wtorek, 28 czerwca 2016

Unmögliche Mission – cz. I.: Wprowadzenie.

3 kwietnia 1942r. Gabinet majora Martina Rommla, Warschau.

- Do jasnej kurwy!- ryknął Martin Rommel na Bogu ducha winnego szeregowego. Zapewne jego wypowiedź byłaby dłuższa i bardziej siarczysta niż ten wykrzyknik, gdyby nie to, że w gabinecie siedział także jego przełożony, pułkownik Abwehry, Otton Koch. – Jakim, kurwa, prawem…? Jakim prawem, do jasnej cholery, sowieci mają lepszych agentów w polskiej partyzantce niż my?! 
Szeregowy niepostrzeżenie opuścił biuro, najwyraźniej nie chcąc dłużej obrywać za coś, co go nie dotyczy.
- No właśnie, Rommel – odezwał się ze spokojem Koch. - Na arenę powinien wrócić „Wolf” lub agent R-35, to już jak wolisz.
- Jestem u nich spalony. Po czterdziestym… - mruknął niepewnie Rommel. Z jednej strony chciał pójść choćby zaraz i powiedzieć Polakom o szpiegu, z drugiej - zyskać w oczach szefostwa Abwehry. Cała sytuacja była pełna sprzeczności.
- Pamiętam. Ale Kielce od Warszawy są daleko. Szczerzę wątpię, żeby jakiś Polak cię pamiętał. Minęły przeszło dwa lata… Szanse, aby ktoś cię rozpoznał, są znikome.
- Zgadzam się. 
***
3 kwietnia 1942r, godziny wieczorne. Mieszkanie na Mokotowie, Warschau.

