wtorek, 9 sierpnia 2016

Nasze picie skraca życie... -cz.1

Drugi sierpnia tysiąc dziewięćset czterdziestego drugiego roku powitał Matthiasa von Anwarden kacem mordercą. I to takim kacem, który atakował dużo skuteczniej niż Ósma Armia Stalingrad.
Jego zmęczone, zaczerwienione niczym u angory oczy nie najlepiej przyjęły zetknięcie się z gorącym słońcem Warszawy, niemniej jednak udało mu się stwierdzić, że na pewno nie znajduje się u siebie.
Miał takiego kaca jak stąd do Stuttgartu.
Ledwo żywy major Martin Rommel powoli podniósł swoją głowę z dywanu i rozejrzał sie po swoim salonie.
- O ja pierdolę ale mnie dupa boli.- cicho jęknął major
Rommel spojrzał nieco obok, leżał tam Matthias von Anwarden, który chyba nie był w najlepszej formie. Martin podrapał się po głowie i próbował sobie przypomnieć cóż się takiego stało.
- ROMMEL?! - głos Matthiasa ze stresu podskoczył o trzy oktawy wyżej. Serio znalazł się u tego...tego...tego niearyjskiego padalca? Jakim, na Boga i wszystkich świętych, kurewskim cudem? Rozejrzał się pospiesznie po pokoju: batalion butelek na podłodze cokolwiek rozjaśnił mu sytuację. Nie było to jednak wystarczające wyjaśnienie.
- To ja.- jęknął Martin i spojrzał na Matthiasa.
Wtedy to właśnie pies gospodarza podszedł do swojego pana. Martin natychmiast przyciągnął go do siebie.
- Vis...- chuchnął wprost w pysk psa- Szukaj...szukaj wódki.
Vis nie musiał szukać wódki daleko, wszak zarówno Martin, jak i Matthias cuchnęli nią niesamowicie. Całości obrazu dopełniały te nieszczęsne dokumenty z orłem, sponiewierane na ziemi, oraz jakaś stłuczona lampa.
Co myśmy, do jasnej cholery, robili w nocy?
Pytanie postawione w ten sposób było zasadne – Matthias pamiętał jakąś jazdę samochodem. Czyjś krzyk. I...czyjś śpiew. Nie wiedział nawet, kto śpiewał, ale idea śpiewu wryła mu się w mózg aż nadto.
Martin nieco przyciągnął do siebie swojego psa.
- Ty patrz Vis...- major westchnął, pies nieznacznie odwrócił łeb.- No ty popatrz. Może ty mnie powiesz co się tutaj wydarzyło?- zapytał ledwo przytomnym głosem Martin swojego psa i przymknął swoje czerwone, nieco podrażnione za sprawą światła oczy.
- Rozmowy z psem...Przed wojną byłby to hit, teraz jednak już nim nie jest.
Ironiczny uśmiech. Hałas rykszy na zewnątrz. Błysk wypucowanych na glanc, w tej chwili zarzyganych butów.
Na szczęście przed ironiczną ripostą Martina wybawił go telefon. Krępy Sturmbannfuhrer, klnąc i bluzgając w najczystszym stuttgarckim narzeczu z dodatkiem berlińskiej nowomowy, jakimś cudem odnalazł elegancki, starożytny aparat. Podniósł słuchawkę, modląc się, by wszystko było w porządku.
- Von Anwarden - rzucił ochrypłym dzięki królewskiemu kacowi barytonem. Głowę mu rozsadzało jak nigdy.
Rommel nieco nieprzytomnym wzrokiem ogarnął po raz kolejny pomieszczenie.
- Ło kurwa...- cicho jęknął major.- Piłem - spojrzał na walające się po pomieszczeniu butelki- dużo piłem. Tylko co tutaj robi Matthias?- spojrzał na swojego psa, który nawet się nie ruszył z miejsca.- Może ty mi powiesz?
Z lekkim opóźnieniem do uszu Martina dobiegł dźwięk dzwoniącego telefonu.
- Po co żeś szedł?!- krzyknął za Matthiasem.- Mam swojego własnego, prywatnego kamerdynera przecież...- jęknął
Rommel machnął nieznacznie swoją prawą ręką przed siebie.
- Vis idź odebrać telefon.- powiedział major.
Na efekty nie musiał zbyt długo czekać. Po chwili owczarek szedł do swojego pana ze zdobyczą w postaci słuchawki telefonu...cała reszta ciągnęła się za swoistym "kamerdynerem". Martin chwycił nieco oślinioną słuchawkę. Przez chwilę zastanawiał się jakim sposobem pies zabrał słuchawkę Matthiasowi.
- Rezydencja majora Rommla.- rzucił najbardziej trzeźwym głosem na jaki było go w tej chwili stać.- Major Martin Rommel przy tele.... ALE RITA TY SIE NIE DENERWUJ!
- Rita? - blondyn uniósł brwi wyżej, niż się spodziewał. Nie sądził, że Martin ma jakąś kobietę.
Martin spojrzał na Matthiasa lekko zdziwiony.
- Ale Rita...skarbie ty mój.- powiedział, próbował jakoś załagodzić sytuację.- Ja jestem zupełnie trzeźwy! Nie wypiłem przez noc ani jednego kieliszka...- zakrył słuchawkę tak aby kobieta po drugiej stronie nie słyszała tego co miał zamiar powiedzieć.
- Matthias...myśmy ze szklanek pili, co nie?- zapytał blondyna
- Żebym to ja wiedział, z czego myśmy pili i co piliśmy w ogóle...- zakwilił gestapowiec, rozglądając się za czymś do czyszczenia butów. Wreszcie znalazł jakąś szmatę i zabrał się do rzeczy.
- No ja przecież bym cię nie kłamał...- powiedział już do słuchawki pan major. Obserwował poczynania swojego kolegi.- Rita, słuchaj...ja muszę kończyć...bo....bo praca mnie wzywa.- odpowiedział i szybko się rozłączył. Po tym wszystkim poprawił się na dywanie. Nie wyglądał jakby miał zamiar szybko wstawać.
- Matthias! Ty wiesz jak mnie dupa boli?- zapytał i lekko przymknął oczy. Ten dywan wydawał mu się w tej chwili taki wygodny...
- A co mnie twoja dupa interesuje - westchnął mężczyzna. - Bardziej mnie obchodzi, co myśmy mogli robić takiego w nocy, że nas szukała ta twoja Rita i...
I w tej chwili znów zadzwonił telefon.
Martin momentalnie podniósł słuchawkę z widełek, po czym znowu opuścił słuchawkę na widełki. Stwierdził, że to nie ludzkie aby dzwonić o takiej porze. Myślał, że dzwoniący zrezygnuje z dalszych prób. Mylił się...
- Rezydencja majora Martina Rommla. Właściciel przy telefonie.- powiedział. Kiedy usłyszał głos po drugiej stronie pewnie w momencie by wytrzeźwiał. Jednakże tak się nie stało, nadal był nieziemsko skacowany.
- CO, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY, MA OZNACZAĆ PAŃSKIE POSTĘPOWANIE?!- ów straszliwy głos należał niewątpliwie do admirała Canarisa. Do wyjątkowo wściekłego Wilhelma Canarisa.
- Ale panie admirale...ja nie wiem o co panu chodzi.- szybko odpowiedział Martin. Musiał jakoś zagrać na czasie. I do tego naprawdę nie wiedział o co tak konkretnie chodzi. W głowie miał czarną dziurę, nic nie pamiętał…zupełnie nic.
- Jakie "nie wiem"?! Jakie "nie wiem"?! - Canaris wyraźnie wychodził z siebie. - Co pana podkusiło, żeby wysyłać mi depeszę po polsku i to bez szyfrów?! Co to za żarty?!
- Ale to nie ja!- zaklinał się.- No szefie przecież JA...w życiu na taki pomysł bym nie wpadł.- skłamał. Pewnie wpadł, tylko teraz nie chciał się do tego przyznać.- Ale przecież szef dobrze wie, że ja mam swoje odpały...i trzeba mnie czasami ratować...ale tym razem to nie ja. No jak babkę kocham, to nie ja!- powiedział na jednym wdechu. - Ja szefa w takich sprawach to bym w życiu nie kłamał.- dodał natychmiast
Po drugiej stronie słuchawki nastąpiło znamienne milczenie.
- To było pańskie pismo - stwierdził wreszcie Canaris, choć słychać było, że targają nim wątpliwości. - Jak pan to wyjaśni?
Matthias podszedł bliżej telefonu. Traf chciał, że usłyszał część rozmowy i...włosy stanęły mu dęba na głowie.
W co myśmy się wpakowali?!
- Yyyy... Bo możemy tam przyjechać, weźmie się moją próbkę pisma...- powiedział ostrożnie Martin. Jego skacowany umysł nie funkcjonował nawet po części jak należy.- Ale nie teraz.- powiedział z szybkością atakującej kobry królewskiej.
- Czemuż to? - głos Canarisa był zimniejszy niż lodowiec.
- Bo w tym stanie nie jestem w stanie...- wyjaśnił koślawo major...a właściwie to niczego nie wyjaśnił.
Matthias przykrył twarz kapeluszem. W wyobraźni już słyszał warkot samochodów zajeżdżających przed dom, krzyki SS-manów gotowych do aresztowania...
- Ale...h-halo! Halo?!- krzyknął Martin wprost do słuchawki. Niestety nikt nic nie odpowiedział. Major spojrzał na Matthiasa.
- Chyba zabiłem Canarisa...jak myślisz, sąd mi uwierzy jeśli powiem, że rozmawiałem tylko przez telefon z nim?- zapytał nieco przerażony. Myślenie na kacu panu Rommlowi nigdy nie wychodziło. Nawet nie przejmował się składnią, ale czy w tej chwili składnia była ważna?
- JESZCZE ŻYJĘ, ROMMEL, TY KRETYNIE!
Ryk admirała musiał wzbudzić popłoch w oddziałach mu podległych, gdyż w tle rozległ się brzęk szkła.
- Chwała panu, panie admirale. Już myślałem, że będę musiał jakąś gustowną wiązankę kwiatową kupować.- powiedział Martin i nieco się uśmiechnął.- Ale proszę mnie już więcej nie straszyć. W końcu serce nie pompa...może stanąć…
Matthias zachichotał cicho.
- Czy jest z panem sturmbannführer von Anwarden?- kwestię o wiązance pominięto zgrabnym milczeniem. W końcu Canaris był mistrzem dyplomacji. Zapewne starał się też ograniczyć rozmowę z trzeźwiejącym Rommlem do absolutnego minimum.
- Kto? Jaki znowu von Anwarden?- Martin wciąż nie jarzył. Wystarczyło mu, że rozmawia z szefem Abwehry. Całą swoją uwagę poświęcał temu, aby się nie zbłaźnić…jednak efekt raczej nie był taki jaki miał być w założeniach trzeźwiejącego.
-.....Sturmbannführer Matthias von Anwarden. Jest u pana?
Matthias zaczął drżeć na całym ciele. Nigdy jeszcze mu nie było tak zimno, no, może wyjąwszy upadek z konia w dzieciństwie i kampanię francuską.
Martin spojrzał na Matthiasa.
- Matthias... od kiedy ty się von Anwarden nazywasz?- zapytał swojego towarzysza.- I od kiedy jesteś Sturmbannführerem?
Rommel szybko zamrugał próbował połączyć wszystkie wątki.
- Tak...jest u mnie...ale chyba nie jest w najlepszej kondycji.- powiedział do admirała. Wtedy zdał sobie sprawę, że niczym nie zasłonił słuchawki i Cannaris wszystko słyszał.
Matthias się załamał. Jego ból głowy niemal natychmiast wzrósł o 80%.
- ....daj mnie do telefonu – gestapowiec jęknął niczym męczennik. Czuł, że ma przesrane.
Martin oddał Matthiasowi słuchawkę. Sam major natomiast położył się na dywanie.
- A teraz proszę dać mi w spokoju umrzeć.- jęknął Rommel tak, aby wszyscy słyszeli, że nie jest w najlepszej formie.
- Najpierw będzie musiał pan zmartwychwstać - poinformowano go oględnie.
- Aby zmartwychwstać, to muszę najpierw umrzeć.- jęknął
W czasie rozmowy z Canarisem Matthias co chwila chwytał się za głowę, jęczał, klął niczym stary marynarz...wreszcie odłożył słuchawkę. Na jego pucułowatym obliczu malowała się zgroza.
Martin co chwila spoglądał na Matthiasa, który klął jak szewc. Zastanawiał się, czy i on też tak przeklina...i z dumą stwierdził, że on- Martin Rommel jest zdecydowanie lepszy w te klocki.
Uśmiechnął się kiedy Matthias skończył rozmawiać. Wygodniej się rozłożył na dywanie.
- Proszę wyłączyć słońce. Bo mnie rezi...- jęknął i pomachał ręką w kierunku, gdzie jak przypuszczał było okno.
Sęk w tym, że Martin Rommel, major Abwehry, machał w stronę sufitu.
-Lampa jest zgaszona - poinformował go wściekłym szeptem Matthias. - Podniosłeś z banku 50 000 reichsmarek na nazwisko Rity, nie wiedzieć czemu wysłałeś jakieś nieprzyzwoite zdjęcia Canarisowi, a nawet, o zgrozo, byliśmy w Gdańsku.
- Ale proszę do mnie nie mówić.- jęknął i zupełnie olał Matthiasa. Zamknął oczy i nieco po omacku znalazł jakąś poduszkę, którą nałożył na głowę, aby ograniczyć wszystkie zewnętrzne czynniki, które mu przeszkadzały w zaśnięciu.
Jednak zaraz nieco ociężale podniósł głowę z tego arcywygodnego dywanu.
- Matthias...zrób coś dla mnie i weź wyjdź, albo nie patrz się tak na mnie. Spać chcę.- jęknął.- Mój własny, prywatny kamerdyner pokaże ci, gdzie są drzwi.- powiedział ze spokojem.
- Vis! Ty pokrako pokryta futrem, tylko trochę ładniejsza od diabła chodź no tu..- nieznacznie podniósł głos. Po chwili zjawił się pies.- Weź no pokaż temu skacowanemu Niemcowi, gdzie są drzwi.- wydał polecenie i położył głowę na dywanie.
A pies się na niego patrzył i chyba nic nie zrozumiał. Zwierzę równie dobrze mogło być głodne i odmawiało wykonania polecenia. A w akcje protestu owczarek zaczął ciągnąć swojego właściciela za rękaw.
- Idź, odejdź siło nieczysta, zwana moim psem.
- Chyba się obraził za tą siłę nieczystą.
To rzekłszy, Matthias wstał i wyszedł. Przy okazji posłał Martinowi spojrzenie mówiące jasno i wyraźnie "ja cię jednak zabiję, ty nędzna poczwaro". W duchu biadał nad samym pomysłem picia z tym chorym debilem. Kto to słyszał używać mózgu w taki sposób?! Pradziadek Heinrich von Anwarden zapewne przewraca się w grobie, tak jak i inni szanowni przodkowie, o ojcu i matce nie wspominając.
- No Vis! Ty debilu nie obrażaj się na mnie!- jęknął po raz kolejny tego dnia Martin.
Matthias wyszedł i do tego trzasnął drzwiami. Rommel skrzywił się na ten dźwięk. Powoli się położył...ale zaraz wstał. Wreszcie do niego dotarło co Matthias powiedział. Szybko wstał i uderzył się o coś, coś niechcący po drodze zrzucił. Ale dotarł do drzwi w (zważywszy na stan w jakim się znajdował) iście olimpijskim tempie. Wyszedł ze swojego mieszkania i odtańczywszy zorbę na schodach znalazł się na ulicy. Rozejrzał się w poszukiwaniu Matthiasa. Znalazł go. W miarę możliwości szybko podszedł do niego i chwycił za ramię.
- Co ty żeś wcześniej mówił?- zapytał nieco mrużąc oczy.- No wtedy, co szef zadzwonił?- dodał zaraz.
- Że podjęliśmy 50 000 marek, na nazwisko twojej kochanki, i jechaliśmy do Krakowa. - powtórzył Matthias. Ton miał przy tym jak przedszkolanka tłumacząca coś dziecku.
- To ile żeśmy wypili?- zapytał ni to jego ni to siebie.
- Zdecydowanie za dużo panie majorze.-odpowiedział jeden z patrolujących ulicę żołnierzy. Martin spojrzał na żołnierza i wywrócił oczami. Przyjrzał też sobie. No po prostu obraz nędzy i rozpaczy. To cud, że nie był obrzygany i że mundur był cały.
- I jakiej znowu mojej kochanki?- zapytał i nieco podrapał się po nieogolonej twarzy
-No tej Rity, kurwa mać.
- Przepraszam, źle sformułowałem pytanie. powinienem się zapytać, której kochanki.- pacnął się w czoło.- Ale dobra... siedzimy w tym szambie po uszy, musimy coś wykombinować.- rozejrzał się po ulicy.- Ale nie tutaj. Proponuję u mnie, może jeszcze znajdę trochę wódki.- uśmiechnął się nieco niewyraźnie.- No ale dlaczego ty tak się na mnie brzydko patrzysz Matthias?- zapytał widząc spojrzenie swojego rozmówcy
- Bo zastanawiam się, jakim trzeba być debilem, by po tym wszystkim jeszcze mi proponować alkohol.
- Stara mądrość życiowa mówi: "Czym się strułeś tym się lecz".- powiedział z uśmiechem skacowany pan major

Akurat w tle pojawił się hrabia Schenk. Powiedzieć ściśle należy: dwóch hrabiów, bo Alexandrowi towarzyszył Berthold. Obaj zaśmiewali się do rozpuku i mieli na sobie cywilne ubrania. Zdumieni wartownicy stojący przed siedzibą Abwehry (tam bowiem zaniosło gestapowca i jego przyjaciela) wpuścili najpierw dwóch braci, a następnie Martina i Matthiasa.
- iiiii...o wodzu, iiiiii oni mieli...suuu..sukieeeeeeeeenki - Berthold, zwykle opanowany, tego dnia śmiał się jak jeszcze nigdy. Aż okulary mu podskakiwały. Alexander dyplomatycznie udał kaszlnięcie, rychło jednak zaczął rżeć niczym młodzik. Zgorszone sekretarki wpuściły ich do ich gabinetu, ale nie zamknęły za nimi drzwi, zatem słychać było każde słowo.
Martin spojrzał na Matthiasa.
- Matthias...a ty coś pamiętasz z naszego spotkania towarzyskiego?- zapytał major odnośnie libacji, która przysporzyła im kłopotów.- I ty mnie powiedz, dlaczego Berthold tak jakoś dziwnie się na nas spojrzał?- zapytał z niejakim przerażeniem. Miał nadzieję, że nie latał nago po centrum Berlina (w końcu niby byli w Krakowie czy też w Gdańsku, więc wszystko było możliwe), czy coś...nie żeby miał się czego wstydzić, ale wolał aby nic takiego nie miało miejsca.
- Sukienki? Seeeeeee...rio? - starszego z bliźniaków Stauffenberg złapała chyba czkawka. Nastąpiła cisza, przerywana jedynie czknięciami i wlewaniem wody do szklanki. Wreszcie Alexander potwierdził:
- Tak....obaj w sukienkach i w makijażu!
- Nie spodziewałem się...że Matthias...
Martin spojrzał na chyba równie przerażonego Matthiasa. Starszy z oficerów wypowiedział nieme "o kurwa". W końcu najzwyklejsze „o kurwa” wyraża więcej niż tysiąc słów.
- Nic nie pamiętam.- wyszeptał. Ciągle wpatrywał się w Matthiasa.- Ale przynajmniej nie masz pozostałości makijażu.- klepnął go w ramię. Na szczęście i major nie miał niczego co wskazywałoby, że i on był w sukience i makijażu.
- Cośmy pili?- zapytał po chwili Martin i podrapał się po głowie
Odpowiedziało mu tylko wzruszenie ramion w niewiedzy.
- Matthias...chyba zafundowano nam trzeźwienie w przyspieszonym tempie.- jęknął i oparł się o ścianę.- Nie, nie, nie!- chwycił się za głowę w największym akcie rozpaczy.- Mój skacowany umysł tego nie ogarnia! Muszę się napić...- oznajmił- Takiej wódki najlepiej...
Matthias posłał mu mordercze spojrzenie, po czym udał się do swojego gabinetu. To, co tam zastał, przyprawiło go o omdlenie.
Zastał tam bowiem...
- ...święci Tomaszu i Janie - jęknął Matthias. Widok skrępowanego taśmami i sznurami Lukasa Hoffmanna, do tego odzianego w różowe wdzianko i trzeźwego (względnie) wstrząsnął jego umysłem.
Martin mimo wszystko spojrzał, co się tam wyczynia. Mimowolnie popadł w śmiech widząc Hoffmanna. Trząsł się i osuwał po ścianie krzycząc i płacząc ze śmiechu, niewiele brakowało aby położył się na podłodze i tam dogorywał wijąc się ze śmiechu.
- Tego...to jeszcze...nie grali...- powiedział. Oczywiście to wszystko było przerywane jego własnym śmiechem.
- Coś ty zrobił chłopie?- zapytał Martin, kiedy już nieco się uspokoił.- Normalnie jak? JAK tyś to osiągnął?- zapytał i wskazał na Hoffmanna.
- JA CO ZROBIŁEM?! To ty to zrobiłeś!
Jęki Hoffmanna idealnie dopełniły cierpień duchowych Matthiasa.
- Ja?!- krzyknął Martin święcie oburzony- Przecież u ciebie jest! I do tego związany!- krzyknął i żywo gestykulował.- I co?! I może jeszcze ja tą wojnę wywołałem?!
- A chuj jeden wie, może i wywołałeś, nie wiem, co robiłeś przed wojną.- to oznajmiwszy, Anwarden zabrał się do rozwiązywania Lukasa.
- Ale o co ci chodzi, tak konkretnie? Bo ja wiele rzeczy przed wojną robiłem...- przyznał po chwili.
Matthias zamilkł, gdyż bluzgi Hoffmanna posypały się wyjątkowo obficie.
- SZWAJCARIA, TAK?! JA WAM KURWA DAM SZWAJCARIĘ! - ryczał w przerwie między przekleństwami. - WYSŁALIŚCIE MNIE NA JAKIEŚ POLSKIE ZADUPIE, A NIE DO SZWAJCARII! MIAŁA BYĆ LOZANNA, A NIE JAKIŚ GSCHEGOCHINEK!
Na myśli miał, oczywiście, Ciechocinek.
- Ciechocinek, panie pułkowniku.- poprawił Martin.- I proszę się nie denerwować... Mogło być znacznie gorzej.- powiedział Martin i wzruszył ramionami. W duchu cieszył się, że Hoffmann nie pobił jego rekordu. Oczywiście był to rekord z cyklu: "Najdłuższa wiązanka przekleństw". Chociaż z wynikiem nieco ponad dziesięciu minut Rommel nie miał się czego obawiać. A proszę sobie wyobrazić jak długo by pan major przeklinał, gdyby był zdenerwowany!
- Gschegochinek! - upierał się wściekle Hoffmann, nie potrafiąc poprawnie wymówić rzeczonej nazwy. Zabił wzrokiem najpierw Martina, później Matthiasa, zgarnął swoje rzeczy i wyszedł na zewnątrz z iście ułańskim trzaśnięciem drzwiami.
- No co za debil...- skwitował to wszystko Martin. Miał na myśli oczywiście Lukasa Hoffmanna.- Nawet takiej łatwej nazwy miejscowości nie potrafi wymówić.- pokiwał głową z politowaniem.- Ty to ja nawet nie wchodzę do swojego gabinetu.- powiedział.- Bo jeszcze zastanę tam nagiego Fuhrera, albo kogoś podobnego.
- Weź wejdź do mojego gabinetu i sprawdź czy jest bezpiecznie.- powiedział do Matthiasa. - Albo dobra...sam pójdę sprawdzić co mnie czeka. Ale idziesz ze mną...bo jakby miał się na mnie jakiś oficer rzucić, to chcę aby ktoś mi pomógł i go odciągnął.- dodał.
Powoli jakby na skazanie major przeszedł korytarzami do swojego biura. Lekko drżącą ręką otworzył drzwi. Patrzy i się dziwi. W JEGO własnym gabinecie stał jakiś facet w przebraniu lajkonika...i do tego dzierżył maczetę.
- Kibic "Wisły", czy "Cracovii"?- zapytał. Normalny człowiek, to przecież pewno uciekałby i bał się o swoje życie. Uciekałby i cicho do siebie szeptał  „Jezus Maria on mnie zabije!” . Ale wiemy, że Rommel to normalny raczej nie jest.
- Ja ci kurwa dam!- warknął lajkonik po niemiecku z dobrze słyszalnym austriackim akcentem. Martin odetchnął, to był Antek.- Zadanie specjalne w Krakau?! No właśnie widzę, to twoje zadanie specjalne!
Matthias osunął się na ścianę, czując jeszcze większy ból głowy. To było naprawdę ciężkie do ogarnięcia.
- Stary weź wyjdź, z mojego gabinetu!- krzyknął Martin na Antka
- Ale jak? W takim stroju na miasto?
- Tak! Na pociąg do Krakowa idziesz...- krzyknął w największym akcie desperacji major. Poczekał aż chłopak wyjdzie i opadł na kanapę.
- Matthias...ja na trzeźwo...tego nie ogarniam.- jęknął
Martin podszedł do barku z alkoholem i wygrzebał skądś butelkę bez etykiety.
- Ja nie chcem, ale muszem się napić.- oznajmił po czym miał już otwierać butelkę, kiedy ktoś wpadł do jego gabinetu...- No nie... jeszcze tu wściekłej siostry Matthiasa mi brakowało.- mruknął cicho pod nosem.
- Dzień dobry pani.- powiedział po chwili już nieco głośniej. Przecież kulturka musi być. Zastanawiał się, co teraz.
Odpowiedzią był siarczysty prawy sierpowy wymierzony Martinowi Rommlowi i Matthiasowi von Anwarden przez wściekłą Christine. Centralnie w pyski, należy dodać.
- Ałaaaaaaaaaaaaa! - zawył Matthias z oburzeniem, prostując sobie złamany nos. Kto by się spodziewał, że mała ma taką krzepę?
Wściekła brunetka nawet nie spojrzała na starszego brata, za to dosłownie miażdżyła wzrokiem Martina.
- Za co?!- jęknął nieco zdezorientowany Martin.- Co ja takiego zrobiłem?- zapytał i dotknął swojego nosa.
- Raczy mi pan TO WYJAŚNIĆ?
- Ale co?- zapytał Martin i szukał wzrokiem ratunku u Matthiasa.
W rękach Kristy zwisała jej bielizna. Bardzo droga, francuska bielizna. Podpisana ewidentnie Martinowym pismem "jabłko dla najpiękniejszej".
Rozwścieczona niczym furie z Hadesu Niemka potrząsnęła swoją zdobyczą, prezentując to osłupiałemu Matthiasowi oraz równie zszokowanemu Martinowi.
- Uwierzy mi pani, że nic nie pamiętam?- zapytał Martin. Czuł jak powoli zaczyna się denerwować. Po omacku wziął i chwycił butelkę bez etykiety. Chciał się napić, ale czyjaś ręka go powstrzymała.- Przepraszam bardzo, ale ja muszem się napić, bo na trzeźwo nie ogarniam.- jęknął.
- Proszę się więc napić, panie Rommel. A potem mi wyjaśnić całą rzecz.
Martin więc pociągnął spory łyk z butelki. Miał wrażenie, że zaraz ścianki szklanej buteleczki z magicznym trunkiem, wezmą się i zbliżą się do siebie.
- Coś...coś mi świta...- powiedział po chwili i pociągnął jeszcze jeden łyk, a raczej pociągnąłby, gdyby coś tam jeszcze było. Niestety wszystko wypił. Więc niczym niezrażony, chwycił kolejną pierwszą lepszą z brzegu butelkę. Otworzył i wypił trochę koniaku.
- Coś mi świta.- powtórzył po chwili.- Chyba założyłem się z Wernitzem. I ty Matthias też tam byłeś.- powiedział i spojrzał na Anwardena.
- Jezus Maria....-blondyn złapał się za głowę. Nadal znajdował się pod obstrzałem wściekłych spojrzeń siostry. - Naprawdę? Założyłeś się z Wernitzem o moją siostrę?
-Na to wygląda.
Te trzy proste słowa uświadomiły Matthiasowi, że po powrocie do domu poczuje się gorzej, niż Claus na froncie afrykańskim.
- Nie... nie o twoją siostrę.- pomachał ręką jakby chciał odgonić tą myśl.- O całą wypłatę Wernitza. Miałem coś głupiego napisać...w jakimś idiotycznym miejscu. To ty powiedziałeś, żebym napisał coś na bieliźnie twojej siostry...- wyjaśnił. Tak teraz powoli pamiętał. Tylko tę sytuację...
- MAAAAAAAAAAAAATTHIAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAS!
Tym samym sturmbannfuhrer von Anwarden ulotnił się pod pozorem niezmiernie pilnych spraw, pozostawiając Martina samemu sobie.
Martin zobaczył jeszcze tylko ulatniającego się Matthiasa. Majora zastanawiała jeszcze tylko jedna rzecz. Jak to się stało, że go niezmiernie mocno dupa bolała?
Jednak na razie upił kolejny dosyć spory łyk z butelki, którą dzierżył.
- Chyba całą noc spędziłem w towarzystwie Matthiasa. Co mnie podkusiło?- zapytał sam siebie. Zaraz oderwał się od butelki. Musiał szybko wrócić do mieszkania i ogarnąć się, bo wyglądał niczym rosyjski generał.
Był w stanie „lekkiej” nietrzeźwości, nieogolony w rozchełstanym mundurze. Musiał się ogarnąć i to w trybie natychmiastowym.
Po doprowadzeniu się do jakiegoś "stanu używalności" Martin zadzwonił do Matthiasa i oznajmił, że przyjeżdża.
Matthias, oczywiście, nie mógł odmówić. Najpierw jednak musiał wysłuchać kazania sióstr - a jeśli miał być szczery, bywały one straszniejsze niż trzydzieści kompanii Polaków i Rusków razem wziętych.
Martin dotarł akurat na sam środek kazania. Szybko chwycił Matthiasa i pociągnął za sobą. Na odchodne tylko krzyknął:
- Przepraszam, ale porywam wam brata i nie wiem kiedy oddam!
Wpakował Matthiasa do samochodu, na miejsce kierowcy. Sam usiadł po drugiej stronie.
- Robisz za szofera, bo ja jestem w stanie lekkiej nietrzeźwości.
- Tak jest - Anwarden nie miał nastroju na kłótnie. - Dokąd jedziemy?
- Na razie to ruszaj przed siebie, bo twoje siostry nas chyba zabiją.- powiedział widząc we wstecznym rozzłoszczone siostry Matthiasa.- Do Wernitza...może on coś nam wyjaśni?
- No kuźwa...Matthias ruszaj. Ruszaj zanim twoje siostry nas zabiją!- krzyknął Martin.
- Dobra.... - mruknął blondyn, naciskając sprzęgło, a potem pedał gazu.
Oczywiście samochód wyrwał tak, że Martina aż wgniotło w siedzisko, ale tym już nikt się nie przejmował.
- No bo ja nie mam zamiaru umierać z rąk kobiety.- powiedział po chwili. Chyba nie do końca do niego docierało to wszystko.- A tak właściwie to chyba wiem, co wypiliśmy...
- Co?- pytanie to zostało zadane chwilę po wykonaniu wyjątkowo ostrego skrętu.
-Chyba jakieś paliwo lotnicze...bo nic innego nie przychodzi mi do głowy.- Martin wzruszył niedbale ramionami. Jakoś nie obawiał się o swoje życie. Częściej bał się, kiedy to on prowadził. Teraz był spokojny...i skacowany... Chociaż to ostanie, nie było takie pewne.
Matthias, zirytowany tym, postanowił prowadzić tak, by doprowadzić go do palpitacji i mdłości. Chciał w ten sposób się zemścić za fakt, że brunet doprowadził jego samego na skraj śmierci swoją karkołomną jazdą.
- Nie wiem, czy to odpowiedni moment, ale klocki hamulcowe mam do wymiany... Starły się jakieś pół roku temu.- powiedział ze stoickim spokojem Rommel. Po tym spojrzał na Matthiasa.- No co? nie miałem czasu aby wymienić.- dodał
Rommel wygodniej się oparł i przymknął oczy.
- Ty wiesz, gdzie mieszka Wernitz?- zapytał w końcu
- ...święty Matthiasie, trzymaj mnie, bo zabiję tego padalca...Skąd mam wiedzieć?! Nie mówiłeś przecież adresu, palancie!
To oznajmiwszy, Matthias próbował wyhamować. Na razie nie wychodziło mu to za bardzo.
- Na...na...no kurwa, wcześniej to była ul. Rolna.- powiedział.- Na Ackerstrasse 8.- dodał w końcu. I pokiwał głową. W końcu musi ogarnąć Warszawę.
Wobec tego samochód skierował się z dziką prędkością w stronę ulicy Rolnej, a dla Niemców Ackerstrasse.
Martin nieco wzruszył ramionami i spojrzał na licznik.
- No ładnie, ładnie...- powiedział widząc prędkość. - Matthias... zaraz adres ominiemy. Stary... weź powoli hamuj, bo w przeciwnym razie będziesz mnie na barana niósł do mieszkania Wernitza.
- W sumie racja...- w tej chwili nastąpiło nader ostre hamowanie, godne mistrzów kierownicy.
- Wiesz co... następnym razem to ja prowadzę.- powiedział Martin kiedy wysiedli z samochodu.- Bo ty, to kurwa jeździć nie umiesz. Do bardzo marnej prędkości żeś samochód rozpędził.- dodał i pokiwał głową z politowaniem.- Ja już szybciej stoję w miejscu niż ty jeździsz.
- JAK ZA WOLNO, JAK?! 145 na godzinę przecież jechałem! - oburzył się blondyn wniebogłosy. Jego oburzenie wywabiło na zewnątrz Wernitza, odzianego jedynie w szlafrok.
- Aha.. to ja chyba po drodze gdzieś tam jedynkę zgubiłem.- powiedział po chwili.- Wernitz mykej do domu się ubrać, bo nie ma chyba bardziej żałosnego widoku niż ty w szlafroku!-krzyknął zaraz
- Uwierz mi Martin jest taki widok!- odpowiedział po czym zniknął w drzwiach do mieszkania.
- Ty Matthias...jest jeszcze taka jedna kwestia...- powiedział Martin i spojrzał na idącego obok Anwardena.- Nie wiem od czego mnie dupa boli.- to dodał już cicho, bardzo cicho... prawie niedosłyszalnie
- Na pewno nie ode mnie, durniu - warknął blondyn, strzepując troskliwie pyłki z munduru. Na wieść o zgubionej jedynce na jego obliczu objawił się promienny uśmiech.
- Na liczniku zgubiłem jedynkę.- szybko sprostował.- Myślałem że jedziesz aż 45 km/h. A teraz to mnie wytłumacz co "nie od ciebie"?
Na szczęście przed udzielaniem informacji na krępujący temat wybawił go Wernitz, który zaprosił obu panów do środka.
Martin wszedł do środka i wygodnie rozsiadł się na fotelu w salonie.
- Hermann jest ważna sprawa.- zaczął ostrożnie Martin. Myślał, że Wernitz też będzie wyglądał okropnie, jednak mylił się. Kumpel wyglądał bardzo dobrze, widocznie nie balował z nimi.
- No, mów.
- Bo yyy...ten...no... co myśmy wczoraj robili? Albo przedwczoraj. No generalnie wtedy kiedy byłem trzeźwy...- spojrzał na Matthiasa- A raczej jak byliśmy trzeźwi.
Wernitz cicho westchnął.
- No to chyba siostra Matthiasa dowiedziała się o naszym, zakładzie. Pieniądze ci dam po wypłacie.-powiedział niemalże od razu.- Raczej co wy robiliście. JA nie mam z tym nic wspólnego.- odpalił papierosa.- Otóż zaczęliście dzwonić do znajomych i mówiliście jakieś brednie. Później ty Martinie drogi założyłeś jakąś starą koszulę a pod nią deskę i w tą deskę Matthias wbił ci siekierę i oblał chyba jakimś tanim winem. Położyłeś się na Adolf Hitler Platz i udawałeś konającego. Jak jakiś patrol podszedł to wstałeś i zacząłeś przed nimi spierdalać i krzyczałeś po rosyjsku: "Cyka Blyat". Odtańczyłeś też kazaczoka na środku. Kiedy znowu podjęli się gonienia ciebie zacząłeś się drzeć "Nas nie doganiat, nas nie doganiat". Myślałem że ci łeb ustrzelą.- przerwał na chwilę.- A ty Matthias nie śmiej się. Boś jak przypierdzielił po tym wszystkim w latarnie to ją przepraszałeś, a później flirtowałeś z nią. Przez prawie piętnaście minut próbowaliśmy ci powiedzieć, że gadasz do latarni. Później sam przestałeś i powiedziałeś, że: "Lubisz takie niedostępne kobiety".- Wernitz na chwilę przerwał.
- I co dalej?- zapytał Rommel
- Później się rozstaliśmy Martin przy twoim mieszkaniu. Zostawiłem was samych. Ale chyba nadal żeście nieźle balowali...- pokiwał głową.- Ach...no i byłbym zapomniał.- Wernitz klepnął się w czoło.- Nie zapomnijmy też o włamaniu do mieszkania jakiegoś oficera SS. Całe szczęście, że go nie było w mieszkaniu, bo chyba by nas zatłukł.- powiedział z grobową miną.- I jeszcze te wasze głupie dzwonienie... No po prostu co rusz to mieliście coraz głupsze pomysły. Dlatego was, po kilku głupich telefonach odstawiłem pod mieszkanie Martina.- wyjaśnił
Matthias przeżegnał się starannie. Był bledszy niż piaski Syrii o północy.
- I myśmy...tak naprawdę?- zapytał Martin z przerażeniem.
- Tak.- odpowiedział Wernitz i przytaknął
- ...Zdrowaś Mario, łaski pełna, Pan z Tobą... -modlił się półgłosem blondyn, mając błogą nadzieję, że to jednak żarty. Ponieważ poważna mina Wernitza wskazywała na to, że w istocie mówi serio, opadł bezwładnie na fotel. Ciśnienie powoli mu rosło. Kiedyś naprawdę wpędzi sam siebie do grobu, jeśli nie zrobi tego ten Dummkopf Rommel.
- Dobra...Hermann to ty mnie teraz powiedz...który z nas był taki inteligentny. Który co powymyślał.
- A różnie Martin różnie. Zakład to była moja inicjatywa. Siekiera to był pomysł twój. Włamanie do mieszkania oficera to był też twój pomysł, a Matthias się zgodził. Matthias wpadł na dzwonienie na różne numery i to on stwierdził, że idziemy do ciebie...znaczy się że wy idziecie.- wyjaśnił szybko
- Matthias...modlić to się mogłeś wcześniej...- powiedział Martin, do którego teraz właśnie dotarło to, że Anwarden zmawia modlitwę
- Może mi akurat święci dupę uratują, pawianie - odwarknął blondyn z irytacją. - A tobie też się przyda takowa, bo jak ten oficer SSu się domyśli...
- Co sie domyśli, co sie domyśli?!- powiedział z irytacją Rommel.- Nic się nie domyśli. A poza tym, ty się zgodziłeś! Więc jesteś współwinny zarzucanych mi czynów. A ty Hermann się nie śmiej. Bo ty też masz z lekka przekichane.- warknął Martin.- Najwyżej stryjaszek z otwartymi ramionami mnie do siebie przyjmie.- powiedział po chwili.- Jak z nim pogadam, to was też weźmie. Więc może aż tak szybko swego żywota nie skończymy.
- Nic nie powiesz Matthias?- zapytał się Wernitz
- Powiem tylko: MARTIN TY KURWI SYNU, WIĘCEJ Z TOBĄ NIE PIJĘ.
- I w tym momencie powiem ci Matthias, że z inicjatywą picia wyszedłeś ty.- powiedział Wernitz ze spokojem.
Trzy kropki, choć nieefektownie wyglądają w druku, najlepiej oddają w tej chwili reakcję załamanego Sturmbannfuhrera.
- No...więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć: TO TWOJA WINA MATTHIAS!- krzykną Martin, który gdyby mógł to pewnie popłakałby się ze szczęścia.- Wreszcie! Kurwa wreszcie!- krzyczał ze szczęścia
- A ty tak się nie ciesz. Ty wziąłeś alkohol.- powiedział Wernitz i z politowaniem spojrzał na swojego młodszego kolegę.
- Ale ja ciągle jestem niewinny.- powiedział major nie kryjąc radości.- Wódka była prima sort. Przecież tobie Hermann nie odpaliło, obudziłeś sie normalnie i nie robiłeś niczego głupiego.- powiedział.- A to już nie moja wina, że pan szlachcic pić nie umie!
Gdyby wzrok mógł zabijać, Martin już leżałby trupem.
- Też cię kocham Matthias.- powiedział Martin widząc wzrok kolegi. W tym czasie Wernitz zaczął się cicho śmiać ze słów majora.
- Lepiej chyba będzie jak już pójdziecie.- powiedział po chwili Hermann.- Musze zaraz wyjść...
Martin pokiwał nieznacznie głową.
- Dobra...masz u mnie piwo.- powiedział.
- Wolałbym nie...
Po takim oto krótkim pożegnaniu Matthias i Martin wyszli i przeszli do samochodu. Tym razem to Martin zasiadł za kierownicą. Powoli ruszył.
- To teraz gdzie?- zapytał po chwili.
- W sumie nie wiem. Do dowództwa może? U Rity raczej się nie pokażemy... -mruknął Matthias, skupiony na relaksie. Siedzenie BMW było bardzo wygodne, silnik mruczał niczym rozleniwiony kot, było bardzo ciepło...
Czym tu się martwić?
- Może u dowództwa też sie lepiej nie pokazujmy...- mruknął- Jak znam Hoffmanna to pewno już tam na nas czatuje z zamiarem zastrzelenia.- pokiwał nieznacznie głową.- Ale ja sie zastanawiam... Jak...JAK myśmy tego dokonali?
Matthiasa też to zastanawiało, szybko znalazł jednak
. - Alkohol, Martin. Alkohol.
 

5 komentarzy:

  1. [Mam pytanie, chłopaki. Co wam odpaliło? :P]

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja nauka cichego chichrania się poszła w pi..u na rzecz głośnego rechotania i pokładania się ze śmiechu na podłodze. Chyba cały blok mnie słyszał xD No jesteście genialni xD

    OdpowiedzUsuń
  3. ...umarłam. xDDDDDDDDDD Cokolwiek im odpaliło, Otto, nie mogło to być nic normalnego xDDDDDDDDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano nie mogło :D A wiecie, co ja sobie myślałam mniej więcej do połowy? Że im się to śni xD

      Usuń
    2. Ja na początku myślałam, że mnie mój wzrok myli, jako iż po części jestem ślepowata. Ale czytam drugi raz i patrzę, nie toż to to samo co przed chwilą.

      Usuń

Tu warto kliknąć!

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics