem nadzieję, że nie będzie mi miał tego za złe. Spojrzałem na niego, chciałem o coś zapytać…ale może nie teraz.
    - Mam nadzieję, że nie będziesz mi miał tego za złe jeśli przeczytam te papiery jutro. Byłoby mi to na rękę, dzisiaj ledwo mówię.- głos nadal miałem słaby i może o kilka decybeli głośniejszy od szeptu.- Ale jeśli chcesz to możesz coś o sobie opowiedzieć, wolałbym wiedzieć z kim przychodzi mi służyć. Nie chodzi mi o to gdzie służyłeś, czy gdzie się uczyłeś, bo to przeczytam w aktach.- wyjaśniłem aby obyło się bez nieporozumień.

    OdpowiedzUsuń
  18. - Taaak… Jak to mawiał mój dziadek: „Jak boli to znaczy, że żyjesz, więc nie marudź.”- uśmiechnąłem się.- No cóż…najwidoczniej tak musi być. Najwidoczniej to sygnał, że czas przestać sobie żartować i być w końcu poważnym oficerem.
    - Jeśli możesz, to przekaż Rossowi moje ubolewanie nad tym, ja naprawdę nie chciałem, ale chyba lepiej aby miał tylko skręconą rękę, a nie leżał w szpitalu z raną postrzałową, prawda?- zapytałem.- No tak… moi ludzie coś wiedzą na temat przekleństw z mojej strony… i niekiedy na wszelki wypadek ostrzegają innych przede mną. Wypominają mi przy każdej możliwej okazji mój „rekord”. – przetarłem dłonią twarz.- Oczywiście. Rozumiem, nie mam tego za złe. Ja natomiast od czasu do czasu mogę być „niedysponowany”. Kac morderca i te sprawy.- sprecyzowałem. Uśmiechnąłem się.- A właśnie, pijesz?- zapytałem, z ciekawości.
    - Opowiedz skąd pochodzisz, co lubisz robić, co chciałbyś kiedyś zrobić. Co chcesz.- powiedziałem.- Nie interesuje mnie to co jest zapisane w aktach. One potrafią niekiedy nieźle namieszać. – westchnąłem cicho. Coś na ten temat wiedziałem. Ludzie potrafią krzywo patrzeć ze względu, na to, że kiedyś toczyło się wobec ciebie jakieś postępowanie. Co z tego, że sprawę umorzono? I tak przez jakiś czas w ludzkiej świadomości jesteś winny.- Wiesz… przeciwko mnie też kiedyś toczyło się postępowanie.- spojrzałem na niego, chyba go zainteresowałem.- Ale nie powiem ci teraz o co chodziło…kiedyś owszem, ale nie teraz. Bo się jeszcze uprzedzisz do mnie…- powiedziałem pół żartem, pół serio.- Ja sam staram się nie mieć uprzedzeń… co chyba wyniosłem jeszcze z czasów pokoju… i z czasów mojej poprzedniej pracy.

    OdpowiedzUsuń
  19. Uśmiechnąłem się słabo słysząc o wierszach, książkach i słodyczach. Chłopaczek wydawał się być fajny. Raczej ciężko by mu było kłamać…chociaż nie musi wyglądać na takiego co kłamie.
    - Achmatowa. Kiedyś kilka jej wierszy przeczytałem, nie do końca z własnej woli. Moja babcia uwielbiała czytać wiersze. Heine, Achmatowa, Mickiewicz, Słowacki, Schiller…- zamyśliłem się na chwilę.- W pamięci utkwił mi jeden wiersz Heinego, jak on… a już pamiętam, to było mniej więcej tak:
    Ich hatte einst ein schönes Vaterland.
    Der Eichenbaum
    wuchs dort so hoch, die Veilchen nickten sanft.
    Es war ein Traum.
    - wyrecytowałem. Zastanawiałem się czy gdzieś się nie pomyliłem recytując krótki fragment wiersza.- A z książek to pochłaniały mnie kryminały Artura Doyle’a, do tej pory czasem lubię powrócić do spraw prowadzonych przez Holmesa. Kiedyś będąc młodym chciałem być jak Holmes. Rozwiązywać zagadki, wysnuwać wnioski… i średnio mi się to udało.- przyznałem po czym się uśmiechnąłem.- Jeśli chodzi o słodycze, to na nowym świecie jest jedna cukiernia. Jak się ładnie uśmiechniesz to może nawet dostaniesz jakąś zniżkę.- mrugnąłem do niego porozumiewawczo.
    - Przyjaciel… kiedyś poznałem dziennikarza w Hiszpanii, znaleźliśmy wspólny język, po powrocie do domów często korespondowaliśmy, ale napisał kiedyś pewien artykuł, który poważnie godził w moje przekonania i zerwałem kontakt. Spotkaliśmy się dopiero na wojnie.- uśmiechnąłem się słabo.- Czasem, trzeba się komuś wyżalić, użalać się nad sobą. Znam to uczucie, patrzą się na ciebie jakbyś winę miał na czole napisaną.- westchnąłem cicho.
    - Ale nie zatrzymuję ciebie. Zapewne masz z milion spraw do zrobienia, dużo ciekawszych niż siedzenie przy przełożonym i rozmawianie.- powiedziałem i podłożyłem rękę pod głowę.- Dobrej nocy życzę.- uśmiechnąłem się w jego stronę.- Jeśli będziesz miał ochotę to możesz mnie odwiedzić jutro.- zaproponowałem.
    *****
    Rano przeczytałem wszystkie papiery, były uzupełnione od A do Z. Po lekturze zapakowałem je do szarej koperty. Po południu odwiedziła mnie Inge z Egonem. Bardzo miło nam minął czas. Pod koniec ich wizyty przyszedł Cesare.
    - Inge mam jeszcze prośbę… mogłabyś przekazać tą kopertę Hazerskiemu, albo mojej sekretarce?- zapytałem i wskazałem na brązową kopertę z druczkami.
    - Dobrze. Nie potrzebujesz czegoś?
    - Nie. Do zobaczenia miłego dnia.- powiedziałem po czym zmierzwiłem włosy na głowie siostrzeńca, a siostra na pożegnanie pocałowała mnie w policzek po czym wyszli.
    - Cześć Cesare. Jak ci minął dzień?- zapytałem i uśmiechnąłem się w jego stronę.

    OdpowiedzUsuń
  20. - U mnie raczej nic. Rana boli nadal, lekarz mnie lekko mówiąc opierdolił za to, że już w pierwszy dzień dyżuru w nowym miejscu musiał mnie operować. To już trzeci raz z kolei doprowadza mnie do stanu używalności. Całkiem możliwe, że wypuszczą mnie dopiero za jakieś pięć dni. I tak miałem sporo szczęścia, że kula nie uszkodziła moich narządów wewnętrznych.- opowiedziałem.
    - Czyli pobyt w szpitalu minie mi pod znakiem Goethego.- pokazałem mu przyniesionego przez siostrę „Fausta”.- Pewnie się na korytarzu mijałeś, z kobietą z małym chłopczykiem. Ona mi przyniosła tą książkę.- powiedziałem. Odebrałem od szeregowego książkę i położyłem ją na stoliku obok łóżka.- Ale nawet nie myśl o bliższą znajomością z nią. Jest zajęta.- powiedziałem. Mam nadzieję, że nie wyglądam jak zazdrosny mąż (którym nie jestem). Zresztą, kiedyś znajomi mówili, że sceny zazdrości robię najlepiej.
    - Przeczytałem papiery, które przyniosłeś wczoraj.- przyznałem.- Dzisiaj już sprawa powinna ruszyć, Hazerski się tym zajmie podczas mojej chwilowej nieobecności. Więc przy dobrych wiatrach do końca tygodnia powinieneś już zacząć służbę w nowym miejscu. Ale jeśli chciałbyś trochę czasu spędzić jeszcze w domu, to wystąpię o kilkudniowy urlop dla ciebie.- powiedziałem.- Moi ludzie nie wiedzą o co chodziło z tym przymusowym pobytem we Frankfurcie i mogę zapewnić, że ode mnie się nie dowiedzą.- oznajmiłem, aby jakoś uspokoić chłopaka. Pewnie denerwował się z powodu tego, że jakoś zostanie oschle przyjęty.- Jeśli pojawi się jakikolwiek problem to mów o tym albo mnie albo Hazerskiemu. O Brauna, Glassa, Kaszę i Kota nie musisz się obawiać. Nie powinni ci nic zrobić, powiem więcej będą dla ciebie przesadnie mili.- powiedziałem z lekkim rozbawieniem.
    - Wczoraj wspominałeś o tym, że będziesz się musiał raz na jakiś czas widzieć z Rossem. Wolałbym abyś mnie informował, oczywiście w miarę możliwości. W razie czegoś to wolałbym wiedzieć, kiedy mogę liczyć na twoją ewentualną pomoc.
    - A oprócz literatury i znajomości rosyjskiego, to jest jeszcze coś czym mógłbyś się pochwalić? Nie wiem, dobrze jeździsz samochodem, potrafisz pilotować samolot, bądź stanąć na rzęsach?- zapytałem, aby lekko rozluźnić atmosferę.

    OdpowiedzUsuń
  21. - To dobrze. Wiesz jej mąż jest strasznym zazdrośnikiem, a jej brat to skurwysyn, który jeśli by się dowiedział, że coś jej się stało to utłukł by na miejscu.- powiedziałem.- Naprawdę nie wiem czy wolałbyś zaliczyć spotkanie z mężem, czy bratem. Ale wiesz…jednego z nich już znasz.- uśmiechnąłem się słabo w jego stronę.- Jednak, który to, to już sam się musisz zorientować.
    - Sprawdzałem. Są dobrze wypełnione.- powiedziałem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości.
    - No, nie wiem, SS jakoś za mną nie przepada, i Gestapo. Ale w razie czegoś, to mów, że masz spotkanie z Rossem. – powiedziałem. Pokiwałem głową słysząc o jego umiejętnościach, to dobrze, że nie był przysłowiową „ciapą”.– Jak się w ogóle czujesz? No bo w końcu rok, to dosyć sporo czasu, z tego co wiem, to wcześniej też tutaj służyłeś.
    Uśmiechnąłem się słabo w jego stronę i poprawiłem się nieco na łóżku.
    - A i pozwól, że zapytam. Czy boisz się psów? Wolałbym wiedzieć. Mam swoje powody.- chyba mu jeszcze nie powiedzieli, że mam psa, z którym dosyć często się zjawiam w pracy.- I czy coś kiedyś trenowałeś?- podpytałem.

    OdpowiedzUsuń
  22. Przyjęcie było wzniosłe i upływało pod znakiem wykwintnej arystokracji. Po odśpiewaniu "Ich hatt einen Kameraden" na cześć poległych dla chwały Niemiec i równie uroczystej mowie Fabiana von Schlabrendorf goście zebrani u hrabiego Schenk von Stauffenberg poświęcili się uroczystym rozmowom, piciu wina i paleniu cygar w salonie obitym niebieską tapetą z jedwabiu. Znajomy pianista akurat grał jakąś rzewną sonatę, Berthold raczył oficerów opowieściami o nowych esejach i wykopaliskach z roku pańskiego 1919, zjawiskowa Melitta śmiała się i rozmawiała z pełną rezerwy Niną. Między gośćmi biegały dzieci w odświętnych ubraniach. Alexander, wystrojony w galowy mundur po nieboszczyku ojcu, za 10 minut miał wygłosić mowę na cześć gości. Przechadzał się po sali, lecz nagle osłupiał.
    -Hans!-krzyknął na służącego. Wierny lokaj podszedł bliżej. -Dlaczego jeszcze nie podaliście lodów?!
    -Ależ herr Graf! Lody przecież już zostały podane!-odparł zdziwiony Hans. Hrabia zmarszczył brwi.
    -Herr Schlabrendorf i inni goście czekają, podaj szybko coś zimnego-rozkazał silnym, autorytatywnym głosem. Służba natychmiast zakrzątnęła się wokół tego tematu; szybko okazało się, że lody zniknęły w sposób tajemniczy i niewyjaśniony. Kierowany stłumionym przeczuciem Stauffenberg minął kuchnię i poszedł do sąsiedniej salki, czerwonej i pełnej kwiatów. Nie miało granic jego zdumienie, gdy ujrzał Cesare'a...i to z kobietą! Z jego LODAMI!
    -Gott im Himmel!-zagrzmiał ze zgrozą w głosie. -Co wy odstawiacie?! Co to ma być? Jakim cudem w ogóle...Aretz, co ty tu, u diabła, robisz? Ojciec cię szuka od dobrych 7 miesięcy...!
    Ostatnie kwestie wypowiedział już ciszej. Nie dalej jak dwa miesiące temu otrzymał list od starego Aretza, w którym ojciec Elsy zapytywał, czy hrabia - jako człowiek zorientowany - nie wie może czegoś o jego córce. Odpowiedź Alexandra była grzeczna, acz zimna: służąc Rzeszy w Warschau, nie miał czasu na szukanie uciekinierek. Nie wiedział o niczym i o nikim, zatem...

    OdpowiedzUsuń
  23. - Trafiłeś.- pomachałem nawet prawą ręką- Puki co jestem szczęśliwym kawalerem. I nie mam zamiaru za szybko tego zmieniać. Właściwie to tak między nami to nie wiem, czy chciałbym mieć żonę.- powiedziałem. Ciekawe czy połknie haczyk?
    - Otóż mój przyjacielu odpowiedź jest prosta. SS przepada tylko i wyłącznie za sobą, no może jeszcze... nie oni tylko za sobą.- uśmiechnąłem się nikle.- Jasne rozumiem. Nie mam zamiaru zmuszać. Wychodzę z założenia, że każdy wie co jest dla niego najlepsze, a sam staram się w miarę możliwości nim pokierować. Nakierować na właściwe tory.
    - Dobra skoro psów się nie boisz, to jest plus. A dlaczego to dowiesz się w swoim czasie.- powiedziałem spokojnym tonem głosu.
    - Jeśli kiedykolwiek będziesz miał kłopoty to mówisz mnie albo Hazerskiemu. Jeśli nas obu by nie było to Glassowi.- oznajmiłem.- Zresztą dowiesz się wszystkiego za kilka dni. Nie mam zamiaru ciebie dłużej zatrzymywać, sam jestem też zmęczony i chciałbym trochę odpocząć.- powiedziałem przymykając oczy.- Aha i ktoś ode mnie skontaktuje się z tobą.- dodałem, kiedy wychodził.
    *****
    Wypuścili mnie po pięciu dniach (po ciężkich bólach i błaganiach). Ale dopiero po kolejnych trzech dniach wróciłem do pracy, mimo mojego stanu. Ale obiecałem się nie przemęczać i kończyć wcześniej, więc ostatecznie pozwolili mi wrócić przedterminowo.
    Z tego co wiedziałem Cesare już był w oddziale i wedle doniesień Glassa i Hazerskiego, miał się całkiem nieźle. Na razie o moim powrocie wiedzieli tylko oni, mój przełożony i sekretarka. Wolałem aby przez chwilę tak pozostało.
    Dzień mi minął na wydaniu odpowiednich rozporządzeń i przeczytaniu kilku raportów, więc zbytnio się nie napracowałem.
    Wieczorem w domu, zaraz po dotarciu rozdzwonił się telefon. Niespiesznie odebrałem
    - Major Rommel.- przedstawiłem się.- O co chodzi Cesare?- zapytałem rozpoznając głos Neumanna po drugiej stronie.

    OdpowiedzUsuń
  24. [Nie jestem pewna, ale w starym wątku chyba odwoływałyśmy się do 43’ roku, tzn. do czasu po bombardowaniu Hamburga i śmierci Gerdy – ale raz, że nie jestem pewna, a dwa – mamy rok 42’. Więc jakby co piszę na realia 42’ :)]

    Kiwam głową. W porządku.
    Przez chwilę zastanawiam się, od czego zacząć. Mam wrażenie, że w ciągu tego roku wydarzyło się tak wiele…
    - Liczyłem, że Kehl puści mnie na urlop, ale, marzenie ściętej głowy, oczywiście nie dało rady… Więc córkę widuję tylko na zdjęciach – uśmiecham się smutno. – Rośnie jak na drożdżach. Strasznie podobna do matki… Tylko że Orion padł, wiesz, stary już był, Ilse strasznie to przeżyła. Wiesz, jak ona kocha koty… - Nie dziwiłem się. Orion, tłusty kocur birmański, mieszkał z nami od lat, był jeszcze jednym członkiem rodziny. – A z tego co tutaj… Awansowali mnie. Z kolei w kwietniu Reuter wysłał mnie do polskich partyzantów jako "towarzystwo" dla Rommla. - Mówię o tym tylko dla tego, że ufam im obojgu na tyle, by mieć pewność, że nie rozniosą tego na pół Generalnego Gubernatorstwa. -Kojarzysz go? W sumie, ciekawie wyszło, bo my żeśmy się wcześniej znali.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  25. się tam zjawić?- Powiedz mi tylko o której godzinie mam się zjawić. Bo pewnie mówili.- wypuściłem powietrze.- Dowiaduję się o tym dopiero od ciebie.- przyznałem po czym się rozłączyłem.
    ****
    Zjawiłem się o wyznaczonej porze przed główną siedzibą SS. Przed wejściem zapaliłem jeszcze jednego papierosa. Za bardzo się denerwowałem, a to nie było wskazane. Przecież jestem profesjonalistą. Nieco ociężałym i powolnym krokiem wszedłem po schodach do głównego wejścia. Na korytarzu zobaczyłem Wernitza, rozmawiającego z jakimś SSmanem.
    - Hermann.-powiedziałem po przyjacielsku.- Co ty robisz? Nie było mnie niecałe dziesięć dni a ty już mnie zdradzasz?- zażartowałem.
    - Martin, to nie tak jak myślisz.- kontynuował.- Bo to nie jest tak że…
    - Dobra nie kończ, tylko powiedz kiedy umawiamy się na kielicha.- uśmiechnąłem się.
    - Jak ci szwy zdejmą i nie będę obawiał się o twoje zdrowie.- odpowiedział natychmiast. Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań i w końcu poszedłem do gabinetu Rossa.
    Niedbale się przywitałem i na dodatek spóźniłem, ale TYLKO pięć minut. Zająłem wskazane miejsce przez Rossa, obok Neumana.
    - Czy mogę wiedzieć, czemuż zawdzięczam zaproszenie?- zapytałem spokojnym wystudiowanym głosem, który maskował swoisty niepokój.- Bo jeśli jestem o cokolwiek podejrzewany…to proszę załatwić wezwanie drogą oficjalną.- zaznaczyłem na wstępie. Obrzuciłem gabinet beznamiętnym spojrzeniem i po chwili utkwiłem je w poruczniku SS.
    - Widzę, że z ręką już lepiej. Naprawdę przepraszam za to, nie miałem w zamiarze tak pana uszkodzić.

    OdpowiedzUsuń
  26. Alexander tylko jęknął i przykrył dłonią ciemię. Zapowiadał się bardzo, ale to bardzo ciężki dzień. Na całe szczęście miał kostki lodu i wyborne likiery, goście nie umrą więc z upału. Koniec czerwca 1942 przyniósł ze sobą wysokie temperatury. Spojrzał na Aretzównę, wyglądała, jakby się miała zaraz rozpłakać. Z kolei Neumann był blady, ale chyba zachował pozory odważnego żołnierza.
    -Nie chcieliście, mówisz, Neumann-zawiesił głos w znamiennym suspensie. -Problem w tym, że ja też mogę nie chcieć wielu rzeczy, ale muszę je zrobić. Moim obowiązkiem wobec Rzeszy, Elso, byłoby powiadomienie twojego ojca...
    Uśmiechnął się drwiąco. Dał im chwilę na to, by przemyśleli swoje postępowanie. Narazili go na stratę finansową, zmusili do improwizacji...a niczego tak Alexander nie nienawidził jak improwizacji. Chciał, by wszystko przebiegało według ustalonego planu, liczył na to, że przyjęcie obejdzie się bez zakłóceń. W salce zapadło groźne milczenie, szybko jednak przerwała je pokojówka z informacją, że wszyscy czekają na przemówienie hrabiego. Blondyn posłał młodzieży jeszcze jedno ciężkie niczym stal, surowe spojrzenie, po czym udał się na podest. Odchrząknął.
    -Panie i panowie, proszę o chwilkę uwagi! Bardzo miło mi powitać tu tak szanowne osoby, jak hrabia Schlabrendorf, pułkownik von Reichenbach czy szacowna frau Elgenberg-tu zrobił przerwę, wciąż mrożąc wzrokiem dwoje winowajców pod ścianą. -Ze swej strony, jako głowa rodziny Stauffenberg, pragnę złożyć kondolencje tej damie z powodu śmierci jej męża, barona Helmuta von Elgenberg. Niezmiernie przykro mi żegnać człowieka tak cennego dla Rzeszy i mam nadzieję, iż Bóg doceni jego zasługi. Przechodząc do weselszych tematów, mam honor otworzyć letni sezon balów i przyjęć, przy czym oznajmiam, iż każda suma marek składanych przez państwa na tychże przyjęciach na ręce moje lub mojej żony Melitty przeznaczona zostanie na pomoc naszym żołnierzom i Kościołowi.
    Przemawiał jeszcze jakiś czas, głównie przekazywał informacje z frontu o mężach, synach, ojcach poległych lub odznaczających się na froncie. W sali rozległy się płacze; kobiety zanosiły się szlochem, wspominając bliskich. Nawet w oczach żony dostrzegł wzruszenie. Blondyn podziękował za uwagę i zapowiedział rozpoczęcie tańców. Orkiestra pułkowa, sprowadzona przez pułkownika Reichenbacha, natychmiast zaczęła grać "Erikę". Zrobiło się jakby...weselej. Ludzie zaczęli dobierać się w pary i zajmować miejsca; tak się złożyło, że w pierwszej parze tańczyli Alexander i Melitta Schenkowie, w drugiej Cesare z Elsą, a w kolejnych inni goście. Ciepłe promienie czerwcowego słońca padały na kolorowe suknie, zapłakane twarze, galowe mundury. Czerwone i białe wino połyskiwało zachęcająco w szklanych kieliszkach. Jedynym propagandowym elementem był portret Führera na ścianie, oprawiony w srebrne, ciężkie ramy; próżno byłoby tu szukać kwiatowych swastyk czy ciast w kształcie "Mein Kampf" leżących między butelkami wina.

    OdpowiedzUsuń
  27. Uśmiechnąłem się nieznacznie odnośnie uwagi na temat niedoszłego zamachowca.
    - Raczej nie zdążyli.- westchnąłem.- Cyjanek.- wyjaśniłem zaraz. Dowiedziałem się o tym od pułkownika. Ale nie miałem zamiaru dzielić się wszystkimi informacjami z nim. Ze spokojem odebrałem teczkę, jednakże nie ruszałem się z miejsca.- Pewnie sam za jakiś czas bym o nie poprosił, dziękuję, że uprzedził mnie pan. Fakt, to były dosyć…okrojone informacje.- spojrzałem na niego beznamiętnym wzrokiem. Było w nim coś…co nie pozwalało mi się swobodnie zachowywać. Coś w jego zachowaniu mi się nie podobało.
    - Czy porucznik, aby nie przesadza? Schultze Neumann jest pod moją egidą i pragnę zawiadomić, że najpierw będzie musiał porozmawiać pan sobie ze mną. I nie radziłbym o tym zapominać.- spojrzałem w kierunku okna.- W Rosji będzie pan zapewne bardziej potrzebny.- spojrzałem na Rossa. Spojrzenie to było lodowate, chłodne pozbawione cieplejszych uczuć.- Ja nie grożę. Ja ostrzegam. A przeniesienie wyszło z mojej inicjatywy. Chłopak marnowałby się patrolując ulice i zgarniając szczeniaków z polskimi gazetkami.- westchnąłem cicho. Mówiłem tonem doświadczonego oficera, głosem który w większości budził niejaki respekt.
    - Poruczniku Ross, czy coś chce pan ode mnie. Nie ukrywam, że te kilka dni nieobecności narobiło mi pracy niejakich zaległości. Więc sam pan rozumie… Abwehra nie może sobie pozwolić na jakieś niedoinformowanie.- wstałem z miejsca lekko się krzywiąc przy tym. Rana mimo wszystko jeszcze dawała o sobie znać.
    - Aha i proszę o wcześniejsze informowanie, kiedy schultze Neumann ma się zjawić. I jeśli kiedykolwiek będę panu do szczęścia potrzebny, proszę kontaktować się przez mojego adiutanta oberfelfebla Hazerskiego, bądź sekretarkę pannę Gütschow.

    OdpowiedzUsuń
  28. - Nie. Ja wcale nie miałem zamiaru pana przestraszyć. Tylko uprzedzam.- uśmiechnąłem się ponuro.- Do widzenia.- mam nadzieję, że już się nie zobaczymy tak prędko SSmańska żmijo. Wyszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. Każdego mijanego SSmana obrzucałem morderczym, pełnym wyższości (zresztą uzasadnionym) spojrzeniem. Teraz to naprawdę wyglądałem jak „głupi oficerzy Abwehry”, jak mają w zwyczaju nazywać mnie SSmani i niektórzy Gestapowcy.
    ****
    Średnio mnie interesowało to co jest napisane w tych aktach. Miałem więcej rzeczy do zrobienia w tej chwili. Jakiś pierwszy lepszy przykład? Musiałem rozszyfrować depeszę. Radziecką depeszę przechwyconą przez nasłuch niemiecki.
    ****
    Było już późno, a obiecałem, że będę kończyć wcześniej i w ogóle. No cóż, ale czuję, że jestem blisko z rozszyfrowaniem tej depeszy. Zaszyfrowana fragmentem „Martwych dusz” N. Gogola, depesza zachęcająco leżała tuż obok zaświeconej lampki i kilku kartek z przekreślonymi słowami. Jeszcze tylko trochę…
    Chyba żem zasnął. Ale obudziłem się pod wpływem czyjegoś dotyku. Nieco ospale podniosłem się do siadu. Spojrzałem na rudą czuprynę stojącą obok mnie.
    - Cesare? Co ty tu robisz o tak późnej porze? Jest…-spojrzałem na fosforową tarczę i wskazówki zegarka.- północ prawie.- powiedziałem. No tak północ prawie… już dawno powinienem spać, tyle że w domu, ze zmienionymi opatrunkami. Aż się dziwię, że ani Hazerski ani Anna-Maria mnie nie wygonili z gabinetu.
    - Jak się czujesz po rozmowie z Rossem?- zapytałem z czystej ciekawości.- Mam nadzieję, że przeze mnie nie trafisz do Frankfurtu…a co ja pieprzę?- zapytałem ni to siebie ni to jego. Machnąłem do tego ręką jakbym chciał odgonić złe myśli.- Trafisz do Frankfurtu…ale tylko i wyłącznie po moim trupie.- oznajmiłem.- Innej opcji nie przewiduję.- uśmiechnąłem się słabo w jego stronę.

    OdpowiedzUsuń
  29. - No oczywiście, że nie wrócisz.- powiedziałem pewnym siebie tonem. Byłem o tym święcie przekonany.
    - Nie… to szyfr, mój drogi.- wyjaśniłem.- Sądzę, że jestem blisko rozkodowania tej depeszy.- powiedziałem po czym przetarłem zmęczoną twarz dłonią. Uśmiechnąłem się słabo w stronę szeregowego.- Ale fakt… zakodowali przy użyciu książki Gogola.
    - Kryzys w związku?- zapytałem.- Ale nie mam zamiaru wnikać, przejdzie jej za jakiś czas.- powiedziałem zaraz.- Słuchaj, jeśli nie będziesz miał nic przeciwko to możesz przenocować u mnie. Nazwijmy to…swoistą przysługą. Jeśli odmówisz zrozumiem.- powiedziałem po czym powoli wstałem i lekko skrzywiłem się z bólu.- Wiem że miałeś problemy na TYM tle, ale nie martw się. Dosyć często ktoś z oddziału śpi u mnie, albo taki jeden z SD. Ale my razem nie…ten… On woli kobiety.- powiedziałem. Umyślnie o sobie nie wspominałem.- A jeśli problem leży po mojej stronie, tudzież dowiedziałeś się od Glassa, Brauna, Engela czy kogoś tam jeszcze innego, że…yyy… ja to z każdym bym mógł. To są to pomówienia i odcinam się od tego grubą na pięć metrów ścianą z żelbetu. Bo ja nie z każdym…ale z większością.
    Westchnąłem cicho i począłem chować papiery. Fakt powinienem się porządnie przespać, bo nocka na blacie biurka nie będzie korzystnie wpływać na gojenie się rany. Zamknąłem jedną z szuflad na kluczyk.
    - To co? Korzystasz z mojej propozycji, czy mam ci znaleźć jakieś lokum? Raczej ta druga opcja byłaby ciężka do zrealizowania.- westchnąłem. – Pora późna, a raczej w moim gabinecie bym nie pozwolił ci spać… mam zbyt sporo ważnych akt i całej reszty. Nie żebym ci nie ufał…ale to chyba takie zboczenie zawodowe, aby mieć ograniczone zaufanie do wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
  30. - Taak… rok sam w sobie jest sporym odcinkiem czasu…a na wojnie czas liczy się niemalże podwójnie, jeśli nie potrójnie.- powiedział stary weteran wojenny. Jednakże była to prawda, gorzka i okrutna.
    - No to komu w drogę temu czas…- powiedziałem, po czym zgasiłem lampkę stojącą na stoliku i wyszedłem z gabinetu, który zamknąłem na klucz zaraz po tym jak Cesare wyszedł. Przeszliśmy do samochodu, wsiedliśmy i powoli ruszyłem służbowym Mercedesem.
    ****
    - Muszę cię tylko ostrzec, przed jedną rzeczą, a zresztą zaraz się przekonasz.- powiedziałem i przekręciłem klucz w drzwiach po czym otworzyłem je, a przed nami siedział spory owczarek niemiecki. Jednak nie skakał na żadnego z nas.- Vis idź sobie.- mruknąłem w stronę psa. Dziwiłem się, że stworzenie było większe niż reszta przedstawicieli swojej rasy. Vis posłusznie odszedł na kilka kroków. Zaprosiłem szeregowca do środka.
    Mieszkanie było spore, miało dwie sypialnie, salon, gabinet, kuchnię raczej małą i taką samą łazienkę. Nie było w mieszkaniu niczego oprócz, wiszącego świeżo wyczyszczonego munduru i od krótkiej chwili wiszącej czapki oficerskiej, co wskazywałoby na to że mieszka tu niemiecki oficer. Nie miałem portretu Führera, ani żadnych swastyk. Cesare się chyba tego nie spodziewał.
    Otworzyłem pierwsze z prawej zamknięte drzwi do pokoju gościnnego.
    - Proszę rozgość się.- powiedziałem i wskazałem pokój. Wskazałem jeszcze przed siebie, na lekko uchylone drzwi od łazienki.- Tam masz łazienkę, w komodzie w pokoju masz czyste ręczniki, więc jeśli chcesz możesz się odświeżyć. Na lewo zaraz obok łazienki jest salon, a przed salonem jest kuchnia.- powiedziałem. Właściwie pokazywanie kuchni było zbyteczne, bo nie było do niej drzwi i widać było kuchenkę i całą resztę.- Obok twojego pokoju jest moja sypialnia i gabinet.- objaśniłem jeszcze. Cieszyłem się z tego, że do gabinetu było wejście tylko i wyłącznie przez moją sypialnię.
    - Aha jeśli chcesz to możesz pogłaskać psa. Nie gryzie…on połyka w całości.- uśmiechnąłem się nikle- Ja idę wziąć szybki prysznic.- zakomunikowałem, aby obyło się bez niedomówień.

    OdpowiedzUsuń
  31. Wziąłem naprawdę krótki prysznic. Nie miałem zamiaru okupować łazienki dłużej niż to konieczne. Dziesięć minut to nie jest zbyt wiele aby się ogarnąć. Wychodząc z łazienki dobiegł mnie cichy chichot. Poszedłem to sprawdzić, na łóżku Cesare bawił się z psem. Uśmiechnąłem się pod nosem, tym bardziej że Vis nie często bawi się z kimś kogo widzi pierwszy raz.
    - Łazienka wolna.- powiedziałem po czym się wycofałem do sypialni. Ledwo przytomny opadłem na łóżko i niemalże natychmiast zasnąłem. Poczułem jeszcze tylko jak materac ugina się pod ciężarem mojego psa, nim odpłynąłem na dobre.
    ****
    Wstałem wcześnie rano…wcześnie…o siódmej. Niespiesznie wstałem, założyłem spodnie i koszulę, której nie zapinałem, ze względu, na to że i tak będę musiał zmienić opatrunki. Przeszedłem boso do kuchni i zacząłem szykować wodę na kawę bądź herbatę. Odwróciłem się w stronę drzwi i zobaczyłem Cesara, który przecierał zaspane oczy.
    - Dzień dobry.- powiedziałem.- Wyspałeś się?
    Wyłączyłem czajnik, który cichym gwizdaniem oznajmił, że woda jest gotowa. Wyciągnąłem dwa kubki i położyłem je na blacie kuchennym.
    - Kawa, czy herbata?- zapytałem gościa i odwróciłem się w jego stronę. Zdałem sobie sprawę, że rozpięta koszula pokazuje całkiem świeże blizny, które będą przez jakiś czas swoistą pamiątką, po przesłuchaniach przez „czerwonych” obok składnicy kolejowej. Westchnąłem cicho patrząc na „piękne” blizny, prezentujące się na lekko umięśnionym ciele. Szeregowiec też na nie spoglądał. Szybko się odwróciłem do niego plecami, wyciągnąłem z szafki pudełko z kawą i herbatą.
    - Jeśli możesz, to mógłbyś zrobić mi herbaty. Ja zmienię opatrunek.- powiedziałem po czym szybko wyszedłem do łazienki.- Cukiernica stoi obok czajnika!- krzyknąłem z łazienki. Po chwilach trudu, bólu i zrezygnowania powróciłem do kuchni ze zmienionym bandażem i zapinałem ostatni guzik koszuli.
    - Jak chcesz to sobie zrób śniadanie, ja ich nie jadam.- powiedziałem po czym chwyciłem swój kubek z herbatą. Ledwo usiadłem a do kuchni wparował pies ze swoją miską w pysku. Usiadł naprzeciwko mnie i rzucił miskę pod moje nogi. Bez słowa podniosłem metalową miskę i nasypałem do niej jedzenia.
    - Masz i nie marudź.- zwróciłem się do psa, kiedy kładłem miskę wypełnioną jedzeniem. Sam usiadłem na krześle i obserwowałem jedzącego psa.

    OdpowiedzUsuń
  32. -Do herbaty dwie.- powiedziałem.- Kawy nie słodzę.- dodałem mimochodem. Nie odzywałem się na temat kontemplowania moich blizn.
    - Mówisz jak moja świętej pamięci już babka. Też mówiła, że śniadanie jest najważniejsze.- westchnąłem.- To zależy, znam takich co potrafią być ospali przez cały dzień, a i są też tacy, co nawet bez śniadania są jak po tuzinie kaw, przez cały dzień.-uśmiechnąłem się słabo.
    - Wiesz co to chyba jeden z lepszych poranków jakie były.- powiedziałem.- Po raz pierwszy od dawien dawna, ktoś zrobił i mnie śniadanie.- uśmiechnąłem się w jego stronę.- Dobre.- odezwałem się po pierwszym kęsie i zamilkłem na dłuższy moment. Odezwałem się dopiero po skończonym posiłku.
    - Nic mi się nie chce dzisiaj.- mruknąłem- Jeszcze jak sobie pomyślę, że… dzisiaj mi szwy ściągają, to… boję się, że się przerażę widokiem kolejnej blizny na ciele, chociaż…powoli powolutku znikają. Te mniejsze i te po płytszych ranach…- powiedziałem.
    - W pracy będę dopiero w okolicach dwunastej, więc jeśli będziesz cokolwiek chciał ode mnie to, dopiero po dwunastej. A najlepiej po trzynastej, bo mniej więcej o tej porze dojdę do siebie.- oznajmiłem.- Aha proponuję ci kupić dla Elsy kwiaty i jakieś czekoladki. Może to jakoś pomoże? Wiesz… przeprosisz ją za coś czego nie zrobiłeś i może się uda.- podpowiedziałem- W razie czegoś to możesz szukać u mnie pomocy.- powiedziałem.
    Ubrałem się jakoś, wyszedłem z psem na krótki spacer. Dopiero później na miękkich nogach wszedłem do szpitala na salę zabiegową. A na zupełnie miękkich nogach i blady jak ściana wróciłem do siedziby Abwehry.
    - Czy szef się dobrze czuje?- zapytała z niejaką czułością Anna-Maria
    - Tak. Zaraz dojdę do siebie.- uspokoiłem ją, po czym zniknąłem w swoim gabinecie pośród papierów.
    ****
    Dobrze, że przez większość dnia nikt mnie nie niepokoił i mogłem w spokoju pracować. Dopiero wieczorem, kiedy już szykowałem się do wyjścia przyszedł Cesare.
    - I jak? Elsa nadal się gniewa?- zapytałem i spojrzałem na niego

    OdpowiedzUsuń
  33. Słuchałem co ma do powiedzenia. I aż wytrzeszczyłem oczy.
    - Młody masz u mnie kufel piwa. Co ja mówię? Całą skrzynkę!- krzyknąłem za nim. Niemalże natychmiast dobiegłem do biurka przepisałem na czystą kartkę zapamiętaną treść depeszy i pobiegłem z tym do przełożonego. Nawet nie bawiłem się w pukanie do drzwi, wpadłem.
    - Panie pułkowniku, mam to! Wiem co jest w tej najnowszej rosyjskiej depeszy.- powiedziałem na jednym wdechu.
    - Wreszcie Rommel.- powiedział po czym przeczytał napisaną przeze mnie treść.- Jak na to wpadłeś?
    - To Schultze Neumann mi pomógł…a właściwie on to rozszyfrował.- wyjaśniłem.
    - Masz dobrych ludzi w swoich szeregach Rommel…bardzo dobrych.- oznajmił. Coś tak czuję, że Neumann otrzyma pochwałę od Kocha.- Jednak tym zajmie się Gestapo. Ty i twój oddział macie się trzymać z daleka od tej sprawy, przynajmniej przez jakiś czas.
    - Tak jest!- zasalutowałem po czym wyszedłem z lekkim uśmieszkiem.
    ****
    Tak jak się spodziewałem Cesare dostał pochwałę od pułkownika Kocha, przy całej grupie, więc jest to spore wyróżnienie, zwłaszcza że jest w grupie od niedawna. Kiedy pułkownik wyszedł, ale grupa jeszcze została i pogratulowała chłopakowi, po chwili sami jednak poszli zająć się swoimi rzeczami.
    - Moje gratulacje Cesare.- powiedziałem.- Nie wiem czy słyszałeś wczoraj, ale masz u mnie duże piwo.- uśmiechnąłem się w jego stronę.- Ale mógłbyś mi powiedzieć, jakim cudem żeś to rozszyfrował. Korzystałem ze wszystkich znanych metod szyfrowania, Rosjan. Nic nie pasowało.- wyjaśniłem.
    - I na jakiś czas dali mi spokój z radzieckimi depeszami… dzięki tobie. Jestem ci za to wdzięczny, bo już w snach je próbowałem rozszyfrowywać.- powiedziałem.- Naprawdę świetna robota. Zresztą Koch cię pochwalił, a to nie zdarza się za często aby kogokolwiek chwalił…mnie wbrew pozorom też niezmiernie rzadko chwali.- uśmiechnąłem się w zamyśleniu.- Przepraszam, że teraz, ale czy nie wiesz kiedy masz następną wizytę u Rossa?- zapytałem. Było to pytanie strasznie nie w porę, ale co miałem zrobić? Na dzień dzisiejszy roboty było aż do świąt…Wielkanocy…za dwa lata.

    OdpowiedzUsuń
  34. - Prawdopodobnie nic jej nie jest. Uciekła wraz z kilkoma innymi.- powiedziałem. Kiedy słyszałem o tym, że ojciec miał go gdzieś, przypominał mnie. Ale wolałem o tym mu nie mówić, nie musiał przecież wiedzieć. Uśmiechnąłem się nikle do niego.
    - W przyszłym tygodniu…- powtórzyłem po chwili.- Tak tylko… jest sporo roboty, nie wiem w co mam ręce włożyć… więc wolałbym wiedzieć wcześniej. Aha, skoro tobie tak dobrze poszło z tą depeszą, może zechciałbyś rozszyfrować kilka następnych? W razie czegoś to ręczę pomocą w postaci rosyjskich książek w oryginale.- powiedziałem.- A oprócz mnie i ciebie rosyjski zna w stopniu przyzwoitym Braun, ale on przy przesłuchaniach aktualnie robi, więc nie mógłby zająć się rozkodowaniem depesz.- wyjaśniłem.
    - To co? Podejmiesz się?- zapytałem. Wolałem nie wspominać o tym, że znam jego macochę. Przynajmniej na razie.

    OdpowiedzUsuń
  35. - Wiem o tym i ci wierzę.- powiedziałem.- Sam nie chciałbym mieć do czynienia ze swoją przeszłością, jednak ona zawsze daje o sobie znać.- wzruszyłem niedbale ramionami.
    - Byłbym wdzięczny.- uśmiechnąłem się w jego stronę.- A poza tym, jest takie przysłowie: „Kto nie próbuje ten nie pije szampana.”- podszedłem w kierunku okna i je otworzyłem, na twarzy zawiał lekki letni wiatr. Z ulicy dobiegał hałas, jakiś rykszarz kłócił się o należność, chłopak krzyczał o nowym ”Kurwarze”, kwiaciarka się targowała o należność. Obserwowałem ulicę, było prawie normalnie. Prawie jak przed wojną. Uśmiechnąłem się nikle.
    - Wiesz, czasem kiedy uchodzisz za najlepszego a coś ci nie wychodzi, to wstydzisz się poprosić o pomoc, bo obawiasz się, że wyśmieją cię, albo zawiodą na tobie.- powiedziałem nadal patrząc na ulicę.- Pracuję dla Abwehry już siedem lat i trochę, pracuję w „terenie” a to bardzo dobry wynik, jestem prawie emerytem wśród ludzi mojego pokroju, starym wygą. A jednak nie jestem najlepszym… i chyba wolę nie być. Zbyt duża odpowiedzialność.- nie wiem dlaczego mówiłem to.- Ale o co mi chodzi… czasem dzięki przypadkom stajemy się w czymś dobrzy, uda się raz, drugi, trzeci. Nie należy się skreślać na samym starcie.- zakończyłem.
    - Świetna gadka motywacyjna, nieprawdaż? Mógłbym być czyimś mentorem mentalnym.- zaśmiałem się cicho.- Posłuchaj Cesare, ja wierzę, że masz dobry talent do czytania depesz oraz ich rozkodowywania…a nie chciałbym abyś pracował przy przesłuchaniach… to okropne zajęcie.

    OdpowiedzUsuń
  36. - Taaak... ale raczej mojemu stryjowi nigdy nie dorównam w tym.- powiedziałem nieco zakłopotany.- Też nie lubię przesłuchań, bo sam nie raz nie dwa byłem przesłuchiwany…przez różne formacje.- przyznałem. Dlaczego? Może dlatego, że dobrze rozumiem chłopaka, sam wiele przeszedłem… To przesłuchanie Reimanna, katusze u „Dyma”, burzliwa pogadanka u jakiegoś porucznika polskiego kontrwywiadu w ’35 roku… chyba było jeszcze coś… A nie ważne.
    - Wiesz, co? Ja to chyba się nawet cieszę, że nie jestem jakimś geniuszem. Bo chyba chodziłbym non stop połamany.- obróciłem to wszystko w żart.- Ale powiem tak, nie przejmuj się… Sukces zawsze jest odkupiony porażkami i upadkami. Nie ważne ile razy upadniesz, ważne ile razy wstaniesz z podniesionym czołem.- kolejna dawka motywacyjnej gadki. Boże/ Allachu/ Buddo/ jakikolwiek inny Bogu/ siło stwórcza, siło sprawcza powiedz mi cóż ja mówię, cóż ja czynię? Bo ja sam nie wiem.
    - Nie będę wieszać na tobie psów w razie jakiegokolwiek niepowodzenia w rozkodowywaniu, będę co najwyżej służył pomocą.- dodałem. Usiadłem za biurkiem i wyciągnąłem jakieś papiery.
    - Możesz odejść. Już wyczerpałem limit na mądrości i motywujące gadki… na najbliższe pół roku… no w porywach do pięciu lat.- uśmiechnąłem się nikle.

    OdpowiedzUsuń
  37. - Do zobaczenia.- powiedziałem i lekko się uśmiechnąłem, po czym utonąłem w papierach.
    ****
    Nad ranem wróciłem do domu, to była ciężka i namiętna noc wśród akt. Myślałem, że tam padnę, niby brałem Pervitin aby w jakikolwiek sposób poprawić swoją koncentrację. Ale potrzebowałem snu, i do tego byłem na „zjeździe”. Ledwo przekroczyłem próg mieszkania, a rozdzwonił się telefon. Musiałem jechać do Łodzi już, teraz zaraz i natychmiast. Odświeżyłem się przebrałem się (wedle poleceń) w cywilne ubrania i pojechałem do Łodzi. Ale uprzednio zadzwoniłem do frau Gütschow i powiadomiłem o mojej dłuższej, zapewne nieobecności.
    Coś tak czuję, że bez Pervitinu to się dzisiaj nie obejdę…
    ****
    Wróciłem dopiero o godzinie siódmej rano, byłem wyczerpany…prawie dwa dni na nogach. Zadzwoniłem i powiedziałem, że nie będzie mnie dzisiaj i jutro w pracy…znając życie będę spał czterdzieści osiem godzin. Bo tyle Pervitinu się nawpieprzałem…to nie mogło się za dobrze skończyć.
    Podwinąłem lekko rękawy białej koszuli, odpiąłem guzik przy szyi i poluzowałem czarny krawat, po tych czynnościach rzuciłem się na łóżko i od razu zasnąłem
    ****
    - Ale panie Hazerski. Jak to major będzie spał tak długo?- zapytała Anna-Maria
    - Normalnie. Po tym, to u niego normalne.- wyjaśnił kobiecie, chciał chyba jeszcze coś dodać, ale zobaczył Neumanna.- Cesare, jeśli szukasz Martina, to przyjdź za dwa dni. Chłopak sobie odsypia, a raczej krócej to wszystko nie potrwa.- powiedział po czym poszedł dalej. Widać było, że Gustaw wie coś więcej, niż zdecydował się powiedzieć.
    ****
    Nie wiem po jak długim czasie snu się obudziłem. Spojrzałem na zegarek…była dwunasta. Odgarnąłem z siebie koc. To dziwne nie pamiętam abym się czymkolwiek przykrywał, więc kto?

    OdpowiedzUsuń
  38. [Przerzucam się na czas przeszły, dość eksperymentów z formą z mojej strony ;)]

    - Ano mamy. Niedawno przydzielili do nas jednego dzieciaka, Niemca z Belgii, ale to dalej dziewięciu ludzi zamiast dziesięciu. Więc jeżeli nigdzie cię jeszcze nie przydzielili, to wiesz… Zawsze jesteś mile widziany w mojej drużynie – stwierdziłem szczerze, nie tylko przez wzgląd na starą znajomość. Martwiło mnie, że w drużynie z roku na rok jest coraz więcej obcych. Rozumiałem, że sytuacja polityczna się zmienia, a Rzesza potrzebuje coraz więcej żołnierzy, ale wolałbym mieć solidne zaplecze w postaci dziesiątki zaufanych, stuprocentowych Niemców, a nie jakiś cholerny legion cudzoziemski! Nie, żebym miał coś do Johanna albo Waltera, ale…
    Tym bardziej chciałbym, żeby Cesare wrócił.
    - Jesteś chyba jedyną osobą, która tak uważa – mruknąłem. Choć od tamtego czasu minęły miesiące, głowie wciąż dźwięczy mi wściekły wrzask chłopaka, który próbował mnie zabić pod gmachem warszawskiego Geheime Staatspolizei.
    „Waffen ścierwo”.
    „Tylko przeszkadzacie”. „Wypisujecie bzdury, tłuczecie byle kogo byle czym, ale prawdziwych Niemiec nie widzicie! Daliście się złapać imperialistom!”
    Bolszewickie brednie, tłumaczyłem sobie. Czym ja się w ogóle przejmuję?
    A jednak ja i Gerda coraz bardziej się od siebie oddalamy. Nie piszę jej prawdy. Nie mogę, nie potrafię pisać o tym, co tu się naprawdę dzieje. Ten awans… Zapytała: za co.
    Za to, że jakiś dureń finalnie dostał kulkę w łeb.
    Potrząsam głową, nie czas na te myśli.
    - Zaraz. – To, co powiedział wydało mi się na tyle dziwne, że miałem wątpliwości, czy aby się nie przesłyszałem. – Rommel i rosyjski? – Przecież on nienawidzi ruskich.
    Milczałem dłuższą chwilę, najpierw słuchając Cesare’a i Elsy, potem się nad czymś zastanawiając.
    - Jeżeli mogę coś doradzić, uważałbym na tego porucznika. Może nie mam racji, ale on może cię w ten sposób sprawdzać. Długo go znasz?

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  39. Ledwo przytomny przeszedłem do salonu. Niemalże natychmiast doskoczył do mnie Vis.
    - Vis idioto! Uspokój się, okej?- powiedziałem kiedy pod wpływem jego łap uderzyłem się o ścianę. Nagle przed sobą zobaczyłem Cesara.
    - Oh, cześć.- powiedziałem. Potarłem lekko moją nieogoloną twarz. Zapewne wyglądałem tragicznie.
    - Mam tylko dwa pytania… Pytanie pierwsze: jak żeś tutaj wlazł? Pytanie drugie: Co się stało? Bo na pewno coś się stało, skoro przychodzisz do mojego mieszkania.- powiedziałem po czym usiadłem na fotelu.- Słucham więc.
    Skrzyżowałem ręce na piersi. Zapewne nie wyglądałem najlepiej, ale cóż. Umyję się, ogolę i przebiorę. To wystarczy abym miał wygląd przykładnego niemieckiego oficera. Zastanawiało mnie, ile tak de facto spałem. Chyba zapytam się o to Hazerskiego, on będzie wiedział. A zresztą on mnie zna najdłużej ze wszystkich z całej „Wassergruppe”, jak to mają w zwyczaju nazywać inni oficerowie. Zresztą ta nazwa nie była bezpodstawna, bo prawdziwymi Niemcami z dziada pradziada to byli tylko Lübow, Fischer, Schultz i Engel. Glass i Braun mieli polskie pochodzenie, a cała reszta była Polakami. A zresztą nawet ich dowódca był Wasserpolacken. Swego czasu nazywani też parszywą trzynastką Rommla.

    OdpowiedzUsuń
  40. - Aha…- pokiwałem głową w pełnym zrozumieniu. Pewnie Wanda, ta sprzątaczka nie zamknęła ich. Chyba jej pojadę po wypłacie…albo nie bo jeszcze naśle na mnie kilku maruderów i mnie wykończą.
    Spojrzałem na niego z niewyraźną miną…jeszcze nie jarzyłem wszystkiego. Całość docierała do mnie ze sporym opóźnieniem.
    - No to jesteśmy w ciemnej dupie. Ja po francusku to równie nie wiele mówię, ale wpisali mi że komunikatywnie mówię.- przygryzłem wargę w zamyśleniu i postukałem palcami o podłokietnik. No nie źle…
    Z kieszeni spodni wyciągnąłem lekko…no dobra bardzo…wygniecioną paczkę Juno i srebrną zapalniczkę od dziadka. Włożyłem papierosa do ust i już miałem odpalać, ale pies zaczął na mnie warczeć i szczekać.
    - No dobra…- westchnąłem i schowałem papierosa do paczki, a tę do kieszeni.- Jesteś gorszy niż żona. Rozumiesz? Niż pedantyczna żona z zamiłowaniami lekarskimi…- powiedziałem do psa na co ten tylko pokręcił głową i położył łapę na kolanie. Wywróciłem oczami i zmierzwiłem jego futro na głowie.
    - Zrobimy tak, przekażesz te papiery bezpośrednio do pułkownika Kocha. Powiesz, że z mojego polecenia. Ja w tym czasie się ogarnę i wymyślę jakiś plan działania. Jak już oddasz te papiery to szybko się zmyj zanim zapyta się ciebie o mnie, bo zapewne zapyta. Jeśli nie zdążysz to daj mu jakąś wymijającą odpowiedź, dobrze?
    Przygotowany na wszystko. Jestem geniuszem pod tym względem. Uśmiechnąłem się w duchu.

    OdpowiedzUsuń
  41. Pokiwałem smutno głową, czując, jak ogarnia mnie wściekłość na tamtych. Wcześniej było to samo. Wiedziałem, że Erich dopiekał Cesare’owi jak tylko mógł. Za każdym razem, kiedy to zauważyłem, reagowałem, ale nie mogłem ich pilnować zawsze. U reszty drużyny miałem jako taki autorytet, tak przynajmniej to wyglądało, ale Erich mnie nienawidził. Mnie i każdego, kto choć częściowo nie pasował do jego wizji świata.
    Popełniłem błąd. Mając nadzieję na naprawę jednego człowieka, pozwoliłem, by zepsuł kolejnych. By nastawił ich przeciwko sobie. Najpierw przeciwko Cesare’owi. Potem Johannowi. Obu uniewinniła władza, a nie chcieli przyjąć towarzysze broni. Jak to, do cholery, jest?
    - Nie przejmuj się nimi – powiedziałem z naciskiem. – Zrobisz, co uznasz za właściwe. Chcę tylko… - zastanowiłem się, jak ująć w słowa to, co zamierzałem mu przekazać. - Część ludzi jest wychowywana. A inni podlegają tresurze. Niektórzy tak skutecznie, że zaczyna działać odruch Pawłowa. Jesteś dla nich jak dzwonek. Chciałbym, żebyś niezależnie od wszystkiego pamiętał, że to dzwonek rządzi psami. Nie na odwrót.*
    Odwzajemniłem jego uśmiech. Mój też nie należał do promiennych.
    - Mam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży – stwierdziłem szczerze. Na chwilę ucichłem, rozważając coś. Wahając się.
    - Tak sobie myślę… - zacząłem. Elsa jakiś czas temu zostawiła nas samych, więc nie obawiałem się, że usłyszy coś, czego być może nie powinna. Nie znałem jej na tyle dobrze, by w pełni jej ufać. – Miałbyś może ochotę pójść do teatru? Ale nie naszego. Do polskiego teatru? Parę miesięcy temu pewien pijany gość z partyzantki wygadał mi się, że coś takiego istnieje w Warszawie. Najpierw o tym zapomniałem – pominąłem milczeniem fakt, że to też było spowodowane sporą ilością procentów – a potem, niby to mimochodem, zacząłem podpytywać odpowiednich ludzi. Stanęło na tym, że mam adres. Zanim ich zadenuncjuję, chciałbym na się na własne oczy przekonać, czy to jest faktycznie tak szkodliwe, jak nam mówią. Pomyślałem, że… może chciałbyś pójść ze mną? Przedstawienie będzie jutro o 18.00, nie mam pojęcia co grają ani kto występuje.

    [* o co chodzi z odruchem Pawłowa - https://pl.wikipedia.org/wiki/Odruch_warunkowy]

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  42. - Czyli jesteśmy umówieni – zaśmiałem się. – Na noc wracam do koszar – niestety, nie miałem się za bardzo gdzie podziać - ale wpadnę po ciebie wcześniej, żebyśmy zdążyli dojść na miejsce. Naszykuj sobie jakieś niewzbudzające podejrzeń ciuchy i tożsamość, jakby nas kto zapytał. – Zastanawiałem się przez chwilę. Sam zamierzałem posłużyć się „legendą” stworzoną na potrzeby misji z Martinem. Podejrzewałem, że cześć spośród konspiratorów, z którymi miałem kontakt domyśliła się prawdy, ale szczerze wątpiłem, byśmy natknęli się akurat na któregoś z nich.
    A potem nagle zdałem sobie sprawę, że jest w tym wszystkim dość istotna kwestia, o którą jakoś nigdy go nie pytałem.
    – Cesare, czy ty znasz polski?
    Słysząc ostatnie pytanie, zawahałem się na dłuższą chwilę.
    - Najpierw zobaczymy, jak to wygląda. Chciałbym zobaczyć to na własne oczy, zanim zdecyduję.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  43. - On jest gorszy od żony.- powiedziałem odnośnie psa.- Od pedantycznej żony.- sprecyzowałem. Uśmiechnąłem się w stronę psa, który po tych słowach odwrócił się ode mnie i poszedł na drugi koniec pokoju.- No tak obraź się na mnie.- powiedziałem do psa, który chyba zrozumiał przekaz, bo nieco się uśmiechnął.
    - Dobra Cesare, to idź zanieść te dokumenty, ja zjawię się tam za kilkanaście minut.
    ****
    Po niecałej godzinie byłem już w gabinecie pułkownika Kocha. Siedziałem w całkiem wygodnym fotelu z kieliszkiem koniaku w ręce.
    - Dokładnie tak jak pan słyszy. Proponuję przekazać kryptologom to wszystko, bo jednak oni szybciej się z tym uporają.- powiedziałem
    - Przekazałem… Ale do tej pory nie wiem w jaki sposób ten chłopak potrafi rozszyfrować depesze.- pokiwał głową.
    - Nie ważne jak, ważne że skutecznie.- powiedziałem i upiłem łyk alkoholu.
    Zamieniłem jeszcze kilka zdań z pułkownikiem, nim wyszedłem na korytarz. Wracając do gabinetu zobaczyłem idącego Cesara.
    - Moje gratulacje chłopie.- powiedziałem.- Masz jeden dzień urlopu.- uśmiechnąłem się do niego.

    OdpowiedzUsuń
  44. - Spokojnie, ja trochę znam, w razie potrzeby będę tłumaczyć. Po prostu liczyłem, że nie będę musiał się wychylać ze swoim beznadziejnym akcentem. Co do dokumentów… wątpię, żeby sprawdzali. To nie nasi – uśmiechnąłem się znacząco. – Ale jeśli trafimy jednak na jakiegoś nadgorliwca, pokażę mu moje sfabrykowane papiery, a ciebie wytłumaczymy, że ci buchnęli i nie masz. – Byłem pewien, że uwierzą, bo po prostu nie mieliby jak tego sprawdzić. Dopóki żaden z nas nie wyjedzie z niemieckim, nie powinni się zorientować. – Rosyjski, francuski, angielski mówisz… Z francuskim marnie, bo z kolei ja nie znam. Rosyjski… Hm. Rozumiałbyś, gdybym mówił do ciebie po angielsku? Na potrzeby naszej wyprawy zostałbyś Rosjaninem sympatyzującym z kapitalistami, zgoda? – Wydawało mi się, że Polacy prędzej wpuszczą „Rosjanina” niż Niemca. Ostatecznie bezpieczniejszy dalszy reżim, niż tutejsza władza, prawda? Udawania Polaków w ogóle nie brałem pod uwagę, w pięć minut by się zorientowali, że coś z nami nie tak.
    Następne słowa padły bardzo cicho, ale i tak usłyszałem. Poczułem żal pomieszany z gorzką nutą urazy. Założyłem ręce.
    - Mógłbyś nie patrzeć na mnie jak na jakiegoś dirlewangerowca? Nie zrobiłem… - chciałem powiedzieć: „nie zrobiłem nic złego”, ale sam wiedziałem, że to nie do końca prawda - … niczego, czego bym nie musiał. Sam pomyśl, na wschodzie trwa piekło. Ostatnie, czego nasz kraj potrzebuje, to polska dywersja na tyłach. Dobrze wiesz, że w paru kwestiach nie zgadzam się z partią. Ale, do cholery, nie zamierzam pozwolić osłabiać własnego kraju! Nie namawiaj mnie do tego. Proszę. Jeśli ten ich teatr okaże się nieszkodliwy, nie poinformuję gestapo. Do diabła, nigdy nie chciałem być żadną instancją decyzyjną, ale jeżeli wiem o czymś takim…

    [W sumie to zaczęłam się zastanawiać, ile Cesare wie o tym, co wcześniej robił Otto. Choćby ta służba w SS, ile o tym wie.
    A tak poza tym, to byłby niezły numer, jakby przyszli na przedstawienie, w którym jedną z ról grałby Michał xD]

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  45. - Oczywiście.- powiedziałem i już nawet miałem pójść do gabinetu, kiedy w przypływie chwili dodałem za oddalającym się szeregowcem- Tylko nie schlaj się za bardzo i wróć na następny dzień.- widząc jego minę uśmiechnąłem się słabo. Idąc do gabinetu zauważyłem Glassa.
    - Martin co się stało? Mamy jakiś dzień dobroci, dla innych?- zapytał zaciekawiony.- Wolne Cesarowi dałeś…
    - Uwierz mi Glass, chłopak wykonał kawał dobrej roboty z tymi depeszami.- powiedziałem, po czym zniknąłem w gabinecie.
    ***
    Roboty było co niemiara, kilku z moich informatorów, chciało się ze mną spotkać na mieście. Dlatego przywdziałem cywilne ubrania, zabrałem dokumenty na nazwisko Potocki, oraz na nazwisko jakiegoś Włocha, które sobie przywłaszczyłem i poleciałem na miasto. Było strasznie gorąco, i parno i…duszno i parno i gorąco. Ale przynajmniej nie padało.
    Razem z informatorem szliśmy przez ulicę i pewnie na nic nie zwracalibyśmy zbędnej uwagi, gdyby nie to, że ten debil i idiota zwany „Robertem” nie wpadł na jakiegoś Niemca.
    - Entschuldigung.- powiedział niemalże natychmiast. Spojrzałem na tego „biednego” Niemca. To był Ross, a obok stał Cesare. Miałem nadzieję, że mnie nie rozpoznał, chociaż słońce świeciło rudzielcowi w oczy, a ja miałem jeszcze na głowie kapelusz, który nieco rzucał cienia na rysy twarzy. Ross coś do mnie mówił.
    - Molto dispiaciuto per il compagno. La prossima volta sarà più attento*.- powiedziałem. Postanowiłem udawać Włocha, miałem nadzieję, że Ross nie zna włoskiego. Jednak nie dane mi było się o tym przekonać, bo „Robert” powiedział jeszcze szybkie przeprosiny i odciągnął mnie.
    Kilka metrów dalej odezwał się.
    - Nie wiedziałem, że znasz włoski. Brzmiałeś jak rodowity Włoch, do tego jeszcze zupełnie inny głos…
    - Włoskiego nie znam. Kiedyś po prostu byłem we Włoszech i tam jakiś pijany facet na mnie wpadł, a jego kolega powiedział te słowa. A że znajomy znał Włoski to mi przetłumaczył.- wyjaśniłem.- A tak poza tym to cię chyba zabiję…- nagle mnie olśniło. Przecież chyba nawet widziałem jak Ross się uśmiechał do Neumanna. To było dosyć dziwne i nie wyglądali jakby zaraz mieli na sobie psy wieszać.- „Robert” weź kilku i poobserwujcie mi tego Niemca, na którego wpadłeś, facet nazywa się Maksymilian Ross.- powiedziałem. Informator tylko skinął głową w potwierdzeniu.

    [*Bardzo przepraszam za kolegę. Na następny raz będzie bardziej ostrożny.
    Mam nadzieję, że nie zrobiłem błędu, bo po Włosku to ja tylko pojedyncze słowa wydukam. I mam pewien pomysł, napiszę ci na mailu.]

    OdpowiedzUsuń
  46. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  47. [Ok, jestem za. Zanim odpiszę (zrobiłabym pewnie przeskok do tamtego spotkania), daj mi znać, jakie dokładniej to by miały być informacje. Plus, skąd Max i Otto się znają.]

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  48. Zamieniłem jeszcze kilka zdań z „Robertem” i rozeszliśmy się w swoje strony. Może to nawet i lepiej, że zobaczyłem nieco ludzką twarz Rossa. Westchnąłem cicho…coś mi się nie podobało. Ale „Robert” i jego ludzie byli dobrzy w wyszukiwaniu informacji, więc nie miałem się o co martwić. Wiedziałem, że to zawodowcy.
    ****
    Wieczorem trochę popiłem z Wernitzem. Ale było tego tyle co nic. A to nic nazywało się „pół litra”. Nawet mnie kac nie męczył, tylko się trochę nie wyspałem. Tak więc zaspany zjawiłem się w swoim gabinecie. Zasiadłem za biurkiem i począłem przeglądać akta. Nie było na razie nic ciekawego. Tą monotonię przerwało nieśmiałe pukanie.
    - Wejść!.- powiedziałem. Kiedy ktoś otworzył drzwi zobaczyłem rudą czuprynę. Uśmiechnąlem się słabo w kierunku Cesara. Wskazałem mu miejsce po drugiej stronie biurka.- Siadaj. Jak widzę w miarę wypocząłeś. Jak ci minął wczorajszy dzień?- zapytałem z czystej ciekawości. Nie wspominałem, że widziałem go na mieście z Rossem. Jeśli by zapytał o wczorajszy incydent, to zaprzeczyłbym. Oficjalnie nie znałem włoskiego. To że w przypływie chwili i geniuszu wydukałem coś, nie czyni poligloty. Boże… jakim cudem udało mi się powtórzyć zasłyszane naprędce słowa sprzed kilku lat? Jestem chyba jakimś kosmitom.
    - Nie dostałem żadnych depesz do tłumaczenia. Ale…- przeszukałem moje biurko, chyba gdzieś widziałem jakieś akta. Przerzuciłem kilka teczek z jednego miejsca na drugie, ale nic nie znalazłem.- Nie ważne. – westchnąłem. – Coś chciałeś konkretnego?- zapytałem.

    OdpowiedzUsuń
  49. - A to ciekawe.- powiedziałem, nawet udało mi się udać autentyczne zdziwienie.- Aż z ciekawości to bym z tym Włochem porozmawiał. Ale na pewno nie po włosku, bo tego języka nie znam.- powiedziałem po czym wzruszyłem ramionami. Zastanawiałem się, czy połknie haczyk, czy nie.- Ale ciekawe to musiało być, ale chyba nie zdążyłeś powiedzieć coś typu: „Dzień dobry panie majorze.” Czy zdążyłeś?- udawałem niejakie rozbawienie, co zresztą całkiem dobrze mi wychodziło.
    - Ale dobra… ta depesza jest już od wczoraj u kryptologów, złamali szyfr wczoraj wieczorem.- powiedziałem.- Jednak bardzo dobrze, że nie pozostawiłeś tego tak samemu sobie. To znaczy że jesteś sumienny, a tą cechę cenię, tylko nie bądź zbyt nadgorliwy w niektórych sprawach, bo możesz się przez przypadek wpakować w niezłe bagno.- powiedziałem w dobrej wierze.
    - Coś jeszcze Cesare?- zapytałem przyjaznym tonem.- Nie wyganiam cię ani nic, ale jak widzisz tonę w papierach i innych rzeczach, a jeszcze czeka mnie przesłuchanie.- powiedziałem, bez ogródek.

    OdpowiedzUsuń
  50. Spojrzałem na niego takim wzrokiem, że gdybym mógł to chyba by już leżał martwy. Tą uwagę mógł sobie darować.
    - No ja myślę, że nie było.- tak naprawdę to miałem nadzieję, że nie mam swojego sobowtóra w żadnej części świata. Bo facetowi byłoby ciężko ogarnąć to że ma sobowtóra-asa wywiadu. Mnie samemu jest ciężko to zrozumieć. Uśmiechnąłem się słabo do rudzielca.
    - Dzięki, przyda się.- powiedziałem – Miłego dnia.- dodałem i zanurzyłem się w papierach.
    ****
    Nie wiem jakim cudem ale wyrobiłem się do wieczora. „Robert” jeszcze się nie odzywał, jednak miałem przeczucie, że powoli coś z tego wyjdzie. A nuż będę miał na niego jakiegoś haka? Przed gmachem czekał na mnie Wernitz.
    - Cześć, jak ci minął dzień?- zapytałem i uścisnąłem mu dłoń. Cieszyłem się, że zaproponował dzisiaj wspólne picie.
    - Daj spokój. Roboty sporo, aż zdziwiłem się, że tak się da.- pokiwał głową i nieco się uśmiechnął. Szliśmy ulicą i żartowaliśmy…jak starzy dobrzy znajomi. Właściwie to nimi byliśmy, poznaliśmy się cztery lata temu.
    ***
    Nawet dobrze nie zdążyliśmy się zabrać do drugiej flaszki, kiedy zadzwonił telefon. Wzruszyłem ramionami i odebrałem.
    - Kto i po kiego nęka mnie o takiej porze?- zapytałem na wstępie.- Cesare…o co chodzi? Masz znowu jakieś te całe przesłuchania, czy coś?- zapytałem, teraz dało się usłyszeć, że byłem w stanie lekkiej nietrzeźwości.

    OdpowiedzUsuń
  51. - Aha…- powiedziałem i nieco pokiwałem głową, jednak tego gestu Cesare nie mógł zauważyć.- Wiesz, co momentami to się cieszę, że powiedziałem abyś mi przekazywał informacje bo ci idioci z SS nic mi nie przekazali.- powiedziałem.- Dobranoc.- dodałem po czym rozłączyłem się.
    - Herman, nie otwieraj flaszki, jutro muszę być trzeźwy, albo za takiego uchodzić.- powiedziałem i usiadłem w fotelu. Pogłaskałem psa, który niemal natychmiast przyszedł.
    - Nie pytam o co chodzi, usłyszałem tylko o SS i nie mam pytań.- powiedział.- To w takim razie idę. Dobranoc.
    - Dobranoc.- powiedziałem, byłem chyba w nienajlepszym stanie emocjonalnym.- Stary… uważaj na siebie.- dodałem mimo wszystko. Chociaż wiedziałem, że Polacy raczej Wernitza nie tkną, chociaż…kto to wie.
    ***
    Obudziłem się o nieludzkiej porze jaką była ósma… Ósma! Spóźnię się! Szybko wstałem, ubrałem się, ogoliłem i ułożyłem włosy (jakbym jeszcze miał co układać, hehe) i wybiegłem z mieszkania. Dopadłem do samochodu i szybko ruszyłem. Przez miasto jechało się całkiem przyjemnie, było prawie pusto na ulicach, więc mogłem jechać nieco szybciej niż normalnie. Co poskutkowało tym, że znalazłem się na miejscu wcześniej niż planowałem.
    Jednak nie dałem po sobie poznać, że się bardzo spieszyłem, z niemalże generalską dostojnością wysiadłem z samochodu i wszedłem do budynku. Korytarzem przeszedłem pod odpowiedni gabinet. Przed drzwiami czekał Cesare. Nie wyglądał najlepiej.
    - Serwus, nie wyglądasz najlepiej.- powiedziałem z lekką troską w głosie. – Nie martw się o wynik…na pewno będzie dobry…- uśmiechnąłem się pokrzepiająco.

    OdpowiedzUsuń
  52. - Tak sukces…- przerażała mnie trochę wizja pawia na butach komisji. Głównie by się oberwało rudzielcowi, ale jednak…ja jestem dowódcą i jego przełożonym, więc i na mnie spadłby gniew całej reszty. Lekko przygryzłem wargę w zamyśleniu.- Szkoda, że Rossa nie będzie, po nim to wiem czego się mogę spodziewać.- mruknąłem pod nosem. Przeciwnik nieznany, to będzie ciekawa batalia. Ciekawe jaką strategię obiorą.
    Czekaliśmy jeszcze kilka minut, aż się zjawią. I oto wszyscy są. Cała komisja, złożona z jakiegoś majora, podpułkownika i kapitana. To się dobrali… Nie ma co…
    Ze stoickim spokojem wszedłem za nimi. Zająłem wskazane miejsce obok Cesara. Spojrzałem na niego…chyba bardzo się stresował…właściwie to nie dziwię mu się. Zimnym spojrzeniem omiotłem gabinet i komisję. Było w tym wszystkim trochę lekceważenia, trochę buntowniczości, trochę zaczepności.
    - To może przejdźmy do rzeczy, panie Neumann…- powiedział siwy podpułkownik. Nawet się nie przedstawili.
    - Nie sądzi pan PODpułkownik, że najpierw należałoby się przedstawić.- uniosłem pytająco brew. Przybrałem maskę tego chamskiego i aroganckiego majora.
    Podpułkownik kwaśno się uśmiechnął. Obrzucił mnie takim dosyć dziwnym spojrzeniem, jakby doszukiwał się w pamięci mojego nazwiska.
    - Oczywiście. Podpułkownik Elert, major Farenwirst i kapitan Luge.- przedstawił kolejno.- Panie majorze…
    - Rommel. Martin Rommel.- podpowiedziałem i z lekka cynicznie się uśmiechnąłem. Nazwisko robi wrażenie, pułkownik chciał coś powiedzieć odnośnie mojego nazwiska, więc zaraz dodałem- Tak z tych Rommlów.- kolejny cyniczny uśmieszek. Niekiedy samo nazwisko potrafi zatrząść przeciwnikiem, miałem nadzieję, że teraz zaczną się trochę ze mną liczyć.

    OdpowiedzUsuń
  53. Dzień później.
    Od kilku godzin siedziałem w Café Clubie. Wyglądałem jak zwykły, niemiecki cywil. Z prawie całkowicie opróżnionej filiżanki leniwie unosiły się resztki aromatu. Prawdziwa kawa… właśnie tego mi było trzeba. Zapłaciłem za nią ze dwa razy tyle, ile kosztowała przed wojną, ale i tak było warto. Przekartkowałem swój do połowy zapisany notes. Gdzieś w tle podpity szeregowy wył jakąś starą piosenkę ku uciesze kompanów.
    - Rano o 3.30
    wchodzi podoficer
    Wychodźcie leniwe zwierzaki
    Tak, zwierzaki
    I sprzątajcie rewir…*
    Uśmiechnąłem się pod nosem, zastanawiając się, czy moi podkomendni nie zachowują się podobnie, kiedy mnie nie ma. Wyjąłem z kieszeni starannie złożony list od redaktora naczelnego „Völkischer Beobachter”, który doszedł dziś rano. Raz jeszcze przeleciałem wzrokiem rzędy kaligraficznych liter. Drogi panie von Wartenburg… uznaliśmy za niezwykle ważne pozyskanie korespondenta z terenów Generalnej Guberni… dla wzmocnienia morale obywateli wielkiej Rzeszy… i pokazania oblicza wojny… wydał się pan odpowiednim kandydatem… poprawnym ideologicznie… przez wzgląd na bogate doświadczenia… ceniony przez partię dorobek dziennikarski…
    Zmiąłem list. Chcą „oblicza wojny”… to dlaczego nie napiszą do kogoś z frontu wschodniego? Tam jest teraz prawdziwa wojna. A ci… po trzech latach się odezwali. A wcześniej nic. Cisza. Ostatni raz pisałem dla nich w 39’, chyba w sierpniu. A teraz, nagle… Ciekawe, czego im w Rzeszy zabrakło? Może żarcia albo papieru toaletowego, że imają się takich środków? Przed oczami staja mi wydarzenia z lutego 42’ roku. Tamten wagon… Rut. A potem twarz Cesare’a. „I wybacz mi, ale to jest twój kraj, a nie mój. I raczej wątpię, aby coś się zmieniło”. Oblicze wojny, taka ich mać..! Mnę list jeszcze bardziej. Napiszę. Już ja wam napiszę… Tak wam napiszę, że tego nie wydacie!
    Towarzystwo na sali zmieniło repertuar.
    - Starzy towarzysze na wojennej ścieżce
    W starej przyjaźni niezłomni i wierni.
    Czy to w walce czy też w tumanach kurzu,
    Zawsze razem trzymają się na nowo…*
    Dopiłem ostatni łyk zimnej kawy, zapłaciłem rachunek i wyszedłem. Zerknąłem na zegarek. 17.00, czyli miałem jeszcze sporo czasu. Zawahałem się. Mogłem znaleźć jakieś ciche miejsce i jeszcze przez jakieś dwadzieścia minut podumać nad artykułem, albo wcześniej pójść do Elsy z nadzieją, że zastanę Cesare’a… i że po wczorajszym nadal będzie chciał mnie widzieć, dopowiedział mi w głowie jakiś głosik.
    Wybrałem drugą opcję. Poszedłem bocznymi uliczkami, znacznie rzadziej uczęszczanymi przez Niemców. Może jak posłucham czegoś innego, niż pronazistowski bełkot, wymyślę jak napisać o tym, o czym nie wolno i to jeszcze w taki sposób, żeby cenzura nie wyłapała...
    Szedłem zatopiony we własne myśli, gdy usłyszałem znajomy głos. Spojrzałem w stronę, z której dobiegał i zdębiałem. Cesare szedł chodnikiem w towarzystwie oficera SS, którego skądś niejasno kojarzyłem. Nie zauważył mnie. Opowiadał o czymś takim przejęciem, że nie odważyłem się do nich podejść. Poczułem się, jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Skręciłem w boczną uliczkę. Nie widział, czy zdąży, tak..? Prawie potknąłem się o kopniętą przez jakiegoś polskiego dzieciaka piłkę. Otrząsnąłem się dopiero, słysząc nerwowy głos jego matki. Nie bardzo wiedząc, o co chodzi, schyliłem się po tę piłkę i odrzuciłem ją do chłopczyka. Wygląda na to, że tylko ja jestem w tym mieście sam jak palec, pomyślałem gorzko.
    ***
    Czekałem blisko wejścia do kamienicy w której miała mieszkanie Elsa, oparty o jakiś na wpół zburzony murek. 17.30. Czas płynął sobie powoli, leniwie… Miałem bardzo dużo minut na myślenie. Czułem się jednocześnie zirytowany, smutny i rozżalony, choć sam przed sobą nie chciałem się do tego przyznać. Bo przecież nic się nie stało, prawda? Zupełnie nic. To tylko ja sobie ubzdurałem, że skoro przez te wszystkie lata się przyjaźniliśmy, to będzie tak zawsze.
    17.40. Spóźnimy się. Właściwie to po co ja tu stoję jak palant? Przeszedłem kilka kroków z zamiarem pójścia sobie w cholerę. Zatrzymałem się. Jeszcze pięć minut. Czekam ostatnie pięć minut.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [*Tłumaczenie fragmentów niemieckich piosenek. Pierwsza to „Lisa, Lisa”, druga – „Alte Kameraden”.
      Co do rzeczy, które może wiedzieć Ross… W sumie przychodzi mi mieszanina różnych rzeczy sprzed wojny i wojennych:
      - przed wojną Otto kumplował się z pisarzem, który wydawał w tej samej oficynie. Dosyć często się kłócili o sprawy natury politycznej, ale tamten bywał w domu u Wartenburgów i w ogóle. Po jednej z takich wizyt obaj panowie szli razem ulicą i zatrzymało ich gestapo. Wyszło, że tamten pisarz miał żydowskie korzenie. Gestapowcy zapytali, czy Otto zna tamtego, było jasne, że wystarczy potwierdzić, żeby go nie zgarnęli. Otto wyparł się znajomości. Tamten pisarz i jego rodzina zginęli potem w Dachau. Otto raczej na pewno nie zająknąłby się o tym przy Cesarze, ale Ross mógłby wiedzieć (jakaś rozmowa po alkoholu? Albo poczta pantoflowa?)
      - będąc w SS, Otto brał udział w rozstrzeliwaniu Polaków w Palmirach. Dobrze wiedział, co robi. Nie mówi o tym, bo nie chce i bo zgodnie z rozkazem nie może (to był rok 40’, wtedy Palmiry były utajnione). Więc sam nikomu by nie powiedział, ale Ross mógł widzieć zdjęcia z egzekucji w 39’ (wtedy jeszcze nie było np. zakazu fotografowania i powstała pełna dokumentacja). Otto mógłby kiedyś wspomnieć nazwę/numer swojej jednostki, a Ross by skojarzył resztę.
      - w 41’ Otto był przesłuchiwany przez gestapo, jednym z zarzutów było szpiegowanie na rzecz ZSRR lub Polski. Otto dostał „propozycję” współpracy, czyli donoszenia na swojego dowódcę, czyli Curta Kehla. W wątku to nie było rozwiązane, więc nie wiadomo, czy się zgodził. O tym Ross będzie na pewno widział, jeżeli na bliżej rodziców Otta – od tego momentu ojciec przestał się przyznawać do Otta (no bo jak to, jego syn podejrzany o szpiegostwo?!)]

      Usuń
  54. - Sądzę, że te pytania są nie na miejscu.- powiedziałem lodowatym tonem.- To jest tak jakby państwo pytali dziennikarza, dlaczego jego artykuł spodobał się czytelnikom.- brawa dla mnie za porównanie. Po prostu nic tylko zapłakać nad moim intelektem i mózgiem…
    - Herr major, też ma coś za uszami…- uśmiechnął się podpułkownik, zachowywał się tak jakby wyczuł dwie łatwe ofiary.
    - Jak każdy w tych czasach.- odpowiedziałem z szyderczym uśmieszkiem- Ale fakt… nie zaprzeczę, jednakże wszystkie zarzuty skierowane do mnie, zostały jakby to ładnie ująć…- zastanowiłem się chwilę.- Spreparowane.- uśmiechnąłem się.- Oczywiście pewien oficer niemiecki, którego nie będę wskazywał z nazwiska, będzie miał na ten temat zupełnie inne zdanie.
    - Co pana skłoniło do tego aby schultze Neumann, był w pańskim oddziale?- zapytał major i uniósł nieco brew.
    - Osiągnął coś w piętnaście minut, czego ja nie potrafiłem zrobić w pół dnia.- powiedziałem Jednak widząc ich miny, dodałem- Mają oto państwo przed sobą, człowieka, który pomógł zadać poważne ciosy sowietom.- uśmiechnąłem się i wskazałem na Cesara.
    Komisja coś poszeptała miedzy sobą, przez kilka chwil, ja spoglądałem na zegarek z niejaką nonszalancją. Zastanawiałem się jaką strategię obiorą.
    - Proszę pana majora o wyjście na kilka minut.- powiedział podpułkownik.- Ale zaraz się pan zjawi. Musimy porozmawiać z państwem na osobności.
    Wstałem, zabrałem z wieszaka swoją czapkę i zasalutowałem. Ale nie zwyczajowe „heil” tylko normalny salut wojskowy, ten całą dłonią.
    Nie zdziwiłbym sie, jeśli wśród pytań dla Neumanna wypytaliby o mnie. Ludzie to są jednak skurwysyny

    OdpowiedzUsuń
  55. Kiedy zapytał, czy długo czekam, mruknąłem w odpowiedzi coś bliżej nieokreślonego. Nie miałem najmniejszego zamiaru przyznawać się, że sterczałem tu przez co najmniej dwadzieścia minut jak jakiś idiota.
    „Pilne sprawy”.
    - Właśnie widziałem – stwierdziłem, nie ruszając się miejsca. Nie podniosłem głosu. Nie mówiłem zimno, jak w chwilach, kiedy ogarniała mnie wściekłość. W zasadzie nawet nie byłem na niego zły. Tylko coś mnie żarło od środka. Coś, co nie mogło strawić, że Cesare spóźnia się na spotkanie ze mną, bo w tym czasie jest z kimś innym. To samo coś miało ochotę zetrzeć mu ust ten błogi uśmiech, choć przecież dotąd lubiłem jego wesołość.
    Kiedy pociągnął mnie za rękę, wyrwałem ją. „Czy coś się stało?” Tak. Stało się. Owszem.
    Pokręciłem głową.
    - Nie, nic. – Nic, co powinno mnie obchodzić, dopowiedziałem w duchu. Czy zrobił coś złego..? – Nie – powtórzyłem.
    - Przestań – mój głos zabrzmiał miękko, bo ta uwaga o cukierkach była tak bardzo w stylu Cesare’a, którego znałem przed rokiem, zanim wszystko się zmieniło. Skląłem się w myślach za to niezdecydowanie. Nie umiem się ani na dobre obrazić, ani zachowywać, jakby wszystko było w porządku. – Chodź, idziemy. Jestem zmęczony. To wszystko – skłamałem.
    Niepokoiło mnie to, z kim rozmawiał. Byłem daleki od podejrzewania go o donosicielstwo, ale… Nie, to przecież niemożliwe. Kto jak kto, ale nie on.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  56. - Za dobrze mnie, draniu, znasz – westchnąłem. Grać to ja może i umiałem, ale na pewno nie przed nim. Kiedy znowu mnie przeprosił, zrobiło mi się głupio. Właściwie, to o co ja się czepiam? O głupotę jakąś…
    To, co powiedział po cichu, usłyszałem głównie dlatego, że akurat wtedy na niego patrzyłem. Odwróciłem wzrok. To nie tak. To przecież nie tak.
    Chciałem się odezwać, jakoś wytłumaczyć, ale jak zwykle w takich sytuacjach brakowało mi słów. Co ze mnie za pisarz? Dialog do książki ułożę, a jak przyjdzie do prawdziwej, realnej rozmowy, to co?
    Dupa wołowa.
    Doszliśmy do budynku, w którym miało się odbywać przedstawienie. Przez chwilę miałem wrażenie, że pomyliliśmy adres, ale nie. To na pewno tutaj. Zwykła, żeby nie powiedzieć: pospolita kamienica, wciśnięta między dwa równie brzydkie domy. Na parterze jakiś sklep, obok zapyziała kawiarnia. W oknie wystawowym ktoś postawił tablicę, na której wypisano kredą nazwę napoju dnia. „Kawa „Teatralna” z posypką”. Uniosłem brew. Albo źle zrozumiałem po polsku, albo to sugestia dla wtajemniczonych i jesteśmy na miejscu. Zawahałem się, sięgając do klamki. Odwróciłem się w stronę przyjaciela. Muszę mu to powiedzieć. Koślawo, bo koślawo, ale muszę. Dość już rzeczy schrzaniłem przez milczenie.
    - Cesare, posłuchaj – zacząłem cicho. To zły moment, ale nie wiem, czy kiedykolwiek będzie lepszy. – Cieszę się, że wróciłeś. Cieszę się, że cię widzę i że tu ze mną przyszedłeś. Tęskniłem za tobą. Po prostu… chyba potrzebuję czasu. I… To nie ty jesteś winny, tylko chyba moje wyrzuty sumienia.
    Chwilę później weszliśmy do kawiarni. W środku pusto, z wyjątkiem jednego zasuszonego człowieczka krzątającego się za kontuarem. Łamanym polskim z brytyjskim akcentem wyjaśniłem, że interesuje nas ta „teatralna”, którą polecił mi znajomy. Człowieczek wytrzeszczył oczy, po czym zaprowadził nas na zaplecze, aż do schodków prowadzących w dół, do sutereny. W przejściu stała dziewczyna, brunetka o spokojnej twarzy, kojarzącej mi się z freskami z Pompejów. Człowieczek zaczął jej coś tłumaczyć po polsku, na tyle szybko, że wyłapałem tylko niektóre frazy. Dziewczyna zmarszczyła brwi.
    - Jak się ten znajomy nazywał? – zapytała po angielsku, z wyraźnie polskim akcentem.
    - Przedstawił się jako „Mały”.
    - Panów nazwiska? – była nadal podejrzliwa. Spokojnym ruchem podałem jej legitymację Lucasa Wrighta. Dokument był autentyczny. Uśmiechnęła się. W jej oczach pojawił się błysk.
    - Witamy sojusznika, sir. Pana znajomy też z Londynu?
    - Z Rosji – sprostowałem. – Ilia Rodionycz. Niech się pani nie obawia, swój człowiek. – mrugnąłem do niej. Dziewczyna spuściła wzrok, zakładając za ucho kosmyk włosów. - Cała rodzina była najpierw za caratem, a teraz do nas lgną, żeby z dala od bolszewi…
    Wpuściła nas, na odchodne mówiąc, że przedstawienie zaczęło się niedawno, bo mieli opóźnienie, i żebyśmy po nim zostali, bo „Galicz” chętnie nas pozna, podobnie jak inni goście.
    W suterenie było ciasno. Połowę przestrzeni przeznaczono na scenę, drugą – na widownię. Pierwsze rzędy siedziały, my musieliśmy zadowolić się miejscami stojącymi. Na szczęście wszystko było widać, bo scena znajdowała się na niewielkim podwyższeniu. Było tak ciasno, że ja i Cesare stykaliśmy się ramionami.

    OdpowiedzUsuń
  57. Czekałem jakieś kilkanaście minut, właściwie to niezbyt długo, zdążyłem sobie zapalić jednego papieroska i obmyślić plan rozmowy. Najlepszą opcją wydało mi się gadane tak długi i dużo, aby nie zorientowali się co mówiłem. I oczywiście piękne zwieńczenie rozmowy pytaniem: „Przepraszam bardzo, ale o czym to ja mówiłem?”
    Toż to będzie genialne. Najlepszy strateg nieśmiało wyłonił swoją głowę w odmęty spokojnego już pola walki.
    Po chwili wszedłem do gabinetu. Zadali tylko jedno pytanie i to wystarczyło abym się rozgadał i przez przeszło godzinę trajkotał i opowiadał historię, która była pozbawiona najmniejszego sensu. Generalnie chodziło o to aby moi rozmówcy zgubili wątek, a ich mózgi zamieniły się w szpitalną papkę.
    - Przepraszam bardzo, ale jakie było pytanie?- zapytałem pod koniec rozmowy
    - Do widzenia.- powiedział podpułkownik.
    - To jest stwierdzenie.- poprawiłem i zgrywałem idiotę.- A ja pytałem, o co mnie się panowie pytali. Więc powinni państwo odpowiedzieć pytaniem, tym samym mi je przypominając. A nie jak pan podpułkownik odpowiedział stwierdzeniem, które nijak się ma do mojego pytania.- powiedziałem i spojrzałem na nich. Podpułkownik chyba się gotował ze złości, nie czekając dłużej wstałem i wyszedłem uprzednio salutując.
    Uśmiechnięty poszedłem do samochodu, po drodze minąłem rozmawiającego Rossa i Cesara. Skinąłem głową w ich kierunku, a zaraz po tym lekko odwróciłem głowę w kierunku wejścia głównego, bo miałem wrażenie, że ktoś coś do mnie mówił. I nie pomyliłem się.

    OdpowiedzUsuń
  58. Pokiwałem nieco z niedowierzaniem głową., kiedy spojrzałem kto mnie woła. Podszedłem do wołającego mnie kapitana.
    - Przywykłem, że zwracano się do mnie panie majorze. Albo majorze Rommel.- powiedziałem nieco wściekłym tonem głosu. Wyciągnąłem papierosa i zapalniczkę. Musiałem zapalić.- A nie tak jak to pan uczynił tylko i wyłącznie po nazwisku. Żądam szacunku, do mojej osoby.
    - Przepraszam.- powiedział, jednakże bez jakiegokolwiek przekonania.- Chciałem tylko poinformować, że resztą będzie się zajmował porucznik Ross.
    - Warto wiedzieć.- mruknąłem i wypuściłem kłąb szarego dymu z ust. Kątem oka zobaczyłem jak Cesare wsiada do samochodu z Rossem. Uśmiechnałem się nieco pod nosem. Sam po chwili wsiadłem do samochodu. Na szczęście miałem swoich ludzi, którzy śledzą Rossa. Sam pojechałem do biura. Czekało mnie sporo pracy.
    ***
    Następnego dnia rano spotkałem się z „Robertem”, mówił, że ma coś genialnego. Prawdziwą bombę… nalegał na jak najszybsze spotkanie. No to w cywilu poszedłem na spotkanie z nim do „Fotoplastykonu” .
    - No co masz?- zapytałem szeptem. Kątem oka dostrzegłem jak „Robert” się uśmiecha i przekazał mi szarą kopertę.
    - Zobacz sobie. Ale najlepiej w domu. Zdjęcia albo spal, albo schowaj, gdzieś, gdzie nikt nie będzie ich szukać.- powiedział szeptem.- mam nadzieję, że będziesz zadowolony z mojej pracy.- uśmiechnął się slabo w moim kierunku.- Aha, nie wiem co planujesz, ale ja nie chcę mieć z tym wszystkim do czynienia.- dodał zaraz.
    - Dzięki.-mruknąłem.- Wiem o tym, spokojnie, zobaczę w domu, ale raczej nie będziesz niepokojony przeze mnie w tej sprawie.- dodałem. Po chwili „Robert” wstał i wyszedł. Ja jeszcze chwilę siedziałem na miejscu. Dopiero po pięciu minutach wyszedłem. I pierwsze co to ze schowaną kopertą wróciłem do domu. Na wszelki wypadek jeszcze zadzwoniłem do mojej sekretarki, że raczej się dzisiaj nie zjawię, bo mam kilka spotkań. Ale zaraz też dodałem, że mogę się zjawić jakoś w południe, albo po południu. Na wszelki wypadek…gdyby ktoś coś chciał.

    OdpowiedzUsuń
  59. Nie mogąc czekać dłużej otworzyłem kopertę. Było w niej kilka zdjęć przedstawiających Rossa i Neumanna. Pierwsze z nich były chyba zrobione na ulicy i w jakiejś kawiarni…dalej znalazłem zdjęcia, które były dosyć jednoznaczne. Czyli zagadka w jaki sposób Cesare wrócił do Warszawy została wyjaśniona. W głowie zaświtał mi plan. Natychmiast zamknąłem mieszkanie i ze zdjęciami w kopercie pognałem do pewnego zakładu krawieckiego. „Szybki” powinien na to pójść.
    Po dotarciu na miejsce zamieniłem kilka słów z Antkiem. Zgodził się bez zająkania. Uśmiechnąłem się słabo, Dobrze, że znajomy Antka miał zakład fotograficzny, a ja znalazłem kliszę… mogliśmy wywołać duplikaty i nieco „zabawić” się kosztem pana Rossa.
    - To ile Marcin?- zapytał Antek
    - Mnie się wydaje, że trzy tysiące będzie dobrze. Po tysiaku dla nas, a reszta na cele konspiracyjne.
    - Dobra, mnie to pasuje. Aha…a jak facet zechce się mnie pozbyć podczas którejś z wizyt?- zapytał z lekką obawą.
    - Nic się nie bój. W razie czego to raz na jakiś czas będę się z tobą wybierał…a jak nie to możesz postraszyć go.- mrugnąłem porozumiewawczo.
    Po tym pożegnałem się z Antkiem i zostawiłem mu kliszę. Sam najpierw wróciłem do domu, schowałem zdjęcia, przebrałem się w mundur i poszedłem do pracy. Miałem nadzieję, że dzisiaj sobie poleniuchuję. Nie miałem najmniejszej ochoty na robienie czegokolwiek. Chyba mój dobry nastrój zwrócił uwagę innych, no cóż łaziłem chyba jak jakiś paw. Wciskałem innym, że moi informatorzy są blisko celu. Jednak jakiego celu to już nie wspominałem. Zostawiłem im taki niedosyt…
    Siedziałem w gabinecie i przeglądałem papiery, kiedy ktoś zapukał, po chwili do środka nieco nieśmiało wślizgnął się Cesare. Podniosłem wzrok znad papierów i słabo uśmiechnąłem się w jego kierunku.
    - Coś się stało?- zapytałem i napisałem coś na kartce.- Mów…siadaj…- wskazałem na krzesło i spojrzałem na niego.- Cesare, o co chodzi?
    Od mojego spotkania z Antkiem minęła może godzina…”Szybki” musiałby nie wiem co zrobić aby już być u Rossa i ściągać haracz. A poza tym umawialiśmy się dopiero na jutrzejszy wieczór z tą akcją.

    OdpowiedzUsuń
  60. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  61. W odpowiedzi nieznacznie skinąłem głową. Zamierzałem trzymać się od wszelkich „spotkań” jak najdalej. Chciałem tylko obejrzeć przedstawienie i wyjść. Nie wychylać się. Nie rozmawiać z nikim, jeżeli nie będzie to absolutnie konieczne.
    Kiedy rozpoznałem aktora wcielającego się w głównego bohatera, poczułem się, jakby grunt usunął mi się nagle spod nóg. Skąd ten szczeniak się tutaj wziął?! Odetchnąłem głębiej, ostatecznie nic się jeszcze nie stało. Staliśmy daleko od sceny. Nawet, jeśli Michał patrzyłby na widownię, miałby problem z wyłowieniem z tłumu akurat naszych twarzy. Postarałem się przybrać zupełnie spokojny wyraz twarzy. Dopóki nie spanikujemy, nic się nie stanie, powtarzałem sobie. Zresztą, jeżeli teraz spróbujemy wyjść, wszyscy zaczną się na nas gapić. Wtedy to dopiero zrobi się niebezpiecznie! Poza tym…
    Przyszliśmy tu, żeby obejrzeć spektakl. Więc go obejrzymy, a Polacy mogą nam naskoczyć. Nie pamiętam już, kiedy byłem w teatrze na czymś dobrym. Ogólnodostępne przedstawienia, abstrahując od ich treści, swoim poziomem od dawna sięgały bruku. Na te „z wyższej półki” nie było mnie stać. Z resztą, kto to widział, żeby zwykły podoficerzyna pakował się w sferę „kultury wyższej”? Za wysokie progi. Tak naprawdę, nie mieliśmy z Cesarem alternatywy.
    Posłałem przyjacielowi uspokajający uśmiech. Będzie dobrze, zobaczysz.
    Skupiłem się na słowach, gestach aktorów, na fabule. Nie znałem wystawianej sztuki. Podejrzewałem, że to coś z klasyki, może romantyzm. Po raz pierwszy od dawna pozwoliłem sobie po prostu słuchać. Stanie tutaj miało w sobie jakąś magię, może dlatego, że wszyscy przyszliśmy tu dla tego spektaklu, a nie, jak to często miało miejsce w niemieckich teatrach, dla pokazania się wpływowym ludziom w aurze kulturalnego sacrum.
    Czar prysł nagle, rozproszony nerwowym szeptem wystawionej przez Polaków „czujki”
    - Nalot.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  62. Spojrzałem na Cesara. Po tych słowach momentalnie spoważniałem. Z jednej strony Natasza jest macochą Neumanna i może dowiedzieć się więcej niż „Władek Niemiec”. Z drugiej jednak strony, ktoś może się dzieciaka uczepić…bo nie ukrywam, że Cesare jest dzieciakiem…
    W zamyśleniu potarłem twarz, zwinąłem prawą dłoń w pięść i oparłem na niej podbródek, zapewne wyglądałem jak jakiś myśliciel z rzeźb starożytnych artystów.
    - Posłuchaj mnie Cesare, zanim podejmę jakąkolwiek decyzję muszę wiedzieć dwie rzeczy.- zacząłem ostrożnie. Spojrzałem na niego.- Rzecz pierwsza: czy ten cały Ross musi wiedzieć co aktualnie robisz? Rzecz druga: czy mogą ci grozić jakiekolwiek nieprzyjemności ze strony macochy jeśli odmówisz?- zapytałem. Musiałem o wiedzieć. Wolałem mieć na uwadze te dwie rzeczy. Bo Neumann mógłby szpiegować dla mnie panią Filipow. Tylko obawiałem się jednej rzeczy…Natasza w akcie zemsty, gdyby się dowiedziała to zabiłaby mnie i chłopaka. A nie chciałem aby Cesare kończył w taki sposób.
    Miałem jeszcze o coś zapytać, kiedy do mojego gabinetu wszedł oficer z innego referatu Abwehry. Zasalutował, niedbale odwzajemniłem.
    - O co chodzi Anwald? Niepokoisz mnie, kiedy widzisz, że jestem zajęty…do tego moja sekretarka, pewnie ci mówiła coś na ten temat…- powiedziałem, kiedy zauważyłem wchodzącą w silnym wzburzeniu Annę-Marię.
    - Cholernie ważne Rommel.- powiedział swoim poważnym głosem.- Możemy porozmawiać na osobności?- zapytał i wymownie spojrzał na Cesara i Annę-Marię.
    - Oczywiście. Cesare, dokończymy naszą rozmowę później. Zjaw się u mnie jakoś wieczorem, dobrze?- powiedziałem. Poczekałem aż cała reszta opuści mój gabinet. Wskazałem swojemu rozmówcy krzesło.- Mów Rudi o co chodzi. Niezmiernie rzadko przychodzisz do mnie. W „ważnych sprawach” a nie mówiąc już o „cholernie ważnych sprawach”.
    - Moja siatka przechwyciła radzieckiego skoczka.- powiedział, a oczy nieco mu zabłyszczały.- Wiem, że dobrze znasz rosyjski, a w szczególności twój akcent jest tamtejszy…mój człowiek zajmuje się jego przesłuchaniem. Martin…to może być jedna z najlepszych operacji wywiadowczych na terenie Generalnej Guberni…
    - A jak go złapaliście, przecież placówki odbiorcze wiedzą gdzie i kiedy jest zrzut, piloci też.
    - Fortel. Rozpracowaliśmy szyfr i nadawaliśmy grupie w Warszawie wiadomości „z centrali” a centrali wiadomości od „grupy”. Nasza grupa wie tylko o zrzuceniu skoczka, jednak jeszcze nie podaliśmy terminu kiedy. Nie przypuszczaliśmy, że to się powiedzie. Ale jak widzisz…- uśmiechnął się w moim kierunku.
    - Posłuchaj…zjaw się u mnie, kiedy będziesz wiedział coś więcej na temat skoczka. I tak właściwie to chciałbym go zobaczyć. Żywego.- ostatnie słowo zaznaczyłem.
    - Spokojnie. Zajmuje się nim Mass. A wiesz, że on bez bicia potrafi wyciągnąć wszystko ze wszystkich.- powiedział i puścił mi oczko. Zaraz po tych słowach wyszedł zostawiając mnie samego ze swoimi myślami.

    OdpowiedzUsuń
  63. Antek alias „Szybki” wieczorem zjawił się w domu porucznika Rossa. Pokazał mu zdjęcia i zażądał umówionej kwoty. Nie było możliwości aby porucznik rozpoznał w nim kiedyś Akowca. Był całkiem dobrze ucharakteryzowany. A w szczególności najlepiej prezentowała się na nim blizna po „oparzeniu” na policzku.
    - Aha…jeśli spóźni się pan z płaceniem, to odpowiednie zdjęcia dotrą do pańskich przełożonych. Podobnie się sprawy mają w przypadku, kiedy zechce się pan mnie pozbyć.- uprzedził.- Mam wielu znajomych tu i ówdzie. A chyba nie musze przypominać co się stało z biednym Röhmem, prawda?- zapytał z szyderczym uśmieszkiem.- Ale spokojnie, dopóki pan płaci, nic nie stanie się ani tobie ani twojemu kochasiowi.- dodał na odchodne i odebrał pieniądze.
    ***
    Następnego dnia rano dostawałem delikatnie mówiąc „pierdolca”. Ręce to mi o tak chodziły. Normalnie chyba się zastrzelę. Do tego jeszcze spotkanie z Anwaldem…
    - Rudi…ty mnie powiedz i wyjaśnij jedną rzecz.- powiedziałem i spoglądałem na zdjęcie zrobione więźniowi.- W którym miejscu ja mam czarne włosy i bliznę na wardze oraz na łuku brwiowym? I generalnie, w którym kurwa miejscu jestem do niego podobny?- zapytałem nie kryjąc złości.- Pomyślałeś, że wypadałoby aby to ktoś do niego podobny wszedł w środowisko?!- no po prostu krew mnie się normalnie gotowała. Boże, czy to jakieś debile są?!
    - Posłuchaj no mnie Martin. Włosy można zafarbować, lekko cię przystrzyżemy, blizny sztuczne się dorobi. Mój znajomy był charakteryzatorem teatralnym, więc zrobi ci odpowiedni makijaż.- powiedział i klepnął mnie w ramię.
    Właściwie to to mogło się udać. Wystarczyło odpowiednio pokierować tym wszystkim. Zastanawiałem się, czy warto by było wkręcić Cesara w to wszystko. Ale kurczę trochę nie widziało mi się to aby mi ginął z ręki własnej macochy. Sam wiedziałem, że była to dosyć porywcza kobieta. Pokiwałem nieznacznie głową.
    - Rudi…masz te jego zeznania?- zapytałem. Wolałem najpierw wiedzieć w co się pakuję. Anwald wręczył mi teczkę z maszynopisem. Odebrałem to i idąc do swojego gabinetu, powoli wertowałem to co tam naskrobali. Tak sobie przemierzając korytarz wymijałem idących na mnie innych oficerów i podoficerów. Aż dotarłem do siebie.
    - Był Neumann?- zapytałem się Anny-Marii . Prosiłem aby przyszedł do mnie wieczorem wczoraj, ale chyba zapomniał. Nie miałem zamiaru się wściekać na niego.
    - Nie panie majorze, nie było…- przerwała bo zaraz wszedł szeregowy. Odwróciłem się w jego stronę.
    - Zapraszam.- powiedziałem do rudzielca i wskazałem mu drzwi.- Przez kilkanaście minut ni ma mnie dla nikogo.- zwróciłem się do sekretarki i wszedłem do swojego gabinetu. Zasiadłem za swoim biurkiem i odłożyłem teczkę na blat.
    - Coś dzisiaj kiepsko wyglądasz.- powiedziałem widząc stan rudzielca. Wstałem i niespiesznie podszedłem do barku. Nalałem wody do szklanki. Postawiłem przed szeregowym naczynie. Po chwili usiadłem naprzeciwko niego.- Myślałem dosyć długo nad tym, co można by zrobić z tym fantem.- lekko przygryzłem wargę.- Mówię o twojej macosze. Przykro mi, ale chyba nic sensownego nie wymyśliłem. Chciałem abyś szpiegował ich grupę. Ale chyba nie chcę ryzykować tym, że straciłbym ciebie…-spojrzałem na niego, a on na mnie. – Zabrzmiało dwuznacznie…chodziło mi o to, że ciebie, w sensie dobrego żołnierza, kryptologa.- sprecyzowałem. Ale cóż oto efekty, kiedy intensywnie myślę nad czymś innym. Nieco nerwowo postukałem palcami w blat.- Na jakiś czas znikam Cesare.- powiedziałem.- Wolałem abyś wiedział.
    Westchnąłem ciężko. To chyba nie był mój najlepszy dzień. Ale za to chociaż wczorajszy wieczór był udany. Dodatkowy tysiąc w mojej kieszeni. Podrapałem się w tył głowy.
    - Chociaż…gdyby się nie dowiedziała o tym, że ją szpiegujesz?- zapytałem ni to siebie ni o jego.- Posłuchaj mnie Cesare, a gdybym tak ci powiedział, że miałbym oko na twoją macochę? Że wiedziałbym o większości jej ruchów? Podjąłbyś się takiego zadania?- zapytałem.

    OdpowiedzUsuń
  64. - Dla mnie, niekiedy zwykłe „Tak” brzmi dwuznacznie.- mruknąłem i wzruszyłem niedbale ramionami.- Dlaczego znikam? Pracuję w wywiadzie, więc czasami znikam na jakiś czas. Zazwyczaj wracałem, więc raczej nie masz powodu do obaw o życie swojego przełożonego.- prawy kącik ust lekko mi drgnął.
    - Doprecyzować?- uśmiechnąłem się słabo.- Normalnie, deptałbym jej po piętach, podążał jak cień. Wiedziałbym co, gdzie i kiedy planuje. Wiesz… powiem ci tak, ciężko mi jest dobierać współpracowników, ufam naprawdę niewielu osobom dostatecznie aby proponować współpracę.- właściwie to ja nikomu nie ufam…nawet sobie. Ale przecież nie musi o tym wiedzieć.- Powiem tak, kiedy któryś z twoich obecnych współpracowników, współtowarzyszy broni miał jakieś kłopoty, pomagałem. Dlaczego miałoby być inaczej w twoim przypadku?- zapytałem retorycznie.- Może mam wygląd skurwysyna i taki charakter, ale nie jestem aż tak zły.- uśmiechnąłem się nieznacznie. Niespiesznie wstałem i podsunąłem pod nos teczkę z informacjami wyciągniętymi od tego rosyjskiego skoczka.- Zobacz sobie.- kątem oka dostrzegłem, że ręka mu drży. Wydawało mi się, że nieznacznie odetchnął z ulgą kiedy zobaczył tylko najzwyklejsze kartki z informacjami o skoczku.- Wladimir Czapajew, znany też jako „Czornyj”. Porucznik GRU, syn pułkownika Jewgienija Czapajewa byłego Czekisty obecnie jego ojciec jest w NKWD. Kontrwywiad przechwycił go jakiś czas temu.- uśmiechnąłem się nieznacznie.- Ale cóż, dowództwu nie wystarcza samo mienie skoczka…apetyt rośnie w miarę jedzenia, nieprawdaż?- zapytałem retorycznie. W informacjach mógł przeczytać, że Wladimir swego czasu był dosyć bliskim znajomym Nataszy Filipow, no cóż i przynajmniej ich spotkania nie kończyły się na kilku kieliszkach wódki… absolwent Lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza. Ukończył wydział prawa i dyplomacji. Dobrze mówi po polsku, ze wschodnim akcentem. Po studiach pracownik dyplomatyczny w Polsce, pracował w jednej z ambasad ZSRR na terytorium Polski.- wyrecytowałem najciekawsze informacje. Raczej nie wątpiłem w swoje umiejętności. Przed wojną obracałem się w różnych środowiskach, więc nie przeszkadzało mi to. A to że nie jestem bliźniaczo podobny do tego porucznika, można łatwo zmienić. Raczej wątpiłem w to, że Natasza będzie dokładnie pamiętać Wladimira…wedle słów Czapajewa ich romans trwał miesiąc, później rozpętała się wojna, nie widzieli się od września ’39, trzy lata to sporo ludzie się zmieniają. I co mi się w tym trzydziestodwulatku spodobało, facet nie pali i prawie nie pije.
    - Za jakiś czas będziesz musiał zapomnieć o mnie, o tym że istnieje ktoś taki jak major Martin Rommel. To tyczy się głównie ciebie, w razie gdybyś miał jakieś kontrole to wybierasz się na nie sam. Oberfeldwebel Hazerski przejmuje moje obowiązki, do niego będziesz się zwracać w takich kwestiach jak urlop, i te całe kontrole.- oparłem się o blat biurka.- Zrozumiałeś przekaz?- zapytałem. Cesare nie wyglądał na idiotę, ale coś mu się dzisiaj ciężko myślało, wolałem się upewnić zadając takie pytanie. Chciałem aby sytuacja była jasna.
    - Z mojej strony to wszystko. Chcesz coś jeszcze wiedzieć? Zapytać, prosić, powiedzieć?- odezwałem się i powoli przeszedłem do okna, przez chwilę obserwowałem ruch uliczny. Zastanawiałem się jak mogę to wszystko rozegrać. Liczyłem się z tym, że na ulicy podczas akcji spotkam się z Cesarem, albo nawet Natasza może coś o nim powiedzieć. Chociaż…powątpiewałem w to. Ale co się będę na zapas martwił. Uda się to będzie dobrze, nie uda się to będę miał pogrzeb na koszt Rzeszy i może jakieś pośmiertne odznaczenie. To brzmiało nawet bardzo zachęcająco.

    OdpowiedzUsuń
  65. - Będę miał to na uwadze.- powiedziałem. Normalnie to była, kurwa odpowiedź na wszystko. Na to że przyłaził z ulotkami, które Cesare czytał, żebym nie skrzywdził Nadii, to że Filipowa miała dobrą pamięć… To akurat zła informacja o tym, że Natasza ma dobrą pamięć. I też nienajlepsza, że Wladimir mówił sporo o rodzinie. Ale cóż… Mass ma swoje metody. Pewnie się dowie kilku rzeczy. Najważniejsze informacje w formie raportu.
    Nieco uniosłem brew, kiedy z kieszeni munduru Cesara wypadł mały misiek pluszowy. Nie skomentowałem tego, naprawdę nie interesowało mnie to czy kupił to Elsie czy dostał od Rossa.
    - Cieszę się że wszystko rozumiesz.- powiedziałem w końcu. Poczekałem aż wyjdzie z gabinetu. Jeszcze raz przekartkowałem akta. Zastanawiałem się czy nie dałoby się jakoś uniknąć robienia tych blizn…przynajmniej tej na wardze. Mimowolnie dotknąłem się w to miejsce, gdzie Czapajew miał bliznę. Jakoś należałoby to ładnie zrobić…chociaż on z tego co mówił, to ta blizna powstała niedawno… Natomiast ta na łuku brwiowym, a właściwie przechodząca pionowo przez łuk brwiowy powstała podczas studiów. Zrobi się nowe zdjęcie, nowe dokumenty… tak… to będzie ciężka batalia. No ale na szczęście to na reszcie ciała nie miał blizn, a to że ja mam kilka, to wyjaśnię. W końcu pobyt na froncie i tak dalej.
    ***
    I oto nadszedł ten dzień. Byłem strasznie zdenerwowany. Bałem się, że spadochron się nie otworzy. Kurwa… Po co mnie to było? Po co?! Mogłem przecież mieć to generalnie w dupie i siedzieć na niej w swoim gabinecie. Ale cóż mam za swoje. Dobrze, że znaleźli skądś jakiś rosyjski samolot.
    - Widzę znak panie majorze.- powiedział jeden z pilotów.- Zatoczę jeszcze koło, ale to chyba oni.- dodał przekrzykując ryk silnika. Powoli stanąłem przy drzwiach, ubrany w łachy Czapajewa. Mimowolnie dotknąłem swojej blizny na łuku brwiowym. Właściwie to było tylko trochę wygolonej brwi i lekka charakteryzacja. Wyglądało to identycznie jak u prawdziwego Czapajewa. Podszedł do mnie drugi pilot. Skinął głową na znak, że mogę skakać. Nie czekając dłużej wyskoczyłem. Po chwili poczułem lekkie szarpnięcie, spojrzałem w górę, nade mną rozpostarła się spora biała czasza spadochronu. Teraz muszę pamiętać, że przy lądowaniu nogi razem i przewracam się na bok, później łapię i gaszę spadochron.
    Udało się. Trochę mnie co prawda zniosło, ale udało mi się wylądować na skraju polany. Postąpiłem według instrukcji. Miałem nadzieję, że Marcinowy Czapajew przejdzie u komunistów. Ściągnąłem swoje łachy ochronne i spadochron. Po kilku minutach dotarłem do miejsca gdzie powoli placówka odbiorcza gasiła ogniska. Wydawało mi się, że nikt nie przejmuje się przybyszem z Moskwy. W pewnym momencie spojrzałem na swoje lewo, w moją stronę podążał komitet powitalny. Natasza, Nadia i ktoś…ktoś jeszcze. Słabo się uśmiechnąłem w ich kierunku (jak dobrze że przyglądałem się podczas przesłuchań mimice Wladimira).
    - Porucznik Czapajew, melduje się.- powiedziałem i zasalutowałem.- Nie spodziewałem się, że ciebie tu zastanę.- zwróciłem się do Nataszy.

    OdpowiedzUsuń
  66. - Trudno się z tobą Nataszo nie zgodzić.- aż dziw człowieka brał, że udało mi się dokonać chyba niemożliwego i mówiłem jak prawdziwy Czapajew. Normalnie jak to wszystko się powiedzie, to chyba się z tego szczęścia zbiję…albo uchlam. Chyba opcja uchlam jest lepsza…albo o mam! Umrę od uchlania się.
    - Aha…mam dla was przesyłkę specjalną.- powiedziałem i odpiąłem skórzaną kurtkę. Ich oczom ukazał się pas z pieniędzmi, jednak nie to było przesyłką specjalną. W podszewce kurtki była mała tubka z mikrofilmem. To było tą przesyłką specjalną. Były tam nazwiska działaczy komunistycznych i ogólnie ważniejszych współpracowników, w tym niejaki Władysław Niemiec i Iwan Maksymowicz Isajew…nie żebym ich znał, czy coś… tylko po prostu widzę te miny oficerów Gestapo albo Abwehry, którzy próbują ich złapać. A oni zawsze będą o krok przed nimi.
    Przekazałem Nataszy tą tubkę. Korzystając z okazji szepnąłem do niej:
    - Nic się nie zmieniłaś. Taką cię zapamiętałem.- uśmiechnąłem się odsłaniając tym samym swoje białe i równe zęby. Ogniska powoli dogasały. Za jakiś czas przestaną się tlić. Przetarłem dłonią zmęczoną twarz, dym gryzł mnie w oczy. Byłem zmęczony, a przynajmniej próbowałem za takiego uchodzić. Spojrzałem na samochód. No nie był to Adler pułkownika Kocha, czy Mercedes Anwardena. Mówi się trudno, wsiadłem do samochodu razem z Nataszą i jej córką. Zaraz dołączył do nas Nikołaj. Byłem zmęczony, dobrze że bez zbędnych pytań ruszył. O nic się mnie nie pytali, i dobrze… bo zapewne jedyną rzeczą którą bym powiedział to to, że jestem zmęczony i nie mam siły.
    Wreszcie dotarliśmy do jakiegoś niewielkiego domku na przedmieściach. Przekroczyliśmy próg. W salonie odpiąłem pas z pieniędzmi, który położyłem na stole, tuż obok spoczął TT-33. Wygodnie się rozsiadłem na kanapie. Spoglądałem wyczekująco na nich.
    - W pasie jest około półtora tysiąca dolarów, pięć tysięcy reichsmarek i piękne okrągłe dziesięć tysięcy polskich złotych.- uśmiechnąłem się do nich.- Nie pytajcie jak…gdybym mógł to pewnie powiedziałbym, ale obowiązuje mnie tajemnica wojskowa.- dodałem zaraz.- A teraz słucham co macie do powiedzenia. W Moskwie nie byli zbyt rozmowni…nie przekazali mi zadania. Miałem tylko wylądować przekazać wam to- wskazałem na pas z pieniędzmi- i ten mikrofilm, który dałem Nataszy. Ze swojej części się wywiązałem.

    OdpowiedzUsuń
  67. Starałem się myśleć rozsądnie. Panika jeszcze nikogo nie uratowała. Widziałem, jak nieracjonalnie zachowują się ludzie wokół. Ci, którzy wybiegli na zewnątrz… Mniejsza o patrole, żołnierze mają teraz ważniejsze sprawy na głowie. Ci, którzy są na zewnątrz zginą pod gruzami pierwszego zawalonego budynku. Albo w pożarze, jeżeli zrzucają na nas bomby zapalające. Albo od fali uderzeniowej. Albo…
    Kamienicę, w której się chowaliśmy, wybudowali na długo przed wojną. To stara, solidna, ceglana zabudowa ze ścianami grubymi jak czort. Prawie jak schron.
    Byłaby jak schron, gdyby znajdowała się głębiej pod ziemią. I gdyby w ścianie nośnej, tuż przy suficie, nie było okna.
    Leżałem na ziemi w nadziei, że jeżeli spadną na nas bomby, uratuje nas gruby mur. Że nawet, jak coś spadnie blisko, fala cieplna, nawet, jeśli rozwali okno, przejdzie nad nami.
    Jednocześnie wiedziałem, że to bzdura. Jeżeli będzie jakakolwiek fala cieplna, zostaną z nas trupy poczerniałe jak przypalone grzanki.
    Ale głupia nadzieja jest lepsza, niż jej brak.
    Więc cały czas wierzyłem, że nam się uda.
    Kiedy leżeliśmy obok siebie, udawałem spokój. Cześć ludzi posła w nasze ślady. Zacisnąłem pięści. Huk wybuchów wwiercał się w mój umysł, paraliżował myśli. Bałem się. Cholernie się bałem i nie miało tu znaczenia, że jestem żołnierzem. Wiedziałem, co te bomby mogą zrobić. Uczono mnie o tym. Pokazywano na filmach instruktażowych. Ale dziś, po raz pierwszy, czułem się prawie sam. Nalot w piwnicy to co innego, niż taki, który zastał cię w koszarach. W drugim przypadku jesteś częścią wielkiej machiny, którą przecież trudno uszkodzić. W pierwszym jesteś tylko słabą, przerażoną jednostką, nawet, jeśli udajesz, że jest inaczej.
    Kolejny huk. Wybuch. Dźwięk silnika. Ten złowieszczy warkot, którego echo każdego żołnierza piechoty prześladuje jeszcze wiele nocy potem. Świst. Wybuch.
    Podobno akurat tej jednej bomby, która spada dokładnie pionowo, która cię zabije, nie słychać.
    Domyślałem się, że Cesare boi się tak samo jak ja, jeśli nie bardziej. Położyłem mu dłoń na ramieniu. Chciałem dodać mu otuchy.
    - C… - Nawet nie mogłem odezwać się w moim języku. Przerażeni, wyczuleni na najcichszy dźwięk ludzie wokół z pewnością by to usłyszeli. Wrogowie na zewnątrz, wrogowie wewnątrz… Dosłownie i metaforycznie, bo przecież strach też był naszym wrogiem. – Ilia, pamiętasz jakieś wiersze? –zapytałem po angielsku. Głos miałem dziwnie zduszony.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  68. Towarzyszący bombardowaniu łoskot nie malał. Co jakiś czas oddalał się tylko, by powrócić z jeszcze większą siłą. W piwnicy było prawie całkiem ciemno, światło zgasło natychmiast po tym, jak zaczął się nalot, a nikt nie wziął ze sobą lampy ani latarki. Mrok rozpraszała jedynie łuna rozchodząca się od okna za każdym razem, gdy w pobliżu wybuchła bomba.
    Widziałem, że Cesare jest krańcowo przerażony, i chyba dlatego mój własny strach zszedł na dalszy plan. Tak było zawsze, ilekroć znajdowałem się w pobliżu osoby, która była dla mnie ważna, o którą czułem się w obowiązku dbać. Nie wiem, co mną kierowało, kiedy przysunąłem się bliżej niego i go przytuliłem.

    [Niby mam urlop, ale wena wpadła w odwiedziny, to odpisałam :)]

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  69. Słyszałem jego wystraszony szept. Był tak blisko, że czułem, jak drży. Odszukałem w ciemności jego dłoń. Ścisnąłem ją.
    - Nie bój się. Wyjdziemy z tego, zobaczysz – wyszeptałem. Ciepło, jakie od niego biło, dawało mi coś w rodzaju… ukojenia? Odsunąłem się. Co ja najlepszego..? Pokręciłem z irytacją głową. Z pozbawioną wyrazu miną zbliżyłem się w kucki do trupa. Ofiara bombardowania: spalona do mięsa, cuchnąca, poczerniała skóra... Pieprzony sufit nie wytrzymał po jednej stronie, sądząc z nienaturalnej pozycji, ciało musiało wpaść przez otwór, pchnięte falą uderzeniową. Poczułem, że zbiera mi się na wymioty, więc zacisnąłem zęby i odciągnąłem trupa na bok, starając się nie myśleć. Nie czuć.
    Nad nami rozległ się ostatni wizg silnika. Ostatni świst. Huk bomby. A potem koniec. Świdrująca w uszach cisza. Pełne niedowierzania spojrzenia. Oczekiwanie. Wrócą..?. Stopniowe poruszenie i głosy… Szmer pierwszych, nieśmiałych rozmów. Nie wrócili. Przeżyliśmy. Odruchowo otrzepałem pył z marynarki, ale na niewiele się to zdało. Przeżyliśmy. Popatrzyłem na zbierających się podłogi ludzi, zerknąłem na Cesare’a. Nie uśmiechnąłem się.
    Jeden z Polaków najpierw kierował wciąż jeszcze przerażonymi ludźmi, potem podszedł do nas. Wyprostowałem się.
    - To niebezpieczne, żeby pan i pana znajomy teraz wychodzili na zewnątrz, sir. Po każdym nalocie szkopy dokładnie sprawdzają teren.
    Kiwnąłem sztywno głową. Patrzyłem na rozmówcę, więc nie od razu uświadomiłem sobie, że podszedł do nas ktoś jeszcze. Odwróciłem głowę w jego stronę i zamarłem. O kurwa. Michał. Już po nas.

    ~ Otto

    OdpowiedzUsuń
  70. - Jak zawsze świetne pomysły Nataszo…ale wiesz, jaki mam stosunek do Niemców.- mruknąłem i nieco zacisnąłem ręce w pięść. Jak prawdziwy Czapajew.- Nawet jeśli to twój pasierb…- pokiwałem głową.- Poza tym…należy się dowiedzieć kto jest jego przełożonym. Jeśli jakiś niezbyt ociekający inteligencją oficer, to byłby bardzo dobrym źródłem informacji…jeśli natomiast facet jest inteligentny, to będzie cięższa sprawa. I dobrze o tym wiesz.- spoglądałem na nią. Mogłem się nieco pokłócić z Nataszą i to całkiem legalnie. Przecież Generał Czapajew „ojciec” mój miał coś do powiedzenia w Matuszce Rosji.
    ***
    Minęło kilka dni od mojego lądowania. Niemcy nic nie planują…są nieco za bardzo rozleniwieni… nudy ogólnie rzecz biorąc. Zdziwiłem się, ze Natasza nic nie próbowała ze mną kręcić…w końcu wedle zeznać Wladimira…raczej nikt nie kłamie kiedy między innymi wyrywa mu się paznokcie…
    Ktoś wszedł do mieszkania. W momencie wyszarpnąłem pistolet i wycelowałem w drzwi prowadzące na korytarz. Pokazała mi się Nadia.
    - Nadia, wystraszyłaś mnie.- powiedziałem i odłożyłem pistolet na stół. Spojrzałem ponad jej ramieniem, czy przypadkiem Natasza nie idzie. Była sama…to było już nieco dziwne. Wstałem z kanapy.- Siadaj. Co cię do mnie sprowadza?- zapytałem. No bo raczej gdyby nie miała do mnie jakiegoś interesu, to nie przychodziłaby do mnie. Czyżby Natasza coś podejrzewała? Podejrzewałaby coś po tak krótkim czasie? Przecież nawet jeszcze ani razu nie skontaktowałem się z „moimi”. Nie dałem powodów do obaw.- No mów. Przecież wiesz, że ze mną to można szczerze. Coś cię gryzie, trapi? Coś nie tak z Nataszą? Z Nikolajem?- zapytałem. W końcu się „znaliśmy” i byliśmy niejakimi „przyjaciółmi”….przynajmniej oni i Wladimir.

    OdpowiedzUsuń
  71. Nieco się uśmiechnąłem słysząc słowa Nataszy… Jej pasierb wcale nie był taki głupi jak jej się wydawało. Pokiwałem zaraz głową…
    - No to naprawdę…organizacja u was ma wiele do życzenia.
    ***
    - Przepraszam.- mruknąłem tylko.- Jestem nieco podenerwowany. Jest za spokojne.- powiedziałem. Czapajew był na froncie więc mimo wszystko przyzwyczajony był do tego że coś się cały czas działo. Do tego agent GRU…ryzyko i przyzwyczajenie…wzmożona ostrożność na wszystko.- Teresa?- zapytałem nieco zdziwiony. Musiałem nieco zyskać na czasie… Teresa… siostra Wladimira, skarżyła się na żołądek, nie żyje od bodajże dwóch miesięcy.- Nie żyje. Zmarła dwa miesiące temu…- powiedziałem to z niejakim smutkiem. Wzruszyłem ramionami.
    Słuchałem Nadii. Coś mi się to nie podobało. Ross? I Neumann? Zbyt blisko? Czyżbym musiał znowu poprosić Antka o to aby wybrał się z wizytą do Rossa? A może powinienem pogadać z Hazerskim i dopytać się o co chodzi? Gustaw powinien to wszystko pozałatwiać.
    - Ale jak to szkolił?- zapytałem i spojrzałem na nią. Zmarszczyłem nieco brwi, przygryzłem wargę w zamyśleniu.- Posłuchaj…wiesz jak nazywa się ten zaufany człowiek? I szczerze powiedziawszy to mógłbym się nawet spotkać z Cesarem. Może ja bym jakoś go namówił? O ile nie zapomniał mnie…- powiedziałem. Podrapałem się nieco w tył głowy.
    Wiedziałem, że Cesare ma romans z Rossem, ale kurde no! Jeśli Ross się domyślił kto stoi za tym szantażem, to chyba byłby jakimś pierdolonym Scherlockiem! Ba! Nawet Scherlock Holmes musiałby dłużej się nad tym głowić. A po jednym wymuszeniu… Nie. Musze jakoś skontaktować się z Hazerskim i „Szybkim”, bo tak być nie może i tak być nie będzie! Miałem tylko nadzieję, że Ross nie zechce spreparować na mnie jakiś obciążających mnie dowodów. Przecież będzie coraz ciężej się wykaraskać jeśli dowalą mi zarzuty szpiegostwa! Ale przecież…przecież Cesare nie ma kluczy do mojego mieszkania. Wie tylko gdzie mieszkam…a poza tym wszystko jest skrzętnie poukrywane. Przynajmniej ani razu nie bałem się o to, że ktoś znajdzie jakieś obciążające mnie dowody w moim własnym mieszkaniu. Poza tym…mam całkiem dobry sejf z kodem, który znam tylko ja. Jest do tego cholernie prosty…ale nie jest to data moich urodzin.
    - Może wiesz gdzie mógłbym go spotkać? I mniej więcej kiedy?- zapytałem.

    OdpowiedzUsuń
  72. Nieco uniosłem brwi. Po kiego Ross miałby uczyć tego rudzielca matematyki i taktyki wojennej? Coś mi tu straszne śmierdzi.
    - I nadal mam obiekcje, ale jest okazja. Jeśli Cesare ma znajomych w SS, albo w Abwehrze to trzeba to wykorzystać. Jeśli przez jego ręce przechodzą ważne dokumenty, to mógłby zaglądać tam od czasu do czasu i przekazywać nam informacje.- powiedziałem. Chyba w każdym kraju wywiad działał podobnie…umieszczali na terenie wroga swoich ludzi. GRU było wywiadem…Wladimir był oficerem wywiadu. JA też byłem oficerem wywiadu.- Nie wiem. Nie przepadam za gryzoniami.- mruknąłem.- A czemu się pytasz? Chcesz chomika?- zapytałem
    ***
    Czekałem w umówionym miejscu na Nataszę. To znaczy czekałem w salonie mojego obecnego mieszkania. Nie wiedziałem dlaczego Filipowa chciała się ze mną widzieć. Czyżby już mnie rozgryzła? No mówiłem, że nie był to najlepszy pomysł. Zadanie na, kurwa, krzyż żelazny! Przecież oni mnie zabiją…pogrzebią żywcem…ale najpierw zabiją. Dobrze, że od rozmowy z Nadią minęło trochę czasu…bo w końcu dwa dni to sporo czasu. I zdążyłem pozałatwiać kilka spraw. Na szczęście nikt mnie nie śledził…tego byłem pewny.
    - Witaj Nataszo.- powiedziałem kiedy kobieta weszła do środka. Chyba nie była w najlepszym humorze.- Coś się stało?- zapytałem. Miałem nadzieję, że naprawdę nie będę musiał spierdzielać z tego miejsca póki czas. Praktycznie niczego się nie dowiedziałem. No może…znam kilku z oddziału. Ale to przecież nędzne płotki. Nie licząc Nataszy i Nikolaja.

    OdpowiedzUsuń
  73. - Nie. Nie chcę chomika. - Odpowiedziała mu dziewczyna. - Ja tylko po prostu myślę, że ty kłamiesz. Tak najzwyczajniej w świecie. - Skierowała swoje kroki w kierunku wyjścia. Jednak szła tak, aby nie stać do niego plecami. - Na twoim miejscu bym pomyślała nad ucieczką. - Wyszła i poszła przed siebie, zostawiając go samego.

    ***

    Natasza weszła nerwowym krokiem do środka. Usiadła na krześle, równie nerwowo tupiąc stopą (a raczej butem który był na ów stopie) w podłogę.
    - Masz może mi coś ciekawego do powiedzenia? - Zapytała, wpatrując się w mężczyznę. Na razie dała mu wybór. Albo sam dobrowolnie opowie jej o wszystkim, albo sama to z niego wyciągnie. - Nadieżda co nieco mi opowiedziała. O ile nie wszystko. - Jeszcze jakimś cudem trzymała nerwy na wodzy. - Siadaj. - Powiedziała ostro takim tonem, że chyba tylko szaleniec by odważył się jej sprzeciwić. - Może zaczniesz gadać? - Zapytała się go, ale ten dalej milczał. - Milczenie ci nie pomoże. A raczej ci może zaszkodzić. - Stwierdziła Natasza, uśmiechając się szelmowsko do niego. Po chwili jednak zawołała Nikołaja i Jurę, którzy jakoś bez większych problemów obezwładnili intruza i wywlekli go do piwnicy. - A więc jak mam się do ciebie zwracać? - Zapytała z ironią w głosie. - Władek, Wladimir, Marcin... Czekaj. A nie. Martin. Czyż to nie jest twoje prawdziwe imię? - Zapytała.

    OdpowiedzUsuń
  74. [Dziękuję za aprobatę wizerunku :) To zdjęcie Gomeza wydawało mi się tak idealne, że Valentin nie mógł mieć innej twarzy xD.
    Przybywam do Cesara. Bo wydaje mi się (czy słusznie to zaraz się okaże), że z nim to prędzej się coś wymyśli :D
    Nawet wyobraziłem sobie jak nawalony w trzy dupy Valentin idzie ze znajomym (znajomy idzie, a Valentin się zatacza) i zakłócają nieco nocną ciszę. A jeszcze jakby znajomy był z SS i natknęliby się na Rossa z Neumanem...to byłoby piękne.
    Chyba, że ty masz jakiś pomysł to napisz. jeśli chodzi o Michała to z nim też z wielką chęcią zrobił wątek, ale na chwilę obecną nie mam pomysłu -_-]

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  75. - Nie…- powiedziałem.- To ty nalegałaś na spotkanie.- powiedziałem zgodnie z prawdą. Powoli zacząłem się bać, ale nie dawałem po sobie tego poznać. Chyba całkiem dobrze wychodziło mi udawanie opanowanego.- Chyba nie rozumiem…- zgodnie z poleceniem kobiety usiadłem. Byłem autentycznie zbity z tropu. Zdezorientowany. Czyżbym naprawdę wmówił sobie że jestem Wladimirem i zachowuję się jak on?- Nie podoba mi się ten twój uśmiech…- ledwo to powiedziałem do pomieszczenia weszli Nikołaj i Jura. Normalnie bym wstał i podjął jakąś marną próbę ucieczki. Ale nie byłem Martinem Rommlem, ani Marcinem Potockim…byłem Wladimirem Czapajewem. Nie mogłem uciekać.
    Przywiązali mnie do krzesła postawionego w piwnicy, w której pachniało stęchlizną, zgnilizną i sam jeden Bóg wie czym konkretnie. Spojrzałem na Nataszę zdezorientowany i zbity z tropu.
    - Nie wiem o czym ty mówisz. Wladimir owszem…ale Władek? Marcin? Martin?- zapytałem.- O co ci chodzi? Przecież Nie mógłbym…nie miałbym jak używać tylu imion. Przecież…- mój wywód został bestialsko przerwany przez silny cios Nikołaja w mój brzuch. Jęknąłem z bólu. Kaszlnąłem nieco.- Radzieckiego oficera?? Radzieckiego oficera bijesz?!- warknąłem przez zaciśnięte zęby. Oddychałem ciężko, spojrzałem na nich.- O co wam chodzi?- szedłem w zaparte. Nie wiedziałem, czy to się opłaci…ale warto było ryzykować. A może to tylko taki test? Kiedyś przecież mi też coś takiego bodajże Abwehra urządziła. Albo „Dwójka”… nie pamiętam. Dostałem w twarz. Poczułem promieniujący ból nosa.
    - Złamałeś mi nos!- jęknąłem krzywiąc się z bólu. Nieco się pochyliłem też do przodu, jakby mi to miało pomóc.- O co wam chodzi? Nic nie rozumiem…

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  76. Wracałem z Hansem z jakiegoś baru. Właściwie to chyba ja nie byłbym w stanie sam wyjść. Wracaliśmy jakąś warszawską ulicą i śpiewaliśmy…głównie to ja śpiewałem…Hans fałszował. Właściwie to nie pierwszy oraz nie ostatni raz jestem nawalony…i do tego jeszcze Pervitin… Mieszanka niemalże wybuchowa…ale cudowna, jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna. Wtedy to wpadłem na jakiegoś gościa…
    - Kurwa…nie ruszaj się, bo będę znowu poobijany.- mruknąłem i próbowałem z niego wstać. Z bardzo marnym skutkiem. Dopiero Hans mi musiał pomóc. Spojrzałem na tego porucznika i zacząłem się nieco śmiać. Ogólnie dusiłem się ze śmiechu.
    - Hans…nie podrywaj. Nie podrywaj. I tak nie poruchasz.- zgasiłem zapędy mojego kompana.- Bardzo przepraszm za tego pacana…- starałem się mówić w miarę wyraźnie i ze składnią. Tak żeby mnie zrozumieli. I starałem się nie zacząć przypadkiem mówić po hiszpańsku, bo wtedy to już w ogóle…- Naprawdę…
    - Panie…poruczniku. Ja najmocniej przepraszam.- powiedział.- Ale ja jestem trzeźwy!- zarzekał się, a ja parsknąłem śmiechem.- No jak boga kocham szefie…
    - Ja bym go wysłał na front wschodni.- powiedziałem z szybkością o jaką nikt by mnie nie posądzał.- Może tam nauczyłby się pić.- Hans zmierzył mnie dosyć nieprzyjemnym wzrokiem. Zresztą ten na kogo wpadłem oraz przełożony Hansa też. Zaraz zacząłem się znowu śmiać.- O żesz… A pan to mi kogoś przypomina.- powiedziałem do tego porucznika.- Jest taki jeden SSman…skurwysyn jakich mało…i ogólnie, prawdopodobnie gorszy ode mnie. A, a to już coś… nawet ktoś mi jego zdjęcie pokazał…facet się Ross nazywa.- uśmiechnąłem się nieco patrząc na gościa.- Zna go pan?- zapytałem. Zaraz jednak wylądowałem na ziemi. Hans zaczął się powoli wycofywać w tył.- Podnieś mnie ty debilu mały!
    - Ja go nie znam.- powiedział i poszedł w swoją stronę.
    - Ty palancie pierdolony! Więcej z tobą nie piję! Następny raz idę z Rommlem! On przynajmniej po pierwszej ćwiartce jest ciągle trzeźwy!- spojrzałem na nich.- Pomogą mi panowie wstać? Czy sam mam sobie pomóc?

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  77. - Ty mi tutaj Pana Boga nie mieszaj w to i lepiej módl się, aby ten twój Pan Bóg miał was w swojej opiece. - Prychnął porucznik. - Jak zaraz obaj się nie zamkniecie to postaram się o natychmiastowe wysłanie was na wschodni front. - Odpowiedział im Ross, co chyba obu panom nie przypadło do gustu. - Czy tak powinien wyglądać niemiecki żołnierz? Łażący na czterech, zalany w trupa i śmierdzący wódką? - Spojrzał z pogardą na nich. - To hańba taczać się w błocie w mundurze panie lotnik. - Zmroził go gniewnym spojrzeniem. - Wstyd mi za ciebie Muller. - Powiedział chłodno. - I się za to rozliczymy. A z tobą pogada twój przełożony. - Rzucił do leżącego niby lotnika. Max słuchał tego co mówi leżący lotnik, kiwając przy tym głową. - Oczywiście, że go znam. - Odpowiedział Ross. - No i masz pecha panie kolego, bo właśnie ten "skurwysyn jakich mało" stoi przed tobą. - Max jak zawsze był spokojny. - Zamknij się palancie, bo co sobie inni o tobie pomyślą. - Burknął do rozgadanego pijanego żołnierzyka. - A ty dokąd idziesz Muller? - Zapytał, zerkając na drugiego. - Ja jeszcze z tobą nie skończyłem. - Wskazał palcem, aby tamten podszedł i pokazał mu również, gdzie ma stanąć. Hans pokornie stanął przed Rossem. - A ty podobno dzisiaj jeszcze chory obłożnie byłeś, prawie że umierający. Widzę, że zmartwychwstałeś Muller. - Spoliczkował go. "Zostanie pewnie mu na kilka dni czerwony ślad. " - Przemknęło mi przez myśl. Drugiego zaś wziął za karmany (pewnie dosyć boleśnie) i postawił na nogi. Zastanowił się przez chwilę. - Nie odeślę was teraz do drużyn, bo zrobicie więcej rabanu niż to komu potrzebne. Idziemy.
    - Ale panie poruczniku... - Zaczął Hans.
    - Ty mi tutaj teraz nie "porucznikuj" Hans.
    Szliśmy kilka, jak nie kilkanaście, minut w milczeniu, by dojść przed posiadłość Rossa. Co rusz czułem na sobie spojrzenie Hansa. Było to dla mnie dosyć krępująca sytuacja.
    - Dzisiaj tutaj się prześpicie. Tylko nie zabrudzić mi niczego, bo sami będziecie sprzątać. - Powiedział Max. Wyszedł na chwilę gdzieś.
    - Czy on... - Zaczął cicho Hans.
    - Ma dzisiaj dzień dobroci, ale lepiej tego nie wykorzystywać. Nie wiadomo kiedy mu się to odwidzi. - Poinformowałem obu mężczyzn.
    - A ty kim jesteś?
    - To samo mógłbym zapytać się o to pana. - Odparłem. - Ten pijany w trzy dupy to lotnik z tego co słyszałem. - Zerknąłem uważnie na niego.
    - Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. - Hans chyba trochę się zniecierpliwił.
    - Jestem siostrzeńcem Maxa. - Odparłem. Z Maxem na to się umówiliśmy. Miałem tylko nadzieję, że tamci nas wcześniej nie widzieli. Mogłoby być wtedy po prostu krucho. - Jestem Cesare.
    - Julius?
    - Nie. Po prostu Cesare.
    - Ładnie. - Usłyszałem w odpowiedzi.
    - Imię jak imię. - Stwierdziłem. Wtedy wrócił Max.
    - Dzisiaj śpicie tutaj. Jutro macie stawić się o ósmej w waszych jednostkach. Będziecie mieli spotkanie z waszymi przełożonymi. Czy wszystko jasne? - Zapytał tamtych. - Co ty tam bełkoczesz panie lotnik?
    - Mówi, że wszystko zrozumiał. - Odpowiedziałem za niego, nieco kłamiąc, bo tamten coś bełkotał o "niebieskich Jezusach i Maryjkach".


    [Tak myślałam, że może by zrobić tak, że może Hansowi albo Valentinowi Cesare wpadłby w oko i mimo, że wie co za takie coś grozi to będzie próbował jakoś rudzielca zbajerować?]

    OdpowiedzUsuń
  78. - A tam zaraz śmierdzący…- mruknąłem.- Ja bym to nazwał po prostu…perfumami z wysokim stężeniem alkoholowo-procentowym.- powiedziałem.- Nie…tylko nie front wschodni.- powiedziałem w momencie i nieco przetrzeźwiałem.- Bo mnie już wtedy na sto procent wątroba siądzie przed trzydziestką. A poza tym to ja nie przepadam za…w sumie to mnie to tam wszystko jedno. – spojrzałem na niego…na nich.- Nie hańba, tylko ciężki wstyd.- powiedziałem i machnąłem ręką. Wytrzeszczyłem nieco oczy.- Pan żartuje? No wie pan…na żywo to wygląda pan nieco lepiej…może nie ma jakiejś piorunującej różnicy…ale zdecydowanie nie jest pan fotogeniczny.- lekko się uśmiechnąłem i wygrzebałem z kieszeni paczkę papierosów. Musiałem jednego zapalić.- Co o mnie pomyślą? Że mam świetny akcent.- warknąłem. Spojrzałem na nich i zaciągnąłem się nieco papierosem.- Bo był umierający…ale mam takie świetne szwajcarskie lekarstwo. Stawia na nogi w kilka minut.- powiedziałem i uśmiechnąłem się.
    - A dlaczego nie?- zapytałem i oparłem się o Hansa.- Będzie przynajmniej wesoło…- zaśmiałem się cicho. W końcu każdy powód do śmiechu był dobry…przynajmniej w moim stanie. Wszystko mnie śmieszyło i ogólnie chyba inaczej być nie mogło.
    Szedłem wspierając się na ramieniu Hansa. Całą drogę pamiętam jak przez mgłę. Później był moment takiego jakby się nieco ociepliło. Niejaka świadomość wróciła dopiero na koniec rozmowy.
    - Jezusie niebieski, Maryjo kochana…żebym to ja wiedział, gdzie jest moja jednostka.-mruknąłem i spojrzałem na porucznika, Hansa i na tego rudego. Zaraz jednak wspiąłem się na wyżyny w miarę trzeźwej konwersacji.- A ma pan może…albo nie ważne. Pan to chyba nie palący.- powiedziałem.
    Później urwał mi się film. Czarna dziura w głowie…pustka.
    Obudziłem się w momencie kiedy ktoś mnie szturchał w ramię. Machnąłem ręką i przewróciłem się na drugi bok. A bluza mundurowa, która mi robiła za poduszkę powędrowała na głowę. A pod głowę położyłem rękę.
    - Idź człowieku i daj mi spać.- mruknąłem zdegustowany tym wszystkim. Zmęczony byłem.- Nosz kurwa, jego mać! Nie rozumiesz po niemiecku?- warknąłem.- Ruskie lecą? Amerykańce? Angole? Polacy? Napalone kobiety? Komornik? Mój przełożony?- zapytałem.- Nie! Więc proszę mnie zostawić w spokoju. Jestem zmęczony…- jęknąłem. Zaraz jednak spojrzałem na tego kto zakłóca mój spokój. Widząc faceta w mundurze SS niemalże z krzykiem się odsunąłem.- O żesz kurwa japierdole! Kim pan jesteś i co tu robisz?- wskazałem ręką na mieszkanie. Zaraz jednak się rozejrzałem i nieco zmarszczyłem brwi.- Zrobiłem przemeblowanie?- zapytałem ni to siebie ni to jego. Spojrzałem na siebie…wyglądałem mimo wszystko całkiem znośnie… trochę ubrudzony, ale to nic. Przynajmniej nie byłem obrzygany.- Gdzie ja jestem i dlaczego?- podrapałem się w tył głowy i nieco wstałem. Nieco skrzywiłem się z bólu. Starzeję się…

    [Odnośnie twojej propozycji, to może paść na Valentina. I może nie tak zaraz wpaść w oko, ale jakoś tak z ciekawości spróbowałby zbajerować twojego pana :D Poza tym Valentin bardzo lubi korzystać z życia, co już nieco zaprezentowałem ;)]

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  79. - Wystraszyłeś mnie.- mruknąłem.- Oberleutant Voss.- spojrzałem na niego raczej mało przychylnym wzrokiem. Takim, który fachowo nazywa się „spod byka”.- Nie przesadzaj, nie jest aż tak źle…bywało gorzej.- powiedziałem z zupełną szczerością. Po chwili nieco ostentacyjnie pociągnąłem nosem.- Czujesz? Nie? Bo ja wyczuwam ironię.- nieco się uśmiechnąłem.
    - Chłopie…ty to tak zawsze pijesz?- zapytał Hans
    - Nie. Zazwyczaj więcej, i z całą pewnością film urywa mi się późno. Wtedy kiedy idę spać.- powiedziałem i spojrzałem na Hansa.
    Kiedy wstałem znowu upadłem na chłopaka. No nieźle. Interesująco, ciekawie, fascynująco wręcz. Nieco ociężale wstałem. Kiedy stanąłem już na nogach wyciągnąłem do chłopaka rękę.
    - Przepraszam.- powiedziałem cicho.- A i niech twój stryjaszek się nie martwi…nie jest ani pierwszym oficerem ani ostatnim, którego obraziłem.- uśmiechnąłem się półgębkiem. Spojrzałem na zegarek. Zaśmiałem się cicho.- Hans…radziłbym tobie zagęścić ruchy i iść do domu się nieco ogarnąć, albo od razu lecieć do przełożonego. Mówiłeś, że ma bzika na punkcie punktualności.
    - A twój nie?
    - Może…- wzruszyłem ramionami.- Wiesz…w moim przypadku to…a nie ważne.- machnąłem ręką. Z kieszeni spodni wyciągnąłem paczkę papierosów. Wyciągnąłem jednego papierosa po czym zapaliłem go przy pomocy złotej zapalniczki, na której były wygrawerowane dwie litery „V”, które były nałożone na siebie tak, ze na pierwszy rzut oka przypominały „W”. No i oczywiście był tam też diabeł. Chyba jeden z milszych i praktyczniejszych prezentów. Odwróciłem się i chwyciłem moją bluzę mundurową, której nie zakładałem. Hans widząc godzinę szybko się zmył z miejsca. Zaciągnąłem się nieco papierosem.
    - Nie wiesz może jak najszybciej z tego miejsca trafić na…na…na okręcie? Chodzi mi o to lotnisko.- zapytałem.- Słabo znam miasto. No może nie licząc kilku miejsc…całkiem przyjemnych.- uśmiechnąłem się nieznacznie.- Ale no nie ważne.- machnąłem ręką.- Gdyby twój stryj coś chciał ode mnie…nie wiem…zrobić awanturę, postraszyć zsyłką na front wschodni, to niech szuka mnie na lotnisku na Okręciu.- uśmiechnąłem się nieco do niego.- Ty też tam możesz poszukać . Albo na Nowym świecie…w różnych barach.- powiedziałem na odchodne.

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  80. - Brzmi interesująco. Ale mimo wszystko wolę ruletkę…rosyjską ruletkę- powiedziałem z niejakim uśmiechem. Chyba byłem naprawdę jednym z niewielu oficerów lubiących dreszcz emocji. I takim, który najlepiej czuł się na froncie.- Ja nie szukam sojuszników… Oni się zawsze znajdą, nic tak nie jednoczy ludzi niż wspólny wróg.- wyjaśniłem. Na słowa o dowódcach zaśmiałem się nieco. Facet chyba się już do tego przyzwyczaił, że na mnie są skargi.
    - Ta…jasne. A kto mi zabroni?-m zapytałem.- Jak to powiedział mój wcześniejszy przełożony: „Mimo permanentnego kaca lata z nieprzyzwoitą precyzją”.- zacytowałem
    Boże…Jezu Chryste! Już nigdy nie pojadę z nim samochodem! On nie potrafi prowadzić.
    - Czy prawo jazdy wygrałeś na loterii?!- zapytałem retorycznie i przez zaciśnięte zęby zanim chłopak odjechał.- Ja bym ci nie wydał pozwolenia…- mruknąłem.
    - Werner! Werner!- ktoś krzyknął. Zazwyczaj używali mojego drugiego imienia. Mówili, ze Werner bardziej mi pasuje. A to, że przybrałem nazwisko jednego z najlepszych pilotów ubiegłej wojny, to już zupełnie inna bajka.- Ty się lepiej nie pokazuj tutaj… Przynajmniej nie przed starym.- powiedział Bastian.
    - Ta jasne…Jest niby wkurwiony na mnie.- mruknąłem i przeszedłem do budynku. Przełożony chciał się ze mna widzieć, więc się zobaczył.
    Wizyta chyba nie była bardzo zła…opieprzył mnie na czym świat stoi, wyciągnął jakieś konsekwencje, które mimo wszystko średnio mnie obchodziły… Po służbie zdecydowałem się jednak wybrać ze znajomymi na piwo. Siedzieliśmy wiec w jednym z barów w Warszawie. Może nie byłem jakoś bardzo niechlujnie, ale mundur był w lekkim nieładzie i nieco nieregulaminowo zapięty.
    - Szczerze…szczerze mówiąc, to ja już momentami sam nie wiem o co naszemu kochanemu pułkownikowi chodzi po tej łysej rudej niczym orangutan łepetynie.- wzruszyłem nieco niedbale ramionami i pociągnąłem spory łyk piwa.- Naprawdę nie rozumiem jego toku myślenia oraz rozumowania. Czy on zatrzymał się na czasach ubiegłej wojny?
    - Daj sobie spokój Werner. Lepiej powiedz…o co poszło, ze stary chciał cię widzieć u siebie?
    - No…a jaki mógł być powód?- zapytałem retorycznie.
    - Schlałeś się.- stwierdził jeden ze znajomych. Niemalże dwumetrowy Jakob. Człowiek o jasnych włosach i szeroki w barach…bardzo szeroki. Niewiele starszy ode mnie.- I…i obraziłeś oficera? Albo coś w tym kierunku.
    - Tak. Porucznika SS.- powiedziałem z niejakim uśmiechem oraz satysfakcją.- Właściwie to nawet nie pamiętam do końca co mu powiedziałem…I w ogóle to bardzo szybko mi się film urwał… Rozumiecie? No zdecydowanie za wcześnie… Ale pamiętam, że coś jeszcze robiłem, tylko nie pamiętam co dokładnie.- mruknąłem. Spojrzałem gdzieś w dal.- O kurwa jego mać i chujów sto…- powiedziałem cicho.- On tam kurwa jest.- brodą wskazałem na siedzącego SSmana, który spojrzał w moją stronę. Siedział z Cesarem, wszędzie poznałbym tą rudą czuprynę, którą widziałem raz albo i dwa razy w życiu. Nie wiem czy facet usłyszał, ale chyba tak bo wstał i podszedł w naszą stronę.

    OdpowiedzUsuń
  81. Zaśmiałem się razem z kompanami.
    - Kto się tłumaczy przed przełożonymi?- zapytał Thomas.- przepraszam, źle sformułowałem pytanie. Kto normalny tłumaczy się przed przełożonymi?
    - Nikt. A przynajmniej nikt o zdrowych zmysłach.- powiedziałem z uśmiechem.- Poza tym jak się umie pić to jest zdecydowanie lepiej.- pociągnąłem łyk z kufla. Spojrzałem na Cesara z lekkim uśmiechem.
    - Werner…ja cię proszę, ty już nie pij więcej…i ty Tom też.- odezwał się Klaus.
    - Ja jestem trzeźwy. Wy mnie jeszcze pijanego nie widzieliście i najprawdopodobniej nie zobaczycie.- oznajmiłem z uśmiechem.- Poza tym… jesteśmy po stresującej służbie i mamy niejakie prawo do odstresowania się.- wyciągnąłem paczkę papierosów i odpaliłem jednego, przy okazji poczęstowałem kolegów, nawet młodego szeregowego, którego przy pomocy „dyplomacji” przekonaliśmy żeby usiadł z nami. Im nas więcej tym weselej.- Ale ja tak szczerze mówiąc to się zastanawiam nad jednym… Nad tym czy może nie przenieść się gdzieś…- zaciągnąłem się papierosem i po chwili wypuściłem kłąb szarego dymu z ust.
    - Na front wschodni zawsze zdążysz i tam przyjmą cię z otwartymi ramionami.- powiedział Jakob.- Mnie osobiście to się podoba tutaj…jest spokojnie, przyjemnie. Kobiety są ładne, alkohole dobre…czego chcieć więcej?
    - Ryzyka, adrenaliny…dreszczyku emocji.- powiedziałem z uśmiechem.- A poza tym na froncie wschodnim to ja umrę….- powiedziałem i kiedy Klaus chciał coś powiedzieć dodałem szybko.-Moja wątroba nie wytrzyma i zapiję się na śmierć, albo zamarznę. Nie… nie chcę czegoś takiego.- pokiwałem głową.- A odnośnie kobiet to się zgodzę, ale ty masz się do nich nie zbliżać bo jesteś „w szczęśliwym związku małżeńskim”.- powiedziałem nieco ironicznie. To znaczy on i Heidi tworzyli bardzo udaną parę. Ale dla mnie hajtanie się, to nie było to. Poza tym Niemki… Koszmar! Nie wszystkie, ale większość.
    - Nie przesadzaj.- Jakob przybrał groźna minę.- To, że ty nie szukasz sobie żony nie znaczy że każdy musi myśleć jak ty.
    - Ja po prostu myślę innymi kategoriami Jakob.- wzruszyłem ramionami.- Poza tym dobrze znacie moją życiową doktrynę.- uśmiechnąłem się i dopiłem piwo w kuflu.

    OdpowiedzUsuń
  82. - Możliwe…- mruknąłem i pokiwałem głową. Nie zdziwiłbym się gdybym takowe posiadał.- Chociaż chyba treningi też zrobiły swoje.- uśmiechnąłem się nikle.
    Kiedy Cesare się zwinął, ja też sobie poszedłem po chwili. Właściwie to wszyscy się rozeszliśmy…mimo wszystko musieliśmy być trzeźwi…a przynajmniej oni. Dziwnie by to wszystko wyglądało gdyby niemalże cały szwadron… no dobra nie cały, ale część szwadronu łącznie z dowódcą byłaby w stanie nietrzeźwym.
    Kiedy wyszedłem zaczął padać deszcz, ale jakoś mało mnie to obchodziło. Miałem czapkę oficerską na głowie, na sobie kurtkę z postawioną stójką, która niejako chroniła mnie przed zimnymi kroplami deszczu. Szedłem przed kimś, nawet na dobrą sprawę nie wiem kto to był. Dopiero kiedy nagle odwrócił się w moją stronę zobaczyłem, że to Cesare.
    - „Znowu”? Dlaczego „znowu”? Poza tym wczoraj nie byłem aż tak pijany.- powiedziałem zupełnie szczerze i nieco wywróciłem oczami.- Bywało gorzej.- spojrzałem uważnie na niego i nieco uśmiechnąłem się półgębkiem.- Myślałem, że mieszkasz bardziej w tamtym kierunku.- powiedziałem i wskazałem ręką przestrzeń za swoimi plecami.- Ale mogę się mylić.- westchnąłem.- Bo jak to określiłeś „byłem zalany w trupa”.-zironizowałem.- Dobrze pamiętam, Cesare?- zapytałem nieco retorycznie.- Mam nadzieję, ze mogę tak się do ciebie zwracać. Chyba, że wolisz per szeregowy…-zawahałem się i szukałem w pamięci jego nazwiska.- Zdaje mi się, że nie dosłyszałem nazwiska.- powiedziawszy to, zaczęło jeszcze mocniej padać. Kurrwaaaa! Spojrzałem na szeregowego. W pobliżu było jeszcze kilka kawiarni i barów, ale chyba były i tak już zatłoczone, więc nie było sensu tam siedzieć. Mimo wszystko rozejrzałem się za jakimś miejscem gdzie można byłoby przeczekać deszcz. Natrafiłem przy okazji na tabliczkę z ulicą. Mieszkałem dosłownie kilkaset metrów dalej.- Mieszkam niedaleko, może przeczekamy ten deszcz u mnie?- zaproponowałem.- Raczej takie stanie w deszczu nie jest zbyt dobrym pomysłem, a większość kawiarni niemalże pęka w szwach od klienteli próbującej się schronić przed deszczem.

    OdpowiedzUsuń
  83. - Jak już wspominałem, bywało gorzej.- powiedziałem z powagą. Usmiechnałem się nieco kiedy jednak przyjął zaproszenie.- W takim razie proszę za…-przerwałem bo Cesare mnie ochlapał. Cicho zakląłem.-…mną.-dokończyłem.-Później się uśmiechnę, jak nie będę chory. Chodź.- powiedziałem i poprowadziłem szeregowego do mojego mieszkania. Przemierzaliśmy ulice Warszawy w dosyć sporym deszczu. Obrałem najkrótszą trasę więc po może pięciu minutach byliśmy już w moim mieszkaniu. Zdjąłem czapkę oficerską i powiesiłem ją tuż obok kurtki n kołku.
    - Rozgość się.- powiedziałem. Kawy, herbaty?- zapytałem.- Kawa najprawdziwsza arabica.- pochwaliłem się. Udało mi się takie cudeńko dostać. Nagimnastykowałem się nieźle, ale było warto. Jak ja kocham moich braci.
    Zauważyłem, że chłopak jest cały mokry. Pokiwałem nieco głową, w sumie ja też suchy nie byłem, ale ujdę.
    - Chcesz może jakiś ręcznik aby przetrzeć nieco włosy?- zapytałem i spojrzałem na niego.- Jesteś cały mokry...-westchnałem. Na szczęście nie było brudno w moim mieszkaniu, właściwie to cześciej mnie tu nie było jak byłem, ale to w tej chwili nie jest jakoś bardzo ważne. Na szczęście wiem gdzie mam łazienkę, salon, kuchnię i sypialnie więc jest ok. Nie zgubię się we własnym mieszkaniu, w którym było kilka zdjęć z jeszcze przedwojennych czasów. Oraz gdzieś tam na scianie dumnie wisiał dyplom z okazji wręczenia Krzyża Rycerskiego. Taka sytuacja…

    OdpowiedzUsuń
  84. Wpierw wstawiłem wodę dopiero później przeszedłem do łazienki i zabrałem jeden z ręczników. Po chwili rzuciłem zdobycz do Cesara. Uśmiechnąłem się nikle pod nosem i przeszedłem do kuchni żeby wyłączyć wodę. Sobie zrobiłem kawy a Cesarowi herbatę. Z szafki wygrzebałem cukier, jakieś łyżki, położyłem to na jakąś tackę i zaniosłem do salonu. Akurat w momencie kiedy się błysło położyłem tacę z niejakim brzdękiem o blat stołu.
    - Proszę herbata wedle zamówienia.- powiedziałem i wskazałem na filiżankę. Sam chwyciłem swoją z kawą i wsypałem jedną łyżkę cukru. Usiadłem na fotelu. Nieco podświadomie spojrzałem w kierunku komody na której stało zdjęcie z moimi braćmi oraz obok fotografia przedstawiająca pierwszowojennego lotnika…to nie był mój ojciec, ale mój idol. Chciałem być taki jak on…tak jak Voss, Boelke, Richthofen…to byli dopiero lotnicy! Ale to jednak Voss według mnie był najlepszy.
    - Mam nadzieję, że mi tu nie zaśniesz.- powiedziałem i nieco się uśmiechnąłem.- Od początku wojny w Warszawie?- zapytałem.- Czy tak dopiero teraz cię przerzucili?- odgarnąłem jakiś kosmyk mokrych włosów z czoła. Nieco słabo się uśmiechnąłem i upiłem łyk kawy.- Napij się rozgrzejesz się nieco, poza tym nic ci tam nie dosypałem, tak więc nie otrujesz się.- miało to być powiedziane w żartach, ale nie wiem jak to wyszło. Miejmy nadzieję, ze całkiem przyzwoicie. Spojrzałem nieco na moje spodnie…przód był ubrudzony…cholera, że też wcześniej nie mogłem spojrzeć i zobaczyć jak ta cholerna kałuża poplamiła mi ubranie. Wstałem, na moment przeprosiłem i przeszedłem do sypialni gdzie z całą pewnością znajdę jakieś dodatkowe spodnie. Oczywiście znalazły się. Przy okazji zdjąłem też bluze mundurową. Co będę paradował w mundurze. Nie musze… Idąc z powrotem nieco podwinałem rękawy koszuli, nie za mocno, tak aby ciągle tatuaż był przysłonięty. Jakoś ciepło nie było, w razie czegoś to przecież zawsze mogę jeszcze bardziej podwinąć rękaw.
    - A tak właściwie to jak masz na nazwisko?- zapytałem z czystej ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  85. Podniosłem nieco brew i spojrzałem na chłopaka wzrokiem mówiącym: „Czyżby?”. No nie zapowiadało się na szybkie wypogodzenie. Spojrzałem na to jak słodzi herbatę…nie byłem skąpy, ale mimo wszystko nawet dla Niemców było trudno dostać cukier.
    - Rozumiem…za jakiś czas o tej wojnie większość z nas powie to samo.- westchnąłem cicho.- Dzięki. Raczej nie często chwalą moje zdolności robienia kawy bądź herbaty.- uśmiechnąłem się nikle. Na razie nie częstowałem się ciastkami. Przecież nie uciekną a Cesare raczej nie zje ich wszystkich.
    Nieco podświadomie spojrzałem na kawałek tatuażu. Podwinąłem rękaw do końca ukazując tatuaż w całej swej okazałości. Skoro już zauważył kawałek, to dlaczego by nie pochwalić się całością?
    - Dzięki. Można tak powiedzieć, ze ma jakieś znaczenie, można powiedzieć że kaprys pod wpływem chwili młodego gówniarza. Chociaż nie wiem czy niemalże dwudziesto kilku letni facet może być określony mianem gówniarza.- zacząłem się głośno zastanawiać.- Nie mówiłeś tego. To akurat pamiętam. Kiedy mnie obudziłeś powiedziałeś tylko że jesteś Cesare…i wcześniej, kiedy Hans mówił, znaczy się pytał to przedstawiłeś się tylko imieniem.- powiedziałem pewnym siebie i swoich racji głosem.- A ja Valentin.- spojrzałem na niego, chyba nie do końca zrozumiał…w sumie to słyszał jak zwracali się do mnie „Werner”.- Valentin Werner Voss.- westchnąłem nieco.- Większość mówi mi Werner. Tak więc masz dosyć szerokie pole do popisu. Możesz mówić Werner, Valentin…- wymieniłem z niejakim uśmiechem.- Każdy kto dowiedział się, że na kacu latam niemalże tak samo jak na trzeźwo…a teraz to pewnie nawet i lepiej.- zażartowałem. Nie byłem alkoholikiem, ja po prostu lubiłem wypić i lubiłem korzystać z życia.- Cóż…różnie to w życiu bywa. Ja nie wyobrażam sobie życia bez latania. Latam prawie połowę mojego doczesnego żywota…i tak jakoś to wszystko wyszło.- uśmiechnąłem się do niego. Spojrzałem nieco na rudzielca i nieco się z niego zaśmiałem, może nie tyle z niego co z jego włosów. No nieźle to wszystko wyglądało. Upiłem łyk kawy. A może bym tak zażył Pervitin? Przecież nic mi to nie szkodzi…ale to za chwilę. Wezmę w kuchni i przy okazji wezmę popielniczkę… chyba tam ją zostawiłem. Tak…bo wcześniej zapaliłem w kuchni przy wczorajszym śniadaniu.
    - A co się tak patrzysz na mój tatuaż?- zapytałem.- Tak bardzo ci się podoba? Czy zastanawiasz się nad czymś?- spojrzałem i upiłem łyk kawy.

    OdpowiedzUsuń
  86. - Aha…gdyby kiedyś mi zabrakło cukru, to przypomnę sobie twoje słowa.- powiedziałem i pokiwałem głową.- No w sumie… Coś w tym wszystkim może być. Z tego co pamiętam to się chyba nie przedstawiłem wczoraj kiedy byłem w stanie….yyy…lekkiej nietrzeźwości.- powiedziałem z niejakim uśmiechem.- No to moim rodzicom się nie nudziło, bo mieli pełne ręce roboty w związku z wymyślaniem imion dla mnie, moich braci i siostry.- wzruszyłem ramionami.- No niech ci będzie możesz mówić do mnie Tin.- zaśmiałem się.- A ja…ja bym ci na drugie dał Mark…albo Hubert…- zamyśliłem się nieco.- Wybaczam. Wiesz…teraz pod wpływem czasu to się cieszę, że zrobiłem sobie tatuaż na przedramieniu, a nie na szyi… zrezygnowałem po tym jak dowiedziałem się, że to boli…- przyznałem.- Ale po wojnie sobie zrobię… Tak…zrobię sobie taki tatuaż.- zamyśliłem się. Dopiłem kawę i położyłem filiżankę na blat stolika. Wstałem i przeprosiłem chłopaka na chwilę. Musiałem zażyć Pervitin….to znaczy nie to że musiałem…chciałem. Zażyłem jedna tabletkę, cóż… zacznie to wszystko działać po jakimś czasie, ale i tak już nieco lepiej się poczułem. Wyciągnąłem jeszcze z szafek ciastka, więc nie wróciłem z pustymi rękoma. Słabo się uśmiechnąłem…
    …Przecież nic złego się nie może stać… Potrafię się kontrolować, raczej nie wyskoczę z niczym głupim.

    OdpowiedzUsuń
  87. Kiedy wróciłem zastałem śpiącego Cesara. Połozyłem ciastka na stole. Znaczy się talerz, na którym się znajdowały. Nieco szturchnąłem go aby się obudził. Chwilę tak próbowałem go dobudzić.
    - No właśnie widzę.- powiedziałem. Zauważyłem, ze Pervitin powoli zaczynał działać.- Może chcesz taką tabletkę, która niweluje senność?- zapytałem i nieco uniosłem brew. W końcu facet dorosły, i Wehrmacht korzystał z tych tabletek…wszyscy korzystali z Pervitinu.- Ale jesteś spięty. Rozluźnij się nieco…przecież nie celuję do ciebie z pistoletu ani nie prowadzę przesłuchań.- zażartowałem.- A jakbyś chciał to mogę ci zrobić lekki masaż…- nieco się uśmiechnąłem w jego kierunku.- Prawdopodobnie też całkiem nie najgorzej mi wychodzi.- nieco się nachyliłem nad nim. Zaraz jednak się wyprostowałem i nieco zmierzwiłem jego włosy smiejąc się przy tym.
    Teraz to będzie ciekawie…mam mimo wszystko nadzieję, że nic nie zrobię głupiego.

    OdpowiedzUsuń
  88. Wyciągnąłem tubkę z Pervitinem i ją otworzyłem. Wręczyłem rudzielcowi jedną tabletkę uśmiechając się pod nosem.
    - Zobaczysz nieco ci pomoże…przy okazji nieco się rozluźnisz…- oznajmiłem z uśmiechem. Zaraz po tym zabrałem się za masaż. Nie wiem dlaczego ale coraz bardziej odlatywałem myślami gdzieś indziej…w dosyć…nieprzyzwoitym kierunku. Ale lekkie potrząśnięcie głową i szybkie zamruganie powiekami wybiło mi takie pomysły z głowy. Zastanawiałem się jak na chłopaka zadziała Pervitin… Z tego co się orientuję na każdego działa nieco inaczej…jednak jest pewien wspólny punkt. Pobudza i wzmaga koncentrację. Po kilku minutach masażu zauważyłem, że widocznie się rozluźnił, uśmiechnąłem się pod nosem.
    - I co? Tabletka pomogła?- zapytałem z niejaką ciekawością w głosie. Usiadłem na swoim miejscu i uśmiechnąłem się nieco do niego. Po chwili się zaśmiałem.- Wiesz, że całkiem nieźle wyglądasz?- zapytałem.- Pewnie masz branie wśród kobiet.- powiedziałem i uważnie się mu przyjrzałem.- Chociaż jeśli ktoś woli chłopców to pewnie i takiemu komuś byś wpadł w oko…-przerwałem i w momencie zamilkłem. Zabrzmiało to dwuznacznie.-Nie żeby coś…ja ten…no…nie…nic…-podjąłem próbę gorączkowego tłumaczenia. W końcu nie miałem zamiaru aby za jakieś jedno nieco nieopatrzne zdanie rozwalili mnie pod murem.- Zapomnij lepiej o tym co powiedziałem…- westchnąłem i wstałem z miejsca. Podszedłem do barku. Wyciągnąłem z niego butelkę wódki i dwa kieliszki.- Chcesz? Rosyjska wódka.- pomachałem nieco butelką.

    OdpowiedzUsuń
  89. - Prawdziwa wunderwaffe.- powiedziałem.- Są…ale chyba nie chciałbyś wiedzieć co konkretnie.-zaśmiałem się nieco. – No niby są kłopotliwe…w szczególności jeśli ma się ich dużo i nie chce się aby puściły go z torbami, albo aby nie dowiedziały się o sobie.- wzruszyłem ramionami.- A to jest ciężkie…no chyba, że towarzystwo kobiet na jedną noc…- zaśmiałem się nieco. Tak…jak to ktoś kiedyś powiedział „Ty to jesteś jak taki Casanova”. No coś w tym było, zresztą nigdy nie gardziłem krótkimi romansami polegającymi tylko i wyłącznie za zaspokojeniu swoich potrzeb.- Może nie wiesz jak patrzeć na to? Bo kobieta to zaawansowane i skomplikowane technologicznie stworzenie. Ona nie powie ci wprost tego wszystkiego. Będzie dawać ci jakieś lekkie niby nic nie znaczące sygnały.- wzruszyłem ramionami.- No nie jest…ale chyba pożartować można, prawda?- zapytałem śmiejąc się.- Może nawet nie tyle pożartować co porozmawiać w inteligentnym gronie.- zaśmiałem się. Nalałem sobie tej rosyjskiej wódki. Wypiłem jeden kieliszek. Zaraz też nalałem sobie kolejny kieliszek i Cesarowi, w końcu był tu ze mną i wypadało poczęstować gościa. Podszedłem do rudzielca i położyłem przed nim kieliszek z wódką.- No Cesare…mam nadzieję że rosyjską wódkę wypijesz ze mną.- zaśmiałem się i podniosłem kieliszek, którego zawartość zaraz zniknęła. Odłożyłem pusty kieliszek na blat stołu. Zaśmiałem się nieco.- No wypij, chłopie…przecież cię nie mam zamiaru upić i zgwałcić.- spojrzałem na niego rozbawiony.- A nawet gdybym miał taki zamiar to nie powiedziałbym ci tego…więc…możesz się czuć bezpiecznie.- zaśmiałem się.

    OdpowiedzUsuń
  90. - Nie…- powiedziałem i pokiwałem jeszcze głową.- Nie zaszkodzi ci.
    - Wiesz co ci powiem…Związek Radziecki…Rosja to piękny kraj. Mimo wszystko…tylko komuchy to wszystko zniszczyli, ta ideologia jest…delikatnie mówiąc do dupy. Zresztą ja to za żadną ideologią nie jestem. Taki apolityczny ze mnie człowiek.- wzruszyłem ramionami.- Ja nie wiem…przed wojną żony nie szukałem, teraz też nie szukam…po wojnie? Po wojnie to ja będę już stary i tym bardziej nie będę szukać.- zaśmiałem się.- Mimo wszystko preferuję spotkania na jedną noc…nie wyobrażam sobie siebie w jakimkolwiek związku trwającym dłużej niż…niż miesiąc albo dwa.- spojrzałem na chłopaka kiedy polał kolejny kieliszek.- Za szybkim koniec wojny.- powiedziałem bez namysłu. Usiadłem obok Ceesara…w końcu nie będę tak daleko siedział od alkoholu, poza tym może coś niecoś ciekawszego wyjdzie z tego?
    - A tak właściwie to że się tak zapytam…- wypiłem na raz kieliszek i nieco się skrzywiłem. Nie popijałem, nie zagryzałem…miałem wprawę.- To znaczy jeśli nie chcesz to nie mów…po alkoholu zazwyczaj mówię bez sensu i zadaję idiotyczne pytania.- westchnąłem i spojrzałem na Cesara.- Tak właściwe to zastanawiam się czy mam szukać jakiejś popitki, albo zagryzki? Czy ostatni kieliszek i kończymy z wódką?- zapytałem się i spojrzałem na niego. Mimowolnie uśmiechnąłem się.- Mówił ci ktoś, ze masz ładne oczy?- zapytałem.

    OdpowiedzUsuń
  91. Wstałem i poszedłem do kuchni po jakąś zapitkę i zagryzkę. Oczywiście wszystko w odpowiedniej ilości. Postawiłem to wszystko na stole i z niejakim uśmiechem zająłem miejsce.
    - No tak.- przyznałem po chwili milczenia.- Lubie patrzeć na oczy ludzi…od czasu kiedy usłyszałem, że oczy są zwierciadłem duszy i można w nich wiele zobaczyć. Spodobało mi się to i tak teraz niekiedy spoglądam ludziom w oczy. Lubie jeszcze robić różne sztuczki karciane.- zaśmiałem się.- Ale to jak będę na kacu, albo jak już nieco przetrzeźwieję to pokażę ci jakąś sztuczkę.- wyjasnilem. Polałem nam po kieliszku. Po chwili znowu kolejny kieliszek….
    …I tak to jakoś poszło wszystko. Śmialiśmy się z byle czego. Pervitin i wódka i to wcześniejsze piwo…to wszystko zrobiło swoje.
    - Mam…takie pytanko…-zachichotałem cicho…nie zaprzeczę, że byłem pijany. Ale nie było aż tak źle.- Tak z ciekawości…spałeś kiedyś z facetem?- zaśmiałem się i spojrzałem na Cesara…chyba był w nieco lepszym stanie niż ja. Albo mi się tak tylko wydawało. Przyłożyłem swoje czoło do jego czoła. Uśmiechnałem się słabo i poklepałem Cesara po ramieniu.- Zresztą…nie ważne. I tak jesteś w porządku…zresztą jeszcze nie uciekłeś z krzykiem…więc coś musi być na rzeczy, że nie uznałeś mnie za wariata.- zaśmiałem się i położyłem głowę na jego ramieniu. Wyciągnąłem jeszcze tubkę z Pervitinem i zażyłem jeszcze jedną tabletkę. Chociaż wiedziałem, że nie powinienem. To mogło się źle skończyć…ale jak to mówią raz się żyje!

    OdpowiedzUsuń
  92. - Nie przesadzajmy…- mruknąłem.- Nic mi nie będzie. To nic nie szkodzi.- zaśmiałem się cicho.- Poza tym sam widzisz efekty na sobie. Zaszkodziło ci? Jakoś nie widzę.- powiedziałem nieco zapitym głosem. Nieco się uśmiechnąłem.- Dzięki…wiesz mimo wszystko ja swoje oczy też lubię.- zaśmiałem się cicho. Nieco nachyliłem się do twarzy Cesara. Uśmiechnąłem się nieprzytomnie. W momencie zetknąłem swoje wargi z jego. Pocałowałem go…już nie panowałem nad sobą. Oddawałem się niejakiej przyjemności. Generalnie to było mi wszystko jedno…
    Po chwili oderwałem się od jego ust.
    - Nieźle całujesz.- powiedziałem z lekkim uśmiechem i nieco odsunąłem się od niego. Nalałem sobie jeszcze nieco wódki i wypiłem w jednej chwili. No nieźle się to wszystko potoczyło… Nie powiem…Ciekawie wyszło.

    OdpowiedzUsuń
  93. Uśmiechnąłem się nieco widząc jak się rumieni. Nie przypuszczałem, że mu się to spodoba. Właściwie to nie przypuszczałem, że tak to wszystko wyjdzie. Nieco nieśmiało odwzajemniłem jego pocałunek. Nieco przymknąłem oczy i położyłem swoją rękę na torsie rudzielca. Chwila przyjemności…cholernie zakazanej przyjemności, za którą jest śmierć…
    Zastanawiałem się dlaczego go pocałowałem? Przecież w sumie…to wolę kobiety. Czyżbym chciał sobie coś udowodnić? Albo może to alkohol tak działa? Albo nie wiem co… Chyba nawet wolę nie wiedzieć.
    Kiedy przerwał nieco odsunąłem swoją twarz od jego. Mój oddech był nieco przyspieszony.
    - Wiesz, że nie powinniśmy.- powiedziałem i spojrzałem mu w oczy.- Ale to mi się tak cholernie podoba.- mruknąłem z niejakim uśmiechem i nachyliłem się do ust Cesara. Delikatnie go pocałowałem... czułem jak tracę nad sobą ostatecznie panowanie…jeśli ktoś, albo coś tego nie przerwie, to skończy się to wszystko źle dla nas obu.

    OdpowiedzUsuń
  94. Dziwnie się czułem… Kiedyś ktoś się mnie zapytał czy spałem z mężczyzną. Odpowiedziałem, że nie pamiętam, bo mogłem być strasznie nawalony. Zresztą to było inne…teraz było inaczej… Miałem świadomość co robię, co mi może grozić.
    Jakby wbrew sobie zacząłem rozpinać jego koszulę. Chociaż w sumie…to nie powinienem…musiałem jakoś to przerwać…dopóki do niczego nie doszło. Zaraz jednak pocałowałem rudowłosego w szyję. Usmiechnałem sie nieco do niego i ustami zacząłem delikatnie pieścić tors Cesara. Jedna z moich rąk spoczywała na udzie a druga na plecach rudzielca.
    Najgorsze w tym wszystkim było to, że nieco zaczęło mi się to podobać…w końcu to było niejakie ryzyko…seks…a ja uwielbiałem tą cielesną uciechę. I jeszcze nie chciałem przestawać…
    Zacząłem nieco wilgotnymi wargami całować jego ciepłe ciało, było mi przyjemnie. Niejakie podniecenie razem z adrenaliną zaczęło krążyć w moim ciele. To wszystko jakby zabraniało mi przestawać. Zastanawiałem się co będzie jak ktokolwiek się o tym dowie. Wtedy chyba najlepszą opcją byłoby popełnienie samobójstwa zanim panowie w mundurach zastukają do drzwi. Ale wypadałoby zabić się w taki sposób aby wyglądało to na nieświadome samobójstwo. Takie zapicie się na śmierć, albo Pervitin. No opcjonalnie połączenie Pervitinu z alkoholem. A znając moje przyzwyczajenia i uzależnienia, to raczej nikogo by to nie zdziwiło, że zginąłem w taki sposób.
    Nawet nie wiem kiedy ale zacząłem nieco niżej zjeżdżać. NA dłuższy moment zatrzymałem się na jego brzuchu. Widziałem, że w spodniach ma już nieco mało miejsca. Wiedziałem na co się piszę, ale wbrew pozorom mój umysł nie ogarniał tego. To działo sie zdecydowanie zbyt szybko.

    OdpowiedzUsuń
  95. Stłumiłem cichy jęk. Raczej nie byłoby za ciekawie gdyby ktoś nas usłyszał. Coraz ciężej oddychałem. Było mi coraz przyjemniej, do tego jeszcze Cesare wziął sprawy w swoje ręce… Najgorsze było to, że czułem, że za jakiś niedługi czas to wszystko będzie tylko zlepkiem wspomnień. Że za jakiś czas…czyli za dosłownie kilka godzin będę pamiętał to wszystko jak przez mgłę. Właściwie to i tak już powoli czułem jak urywa mi się film…jak powoli tracę świadomość i kontrolę nad sobą.
    Uśmiechnąłem się nieco, kiedy ten powiedział „Zróbmy coś z tym”. Mimowolnie uśmiechnąłem się…jeszcze przed nim kilka osób na tej kanapie powiedziało podobne słowa. Co z tego, ze to były kobiety?
    Właściwie to była to kolosalna różnica.
    Ale martwić się będę później. Kiedy będzie po wszystkim.
    Powoli wstałem i podciągnąłem Cesara ku górze. Przyciągnąłem go do siebie, jakby w obawie, ze mógłby mi uciec. Zaprowadziłem go do mojej sypialni. Po tym rzuciłem go na łóżko. Zawisłem nad nim i złożyłem długi pocałunek na jego ustach. Z szafki stojącej obok łóżka po omacku wyciągnąłem paczke prezerwatyw i wazelinę. Zawsze stosowałem wazelinę, więc przyzwyczajenie wzięło górę. Powoli zdjąłem jego spodnie, co było i tak bardzo sporym wyczynem, zważywszy na to, że ledwo na oczy widziałem.
    - Musisz mi nieco pomóc…- mruknąłem. Z całą pewnością zauważył, że mój wzrok był nieco…zamglony i nieprzytomny…tak to chyba byłyby najlepsze określenia.

    OdpowiedzUsuń
  96. Po tym wszystkim chyba od razu zasnąłem. Wszystko pamiętam jak przez mgłę. Słyszałem coś…jakby ktoś rozmawiał przez sen…ale nie chciałem się budzić. Pewnie też mogło mi się wydawać to wszystko. Obudziłem się rano…nie zbyt wcześnie ale też nie za późno. Kilka minut leżałem w bezruchu. Dopiero kiedy dotarło do mnie, że Cesare wstał nieco rozluźniłem uścisk. Czyżbym był przytulony do niego przez całą noc?
    Powoli bez słowa podniosłem się do siadu. Nieco się przesunąłem na kraniec łóżka i chwyciłem swoje gatki i szybko je na siebie założyłem. Chciałem też w miarę możliwości szybko nałożyć na siebie jakąś koszulę, aby przykryć bliznę przebiegająca przez moje plecy taka podłużna i trochę szeroka biegnąca tuż obok kręgosłupa. Jedyna pamiątka po wypadku lotniczym, podczas moich ostatnich pokazów przed samiuśką wojną. Nie widząc jednak koszuli ani niczego podobnego przygryzłem dolną wargę w niejakim zrezygnowaniu.
    Spojrzałem na Cesara …
    - Możesz się tak nie patrzeć na moje plecy?- zapytałem.- Raczej nie ma na nich niczego interesującego.- powiedziałem. Po chwili przetarłem swoją twarz dłonią. Głowa mnie nieco pobolewała…właściwie to przyzwyczaiłem się do tego bólu.- Zapominamy o wszystkim i buzia na kłódkę. Chyba żaden z nas nie chce trafić do lagru i mieć na pasiaku różowy trójkąt. Albo nie chcemy skończyć rozsmarowani na jakimś murze…- westchnąłem. Jednak w moim głosie pobrzmiewała zaborczość i pewność siebie. – Najlepiej…- chciałem jeszcze coś dodać ale zamilkłem. Chyba nie miałem niczego do dodana. W szafce nocnej miałem paczkę papierosów i zapałki. Musiałem zapalić chociaż jednego. – Jak chcesz to bierz…- powiedziałem i wskazałem na papierosy. Spojrzałem na zegarek…nie pierwszy nie ostatni raz kiedy się spóźnię. Chyba wszyscy się przyzwyczaili do tego, że o czasie jestem niezmiernie rzadko…ale za to zawsze w odpowiednim miejscu.- Kiedy zaczynasz służbę?

    OdpowiedzUsuń
  97. Westchnałem głośno i ciężko.
    - Nie o to chodzi…po prostu, nie przepadam za tym kiedy ktoś wpatruje się w moje plecy i widzi tą bliznę, której szczerze nienawidzę.- powiedziałem przez niemalże zaciśnięte zęby.- Taki kompleks…- nieco ponuro się uśmiechnąłem. Powinienem być wdzięczny opatrzności. Bo mimo wszystko żyłem i nie byłem sparaliżowany. Chociaż gdyby ten kawałek na lewo idealnie na kręgosłupie to nie byłoby co zbierać.
    - O nie! Nie ma spania. Musze wyjść i ty chyba też.- powiedziałem i podjąłem się nieco marnej próbie ściągnięcia z niego kołdry. Owinął się nią jak jakimś kokonem. Nie wiem dlaczego ale przypomniał mi naleśnika…- To się zgadza. Skurwysyn ze mnie jakich mało.- powiedziałem.- Przy mnie Ross to jest miluśki i słodki niczym…niczym jakiś mały kotek, albo piesek.- powiedziałem. Kiedy już nieco wstał podniosłem spodnie leżące na podłodze. Szybko je na siebie nałożyłem… I tak będę musiał je zaraz przebrać i ogarnąć się. Przecież muszę jakoś pokazać się. Nie mogę taki rozczochrany, nieogolony i śmierdzący wódką… Chociaż nie…ja nie śmierdzę, ja pachnę.
    - Mam.- mruknąłem i wygrzebałem z kieszeni tubkę z Pervitinem. Podałem mu opakowanie.- Weź jedną i reszta do zwrotu.- powiedziałem i spojrzałem na niego.- Lepiej byłoby żebyś więcej tego nie brał, bo jeszcze ci zaszkodzi.- mruknąłem.
    Powoli się doprowadzałem do ładu. Ale zresztą ładny chłopak jestem, to nie muszę tak bardzo poświęcać czasu na stanie przed lustrem. Zastanawiałem się czy dzisiaj…nie dzisiaj nie…dzisiaj zostaję w koszarach i dzisiaj chyba są loty. Świetnie… czasami to naprawdę żałuję, ze nie jestem na froncie. Przynajmniej coś by się działo i nie było nudno…
    A tak? Nudy…w powietrzu same nudy.

    OdpowiedzUsuń
  98. Spojrzałem na nich. W sumie zdziwiłem się, że przyprowadził Neumanna. Słyszałem o tym, że Rommel potrafi dobierać swoich współpracowników, ale nie przypuszczałem, że Cesare z nim współpracuje, że jest w jego grupie. Siedziałem i przysłuchiwałem im się. Raczej niewiele mnie to obchodziło. Przez przypadek złapałem gościa. Do tego chyba wybiłem sobie bark.
    Kiedy powiedział, że to tylko przepis na jakąś zupę nieco spuściłem głowę, wolałem nie widzieć wzroku i miny von Denerta. On mnie zabije. Chciałem wymknąć się i przeczekać ten istny huragan.
    - Voss! Ani mi się waż wychodzić!-krzyknął pułkownik. A mogłem kurwa zostawać na froncie, byłoby przynajmniej lepiej jeśli chodzi o przełożonego. Ale w końcu ludzie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. A kilku oficerów już tak zrobiło. Czterech dokładnie więc dlaczego nie miałby być piątym?
    W momencie zatrzymałem się i spojrzałem na nich. Na wściekłego pułkownika i szeregowego, który przyglądał mi się.
    - Wytłumaczysz mi to?- zapytał z ogniem w oczach.
    - Oczywiście. Wie pułkownik istnieje coś takiego jak mylenie przeciwnika i to wszystko… I to z pewnością był taki meldunek. Chcieli aby nasze aparaty kontrwywiadowcze zajęły się rozszyfrowywaniem tych pseudo meldunków…i tak to chyba właśnie było.- powiedziałem nieco koślawo. Chciałbym wziąć kolejną tabletkę Pervitinu aby zlikwidować senność, albo chociaż przespać się. Potrzebowałem snu.
    - Wyjdź!- wskazał mi drzwi. Z niejaką ulgą wyszedłem. Pewnie znając tego starego pruskiego wazeliniarza będzie się korzył przed jakimś szeregowym. Swoją drogą zastanawiało mnie jedno. Skoro jego rodzina była tak wysoko postawiona w niemieckiej armii, to dlaczego on jest tylko szeregowym? Przecież Rommel jest oficerem, to Neumann mógłby być chociażby podoficerem. Ja przynajmniej bym tak zrobił i korzystał z takiego udogodnienia. Cieszyłem się, ze mimo wszystko moi poprzedni przełożeni podali pozytywną opinię. I chwała im za to, może dzięki temu ten stary wąsaty prusak jeszcze mnie nie pożarł żywcem.
    Na szczęście po wyjściu zauważył mnie Lothar. Dobry z niego chłopak, nastawił mi bark. Oczywiście wesoło mówiąc odprowadził mnie do hangaru, gdzie chciałem się przekimać nieco. Jakob pewnie jakoś ładnie by to usprawiedliwił, ktoś inny by przytaknął. Byłoby ładnie pięknie i cudnie. Oczywiście nawet nie zdążyłem sobie do końca usiąść a pojawił się przy mnie pies. Taka nasza istna maskotka. Czarny owczarek szwajcarski, którego ochrzczono Brutusem. W sumie to ja go ochrzciłem i pies mnie za to najbardziej kocha. Połozyłem się więc na łóżku polowym i nie musiałem zbyt długo czekać aby pies wskoczył obok.
    - Brutus…ja cię kocham ale zejdź.-mruknałem, ale mimo wszystko oparłem czoło o miękkie futro psa.- Albo zostań, jesteś wygodną poduszką.
    - Chyba sobie nie pośpisz…-mruknął Jakob.- Ktoś do ciebie.
    - Każ mu spierdzielać.- mruknąłem.
    - Raczej mnie będę w stanie.- powiedział i chwycił mnie za kołnierz zmuszając do tego abym podniósł głowę. Spojrzałem na Cesara.
    - Cześć.- powiedziałem.- Ty wiesz jak ja cie lubię Cesare?- zapytałem.- No to proszę cie, jeśli to nie jest sprawa jakas pilna to proszę cię chcę spać. Jestem zmęczony…po wczorajszym piciu…- wtedy to Jakob mnie puścił i w momencie moja twarz znalazła się na pryczy.- Powiedz o co chodzi...jak musisz i to nie może czekać.

    OdpowiedzUsuń
  99. - Aha.- mruknąłem i spojrzałem na to co trzymał w ręku.- A z tym butem to do towarzystwa łazisz? Jesteś tak samotny, że chodzisz z martwymi przedmiotami?- zapytałem retorycznie. Odebrałem swoje rzeczy.- Pewnie mi wypadły wtedy kiedy wpadłem…na kogo to ja wpadłem?- zapytałem ni to siebie ni to jego.- A nie ważne.- machnąłem ręką i schowałem rzeczy do kieszeni.- No a czego od ciebie chciał ten wąsaty pruski kaszalot? Do tego…-chciałem powiedzieć rudy, ale byłoby to chyba strasznie nie na miejscu. Na szczęście w porę ugryzłem się w język. Zamiast mówić cokolwiek więcej usiadłem na pryczy.- jak chcesz to siadaj.- wskazałem na jakieś prowizoryczne krzesła zrobione ze skrzyń, czy też na jakieś calkiem normalne krzesła. Oczywiście była też druga prycza do wyboru. Mnie to tam nie przeszkadzały takie warunki. Samoloty i tak były na zewnątrz. Tutaj stały tylko dwie maszyny czekające na przegląd. Chociaż pewnie zaraz przeniosę się w jakieś nieco cieplejsze miejsce zwane pieszczotliwie koszarami. Oparłem się nieco o metalową ścianę hangaru. Nieco się uśmiechnąłem.- Żyjesz w ogóle po wczorajszym?- zapytałem w końcu. Spojrzałem na niego z niejaką ciekawością. To spojrzenie podchwycił pies, który położył mi się na kolanach. Właściwie to położył tylko pysk i przednie łapy.

    OdpowiedzUsuń
  100. - No nieźle. Jak to mówią: „Szukajcie a będzie wam dane”.- uśmiechnąłem się nieco.- Tak…tak czasami mówimy na starego….w sensie pułkownika. Każdy wie o co i kogo chodzi…więc…- westchnąłem. Chyba nie trzeba było kończyć.- Ale zacznijmy od tego, że pewnie i tak byś nie powiedział. Chociaż jak dla mnie to mógłbyś nawet gościa zastrzelić, facet zatrzymał się na poprzedniej wojnie jeśli chodzi o lotnictwo.- wzruszyłem ramionami.- Czekam tylko jak jakiś niemiły wypadek mu się przytrafi…wiesz czasy są niebezpieczne.- pokiwałem nieco głową. No fakt. Stary wazeliniarz wie jak można wkupić się w łaski niektórych ludzi. Momentami żałuję, ze w moje się jeszcze nie wkupił. Ale chyba nawet bym tego nie ryzykował.-Rozumiem.- pokiwałem głową.- A mnie to nawet już głowa nie boli…przyzwyczaiłem się do tego wszystkiego. Ogólnie jak widzisz to tylko spać mi się chce, a jak sobie jeszcze pomyślę że musze zostać tutaj przez jakiś czas to mnie normalnie berze cholera, żółta febra, malaria i jeszcze z tuzin innych chorób.- westchnąłem.- Na ból głowy to zaparz sobie jakieś zioła i spróbuj się nieco przespać. Może ci przejdzie, a jak nie to popytaj ludzi. Mnie ostatni raz głowa bolała tyle lat temu, że szok… Oczywiście mówię tu o takim bólu co to nie jest spowodowany nadmierną ilością alkoholu.- uśmiechnąłem się nikle.- Dobra…nie będę ciebie dłużej męczył. Trafisz do wyjścia, czy odprowadzić cie nieco?- zapytałem.

    OdpowiedzUsuń
  101. Widok Michała sprawił, że ze strachu prawie pociemniało mi w oczach. Już z po nas. Kurwa, już po nas! Czułem, jak po kręgosłupie spływa ścieka mi lodowaty strumyczek potu. On nas wyda.
    Kiedy wymówił na głos moje prawdziwe imię, zdrętwiałem jeszcze bardziej, choć na zewnątrz jakimś cudem nadal udawało mi się zachowywać kamienną twarz. Ten cholery smarkacz właśnie na wsypał! Przełknąłem ślinę. Nie panikuj, Otto. Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Z każdej. Zachciało ci się teatru, to teraz kombinuj! Spojrzałem na Cesare’a z poczuciem winy wypisanym w oczach. Przepraszam, że cię w to wciągnąłem.
    Dalej wszystko potoczyło się tak szybko, że nie byłem w stanie nic zrobić. Hajduk nie uwierzył, potem ranni… Przyszło mi do głowy, żeby wykorzystać moment i dać nogę, ale w tej sytuacji na ulicy na pewno zarobilibyśmy po kulce w łeb. Polskiej, niemieckiej – bez znaczenia. Wziąłem głębszy wdech. Jak się zaczęło kłamać, trzeba brnąć w to dalej. Podszedłem do Cesare’a, na tyle blisko, by nikt inny nie mógł mnie usłyszeć.
    - Spróbuję naprostować sytuację – obiecałem. – Ale… gdyby mi nie uwierzyli, powiedz prawdę. Opowiedz, jak cię w to wciągnąłem. Że to ja miałem sprawdzić ten ich teatr, a ty nie chcesz wojny. Opowiedz im o Frankfurcie, powiedz że – wziąłem głębszy wdech – że na ciebie doniosłem. Zrób ze mnie najgorszą kanalię, jeśli tylko będziesz mógł się przez to uratować. Rozumiesz? Nawet moim kosztem – mówiłem bardzo cicho, poważnie. Jeżeli blef, który planowałem, zawiedzie, mi i tak już nic nie pomoże. Wystarczy, że każą mi podwinąć rękaw.
    Kiedy weszliśmy do pomieszczenia, w którym Michał opatrywał chłopca, zachowywałem się jak człowiek całkowicie opanowany. Starałem się nie przeszkadzać. Przypadkowo stanąłem obok matki, więc próbowałem ją jakoś uspokoić.
    - Gratulacje – odezwałem się, gdy Polak skończył składać drugiego rannego. Założyłem ręce i zmierzyłem go zimnym spojrzeniem. – Powinniśmy sobie coś wyjaśnić. - Podszedłem bliżej. Kątem oka zerknąłem na Hajduka w sposób jednoznacznie świadczący o tym, iż nie podoba mi się, że słyszy, ale nie dano mi wyboru. – Wszystko, co o mnie wiesz, to legenda, w którą mają wierzyć Niemcy. Ty też musiałeś, bo nie miałem żadnej gwarancji, że w chwili stresu albo kryzysu zaufania mnie nie wydasz. Musiałem więc odegrać przed tobą całą tą chwilę słabości, żeby jakoś uzasadnić swoje postępowanie wobec ciebie. Prawda jest prostsza: nie zabija się sojuszników. Nie pierwszy raz mam kontakt z waszymi strukturami, inaczej by mnie tu nie było. – Splotłem ręce za plecami i przeszedłem się kilka kroków w bok.

    OdpowiedzUsuń
  102. - No a ja się staram…- wzruszyłem ramionami.- Ale raczej slabo mi to niepicie wychodzi. Chyba przyzwyczajenie z przedwojennych czasów bierze nade mną górę…- wzruszyłem ramionami. No fakt piłem sporo, ale nie byłem uzależniony od niczego…no może byłem. Od adrenaliny i mocnych wrażeń.- No nie powiem ciekawie… ale naprawdę ja nie piję zbyt wiele. Jestem abstynentem niemalże.- zażartowałem. Wstałem więc i pies chcąc nie chcąc też wstał.- Zapraszam więc w szaloną podróż po lotnisku.- powiedziałem i gestem nakazałem aby podążał za mną. Szliśmy przez kilka metrów. Dobrze, że się obejrzałem i pociągnąłem Cesara do siebie, teraz to pewnie leżałby przygnieciony skrzynką z narzędziami.- Erich, uważaj do jasnej cholery!- warknąłem na innego lotnika, który siedział na skrzydle i naprawiał coś w swoim samolocie.
    - Wybacz Werner.- mruknął i wrócił do pracy.
    - Cymbał patentowany.- warknąłem i pociągnąłem nieco Cesara za sobą. Jakoś niespecjalnie się odzywałem. Po jakiś może trzech minutach dotarliśmy do miejsca.
    - To miłego dnia Cesare.- powiedziałem i zaraz zniknąłem. Czekała mnie dosyć długa i pewnie męcząca służba. Służba o której wolałem na razie nie myśleć.

    OdpowiedzUsuń
  103. Obrzucałem ich morderczym wzrokiem. Zaraz jednak nieco się uśmiechnąłem. Zupełnie jak z jakiegoś dobrego żartu.
    - Nic nie wiesz… A Czapajew…powiedz mi tak szczerze. Dobry był w te klocki?- zapytałem z szyderczym uśmiechem. Zaraz jednak oberwałem w twarz. Skrzywiłem się z bólu i nieco szybciej zamrugałem powiekami. Na co mi to było? Mogłem się nie zgodzić. Pozostawało mi tylko sądzić, ze Czapajew jest albo już dwa metry pod ziemią, albo w…daleko od Warszawy.
    - Ej! Ja sobie kurwa, jego mać wypraszam!- warknąłem słysząc o nazistowskich gnidach. I właściwie to bardziej uraziło moje ego.- Ja nie mam zamiaru spocząć w jednej mogile z jakimś półmózgim SSmanem! No ludzie…szanujmy się nieco!- krzyknąłem. Zaraz jednak znowu oberwałem. W tym momencie zatęskniłem za Reimannem. Nawet za tym zdrajcą „Dymem”.
    Byłem już nieźle poobijany. Ale nic nie powiedziałem. Wiedziałem, że dam radę. Nie powiem im nic. Nie powiedziałem ani Reimannowi, ani „Dymowi”…to im tym bardziej. Nie złamią mnie! Kiedy przyszli ci dwaj…uśmiechnąłem się pod nosem.
    - Nie zrobicie tego w taki sposób.- powoli pokiwałem głową, z miną cierpiącego eksperta.- Żywcem ich nie weźmiecie…to znaczy się nie wiem jak z rudym…ale SSmana nie weźmiecie.- o ile było to możliwe nieco się wyprostowałem. Bardzo powoli i krzywiąc się z bólu.- Może macie wielu ludzi…może macie niejaki zarys planu…ale ci dwaj potwierdzają, że facet nie jest przeciętnym zawodnikiem.- Natasza podeszła do mnie. Jej ręka zawisła nade mną jakby chciała mnie uderzyć. Nie mrużąc wzroku, ani nic. Nadal ta moja hardość w oczach. Spoglądałem na nią wyczekująco.
    Wtedy pokój nieco stracił na ostrości…nieco bardzo i zapanowała ciemność. Niczym nie zmącona ciemność.

    OdpowiedzUsuń
  104. Obudziłem się w piwnicy. Chyba w piwnicy. Miałem skute ręce…było to w sumie nieco zbyteczne, bo raczej w takim stanie za daleko bym nie uciekł. Spojrzałem na dwie postaci siedzące razem ze mną. No ładnie…
    - Bez komentarzy…wiem jak wyglądam.- mruknąłem i nieco się podniosłem. Spojrzałem na nich. Natasza jeszcze ich nie przesłuchiwała. To dobrze. Może są jakieś szanse aby wyjść z tego miejsca cało? W końcu…ale wtedy nadeszła pomoc z zewnątrz w postaci Wartneburga. A teraz? Nawet Hazerski nie wie gdzie mogę być! Oparłem się nieco o zimną ścianę. Nieco się wzdrygnąłem. Spojrzałem na moje ręce. Były w nieco opłakanym stanie. Koszula…kiedyś biała, dzisiaj poplamiona krwią.
    - Zatęskniłem za Gestapo.- mruknąłem cicho. Zza drzwi dobiegały głosy. Ktoś rozmawiał po rosyjsku. Natasza i…i chyba Nikolaj. Wsłuchałem się w dialog. Nie podobało mi się to. Spojrzałem na Cesara.
    - Zgódź się. Zagraj trochę na czasie…- powiedziałem.- I tak nas zabiją… Nie ważne czy się zgodzisz, czy odmówisz… Jednak w pierwszym przypadku dasz nam nieco czasu.- spojrzałem na drzwi. Spoglądałem z niejaką hardością i zadziornością. Pamiętam jak kiedyś mi ktoś powiedział, że wtedy wyglądam jak wariat. Uśmiechnąłem się nieco.
    - Cesare…- powoli przeniosłem wzrok na rudzielca.- Powiedz, że ja wiem, że mam jakieś szyfry, cokolwiek. Nie mogą was za bardzo obić.- spojrzałem na Rossa.- Tak. Dobrze pan słyszał. Was.- przymknąłem oczy. Musiałem coś szybko wymyślić.- Musimy się ich jakoś pozbyć i wyjść. A przynajmniej wy. Zobaczymy, czy ja będę w stanie…jeśli nie. To proszę przekazać mojej rodzinie, ze chcę mieć różowy nagrobek. Nawet po śmierci chcę się wyróżniać w tłumie.- nieco głupkowato się uśmiechnąłem.- I napiszcie na nagrobku coś takiego: „Był, żył i umarł”. Będę wdzięczny…- wtedy weszła Natasza. Spojrzała na nasz wszystkich, z jakimś takim dziwnym uśmiechem. Raczej nic nie słyszała. Mówiłem cicho. No może w sumie nie licząc słów o nagrobku i napisie na nim.Bo to powiedziałem nieco głośniej.

    OdpowiedzUsuń
  105. - Bohaterstwo to inaczej nie spierdzielenie z pola bitwy, oraz przezwyciężenie swojego wewnętrznego strachu.- powiedziałem.- Poza tym wszystko się zgadza.
    Uśmiechnąłem się nikle, kiedy po wyprowadzeniu Cesara Ross się do mnie odezwał.
    - W to nie wątpię.- powiedziałem ze spokojem. Źle się czułem. Nieco zatrząsałem się z zimna.- A jak myślisz, dlaczego jest w mojej grupie? Bo jest cholernie zdolny.- nikły uśmiech wpełzł na moją twarz.- Niezbyt. Nie czuję nic…no może bolą i takie dziwne mrowienie. Mrowienie, które kiedyś już miałem.- powiedziałem z niejakim przerażeniem. NA chwilę zamknąłem oczy i przyłożyłem głowę do zimnej podłogi. Poczułem niejaką ulgę, ale to i tak nie było nic porywającego. Powoli podniosłem głowę dopiero wtedy, kiedy przyszedł Cesare. Najpierw mnie rozkuł, później pomógł wstać.
    - Ode mnie najlepsza wedlowska czekolada.- powiedziałem słabym głosem powłóczyć nogami. To znaczy jedną, w drugiej nie miałem czucia. Dobrze, że mnie chociaż bolała. Była przynajmniej jakaś nadzieja.
    Dopiero po dotarciu do szpitala dowiedziałem się jak bardzo jest źle. To znaczy się nie wprost. Ale mina lekarza była aż nadto wymowna. Podano mi silne leki przeciwbólowe, po których zasnąłem. Obudziłem się dopiero po jakimś czasie. Ale na pewno wciąż to była noc. Pamiętam, że krzyczałem przez sen. Co to już zupełnie inna bajka. Podali mi jakieś kolejne silne leki. I znowu zasnąłem. Z tym, że męczyły mnie koszmary, gorączka i majaki.
    Przez pierwszy dzień nikt mnie nie odwiedzał. I może to nawet lepiej. Dopiero drugiego dnia przyszedł do mnie Gustaw. Zaraz jednak robiąc awanturę wyprosiłem go. Nie chciałem się z nikim widzieć.
    - Radzę porucznikowi i tobie Cesare tam nie wchodzić.- usłyszałem. Nie chciałem się z nikim widzieć. Nie po tym co usłyszałem o lekarza. Mogłem stracić nogę! Teraz to tylko wszystko zależy od tego jak rany będą się goić i czy wda się zakażenie.- Proszę tylko nie mówić, że nie ostrzegałem.
    Leżałem i tępo wpatrywałem się w sufit. Do tej pory nie mogłem w to uwierzyć.
    - Witam, panów.- powiedziałem.- Jak samopoczucie?- spojrzałem na nich.- Bo u mnie w najlepszym przypadku to chujowo.- zgorzkniały Martin się odezwał. No nic tylko pogratulować. Mógłbym przysiąc, że oczy nadal miałem nieco zaczerwienione od łez.

    OdpowiedzUsuń
  106. - Ktoś na pewno musiał…- powiedziałem i spojrzałem na nich. Chociaż chyba każdy zobaczyłby, że jest coś ze mną nie tak. Przecież wbrew pozorom, poważniejszy był ten postrzał w brzuch. A nie to co teraz. Przecież ani lekarz im nic nie mówił, ani ja. Zresztą wolałbym jak najszybciej skończyć tą rozmowę. Kiesy wyszedł wróciłem do kontemplowania sufitu.
    - Musisz zniknąć na jakiś czas.- powiedziałem. Jak maszyna…bez emocji.- Będzie cię szukać. Wyjedź na jakiś czas z Warszawy. Gdzieś w głąb Rzeszy…- powiedziałem. Nieco przygryzłem wargę w zamyśleniu.- Nie koniecznie do Berlina, czy Dortmundu… ale Breslau, Waldenburg, Hirischberg… to bardzo dobre opcje.- tak. I do tego w Sudetach było też kilka uzdrowisk. Całkiem dobrych.
    Nieco kwaśno się uśmiechnąłem, kiedy pomyślałem, ze mógłbym do takowego trafić…tyle że bez nogi. Jako inwalida wojenny. Nie…to nie mogło się tak skończyć!- Jak najszybciej. Raczej nie uderzy w przeciągu tych niecałych dwóch dni. I w ciągu kolejnych dwóch…może trzech. Chyba, że jest typem samobójcy…- westchnąłem. Spojrzałem na szeregowego.- Coś jeszcze? Jestem nieco zmęczony…- delikatne zasugerowanie, że nie chcę gadać. Ale tak właściwie to nie tylko z nim. Hazerskiego w momencie wywaliłem z sali. Było przy tym sporo krzyku i całej reszty. Ale chyba taki krzyk był lepszy niż apatia w moim wydaniu.

    OdpowiedzUsuń
  107. Nieco się uśmiechnąłem. Oh…naiwny…
    - Dzięki. Ale może na następny raz to przynieś mi papierosy, albo jakąś wódkę.- powiedziałem. W takiej chwili to naprawdę wolałbym zapalić, albo się nieco napić.- Prawdopodobnie pobędę tutaj dosyć długo…- mruknąłem.- Nie wiem ile…lekarz też nie wie. To wszystko zależy od…- nieco niemrawo spojrzałem na lewą nogę.- Od tego, jak będzie to wszystko wyglądać.- westchnąłem.- Ale przy dobrych wiatrach…- Przy dobrych wiatrach może mi nogi nie utną. Może nawet odzyskam po jakimś czasie należytą sprawność. Chociaż z tego co mówił lekarz, to nerwy nie są aż tak bardzo uszkodzone. Tylko chodzi głównie o to, że jak wda się zakażenie, to będzie bardzo ciężko się tego pozbyć, bo rany obszerne. Ale tego Cesare nie musiał wiedzieć. Wystarczyło mi, że lekarz i pielęgniarki…że oni spoglądali na mnie z niejakim współczuciem. Nie chciałem tego. A znając Hazerskiego, to pewnie się jakoś dowie i on będzie spoglądał na mnie współczująco. Nie przepadałem za tym. To współczucie…i mówienie „będzie dobrze”, kiedy wiesz, ze tak nie będzie. To karmienie obłudą.
    - Hej. Uważaj na siebie, nie chciałbym dowiedzieć się, ze leżysz w sali obok.-powiedziałem, kiedy Cesare wychodził.

    OdpowiedzUsuń
  108. - Mówi się trudno…- wzruszyłem mimowolnie ramionami. Nieco kwaśno się uśmiechnąłem.- Chciałbym być takim optymistom.- mruknąłem. Ale musze powiedzieć, ze nieco mnie rozbawił tym wszystkim. Chciałbym znaleźć chociażby w przeciągu ostatnich trzech lat jakąś miłą rzecz, która mnie spotkała. Albo w ciągu ostatnich pięciu…mimo wszystko jakoś nie było zbyt wielu szczęśliwych epizodów w moim życiu. Te wesołe dni i chwile mógłbym z powodzeniem policzyć na palcach.
    ***
    Jak to zazwyczaj w moim przypadku wygląda po złości przyszło rozżalenie i niejakie załamanie. Nie chciałem się z nikim widzieć. Hazerski, moja siostra, pułkownik Koch, Wernitz, Rita…praktycznie nie zdążyli przekroczyć progu a już ich wyrzucałem. O ile Hazerski w momencie wyszedł, Wernitz po chwili…tak cała reszta nie dawała za wygraną. Dopiero lekarz musiał przyjść i interweniować.
    Po rozżaleniu i załamaniu przyszła kolej na apatię. Gustaw pewnie wiedział co to oznaczało. Dosłownie nie było ze mną kontaktu. Nie miałem ochoty jeść, prawie wcale nie spałem. Tylko leżałem i tępo wpatrywałem się w sufit. Odpowiadałem półsłówkami…nic mnie nie obchodziło. Właściwie to tak jest i teraz. Leże i wpatruję się w sufit, który chyba poznałem na pamięć. Obok mojego łóżka stoi jedzenie…wystygły obiad, którego nie tknąłem. A przy łóżku Hazerski, który spoglądał na mnie z politowaniem.
    - Martin…musisz coś zjeść. Zagłodzisz się…chłopie, nie rób powtórki z rozrywki.- powiedział. Na myśli miał oczywiście początek trzydziestego ósmego.- Pułkownik pytał się co z tobą. Dzwonił też twój stryj. Martwimy się o ciebie.
    - Nie jestem głodny… daj mi spokój…nie chcę z nikim się widzieć. Przekaż że nie umieram…nie ma potrzeby aby się martwić.- powiedziałem. Jednak ani na moment nie spojrzałem na Hazerskiego.
    - Najdłuższa wypowiedź w przeciągu kilku dni…no ładnie.- pokiwał głową. Sarkazm i ironia…tak dobrze słyszalne. Szurnęło krzesło. Pokute buty uderzyły o posadzkę.- Do widzenia Martin. Przyjdę jutro.- powiedział i wyszedł. Burknąłem coś co miało być pożegnaniem i dopiero wtedy zamknął drzwi, które po chwili się otworzyły. Nie spoglądałem jednak na przybysza. Miałem to wszystko głęboko gdzieś.

    OdpowiedzUsuń
  109. Przez kilka dni był taki zapiernicz, że nie wiedziałem gdzie ręce włożyć i co zrobić. Nie wiem co było gorsze. Nic nie robienie, czy taki zapiernicz. Z dwojga tych rzeczy to chyba wolałem jednak taki zapiernicz. O dziwo, dzięki temu chodziłem przez te dni trzeźwy. Normalnie eskadra zdziwiona, każdy inny pewnie też. Normalnie niesamowite to.
    Raz w przypływie wolnej chwili wyszedłem na miasto aby sobie trochę pochodzić. Może nawet wypić z kimś kieliszka…ale nie było nikogo takiego z kim mógłbym to zrobić. Wtedy zauważyłem Cesara. Ale szybko mi zniknął z pola widzenia. Nie widziałem sensu aby za nim iść.
    **
    Od mojego ostatniego wyjścia minęło już nieco czasu. Trochę to wszystko się uspokoiło. Po południu stwierdziłem, ze warto wyjść do ludzi i poudawać, ze jest się normalnym człowiekiem, który też ma dosyć wojny. Ale przecież tak nie było. Wbrew pozorom lubiłem to wszystko. Wiem…to jest dziwne. Wtedy mignęła mi ruda czupryna. No nikt inny niż Cesare. Kiedy i on mnie zauważył, szybko wmieszał się w tłum. O nie! Nie ma tak łatwo!
    Po jakimś czasie udało mi się odnaleźć rudzielca.
    - Cześć.- powiedziałem z niejakim uśmiechem.- Unikasz mnie?- zapytałem i uniosłem pytająco brew.- Bo takie odnoszę wrażenie…- mruknąłem. Po przyjacielsku objąłem go ramieniem.- No to powiedz mi co ciekawego u ciebie słychać Cesare?- uśmiechnąłem się. Szliśmy jedna z głównych ulic. Jak dwaj przyjaciele, którzy znają się od dawna. Trochę mnie ciekawiło co się działo u tego rudzielca pociesznego.

    OdpowiedzUsuń
  110. Zaśmiałem się nieco słysząc jego tłumaczenie.
    - Wiesz co? Nie myślałem o tym, że z zimna.- powiedziałem pół żartem pół serio.- Ale skoro jest ci zimno, to zapraszam na prawdziwą kawę.- powiedziałem i przestałem go obejmować po przyjacielsku ramieniem.- Bo wiesz…zdecydowanie lepiej rozmawia się w ciepłej kawiarni, niż na zimnej ulicy.- uśmiechnąłem się nieco. Byłem wesoły jak nigdy. Poza tym Cesare, był całkiem przyjemnym człowiekiem. Ukradkiem na niego spojrzałem. Chciałem zobaczyć jak się zachowuje. Ale chyba nic…nic takiego mnie nie uderzyło. No może z wyjątkiem tego, ze czuł się nieco zakłopotany tym wszystkim.
    - A jak tam u ciebie? Przełożony bardzo się piekli? Czy może na odwrót?- zapytałem. Właściwie to taki nieco neutralny grunt. I nawet lepiej. Może nieco się rozluźni.- A jak tam zdrowie oraz nerwy twojego wujka?- zapytałem i sięgnąłem po paczkę papierosów spoczywającą w kieszeni. Zaraz też wygrzebałem zapalniczkę i przypaliłem końcówkę papierosa. Zaciągnąłem się dosyć potężnie i po chwili wypuściłem kłąb szarego dymu.
    Przeszliśmy do jednej z kawiarni z tabliczką głoszącą „Tylko dla Niemców”. Zajęliśmy miejsca przy jednym z wolnych stolików. Zaraz, kiedy przyszła młoda i całkiem ładna kelnerka złożyłem zamówienie na dwie kawy. Oczywiście nie zapomniałem posłać jej przyjaznego uśmiechu.

    OdpowiedzUsuń
  111. - Cześć.- powiedziałem. Nie spoglądałem jednak na podwładnego.- Idzie przywyknąć.- mruknąłem, na niejaką odczepkę. Naprawdę wolałem się z nikim nie widzieć i nie rozmawiać. Nie chciałem…nie miałem zamiaru.- Nie obraź się, ale nie chcę. Nie jestem głodny.- wyjaśniłem ze spokojem. Naprawdę nie chciałem jeść. Nic nie chciałem. Ani się nie poprawiało, ani nie pogarszało…bez zmian. Rany bardzo powoli się goiły… ale na razie nie doszło do zakażenia. Więc takie szczęście w nieszczęściu.
    - Nie obraź się, ale nie mam ochoty na rozmowę.- powiedziałem. Zastanawiało mnie jedno. Dlaczego mnie stamtąd wyciągnęli? Mogli mnie zostawić, tak byłoby zdecydowanie lepiej. Mniej kłopotów…a i ruskie szybko by się mnie pozbyły. Albo spróbowałbym się jakoś z nimi dogadać (tak w razie czego warto mieć jeszcze jednego ruska w zapasie).
    Podczas tych kilku słów ani razu nie spojrzałem na rudzielca. Mój wzrok utkwiony był w suficie i ani myślał uciekać gdziekolwiek indziej. Nieco przygryzłem wargę w zamyśleniu.
    - Byłoby lepiej, gdybym tam został.- powiedziałem w końcu z goryczą w głosie. Paradoksalnie wolałem śmierć niż kalectwo. Nie wiem, czy tylko ja podzielałem takie zdanie, czy raczej większość żołnierzy.

    OdpowiedzUsuń
  112. - Śmierć mi nie straszna. Umierałem w przeciągu mojego życia setki razy. Może w końcu czas aby zrobić to raz a porządnie?- zapytałem retorycznie.- Wiem do czego są zdolni Rosjanie, Polacy, Niemcy…Japończycy…- wymieniłem kilka narodowości i nieco szybciej zamrugałem jakbym chciał odgonić złe wspomnienia.- Poza tym…później strzał w tył głowy nie będzie tak bolał…prawdopodobnie Ruskie całkiem nieźle sobie radzą w tej kwestii. Niemalże bezboleśnie i nawet człowiek nie będzie tak krwawić.- westchnąłem.- Nadzieja umarła we mnie jakiś czas temu. Jeszcze na długo przed pobytem w szpitalu.- powiedziałem jakimś takim bezbarwnym i nijakim głosem. Przyjaciele? Wolałem ich unikać jak mogłem, aby nie skrzywdzić ich. Przynajmniej teraz, kiedy sam nie do końca wiedziałem co chcę ze sobą zrobić. Czekałem…czekałem na jakikolwiek werdykt. To czekanie powoli mnie zabijało. Wyniszczało od środka. Coraz częściej zastanawiałem się nad tym, czy nie zabić się. Chociaż z drugiej strony….z drugiej strony chciałem się zobaczyć ze swoim dzieckiem…może Celina zechciałby do mnie kiedyś wrócić?- Ja już nie potrafię. Nie mogę… Mam dosyć…powoli mam dosyć tego wszystkiego.- powiedziałem i obróciłem głowę w przeciwnym kierunku do Cesara.- Dzięki że przyszedłeś.- powiedziałem. Taka delikatna sugestia aby sobie już poszedł.

    OdpowiedzUsuń
  113. - Ciekawa teoria.-pokiwałem głową z uznaniem.- Ja na przykład jak zachoruję to nic mi się nie chce, nawet wyjść z łóżka i zapalić papierosa. O napiciu się czegokolwiek nawet nie wspomnę.- powiedziałem ze spokojem. Naprawdę wtedy to dopadał mnie istny leń i nie miałem ochoty na nic. Naprawdę na nic. Spojrzałem na niego, kiedy mówił o Elsie. No nie spodziewałem się po nim czegoś takiego. W sumie to nieco mu zazdrościłem, wyglądał na zakochanego w niej… Chociaż ja sobie nie wyobrażałem abym mógł związać się na dłużej z jakąś kobietą. Naprawdę, dla mnie było to dosyć pokręcone, i nie miałem zamiaru umawiać się z jakąkolwiek kobietą dłużej, niż kilka nocy. Nie chciałbym się do nikogo przywiązywać zbytnio. A w szczególności do kobiet. – Nie wiedziałem, ze Rommel jest twoim przełożonym. Mówimy oczywiście o Martinie Rommlu, prawda?- zapytałem z ciekawości. Jeśli tak, no to chyba trafił mu się całkiem dobry przełożony. Mówią, że cholernie wymagający, ale że za swoimi ludźmi to nawet wskoczyłby w ogień. I oczywiście ciężko jest się dostać do tej jego grupy. Ale jak już się człowiek dostanie, to jeszcze ciężej jest wyjść.
    Uśmiechnąłem się nieco, kiedy powiedział, że jego wuj jest nie do zdarcia.
    - Nadal? No ja w sumie to się mu nie dziwie…jeden oficer miał do mnie jakieś bóle tylko dlatego, że wygarnąłem mu co o nim myślę. Na trzeźwo… ale wydaje mi się, że wziął to sobie do serca, bo już nie zadziera tak nosa jak kiedyś.
    Nieco przygryzłem wargę, kiedy kelnerka okazywała większe zainteresowanie Cesarem niż mną. Co jest we mnie nie tak? Zastanowiłem się na chwilę…mam ręce, nogi, stopień oficerski, oczy, usta, włosy, ładny mundur Luftwaffe i kilka odznaczeń. No do czego by tu się przyczepić? Poza tym prawdopodobnie aż tak brzydki nie jestem. Poczekałem chwilę aż kelnerka przyniesie zamówienie. Po tym nieco się uśmiechnąłem do niej ponownie.
    - A masz jakieś plany na dalszą część dnia?- zapytałem z ciekawości.

    OdpowiedzUsuń
  114. - Nie.- powiedziałem ze spokojem. Nie byłem o niego zazdrosny…no może tylko trochę. Bo ta kelnerka naprawdę mi się podobała i już nawet miałem niezłe plany na wieczór z nią w roli głównej. Nawet nie zdążyłem mu odpowiedzieć co mamy za dzień. Sam nieco straciłem rachubę czasu. Ukradkiem spojrzałem na serwetkę z zapisanym adresem i imieniem szminką.- No to cos mi się zdaje że chyba masz…- powiedziałem i upiłem łyk kawy…która nie była aż tak bardzo zła. Ale zdecydowanie piłem lepsze.- Jak to nie wiesz co masz z tym zrobić?- zapytałem się. Dal mnie to było przecież zbyt oczywiste.- Dała ci adres, podała swoje imię…chłopie…co tutaj jest do zastanowienia?- zapytałem i wtedy nieco przygryzłem wargę. Przecież mówił o Elsie…może on jednak nie chciałby jej zdradzać i taki flirt uważa, za zdradę, albo coś w tym stylu?- Chodzi ci o Elsę?- zapytałem z ciekawości.- Bo jeśli tak, to jakoś mógłbym cię kryć i nie dowiedziałaby się o twoim spotkaniu z twoją nową znajomą.- powiedziałem. Przecież to nic takiego. Taki niewinny flirt. I chyba nawet wiem dlaczego nie mam żadnej narzeczonej, ani żony. Po prostu jestem zbyt kochliwy i wokół mnie jest zdecydowanie zbyt wiele ładnych kobiet.- Chyba, że nie chcesz, no to możesz olać to wszystko i kiedy wyjdziesz z kawiarni, to wyrzucisz serwetkę.- powiedziałem cicho i znowu nieco wypiłem kawy.

    OdpowiedzUsuń
  115. - Szczerze powiedziawszy to zamierzałem przepierdzielić część swojego żołdu w karty i nieco się upić. Ale skoro już dajesz mi adres…to może skorzystam?- spojrzałem nieco w kierunku kelnerki, która nas obsługiwała. A ta widząc mnie szybko się odwróciła.- Albo i nie… - powiedziałem widząc minę kelnerki, która rozmawiała ze swoją koleżanką i z czegoś cicho chichotały.- Jednak karty. Poker, blackjack i te sprawy.- oznajmiłem i wypiłem nieco kawy.- A może byś też się kiedyś wybrał?- zapytałem…ale zaraz jednak pacnąłem się w głowę.- Albo i nie…nie pamiętam jak sprawa wygląda z żołdem szeregowca. Ale może jak uśmiechnąłbyś się do przełożonego to pożyczyłby ci trochę pieniędzy?- zapytałem.- Zresztą zrobisz jak chcesz…- machnąłem ręką.- W razie gdybyś jednak miał ochotę, to ja będę najprawdopodobniej o dziewiętnastej.- wyjaśniłem z lekkim uśmiechem.- Może nawet twój wuj zechciałby nieco pograć? W końcu jak to mówią, karty i alkohol jednoczą ludzi…- powiedziałem.- To znaczy alkohol na pewno.- uśmiechnąłem się nieco.

    OdpowiedzUsuń
  116. - Chyba nie.- powiedziałem z lekkim uśmiechem. Cóż…nie ta to następna. A może dzisiaj w kasynie zjawi się piękna żona majora Dietricha? To byłby zdecydowanie udany dzień.- Zrobisz jak będziesz uważał.- powiedziałem i wzruszyłem ramionami. Posłuchałem co miał do powiedzenia, co jakiś czas popijając kawę.- Wiesz…u mnie prędzej znajdzie się…a nie mam niejakie szczęście w tym i w tym.- powiedziałem obojętnym tonem głosu. No co? W karty nie grałem aż tak często. Ale lubiłem chodzić do kasyna…zazwyczaj spotykałem tam dosyć ładne kobiety…
    Valentin Werner Voss- naczelny Casanova Trzeciej Rzeszy i całej Luftwaffe.
    Brzmiało to ciekawie, ale też prawdziwie.
    - Nie…nie obawiam się.- uśmiechnąłem się półgębkiem.- A przynajmniej tak mi się wydaje…chyba że jest dobrym graczem, to wtedy zacząłbym obawiać się o swoje kieszenie.- zażartowałem.- A poza tym…raczej by do mnie nie strzelał w otoczeniu oficerów i innych Niemców.- powiedziałem. Tak tego byłem pewny. Nie ryzykowałby plutonem, aby zastrzelić mnie…istniały zdecydowanie bardziej wyrafinowane metody. W sumie to wystarczyło puścić plotkę…że jestem przeciwnikiem Führera i miałbym całe Gestapo na głowie. Ale co ja się tam będę rozwodził nad tym wszystkim? Nie obawiałem się tego wszystkiego.
    - Ale wydaje mi się, że wbrew pozorom, nie mam się czego obawiać z jego strony.- powiedziałem.- Z mojej też nie musi się obawiać, przy kartach praktycznie nie piję.- uśmiechnąłem się nieco.

    OdpowiedzUsuń
  117. - Nadal jesteś na niego wściekły?- zapytałem i po raz pierwszy spojrzałem na Cesara. Historia brzmiała dziwnie znajomo. Dlaczego pomyślałem o Michale?
    „Już trzeci raz rozwalili mi nogi…”. Tak chyba właśnie powiedział. Ale na pewno było coś ze składaniem nóg i z doktorem Kleczkowskim…czy jak mu to tam było.
    - Co innego jest mieć połamane nogi…a co innego modlenie się o to aby nie wdało się zakażenie i aby rany wreszcie zaczęły się goić.- powiedziałem.- Zjem…zjem. Nie musisz tak nade mną stać jak kat.- mruknąłem. Oczywiście powiedziałem to tylko po to aby nieco go uspokoić i zapewnić, że zjem. To nie było, tak, że nie wierzyłem w zdolności kucharskie Elsy…po prostu nie byłem głodny. A…a ja nawet nie wiedziałem co tak naprawdę bym chciał. Czy mieć chociażby siedemdziesiąt procent pewności, że wda się zakażenie i amputują mi nogę i trzydzieści procent niepewności, przeplatającej się z jakąś cichą i chorą nadzieją, że jednak będzie dobrze i wrócę do niejakiej sprawności…czy może mieć sto procent pewności, ze zakażenie się wda i odetną mi nogę. Chyba wolałbym to drugie. Przynajmniej miałbym sto procent pewności, że będę wybrakowany i z czystym sumieniem mógłbym sobie oszczędzić cierpień życia w kalectwie i cierpień rodziny…w końcu byłbym tylko ciężarem dla nich.- Cesare…powiedziałem, że zjem. Naprawdę nie musisz tak nade mną stać. W razie czego to jutro powiem ci, czy mi smakowało, czy nie.

    OdpowiedzUsuń
  118. - Nie zawsze można Cesare…- powiedziałem…jakbym podświadomie chciał pomóc Otto. Ale sam wiedziałem jak to jest.- Naprawdę…czasami też może być tak, że cenzura…- ugryzłem się w język. Przecież sam chyba dobrze wiedział jak działa aparat bezpieczeństwa.- Ale wolałbym mieć pewność…pewność, że mi tą biedną lewą nogę ciachną przy samej dupie…z prawą nie jest tak źle…ona była…jest w lepszym stanie.- westchnąłem.- Cześć.- kiedy wyszedł spojrzałem na te moje nogi ukryte pod szpitalną kołdrą i pod metrami bandaży. Może jednak nie będzie tak źle? Może jednak jest niejaka szansa? W końcu…w końcu prawie zawsze udawało mi się wywinąć śmierci…ale…ale to nie jest śmierć…tylko trwałe kalectwo.
    ***
    Przez ostatnie dwa dni męczyła mnie gorączka. Ale i tak lekarz i pielęgniarki, krzątali się obok mnie jakbym był umierający. Na szczęście dosyć szybko udało im się to wszystko zbić. Nadal temperatura była podwyższona…ale nie aż tak bardzo.
    - Gustaw…proszę cię. Nie kłam.- powiedziałem w końcu. Nieco wziąłem się w garść. Ale po ostatniej wizycie lekarza, nie byłem w najlepszym humorze. Rany zaczęły ropieć i wdało się lekkie zakażenie. Ale antybiotyki jakoś pomogły…tylko co dalej? Co do jasnej cholery dalej?!- Wiesz jak jest. Wiesz, że pogorszyło się. Sam zresztą miałeś okazję widzieć.
    - Martin…dobrze, że wziąłeś się w garść. Ale nie martw się. Będzie lepiej…dasz radę.Za jakiś czas będziesz znowu biegał po boisku, albo staniesz na ringu. Spokojnie, chłopie.- klepnął mnie po przyjacielsku w ramię.- Aha…i nie rób głupot.- powiedział wstając.
    - Spokojnie…z balkonu nie skoczę.- mruknąłem. Spojrzałem w kierunku drzwi, stał w nich Cesare.
    - No to ja was zostawię samych.- powiedział Ślązak i wyszedł.
    - Siadaj Cesare…- wskazałem mu krzesło do niedawna zajmowane przez Hazerskiego.

    OdpowiedzUsuń
  119. - O to powinno być ciekawie.- uśmiechnąłem się nieco.- Bo rzadko mnie widzisz…ale z resztą, może nawet lepiej.- uśmiechnąłem się nieco do niego.- Prawdopodobnie na dłuższą metę jestem co najmniej irytujący. Ale w sumie…Jakob wytrzymuje ze mną, większość Eskadry też…- zastanowiłem się nad tym przez moment.- Więc może nie jest aż tak źle?- upiłem łyk kawy. Spojrząłem na godzinę. Musiałem powoli się zbierać. Ale w sumie, to nic straconego. Kawa wypita.- Musze powoli iść.- wstałem z kieszeni wyciągnąłem kilkanaście marek. Dokładnie tyle ile wynosiła należność za kawę i oczywiście nieco napiwku dla kelnerki. Jako że Cesare miał jeszcze sporo kawy, to wręczyłem mu pieniądze.- Zapłacisz?- zapytałem nieco retorycznie. Po chwili wyszedłem.
    ***
    Pojawiłem się w kasynie nieco później niż zamierzałem, ale co tam. Pieniądze miałem…czyli wszystko miałem. No może nie miałem towarzyszki, ale to idzie bardzo łatwo naprawić. Jako że stoły przy pokerze były zajęte przysiadłem się na moment do ludzi grających w ruletkę. Niewiele myśląc obstawiłem na zero. W sumie…zielony to mój kolor. Ruletka to „szatańska gra”…wiec może mi się poszczęści?
    Kiedy krupier po obstawieniu zakładów wprowadził piłeczkę w ruch…serce mi niemalże stanęło. Nieco się denerwowałem. Ale w końcu to tylko gra…
    Wszystko zaczęło zwalniać. Piłeczka wpadła do jednej z przegród. Uśmiechnąłem się słabo, kiedy zobaczyłem przebijająca się zieleń.
    - Wygrywa Oberleutant Voss.- nikle uśmiechnąłem się. Podano mi żetony. W końcu trafiłem…kurczę no to się nazywa mieć szczęście początkującego. Ale przynajmniej mam nieco większy kapitał niż wcześniej. Obstawiłem jeszcze kilka razy. Nie poszło najgorzej. Najważniejsze było, to że jestem na plusie. Przeszedłem do stołu z pokerem. Usiadłem rozegrałem dwie partie…dwie partie, które pozwoliły mi zwiększyć kapitał. Było nie najgorzej.
    - myślałem, że gra porucznik w ruletkę.
    - Karty mą namiętnością, a poker miłością. Pieniądze mym tlenem, a adrenalina pożywieniem.- powiedziałem.- Poza tym, panie majorze Beck, ostatnio słabo mi się wiedzie w miłości, więc sam pan rozumie. I do tego ruletka…- spojrzałem na niego- Rosyjska odmiana mimo wszystko zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Widzę, że nie jest pan sam…- spojrzałem na towarzyszkę majora. Nie była zbyt urodziwa.

    OdpowiedzUsuń
  120. Trzeźwy Voss…trzeba zapisać to gdzieś w kalendarzu…najlepiej na czerwono! Musi się wyróżniać! Uśmiechnąłem się nieco do całej przybyłej trójki.
    - To porucznik Voss. A to…- Beck zamierzał robić za niejakiego swata.
    - Znamy się.- powiedziałem krótko. Silnie uścisnąłem dłoń Rossowi i może nieco słabiej Cesarowi. Towarzyszkę Cesara, delikatnie ucałowałem w dłoń.- Valentin Voss.- przedstawiłem się i nieco uśmiechnąłem się do niej.- Mam nadzieję, że państwu dopisze szczęście.- powiedziałem z lekkim uśmiechem. Spojrzałem na Rossa. Chciałem coś powiedzieć…ale pojawiła się pewna kobieta, która nalegała na krótką rozmowę ze mną… „krótką” dobre sobie…
    - Przepraszam na moment.- powiedziałem.- Na dłuższy moment.- poprawiłem się szybko i podszedłem do kobiety ubranej w koronkową czerwoną suknię, która delikatnie uśmiechała się do mnie. Młoda…nieco młodsza ode mnie. Córka jakiegoś z oficerów.
    - Valentin…- uśmiechnęła się i delikatnie pocałowała mnie w usta. Nie pozostałem jej dłużny, jednak nie było to nic poważnego.- Nie spodziewałam się ciebie tutaj dzisiaj…
    - A bo widzisz…czasami warto wyłamać się ze schematów.- zaśmiałem się nieco. Delikatnie chwyciłem ją pod ramię.- Czy zechcesz mi towarzyszyć dzisiejszego wieczoru?
    - Niestety…ale muszę mieć ojca na oku. Wiesz jak z nim jest. Świata nie widzi poza ruletką.- uśmiechnęła się do mnie.- Ale jeśli nie będzie ci dzisiaj iść, to zawsze mogę cię nieco pocieszyć.- wyszeptała zmysłowo. Uśmiechnąłem się nieco.
    - Będę o tym pamiętał.- odprowadziłem ją kawałek, do stołu przy którym siedział jej ojciec. Sam przeszedłem do baru. Musiałem się czegoś napić. Czegoś co zawierało w sobie nieco procentów.
    - Whisky.- rzuciłem krótko. W końcu raczej na Tequilę nie miałem co liczyć…chociaż może uśmiechnąłbym się do brata i przysłałby mi buteleczkę, albo i dwie?

    OdpowiedzUsuń
  121. Ilse dosyć szybko zrezygnowała z towarzyszenia swemu ojcu. Dosłownie po kilku minutach przyszła z powrotem do mnie. Przespacerowaliśmy się nieco po tym istnym „domu pieniędzy”. Pogawędziliśmy. Aż wreszcie postanowiliśmy wrócić do baru. Ilse cały czas chichotała jak najęta. Uśmiechnąłem się delikatnie w jej stronę. Kątem oka dostrzegłem przy barze Cesara i Elsę. Właściwie to dlaczego by nie porozmawiać nieco z nimi.
    - Widzę, że nie najlepiej się bawicie.- powiedziałem.- Pozwólcie że przedstawię. To moja dzisiejsza towarzyszka, Ilse Jäger. A to Elsa…- na chwilę przerwałem, ponieważ zapomniałem nazwiska towarzyszki Cesara.- I Cesare.- dodałem. Kurczę…no taka wtopa. Oficjalnie mogę popełnić towarzyskie samobójstwo. Ale walić to. Uśmiechnąłem się nieco do nich. Nawet nie musiałem zbyt długo czekać aby Ilse zabrała Elsę ze sobą na rozmowę. Przysiadłem się do rudzielca.
    - Ładna ta twoja Elsa.- zacząłem ostrożnie.- To teraz już nawet wiem, dlaczego nie chciałeś spotykać się z tą kelnerką.- zaśmiałem się nieco, przypominając sobie sytuację sprzed kilku godzin.
    - Tequilę macie?- zapytałem człowieczka stojącego za barem.
    - Niestety.- pokiwał przecząco głową.- Ale mamy całkiem dobrą whisky…pan porucznik już ją pił.- uśmiechnął się nieco do mnie.
    - To w takim razie dwie whisky.- spojrzałem za siebie. W naszym kierunku szedł Ross. Ewidentnie szedł do nas.- Jednak trzy…- powiedziałem nie spuszczając wzroku z porucznika SS.- Zapraszam panie poruczniku.- uśmiechnąłem się nieco. Raczej mnie nie zabije tak szybko. Przynajmniej jeśli zna się na dobrych alkoholach…piętnastoletnia whisky jest towarem trudnym do zdobycia, ale nie ma nic niemożliwego.

    OdpowiedzUsuń
  122. - Nie jestem na bieżąco.- powiedziałem.- Poza tym…przez ostatnie dwa dni gorączkowałem i tylko lekarz na zmianę z pielęgniarkami do mnie przychodzili.- wyjaśniłem.- I raczej wtedy byś sobie ze mną za bardzo nie porozmawiał…prawdopodobnie niezbyt kontaktowałem.- nieco słabo się uśmiechnąłem. – A co to za znajomy?- zapytałem.- Mam takiego jednego znajomego w Luftwaffe, ma całkiem mocną głowę. Voss się nazywa. Całkiem rozgarnięty facet, ale…ale nie powiem, ze jesteśmy jakimiś przyjaciółmi. Ot czasem wypijemy.- wzruszyłem ramionami. Spojrzałem na moje nogi.- Wiesz…już coraz częściej myślę o tym, czy uda mi się wrócić. Nieco mi się pogorszyło.- westchnąłem. No fakt.- Ale powiedz lepiej co tam u ciebie słychać?- zręczna zmiana tematu. Nic tylko pogratulować. A poza tym co miałem powiedzieć? U mnie nie za wiele się zmieniło.

    OdpowiedzUsuń
  123. Pokiwałem głową w niejakim zamyśleniu.
    - No znając Valentina, to pewnie częściej widziałeś go schlanego niż trzeźwego.- powiedziałem i nieco się uśmiechnąłem.- Ano. Przynajmniej według mnie. I zdecydowanie jest bardziej zorganizowany niż ja. Dobrze, że przy sobie mam Hazerskiego, w przeciwnym razie pewnie zginałbym dawno temu…- machnąłem ręką.- To przynajmniej coś robisz…widzisz…ja jedyne co to leże. No ewentualnie to sobie posiedzę.- westchnąłem.- A jedyne kontrole na które chodzę to te lekarskie…a nie przepraszam! To lekarz do mnie przychodzi.- poprawiłem się szybko. Będę musiał jakoś powiadomić Antka…chyba najwyższy czas aby zjawić się po kolejne pieniądze. Może tym razem nieco więcej?
    - Mam nadzieję, ze nie ma jakichkolwiek pretensji do ciebie…albo o zgrozo o mnie.- powiedziałem.- Ale chyba każdy oficer i podoficer…niemiecki żołnierz słyszał, że major Rommel jest w szpitalu i…i czeka czy mu utną nogę, czy może nie.- przygryzłem nieco wargę. Spojrzałem na Cesara.- Cesare…powiedz mi tak szczerze. Czy w Abwehrze...był pewien Standartenführer z Gestapo. Wysoki, nieco łysawy…podobny do feldmarszałka Rommla?- zapytałem. Słyszałem, że był…ale wolałem zapytać się kogoś zupełnie postronnego. Hazerski pewnie by zaprzeczył. Wie jakie panują relacje między mną a ojcem.

    OdpowiedzUsuń
  124. - Nawet bym nie próbował ci zabierać dziewczyny. Ja nie z takich.- powiedziałem.- Poza tym widzę, ze jest młoda…dla niej pewnie jestem emerytem.- zażartowałem. Kiedy przysiadł się Ross podstawiłem mu whisky. Spojrzałem na Rossa. To spojrzenie…było dosyć dziwne.
    - Wolę rosyjską odmianę.- powiedziałem. Ross chyba nie zorientował się o co mi chodzi. Westchnąłem cicho i pokiwałem głową z politowaniem. Głową wskazałem mu whisky. Sam po chwili wziąłem swoje szkło z tym alkoholem.- Do bębenka rewolweru wkłada się nabój, później kręci się tym bębenkiem i przykłada się lufę do skroni i ciągnie za spust.- uśmiechnąłem się nieco szyderczo.- Adrenalina i wrażenia są zdecydowanie większe. A do tego te nerwy.- upiłem nieco whisky. Przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele.- Jeśli interesują pana liczby, to przy każdorazowym zakręceniu bębenkiem prawdopodobieństwo śmierci wynosi około 16 procent. Jak sam pan widzi jest to niewiele. Ale zdecydowanie ciekawiej jest, kiedy gra się w załóżmy dwie osoby i tylko raz zakręci się bębenkiem.- taka delikatna sugestia, że z chęcią zmierzyłbym się z nim w czymś takim. Jeszcze nigdy nie przegrałem w rosyjskiej ruletce. To było coś.- Skusi się pan?- zapytałem wprost.

    OdpowiedzUsuń
  125. Pokiwałem głową z niejakim zasmuceniem.
    - Czyli jest tak jak myślałem.- powiedziałem cicho. Tak jak przypuszczałem…ojciec nie wybierze się najprawdopodobniej do szpitala. Skoro Anna-Maria mu nic nie powiedziała to dobrze. Hazerski pewnie też nic nie powie. To dobrzy ludzie. A mój przełożony zasłoni się niewiedzą… Inge w sumie też…raczej nie wybierze się tutaj z wizytą. A jeśli nawet to nie zdąży dobrze wejść a już będzie musiał wyjść. Ostatnie na co mam ochotę to rozmowa z nim.
    - Unikaj jego, Reimanna oraz Helmuta Waltza.- powiedziałem.- Chociaż Waltz raczej cię nie tknie.- pokiwałem głową.- Ale powiedz Rossowi, żeby i on na tych dwóch panów uważał. Dla nich możesz mieć szerokie plecy ale i tak wyciągną na wierzch twoje brudy. Poza tym oni mają też dosyć szerokie plecy. Szersze niż ja, ty, Ross, Koch razem wzięci.- pokiwałem głową. Chociaz chyba nieco przesadzałem. Ale może i nie? Ojciec od początku obracał się w kręgach nazistowskiej śmietanki towarzyskiej.
    - Znam ten ból. Ostatnio to kłuli mnie tylko trzy razy.- powiedziałem.- Kiedyś jak byłem młody…czyli bardzo dawno temu.- nieco się uśmiechnąłem.- Kłuli mnie bodajże sześć razy… i z gabinetu wyszedłem cały zielony…dobrze, ze przyjaciel ze mną był i pomógł mi doczłapać do domu, bo w przeciwnym razie byłoby kiepsko.- wzruszyłem ramionami.- Dobrze….nie będę cię zatrzymywał dłużej. Pewnie masz sporo rzeczy do roboty.- uśmiechnąłem się nieco.- Aha…podziękuj Rossowi, pozdrów Elsę i…i jak ten facet zjawi się jeszcze raz to nie mów mu o kobietach. Jego żona nie żyje od…od ponad dziewięciu lat. Naprawdę nie radzę. Bo możesz nieciekawie skończyć.- pokiwałem głową z miną eksperta.- To do zobaczenia kiedyś.- uśmiechnąłem się nikle.

    OdpowiedzUsuń
  126. Mimo wszystko Ross na razie nie chciał zagrać ze mną w rosyjską odmianę. Ale to przecież nic straconego. Jeszcze będzie czas i możliwości.
    Właściwie to z ciekawości poszedłem za Rossem. No dobra…zaproponował mi wspólną grę. A ja nie zamierzałem odmawiać. Poza tym, ruletka jest grą, gdzie trzeba mieć po prostu szczęście i była duża losowość. Więc… Wiec nikt nie posądzi mnie o oszukiwanie.
    Przy kolejnej rundzie nieco postawiłem. Szkoda, że przegrałem. Podobnie było z dwoma kolejnymi. W sumie zaryzykowałem i postawiłem trochę na zero. W sumie były niejakie szanse. Kiedy przyszło „rozliczenie” z tego wszystkiego, serce mi szybciej zabiło. Ta krótka chwila trwała niczym wieczność. Chyba nawet nie docierało do mnie, że nie oddycham. Dopiero kiedy wypadło piękne zielone zero zaczerpnąłem powietrza.
    Po tym nie obstawiałem już. Ale nieco pomogłem odkuć się Rossowi. A co się będę? Dwa razy wygrał. Może nie były to jakieś szokujące sumy, ale zawsze coś. I zawsze to było więcej niż żołd oficerski. Tak więc chyba nie był na aż tak wielkim minusie.
    Po tym jakoś tak wyszło, że postanowiliśmy zagrać w rosyjską ruletkę. Oczywiście zrobiło się dosyć spore zbiegowisko, co by sobie popatrzeć jak dwaj Niemcy przykładają sobie zimną lufę do głowy.
    - Może rzucimy monetą, aby zdecydować kto zaczyna.- Zaproponowałem. A że nie było sprzeciwu to nieco się uśmiechnąłem.- Orzeł, czy reszka?
    - Orzeł.
    - To ja reszka.- podrzuciłem monetę, która po chwili z brzdękiem upadła na blat stołu reszką do góry. Uśmiechnąłem się nieco. Chwyciłem rewolwer i przystawiłem go sobie do skroni. Pociągnąłem za spust. Suchy trzask iglicy. Podałem broń Rossowi. Ten nieco powoli przystawił sobie bron do głowy i po chwili pociągnął za spust. Później ja. Tylko, że ja z całą pewnością siebie pociągnąłem za spust. Po chwili i Ross chwycił rewolwer. Tutaj już nieco się atmosfera zagęściła. W końcu skutek mógł być różny. Jednak po tym jak zmrużył oczy i pociągnął za spust rozległ się trzask iglicy. Pewnie większość towarzystwa odetchnęła z ulgą.
    - I co? Mam teraz jakieś pięćdziesiąt procent szans, prawda?- zapytałem przykładając sobie pistolet do skroni.- Albo trafię albo nie…chyba wyjątkowo wolałbym nie.- zaśmiałem się.
    - Valentin…nie rób tego.- odezwała się Ilse.- Jak się zastrzelisz to obiecuję, ze cię…
    Wtedy z uśmiechem na twarzy spojrzałem na Rossa, który chyba cieszył się z wygranej. Nie mrużąc oczu z uśmiechem pociągnąłem za spust. Nic. Nie polała się krew. Połozyłem pistolet na blacie stołu.
    - Pas.- odezwał się Ross, nieco zachrypniętym od stresu głosem. Po chwili rozległy się niejakie brawa.

    OdpowiedzUsuń
  127. No nieźle. Jakoś wieczorem na salę przywieźli i Rossa. Jeśli się nie zabijemy…chociaż…ja nie jestem w stanie chodzić, on też. Powinno być dobrze. Nieco przysnąłem sobie. Obudziłem się dopiero, kiedy Cesare przyszedł.
    - Morfiny… Był pod wpływem morfiny…- poprawiłem.- Morfina to też lekarstwo Cesare. I powiem więcej…nadal się jej używa.- nieco podciągnąłem się na łóżku. Nadal moje ręce i ramiona nie wyglądały dobrze. Ale chyba mimo wszystko ciągle lepiej niż pierwszego dnia.- No co? Abwehra wie wszystko…a ja wiem jeszcze więcej.- wzruszyłem ramionami. Stara śpiewka Rommla. Chciałem coś powiedzieć jeszcze, ale wtedy wpadł Hazerski.
    - Przepraszam najmocniej, ze bez pukania. – powiedział po niemiecku.- Martin…jest sprawa. Ważna.- podszedł do mnie i zaczął szybko mówić po śląsku o co chodzi. Spojrzałem na niego…
    - O kurwa….- powiedziałem
    - Nie powiedziałbym…ale skoro tak uważasz.- wzruszył ramionami.
    - Ale nie było go tutaj?- Gustlik zaprzeczył. Odetchnąłem z ulgą.- To dobrze. Bo widzenie go w tej chwili nie napawa mnie optymizmem. Ale dobrze, że wyjechał na dwa dni.- uśmiechnąłem się do niego.- To przynajmniej dwa dni spokoju.
    - Martin…ja rozumiem wszystko…ale no, może wiesz…nie powinieneś go unikać? Bo w końcu ile można?- zapytał.
    - Gustlik…to moja sprawa. Moje życie. I naprawdę nie mam zamiaru go widzieć. Wystarczy mi na chwilę obecną depresji i tym podobnych rzeczy.- powiedziałem. Po tym Hazerski wręczył mi kopertę. Uśmiechnąłem się widząc znajome pismo.- Dzięki…Dzięki przyjacielu.- powiedziałem kładąc list od stryja na stojącej obok szafeczce. Zamieniłem jeszcze kilka słów z Gustawem, po czym ten poszedł. Cesare rozmawiał z Rossem, nie zamierzałem się wtrącać i powoli otworzyłem list od stryja.

    OdpowiedzUsuń
  128. Postanowiłem wyjść na chwilę na zewnątrz po tym wszystkim. Wtedy padły strzały…z zewnątrz. Wybiegłem zobaczyć co się dzieje. Kilku oficerów również. Wyciągnąłem swój pistolet w biegu. Dosłownie pięć metrów od drzwi zobaczyłem leżącego Cesara. Serce mi nieco mocniej zabiło. Chciałem wyjść po niego, ale wiedziałem, że strzelec mógłby być gdzieś w pobliżu. A martwy, czy ranny nie pomogę mu. Ostrożnie wychyliłem się i rozejrzałem po okolicy. Nic nie wzbudziło mojej uwagi. Podszedłem do leżącego i krwawiącego rudzielca.
    - Cesare…nie zasypiaj. To tylko lekkie draśnięcie.- powiedziałem uspokajająco. Świetnie…dostał pod żebrami i w udo…udo, przestrzał. Wyjdzie z tego. Żebra…musi zobaczyć to lekarz. W trakcie robienia prowizorycznego opatrunku z munduru szeregowego (zakrwawiony z dziurą po kulce mu się nie przyda).- Trzymaj się chłopie…zaraz zabiorę cię do lekarza.- mówiłem spokojnym tonem głosu.- To nic poważnego.- wziąłem rudzielca na ręce.- Pomóż mi ktoś do cholery!- krzyknąłem. Z tłumu przecisnął się do mnie nie kto inny jak Ross. Nie musiałem za długo czekać, aż zjawi się ze swoim samochodem. Jako, że porucznik nieco lepiej znał Warszawę ode mnie, to usiadł za kółkiem. Ja natomiast na tylnym siedzeniu przyciskałem ranę Cesara. Starałem się trzymać, go tak, aby mi przypadkiem nie rąbnął w coś głową.
    - Trzymaj się chłopie. To tylko draśnięcie.

    OdpowiedzUsuń
  129. - I co z tego?- zapytałem. Nie powiem…zabijałem…wiedziałem, że ci piloci, ci ludzie mają swoje rodziny, bliskich, przyjaciół. Ale to było podczas walk, gdzie nie było miejsca dla mnie i przeciwnika. A tutaj? Tu było w pewnym sensie tak samo.- Masz nie umierać…to jest rozkaz…polecenie najwyższej wagi.- powiedziałem cicho. Przyciskałem jego ranę, materiał był już i tak przesiąknięty do granic możliwości.
    Kiedy udało nam się dojechać do szpitala Ross odebrał ode mnie Cesara i pobiegł do budynku. Ja po chwili wyszedłem z samochodu. Ręce nieco mi drżały. Jednak nie ze stresu…ale na razie mogę tak powiedzieć, że ze stresu…ale czy uwierzą w to kłamstwo zaprawionemu w bojach pilotowi? Miejmy taką nadzieję. Chciałem najpierw doprowadzić się do porządku. Musiałem nieco umyć się z krwi. No świetnie…mój mundur nieco się pobrudził…ale no dobrze…wypierze się.
    Po półgodzinie, które spędziłem w łazience na szeroko pojętym doprowadzeniu się do porządku poszedłem błądzić po szpitalu. Nie wiem ile minęło czasu…może jeszcze kwadrans…może dwadzieścia minut, nim znalazłem Rossa siedzącego przy sali operacyjnej. Spojrzałem na niego.
    - Wyjdzie z tego.- powiedziałem wpatrując się w drzwi.- Chłopak da radę.- przygryzłem nieco nerwowo wargę. Położyłem ubrudzoną krwią bluzę mundurową na krześle.- Zastanawia mnie tylko kto strzelał…-mruknąłem.-…i dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
  130. - Rozumiem.- powiedziałem z niejakim spokojem. Pod tym względem dogadałby się z moją siostrą….ona też tak robiła. Będę musiał mu o tym wszystkim powiedzieć…ale to po operacji.- Nie mogłeś przewidzieć co się stanie.- powiedziałem. Bo taka i była prawda. Mam nadzieję, że mnie nie zabije za takie przejście na „ty”.
    Poczekałem chwilę, aż Ross wróci od lekarza. Minę miał nietęgą. Kiedy usłyszałem co powiedział nieco wytrzeszczyłem oczy. Spojrzałem na niego.
    - Amputują mu ją?- zapytałem z niejakim przerażeniem.- Czy już to zrobili?- to dodałem nieco ciszej i usiadłem na krześle. Niemalże po omacku wyciągnąłem swoją papierośnice i zabrałem z niej jednego papierosa. Oczywiście podsunąłem tez Rossowi, ale ten odmówił. Już miałem zapalić, kiedy napotkałem na swojej drodze wściekłe spojrzenie pielęgniarki. Schowałem zapalniczkę do kieszeni, jednak papieros wciąż tkwił w ustach.- A co z resztą? W sensie noga…brzuch…czy gdzie to tam konkretnie dostał?- zapytałem po dosyć dłuższej chwili milczenia. Chciałbym tylko tego się dowiedzieć, później sobie pójdę do domu…i spróbuję zasnąć. Albo chociaż nieco się odprężyć.

    OdpowiedzUsuń
  131. Nikle uśmiechnąłem się do Cesara. Co mam powiedzieć? „Cześć. Jak się czujesz?”, czy może „Co u ciebie słychać?”. Nie wiedziałem czy on już wiedział co z jego ręką. Ale chyba wolałbym nie wiedzieć.
    - Cześć. Jak tam samopoczucie?- zapytałem i usiadłem na krześle stojącym obok.- Mam nadzieję, że lekarz mnie nie zabije, za to.- wyciągnąłem zza pazuchy tabliczkę czekolady.- Czekolada, która może nieco osłodzi ci pobyt w szpitalu.- nieco słabo się uśmiechnąłem. Byłem zmęczony. Nie spałem w przeciągu ostatniego tygodnia zbyt wiele. Dobrze, ze przełożony pozwolił mi wrócić do mieszkania i sobie w spokoju nieco odespać. Przynajmniej w ciepłym i wygodnym łóżku…nie żebym miał coś przeciwko łóżkom polowym…ale nie oszukujmy się, nie były zbyt wygodne.
    - Dawno się obudziłeś?- zapytałem.- Przepraszam, że nie odwiedzałem.- nieco zasłoniłem usta podczas ziewania.- Ale miałem…mam…ręce pełne roboty. Prawie nie spałem. Udało mi się zerwać do domu na dwa dni, aby nieco po odsypiać. Pomyślałem, że wpadnę i zobaczę co z tobą.- jakoś koślawo to wszystko wytłumaczyłem. Uśmiechnąłem się nieco do niego.- Jak ręka?- zapytałem. Musiałem…po prostu musiałem się zapytać. Chciałem wiedzieć. Jak na początku nie chciałem…tak teraz zmieniłem zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  132. - Jeśli to cie pocieszy…to tez tak samo wyglądasz.- powiedziałem i pokiwałem głową.- Jakby zdjęli cię z krzyża, później jakbyś się im wyślizgnął i stoczył po nieco kamienistej górce wprost pod cały kolarski peleton.- powiedziałem pół żartem pół serio. Posłuchałem co ma mi do powiedzenia. No nieźle. Było ile? Z jakieś 10%, prawda? Ciekawe ile teraz ma szans. Więcej, czy może mniej? Powiedzieć mu teraz? Czy może poczekać z tym jakiś czas? W sumie…chyba nie powinienem mu mówić. Nie byłem lekarzem…nikim z rodziny. Takim jakimś znajomym.
    - Wiesz co…ja na twoim miejscu bym nie dawał sobie ręki uciąć.- powiedziałem zupełnie poważnym głosem. W pewnym sensie jakaś taka aluzja się zrobiła. A może ja po prostu szukam aluzji tam, gdzie ich nie ma? Tak. Chyba tak właśnie jest.- Cesare…wiesz kto mógł do ciebie strzelać?- zapytałem ni z tego ni z owego. Jakoś musiałem zając jego myśli… Chociaż w sumie…jaki sens strzelać do zwykłego szeregowego? Przecież mnie jest nikim ważnym. Ot jeden z wielu tysięcy szeregowców na terenie generalnego gubernatorstwa. Komu podpadł? A może to tylko przypadek?
    Nie! Życie nauczyło mnie, że nie ma pojęcia „coś stało się przypadkiem”. Wszystko co do tej pory się działo miało jakieś pobudki. A poza tym…nie uwierzę w o, że ktoś ot tak pod wpływem chwili zechciał postrzelać sobie do Niemca.

    OdpowiedzUsuń
  133. Poczęstowałem się kawałkiem czekolady. Pokiwałem nieco głową w zamyśleniu. Nie podobało mi się to wszystko.
    - Tylko tyle?- zapytałem.- Może sylwetka? Był gruby, czy raczej chudy? Wysoki, średni, czy niski?- w końcu może coś jeszcze zapamiętał. Ale i tak wydaje mi się, że skoro mówił po niemiecku to był Niemcem. To znaczy w sumie…w sumie mogliby być to Polacy, ale nie mogę mieć pewności. Jednak chyba to strzelał Niemiec. Westchnąłem cicho.- A może twój przełożony, komuś się naraził?- zapytałem z ciekawości.- Może ty mu jakoś podpadłeś i to on postanowił cię wykończyć cudzymi rękoma?- może posuwałem się za daleko i to wszystko było niemożliwe, ale może jednak moja teoria spiskowa miała rację bytu. Chociaż czy ja wiem?
    Nie…nigdy nie byłem dobrym detektywem. I śledczy też raczej marny byłby ze mnie. Nie nadaję się do takiej roboty, gdzie trzeba typować podejrzanych. Ja jestem prosty człowiek. Wsiadam do samolotu, startuję, jeśli zachodzi taka potrzeba to rozpoczynam ostrzał. Nic szczególnego. Robię to co każdy pilot.
    Po chwili przyszedł Ross. Uśmiechnąłem się nikle do Cesara i pożegnałem się z nim. Oczywiście też pożegnałem się z Rossem. Mimo wszystko wolałbym utrzymywać jakieś nie najgorsze kontakty z kimś kto jest w SS.

    OdpowiedzUsuń
  134. W domu nieco się zdrzemnąłem. Kiedy obudziłem się…było południe. A mógłbym przysiąc, ze położyłem się spać wieczorem. Widocznie spałem przez prawie dwadzieścia cztery godziny. No nic. Mówi się trudno i żyje się dalej. W miarę możliwości coś zjadłem, doprowadziłem się do względnego porządku i poszedłem do Cesara.
    W szpitalu, przed salą na której leżał Elsa powiedziała, żebym tam nie wchodził. Machnąłem ignorująco ręką. Nieco otworzyłem drzwi, w razie gdyby trwało jakieś badanie, to krzyknąłby ktoś żebym nie wchodził. Zamiast tego rozległ się huk, jakby coś szklanego uderzyło o podłogę. Chociaż w tym przypadku to w drzwi. Powoli wyłoniłem się zza drzwi. Spojrzałem na Cesara. Czyli się dowiedział…no nieźle.
    - Cześć.- powiedziałem.- Pozwól, że daruję sobie zbędne uprzejmości. Bo chyba mijałoby się to z celem i generalnie to tylko w odpowiedzi użyłbyś sporo ironii oraz sarkazmu.- wyjaśniłem i usiadłem obok niego. Spojrzałem na niego.
    - Nie powiem, że wiem co czujesz. Bo nie mam pojęcia. Nie będę mówił że wszystko będzie dobrze…bo nie mam pojęcia, a wolę nie robić ludziom złudnych nadziei, poza tym chyba ty lepiej wiesz co się z tobą dzieje. Poza tym lekarz ci też powie…a ja nie znam się na medycynie, więc nie czuję się jakoś upoważniony.- spojrzałem na niego. To chyba byłby koniec tego wstępu i moich słów, które z całą pewnością bardzo podbudowały chłopaka na duchu.- Powiedz lepiej, czy już padł jakiś konkretny werdykt i ostateczna decyzja.
    Chciałem to wiedzieć. A znając życie to lekarz nic by mi nie powiedział. Chociaż kto wie? Ale raczej nie. Nie byłem nikim z rodziny, ani jego przełożonym. Nic bym nie wskórał.

    OdpowiedzUsuń
  135. - Rozumiem.- pokiwałem głową. Nie wyglądało to ciekawie. Okropnie…tak bym raczej powiedział. Okropieństwo w najczystszej postaci.- Mogłeś skończyć gorzej. Jako wkład drewnianej trumny z frontu wschodniego. Albo kaleka bez rąk i nóg.- powiedziałem. Widziałem takich ludzi. Młodych, którzy mieli całe życie przed sobą. A tak? A tak to dupa.- Nie będziesz Cesare. Nie będziesz.- powiedziałem ze spokojem.- To jeszcze nie jest definitywny koniec świata. Znam…znam pewnego faceta…pilota, który stracił obie nogi w wypadku. Jedną amputowano mu poniżej kolana, jedną nieco ponad nim. Nauczył się chodzić z protezami…po jakimś czasie znowu zaczął latać. Wziął udział w bitwie o Anglię…zestrzelił kilka samolotów. Naprawdę niesamowity człowiek. – westchnąłem.- Żyje…niestety nie wiem jak się ma. Ale chodzi mi tutaj o ideę. O samą ideę i niezłomnego ducha. Wiesz co mam na myśli?- zapytałem.- My i tylko my możemy dawać sobie ograniczenia. – to teraz muszę powiedzieć coś inteligentnego.- I jeśli będziesz mówił, że nie dasz rady, że nie jesteś w stanie, to tak kopnę cię w dupę, że polecisz na księżyc i z powrotem. Rozumiesz?- zapytałem.- I nie utną ci jej…w końcu to twoje ciało i z tego co wiem, to możesz się nie zgodzić na zabieg. Tylko…że kiedy będzie źle nie będą się ciebie pytać o zgodę i po prostu amputują ją.- tak. To ja chyba za chwilę pójdę się zabić.

    OdpowiedzUsuń
  136. Wywróciłem oczami. Wstałem z krzesła.
    - Wiesz co… mam nadzieję, ze ci tej łapy nie utną.- powiedziałem po czym wskazałem podbródkiem na jego rękę. Odwróciłem się na pięcie z zamiarem wyjścia.- Wiesz…jeśli tak wygląda piekło, to chciałbym tam po śmierci trafić. W niebie będą same nudne osoby.- powiedziałem i poszedłem do drzwi.- Bądź zdrów.- machnąłem ręką na pożegnanie. Jednak nie odwracałem się i pewnie wyglądałem jak jakiś szaman, który robi jakieś zaklęcie, albo magiczną sztuczkę. Wyszedłem ze szpitala z prędkością startującego samolotu. Właściwie to gdzieś tam minąłem się na korytarzu z Elsą. Ale chyba zanim zorientowała się, z kim konkretnie się minęła byłem już gdzieś indziej. Zamiast do domu zawędrowałem wprost do mojej jednostki. W momencie przebrałem się w jakiś roboczy mundur i zacząłem dopieszczać swój samolot. Na całe szczęście nikt się do mnie nie zbliżał. Wiedzieli, że kiedy pracuję przy maszynie nie należy mnie tykać, ani rozmawiać ze mną….bo mogę zabić, albo w najlepszym przypadku zagryźć.
    Szczerze powiedziawszy to teraz…tak na chłodno to było mi obojętne co stanie się z Cesarem. Naprawdę nie obchodziło mnie to już. Jeśli wcześniej zastanawiałem się i martwiłem, tak teraz mam na to w zupełności wywalone.
    Spokój zakłócił mój przełożony. Miał dla mnie robotę. Lot do Żytomierza i z powrotem. No fanie…tylko dlaczego ja? Ale dobra. Nie będę narzekał. Mogło się okazać, że wysyłają mnie na front wschodni. A tak, nie jest źle.

    OdpowiedzUsuń
  137. - Cześć.- powiedziałem. Słyszałem że jednak mu rękę amputowali.- Jak się czujesz po tym wszystkim?- zapytałem niepewnie. Wzrok jednak miałem utkwiony gdzieś w jakimś wyimaginowanym na ścianie. Dziwnie się czułem. Jeszcze kilka dni temu mówiłem…myślałem, że mnie to nie obchodzi. Ale teraz…teraz…zauważyłem, ze chłopak ma całe życie przed sobą bez ręki. Smutne to. A też najgorsze jest to, że nie powinno go to spotkać.
    - Przepraszam, że nie przychodziłem.- powiedziałem.- Byłem…musiałem polecieć do Żytomierza.- wyjaśniłem. Spojrzałem na niego z niejakim zasmuceniem.- To jak? Wiesz kiedy wracasz do Niemiec?- zapytałem.- Tak właściwie to z jakiego miasta pochodzisz? Może jak będę to cię odwiedzę tam. Bo chyba nie masz po co zostawać w Warszawie. Jesteś teraz cywilem…niezdolnym do służby.- mogłem sobie to darować. Ach ten mój długi jęzor. Zrobiło mi się nieco słabo…chwyciłem się barierki łóżka Cesara. Poczułem jak z nosa cieknie mi krew. Wyciągnąłem chusteczkę i przystawiłem ją do nosa.- To nic takiego.- mruknąłem.

    [Kurczę szkoda mi Cesara. Jakoś tak mimo wszystko mam nadzieję, że to wszystko okaże się jakimś pierdzielonym Matrixem, albo innym mindfuckiem i okaże się, że to wszystko im się wydawało. A tym bardziej, że polubiłem tego rudzielca. A skoro mu amputowali rękę to oznacza, że odchodzi do cywila i najprawdopodobniej wraca do Niemiec i wojenka się dla niego kończy… Cholerka no… :( *smutny Bociek mode on*]

    OdpowiedzUsuń
  138. [Dobra :) Ja to nawet mam niejakiego pomysła. Valentin ma brata w Szwajcarii, więc mógłby poprosić go aby przysłał jakieś leki, które mogłyby pomóc...albo ściągnie znajomego lekarza (chirurga), który kiedyś go łatał i facet całkiem dobre sobie poradzi z tym wszystkim.
    Aha...rzuciłem z tym, że wraca bo w istocie tak było. Poza tym na co szeregowiec bez prawej ręki? Gdyby miał jakiegoś wyższego oficera, to nawet nie musiałby odchodzić z wojska zostałby pewnie przeniesiony do sztabu/rezerwy (tak jak Claus Stauffenberg), ewentualnie po jakichś wielkich błaganiach i cudach mógłby podobnie jak dwaj lotnicy (Douglas Bader, czy Hans Urlich Rudel) brać udział w wojnie...ale w wojskach lądowych nie było to tak często spotykane.

    Tak więc poczekam na sprostowanie tego wszystkiego :D]

    OdpowiedzUsuń
  139. - Cześć.- powiedziałem.- I z mojego powodu ryczałeś przez sen jak bóbr…warto wiedzieć.- pokiwałem głową nieco zaskoczony.- Dobra Cesare…koniec tych zbędnych gadanin. Mam dla ciebie taką informację, że będziesz płakał…ze szczęścia.- uśmiechnąłem się nieco.- Byłem Żytomierzu. Wysłali mnie tam….ale nie ważne po co… Byłem w szpitalu odwiedzić znajomego. I tam nie uwierzysz, ale spotkałem lekarza. Dobrego chirurga, znajomy rodziny…- usiadłem obok niego i nieco się uśmiechnąłem.- Ale pomijając to, że jest chirurgiem… zajmuje się też chorobami krwi i tak dalej… Facet zgodził się ci pomóc. I tak miał zostać przeniesiony do Warszawy…ale rozumiesz…nieco przyspieszył ten proces i jutro rano już będzie w tym szpitalu.- powiedziałem z uśmiechem. Voss…i wszystko jasne.
    - I jak się na to wszystko zapatrujesz?- zapytałem. W tym momencie Elsa na chwilę wyszła i powiedziała, ze zostawi nas na chwilę samych. To dobrze.- A tak właściwie to co takiego ci się śniło ze mną w roli głównej, że płakałeś?- zapytałem po chwili z ciekawości. Spojrzałem na niego i na jego zabandażowaną rękę. Mógł z tego wyjść. Jeśli zajmie się nim doktor Hubermann to nie będzie z nim tak źle. Poza tym nieco pouśmiecham się po znajomych…może nawet poproszę Rommla aby gdzieniegdzie się uśmiechnął? On też ma wielu znajomych…a jeden lekarz to chyba zna jego kartotekę na pamięć.

    OdpowiedzUsuń
  140. - Podziękujesz mi później.- powiedziałem nieco rozbawiony tym wszystkim.- Jak ci się nieco poprawi.- nieco rozmierzwiłem mu włosy. Uśmiechnąłem się do niego nieco.- Nie wiem. Naprawdę nie wiem…nie znam człowieka…co prawda raz go upiłem i powiedziałem o tym dokonaniu Rommlowi. Widziałeś ty kiedyś go kiedy był jednocześnie wściekły i wesoły?- zapytałem z ciekawości.- No to wtedy taki był… Ale skoro mówił ci żebyś się trzymał od niego z dala to tak masz robić. Rommel jest…jest inny…ale z tego co wiem…co mi opowiadali, to potrafi być skurwysynem, ale o swoich ludzi dba i wskoczyłby za nimi w ogień. Możesz śmiało powiedzieć, ze przełożony ci się nie trafił najgorszy.- powiedziałem i nieco mi pociemniało przed oczami. Oparłem się o łóżko Cesara.
    - To nic takiego…jestem tylko zmęczony.- powiedziałem i wysiliłem się na uśmiech.- Posłuchaj…nie wiem jak to będzie….nie wiem kiedy znowu cię odwiedzę, bo ostatnio to różnie u mnie bywa. Tak więc…postaram się wpaść do ciebie jak najszybciej. – nachyliłem się nieco do niego.- Poza tym…masz nie tracić nadziei jasne?- zapytałem i nieco odsunąłem się od jego twarzy spojrzałem mu w oczy.- Za jakiś czas zapomnisz, że leżałeś w szpitalu.- puściłem mu oczko. Wyciągnąłem zza pazuchy pomarańczę, którą udało mi się dostać.- Masz pomarańczę. Nie wiem czy słodka…ale zdecydowanie zdrowsza niż czekolada.- powoli wstałem i nieco przytrzymałem się ściany, bo pokój niebezpiecznie zawirował.- To cześć… zdrowiej.- pożegnałem się i wyszedłem z Sali.

    [Usuń sobie, że Cesarowi rękę amputowali ;)]

    OdpowiedzUsuń
  141. - To nic takiego.- powiedziałem raz jeszcze.- Zwykłe przemęczenie.- uśmiechnąłem się nieco. Złapałem tubkę z tabletkami. Spojrzałem na niego.- Dzięki. Cesare…jeśli możesz to nie bierz tego… Wyjdzie ci na zdrowie.- nie żartowałem. Gdybym mógł, to bym nie brał. Chociaz tak właściwie to mi to nie przeszkadzało. Od zawsze sobie używałem z życia.- A z resztą...dorosły jesteś, zrobisz co uważasz.- powiedziałem i wyszedłem. Przez drogę dzielącą moje mieszkanie od szpitala całym sobą walczyłem aby nie zażyć tabletek. Chciałem normalnie pójść spać. A gdybym zażył tabletki to z cała pewnością nie przespałbym nocy i rano byłoby jeszcze gorzej.
    ***
    Następnego dnia postanowiłem odwiedzić Cesara. Było tuż po obchodzie lekarskim. Skąd wiem? Minąłem się ze znajomym lekarzem, chciałem się go o coś zapytać, ale wezwali go do jakiegoś nagłego przypadku. A no cóż…zapytam się Cesara.
    Zapukałem w drzwi i powoli wszedłem do środka.
    - Dzień dobry panu. Jakie samopoczucie?- zapytałem. Wiedziałem że wyglądam jakbym przez cała noc nie spał tylko imprezował…ale było wręcz przeciwnie. Spałem…przespałem całą noc jak dziecko. Kamienny sen, który pewnie mógłby jeszcze nieco potrwać.- Cóż takiego ciekawego powiedział lekarz?

    OdpowiedzUsuń
  142. Ludzie się zmieniali, Ross wyszedł po jakimś czasie, tylko ja tutaj tkwiłem. Ale nie na długo. Poprosiłem aby przenieśli mnie do innego szpitala- do Bad Slazburnn.
    - I słusznie…- powiedziałem.- Nie wiem o co może w tym wszystkim chodzić…ale obiecuję, ze się dowiem.- powiedziałem z jakimś takim silnym przekonaniem.- Pozdrów ode mnie Cesara. Aha… i gdyby cokolwiek się działo, przekażcie list, czy jakąkolwiek inną wiadomość zaadresowaną do mnie poprzez Hazerskiego. Przenoszą mnie do innego szpitala.- wyjaśniłem.
    ***
    W Bad Slazburnn byłem już kiedyś. W trzydziestym ósmym. Klimat Sudecki bardzo mi pasował…zresztą mojej nodze też, która już zdecydowanie lepiej wyglądała i się goiła. Nie dostawałem żadnych informacji, tak właściwie to odciąłem się od tego wszystkiego. W pewnym sensie taki przymusowy urlop. Jeszcze tylko tydzień…na szczęście już od jakiegoś czasu chodzę o własnych siłach. Coraz wolniej się meczę, ale i tak czeka mnie dosyć długi proces powrotu do niejakiej formy.
    ***
    A tymczasem w Warszawie kiedy major Rommel przebywał w Bad Slazburnn, przysłali oficera na zastępstwo. Kim dokładniej był ów oficer? Był to Helmut Waltz…szwagier Martina. Chyba cała grupa, nie przepadała za nim. Facet wydawał się mieć niejaką obsesję. Wypytywał o działania grupy, o majora, o wszystko. Prowadził swoje własne prywatne śledztwo.
    W tym samym czasie na mieście pojawiły się też plotki…o tym, że Rommel stracił nogę, że wdało się poważne zakażenie i lekarze byli zmuszeni mu ją amputować. A także o tym, że rozgoryczony tym faktem major popełnił samobójstwo wieszając się w pokoju. Na nic zdały się słowa Hazerskiego, ze Martin żyje i ma się dobrze…nie było z nim kontaktu, a i sam pułkownik Koch milczał.

    [Odezwałem sie na maila z pewnym pomysłem :D]

    OdpowiedzUsuń
  143. Dzień powrotu musi być z przytupem. Nie ważne co by się działo! Dowiedziałem się co będzie się dziać. Tak więc byłem pewny, że wszystko się uda i uzyskam piękny efekt zaskoczenia. Aż chyba sobie wezmę aparat aby uwiecznić minę szwagra.
    O dziwo w siedzibie Abwehry panowało niejakie poruszenie. Ale wiedziałem, że praktycznie cała grupa będzie w siedzibie. W moim gabinecie. Tak więc przychodzę i wtedy słyszę głos Anny-Marii, że pojechali…oczywiście jeszcze niemalże mnie wyściskała bo cieszyła się, że mnie widzi. To było dosyć wylewne powitanie, nie powiem.
    Na szczęście udało mi się kogoś złapać, kto jechał na ta akcję, jakiś podoficer, adiutant kogoś więc mnie podwiózł.
    Zastałem ich na jakiejś leśnej drodze. Stali w idealnie prostym szeregu wyprężeni jak struny, niektórzy z nieco wściekłym wyrazem twarzy. Uśmiechnąłem się pod nosem widząc jak Helmut próbuje nieco zapanować nad moimi panami. Wyszedłem z samochodu i podszedłem do Helmuta.
    - Dzień dobry. Stęskniliście się za mną? Bo ja za wami bardzo?- zapytałem i zdjąłem czapkę, która nieco zasłaniała moją twarz. Zauważyłem, że niemalże cała grupa uśmiechnęła się widząc mnie. Oczywiście było tez zszokowanie na twarzy Helmuta.
    - Martin…ty żyjesz? Co tutaj robisz?- zapytał. Próbował nieco nieudolnie zachować fason.
    - Owszem, żyję.- powiedziałem.- I odzyskuję władzę nad moją grupą.
    - Ale… Przecież…
    - Oj szwagier, szwagier…mnie nie jest tak prosto zabić, powinieneś się tego nauczyć.-pokręciłem głową z politowaniem. Wtedy zauważyłem, ze też jest tutaj jakaś grupa SS, dowodzona przez Rossa.- Wracaj do domu, napisz stosowny raport i nie pokazuj mi się na oczy.- warknąłem do szwagra popychając go w stronę samochodu. Odwróciłem się do mojej grupy z lekkim uśmiechem.
    - Panie majorze…miałem zrobić z tego użytek podczas tej akcji, ale myślę że panu bardziej się przyda.- Glass wręczył mi mojego mausera z lunetą i bluzę maskującą.- Cieszę się stary, że żyjesz…- poklepał mnie po ramieniu.
    - Chwila, chwila…co? Dlaczego miałbym nie żyć?- zapytałem trzymając w rękach karabin i ubranie maskujące.

    OdpowiedzUsuń
  144. - W porządku. – Zmarszczyłem brwi, bo tak naprawdę nic nie było w porządku. Czułem się rozdarty. Z jednej strony nadal czułem się związany z Rzeszą, z moimi towarzyszami broni, z tym, co kiedyś było dla mnie szczytną ideą, a nie okrutnym sloganem. Z drugiej… Wywożenie dzieci, kurwa. Nawet jeżeli to faktycznie podludzie, to przecież… Zwierzęcia bym tak nie potraktował.
    Milknę. Dopiero pod dłuższej chwili unoszę wzrok na Cesare’a.
    - Niczego nie jestem pewien. Już niczego.

    OdpowiedzUsuń
  145. Spoglądałem to na jednych to na drugich z nieco zdziwioną miną. Machnąłem lekceważąco do Helmuta. Facet już wiedział, że to w zupełności oleję. Wzruszyłem ramionami.
    - Aha! Helmut!- krzyknąłem. Gdy ten się odwrócił uśmiechnąłem się do niego głupkowato.- Ty wiesz jak mi brakowało twojej durnej mordki?- normalnie zrobił się czerwony na twarzy ze wściekłości.- Dobra…idź chłopie bo mi zaraz wybuchniesz.
    Spoglądałem za nim przez chwilę. Szybko przeliczyłem też ludzi. Prawie trzydziestu. Wiecej było panów z SS. Cóż…będzie ciężko zrobić jakikolwiek ewentualny przekręt…poza tym Ross. Nie przepadałem za gościem…właściwie to tylko i wyłącznie dlatego że służył w SS i wydawał się być naprawdę nieprzyjemny. Ja za to niby wyglądałem na wariata.
    - No panowie. Zostawiłem was na pięć minut…takie dosyć dłuższe pięć minut…a tu takie rzeczy się odpierdzielajo. Macie rozmach…- pokiwałem głową.- Zanim powiem, że jestem z was dumny, ze napsuliście temu bucowi krwi, chce wiedzieć o co chodzi i co tutaj konkretnie się odpierdala.- oznajmiłem nakładając na siebie bluze maskującą. Swoją czapkę oficerską zamieniłem na równie szykowną czapkę polową. Normalnie żołnierz pełną gębą. Na szczęście wszystko mi wyjaśnili. I dobrze.
    - Zawiąż buta Cesare. Bo jeszcze się wyglebisz.- powiedziałem.- Nawet nie chodzi o to, ze zęby wybijesz i zamiast „puchacz” będziesz mówił „fuchacz”. Tylko mundur zniszczysz…i po co?- zapytałem retorycznie. Podszedłem do Rossa. Coś czułem że to będzie ciężka rozmowa.
    Ale nawet nie. Przez dosyć dłuższą chwilę rozmawialiśmy przy mapie. Wymienialiśmy się uwagami oraz poczyniliśmy kilka podobnych rzeczy. Wtedy po tym Ross powiedział, że on dowodzi. Wytrzeszczyłem oczy.
    - Że co kurwa jego mać?!- zapytałem z pełną kulturą.- Jakim prawem PORUCZNIKU Ross pan ma dowodzić cała akcją?- spoglądałem na niego z wściekłością.- Nie zna pan zachowań partyzantów, nie zna pan dość dobrze Polaków. Nie poradzisz sobie Max…- ostatnie zdanie powiedziałem przez zaciśnięte zęby i w taki sposób aby tylko Ross słyszał. Wiedziałem, że to co w tej chwili robię to proszenie się o kulkę.
    - Major posłucha…to ja jestem tutaj od początku, nie zjawiam się ni z tego ni z owego i nie odwracam wszystkiego do góry nogami. Nie czynię nic pod swoje dyktando.- warknął przez zęby.- Poza tym mam więcej ludzi…
    - Zajebisty argument. Nie ma co!- zironizowałem.- Dowódź!- machnąłem rękami i odwróciłem się na pięcie. Zaraz jednak znowu stałem do niego twarzą.- Radzę tego porucznikowi nie spierdolić.- oznajmiłem i wróciłem do mojej grupy, która przyglądała się temu wszystkiemu. Wydałem rozkaz aby się przyszykowali i aby wykonywali rozkazy…Rossa. Dla mnie to było niemalże po prostu okropne.
    - Spokojnie panowie…w razie czego- podniosłem snajperkę do góry.- Będę ubezpieczał. Macie nie dać się zabić…w przeciwnym razie zabiję.- powiedziałem i wysiliłem si na uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
  146. Obserwowałem całą sytuację przez lunetę Mausera. Pokiwałem tylko głową widząc to wszystko. Przyznam szczerze, że chyba nie chciałbym tego widzieć. Ale po akcji będę musiał porozmawiać z Cesarem…nie może tak robić, bo przez to swoje dobre serducho to kiedyś umrze…Polacy strzelą do niego bez zawahania.
    Przeniosłem wzrok gdzieś ponad. Zobaczyłem oddział partyzancki. Nie wyglądało to kolorowo. Niewiele myśląc wstałem i wycelowałem w kierunku partyzantów.
    - Wycofać się!- krzyknąłem. Zaraz po tym strzeliłem w kierunku partyzantów. Chyba jakiegoś udało mi się postrzelić.- Już! Wycofać się!- powtórzyłem do tych łamagów z SS. Zauważyłem jak jeden z nich upada i łapie się za nogę. Postrzał uda…nie ciekawie. Chyba, chociaż raz mogę schować swoja dumę do kieszeni.
    Wybiegłem do niego, chwyciłem za kołnierz od munduru i spróbowałem przeciągnąć go za drzewo, aby później móc w spokoju zarzucić go sobie na plecy i wycofać się z nim, albo cokolwiek innego zrobić. Wtedy koło mojego ucha świsnął pocisk, a sam też potknąłem się o coś i jakoś tak niefortunnie uderzyłem się w głowę, że mnie nieco zmroczyło. Kiedy chciałem się podnieść poczułem na swojej klatce piersiowej czyjegoś buta. Partyzant celował we mnie z Lugera. Przełknąłem ślinę i spoglądałem w lufę. Już miałem powiedzieć aby mnie nie zabijał, kiedy ten zobaczył moje naramienniki i lekko się uśmiechnął.
    - Ilu macie tam tych niemiaszków?- zapytał.- Ja mam dwóch. Jakiegoś oficera i szeregowca.
    - Trzech. Podoficer, szeregowiec i oficer.- odpowiedział ktoś. Nawet nie zorientowałem się kiedy czyjaś silna dłoń mnie pociągnęła ku górze. Nie opierałem się ani nic, pozwoliłem sobie związać ręce kawałkiem sznura. Pociągnęli mnie i całą resztę do jakiegoś obozowiska i posadzili nas przy jakimś drzewie. Mieli całkiem dobry widok na naszą grupkę.
    - Świetnie.- mruknąłem. Spojrzałem na towarzyszy niedoli. Ross, Cesare, SSman i jeszcze Glass. No ładnie.- Ludwik…musimy poczekać aż się ściemni.- szepnąłem.- Spróbujemy się jakoś stąd wydostać.
    - Jak? Martin, może nie zauważyłeś, ale nas jest de facto pięciu, ale i tak koniec końców wyjdzie, że maksymalnie jest nas trzech. Ale i tak najprawdopodobniej to nasza dwójka.- szepnął. Spojrzałem na niego i pokiwałem głową. Miał sporo racji, ale nie chcę tutaj zginąć. Już nic nie powiedziałem. Przez kilka dobrych minut milczałem. Myślałem nad tym wszystkim. Dopiero niejakie oprzytomnienie przyniósł partyzant, który uklęknął przede mną.
    - No, panie Rommel. Znowu się widzimy. Widzę, że awansował pan.- uśmiechnął się nieco.- Znając pana i pańskie pomysły, zdecydowanie bezpieczniej będzie pana zabić…a szkoda, bo wydaje mi się, że moglibyśmy pana wymienić na kilku naszych.- zaśmiał się. Ja nic nie powiedziałem.- Kosiarz! Weź go zabij!- widząc podchodzącego do mnie partyzanta z pistoletem wycelowanym w moją głowę nieco się uśmiechnąłem. Więc to tak się skończy…- Ale nie tutaj. Weź go w głąb lasu, ostatnie co chcę, to mieć trupa w obozie.- oznajmił partyzant. Wstałem i poszedłem przed nim. Powoli w głowie świtał mi plan.

    OdpowiedzUsuń
  147. Nie wiem ile przeszliśmy metrów od obozowiska, kiedy kazał mi się zatrzymać. Ale z cała pewnością było dosyć daleko…może tak na oko to z półtorej…może dwa kilometry. Nie więcej ani nie mniej. Facet przyłożył mi lufę pistoletu w tył głowy.
    - Poczekaj…- powiedziałem spokojnym tonem głosu.- Chciałbym zapalić ostatniego papierosa.
    - A żebym to ja miał. Sam bym zapalił.- mruknął.
    - Ja mam. W przedniej kieszeni.- powiedziałem i powoli się odwróciłem. Jak dobrze, że łapy miałem z przodu związane. Powoli sięgnąłem do kieszeni, a w momencie, kiedy ten się nie spodziewał uderzyłem go w brzuch, tak że facet upadł na ziemię, co wykorzystałem. W momencie rzuciłem się na niego, najpierw uderzyłem w gardło z całej siły a po tym zacząłem do dusić. Po dosyć dłuższej chwili puściłem go…dokładnie jakiś czas po tym, kiedy przestał się rzucać.
    Zabrałem nóż…a właściwie to jakiś bagnet należący do niego i przeciąłem swoje więzy. Podniosłem pistolet i strzeliłem facetowi w głowę. Z pobliskich drzew odleciały ptaki, a echo poniosło huk wystrzału. Zastanawiałem się, czy tamci w obozie słyszeli.
    Po uprzednim zabrani pistoletu, wraz z dodatkowym magazynkiem, oraz bagnetu udało mi się wrócić całkiem szybko w okolice obozu. Akurat się ściemniło… Pech chciał, że aby dostać się do moich towarzyszy broni, musiałem nieźle się nagimnastykować aby obejść czujki. Kilku musiałem zabić, ale przy pomocy noża to nie poszło aż tak źle. Zbliżyłem się do siedzących. Podszedłem do Glassa.
    - Cicho panowie…udajecie, że nic się nie dzieje.- wyszeptałem rozcinając więzy Ludwika.- Siedzicie na razie na tyłkach.- dodałem przecinając więzy Cesarowi a następnie Rossowi. Już podchodziłem do młodego SSmana, kiedy kątem oka dostrzegłem idącego z boku i celującego we mnie partyzanta. Niewiele myśląc rzuciłem w jego kierunku tym nożem i po chwili wystrzeliłem dwukrotnie trafiając go w klatkę piersiową.
    - I to tyle z cichego wejścia i wyjścia.- powiedziałem. Spojrzałem na Ludwika, który w momencie podbiegł do tamtego leżącego gościa i zabrał mu broń. „Swój” pistolet razem z magazynkiem wcisnąłem Rossowi. Na szczęście miałem fajnego stena, którego pożyczyłem od jednego gościa co to na czujce był.- Przykro mi Cesare, zajmujesz się naszym rannym koleżką z SS i broń sami sobie kombinujecie. A najlepiej jak go zabierzesz stąd w jakieś bezpieczne miejsce.- powiedziałem podrywając się z miejsca. Czułem się niczym partyzant, którym kiedyś byłem. Zachowywałem się naturalnie w takich leśnych terenach…każdy mi to mówił, kiedy dochodziło do takich strzelanin…po prostu myślałem jak tamci.- Ludwik, nie szarżujemy! Nie mamy tyle amunicji.- powiedziałem ukrywając się za drzewem.

    OdpowiedzUsuń
  148. Kilka krótkich serii tutaj, kilka tam. W między czasie udało mi się zabrać dwa magazynki do stena. Ludwik coś krzyknął i wskazał na leżącego Cesara i SSmana. A kurwa, przecież strzelanina trwa. Szybka decyzja, skoro tak nagle…wycelowałem w tego SSmana i wystrzeliłem, krótką serię w jego bok. Raczej nikłe są szanse.
    - Zbieramy się!- krzyknąłem podbiegając do nich. Ludwik pomógł wstać Cesarowi, ja szybko podniosłem Rossa. Obaj zostali odciągnięci.- Nie mamy przynajmniej zbędnego balastu.- powiedziałem widząc wściekłą minę Rossa.
    Swój pistolet maszynowy oparłem o drzewo. Pozwoliłem na to aby jakiś nieco mniej rozgarnięty partyzant podszedł do mnie. Jakąś broń przecież musiałem pozyskać. Kiedy podszedł jakiś partyzant z Mauserem z całą szybkością i dokładnością na jaką było mnie w tej chwili stać wyrwałem jego karabin, który i tak szybko upadł na ziemię. Samemu partyzantowi skręciłem kark.
    Zabrałem ze zwłok jeszcze ładownice…i…granat. Mausera podniosłem i rzuciłem w kierunku Cesara. Broń złapał Ludwik, który stał dosłownie tuż obok rudzielca. Podobnie było z pasem z ładownicami. Zobaczyłem jeszcze jak wręcza to rudzielcowi. Pomachałem nieco granatem i wskazałem głową na obozowisko. Glass tylko skinął. Chyba wiedział o co mi chodzi.
    Odbezpieczyłem granat, przed jakieś trzy sekundy potrzymałem w dłoni, zanim zdecydowałem się go rzucić. Ledwo to uczyniłem a schowałem się za drzewem. Chyba trafiłem w ognisko. Zaraz po tym usłyszałem strzały i krzyki wydawane po niemiecku…oraz ujadanie psa. Co jak co, ale to ujadanie poznam wszędzie!
    - Vis…- mruknąłem cicho z niejakim uśmiechem

    OdpowiedzUsuń
  149. Droga powrotna minęła w przeważającej części w milczeniu. Właściwie to raz na jakiś czas przerywana była moim: „Pies uspokój się”. No bo co mogłem więcej zrobić, z tą czarną kupą futra? Dobrze, że raz na jakiś czas pokazywał zęby, bo bym go zgubił w tym lesie. Jednak ciągle nie mogłem zrozumieć dlaczego Cesare nie strzelił to tej kobiety. Mogła być uzbrojona i mogła go zastrzelić! Do ludzi należy mieć ograniczone zaufanie. W szczególności podczas wojny!
    Ja rozumiem, że można się wahać…ale, gdybym i ja się zawahał na przykład podczas strzału w kierunku SSmana, nie wiem, czy przypadkiem nie byłoby więcej trupów. Kiedy zbliżyliśmy się do samochodów zanim wsiadłem do szoferki odwróciłem głowę w kierunku, gdzie stał Cesare.
    - Neumann. Jutro rano o ósmej masz się stawić w moim gabinecie.- powiedziałem może nawet nieco zbyt ostrym tonem. Chociaż samo powiedzenie do kogoś po nazwisku u mnie, świadczyło o tym że sprawa jest poważna i jestem na tego kogoś zdenerwowany. Przecież niemalże zawsze zwracałem się do nich po imieniu.- I nie obchodzi mnie to, że zaśpisz, że masz mieć wolne, że w nocy porwą cię Beduini na wielbłądach. Choćby się waliło, paliło, czy też z nieba zaczęłyby spadać żaby, masz się stawić o godzinie ósmej!- po tym szybko przeprowadzono zbiórkę i po chwili zapakowaliśmy się do „budy” i pojechaliśmy. W pewnym momencie usłyszałem kawałek rozmowy podczas której przewinąłem się.
    - Nie obgadywać mnie tam!- warknąłem. Żałowałem nieco, że pies był tam z nimi na tyłach, bo z wielką chęcią bym go teraz pogłaskał. Jakoś to działało na mnie kojąco…ale przynajmniej mogłem w spokoju zapalić. Zaraz też usłyszałem od Kurta Schultza, że mój pies na niego warczy.- To schowaj papierosy!- krzyknąłem i zaciągnąłem się własnym.

    OdpowiedzUsuń
  150. Nie spałem zbyt dobrze tej nocy…a obiecałem, że będę wypoczywał. Mówi się trudno. Najwidoczniej odpocznę dopiero po śmierci, albo podczas kolejnego pobytu w szpitalu. Cokolwiek szybciej nastąpi. O siódmej zjawiłem się w swoim gabinecie. Niby była jeszcze godzina czasu, ale nie chciałem aby zbyt wiele osób widziało w jakim jestem stanie. O ile wyglądałem jakbym nie spał zbyt dobrze…tak tylko niewiele osób stwierdzi, że wziąłem Pervitin. Poza tym przygotowałem się jeszcze do dzisiejszego testu. Ze swojego pistoletu wyciągnąłem magazynek i sprawdziłem, czy w komorze nie ma żadnego naboju. Z magazynka wyciągnąłem wszystkie naboje, po tym włożyłem magazynek z powrotem. Teraz czekałem na to, aż zjawi się Neumann.
    Uśmiechnąłem się nieco ponuro kiedy przyszedł i przywitał się.
    - Dzień dobry.- powiedziałem. Nawet nie próbowałem maskować swojej wściekłości. Wstałem z krzesła, kiedy podchodziłem do niego wyciągnąłem z kabury swój pistolet. Pozbawiony magazynka i nabojów. Wcisnąłem broń w rękę Cesara.
    - Strzel do mnie.- powiedziałem opanowanym głosem.- Rozładowany…strzel.- widząc jednak jego wahanie zrobiłem jeden krok do przodu i przystawiłem jego rękę z bronią do swojej klatki piersiowej.- Na co czekasz? Strzel.- podniosłem nieco głos. Wpatrywałem się w twarz Cesara z cała zaciętością jaką miałem w sobie. Niech wie, że ja mu nie odpuszczę tak szybko.

    OdpowiedzUsuń
  151. - Czego nie rozumiesz? Masz po prostu do mnie strzelić. Masz pociągnąć za spust.- powiedziałem może nieco zbyt wściekłym tonem głosu.
    Spojrzałem na niego z nieco uniesioną brwią. W tych czasach chyba nikt normalny by się do tego nie przyznał…ale walić to.
    - A mnie to nie obchodzi.- powiedziałem. Jednak nie podniosłem upuszczonej broni, ani nie spuściłem z tonu.- Jesteś niemieckim żołnierzem na wrogim terenie. Tutaj nikt nie zawaha się strzelić do ciebie. Ty też nie możesz mieć takich obiekcji. Nie ważne, że młody, stary, chłopak, dziewczyna. Podczas akcji, każdy kto ma broń, bądź jest na tym terenie traktowany ma być przez ciebie jak żołnierz. W domyśle jest uzbrojony i niebezpieczny. Rozumiesz?- zapytałem. Samym kazaniem za wiele nie załatwię.- Nie chcę wysyłać do twojego ojca, albo powiadamiać Elsy o tym, że nie żyjesz…że poległeś na chwałę Rzeszy.- ostatnie słowa zironizowałem.- Ja wiem, że ty wcale nie chcesz umrzeć za Hitlera i jego świtę…jak myślisz, czy kiedy ty będziesz leżał w krzakach ranny, jakiś Polak się nad tobą zlituje i każe ci uciekać, czy może wyceluje w ciebie i strzeli?- ciężko oddychałem. Wpatrywałem się w szeregowca z niejaką chęcią mordu. Jednak nie skończyłem…jeszcze nie skończyłem.

    OdpowiedzUsuń
  152. Uśmiechnąłem się szyderczo w stronę Cesara.
    - Kto zawiśnie ten zawiśnie.- powiedziałem.- Może ty zawiśniesz…może Ross zawiśnie…Wernitza rozstrzelają, Waltz będzie w więzieniu, a Reimann popełni samobójstwo… ale ja przeżyję tą wojnę. I powiem więcej, będę żył jeszcze kilka lat po jej zakończeniu na wolności.- odsunąłem się nieco od niego. Przynajmniej takie były moje założenia. Reimann ma oficjalnie popełnić samobójstwo, albo mają go zabić „polscy bandyci” w postaci Martina Rommla. Helmut ma zgnić w więzieniu…bo jakoś mimo wszystko szkoda mi Egona i Inge, a Wernitz…Hermann jest moim kumplem, pomógł mi nie raz, ja też mu pomogę. Może spędzi tylko kilka lat w więzieniu, ale nie zginie. A moi ludzie…uniewinnią ich jeśli powiem co robiliśmy. Przecież Polacy i Brytyjczycy nie tkną nas…a przynajmniej mnie. Jestem ich człowiekiem na terytorium wroga. Jestem szpiegiem…jestem swoistym sabotażystą…człowiekiem od zadań specjalnych.
    - Odmaszerować. Zniknąć mi z oczu.- powiedziałem w końcu, tym samym tonem jakim toczyła się większość rozmowy. Nie miałem zamiaru ciągnąć tego dłużej...jednak wiedziałem...przyjdzie czas że strzeli i zastrzeli kogoś. Jeśli nie w obronie własnej to cudzej. Teraz na myśl przyszły mi tylko dwie osoby. Albo Elsa, albo porucznik Ross...właśnie. Ostatnio chyba Antek o żadne pieniądze się nie ubiegał, a szkoda. Ale idzie to łatwo naprawić.

    OdpowiedzUsuń
  153. Od kilku dni Cesare nie pojawiał się w robocie. A ja...cóż...nie do końca mi przeszło. O ile niewyspanie mogłem jakoś zamaskować Pervitinem, tak ciężko było zamaskować zdenerwowanie. Ale jednak papierosy oraz alkohol skutecznie tłumiły wściekłość.
    W takim też stanie znalazłem się pod domem Maxa. Dlaczego najpierw nie wybrałem się do Elsy? Dlatego, że rudzielca z całą pewnością tam nie było. Skąd wiedziałem? Ponieważ z całą pewnością Elsa by wygoniła go do roboty. Taka prawda.
    Drzwi otworzył mi Ross. Zaciągnąłem się papierosem i uśmiechnąłem się nieco szyderczo pod nosem.
    - Weź nie pierdol.- warknąłem i wparowałem z butami do mieszkania.- Służba nie drużba Max.- powiedziałem i jeszcze raz się zaciągnąłem. Jako, że płaszcz miałem odpięty i de facto tylko zarzucony na ramiona, to całkiem szybko wyciągnąłem z kieszeni munduru kartkę starannie złożoną na cztery.
    - Chcę się dowiedzieć co do ciężkiej cholery, na moim biurku robi prośba o przeniesienie na front wschodni. Może nie zdziwiłbym się, gdyby podpis został złożony przez Cesara...ale ktoś sobie sfałszował podpisik.- wzruszyłem ramionami kładąc kartkę na stóŀ.- Jeśli nie ma na tyle odwagi aby własnoręcznie podpisać się pod przeniesieniem i aby zanieść mi to...to niech nawet na front się nie pakuje...zginie pierwszego dnia.- powiedziałem. Właściwie to przypuszczałem, że ktoś po prostu chce pozbyć się Neumanna z mojej grupy, ale wolałem wyjść w oczach Rossa na pijanego ignoranta. Chociaż tak właściwie to nie jestem pijany. Stoję prosto, procesy myślowe zachodzą poprawnie, ruch nie jest upośledzony...
    - I jeśli nie potrafi wziąć się w garść i zachować jak mężczyzna, tylko ucieka z podkulonym ogonem...to niech...- wypuściłem ze świstem powietrze...nie mogłem powiedzieć tego co chciałem. Nie mogę stracić wbrew pozorom dobrego kryptologa.- Nie ważne.- mruknąłem. Chciałem odejść, ale Ross chwycił mnie za ramię. Odwróciłem się do niego.- Co? Coś jeszcze?
    Byłem nieco poirytowany. A ten jeszcze mnie zatrzymuje!

    OdpowiedzUsuń
  154. - Nawet ćwierć inteligent mojego pokroju by się zorientował.- powiedziałem z ironią.- Z całą pewnością ani nie ja, ani nikt z mojej grupy.- wzruszyłem ramionami.- Jeśli o to chodzi, to jestem w porządku…poza tym nie kryłbym się z tym, że wysyłam kogoś na front wschodni, ani nie przychodziłbym tutaj z kawałkiem tej kartki.- podbródkiem wskazałem na ten świstek.
    Kiedy powiedział, że zależy mi na nim tylko dlatego, że szybko rozszyfrowuje meldunki zaśmiałem się. To nie był główny powód…ale jeden z powodów. Poza tym…oddział przyzwyczaił się do tego rudzielca i to chyba nawet presja z ich strony mi kazała pójść tutaj i też chciałem się sam dowiedzieć co się święci tutaj.
    - Wiem jedno…on tego nie podpisał, ani też nikomu nie kazał tego zrobić.- powiedziałem pewnym siebie głosem.- Nie. Chyba obaj nie chcemy na siebie patrzeć, z tym, że to raczej on nie będzie miał zamiaru ze mną rozmawiać.- odpowiedziałem. Wziąłem podanie ze sobą.- Będzie u mnie w mieszkaniu, jeśli będzie chciał porozmawiać, to niech zjawi się u mnie…albo w mieszkaniu albo w moim