Kazali mu przyjść tutaj, do  niewielkiego mieszkania na Mokotowie. Protestował, ale mimo tego przydzielono mu współpracownika. Po co? Nie miał zamiaru niańczyć jakiegoś żółtodzioba w robocie wywiadowczej! Ale… Mówi się trudno. Pozbędzie się go przy najbliższej sposobności. „Szybki” czy Rita, któreś z nich na pewno pomoże. 
Wraz z upływem czasu coraz bardziej trafiał go szlag.
Ten idiota, jego współpracownik, spóźniał się już pół godziny. Co jest?! Jeśli będzie musiał czekać chociaż pięć minut dłużej, to…
Jego przemyślenia przerwał dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Martin zgasił stojącą na niewielkim stoliku lampkę. W mieszkaniu zapanowały ciemności. Drzwi otwarły się ze szmerem. Przybysz przestąpił próg. Rommel zapalił światło. Współpracownik zatrzymał się w korytarzu, mrużąc porażone blaskiem oczy, potem podszedł bliżej. Wyłożona drewnianą klepką podłoga trzeszczała cicho przy każdym kroku. Przybysz wydawał się tym nie przejmować. Był wśród swoich. Jeszcze.
- Witaj, Wartenburg. Cieszę się, że cię widzę - ton wypowiedzi Martina sugerował coś dokładnie odwrotnego. 
Otto stanął jak wryty. Martin. Jego ręka odruchowo powędrowała ku kaburze. Cofnął ją. Martin Rommel. Ten sam, z którym zbierali materiały podczas wojny domowej w Hiszpanii, ten, którego potem zobaczył jako partyzanta, którego jakimś cudem nikt nawet nie drasnął kulą w trakcie strzelaniny. Ten, którego dawno temu (przez całą tę wojnę wydawało się, że bardzo, bardzo dawno …) uważał za kogoś w rodzaju dalszego przyjaciela. Kiedyś... Boże, ile rzeczy się od tamtego czasu zmieniło.
- Dobry wieczór, Herr Major – z trudem przeszło mu to przez gardło. Nie zasalutował. Jego świadomość palił wyciśnięty w pamięci obraz. Partyzant. Bandyta, jak ci czający się po lasach. A teraz stoi tu sobie, w niemieckim mundurze, pewny siebie, jakby…
… jakby nic się nie zmieniło. 
- Znudziło ci się w SS? Tatuaże ci się nie podobały? Czy może nudne było ciągłe eliminowanie „elementów niepożądanych w czystym rasowo świecie, który powinien być rządzony przez aryjczyków. Dla plugawych Żydów i bezmózgich Polaków nie ma miejsca w Rzeszy, która będzie trwać tysiąc lat…”- Oddech Martina nieznacznie przyspieszył, gdy zacytował fragment jednego z artykułów napisanych przed laty przez Wartenburga.
- Więc to dlatego – Otto nie dokończył. W jego zachowaniu nie było buty, w oczach tkwił cień, choć twarz pozostała niezmieniona. Spojrzał na Rommla. - Każdy musi za coś żyć – chłodny, właściwie beznamiętny głos. Urwanie tematu. Nie zamierzał tłumaczyć się ze służby w SS. Nie jemu.
- Mam nadzieję, że chociaż znasz się trochę na wywiadowczej robocie. Nie mam zamiaru cię niańczyć.
- W wywiadzie nie pracowałem, ale miałem kontakt z polskim podziemiem. Wiem, czego możemy się spodziewać. 
- Gówno miałeś, nie kontakt z polskim podziemiem – stwierdził Martin po polsku, cicho, prawie niedosłyszalnie. Otto powstrzymał cisnący mu się na usta grymas. Zrozumiał. Nie każde słowo, ale kontekst był aż nazbyt jasny, by na podstawie paru wychwyconych wyrazów dopowiedzieć sobie resztę. Masz rację, Rommel, akurat w tym trudno ci dorównać, pomyślał cierpko, ale zachował komentarz dla siebie. Niech myśli, że może przy nim mówić po polsku. Czemu nie.
Tymczasem major uśmiechnął się cynicznie. 
- To było nic. Teraz na „dzień dobry” dostałeś poważne i trudne zadanie - zwrócił się do Otta, teraz już głośno i po niemiecku. - Usiądź. Szykuje się trochę dłuższa rozmowa. Głupio byłoby, gdybyśmy tak stali. Jesteśmy przecież po tej samej stronie barykady – głos Rommla wydawał się teraz niemal przyjazny, jednak była to wyłącznie słodka otoczka, pod którą kryła się beczka nienawiści i goryczy. Kiedyś, w Hiszpanii, traktował go niemal jak przyjaciela, później, kiedy wystawił „Hubala” i jego oddział, spotkał go znowu. Pamiętał, że strzelił w stronę Wartenburga, ale umyślnie chybił. Martin miał dużo szczęścia, że wyszedł z tamtej akcji bez szwanku.
Otto usiadł, udając pełne opanowanie. W rzeczywistości poważnie się obawiał, że nie podoła. Nigdy nie był szpiegiem i nie czuł się nim, nawet jeżeli parę miesięcy wcześniej otarł się o partyzanckie środowisko, to jeszcze o niczym nie świadczyło. 
- Kiedyś też myślałem, że po tej samej – mruknął. Jednak nie zdzierżył. Zapowiadała się owocna współpraca, nie ma co... 
Zacisnął zęby na wspomnienie rozmowy z tymczasowym zwierzchnikiem.
Kiedy zamknęły się za nim solidne, obite skórą drzwi gabinetu Willema Reutera, oficera Abwehry, po kręgosłupie prześlizgnął mu się nieprzyjemny dreszcz. Od pewnego czasu przez wzgląd na skojarzenia odczuwał skonkretyzowaną niechęć wobec podobnych pomieszczeń. Zwłaszcza, jeżeli za drzwiami stali strażnicy.
Reuter oszczędnym ruchem wskazał mu krzesło.
- Zakładam, że twój dowódca przekazał ci, że będziesz pracował dla nas.
Otto skinął głową.
- Wiem, że dla was i że to tajne. Szczegółów nie znam.
- Rosjanie mają w polskim podziemiu szpiega. Należy go schwytać, a jeśli nie będzie to możliwe, zlikwidować.
- Dlaczego chciał pan rozmawiać akurat ze mną?
- Abwehra wysyła swojego człowieka. Doświadczonego i zdolnego. Ty masz dopilnować, żeby był lojalny.
Otto splótł palce tak mocno, że zaczęły drętwieć.
- Mam wybór?
Reuter uśmiechnął się przeciągle.
- Nie. 
Kiedy usiłował się dowiedzieć, dlaczego właśnie on, dlaczego nie ktoś bardziej doświadczony; agent z prawdziwego zdarzenia, przedstawiono mu jego nową tożsamość.
Nowe „ja”. 
Lucas Arthur Wright był przede wszystkim żołnierzem. Nikim szczególnym, na dłuższą metę. Z wywiadem związał się na krótko i dość niefortunnie: krótka praktyka wywiadowcza w Rzeszy, potem przerzut do Generalnego Gubernatorstwa na pierwszą samodzielną i - jak się okazało - ostatnią misję. Obecnie gnił w jakiejś celi pod kuratelą gestapowców… o ile nadal żył.
Istotne były tak naprawdę dwie rzeczy: wygląd na tyle zbliżony, że nie trzeba było podrabiać dokumentów i zaszczepiona przez żonę, z pochodzenia warszawiankę, fascynacja Polską – powód, dla którego Wright z własnej woli poszedł tam, gdzie nikt inny nie chciał. 
Jeżeli można było wierzyć temu, co wyciągnięto z prawdziwego Lucasa (Reuter zarzekał się, że zeznania są autentyczne), polscy partyzanci nie wiedzieli o Wrightcie nic, natomiast spodziewali się samego faktu zrzutu brytyjskiego agenta. To dawało pewne pole manewru.

- Przygotowałeś sobie „legendę”, prawda? - pytanie Rommla wyrwało go z zamyślenia. Drgnął.
Martin poczuł się jak nauczyciel odpytujący ucznia przy tablicy, ale wolał nie ryzykować tym, że Wartenburg osłabi jego reputację u Polaków. Tłumaczenie, że działają we wspólnym interesie, jakim jest rozpracowanie szpiega od towarzysza Stalina, raczej by nie pomogło.
- Oczywiście. – Otto wyciągnął papiery Wrighta i podał je Martinowi. – To ja. – Posłał mu krzywy uśmiech. Człowiek na zdjęciu wyglądał identycznie, niemal jak dwie krople wody.
Otto przypomniał sobie teorię mówiącą, że rzekomo każdy człowiek na Ziemi ma gdzieś swojego sobowtóra. Zakładając, że to prawda… Wszystko pięknie, tylko dlaczego jego odpowiednik dał się złapać, zamiast siedzieć na dupie w tej swojej Anglii i nie sprawiać kłopotów? Nie byłoby Wrighta, Abwehra poszukałaby kogoś innego, kto inny by udawał… Hm. A mogło być tak pięknie... – Mam nadzieję, że Herr Major dobrze mówi po angielsku. Wright nie zna polskiego – odezwał się po niemiecku, ale z doskonale udawanym brytyjskim akcentem, niby to od niechcenia. 
Martin nieco się rozchmurzył. Przyjrzał się legitymacji. Otto i Lucas byli identyczni, prawie jak „Pstry” i Bastian von Engel. 
- Of course, I speak English and even quite, but I have a terrible accent. - Miał nadzieję, że nie popełnił żadnego błędu. - Jeśli się gdzieś pomyliłem, to przepraszam. Od kilku lat nie mówiłem w tym języku. - Wysilił się na uniesienie prawego kącika ust ku górze. - Myślę, że powinniśmy ustalić sobie kilka zasad, żeby lepiej się mi… przepraszam, nam, pracowało. Po pierwsze: zwracasz się do mnie z szacunkiem, zawsze i wszędzie, jestem od chwili obecnej twoim współpracownikiem i przełożonym. Po drugie: nie wpieprzasz się w nieswoje sprawy i pozwalasz mi działać po swojemu. Po trzecie: składane przez ciebie raporty do dowództwa muszą najpierw przejść przez moje ręce i po zaakceptowaniu mogą przejść dalej. Obowiązuje nas zasada maksimum informacji, minimum treści. - Na chwilę przerwał. Zastanawiał się, czy jest jeszcze coś ważnego. Chyba nie… A nie, jednak jest. - I po czwarte: moje rozkazy i polecenia podczas naszej akcji są najważniejsze, dopiero później zalecenia innych. Nawet jakby sam Hitler przekazywał ci instrukcje, są one drugorzędne. Rozumiesz? - cała wiązanka zasad została wypowiedziana tonem oficerskim, który opanował dopiero podczas kampanii francuskiej.
- Tak jest. Z jedną poprawką. Nie będzie żadnych raportów. Po zakończeniu akcji mam im wszystko przekazać ustnie. Raczej nie zakładają, że pomogą nam w trakcie zadania. 
- No i dobrze. - Rommel zamyślił się na chwilę. - Jest jeszcze kilka niezbędnych informacji. Przy Polakach zwracasz się do mnie: Marcin Potocki, wiesz tylko tyle, że jestem oficerem wojska polskiego. Nic więcej. 
- Jasne. Mam mówić po imieniu, nazwisku, czy jeszcze jakoś inaczej? 
- Kiedyś mówili do mnie po prostu Marcin, właściwie… możesz mówić jak ci będzie wygodniej. To mieszkanie jest naszą kwaterą operacyjną. - Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było skromnie urządzone, no cóż, standard wojenny...  - Lokum trzypokojowe, więc można powiedzieć, że jesteśmy prawdopodobnie najbogatszymi agentami w Warszawie. Nie będę ci tłumaczył jak dziecku, skąd je mamy. Zapewne po służbie w SS wiesz. - Uśmiechnął się cynicznie, po raz kolejny podczas tej rozmowy. Nie miał zaufania do Wartenburga, w zasadzie chyba do żadnego Niemca nie miał…
Otto zignorował jego uwagę. Mechanicznie prostował górny róg legitymacji Wrighta, jakby próbując się uspokoić. Martin zobaczył na jego palcu obrączkę. No tak, przecież kiedyś wspominał, że zamierza się żenić... Jak jego wybrance było na imię?
- Ze względów bezpieczeństwa ogranicz się z pisaniem listów do żony. Jeśli dobrze pamiętam, do Gerdy. - Oparł się wygodniej o oparcie fotela. Jego mina i postawa mówiły: pamiętam, Otto, pamiętam.
Młodszy Niemiec skrzywił się. Zmiął trzymaną w ręce legitymację. Rozprostował. 
- Piszę do niej rzadziej, niż raz na kilka miesięcy – powiedział wreszcie. Nie wiedział, dlaczego. Mógł przecież milczeć, zgodzić się na kolejny rozkaz i zapomnieć o sprawie. Mógł? – O czym miałbym jej opowiedzieć? Że dziś rozstrzelaliśmy pięciu, a wczoraj dziesięciu? Czy o tym, co robią w… - urwał. W jego oczach widoczny był gniew. Odetchnął głębiej. Rozluźnił zaciśnięte dłonie. – Nie będę pisał. W jaki sposób wejdziemy w środowisko?
- Cóż… Według informacji polskiego wywiadu jesteśmy od… - Martin spojrzał na zegarek - …jakichś pięciu minut w kraju. To znaczy, ty jesteś, ja z Polski nie wyjeżdżałem przez całą wojnę. Kilka minut temu odebrałem cię z miejsca zrzutu, jakim były lasy koło Ciechanowa, po niemiecku to jest… - Zamyślił się, szukając niemieckiego odpowiednika. – Zichenau - powiedział w końcu po chwili namysłu. - Jutro około godziny piętnastej mamy spotkanie z łączniczką na Krecelaku, w okolicach ulicy Towarowej. Przepraszam, ale niemieckiej nazwy nie pamiętam - w jego głosie doszukać się można było nonszalancji. -  Jeśli coś podczas akcji wyda ci się niejasne, albo zauważysz coś niepokojącego, melduj. Będę czekał tu na ciebie czekał  jutro o dwunastej. Zabierz kilka swoich rzeczy i przenieś je tutaj, wiarygodność przede wszystkim, panie Wright.
____________________________________________________________
Pierwsza część naszej eksperymentalnej notki. Nie mogliśmy się powstrzymać, żeby tego nie wrzucić. Dajcie znać, czy się wam podoba, bo w przygotowaniu są następne kawałki :) 
Tytuł znaczy po niemiecku "misja niemożliwa". 
Mam nadzieję, że nas nie zjecie *chowa się do bunkra i zostawia miejsce dla współautora*


Obergefreiter Otto von Wartenburg
Major Martin Rommel             

5 komentarzy:

  1. Wy to jesteście mistrze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hah, cieszę się :D Ale wiesz... to jest dopiero początek xD

      Usuń
    2. Czekam na dalszą część :D

      Usuń
  2. Piękne :O Wstawiajcie więcej i wyślijcie mi linki na gg, wstawię, jak będę mogła o:

    OdpowiedzUsuń

Tu warto kliknąć!

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics