wtorek, 4 października 2016

Ich bin ein Teil von jener Kraft, die stets das Böse will und stets das Gute schafft.

Mario Gomez
Valentin Werner Voss
2 stycznia 1913r | Niemiec hiszpańskiego pochodzenia urodzony w Szwajcarii | Oberleutant Luftwaffe | pilot myśliwca Focke-Wulf FW190 | tatuaż na lewym przedramieniu


Urodził się w Szwajcarii jako Valentin Bauer. Po matce odziedziczył temperament godny najprawdziwszego Hiszpana. Po ojcu - rodowitym Niemcu z Bremy - niejakie zdyscyplinowanie, które jest ciągle szlifowane, oraz zamiłowanie do podróży.
Latał od najmłodszych lat, razem z jego dwoma braćmi. Jego siostra wbrew pozorom pewniej czuła się na ziemi. Z początku razem z braćmi tworzyli tercet akrobatyczny, zwany "Diablillos"*. Tercet akrobatyczny powszechnie znany w Europie. Mówiono, że jeden z braci przystojniejszy od drugiego, jednakże nie samym pięknem człowiek żyje - Valentin był z całej trójki najbardziej skory do brawury. Zdecydowanie prowadził też najbardziej rozrywkowe życie.
Kiedy zaczęła się hiszpańska wojna domowa, jego bracia zaciągnęli się do wojska jako lotnicy. Valentin w tym czasie wybrał się razem z ojcem na Borneo, gdzie pod wpływem chwili zrobił sobie tatuaż na przedramieniu. Zwiedził jeszcze Indie oraz Egipt. Po powrocie do kraju również zaciągnął się do wojska. Trafił do Legionu Condor. Tam stwierdził, że należy zmienić nazwisko. Dlaczego więc "Voss"? Otóż niejaki porucznik Werner Voss podczas pierwszej wojny był pilotem. W mniemaniu Valentina bardzo dobrym...był to więc swoisty hołd w stronę idola.
Od połowy trzydziestego ósmego, aż do samego końca brał udział w walkach. Później na jakiś czas powrócił do cywila. Na początku sierpnia trzydziestego dziewiątego roku podczas pokazów lotniczych uległ wypadkowi i w stanie ciężkim trafił do szpitala. Aby było ciekawiej, pokazy były w Polsce i trafił do polskiego szpitala, gdzie przebywał do momentu kapitulacji Polski.
Kampanię wrześniową przeleżał więc w łóżku. Wykazał się jednak podczas kampanii francuskiej, bitwy o Anglię, ekspansji na Bałkany, oraz walczył na froncie wschodnim.
Już po kilku minutach rozmowy z nim można stwierdzić, że jest zwykłym facetem, który lubi walczyć, bić i zabijać. Nie jest jednak nazistą, jemu każda ideologia jest obca... Valentin to prawdziwy bękart wojny...
Bękart wojny lubiący korzystać z życia jak za świetnych czasów pokoju. Pije, pali, ćpa na potęgę, ma kilka kochanek... a o jego egzotycznych przygodach (nawet tych łóżkowych) może opowiadać godzinami. 


Przez wrogów nazywany: "ZIELONYM DIABŁEM" od zielonego diabła namalowanego na kadłubie
Przez większość czasu znany jako: "STURMVOGEL"
Większość nazywa go jednak po prostu WERNER albo VALENTIN

POWIĄZANIA


[Mam nadzieję, że ktoś polubi Valentina. Facet nie jest taki zły. Dlaczego "Luftwaffelek"? Bo tak. Bo "Luftwaffelki fajne są :D Twarzy użycza Mario Gómez, cytat zapożyczony z "Fausta" Goethego. Bawmy się. Kreacja postaci jest zamierzona ;)
*" Diabillos" oznacza "małe diabły" po hiszpańsku.] 

151 komentarzy:

  1. (Witam ślicznie drugą postać! Widząc, ile ich masz, ogarnia mnie podziw...o: Ogarniesz tyle? W końcu na innych blogach też nie zasypiasz gruszek w popiele xD Przypominam jednocześnie, że możesz mieć tylko dwie postacie! Nie mam pomysłu wprawdzie na wątek z Weroniką, ale może z moją nową postacią coś wymyślimy ;> )

    Weronika de Sevigny

    OdpowiedzUsuń
  2. [Wielkie brawa za sam wizerunek :D Zapraszam do moich chłopaków :D]

    OdpowiedzUsuń
  3. [O, nowa postać :) Na razie nie proponuję wątku, bo mam ich sporo i ledwo daję radę, ale może kiedyś..?]

    ~ Otto / Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  4. [ok.]

    Oderwanie się trochę od problemów było dla mnie istnym błogosławieństwem. Wyjście do baru, gdzie można było napić się dobrego piwa także. A i towarzystwo nie było takie najgorsze. Umówiliśmy się z Maxem w tym barze. Jednak każde z nas przyszło osobno. A w barze już zasiedliśmy razem. Wypiliśmy kilka kolejek. Nie za dużo i nie za mało. Tak w sam raz. Tak, aby czuć to miłe uczucie błogostanu i odprężenia. Około północy postanowiliśmy wrócić w miarę bezpieczne miejsce. To znaczy się do domu Maxa. Przyjście w takim stanie (nawet lekkiego upojenia) mogłoby doprowadzić Elsę do zawału. Lepiej nie ryzykować aż tak bardzo.
    Szliśmy więc uliczkami, jednak tak, aby nikomu nie rzucać się w oczy. Do naszych uszu dotarły przeraźliwe wrzaski. A raczej piosenki. Geez... Jak już ktoś ma zamiar tak fałszować to lepiej, aby wcale nie śpiewał.
    - Ktoś wyje jak zarzynana kura. - Stwierdziłem, na chwilę się do niego tuląc, a później odsuwając się. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążyłem, bo o to właśnie padłem pod ciężarem jakiegoś pijanego jegomościa. - Kurwa, co jest? - Wyrwało mi się z ust. Max przyjrzał się dwóm typkom i był wielce niepocieszony.
    - Co to do cholery jest podporuczniku Muller? - Zapytał groźnie Max. Podporucznik nic nie odpowiedział, próbując postawić na nogi swojego kompana. Swoją drogą dziwnie to musiało wyglądać, kiedy ten na mnie leżał, a ja wierzgałem nogami jak opętany, próbując go z siebie zrzucić. W końcu się udało, a ja odetchnąłem głęboko.
    - A co to za śliczny chłopaczek? - Zapytał nieco podpity Muller. Wstałem z ziemi szybciej niż zamierzałem. Byłem z deka zaskoczony tym wszystkim.

    Cesare

    OdpowiedzUsuń
  5. - Ty mi tutaj Pana Boga nie mieszaj w to i lepiej módl się, aby ten twój Pan Bóg miał was w swojej opiece. - Prychnął porucznik. - Jak zaraz obaj się nie zamkniecie to postaram się o natychmiastowe wysłanie was na wschodni front. - Odpowiedział im Ross, co chyba obu panom nie przypadło do gustu. - Czy tak powinien wyglądać niemiecki żołnierz? Łażący na czterech, zalany w trupa i śmierdzący wódką? - Spojrzał z pogardą na nich. - To hańba taczać się w błocie w mundurze panie lotnik. - Zmroził go gniewnym spojrzeniem. - Wstyd mi za ciebie Muller. - Powiedział chłodno. - I się za to rozliczymy. A z tobą pogada twój przełożony. - Rzucił do leżącego niby lotnika. Max słuchał tego co mówi leżący lotnik, kiwając przy tym głową. - Oczywiście, że go znam. - Odpowiedział Ross. - No i masz pecha panie kolego, bo właśnie ten "skurwysyn jakich mało" stoi przed tobą. - Max jak zawsze był spokojny. - Zamknij się palancie, bo co sobie inni o tobie pomyślą. - Burknął do rozgadanego pijanego żołnierzyka. - A ty dokąd idziesz Muller? - Zapytał, zerkając na drugiego. - Ja jeszcze z tobą nie skończyłem. - Wskazał palcem, aby tamten podszedł i pokazał mu również, gdzie ma stanąć. Hans pokornie stanął przed Rossem. - A ty podobno dzisiaj jeszcze chory obłożnie byłeś, prawie że umierający. Widzę, że zmartwychwstałeś Muller. - Spoliczkował go. "Zostanie pewnie mu na kilka dni czerwony ślad. " - Przemknęło mi przez myśl. Drugiego zaś wziął za karmany (pewnie dosyć boleśnie) i postawił na nogi. Zastanowił się przez chwilę. - Nie odeślę was teraz do drużyn, bo zrobicie więcej rabanu niż to komu potrzebne. Idziemy.
    - Ale panie poruczniku... - Zaczął Hans.
    - Ty mi tutaj teraz nie "porucznikuj" Hans.
    Szliśmy kilka, jak nie kilkanaście, minut w milczeniu, by dojść przed posiadłość Rossa. Co rusz czułem na sobie spojrzenie Hansa. Było to dla mnie dosyć krępująca sytuacja.
    - Dzisiaj tutaj się prześpicie. Tylko nie zabrudzić mi niczego, bo sami będziecie sprzątać. - Powiedział Max. Wyszedł na chwilę gdzieś.
    - Czy on... - Zaczął cicho Hans.
    - Ma dzisiaj dzień dobroci, ale lepiej tego nie wykorzystywać. Nie wiadomo kiedy mu się to odwidzi. - Poinformowałem obu mężczyzn.
    - A ty kim jesteś?
    - To samo mógłbym zapytać się o to pana. - Odparłem. - Ten pijany w trzy dupy to lotnik z tego co słyszałem. - Zerknąłem uważnie na niego.
    - Nie odpowiedziałeś mi na pytanie. - Hans chyba trochę się zniecierpliwił.
    - Jestem siostrzeńcem Maxa. - Odparłem. Z Maxem na to się umówiliśmy. Miałem tylko nadzieję, że tamci nas wcześniej nie widzieli. Mogłoby być wtedy po prostu krucho. - Jestem Cesare.
    - Julius?
    - Nie. Po prostu Cesare.
    - Ładnie. - Usłyszałem w odpowiedzi.
    - Imię jak imię. - Stwierdziłem. Wtedy wrócił Max.
    - Dzisiaj śpicie tutaj. Jutro macie stawić się o ósmej w waszych jednostkach. Będziecie mieli spotkanie z waszymi przełożonymi. Czy wszystko jasne? - Zapytał tamtych. - Co ty tam bełkoczesz panie lotnik?
    - Mówi, że wszystko zrozumiał. - Odpowiedziałem za niego, nieco kłamiąc, bo tamten coś bełkotał o "niebieskich Jezusach i Maryjkach".


    [Tak myślałam, że może by zrobić tak, że może Hansowi albo Valentinowi Cesare wpadłby w oko i mimo, że wie co za takie coś grozi to będzie próbował jakoś rudzielca zbajerować?]

    OdpowiedzUsuń
  6. Alexander Schenk von Stauffenberg5 października 2016 07:33

    (Przybywam z iście hrabiowskim powitaniem! :D Wątek z Alexandrewm widzę jasny: żona w Luftwaffe, powiązania lotnicze, Valentin mógłby ją znać...i nie tylko ją, bo Hannę Reiss - pilotkę Hitlera też, no i mogliby rozmawiać o tym, spotykać się często na popijawach, może nawet Valentin byłby świadkiem na ślubie hrabiego i hrabiny Schenk-Stauffenberg? Przy czym pewnego dnia Valentin dostałby tajemniczy list, w którym Alexander prosiłby o spotkanie. Gdy przyszedłby, na miejscu byłby...hrabia usiłujący popełnić samobójstwo ;> Co ty na to? )

    Alexander

    OdpowiedzUsuń
  7. Max tego poranka nie mógł obudzić dwóch towarzyszy, których przyjął do siebie na noc. O czwartej trzydzieści nad ranem zadzwonił do niego telefon. Sprawa była na tyle ważna, że nie czekał z tym. Praktycznie natychmiast zerwał się z łóżka. Mnie zaś (zaspanemu o wyglądzie rozczochranego kurczaka) polecił, abym później obudził tych dwóch pijanych gamoni. Zerknąłem na zegar, który wskazywał piątą nad ranem. Uznałem, że nic złego się nie stanie, jeżeli pokimam sobie jeszcze przez godzinę. Tym bardziej, że w łóżku było ciepło, przyjemnie i nie piździło wiatrem. O szóstej zadzwonił budzik. Jako iż nie miałem tutaj za wiele swoich rzeczy to nałożyłem na siebie mundur Maxa. Przynajmniej było mi w nim ciepło. A poza tym Max pozwalał mi go nosić. A dokładniej wtedy, kiedy było mi zimno. I tak więc poszedłem obudzić dwóch mężczyzn. O ile pierwszy przywitał mnie bardzo miło, tak drugiego nie chciałbym drugi raz budzić.
    - Nie krzycz tak głośno. Głuchy jeszcze nie jestem. - Odpowiedziałem mu, odchylając się od niego i machając sobie dłonią przed nosem. - Kuźwa... Wali od ciebie gorzej niż z gorzelni. - Jestem Cesare. - Odpowiedziałem mu. - I przyszedłem ciebie obudzić słonko. - Powiedziałem z ironią. - Tak się schlałeś, że aż film ci się urwał. I wczoraj chyba trochę obraziłeś pana porucznika, a mojego wuja, Maxymilliana Rossa. Dzisiaj o ósmej macie stawić się u swoich przełożonych w celu złożenia wyjaśnień za wasze wczorajsze karygodne zachowanie. Poza tym jesteście w domu porucznika Rossa. No i był i nadal jest na was delikatnie jakby to ująć... Wkurwiony. - Tamten wstając, znowu mnie przewrócił. - Kurwa mać! Znowu? - Jęknąłem cicho, masując swoje cztery litery. - Ja rozumiem, że może jestem niższy wzrostem, jak i stopniem, ale takie traktowanie to już jest lekka przesada. - Spojrzałem na niego niezadowolony.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wstałem, chwytając jego dłoń. W przeciwieństwie do mojej była taka przyjemnie ciepła. Zaraz jednak wróciłem na ziemię.
    - Obrazić jego to gorzej niż grać w pokera z samym diabłem. - Stwierdziłem, patrząc uważnie na niego. - Myślę, że z takim podejściem to szybko zyskasz więcej wrogów niż sojuszników. - Powiedziałem, zerkając to na jednego to na drugiego. - Jeżeli mam coś poradzić to... Lepiej, abyście obaj się pospieszyli. Z tego co wiem, to wasi dowódcy są wkurzeni na was. Im szybciej to odbębnicie tym lepiej dla wszystkich.
    - A może Cesare dałby się namówić na jakąś kawę popołudniu? - Zapytał ni z tego ni z owego Hans. - No jak mój przyjacielu?
    - Nie. Cesare nie da się namówić na "jakąś kawę popołudniu". I nie przypominam sobie, abym z panem brudzia pił, że nazywa pan mnie swoim przyjacielem. - Odparłem. - Czas panom ucieka.
    Niedługo potem nie było już Hansa tutaj.
    - Okręt? Skąd ty tutaj okręt weźmiesz? Morze jest daleko. - Nie skojarzyłem na początku do czego zmierza. Zmarszczyłem brwi, przyglądając mu się. - Piłeś to nie latasz. - Rzekłem. - Pospiesz się to zawiozę ciebie na miejsce.
    O dziwo Voss przystał na moją propozycję. Pojechaliśmy. O ile tak to można było nazwać. Dopiero niedawno udało mi się wyrobić przyzwolenie na prowadzenie samochodów. No i nie było tak tragicznie. Nie tak tragicznie jak ostatnim razem. Teraz tylko kilka razy o mały włos kogoś tam nie rozjechałem. Kilka razy o mało nie wlecieliśmy na drzewo, latarnię, krzaki, dodaj coś od siebie. Trochę nami machało, kiedy tak sobie jechaliśmy. Ale co najważniejsze...
    - Jesteśmy już na miejscu. Znaczy się ty jesteś. Ja jadę dalej. - Zostawiłem go pod gmachem. Lotnik wyglądał tak jakby zaraz miał na zawał zejść.

    OdpowiedzUsuń
  9. Alexander Schenk von Stauffenberg6 października 2016 08:23

    (Wątek miałby miejsce jesienią 1942, konkretniej mówiąc we wrześniu. Valentin ma akurat wolne, dochodzi do siebie po popijawie z przyjaciółmi. Przychodzi ktoś do niego albo sprawdza skrzynkę i znajduje list o tajemniczym wydźwięku, napisany ewidentnie Alexandrowym pismem. List ów podeślę na GG. Tak jak była umowa, ty zaczynasz. :3 )

    OdpowiedzUsuń
  10. Z braku zajęć i obowiązków spotkałem się dzisiaj ponownie z Maxem. Odkąd Martin gdzieś wyjechał to dali mi wolne. Trochę się temu dziwiłem, ale skoro tak wyszło, no to niech im będzie. Nie będę się przecież sprzeczał. Wyszliśmy na piwo do jakiegoś baru. Piwo zawsze brzmi dobrze, o ile się z nim nie przesadzi.
    Przy drugim piwie usłyszałem znajomy głos. Max tylko pokręcił z politowaniem głową. Odwróciłem głowę i zobaczyłem jego... Znaczy się Vossa. Dlaczego mnie to nie zdziwiło, że go tutaj widzę? Wczorajsza noc mówiła sama za siebie. Zaraz jakiś gość podszedł do Maxa i ten z nim wyszedł. Jakaś pilna sprawa. Max dał mi pieniądze na uregulowanie rachunku i abym sobie jeszcze mógł coś kupić, a później wrócić jakoś do domu. I tak zostałem sam. Dopiłem swoje piwo, po czym miałem zamiar udać się do toalety i wrócić do domu. Samemu jakoś nie szło pić.
    Wracałem właśnie z toalety, chcąc zapłacić rachunek, kiedy usłyszałem, że ktoś mnie o coś pyta.
    - Może przysiądziesz się do nas? - Zapytał jakiś wielkolud o jasnych włosach. W porównaniu z nim to ja byłem chucherkiem.
    - Nie, dziękuję. Właśnie i tak miałem już wracać. - Odpowiedziałem. Moja odpowiedź chyba nie zadowoliła podpitego mężczyzny.
    - To jest rozkaz szeregowy. - Odpowiedział mi.
    - Nie jest pan moim przełożonym, aby wydawać mi rozkazy.
    W tym momencie ktoś mnie posadził na krześle. A raczej zmusił, abym usiadł, cisnąc mnie mocno w dół za barki.
    - Dobrze. Niech będzie, ale tylko na jedno piwo, bo nie mam zamiaru się później tłumaczyć przed przełożonymi. - Stwierdziłem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Siedzialem miedzy nimi i zastanawialem sie co ja tutaj robie. Nie znalem ludzi, powinienem zwijac sie do domu. Nie wiedzialem o czym tak wlasciwie rozmawiaja. Dlatego tez siedzialem cicho i pilem piwo. Co jakis czas im przytakiwalem. Czasami odlatywalem myslami gdzie indziej. Wtedy jak ktos cos do mnie mowil to tylko usmiechalem sie i mialem nadzieje, ze to nie bylo pytanie.
    - Czeste picie skraca zycie. Chyba, ze masz jakies wschodnie korzenie czy cos. Wtedy to jest odstepstwo od normy. - Stwierdzilem, upijajac lyk piwa. Bylo calkiem znosne w smaku. Chociaz chyba bardziej wolalem wodke. Ale lepiej nie mieszac alkoholi. Pozniej to zle sie konczylo.
    Dopilem piwo do konca po czym oswiadczylem wszem i wobec zebranych, ze na mnie juz pora. I tak malo udzielalem sie w rozmowie. Tym razem nawet "sposoby dyplomatyczne" nie pomogly. Wyszedlem z lokalu, patrzac sie w niebo, kiedy zaczal padac deszcz.
    - Szlag by to trafil. - Stwierdzilem, zakladajac kurtke na siebie i kaptur na glowe. Poszedlem przed siebie. Jednak po jakims czasie zauwazylem, ze ktos za mna podaza. Odwrocilem sie niespodziewanie.
    - Myslalem, ze znowu upijesz sie w trupa. - Powiedzialem, widzac Vossa.

    OdpowiedzUsuń
  12. - Urwal ci sie film. Ledwo co laziles. Padles na ziemie. Rzeczywiscie nie byles zalany. - Przewrocilem teatralnie oczami. Deszcz zaczal mocniej padac. Zastanawialem sie czy aby gdzies tego nie przeczekac. Ale zawsze tez moglo zaczac padac mocniej. Mialem kawalek do siebie. I to calkiem spory. Tak samo do domu Maxa. Przez chwile rozwazalem jego propozycje. W sumie to nie widzialem w tym czegos zlego.
    - Wole, kiedy zwracaja sie do mnie po imieniu. - Usmiechnalem sie do niego lekko. - No to w takim razie przyjme zaproszenie. - Odpowiedzialem mu. - Fakt. Wczoraj tedy szlismy. Ale to droga do domu porucznika a nie do mnie. - Cos mnie podkusilo i wskoczylem w kaluze. Nieco ochlapalem przy tym Vossa. Zasmialem sie cicho, widzac jego mine. - Usmiechnij sie. - Rzucilem do niego wesolo.

    OdpowiedzUsuń
  13. - Chyba wole nie wiedziec jak wyglada to twoje "bywalo gorzej". - Stwierdzilem, smiejac sie dzwiecznym glosem.
    Weszlismy do jego mieszkania. Bylo tutaj calkiem przyjemnie. Sucho przede wszystkim i cieplo. Zerknalem na niego, kiedy o cos mnie zapytal.
    - Tak. Poprosze o recznik. - Odpowiedzialem mu, sciagajac z siebie kurtke. Nie przypuszczalem, ze az tak bardzo zmoklem. Normalnie tak ze mnie cieklo, ze mozna byloby mnie wykrecac jak gabke. - Jak moge to poprosze o herbate. Kawe zostawmy na rano. Dziala na mnie troche pobudzajaco. - Chociaz w sumie to i tak nawet po kawie bylem senny. Wzialem od niego recznik i wytarlem moja ruda lepetyne. Po chwili jednak ziewnalem dyskretnie. Jak tutaj nie zasne to bedzie cud. Spojrzalem przez okno. Lalo jak z cebra. Gdzies nawet zagrzmialo i blysnelo tak, ze az odskoczylem momentalnie od okna.

    OdpowiedzUsuń
  14. - Dzięki. - Posłałem mu szeroki uśmiech. Posłodziłem trzy łyżeczki. Dość bogato, jak na takie czasy. Ale cóż zrobić, że lubiłem słodycze? Nawet herbata u mnie musiała być słodka. Sam się dziwiłem, że jeszcze mi zęby nie odpadły od nadmiaru cukru. Jedyne jakie mi powypadały to były mleczaki. Dawno temu. - Co? - Wyrwałem się z zamyślenia. - Nie. Mam zamiar dzisiaj wrócić do mieszkania. - Odpowiedziałem mu. Na zewnątrz znowu błysnęło i zagrzmiało. Deszcz ponownie przybrał na sile. Szlag by to jasny trafił i krew nagła zalała.
    - Tak jakby od początku jestem tutaj w Warszawie. - Odpowiedziałem mu. - Miałem teraz ponad rok przerwy i wróciłem. - Starałem się mówić niewiele i nie zdradzać tego po sobie, że temat był nadal dla mnie drażliwy. - Dawne dzieje niewarte uwagi. - Stwierdziłem, upijając herbatę. Uśmiechnąłem się, czując jak ciepło rozchodzi się wewnątrz mnie. - Dobra wyszła tobie ta herbata. - Wyszczerzyłem się do niego. Zaraz podniosłem się i podszedłem do swojej kurtki, która suszyła się. Z wewnętrznej kieszeni wyciągnąłem zapakowane w torbę ciastka i cukierki. - Częstuj się. - Powiedziałem, biorąc okrągłego herbatnika w polewie czekoladowej z dziurką w środku. Zaśmiałem się cicho, widząc, jak ten przygląda się swoim spodniom. Tak, było to dla mnie zabawne. Miałem wręcz zaciesz jak małe dziecko.
    Kiedy wrócił mój wzrok spoczął na jego widocznym skrawku tatuażu.
    - Fajny. - Stwierdziłem. - Ma jakieś znaczenie, czy to tylko kaprys chwili był? - Zapytałem się go. - Gdybyś wczoraj tak bardzo nie był pijany to byś wiedział jak mam na nazwisko. - Neumann. Cesare Neumann. - Zerknąłem na niego. Dłonią przeczesałem wilgotne włosy, które miejscami opadały mi na oczy. - Max mówił coś o tym, że jesteś lotnikiem. Nie wiem kto ci by pozwolił latać samolotem na kacu. - Powiedziałem półżartem, półserio. - Ja zdecydowanie chyba wolę mieć grunt pod stopami. Ewentualnie pływać mógłbym. - Co prawda nigdy nie latałem, ale w moim przypadku lepiej byłoby, abym losu niepotrzebnie nie kusił.

    OdpowiedzUsuń
  15. - Kiedy u nas zabrakło cukru to razem z Elsą rozpuściliśmy cukierki w herbacie. Nie było aż takie tragiczne w smaku. No może oprócz tego, że kawałki orzechów plątały nam się między zębami. - Zaśmiałem się cicho pod nosem. - W porównaniu e mną to jesteś już po prostu stary. Ale nie tak stary jak Max. - Zachichotałem, po czym zjadłem ciastko. Geez... Słodycze to mógłbym jeśc tonami. - Być może. Ostatnio nauczyłem się, że lepiej teraz nie sypać nazwiskami. Przynajmniej nie na pierwszym spotkaniu zapoznawczym. - Powiedziałem półżartem, półserio. - Całkiem nieźle. Moja matula nie była aż tak pomysłowa, aby dać mi drugie imię, ale często mnie nazywała Julkiem. Ale do Julka mi cholernie daleko. - Zażartowałem. - Mówisz, że szerokie pole do popisu... Tin... Tin brzmi fajnie. - Uśmiechnąłem się do niego. - Wybacz, trochę się zawiesiłem. - Stwierdziłem. - A tatuaż niczego sobie.

    OdpowiedzUsuń
  16. - Hubert brzmi nawet dobrze. - Zasmialem sie cicho pod nosem.- Jak przezyjesz wojne. - Stwierdzilem, kiedy zaczal mowic o zrobieniu sobie tatuazu na szyi. Dopilem herbate. Jak mi sie cholernie chcialo spac. Ostatnio jakos szybko zasypialem. Ale tez potrafilem zasnac w kazdym mozliwym miejscu. To bylo dosyc dziwne. Chyba trzeba bedzie na ten temat pogadac z lekarzem. Przymkalem oczy i wsluchiwalem sie w cisze. Sam nie wiem kiedy, ale po prostu przysnalem. Na siedzaco. Ocknalem sie, kiedy ktos mnie szturchnal. Dopiero po kilku szturchnieciach sie ocknalem.
    - Nie, ja nie spie. Ja ogladam powieki. - Powiedzialem zaspanym glosem.

    OdpowiedzUsuń
  17. - Mysle, ze moglbym wziac o ile rzeczywiscie pomaga. - Stwierdzilem. Przeciez chyba nic mi sie nie stanie od jednej tabletki. Gdyby chcial mnie zabic to juz dawno by to zrobil. Mial tyle okazji przeciez do tej pory. Dlaczego musialem o tym teraz pomyslec? - Masaz? - Zapytalem ni to siebie ni to jego. Jeszcze do konca nie jarzylem. Tak jak po drzemce albo konkretnym spaniu. - Moze byc. - Wzruszylem ramionami mimowolnie. - Ale wlosy zostaw w spokoju. Wiem, ze mam fajne, rude i kusza do czochrania, ale potem wygladam jak napuszony kurczak. A przynajmniej na glowie. - Zasmialem sie serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Po kilku minutach odczulem dzialanie tabletki. Odrchcialo mi sie spac. Czulem sie tak jakbym mogl gory przenosic. - Skuteczne sa te twoje lekarstwa. - Stwierdzilem, usmischajac sie delikatnie pod nosrm, kiedy ten mnie masowal. - Calkiem niezly jestes w te klocki. Czy sa jeszcze jakies inne rzeczy, w ktorych jestes dobry? - Zapytalem sie go, poszerzajac swoj usmiech. Werner wygladal interesujaco. Nawet, jezeli byl pod wplywem alkoholu. Szybko jednak probowalem sie pozbyc tych mysli. Przeciez za to miedzy innymi (a raczej za podejrzenia o to) wyslano mnie do obozu do Frankfurtu nad menem. Nie chcialbym tam ponownie wyladowac. - Nigdy jakos nie zauwazylem, aby kobiety byly zainteresowane mna. Poza tym ja sam nie bylem jakos nimi zainteresowany. Na dodatek sa klopotliwe. A poza tym... to chyba jest najwazniejsze... Nie ufam nikomu kto przez piec dni co miesiac krwawi i to mocno i nie umiera. - Stwierdzilem. Zaraz jednak zaczalem sie smiac. - Faceci? To chyba nie jest akceptowane. - Powiedzialem nadal sie smiejac. Az trudno byloby stwierdzic czy mowie to na powaznie. A ja nadal chichralem sie jak opetany. Normalnie chyba dostalem glupiego Jasia.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Nie poszkodzi to mi? - Zapytalem sie go niepewnie. - Najpierw piwa, pozniej leki a teraz wodka... - Spojrzalem uwaznie na mezczyzne. Ale skoro dla niego nie poszkodzilo to moze i ze mna obejdzie sie laskawie. Chwycilem kieliszek w dlon i wypilem. Skrzywilem sie lekko przy tym.
    - Ja pierdziele. - Stwierdzilem. Palilo mnie od srodka. - Ostatni raz taka pilem jeszcze przed wojna. Macocha czestowala. Ze Zwiazku Radzieckiego jest to i zna sie na rzeczy. - Powiedzialem do niego. - Jezeli chodzi o kobiety to pewnie jakss kiedys sobie znajde. Ale nie teraz. Po wojnie. Zbyt czesto ocieram sie o smierc. Nie chce zrobic z zadnej wdowy. - Wypilem drugi kieliszek. Tak jak i pierwszy bez zapijania. Ciastkiem przegryzlem za to. I chyba mnie nieco wcielo po tym drugim. Nie to nie byl moj dzien na picie. A w sumie... polalem po kieliszku.
    - To za co teraz pijemy? - Zapytalem sie go.

    OdpowiedzUsuń
  20. - Pijemy dalej. - Stwierdzilem. - Jak juz zaczelismy i jakos nam to idzie. - Usmiechnalem sie lekko do niego. - Ale teraz to ja poprosze o zapitke, bo daleko bez niej nie zajade. - Powiedzialem zerkajac na niego. - Eee... - Zajaknalem sie przez chwile. - Rzadko kiedy ktos mi cos takieho mowi. A co? Podoaja ci sie? - Zapytalem. Po wodce robilem sie odwazniejszy i czesto przychodzily mi glupie pomysly (bez tego tez, ale wtedy mialem jskies zahamowania).

    OdpowiedzUsuń
  21. Troche mnie przerazil tym gadaniem o oczach i duszach, ale kolejny kieliszek sprawil, ze szubko o tym zapomnkalem.
    - Ja tam lubie czytac ksiazki. - Usmiechnalem sie do niego. Jakos to nam zeszlo. Jutro bede jeczec od kaca. To bylo pewne jak dwa razy dwa. - Chyba nie rozumiem pytania. - Odpowiedzialem mu, przygladajac sie jemu. Kiedy zetknelismy sie czolami poczulem sie tak jakos dziwnie. Przez moment zapomnialem jak sie oddycha. - Trudno powiedziec. - Baknalem nieco pijanym tonem glosu, odpowiadajac mu. - Nie powinienes tego brac. Niedawno to brales. Serce ci wysiadzie i co ja wtedy z toba zrobie? - Zapytalem sie Tina. Zastanowilem sie przez chwile. - Lubie twoje oczy. - Steierdzilem.

    OdpowiedzUsuń
  22. Sam nie wiem dlaczego, ale odwzajemnilem pocałunek. Nawet mi się to, o zgrozo, podobało. Tak nie powinno być, tak krzyczał mój rozum, ale krzyk ten ucichl, kiedy wypił kolejny kieliszek wódki. Czułem jak robi mi się gorąco. Nie zdziwiłbym się, gdybym teraz miał na twarzy czerwone rumience. I nie wiem czy to dlatego, że było mi ciepło, czy dlatego, że się czegoś wstydzilem, czy też dlatego, że mi się to podobało. Chociaż to ostatnie ciężko i opornie do mnie dochodziło.
    - Ja... - Zajaknalem się. - Zaskoczyles mnie. - Powiedziałem. Z tego wszystkiego sięgnąłem po kolejny kieliszek z wódka. To dodał mi jakiejś odwagi. Podszedłem do niego. Na kciuku unioslem jego podbrodek, spojrzałem w oczy i pocałowałem go. Najgorsze (a może i najlepsze) w tym wszystkim było to, że mi się to podobało coraz bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  23. Dlaczego? Dlaczego musiałem to zrobić? Jak zwykle to był głupi, o ile nie najgłupszy, pomysł w całym moim dotychczasowym życiu. Gdy mnie wtedy pocałował powinienem udać, że to nie miało miejsca. Jakoś to olać... Powiedzieć coś konkretnego. Coś zrobić. Najlepiej to wyjść od razu i zaszyć się w jakimś bunkrze. Ale nie! Ja jak zwykle musiałem coś cholernie głupiego wymyślić, ubzdurać sobie w tym moim rudym łbie. A co jeżeli ktoś go podstawił, aby sprawdzić mnie? Nie, to chyba nie. On sam zostałby wysłany razem ze mną. Albo do obozu, albo od razu pod mur. Z dwojga złego wolałbym już chyba to drugie. Mniej i krócej boli.
    "Wiesz, że nie powinniśmy"... Te słowa sprawiły, że w jednej chwili wytrzeźwiałem tak o jedną czwartą. To wszystko było śmieszne. Prawie jak przewracanie kostek domina. Jedną trącić i cała lawina zdarzeń idzie za jednym małym pstryknięciem palca.
    - Wiem o tym. - Odpowiedziałem po jego kolejnym pocałunku. - Tylko, że pomimo iż to jest nieodpowiednie... Ja... Mi... To jest przyjemne. - Powiedziałem mocno speszony i tym razem już czerwieniąc się na całej twarzy. Złożyłem pocałunek na jego ustach. Teraz to już na serio ukręciłem sobie sznurek na szyi. Co ja najlepszego zrobiłem? Chociaż z drugiej strony przypomniało mi się zaraz jak to było z Maxem. Robiliśmy to praktycznie pod nosem wszystkich i nikt nic się nie zorientował.

    OdpowiedzUsuń
  24. Teraz to jednak dopiero ruszyła maszyna. Chciałem nawet przez moment zwiać, ale jak na złość mój umysł nie ogarnął tego szybko. A jeżeli już ogarnął to nogi odmówiły posłuszeństwa. A żeby to tylko nogi!
    Odgiąłem nieco głowę, aby dać mu większy dostęp do mojej szyi. Czułem jak podniecenie we mnie rośnie. "Ale przecież nikt nie musi o tym wiedzieć, Cesare." - Szepnął mi w głowie jakiś cichy głosik. Niechcący przycisnąłem go do siebie. Teraz to dopiero czułem, jak mało miejsca mam w spodniach. Dyskretnie spojrzałem w dół. I zobaczyłem, że nie tylko ja taki stan uzyskałem. Oddychałem głośno i głęboko, trochę ciężko. Ale mimo wszystko to było przyjemne uczucie. Coś jakby mi w środku przyjemnie zasysało żołądek. Powoli położyłem dłoń na jego kroczu i zacząłem masować. Raz szybkimi ruchami, a raz wolniejszymi. Tak na przemian. Sam zaś za którymś jego dotknięciem tłumiłem jęk. Nie chciałem, aby ktoś niepowołany nas przypadkiem usłyszał.
    - Proszę cię... - Wyjęczałem mu cicho do ucha. - Zróbmy coś z tym, bo ja zaraz chyba oszaleję. - Przymrużyłem oczy, wzdychając przyjemnie. Co jakiś czas dogadzałem mu ręką. Przecież obu nam ma być przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
  25. Pomogłem mu. Byłem ciekaw, czy jutro będzie coś pamiętał. Jeżeli nie, to też dobrze. Przynajmniej unikniemy tych krępujących rozmów. A jeżeli będzie pamiętał to po prostu uzgodnimy, że zapominamy o tym. Że to nie miało wcale miejsca. Tak chyba byłoby najlepiej.
    Całowałem go, przyciągając go do siebie. Ale nie było w tym żadnego uczucia. Po prostu chęć uzyskania jakiejś przyjemności. Sądzę, że w jego przypadku było pewnie podobnie. Pocieszała mnie także myśl, że "dzieci z tego nie będzie".
    Poczułem, jak próbuje we mnie wejść. Miał jakieś chyba trudności. Patrząc na jego twarz, zauważyłem, że jego oczy są zamglone. Jakby takie nieprzytomne. Nakierowałem go. Chciałem mieć już to za sobą.
    ***
    Po jakimś czasie nadszedł finał. Chyba obaj byliśmy zadowoleni. Poszedłem koślawym krokiem do łazienki i się ogarnąłem. Niedługo potem wróciłem do łóżka, gdzie zasnąłem. Tak po prostu zasnąłem. Pomimo, że z jakieś dwie godziny temu brałem tą tabletkę co mi dał Valentin.
    ***
    W nocy miałem koszmary. Bardzo realistyczne koszmary. Wierzgałem się po łóżku, gadałem coś, chyba też krzyczałem. To było okropne.
    - Nie, tylko nie Frankfurt... Błagam... Max zzrób coś... - Mówiłem przez sen, by w końcu obudzić się wystraszony i zlany potem. A później doszło do mnie, że to tylko sen. Wróciłem do spania. Obudziłem się dopiero rano. Średnio pamiętałem co działo się nocą. Głowa mnie bolała jak cholera. Na dole z resztą też. Chciałem się poruszyć, ale byłem w uścisku. Mocnym dosyć. Wtedy przypomniałem sobie wszystko. Potem też zorientowałem się, że Voss już nie spał.

    OdpowiedzUsuń
  26. - O Matko Bosko Jedyno i Jezusku slodki w morelach... Ale mnie glowa napierdziela. - Jeknalem glosno i zlapalem sie za glowe. Myslalem ze mozg mi sie powiekszyl i uciskal na banie a potem sie wylal. Ale nic takiego sie nie stalo. Po prostu mialem kaca. Kac morderca nie ma serca. I jeszcze tak bardzo mi sie spac chcialo. Kimnalbym sie jeszcze, ale nie bylem u siebie. A nie chcialem naduzywac jego goscinnosci. Poza tym wypadaloby sie pokazac Elsie. Raczej trudno byloby, aby padla na zawal, ze mnie tyle nie bylo, ale jednak martwila sie o mnie. A ja o nia. Poza tym mielismy miedzy soba cos w rodzaju umowy. - Wczoraj jeszcze lubiles, kiedy na ciebie sie patrzylem. Jestes bardziej zmienny niz kobiety w ciazy. - Powiedzialem polzartem , polserio. - Tak. Tak bedzie dla nas najlepiej. Zapomniec o tym wszystkim. - Walnalem sie znowu na lozko. - Dzisiaj mam wolne i daj mnie spac. - Ziewnalem po czym przykrylem sie koldra az po same uszy i opatulilem sie niczym jakas gasienica w kokon. Ale nie bylo mi to dane. Valentin jakos ulomnie probowal sciagnac ze mnie koldre. Po jakims czasie kiedy juz milo sobie drzemalem zdarl przykrycie ze mnie. - Jestes nieludzki. - Powiedzialem do niego. Zaraz jednak podnioslem sie, wolac nie widziec moich poczochranych wlosow. Oczy nadal lepily mi sie do spania. Na szczescie gatki mialem na sobie. I w tym momenvie przypomnialem sobie cos istotnego. - Masz moze jeszcze te swoje tabletki na wzmocnienie? - Zapytalem sie go. Musialem jakos dotrzec do domu i nie zasnac po drodze. Moglby to byc klopot. I to calkiem spory.

    OdpowiedzUsuń
  27. - Nie znasz go za dobrze. - Stwierdziłem. - Z jednej strony potrafi prowadzić różne psychologiczne gierki, by zupełnie nieświadomy przeciwnik złamał się pod jego wpływem. A z drugiej potrafi też siłą zmusić do mówienia. Sam nie wiem, która z metod jest gorsza. - Spojrzałem na niego uważnie. Chwyciłem tabletkę i szybko ją spożyłem. - Dziękuję. - Odpowiedziałem mu, zbierając powoli swoje ubrania i ubierając się. - Jezu... Ale od nas wali wódą. Gorzej niż w jakiejś melinie. - Skrzywiłem się. - Ty po tym jakoś jeszcze dobrze się trzymasz. - Rzuciłem do niego. - Nie sądzę, aby jedna czy dwie mi zaszkodziły. - Uśmiechnąłem się delikatnie w jego kierunku. Zaraz po kilku minutach ogarnąłem się i wyszedłem. Czułem w sobie taką moc i energię, jakiej chyba nigdy w życiu nie miałem okazji poznać. Do domu doszedłem na piechotę, mimo iż był to całkiem spory kawałek drogi. Aż sam się zdziwiłem.
    ***
    Około popołudnia uciąłem sobie drzemkę. Ze snu obudziło mnie łomotanie do drzwi. Otworzyła je Elsa. W drzwiach stał jakiś mężczyzna wypytujący się o mnie. Wstałem z łóżka i przyjrzałem się mu. Wyglądał na zdenerwowanego. I tak jakby mu się gdzieś pilnie spieszyło. Albo jakby ktoś go gonił.
    - Dobrze, że pana zastałem panie Neumann... - powiedział, po czym zaczął opowiadać mi w czym rzecz. W tym samym czasie ja się ubierałem i słuchałem go. Z jego gadania wynikało, że jakiś jego żołnierz, lotnik, dorwał kogoś z depeszami kodowanymi po rosyjsku. Ktoś tam jeszcze inny słyszał, że Rommel ma jakiegoś speca, że rozwiązuje takie coś szybciej niż inni. Po nitce do kłębka i tak doszli do mnie. Jęknąłem głośno, mówiąc, że mam dzisiaj dzień wolny, że tak nie powinni, że mogą to dać komuś innemu. To tylko rozwścieczyło tamtego, zapakował mnie siłą do samochodu i pojechaliśmy. Chyba na lotnisko. Tak, na lotnisko.
    - szybciej panie Neumann!
    - Nie mogę. - Odpowiedziałem, stojąc w miejscu. - Zgubiłem mojego buta. - Stwierdziłem po chwili namysłu nad tym "co jest nie tak".
    - Z tobą to jak z dzieckiem. - Uśłyszałem od wąsatego jegomościa.
    - Nie trzeba było tak mnie pospieszać. - Odparłem z przekąsem.
    - Kurwa mać, dostaniesz nowe, ale pospiesz się do groma jasnego! - Wrzasnął starszy.
    - Po pierwsze to proszę nie przeklinać, a po drugie nie krzyczeć na mnie. - Zauważyłem, że co niektórzy przypatrują się temu z jakimś przerażeniem. Chyba bali się tego gościa. W końcu weszliśmy do gabinetu, gdzie siedział... Voss. Wyglądał na zaskoczonego, widząc mnie.
    Wąsaty rzucił mi meldunki.
    - Rozwiąż to. - Powiedział.
    - Czy mógłbym...
    - Nie, nie mógłbyś! I tak już straciliśmy zbyt wiele czasu, bo zgubił pan buta. - Czy on musiał tak krzyczeć?
    - Nie trzeba było mnie pospieszać tak bardzo to bym go nie zgubił.
    - To jest... - Zaczął wąsaty, ale mu przerwałem.
    - My już się znamy. - Uśmiechnąłem się nikle.
    - Pan chyba nie wie kim ja jestem! - Oho, ale się rozwrzeszczał, waląc pięścią w biurko. - Ja jestem pułkownik von Denert!
    - Pan chyba nie wie nic o mnie za to. - Odparłem. - Zna pan może porucznika Rossa?
    Wąsaty przyjrzał mi się uważnie. Przytaknął.
    - To musi pan też znać i generała Rossa, ojca mojego wuja Maxa i mojej matki. - Przybrałem groźny wyraz twarzy. - Myślę, że dziadek chętnie posłucha co ma do powiedzenia jego wnuk na temat pańskiego zachowania. - Powiedziałem ostro. Stary nieco zluzował.
    - Przepraszam, ale sprawa jest nagła panie Neumann. - Powiedział spokojnie von Denert. - Ale zechce pan usiąść. I może napije się pan kawy?
    Oho, wystarczyło rzucić kilkoma nazwiskami i nagle zrobił się milusi jak pluszak. Poprosiłem o kawę. Rzuciłem okiem na meldunki. Zaraz zacząłem się śmiać jak opętany.
    - Dostaliście doskonały przepis na zupę grochową wojskową. - Odpowiedziałem, turlając się ze śmiechu.
    - Nie rozumiem... - Bąknął pułkownik.
    - Co tutaj nie rozumieć... Dorwaliście fałszywy meldunek, podczas gdy ktoś z prawdziwym zdążył już... - Zastanowiłem się przez chwilę. - ... daleko zwiać. - Wyjaśniłem mu. Von Denert rozwiszczał się na dobre. Kątem oka zauważyłem biednie wyglądającego Valentina.

    OdpowiedzUsuń
  28. [Może wątek z Curtem? Pojawił mi się pomysł nawet :D Valentin mógłby kilka razy gdzieś widzieć Magdę (bez dziecka, Kehla i obrączki) i zauroczyć się nią. Mógłby jej posyłać jakieś komplementy, ale ona będzie odtrącała jego zaloty. To osiągnęłoby zaś odwrotny skutek. Ten zamiast się od niej odczepić dowie się, gdzie Magda mieszka. Któregoś wieczoru mocno zalany w trupa Voss przyjdzie do niej do mieszkania, a tam zonk, bo Magda otwiera mu z dzieckiem na rękach.]

    OdpowiedzUsuń
  29. Kiedy chciałem wyjść von Denert prosił mnie usilnie, abym nic nie mówił wujowi i dziadkowi. Przepraszał, zarzekał się na wszystkie świętości, że więcej tak mnie nie potraktuje. Upomniałem się o nowe buty dla siebie i praktycznie od razu je dostałem. Były cieplejsze niż moje poprzednie. W ramach przeprosin dostałem jeszcze kawę i czekoladę. Kawę wymieniłem z jakimś innym żołnierzem na cztery czekolady. Bo ja kawy nie piłem, więc uznałem, że to był dobry interes. Włożyłem czekolady do wewnętrznych kieszeni swojej kurtki. W rękach zaś trzymałem pojedynczego, niezgubionego buta. Jeżeli będę miał trochę więcej szczęścia to znajdę ten drugi.
    Idąc tak zatrzymałem się na chwilę. Przykucnąłem i podniosłem coś co leżało na ziemi. Zapytałem kogoś o coś, a raczej o kogoś i poszedłem do wskazanego punktu.
    Kiedy Jakob odszedł spojrzałem na Vossa.
    - Miłe przywitanie nie powiem. - Stwierdziłem. - Następnym razem pilnuj swoich rzeczy, albo zaszyj solidnie kieszenie. - Rzuciłem mu na łóżko jego portfel, dokumenty i tubkę z tabletkami.

    OdpowiedzUsuń
  30. [Możemy zacząć też i trochę wcześniej, jeżeli chcesz. Jeśli nie to niech będzie od tego co zaproponowałeś.]

    OdpowiedzUsuń
  31. - Pewnie, że tak. But najlepszym przyjacielem człowieka. Nawet Detlef się nazywa. - Uśmiechnąlem się do niego. Kac nadal pulsował mi w głowie. - A tak na serio to liczę na łut szczęścia i na to, że uda mi się drugiego znaleźć gdzieś. Są jeszcze dobre, nigdzie nie puściły, całkiem solidna budowa... Na dodatek są bardzo wygodne, więc wiesz. - Powiedziałem, wyszczerzając się do niego. - Kaszalot? A, to nic takiego ważnego. Chciał, abym nic nie mówił wujowi i dziadkowi o tym jak mnie potraktował. Powiedziałem, że zastanowię się nad tym. - Zaśmiałem się cicho pod nosem. - Chcesz może kawałek czekolady? - Zapytałem się go. - Kaszalot dał mi kawę i czekoladę, ale ja kawy nie piję, więc wymieniłem ją na jeszcze więcej czekolad. Tyle wygrać. - Zażartowałem sobie z tego. Usiadłem na "krzesłach". - Ja po wczorajszym to w ogóle nie wiem czy żyję. Wszystko mnie boli. Dosłownie wszystko. Zaczynając od głowy, poprzez tyłek, a na nogach kończąc. - Westchnąłem. - Na dodatek on tak na mnie krzyczał, że głowa boli mnie bardziej niż rano. - Pokręciłem głową z boleścią.

    OdpowiedzUsuń
  32. [Może od momentu, kiedy Voss pierwszy raz spotyka Magdę.]

    OdpowiedzUsuń
  33. Widząc gromadzące się chmury i to, że zaraz nadejdzie zmrok przyspieszyła swoje zakupy. Kupiła najpotrzebniejsze rzeczy, a jej obecnie priorytetem było to, aby wrócić szybko do domu. Co prawda mała Maria byłe teraz pod opieką pani Skarżyńskiej, to jednak blondynka nie chciała zbyt długo męczyć starszej pani. Poza tym chciała zrobić coś pożywnego do zjedzenia dla Curta. Pewnie znowu wróci do domu zmęczony i głodny jak wilk. Kupiła ładny kawałek mięsa, pieczywo, jakieś warzywa i owoce oraz trochę nabiału. Kiedy wychodziła ze sklepu deszcz zaczął padać. Właśnie stała z zamiarem otworzenia parasola, kiedy ktoś na nią wpadł. Poleciała do tyłu, prosto w kałużę, brudząc przy tym swój beżowy płaszcz. Spojrzała groźnie na osobnika. Przecież nie tak dawno niosła płaszcz do pralni. "Nie tak dawno" czyli z jakieś cztery dni temu. A teraz znowu jest brudny.
    - Pańskie "przepraszam" płaszcza mi nie wyczyści- odpowiedziała mu kobieta, zbierając swoje rzeczy, które wysypały się z kosza. W duchu ucieszyła się, że nie miała nic szklanego w koszyku- Jak się chodzi z głową w chmurach to później widać efekty- prychnęła kobieta, wkładając już ostatnie jabłka, które poturlały się nieco dalej- Obejdzie się bez pańskiej pomocy- otworzyła parasol po czym odeszła mamrocząc pod nosem "do widzenia".
    ***
    Kilka dni później wybrała się do kawiarni. Sama, bo Marysię zostawiła pod opieką pani Skarżyńskiej. Starsza pani stwierdziła, że Magdzie przyda się gdzieś wyjść. Jak to określiła "dotlenić mózg". Pogoda była okropna, wszędzie wiało, padało i było zimno oraz nieprzyjemnie. Dlatego też poszła do kawiarni. Przynajmniej było tam ciepło i sucho. I całkiem niezły wystrój miała. Wybrała stolik w kącie, gdzie nie zwracałaby niczyjej uwagi, ale za to sama mogłaby obserwować otoczenie. Dzisiaj wyjątkowo tutaj świeciły pustki. Być może dlatego, że było wczesne popołudnie. Odgarnęła włosy do tyłu, po czym znowu upiła trochę kawy. Była całkiem niezła. Może nie tak dobra jak przed wojną, ale przynajmniej było czuć, że to kawa, a nie jakieś pomyje. Chyba dlatego lubiła tą kawiarnię. Przymknęła delikatnie oczy, rozkoszując się smakiem. Otworzyła je natychmiast, kiedy usłyszała, jak ktoś do niej się dosiada.
    - Raczej nie przypominam sobie, abym zapraszała pana do mojego stolika- powiedziała, rozglądając się dookoła- Ma pan od groma innych, pustych stolików wokół siebie- to był znowu ten sam typek co ostatnio ją przewrócił.

    OdpowiedzUsuń
  34. - Jest pan troche bezczelny, wie pan?- zapytala Magda, unoszac brew- Jezeli to ma panu pomoc to prosze, niech pan siedzi- spojrzala na niego niebieskimi oczami. Odgarnela wlosy lekko do tylu, gdyz zaczely jej opadac. Jeszcze troche a beda razem z nia pily kawe- Skoro juz pan tutaj siedzi to moze przedstawi sie pan?- zapytala go- Bo czyz to nie jest glupie siedziec z kims przy stoliku, nie znajac nawet imienia rozmowcy?- usmiechnela sie, ukazujac rzadek bialych zebow- Jestem Magda, a pan?

    OdpowiedzUsuń
  35. [Niebieskie]

    Rodzice wiedzieli, ze nie chca mnie skrzywdzic imieniem- zasmiala sie cicho- Dlaczego odnosze wrazenie, ze probuje mi sie pan podlizac?- zapytala sie mezczyzny- Niestety nie jestem ani modelka, ani aktorka. Nie nadaje sie do tego. Brak mi cierpliwosci. Ale za to podrozowalam. Razem z ojcem przed wojna. A teraz jestem tutaj- upila kawy- A ty? Zolnierz pewnie. Albo lotnik- zasmiala sie.

    OdpowiedzUsuń
  36. - Ja za czesto nie pije. Nawet jak pije to i tak w malych ilosciach. Mam po prostu slaba glowe. - Usmiechnalem sie delikatnie w jego kierunku. - A pozniej meczy mnie kac morderca. - Wzruszylem mimowolnie ramionami. - Za to znam pewna osobe, ktora moglaby pic hektolitrami wodke a i tak by jej nic nie bylo. I nie mowie tutaj o tobie. Ona jest juz konkurencja z kosmosu. - Mialem na mysli moja macoche Natasze. Ale on akurat nie musial o tym wiedziec. - Bede powoli sie zwijal. - Stwierdzilem. - I bylbym wdzieczny gdybys jednak podprowadzil mnie do wyjscia. Nie pamietam jak tam dotrzec. - Usmiechnalem sie do niego przepraszajaco.

    OdpowiedzUsuń
  37. - Moze. Ale raczej z tym lotnikiem to poznalam po butach- puscila do niego oczko. Mimo pierwszego niezbyt milego wrazenia jakie odniosla po spotkaniu jego to teraz rozmawialo jej sie calkiem milo- Mi na przyklad bardzo podobalo sie w Norwegii- usmiechnela sie wspominajac- Dziekuje- odpowiedziala rumieniac sie lekko. Poczula sie dziwnie. Jak jakis odnaleziony kwiat, o ktorym juz dawno zapomniano i teraz tchnieto w niego zycie.

    OdpowiedzUsuń
  38. - My z ojcem byliśmy zimą. Mieliśmy okazję widzieć zorzę polarną. Dlatego chyba bardziej wolę zimę- stwierdziła blondynka- Grecja jak dla mnie jest odrobinę przereklamowana, ale co kto woli. Kiedyś znowu wybiorę się do Norwegii- powiedziała, uśmiechając się- Byłeś kiedyś w Ameryce?- zapytała- Ja byłam. Całkiem miło wspominam tam pobyt, ale nie chciałabym znowu tyle płynąć. Zbyt długo jak dla mnie- dopiła kawę- Coś tam o tym słyszałam. Podobno z oczu bardzo łatwo jest odczytać emocje. Chyba, że ktoś nauczył się tak bardzo... hmm... nie wiem... Dajmy na to kłamać, że już nawet oczy tego nie zdradzają- spojrzała na niego- We wróżki to i ja nie wierzę. Kiedyś jedna wróżyła mi z ręki. Powiedziała, że będę miała bardzo dobre i ciekawe zycie. I co? Gówno prawda- nie chciała przyznawać sama przed sobą, ale po prostu czuła, że w jej małżeństwie pojawiła się nuda i rutyna. Poza tym rzadko kiedy rozmawiała z mężem. Każde z nich było zajęte czym innym. Kryzys? Nie, raczej nie. Ale brakowało jej tego co było na początku- A z resztą nieważne- uśmiechnęła się.

    OdpowiedzUsuń
  39. - Chodzi mi dokładnie o Stany Zjednoczone Ameryki- odpowiedziała mu, uśmiechając się- A jeszcze dokładniej to o Nowy Jork. Kiedy tam ostatnio byłam budowali coś ogromnego. W ogóle Amerykanie wszystko mają takie wielkie. Idziesz ulicą i czujesz się taaaaki malutki. Taki tyci- pokazała na palcach- Jak to jest widzieć to wszystko tak z góry?- zapytała z ciekawością- Zanim to wszystko się tak rozpierniczy w nalotach- wyjaśniła mu- Mnie życie przestało zaskakiwać już jakiś czas temu. Chciałabym zrobić coś szalonego, ale nie wiem czy mi przystoi- dodała z zadumą- Mam dwadzieścia trzy lata a czuję się jakbym miała z co najmniej sto- westchnęła głośno- I przez to pewnie też staro wyglądam- dodała.

    OdpowiedzUsuń
  40. Alexander Schenk von Stauffenberg był szlachcicem, hrabią z dobrej, wręcz znakomitej rodziny. W szeregach jego rodu znajdowali się hrabiowie, książęta, marszałkowie Rzeszy Niemieckiej (jego własny ojciec był ostatnim z Obermarschallów). Miał bliskich, z których mógł być dumny, piękną żonę, która go podobno kochała, ale...
    Ale kiedy cały jego świat zaczął się walić, kiedy wszystko się zmieniło, poczuł się tak naprawdę zwykłym, słabym człowiekiem. Diagnoza doktora Bessnera była jasna: rak płuc, umiejscowiony w prawym płacie. Do tego zwaliły się na niego problemy z Krzyżową, liczne niepokojące telefony, wątpliwość, czy potrafi dalej dźwigać to wszystko, "krótkotrwałe", "kurtuazyjne" wizyty znajomych i nieznajomych gestapowców, świadomość, że w razie czego Rzesza upadnie, a on - i cała rodzina - mogą zginąć...No i ta nieszczęsna egzekucja rodziny Altdorfów. Skoro tamtych było stać na takie zbrodnie jak te, na które musiał patrzeć, do czego dopuszczą się w przyszłości? Jak bardzo zgubią kraj? Do czego doprowadzi ich okrucieństwo? Miał wrażenie, jakby siedział w powozie zaprzężonym w rozszalałe konie i nie mógł się z niego uwolnić.
    Być może to właśnie to, choroba, koszmary, wszystkie te okoliczności spowodowały, że podjął decyzję. Wojna to groźny twór eliminujący bezwzględnie słabszych, eksterminujący tych, którzy nie będą w stanie dostosować się do rzeczywistości bądź w niej przetrwać...On niewątpliwie był słaby. Melitta znajdzie sobie kogoś lepszego, poradzi sobie, zresztą i tak byli od siebie dość daleko, nie miał z nią jakiegoś specjalnego kontaktu. Przy tym te informacje, te zdjęcia z hotelu Adlon, w którym widziano Melittę zdradzającą go z innym oficerem, SS-manem znanym z okrucieństwa i uczestnictwa w chorych eksperymentach...
    Pokój był pogrążony w mroku, rozpraszanym jedynie przez jedyną, wątłą świeczuszkę, dopalającą się gdzieś na komodzie. Zakurzone meble, których od dość dawna nikt nie sprzątał, wydawały się spać. Na środku pokoju stało jedno z dość ładnych, przedwojennych krzeseł, zapewne przed chwilą użyte do desperackiego kroku. Kiedy zachodzące słońce wdarło się do środka, padło na bladą twarz mężczyzny wiszącego w centrum, spokojną, z zamkniętymi powiekami. Jeszcze żył, acz wyglądał jak martwy. Na stole leżało mnóstwo lekarstw, dokumentów, znaleźć było można także charakterystyczny pistolet - kiedyś ofiarowany Alexandrowi przez Valentina. W całej willi panowała głucha, martwa cisza. Nie było tu nikogo, nawet służącej, a szorstki sznur zadzierzgnięty na szyi trzydziestosześciolatka boleśnie wrzynał się w skórę. On sam jednak już niczego nie czuł. Żył, nie żyjąc zarazem; był jakby w połowie drogi między życiem a śmiercią. Po prostu wisiał, mając nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy go znaleźć, że będzie mógł spokojnie umrzeć w willi i nie doczekać takiej hańby, jakiej się spodziewał i jakiej nie mógł znieść.
    Alles Vergängliche ist nur ein Gleichnis. - ktokolwiek to powiedział, chyba miał rację. Chyba. Bo Alexander na pewno był w rodzinie jedynie wizerunkiem dawnych tradycji, przeżytkiem muzealnym, który nie potrafił się przystosować do rzeczywistości i żył mrzonkami.

    OdpowiedzUsuń
  41. - Czuje, ze ktos mi tutaj probuje sie podlizac-usmiechnela sie do niego. Niedluho potem ppozegnala sie z nim. Czula sama po sobie, ze powinna juz stad isc. Za duzo Niemcow zaczelo sie tutaj schodzic.
    ***
    Kilka dni pozniej wracala wieczorem od Weroniki. Zasiedziala sie tam u niej troche. Nie powinna wracac sama po nocach, ale tez nie mogla zostac. Na cale szczescie nie padalo. Co prawda bylo troche chlodno, ale nie padalo.
    Przechodzila obok baru, skad dochodzily rozne smiechy i muzyka. Przeszla szybko, jakby obawiala sie, ze zaraz ktos ja zauwazy i zechce zrobic cos zlego. Kilka minut pozniej weszla do swojego domu. Od razu do jej nosa dolecial przyjemny zapach pieczeni. Usmiechnela sie widzac, jak Curt bawi sie z Marysia. Opowiedziala mu jak minal dzien, z kim rozmawiala.
    Curt poczul sie lekko zazdrosny. Wiedzial dobrze, ze ostatnio nieco ja zaniedbal. Ale chcial to naprawic. Dlatego tez urwal sie szybciej, przygotowal kolacje i zajal sie dzieckiem. I kiedy juz mialo dojsc do pocalunku oboje uslyszeli pukanie do drzwi.

    OdpowiedzUsuń
  42. Magda wziela corke na rece. Lomotanie obudzilo dziewczynke. Kobieta wraz z dzieckiem poszla otworzyc drzwi. Zdziwila sie, kiedy zobaczyla Valentina. Nie przypominala sobie, aby podawala mu adres. Poza tym mezczyzna a raczej dwoch mezczyzn bylo pijanych. Przygladala im sie zdumiona niebieskimi oczami az w koncu podszedl do nich Curt.
    - W czyms panom moze pomoc?- zapytal blondyn, biorac dziewczynke na rece.
    - Mysle, ze panowie po prostu sie zgubili- odpowiedziala Magda- Albo pomylili drzwi- dodala ciszej. Miala tylko nadzieje, ze Valentin nie wyskoczy jej z jakims glupim tekstem. Tylko tego teraz by jej brakowalo.

    OdpowiedzUsuń
  43. Kiedy Curt wyszedł, jak on to określał 'do roboty', Magda jeszcze spała. Rozmawiali wczoraj dużo i wiele spraw sobie wyjaśnili. Miała być jakaś poprawa. Rankiem pogoda była całkiem ładna. Było sucho i świeciło słońce. Przede wszystkim nie wiało tak jak ostatnio. Magda ubrała się w dosyć ładną sukienkę. W sam raz na taką pogodę. Ogarnęła się, a także i Marysię. Poszła z córką do parku. Tego takiego tylko dla Niemców. Maria wykonywała kilka kroków, żwawo przesuwając się do przodu. Minęli kilkoro oficerów, którzy uśmiechali się w jej kierunku. Znalazła pustą ławkę, na której usiadła. Przyglądała się jak jej córka bawi się, a sama od czasu do czasu czytała jakąś książkę.
    - Zawsze tak do każdego bez zapowiedzi się przysiadasz?- zapytała Valentina, kiedy tamten usiadł tuż obok niej. Uśmiechnęła się delikatnie do niego.

    OdpowiedzUsuń
  44. - Zazwyczaj kazdy mowi, ze Maria jest podobna do mojego meza Curta. Z wygladu- wyjasnila Magda- Ale charakterek odziedziczyla po mnie- zasmiala sie cicho. Spojrzala na Valentina- Wygladasz na nieco zawiedzionego- powiedziala do niego- To ze mam dziecko nie zmienia tego, ze nagle przestane z toba rozmawiac czy cos. Chyba, ze tobie to przeszkadza. Wtedy no coz... Uszanuje to- usmiechnela sie delikatnie- A moze chcialbys do nas dzisiaj wpasc na kolacje? Poznalbys mojego meza. Wczoraj go widziales- zachichotala pod nosem. Sama nie wiedziala dlaczego go zaprosila. Byc moze dlatego, ze go po prostu lubila- Nie przyjmuje odmowy- trraz to chyba zrobila najglupsza rzecz pod sloncem, ale no coz... slowo sie rzeklo.

    OdpowiedzUsuń
  45. Podala mu adres i godzine, na ktora ma sie u nich zjawic. Niedlugo po jego odejsciu sama takze poszla. Zaszla jeszcze przy okazji do sklepu. W koncu musiala z czegos zrobic kolacje. Kiedy Curt wrocil poinformowala go, ze beda mieli goscia na kolacji. Szczerze powiedziawszy to on wolalby dzisiaj nikogo nie przyjmowac. Po prostu mial ciezki dzis dzien. Kompletne urwanie glowy. No, ale skoro Magda chciala to on nie bedzie z nia sie sprzeczal przeciez.
    W koncu wybila odpowiednia godzina. Magda poszla otworzyc drzwi dla goscia. Ucieszyla sie na widok Wernera. Zaprosila go do srodka. Kilkanascie minut pozniej kiedy panowie juz sie zapoznali uslyszeli ponowny dzwonek do drzwi.
    - Spodziewasz sie kogos?- zapytala zaskoczona Magda.
    - Nie- odpowiedzial Curt idac otworzyc. W drzwiach ujrzal swojego ojca i wuja. A skkro przyszli razem tutaj i zgodnie to musiala przyjechac ona...
    - Z matka nawet sie nie przywitasz?- zapytala starsza kobieta. Curt byl zaskoczony. Spojrzal na ojca a ten mial mine typu "No co poradzisz? Nic nie poradzisz." Wpuscil ich do srodka, przedstawil Valentina przy okazji. No tego to on sie nie spodziewal.

    OdpowiedzUsuń
  46. Wszyscy weszli do środka, a Curt tylko się temu nieporadnie przypatrywał. Magda wyglądała na zaskoczoną. O ile rodziców Curta uwielbiała (i z wzajemnością), tak Hoffmanna nie znosiła (a ten wręcz przeciwnie). Wiedziała, że może dojść między nią a pułkownikiem do ostrej wymiany zmian. Młodemu państwu Kehl było zaś równie przykro z powodu Valentina. No bo przecież to nie tak miało wszystko wyglądać. Gospodarze zaprosili wszystkich do stołu, gdzie dołożyli jeszcze kilka nakryć.
    - Ależ proszę zostać- powiedział Hoffmann, kładąc dłoń na ramieniu lotnika. Magda podała kolację do stołu. Później trochę atmosfera się rozluźniła. W szczególności między ojcem, a wujem Curta. Rozmawiali także i z Valentinem. Co jakiś czas do rozmowy włączały się panie.
    - Ja kiedyś też znałam pewnego lotnika- powiedziała Gabriele- Cóż to był za talent! Szkoda tylko, że tak szybko zginął. Myślę, że miałby wiele do przekazania dzisiejszej młodzieży- stwierdziła z zadumą w głosie- Kiedy on latał to świat wstrzymywał oddech- uśmiechnęła się delikatnie.
    - O kim mówisz siostrzyczko kochana?- zapytał Gabriel.
    - Jak to o kim mówię?- zapytała się retorycznie- Ty byś wstydził się takie pytania zadawać- wyglądała na nieco oburzoną, ale zaraz się uśmiechnęła- O świętej pamięci Wernerze Vossie.

    OdpowiedzUsuń
  47. - Ja probowalam namowic Curta, aby zostal lotnikiem, ale on nie chcial- stwierdzila matka.
    - Zdecydowanie lepiej jest mi, kiedy czuje grunt pod nogami. A poza tym to chyba tam mnie jeszcze tylko nie bylo. Ale niebo wole zostawic tym co sie znaja na lataniu- odpowiedzial Curt.
    - A nie zastanawiales sie Curt nad moja propozycja?- zapytal wuj.
    - Jaka propozycja?- wtracil sie ojciec.
    - Przejscia do SS z awansem o dwa stopnie- odpowiedzial Hoffmann.
    - Zastanawialem sie. Proppzycja jest bardzo ciekawa i kuszaca...- zaczal Curt- ... ale odmawiam. Dla mnie jest dobrze tutaj gdzie jestem. Nie widze potrzeby przenoszenia sie gdzies indziej. Poza tym mam calkiem dobrych podwladnych i szkoda jest mi marnowac czasu na kompletowanie i ukladanie nowej druzyny- Hoffmann nie wygladal na zadowolonego. W przeciwienstwie do ojca Curta. Nastapila cisza. Troche z tych takich grozniejszych cisz.
    - No to moze napijemy sie wina?- zapytala niepewnie Magda, przerywajac cisze.

    OdpowiedzUsuń
  48. Wszyscy wzniesli toast winem za chyba najbardziej neutralny podmiot jaki byl w tym pomieszczeniu czyli za mala Marie. Przynajmniej nikt z doroslych nie obrazi sie. Wino smakowalo wybornie. Chyba najwyborniej dla Hoffmanna, ktory dosyc szybko poprosil o kolejny kieliszek tego specjalu. A kiedy wino sie skonczylo Curt postawil na stole nalewke. Po kilku kieliszkach, toastach za nowego znajomegp, za zdrowie mlodych Kehlow, za zdrowie panstwa starszych i za watrobe Gabriela, ten ostatni jako pierwszy szybko sie nawalil. Samemu Curtowi bylo glupio. Magdzie chyba tez. Ale chyba najbardziej wstyd bylo siostrze Gabriela. Curt zebral upitego wuja i polozyl go w pokoju goscinnym. A niech se spi. Wrocil do gosci, siadajac na swoje miejsce.
    - Przepraszam za wuja. Odkad pamietam maslaby leb do picia- stwierdzil, chociaz przypuszczal, ze matka i Magda z dziesiev razy przepraszaly Valentina za pulkownika. Ojciec pewnie nic sie nie odzywal. Tak jak teraz.

    OdpowiedzUsuń
  49. To był trudny wybór. I na pewno, kiedy go dokonywał, nie kierował się egoizmem. Brał pod uwagę wszystko, w tym Melittę i krewnych, ale najbardziej martwił się o honor Stauffenbergów, i bez tego zagrożonych posądzeniam i aresztowaniami. Jeśli przez niego ktoś trafi do obozu...
    Ktoś...do mnie...coś mówi. Nie wiem, co...Jest tak cicho...Ciemno...Jest tak, jakby okryła mnie ciemna noc. I prawdę mówiąc, nie chcę, by przestała trwać. Powinno to być karą. Noc powinna pochłaniać zbrodniarzy - a czyż nie jestem jednym z nich? Chyba...tonę w wieczności. Kto próbuje mnie wyciągnąć? Ktoś...mnie powstrzymuje?
    To była ostatnia rzecz, z jakiej Alexander Schenk zdał sobie sprawę.
    Kiedy odzyskał przytomność, leżał na kanapie w swoim własnym salonie, tym samym, w którym się miał powiesić. Świeca już się nie paliła - zastępowała ją elektryczna lampa, krzesło nadal stało na środku pokoju, kartki na stole lekko szeleściły, poruszane wiatrem, a nad nim siedział przerażony Valentin o wyjątkowo bladej twarzy, która wskazywała niedawno przeżyte silne emocje. Zapewne odebrał list.
    -Żyję...a wolałbym nie-uśmiechnął się delikatnie. Głos miał słaby, na szyi wciąż widniała pręga pozostawiona przez sznur, który musiał odciąć z jego szyi świeżo przybyły przyjaciel. Liczył na to, że nie obdzwonił wszystkich krewnych i nie powiadomił Melitty o całej historii.
    -Uwierz mi, że kierowałem...się dobrem rodziny. I jej dobrem-wyszeptał. Nie mógł skupić na niczym wzroku, chwilami wydawało mu się, że widzi dwóch Valentinów.

    OdpowiedzUsuń
  50. - Tak, ale to co robi mój brat to już przechodzi wszelkie granice. Czasami aż wstyd się do niego przyznawać- stwierdziła Gabriele.
    - I wstyd z nim do ludzi wychodzić- dopowiedział Lucas, a jego żona posłała mu gniewne spojrzenie- No co? Ja tylko stwierdzam fakty- powiedział mężczyzna. Curt przysłuchiwał się ich wymianie zdań Był zbyt zmęczony, aby jakoś to skomentować. Jeszcze jutro czeka go służba.
    - Mnie przysłali tutaj po zakończeniu kampanii wrześniowej- odpowiedział Curt- Magda dołączyła do mnie dwa tygodnie później. Tata od września jest tutaj... Razem z wujem.
    - No i widzi pan...- powiedziała Gabriele do Valentina- Oni wszyscy tutaj razem są a mnie samą zostawili w Dortmundzie.
    - Oj mama...- jęknął Curt.
    - Ty mi tutaj teraz nie mamuj- odpowiedziała mu matka. Curt wolał nie kłócić się z nią. Bo z matką ani razu żadnej kłótni nie wygrał.

    OdpowiedzUsuń
  51. Co? Z jakim Schopenhauerem? Mina Alexandra wyrażała zidiocienie, szybko się jednak opanował. Valentin mógł szukać aluzji tam, gdzie jej nie było, on po prostu stwierdził fakt. Westchnął, ale zgodnie z rozkazem nigdzie się nie ruszał. Po prostu leżał, co jakiś czas zatapiając się w ciemności i wracając do żywych z każdym skrzypnięciem drzwi, słowem, kaszlem...Płuca bolały jak nigdy. Czuł się źle, jak ryba wyjęta z wody, nie mógł się skupić.
    -Danke-bąknął, kiedy Valentin poinformował go, że nie zawiadomił rodziny. Zresztą po historii z hotelem Adlon nie wiedział, czy chce, by Melitta go odwiedziła. Dlaczego to zrobił? Nie było to łatwe, ale chyba...
    -Rak płuc w drugim stadium, carcinoma pneumonalis, historie z Melittą i podejrzenie, że oni...wszystko wiedzą- zawiesił głos. Spojrzał mętnie na kremowe ściany , pokryte jakimiś sztucznymi obrazkami. Do środka weszła pielęgniarka o miłej twarzy. Spojrzała na hrabiego, sprawdziła mu tętno, zapisała jakieś parametry na kartce z brulionu i wyszła. W tej sytuacji Alexander mógł kontynuować: -Lepsze to niż wywózka do obozu, prawda? Nie oszukuj się, Valentin. Nie jesteśmy już potrzebni tej machinie wojskowej, więc nas wyeliminują lada moment. Poza tym jak człowiek bez jednego płuca, zakładając, że operacja się uda, przeżyje wojnę?
    Przez chwilę milczał. W pokoju była głucha cisza, nie było słychać nawet much czy jęków chorych. Chyba znowu odpływał w dal, w pustkę...Gdyby była jeszcze jakaś szansa dla nich, dla Niemiec, dla Stauffenbergów. Ale Hitler twardo eliminował wrogów, znikali krewni i przyjaciele Alexandra i innych konspiratorów, kilku trafiło na przesłuchania gestapo. Melitta zapewne dawno o nim zapomniała, zdradzając go z Rosjaninem (tak!), albo z innym alianckim psem, nad jego ideałami wisiała zagłada. Czy miał prawo żyć złudzeniami? Po co poszedłby na front wschodni, pracowałby dla Rzeszy? Żeby się przekonać, że i tam wszystko przegrali, a do tego partia szpieguje tam jeszcze skuteczniej niż w Berlinie?
    Ciemność zbliżała się szybko. Alexander miał tylko nadzieję, że Bóg, który go przyjmie do Siebie, wybaczy mu wszystko. Bo on sam nie umiał sobie wybaczyć tego, co zrobił, zgodnie z zasadami.

    OdpowiedzUsuń
  52. Pielęgniarka, panna Nita, sprawdziła stan pacjenta. Był on, to fakt, tragiczny, ale nie do tego stopnia, by należało natychmiast sprowadzać prywatnego hrabiowskiego spowiednika w celu udzielenia sakramentów. Podała mu kilka leków, po czym udała się do innych pacjentów. Była bardzo zajęta i to do tego stopnia, że dopiero godzinę potem znalazła Valentina przed szpitalem.
    -Herr Voss? Pan hrabia pana prosi w pilnej sprawie, ma się lepiej - oznajmiła swym niskim, ciepłym głosem, po czym odprowadziła kawałek słynnego lotnika. Gdy tylko tenże lotnik znalazł się w sali chorych, Alexander uniósł głowę. W jego oczach tlił się płomyk rozbawionego zainteresowania. Na ścianie nad jego głową wisiał taniutki pejzażyk pustyni nocą, w dłoni zaś - skrytej pod kołdrą - trzymał kartkę. Skinął gestem, by przyjaciel podszedł bliżej, po czym poprosił:
    -Przekażesz kilka wiadomości tu i tam? Po pierwsze: Claus i Berthold, Stauffen Berg, ta pierwsza kartka. Po drugie: frau Liselotte Rossberg, moja sekretarka, Warschau. Trzeba jej...powiedzieć. Daj też znać Melittcie. I powiedz jej ode mnie, że wybaczyłem jej hotel Adlon. Będzie wiedzieć...
    Kaszel nie pozwolił mu mówić dalej. Spojrzał w oczy Valentina, poważny jak nigdy, z kącików spierzchniętych ust popłynęło trochę krwi. Mętne spojrzenie nabrało wyrazu, było teraz prośbą. Wyzwaniem. Ostrzeżeniem.
    -Uważaj na młodego Neumanna-wyszeptał urywanym głosem. -Ma teczki...I znajdź Anwardena, Matthiasa Anwardena...to...sprawa życia i śmierci!
    Chciał coś jeszcze mówić. Usta mu drżały. Sztywne dłonie wręczyły Valentinowi kolejną kartkę. Uśmiechnął się słabo. Czerwony płat piany zsunął się, ściekł z jego twarzy na poduszkę w żółto-zielone paski. Po krótkiej chwili zjawił się lekarz rodziny, doktor Bessner. Jego surowy, bawarski bas oznajmił donośnie, że hrabiego zabiera się na zabieg operacji płuc. Słysząc to,Alexander przeżegnał się dyskretnie.
    Zobaczymy, czy miałeś rację, Deutsche Diablillo - pomyślał, dając się uśpić nadziei i potężnej dawce eteru.

    OdpowiedzUsuń
  53. - Twoja abstynencja doprowadziła nas nie wiadomo dokąd. - Powiedziałem cicho, dodając jeszcze ciszej- A dokładniej to do łóżka. - Nadal miałem ciche wyrzuty sumienia, że tak to się wszystko skończyło. Nie powiem, podobało mi się, ale teraz miałem istnego kaca moralnego. Spojrzałem na mężczyznę ukradkiem i na chwilę zawiesiłem na nim swój wzrok. Było w nim coś co mnie do niego ciągnęło. Mimo iż coś w środku mnie krzyczało, że tak nie powinno być. Uznałem, że zerwanie kontaktu będzie czymś dobrym. Im szybciej zapomnę o nim tym będzie dla mnie lepiej. Dla niego w sumie także.
    Wyrwałem się z zamyślenia, kiedy Valentin mocniej mnie pociągnął, a na miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą stałem spadła ciężka skrzynka z narzędziami. Przez chwilę zerkałem to na skrzynkę, to na Valentina, to na "cymbała patentowanego", by w końcu odetchnąć czymś w rodzaju ulgi. Zaraz jednak znowu się zamyśliłem i odpłynąłem. Wróciłem na ziemię, kiedy już byliśmy przy wyjściu.
    - Tak, tak... Dziękuję i do widzenia. - Odpowiedziałem szybko znikając z jego pola widzenia.

    Unikanie jednego człowieka szło mi całkiem sprawnie. W końcu przecież Warszawa była dużym miastem. Prawdopodobieństwo, że gdzieś go spotkam przypadkiem było znikome. A przynajmniej ja tak myślałem. Minęło kilka, jak nie kilkanaście dni odkąd ostatni raz widziałem się z Vossem. W przeciągu tych dni tylko raz o mały włos nie wpadłem na niego przypadkiem. Wydawało mi się, że mnie widział, ale ja pospiesznie skręcałem w jakieś uliczki.
    Tak też i było tego popołudnia. Szedłem sobie ulicą, kiedy go zauważyłem. On chyba mnie także. Zrobiłem szybki w tył zwrot i wszedłem w jakąś uliczkę. I jakoś tak się złożyło, że straciłem orientację w terenie i po prostu zabłądziłem. Kiedy już miałem przed swoimi oczami przerażającą wizję tego jak umieram sobie tutaj z głodu, chłodu i tęsknoty, kiedy nagle, jakby spod ziemi wyrósł mi przed twarzą Valentin. I uśmiechał się do mnie.
    - Eee... Cześć. - Powiedziałem do niego niezbyt pewnie.

    OdpowiedzUsuń
  54. O ile Berthold był tylko zdziwiony, o tyle Claus, Nina i Melitta zdębieli formalnie. Można było zauważyć, iż na wieść o próbie samobójczej męża hrabina zaczerwieniła się, potem zbladła, a wreszcie znów się zarumieniła. Kiedy Valentin Voss wyszedł od Stauffenbergów, zemdlała w salonie. Starszy z bliźniaków natychmiast zawiózł bratu trochę rzeczy do szpitala, Claus natomiast uspokoił kobiety i w tajemnicy zatelefonował do Schlabrendorfa, że Alexander nie może wziąć udziału w spotkaniu w Krzyżowej.
    Informacje dotarły też do Warschau, tyle że panna von Rossberg dostarczyła lotnikowi nie tylko papierosy i wino, ale też objaśniła go, o co chodziło z teczkami. Sprawa była prosta: w sądzie wojskowym znajdowały się sfałszowane informacje dotyczące kolaboracji Alexandra z wrogami narodu, z przestępcami, a nawet donosy dotyczące defraudacji pieniędzy państwa. Wszystko to było oczywistym kłamstwem, gdyż hrabia nie znał w ogóle ludzi, których wymieniono jako jego współpracowników. Cesare Neumann - ten niebezpieczny Neumann, przed którym ostrzegał go hrabia Schenk - był, o ile panna Liselotte wiedziała, blisko powiązany z niejakim Rossem, który miał dostęp do tych informacji. Należało więc dostać się do teczek, zniszczyć je, zanim w ogóle wpłynie jakaś sprawa przeciwko Stauffenbergowi... i wrócić w glorii chwały do Niemiec albo zadzwonić z tą wiadomością do szpitala. Niestety, panna Liselotte nie wiedziała, kim jest Anwarden, którego mieli szukać.
    W tym czasie trwała operacja. Doktor Bessner, tęgi, siwiejący już mężczyzna o poważnej, okrągłej twarzy właśnie otworzył sobie drogę do chorego płuca. Towarzyszący mu doktor Hallmann poprawiał z nabożeństwem okulary osadzone w twardych, rogowych oprawkach. Poważne, milczące pielęgniarki stały obok, skupione i gotowe do pracy. Wśród ciszy, zapachu eteru i chloroformu, w przytłumionym świetle szpitalnych lamp, lekko zarysowane na tle niebiesko-białych kafli blade ciało pacjenta wyglądało...surrealistycznie.
    Gra właśnie się zaczęła. Pozostawało pytanie, kto właściwie będzie tu zwycięzcą.

    OdpowiedzUsuń
  55. Człowiek chce zapomnieć o tym wszystkim co się wydarzyło, i co? I wiadro! Nie idzie. Kiedy już myślałem, że jako tako się uspokoiło wszystko to niestety przekorny los pokazuje, że jest całkiem na odwrót. Pojawia się on i cały spokój niszczy. Najchętniej bym teraz wziął nogi za pas i zwiał gdzie pieprz rośnie. Chociaż sądzę, że on i tak by mnie tam przypadkowo znalazł. Nosz psia mać! A teraz to nawet jeśli bym chciał to i tak głupio byłoby uciekać.
    To co się nam wydarzyło nie powinno w ogóle mieć miejsca. A jednak miało. I co gorsza, obojgu nam to się podobało. Jeszcze gorzej- nie umiałem o tym zapomnieć, a czułem jak robi mi się gorąco, kiedy obejmuje mnie ramieniem. Po przyjacielsku, a ja czuję jak robię się czerwony i biały na przemian, by w końcu pozostały mi rumieńce na twarzy. Cholera jasna no!
    - Nie... - Zająknąłem się. - To nie tak. Ja tylko po prostu... - Jąkam się jak głupi. - Głupio wyszło, przepraszam. - Wydukałem w końcu, chowając twarz w płaszczu, aby nie widział mojego zakłopotania. A tym bardziej, że zrobiło się chłodniej... - Myślę, że jest mi zimno i to wszystko tak wyszło z tego powodu.

    OdpowiedzUsuń
  56. [Mam pomysł na wątek z Michałem :) Może podczas któregoś z lotu samoloty Jakoba i Valentina zostaną zestrzelone przez Rosjan. Obaj mężczyźni spadną na ziemię, gdzieś w lesie, ledwo żywi, gdzie znajdą ich podopieczni Michała. Sprowadzą chłopaka, aby ten im pomógł. Wojciechowski nie będzie chciał im pomóc, ale wtedy Ela zacznie wyć niczym syrena strażacka i Michał, chcąc uspokoić młodą zgodzi się ich opatrzeć i ukryć przed ruskimi. Uda mu się to, po czym jakimś cudem przewiezie ich do swojego lokum (samochód znajdzie podczas wątku xD).

    OdpowiedzUsuń
  57. Liselotte Rossberg miała trzydzieści cztery lata i w ciągu tej wojny widziała niejedno. Kiedy pukała do domu Vossa, miała ze sobą - jako kompetentna sekretarka pana Schenka - teczkę z informacjami na temat Matthiasa von Anwarden. Nie było tego wiele, ale powinno wystarczyć jej pracodawcy. Skoro pan Voss nalegał na szybki kontakt, powinna była to zrobić. Gdy tylko gospodarz otworzył i wpuścił ją do środka, szybko wkroczyła do salonu. Tam położyła teczkę na stole i wyjęła zeń dokumenty oraz amatorską fotografię. Poprawiła swój nienaganny kok, po czym odchrząknęła.
    -Rozmawiałam z hrabinami Melittą i Niną w sprawie, na temat której szuka pan informacji -oznajmiła, siadając na niewygodnym krześle. Jej mokra, niebieska suknia jeszcze nie wyschła i widać było na niej plamy po deszczu. Brązowy płaszcz i kapelusz wisiały w korytarzu, tak więc Valentin mógł w pełni ocenić aryjską urodę panny Rossberg, obdarzonej burzą kręconych włosów o kolorze miodu, zimnymi szarymi oczami i ustami podkreślonymi szminką, a także sporymi atutami wybitnie podkreślonymi przez suknię. Mimo to z osoby młodej kobiety tchnął jedynie suchy konkret, a ona sama nie zamierzała ryzykować flirtu z przystojnym lotnikiem.
    -Twierdzą, że von Anwarden to ich kuzyn. Jego matka, Cecilia, była siostrą matki hrabiów Stauffenberg. Obecnie znajduje się on w Warschau i służy w Geheimestaatzpolizei, gdzie ma stopień Stürmbannfuhrera. Mam także jego amatorskie zdjęcie, wykonane w trakcie przyjęcia z okazji awansu. - to mówiąc, wręczyła Vossowi dość niewyraźną fotografię. Można na niej było jednak dostrzec krępego mężczyznę w nowym mundurze, rozmawiającego z kobietą. Panna Liselotte spoważniała. Jej chłodne oczy nabrały cieplejszego wyrazu. Uśmiechnęła się lekko.
    -Stürmbannfuhrer ma jeszcze dwie młodsze siostry...I, o ile udało mi się zorientować, mieszka gdzieś w okolicach Prag Südlich. Nie wiem jednak, gdzie dokładnie, gdyż nie chciano podać mi jego adresu. Poinformowano mnie jednak, że codziennie od ósmej rano można go zastać w siedzibie gestapo, bywa tylko u Schenków i u Kehlów, a ponadto często można znaleźć go w siedzibie Abwehry przy Targowej 74, nie pamiętam w tej chwili niemieckiej nazwy. To wszystko, herr Voss.
    To powiedziawszy, frau Liselotte Rossberg wręczyła kilka kartek z adresem i notatkami na temat przyzwyczajeń, rodziny i nawyków Anwardena. Sądziła bowiem, że wiadomości te pozwolą lotnikowi na dotarcie do kuzyna Stauffenbergów. Po krótkiej chwili pożegnała Valentina i wyszła w zimny, ulewny deszcz. Jej misja była spełniona.

    OdpowiedzUsuń
  58. Dzieciaki dzisiaj skorzystały z tego, że było słonecznie. Pojechały razem z Michałem na wieś. Jakaś pilna sprawa czy coś takiego. Niedaleko wsi był las. Duży, ogromny. Ela, Agnieszka i Piotrek wykorzystali fakt, że nikt ich nie pilnował. Poszli pobawić się w chowanego. Podczas zabawy traf chciał, że akurat Niemcy i Rosjanie zechcieli stoczyć potyczkę na polskim niebie. Dzieciaki ukryły się w gąszczu. Dlatego, że po pierwsze: chciały pooglądać, a po drugie, że nie chciały też tak głupio umrzeć w razie gdyby ktoś je zauważył.
    Głośny huk i trzask było jedynym odgłosem, które teraz usłyszały. Zaraz też i drugi.
    - Idziemy zobaczyć co to spadło? - Zapytała Aga. Ela skinęła ochoczo głową. Piotrek jedynie starał się odwieść je od tego pomysłu. I ogólnie to wyszło tak, że Piotrek poszedł w kierunku jednego samolotu, a dziewczynki w kierunku drugiego. Można by rzec, że w tym samym czasie cała trójka podjęła próby wyciągnięcia pilotów. Dziewczynki mocowały się z jakimś dryblastym brunetem, podczas gdy chłopiec, próbował wyciągnąć bardziej dryblastego blondyna. Zaraz potem pobiegły na dziecięcą naradę bojową i uzgodniły, że łatwiej będzie im we trójkę przeciągnąć jednego szkopa do drugiego niż aby ci mieli spotkać się w połowie drogi. I tak ciągnęły bruneta do blondyna. Usadzono ich pod drzewami.
    - Ale żeście wybrali głupi sposób na umieranie. - Stwierdził Piotrek, zakładając dłonie za głowę.
    - Amoże gdybyśmy im tak pomogli to mielibyśmy swoich Niemców. - Dodała Aga. Ela zadumała się przez chwilę, by zaraz unieść palec w geście "eureka" i powiedzieć:
    - To ja idę po Michała.

    Ściągnięcie chłopaka nie było niczym trudnym, kiedy jego młodsza siostra zakomunikowała mu, że w lesie ruskie zaszaleli i poważnie zranili dwóch mężczyzn. Michał wziął od Dzięcioła samochód i sprzęt i pojechał na miejsce. Po drodze minęli wrak niemieckiego samolotu. Chłopak coś zaczął przeczuwać. I jego przeczucia sprawdziły się, kiedy zatrzymał samochód. Podszedł do facetów, którzy gadali coś do niego po szwabsku. Coś jakby prośba o pomoc.
    - Ależ panowie, dacie sobie świetnie radę dotrzeć do miasta. - Odpowiedział im płynną niemiecczyzną, odwracając się i mając zamiar wrócić do samochodu. I w tym momencie Ela jak się nie rozwyła... Syrena strażacka przy niej to był pikuś.
    - Dobra, już dobra. - Powiedział Michał, chcąc ją uspokoić. - Pomogę im, ale przestań już płakać.
    - Ale na pewno? - Zapytała Ela.
    - Na pewno.
    Przeciągnął ostrożnie dwóch delikwentów na samochód, zabrał dzieciaki i wrócił do Dzięcioła. Do miasta był raczej spory kawałek drogi. Mogliby nie przetrwać.

    OdpowiedzUsuń
  59. - Tamten jest już opatrzony i tak nie jęczał z bólu jak ty. A mocniej w głowę oberwał. - Odpowiedziałem nieznajomemu. - A teraz nie wierć się z łaski swojej, bo źle ci zszyję nogę. - Na chwilę oderwałem się od bruneta, słysząc jak ten drugi coś krzyczy. Podszedłem tam i wybuchnąłem śmiechem.
    - Serio? - Zapytałem, patrząc się na znalezisko Piotrka, który pokazywał je Niemcowi. - Taki duży a boi się myszy. - Pokręciłem głową z politowaniem.
    - I jak ci idzie? - Zapytał mnie Dzięcioł.
    - Całkiem dobrze. Tamten będzie żył. - Wskazałem na dryblasa. - Ten drugi ma poharatane nogi i pocisk w ramieniu. - Wypiłem szklankę wódki bez popity i przewlekłem nitkę przez igłę po czym zacząłem szyć brunetowi nogę. Aj Boże kochany jak on krzyczał!
    - Kurwa mać, ciszej, bo inaczej ściągniesz na ten dom niepotrzebną uwagę! - Podniosłem głos. Zszyłem mu nogę po czym wsadziłem w gips. Akurat gipsu to Dzięcioł miał pod dostatkiem. Obróciłem go tak, abym mógł obejrzeć jego ramię. Obejrzałem, wypiłem kolejną szklanicę wódki i zacząłem działać. Pomimo protestów Niemca, że niby mu krzywdę zrobię będąc pod wpływem.
    - Jeszcze jedno słowo, a wywlokę cię ponownie do tamtego lasu i zostawię ruskom na pożarcie, panimajesz? - Zapytałem się go, po czym trzecia szklanka, tym razem spirytusu, przeszła przez moje gardło. Trochę potrwało zanim całkowicie wyciągnąłem szkopowi pocisk. Zrobiłem to bez znieczulenia, bo kto teraz bawiłby się w znieczulenie! Później opatrzyłem i obmyłem ranę, zaszyłem, wypiłem szklanę spirytusu i uznałem, że na dzisiaj dzień dziecka już się skończył. Drugi z Niemców, który nie zdołał zasnąć przez pojękiwania swojego kolegi zapytał:
    - Kim ty do cholery jesteś?
    - Mów mi Anioł Stróż. - Odpowiedziałem mu z lekką kpiną w głosie.

    OdpowiedzUsuń
  60. - A żeby to po mnie tylko myszy spacerowały, jak byłem ranny. - Prychnąłem cicho pod nosem. - Skoro taka ci nie straszna to dlaczego w lesie prosiłeś mnie o pomoc? - Zapytałem. - Poza tym po kilku głębszych lepiej trafiam. - Dosyć dziwnie to zabrzmiało. - Znaczy się w rany, albo nitką w igłę. - Sprostowałem. - Pierdol, pierdol ja posłucham. - Mruknąłem cicho pod nosem, kiedy tamten zaczął coś nawijać po chyba hiszpańsku. Niedługo potem wszyscy poszli spać. No dobra, nie wszyscy, bo ja zaczynałem kolejną butelkę spirytusu. Miałem ochotę się upić z tego wszystkiego. Ja już w sumie powinienem być w domu. A nie kisić się z dwoma szkopami w chałupie Dzięcioła. Rany boskie, czym ja na to sobie zasłużyłem? No kuźwa czym?
    Nie całą godzinę i pół kolejnej butelki bimbru usłyszałem donośne pukanie do drzwi. Nie, to nie było pukanie. To było istne napierdzielanie. Dzięcioł podszedł do drzwi i przez chwilę rozmawiał z jakimś chłopaczkiem.
    - Budź pozostałych. - Powiedział do mnie. - Ruscy od południa szukają dwóch zestrzelonych pilotów po okolicznych wsiach. Poszliśmy i obudziliśmy resztę.
    - Ale, że o co chodzi? - Zapytał któryś z Niemców.
    - Szukają was wasi rosyjscy towarzysze. - Odpowiedziałem.
    - Nie zmyślasz? - Zapytał. - Jesteś pijany.
    - Nie jestem pijany. Dzisiaj nawet nie mogę wejść w stan upojenia. - Mruknąłem cicho pod nosem.
    - Trzeba ich przenieść do składzika na ziemniaki. - Powiedział Dzięcioł po niemiecku.
    - Toż tam myszy są, a oni myszy się boją. - Odpowiedziałem.
    - Michał, stodoła odpada. Na samym początku pójdą tam sprawdzić. A kto ci będzie sprawdzał ziemianki?
    W sumie to lepszego rozwiązania nie widziałem. Przetransportowaliśmy ich tam. Jednakże dla wszelakiej pewności wziąłem karabin, który należał do mojego znajomego. I kiedy już wychodziliśmy z ziemianki, ktoś otworzył ogień. Na pewno to nie byłem ja. Ale na pewno ja im odpowiedziałem. Chyba kilkoro na oślep trafiłem. Na oślep, bo ciemno było. Ale ktoś krzyczał z bólu, ktoś inny krzyczał, że jest jakiś zabity. A darli się, jakby ich żywcem ze skóry obdzierali. Dzięcioł rzucił granatem, bo granat to on zawsze przy sobie nosi, a jeszcze i przyłączyli się sąsiedzi. Coś mnie trafiło w nogę. A później wszystko jakby ucichło. Schowaliśmy się do ziemianki. Dzięcioł po jakimś czasie, kiedy bezpiecznie już było poszedł do domu po jakieś narzędzia, abym sobie nabój wyciągnął i przyniósł alkohol. Zapalił kilka świeczek i zrobiło się nieco jaśniej. Spojrzałem na swoją nogę i westchnąłem ciężko. Na szczęście kulka nie siedziała zbyt głęboko.
    - Co on z tym zamierza zrobić? - Zapytał szkop o blond włosach. Nie umknęło to mojej uwadze.
    - Wyciągnę, bo nim do rana doczekam to mi zakażenie wejdzie. - Odpowiedziałem. Dzieciaki siedziały pod ścianą. Ela przetarła sukienką jabłko i zaczęła je jeść. A ja zabrałem się do swojej roboty. Ale najpierw wypiłem. Co by lepiej nitką w igłę trafić.

    OdpowiedzUsuń
  61. No to żem ja teraz wpadł. Normalnie jak śliwka w kompot. Przez to moje głupie gadanie chyba narobiłem sobie większych kłopotów.
    - Eee... - Zająknąłem się. - Kiedy jest zimno, to dosyć szybko tracimy ciepło. A już w szczególności, kiedy nie nosi się czapki. Przez głowę podobno ucieka najwięcej ciepła. I wtedy można w bardzo łatwy sposób zachorować. A jak się już zachoruje... To dziwne rzeczy chodzą po głowie. - Chyba sam nie wiedziałem co ja gadam. Chyba coraz bardziej się pogrążałem w jego oczach. A niech to szlag jasny trafi i krew nagła zaleje. Czułem się coraz bardziej zakłopotany. Litości!
    - U mnie? W porządku. - Odpowiedziałem. - Odbębniam swoją służbę, rozszyfrowuję meldunki. Ostatnio wyszedłem z Elsą na miasto. - Zacząłem mu po kolei wymieniać. - Byłem z nią razem w cukierni. Było bardzo miło. Jedliśmy kremówki i piliśmy jakieś słodkie napoje. - Uśmiechnąłem się ciepło na samo wspomnienie. Zerknąłem na niego uważnie. Valentin wyglądał na nieco chyba zazdrosnego. - Jest całkiem ładna. a długie, falowane, rude włosy. Duże, piękne brązowe oczy. Jak na kobietę przystało to też i całkiem niezłe ciało. Jakby to tak powiedzieć... Jest kwintesencją kobiecości. - Uśmiechnąłem się delikatnie. Przed innymi udawaliśmy wielce zakochanych. Ja ze swojego powodu, o którym ona doskonale wiedziała. Ona ze swojego, dlatego, że nie chciała wracać do domu. Bo ojciec by ją chyba wtedy stłukł na kwaśne jabłko. - Przełożony? - Zapytałem się ni to siebie, ni to jego. - Major Rommel jest całkiem w porządku. - Zaśmiałem się cicho pod nosem. - I wcale nie jest taki z niego straszny diabeł jak go co niektórzy malują. - Dodałem po krótkiej chwili zastanowienia. - Wujek trzyma się bardzo dobrze. Jest nie do zdarcia Tin. - Wyszczerzyłem się do niego. - Co prawda nadal ma jakieś złości na ciebie i twojego kolegę, ale myslę, że kiedyś mu to przejdzie. W końcu każdemu przechodzi. - Weszliśmy do kawiarni. Przyglądałem sie jak Werner uśmiecha się do kelnerki, ale ta zamiast na niego, bardziej jakoś próbowała zaczepić mnie. I ponownie czułem się jakoś tak niezręcznie.

    OdpowiedzUsuń
  62. Byłem w trakcie wyciągania ze swojej nogi tej cholernej kulki, kiedy usłyszałem pytanie. Na chwilę oderwałem się od swojego zajęcia. Spojrzałem na obu Niemców, którzy siedzieli pod ścianką.
    - To jest moja siostra. A dlaczego o to pytasz? - Odpowiedziałem mu, wyciągając do końca nabój. Cicho syknąłem z bólu, by zaraz potem zalać ranę spirytusem. Piekło mnie to jak diabli. Zacisnąłem zęby, przegryzając niechcący sobie wargę. Szlag by to jasny strzelił! Po chwili jednak uznałem, że chłopaki nie płaczą i zacząłem sam sobie zaszywać ranę. No, skończone. Zdziwiłem się, kiedy wszyscy się na mnie patrzyli jak cielę w malowane wrota.
    - No co? - Zapytałem się ich wszystkich. - To, że wypiłem nie oznacza, że nie jestem w stanie sam siebie opatrzeć. - Powiedziałem, zerkając to na nich, to na nogę. Wszystko było zrobione pięknie i cacy.

    OdpowiedzUsuń
  63. Przyjęcie jest nawet przyjemne, jak na tego typu bankiety. Orkiestra rżnie "Die Wacht am Rhein" ile wlezie, ludzie tańczą, klaszczą do rytmu, śpiewając. Kątem oka zauważam Blitza i jakiegoś drugiego oficera Luftwaffe. Wzdycham ciężko; kto to widział ich tu zapraszać? Powinni być na froncie, służyć Rzeszy...Sam nie poszedłem tylko ze względu na siostry i na stosunki z Canarisem, gdyby to ode mnie zależało, dawno już biłbym nieprzyjaciela. Kampania francuska, walki o Eben Emael, smród prochu, wycie wrogów, hałas czołgów zajeżdżających na pozycje, nieustanny ryk karabinów maszynowych...a w tym całym chaosie ludzie i ich indywidualność. Uśmiecham się lekko, biorąc z tacy od starego kelnera kieliszek benedyktyna. Ze znudzeniem przechylam go do ust, zerkając, z kim rozmawia Christa. Więc podeszła do pani von Blomberg i do Anne-Marie Elken? Liczę na to, że nie powie im zbyt dużo. Kiedy słyszę, że ktoś coś do mnie mówi, odwracam się z zaskoczeniem. To ten kolega Blitza! I, co więcej, wychwala urodę Christine.
    Uśmiecham się z dumą.
    -To prawda, moja siostra jest całkiem ładna...-zgadzam się z uśmiechem. -Jest pan towarzyszem Stäffelkapitana Blitza? Miło mi widzieć na przyjęciu kogoś z innej formacji niż SS i Wehrmacht. Mój nieboszczyk ojciec, Reinhard von Anwarden, służył jako lotnik...A ponadto mam honor znać Flugkäpitanin Melittę Schenk, która jest małżonką mego kuzyna.
    W tej chwili podchodzi do nas kanalia, Reimann, i wdaje się w przemówienie o wrogach Rzeszy i o tym, czy lepiej ich zestrzeliwać, czy torturować. Opowiada o Auschwitz, które niedawno wizytował, a które w jego oczach jest wzorem niemieckiego przedsiębiorstwa. Zirytowany podchodzę do Blomberga i w pośpiechu, wręcz desperacji, pytam go o ulepszenia, które wprowadził w swojej posiadłości w Altonie. Wkrótce orkiestra zmienia utwór. Tym razem całą salę wypełniają nerwowe takty "Flieg nach Engeland". Mój głos, bas Blitza, fałsz Reimanna mieszają się z chórem oficerów i kobiet.
    -...flieg nach Engeland, flieeeeg!-śpiewam donośnie wraz z pozostałymi gośćmi, niespokojnie spoglądając co jakiś czas na siostrę. Muzyka nabiera tempa, zmienia się w marsz. Biorę głęboki wdech w płuca. Mam chwilę, muszę przypomnieć sobie resztę słów. Dobrze, że obowiązkowe "Horst Wessel Lied" mamy już za sobą...

    OdpowiedzUsuń
  64. - Latajac po pijaku mozesz szybko zleciec i zabic kogos niewinnego. Albo trafic w swoj dom. Zszywajac siebie po pijaku rozwiazania sa dwa i mniej szkodliwe. - Powiedzialem. - Jezeli chodzi o negatywne skutki... To mozesz albo zgubic igle, albo co najwyzej ponakluwac sie nie w tych miejscach co trzeba. - Usmiechnalem sie delikatnie, patrzac jak dzieciaki, a raczej Agnieszka i Piotrek drzemia sobie w najlepsze. Zas Ela sobie chodzila po ziemiance i z zaciekawieniem przygladala sie Niemcom. W koncu jednak usiadla obok mnie i podala mi swoj but, mowiac ze klamerka ja uwiera. Buty nie byly najnowsze. Nieco podarte i zszywane w kilku miejscach. znowu zaszylem jakas dziure i pozbylem sie wadliwej klamerki. Nim sie zorientowalem mala drzemala juz, przykrywajac sie moja stara skorzana kurtka. Byla jeszcze sprzed wojny. Ale szkoda bylo mi jej sie pozbywac. Byla ciepla i wygodna. westchnalem cicho i wlozylem but na noge siostry. W tym momencie uslyszalem pytanie: skad tak dobrze umiem zajmowac sie rannymi. Odpowiedzialem, ze jestem prawie medykiem. Prawie lekarzem.

    OdpowiedzUsuń
  65. - Chcialem. Pewnie bym studiowal. Ale teraz wszystko sie zmienilo. - Pogladzilem mala po glowie. Tak slodko spala. - Kazdy jest stworzony do czegos. Szkoda tylko, ze ten u gory stworzyl kogos kto wywoluje wojny. Najbardziej szkoda mi jest dzieciakow. Nic nie zawinily, a tak obrywaja. - Upewnilem sie, ze Ela spi. - Wszystkie sa sierotami. - Wstalem i przetworzylem lekko drzwiczki od ziemianki. Zrobilo sie tutaj za duszno. Nie chcialem, abysmy sie tutaj podusili. Tym bardziej, ze na tyle osob taka ziemianka byla zbyt mala. No i jeszcze palily sie swieczki. Po chwili wrocilem na swoje miejsce. Nie moglem jakos zasnac. Niby chcialem, ale cos mi nie pozwalalo na to. Przymknalem oczy, ale przez caly czas czuwalem. I tak nadszedl poranek. Kiedy zaczelo switac wyszedlem na zewnatrz. Zapalilem male ognisko, by te zaraz zgaslo. W zar wsadzilem ziemniaki. Temperatura zaru byla odpowiednia, aby je upiec. Koszyk powinien nam wystarczyc. Troche pozniej uslyszalem z ziemianki dzieciece chichoty. Oho, czyli zaraz wszyscy sie obudza.

    OdpowiedzUsuń
  66. - Czyzby kogos tutaj wlasnie lekka zazdrosc brala? - Zapytalem zartobliwie, kiedy kelnerka od nas odeszla. Ostatnio ku mojemu utrapieniu coraz bardziej interesowaly sie mna kobiety. Zawsze czulem sie dziwnie w ich otoczeniu. Wprowadzalo mnie to w niemale zaklopotanie. Tak na przyklad bylo takze i teraz. Zamyslilem sie przez dluzsza chwile. Tak bardzo, ze odlecialem gdzies ze swoimi myslami. - Co? - Zapytalem wyrwany ze swojego swiata. - A tak, plany na wieczor. - Pokiwalem lekko glowa. - Nie, nie mam nic zaplanowanego. Chyba, ze Max do mnie wpadnie. Co dzisiaj mamy? - Zapytalem, ale zaraz sobie przypomnialem. - A tak, czwartek jest dzisiaj. Nie, to nie wpadnie. - Nadal bylem na pograniczu swojego swiata a tego rzeczywistego. - Tak wiec na chwile obecna nie mam zadnych planow. - Odpowiedzialem, spogladajac na niego. Zaraz dostalismy swoje kawy. A ja do tego bonus. Serwetke z napisanym szminka czerwona adresem kelnerki. I buziakiem odcisnietym na serwetce. No i widnialo takze jej imie. Nazywala sie Paula. Podrapalem sie w tyl glowy bardzo zaklopotany. - Eee... ten... Nie wiem co o tym mam powiedziec. - Przyznalem cicho przed Valentinem. Zrobilo mi sie goraco.

    OdpowiedzUsuń
  67. - Tak. Zdecydowanie chodzi tutaj o Else. - Odpowiedzialem mu. Tak szczerze to o nia tu nie chodzilo. W tym przypadku chodzilo raczej o Maxa, ktory bywal cholernie zazdrosny. Ostatnio nawet zaczal cos podejrzewac z tamta noca, kiedy zostalem u Valentina. Na cale szczescie udalo mi sie go oszukac. Tak, oklamalem go i nie czulem jakichs wyrzutow sumienia z tego powodu. Lepiej aby o niektorych rzeczsch po prostu nie wiedzial. Lepiej tez aby i inni o jakichs rzeczach nie wiedzieli. Usmiechnalem sie delikatnie do Vossa. Podalem mu ta chusteczke. Czy to serwetke. Kij z takimi dtobiazgami. - Skorzystaj ty z tego. Ona ci sie podoba. Mysle, ze ty jej takze. - Puscilem do niego zartobliwie oczko. - A ty jakie masz plany na dzisiaj?

    OdpowiedzUsuń
  68. - To zależy o które z nich pytasz. - Stwierdziłem. - I ci, i ci to zrobili. - Spojrzałem na niego uważnie.
    ***
    Wszedłem do ziemianki, rozgladajac się dookoła. Spojrzałem na tamtą dwójkę. Z tego co się zorientowałem to Voss miał gorączkę. Pokiwalem lekko głową że zrezygnowaniem. Myślałem, że do tego nie dojdzie. Poza tym musiałem coś jeszcze sprawdzić.
    - Pokażcię mi swoje szwy. - Powiedziałem do nich. Obejrzałem je. Niektóre z nich poluzowaly się. - Trzeba będzie je poprawić. - Stwierdziłem. Dzieciaki wybiegly na zewnątrz i wtaszczyly kosz z pieczonymi ziemniakami. Dzieciol wyszedł na obchod po wsi. - Ale najpierw coś zjedzcie. Później dam ci coś na zbicie goraczki. U mojego kolegi jest od groma syropow i jakichś ziół. Powinno pomoc. - Polozylem brunetowi zimny oklad ma czoło.

    OdpowiedzUsuń
  69. Prychnąłem śmiechem pod nosem, widząc jak blondyn niepewnie bierze pieczonego ziemniaka.
    - Nie masz się czego obawiać. Nie są zatrute. - Powiedziałem, a tamten nieufnie na mnie się spojrzał. - Dzieci bym nie otruł. Aż tak bardzo okrutny, zły i podły nie jestem. - Sięgnąłem do koszyka i wziąłem także jednego. Po wczorajszym piciu nie pozostał u mnie nawet ślad. To się nazywa mieć twardy łeb i mocną wątrobę. Przez chwilę przysłuchiwałem się ich rozmowie.
    - I pomyśleć, że ja nie zawaliłem swojej roboty ani razu. - Mruknąłem ni to do nich, ni to do siebie. Tyczyło się to nie tylko moich "medycznych" osiągnięć, ale i także wysadzania wszystkiego co popadnie wedle rozkazu. Bo tak to wysadzałem wszystko co popadnie, ale nie żywe coś. Łatwiej jest wysadzić kamień czy most niż człowieka. W sumie to wystarczy powiedzieć człowiekowi, aby się trochę przysunął i zazwyczaj to robi. A kamienie? Nic, tylko leżą.
    Do ziemianki wtaszczył się Dzięcioł z jakimś poranionym dzieciakiem.
    - Dwie sprawy. - Powiedział mężczyzna.
    - Dzięcioł, ja cię proszę. Nie przy jedzeniu. - Powiedziałem, odkładając swoje śniadanie. Obejrzałem dzieciaka. - Daj mi igłę, nitkę i spirytusu. - Stwierdziłem. Dzieciak był tylko nieco mocniej poharatany i mocno krwawił. - Przeżyjesz to. Gdzie tak się załatwiłeś? - Zapytałem, nalewając sobie gorzałki w kubek i wypiłem to duszkiem, po czym nawlokłem nitkę przez igłę.
    - W lesie były wraki samolotów. Myśleliśmy, że może coś znajdzie się tam co by się przydało. A kto to? - Zapytał, wskazując na Niemców.
    - Sojusznicy. - Powiedziałem po angielsku. Chłopak nie zrozumiał, więc mu powiedziałem po polsku. - Tylko cicho sza. Nikomu ani słowa.
    - Ale przecież...
    - O zaraz będziesz po wsi latał z kikutem zamiast nogi. - Powiedziałem groźnie. Chłopak obiecał, że nikomu nic nie powie. Wierzyłem mu. Dzieciak był tak wystraszony, że raczej wątpiłem, aby się wygadał. Zszyłem mu wszystko, przeczyściłem spirytusem, dzieciak trochę pojęczał, ale musiałem mu to odkazić, po czym po kilku minutach mógł zwijać się do chałupy.
    - Dobra, jedna sprawa załatwiona. - Powiedział Dzięcioł.
    - A ta druga to? - Zapytałem.
    - Szukają we wsi nadal dwóch Niemców i tego, kto im oddział wypatroszył. Nie trudno jest nie zobaczyć zwłok na drodze. Nie mogłeś ich tylko jakoś wystraszyć? Tylko od razu ich tak, no wiesz...
    - A ty myślisz, że ja kuźwa rentgen albo radary mam w oczach? Ciemno było, więc jak miałem widzieć? Strzelałem na opak w nocy.
    Cała rozmowa toczyła się po polsku, ale Ela siedziała przy "sojusznikach" i tłumaczyła im co obaj mówią.
    - A z resztą, gdybym ich tak tylko "postraszył" to już byśmy dzisiaj wszyscy stali pod murem i albo zawiśli na najbliższym drzewie, albo rozpierdzieliliby nas w drobny mak. Przy publiczności. dziękuję za takie atrakcje. Chcę jeszcze trochę pożyć. - Zastanowiłem się przez chwilę. - Jak bardzo źle to wygląda?
    - Chodzą i szukają. Wyjazd jest zablokowany.
    - Zadzwonić skądś tutaj do miasta można? - Zapytałem.
    - Sołtys ma telefon. Ale co ty kombinujesz?
    - Znam pewną osobę, która by nam pomogła.
    - A nie lepiej przeczekać to wszystko?
    - I dać się zabić? To jest czyste samobójstwo. - Odparłem. - Oni w ziemiance też za długo nie nasiedzą. Tamten potrzebuje bardziej fachowej opieki. Co mogłem to zdziałałem, ale nie mamy antybiotyków, ani nic. Mogę zbić mu gorączkę, ale nie mogę być pewien, że znowu mu nie wróci? I tak wygląda kiepsko.

    OdpowiedzUsuń
  70. Zachichotałem cicho pod nosem, kiedy zobaczyłem reakcję kelnerki na Valentina.
    - Chyba nie jesteś w jej typie stary. - Stwierdziłem dala śmiejąc się z niego. - Wybacz, ale nie umiem się powstrzymać od śmiechu. - Nadal się chichrałem. - Nie jestem pewien czy to aby jest dobry pomysł, abym się wybrał. - Stwierdziłem. Nie sądziłem, aby było mnie stać na takie rozrywki. A stać i tylko się patrzeć to też nie było zbyt fajne uczucie. Poza tym chyba szybko bym się znudził. Tym takim samym patrzeniem na innych. Ech... Ciężkie jest życie szeregowego. Gdyby nie ten rok we Frankfurcie to może by nie było aż tak ze mną źle... A tak? Ledwo starczało na dobrą i porządną kawę. - Powiem ci tylko tyle, że dupy ten żołd nie urywa. - Uśmiechnąłem się nikle w jego kierunku. -Raczej nie lubię pożyczać pieniędzy od innych. Nie lubię mieć długów. - Stwierdziłem. A raczej nie wierzyłem w to, aby udało mi się aż tyle wygrać, abym mógł spłacić dług. O ile w ogóle bym coś wygrał. Nie, ja takiego szczęścia nie miałem. - Głupi zawsze ma szczęście, ale szczęście można mieć albo w kartach albo w miłości. A ja nie mam ani w tym, ani w tym... - Mruknąłem cicho pod nosem ni to do siebie, ni to do niego. - A z resztą... To jest nieważne. - Wymusiłem uśmiech na swojej twarzy. Zamyśliłem się ponownie. Znowu odleciałem gdzieś myślami daleko stąd. - Mój wuj? - Zapytałem, nie kojarząc od razu faktów. - A tak, tak... - Szybko do mnie wróciła rzeczywistość. - Nie wiem w sumie... Od kilku dni z nim się nie widziałem. A z resztą, nie obawiasz się siadać z nim przy jednym stoliku? - Zapytałem się Valentina.

    OdpowiedzUsuń
  71. -Bardzo mi przyjemnie, herr Voss-ściskam mu rękę z zadowoleniem. Faktycznie czuję przyjemność z tego spotkania, miło jest poznać kogoś z formacji, która całe życie mnie interesowała...Jeśli by się udało, można by po wojnie i wystąpieniu z gestapo spróbować wstąpić do Luftwaffe. Chociaż nie, jeśli Rzesza przegra, zapewne będą sprawdzać przeszłość przyszłych lotników, a służba okupacyjna w gestapo to nie najlepsze referencje. Chyba spełnienie marzenia ojca jest już niemożliwe.
    Patrzę obojętnie na pijanych oficerów, z których część już zasnęła. Orkiestra gra "Erikę". Hitler na portrecie w centrum sali, swastyki, napis "Ein Volk, ein Reich, ein Führer", trupie czaszki na czaszkach, orły na mundurach...Gdyby nie te elementy, można by od biedy uznać to za przedwojenną popijawę.
    -Ja zaś nazywam się Anwarden, Matthias von Anwarden. Od kampanii francuskiej i holenderskiej w gestapo, niestety lub stety...Pilotuje pan myśliwce, głównie Focke-Wulffa, prawda? Bardzo dobra maszyna-stwierdzam niezobowiązująco, z uśmiechem, po czym biorę kolejny kieliszek wina. Christa podchodzi do nas. Jej nieco blada twarz pokrywa się rumieńcem. Wzięła sobie szampana, jak zdążyłem spostrzec. Żółtawy płyn lśni lekko w świetle lamp i świec. Natychmiast wdaje się w rozmowę ze Stäffelkapitanem, przez co mamy chwilę, żeby spokojnie porozmawiać. Gospodarze wyszli już z częścią gości na zewnątrz, do ogrodu, wiele osób, w tym my, postanowiło jednak zostać. Niedługo trzeba będzie stąd wyjść, żeby nie było podejrzeń...
    Poprawiam mundur, ignorując pijacki bełkot Reimanna i kogoś tam jeszcze. Jest cicho. Zdecydowanie zbyt cicho.

    OdpowiedzUsuń
  72. - Ja się na ten temat nie będę się wypowiadał. - Stwierdziłem. - Teraz wszystko zmienia się szybko jak w kalejdoskopie. Dzisiaj ten kto był jeszcze twoim wrogiem, jutro może stać się przyjacielem, czy też sojusznikiem. I działa to także w odwrotną stronę. - Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem.
    Podszedłem do mężczyzny, który kaszlał a później krwawił. Spojrzałem na niego i zaklnąłem cicho pod nosem.
    - Musi szybko uzyskać fachową pomoc. - Stwierdziłem.
    - Co może mu być? - Zapytał Jakob.
    - Nie wiem. Może to być rak płuc, gruźlica, ale równie dobrze i zapalenie oskrzeli.
    - Zrób coś z nim do groma jasnego! - Wrzasnął blondyn.
    - Nie jestem pediatrą. Co mogę to robię, ale nie wymagaj ode mnie cudów. - Spiorunowałem go wzrokiem. - Mamy też bardziej skomplikowaną sytuację, bo gdyby nie ruskie we wsi to już byśmy się dawno rozeszli. Wy w swoją, a my w swoją stronę.
    - Po co chciałeś dzwonić od sołtysa? - Zapytał Dzięcioł.
    - Myślałem, że może Natasza coś by zaradziła tym swoim Rosjanom, ale raczej chyba nie pomoże. - Stwierdziłem. - Nie po tym jak ją ostatnio od nas wypierdzieliłem na zbity pysk i wyzwałem od "czerwonych, komunistycznych kurw i ladacznic". - Powiedziałem, wzdychając ciężko.
    - Więc co teraz robimy? - Zapytał mnie mężczyzna.
    - Na razie czekamy. A później zobaczymy. - Kucnąłem przed Niemcem i poklepałem go lekko w policzek dłonią. - Stary, nie śpij, bo ci dzieciaka podrzucą.
    Dzięcioł wyszedł na kolejny partol. Wrócił dosyć szybko po kwadransie.
    - Nie obstawili drogi pod lasem. - Powiedział, dysząc.
    - Przygotuj samochód. Jak Bóg da, to uda nam się szczęśliwie stąd wyjechać i dotrzeć do Warszawy. - Stwierdziłem. Niecałe dziesięć minut później siedziałem z Niemcami w samochodzie za kółkiem. Oczywiście zabezpieczyłem się w karabin i naboje. I kilka granatów tak na wszelki wypadek. Jechaliśmy szybko. Ze dwa razy szybciej niż to było dozwolone. Ale w zakręty wchodziłem idealnie.
    - Teraz lepiej się trzymajcie. - Powiedziałem, wyciskając z maszyny ile można było. Pół godziny później byliśmy już w Warszawie. Wysadziłem ich na jakimś placu. Raczej teraz już sobie poradzą. O tym, że w międzyczasie pozbyłem się ich "magicznych pigułek na pobudzenie" na razie nie wspominałem. Będą zdrowsi o jedną paczkę tego cholerstwa. Pojechałem po dzieciaki do Dzięcioła. On sam zaś już planował gdzieś się ukryć. Pewnie nawet poza wsią. Tam gdzie byli Polacy, Niemcy, Rosjanie i poukrywani Żydzi było po prostu za tłoczno.

    OdpowiedzUsuń
  73. W domu opowiedzialem wszystko. Ciotka Anna pokrecila z politowaniem głową.
    - Żeby to na nas jakiegoś nieszczęścia Michale nie sprowadziło. - Powiedziała ciotka. Alina to jakoś lepiej przyjęła. Chyba mimo wszystko była ze mnie dumna. Że pomimo tego co mnie spotkało z ich strony to nadal miałem w sobie jakąś cząstkę człowieczeństwa.
    Kilka dni później wróciły do Warszawy siostry Zukowskie. Szczerze powiedziawszy nie było mi to na rękę. Ale przecież ich z chałupy nie wygonie. Nadszedł dosyć przyjemny wieczór. Siedzieliśmy wszyscy, to znaczy się ją, Alina, ciotka, Dima, dwie siostry Zukowskie oraz trójka dzieciaków w salonie. Miejsca dużo tutaj nie było, tymbardziej kiedy jeszcze doszła nam Nadia - córka Nataszy oraz Marlena - siostra Magdy Kehlowej i Julek. Tak więc sobie wspólnie spędziliśmy czas, kiedy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Ala poszła otworzyć. Pomimo zaawansowanej ciąży z trojaczkami wygladala dobrze i pięknie.
    - W czyms panom pomoc? - Zapytała dwóch nieznajomych. Zaraz zleciala się reszta kobiet. Równie pięknych.
    - Werner znaleźliśmy jakiś burdel albo harem! - Powiedział wysoki blondyn. To nie spodobało się Nadii. Mimo swojego metra sześćdziesiąt spoliczkowala mocno blondasa.

    OdpowiedzUsuń
  74. Panie były wielce oburzone zachowaniem mężczyzn. W sumie to było to widać gołym okiem.
    - Cham. - Burknęła ze swoim rosyjskim akcentem Nadia.
    - Od wódki rozum krótki. - Powiedziała Alina. - Pan chyba także nie jest trzeźwy. - W tym momencie Nadia wróciła do środka, uznając, że jest jej za chłodno. Zrobiło się trochę luźniej i jakby trochę więcej przestrzeni między paniami.
    Akurat w tym momencie zaniepokoiłem się, że tak długo nie wracają, a poza tym zrobiłem się głodny. Dlatego też poszedłem sprawdzić co się z nimi dzieje, a przy okazji nałożyć w misę bigosu, aby i goście także mieli. Byłem nieco zaskoczony, kiedy zauważyłem jak mu tam było... Valentin. Tak chyba jakoś tak. Zaraz też i pies nastroszył sierść i zaczął głośno ujadać i szczerzyć kły.
    - A co ty tutaj robisz? - Zapytałem bez namysłu. Nalewka ciotki trochę zaczęła działać w moim umyśle.

    OdpowiedzUsuń
  75. -Owszem, owszem, chętnie zapalę-przystaję na to z chęcią i prawdziwą ulgą. Od tak dawna nie paliłem, że moje płuca odwdzięczą się za każdą dawkę nikotyny...w sumie nie od dawna, bo od czterech godzin, ale ćśś...
    Biorę papierosa, zapalam go z prawdziwą ulgą. Smród nikotyny roznosi się po całym pomieszczeniu. Ponieważ Christa nie lubi palaczy, wychodzi z Blitzem na zewnątrz. Jest roześmiana, rozluźniona, śmieje się i żartuje z Jakobem, jak trzeba. Słuchając o zwrotności Focke-Wulffów, wypuszczając co jakiś czas dym z ust, skupiony tylko i wyłącznie na w miarę bezpiecznej rozmowie, czuję się po raz pierwszy od dawna na swoim miejscu. I chyba nawet jestem zwyczajnie szczęśliwy, zadowolony z życia, z siebie, jak przed wojną.
    "Służba na takim zadupiu Europy musi być męcząca...tylu Polaczków"...
    Rozmowa schodzi na niebezpieczne tory. Czy on chce mnie wysondować w jakiś sposób? Marszczę brwi. Z tego, co wiem, Voss nie należy do partii. I jest tylko - albo może aż - lotnikiem. Chyba że też siedzi w konspirze czy coś?
    Nie wiem. Za chwilę wszystko się okaże.
    -Wie pan, jak to jest...Podbiliśmy Polskę, więc musimy strzec tu porządku, ale Geheimestaatzpolizei nie jest moją wymarzoną formacją. Gdyby to ode mnie zależało, od dawna ostrzeliwałbym Angoli albo żabojadów. A tak...-wzdycham ciężko. I tak nikt mnie nie słyszy, podsłuchu nikt tu raczej nie mógł zamontować, a pijani oficerowie leżą trupem na ziemi i nic już nie słyszą. -Zagrajmy w otwarte karty, Voss. Gdybym mógł, od dawna siedziałbym już w samolocie i ostrzeliwałbym rzeczywistych wrogów, to jest Anglików lub Rosjan. Polacy są groźni, to fakt, ale skoro już ich ujarzmiliśmy, to nie lepiej skupić się na istotniejszych sprawach? Tym bardziej, że muszę też myśleć o bezpieczeństwie mojej rodziny. Chociaż...
    Przez moją twarz, niby błyskawica, przemyka rozbawiony uśmiech. Wypalam papierosa do końca, po czym oferuję lotnikowi cygaro kubańskie. Jedno z najlepszych, przedwojennych, starannie przechowywanych i oszczędzanych na specjalne okazje! Valentin powinien się czuć zaszczycony, nie częstuję takimi cudeńkami byle kogo.
    -A przy okazji, nie spodziewałem się, że znasz oboje Stauffenbergów. Myślałem, że służbowo zetknąłeś się tylko z Melittą? To ona siedzi w samolotach, nie Alexander-zauważam z niejakim zdziwieniem. Muszę wypytać ich o to dokładniej, o tę znajomość...Czy to bezpieczne w tych czasach?

    OdpowiedzUsuń
  76. - Wojna czy nie wojna, ale jest też inne przykazanie. "Nie zabijaj" tyczy się to nie tylko zabijania innych, ale także i siebie. Można by rzec, że uczyniłem wam przysługę, zabierając to wam. Wzmocniona amfetamina lub jak kto woli metaamfetamina. - Powiedziałem, spoglądając na niego. Alina przysunęła się bliżej mnie, kiedy podszedłem do drzwi.
    - Michał o czym on mówi? - Zapytała cicho.
    - To nic takiego, idźcie wszyscy do pokoju. - Odpowiedziałem. Kobiety posłusznie poszły, ale zaraz wytaszczył się z pokoju Dima i Julek, który z wielkim bananem na twarzy zapytał:
    - Michał, no gdzie ten bigos? - Zatrzymał się Julek, odprostował na swoje metr dziewięćdziesiąt pięć. - A to kto? - Chłopak był ewidentnie pijany. Zaraz jednak do nas wtoczył się Jakob.
    - Ale pan doktor powiedział, że poskładałeś i zaszyłeś nas jak prawdziwy zawodowiec. - Kiwnął głową z uznaniem i wywinął orła.
    - Wydaje mi się, że twojemu koledze jest już za dużo. - Stwierdziłem.
    - Ale oddaj to co nasze. - Wycelował pistoletem do mnie. Zaraz też usłyszałem jak Dima podchodzi do mnie i celuje w Niemca.
    - Lepiej to odłóż. - Powiedział spokojnie mężczyzna, a ja uśmiechnąłem się chytrze.

    OdpowiedzUsuń
  77. - Dzisiaj chyba poczytam sobie jakieś dobre książki. - Stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie w jego kierunku. Bardzo lubiłem czytać o czym wiedzieli chyba wszyscy, którzy przebywali w moim otoczeniu. I jak na ironię losu to chyba najbardziej lubiłem czytać literaturę rosyjską. - Ross jest całkiem niezły w karty. Pod tym względem wymyśla dosyć szybko całkiem dobre strategie. - Uśmiechnąłem się lekko na samo wspomnienie. - A kto cię tam wie, kiedy ty pijesz, a kiedy nie pijesz. - Powiedziałem półżartem, półserio. - Rzadko kiedy mam okazję widzieć ciebie trzeźwego. - Dałem mu kuksańca w bok. Takiego średniego jak na mnie.

    OdpowiedzUsuń
  78. Dlaczego się tu znalazłem? Cóż, nie miałem wtedy jakiegoś konkretnego wyboru. Albo przyjąłbym ofertę, albo skończyłbym marnie wraz z siostrami.
    Nie było wtedy trzeciej drogi.
    -Dowództwo złożyło mi wtedy ofertę nie do odrzucenia-krzywię się lekko, zaciągając się mocno cygarem. W tle, jakby w innej bajce, Reimann rzyga w kwiaty z całą premedytacją. Nie, żeby się nim ktokolwiek przejmował. -Lecz może przejdźmy na ty, skoro tak wygodnie nam się rozmawia? A co do drugiego pytania, to nieczęsto się zdarza rozmawiać z lotnikiem, powiedziałbym, że nawet za rzadko!
    Wybucham krótkim śmiechem. Prostuję się. Obracam w spoconych palcach dymiące cygaro. Jak widać, warto przestrzegać oszczędności wojennych. Nawet tych dotyczących wolności osobistych. W zamian bowiem poznaje się wartościowych ludzi i ma się takie skarby, jak to. Wychodzimy z sali na zimny korytarz, rozświetlany jedynie światłem z ogrodów. Uśmiecham się lekko do Valentina. Kto by pomyślał, że teraz, w czasie tej wojny, nawiążę tyle przydatnych kontaktów! To dowodzi, jak bardzo otwartym i ostrożnym trzeba być, żeby przetrwać w tej nowej rzeczywistości. Byle do końca wojny, wtedy powstanie nowa, faktyczna Rzesza i będzie można żyć w innych warunkach...chociaż jeśli przegramy, to wszędzie będzie pełno szczurów typu Reimanna, którzy wślizgną się na dobre posadki, a zwykli żołnierze i ci z lepszych rodzin będą musieli się nieźle naharować, nim uda im się znaleźć cokolwiek, co utrzyma ich rodziny i ich samych...Zaciskam na chwilę wargi. Ostatecznie na razie jeszcze jest dobrze. Nie ma co wyprzedzać faktów. Zabezpieczyłem się z każdej możliwej strony. Kontakt z Krzyżową, z Stauffenbergami miał służyć właśnie temu celowi, służba w gestapo też...chociaż nie ukrywam, że chętnie poprosiłbym o przeniesienie. Chociaż...front wschodni nie brzmi zachęcająco. Alexander był tam krótki czas i prawie doprowadziło go to do szaleństwa. A ja muszę pozostać normalny, choćby dla moich sióstr i dlatego, że żyjemy w wystarczająco obłąkanych czasach. Wychodzimy przez ten korytarz do innej, równie ukwieconej sali, ale i pustej. Tam siadam na jednym z wolnych krzeseł, Valentinowi wskazuję drugie.
    -Słuchaj, a...tak między nami mówiąc, jak wygląda sytuacja z wstępowaniem do Luftwaffe? Potrzebne są tam, bo ja wiem, jakieś rekomendacje, czy starczy tylko przeszkolenie? Pytam na wypadek, gdybym chciał się przenieść - wiem, że to odrębne formacje, ale, między nami mówiąc, szlag człowieka trafia, kiedy po raz enty musi coś zrobić, bo Kripo sobie nie umie poradzić nawet z prostym zabójstwem, a co dopiero z taką sprawą jak ta pułkownikowej Malzahn. Sam powiedz, ile można?
    Na wzmiankę o Stauffenbergach unoszę brew. Coś musi być w tym, że tak często o nich wspomina. Czyżby wydarzyło się coś, o czym nie wiem? Albo może ktoś im grozi, nie mogą bezpośrednio prosić o pomoc i chcą mi to przekazać przez Vossa? Siadam wygodniej, gubiąc się w domysłach.
    -A co u Alexandra? Dawno z nim nie rozmawiałem. Służba nie drużba...-uśmiecham się lekko, wspominając dziecięce wyścigi w ogrodach, dosiadanie koni wuja, pierwsze wspólne palenie papierosów...O ile ja wypaliłem go z dumą, o tyle Alexander o mało nie zwymiotował. Pamiętam, jak śmiałem się wtedy z niego i nazywałem go panienką...
    Mrużę oczy. Przesuwam palcami po gładkiej fakturze cygara, otoczony szarym, miło pachnącym dymem. Za moimi plecami, pod ścianą, rozpościera się dumnie kosz róż połączonych z chryzantemami. W wypolerowanym blacie stołu, którego nie zakrywa obrus, widać nasze przesadnie wierne, wyraźne odbicia. Przez chwilę w pomieszczeniu trwa głucha, łagodna cisza. Zapach kwiatów i cygar łączy się w dziwnej harmonii, blat lśni lekko, przytłumione światło lamp z sufitu odbija się od błyszczących guzików w mundurach i odznaczeń.
    Cokolwiek się wydarzy, jestem na swoim miejscu. I chyba tak jest najbezpieczniej w tych czasach.

    OdpowiedzUsuń
  79. Przyglądam się Niemcowi i w jakimś stopniu jest mi go po prostu szkoda. Z drugiej strony trochę przykro.
    - Gdybym nie chciał was ratować to zostawilbym was pod tamtym drzewem... I albo sami byscie się wykonczyli albo zrobiliby to Rosjanie. Poza tym nie ryzykowałbym przejażdżki samochodem, kiedy we wsi roiło się od sowietów. Więc nie mów mi o moim cieniu czy niechceniu bo podjąłem ryzyko polatania was, mimo że mógłbym zarwac za to kulke w łeb. - Warknalem cicho zanim kolega zabrał blondyna. - Raczej nie jest to wykonalne, abym to zwrócił. Kilka tabletek poszło do laboratorium a reszta... Poszła do Wisły po otrzymaniu wyników. Kiedyś mi za to podziekujecie. - Wzrokiem gromie Julka, a Dime proszę o odłożenie broni. - Obaj będziecie zdrowsi o ta jedną tubke narkotyków. - Rzucam do Valentina.

    OdpowiedzUsuń
  80. Wyszedłem razem z dzieciaka na miasto. Miało to być przyjemne popołudnie a wyszło jak zwykle. Cały spokój został najpierw zmacony przez szkopow i ich lapanke. Niedługo potem w lapanke zabawili się Rosjanie. Czy oni się kurwa żądali czy jaki czort? Każdy kto tylko mógł uciekał gdzie się dało. Ale jak tutaj wiać, kiedy szwaby z jednej strony byli a sowieci z drugiej? Niedługo potem Niemcy odjechali a na ich miejsce weszli ruskie. Normalnie otoczyli nas jak jakąś zwierzynę. Wbieglismy w jakąś poboczna uliczkę, a tam wpadliśmy na "znajomych" Niemców. A raczej Niemca, bo tego drugiego nie znałem. No tego nam tu jeszcze brakowało. A niech to szlag jasny trafi i krew nagla zaleje. Za nami wbiegli Rosjanie. Rzuciłem w ich stronę granat. Celnie! Kilka trupów na miejscu.

    OdpowiedzUsuń
  81. Wbiegłem z dzieciakami do jakiejś piwnicy. Przez moment zastanawiałem się co się stało z tamtymi. "Poradzą sobie." - Przeszło mi przez myśl. Ja musiałem na chwilę odspanąć. Chwilę się jakoś uspokoić. Za dużo wrażeń i rozrywki jak na jedno popołudnie. Zdecydowanie za dużo. Spojrzałem na dzieciarnię. Oni chyba też mieli dosyć tego. Nie "chyba", lecz "na pewno".
    - Wiecie co? - Zapytałem się ich, a oni podnieśli głowy. - Wracajmy do domu. To popołudnie jest jakieś trefne. Nie ma co kusić losu. - Stwierdziłem. Widziałem ich zawiedzione twarze. - Po drodze kupimy od groma cukierków, lizaków i jakieś ciastka. Pobawimy się w ogródku u pani Makowskiej. - Powiedziałem. Dzieciaki się ucieszyły z takiego rozwiązania. Wysadziłem ich z piwniczki i skierowaliśmy się do jakiegoś wyjścia. Wziąłem rikszę, uznając, że im szybciej dotrzemy o celu tym lepiej dla nas.
    Przy postoju zauważyłem Valentina. Mimo wszystko uznałem, że wypadałoby chociażby podziękować za pomoc. Podszedłem do niego ostrożnie. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy zechciałby mnie zastrzelić.
    - Serwus. - Przywitałem się na spokojnie. - Chciałem ci tylko podziękować za pomoc z ruskimi. - Uśmiechnąłem się delikatnie unosząc kącik ust. Niemcy mogli myśleć o nas co chcieli, ale mimo ich całego nazistowskiego rozumowania, myśmy też mieli swój honor i kulturę.

    OdpowiedzUsuń
  82. Wieczorem, kiedy czytałem sobie książkę wpadł do mieszkania Max.
    - Ubieraj się i to szybko. - Powiedział do mnie. Patrzyłem na niego oczami jak pięciozłotówki. Tak samo na niego patrzyła się nieco wystraszona Elsa.
    - Ale o co chodzi ty mi najpierw wytłumacz. - Stwierdziłem, odkładając książkę na półkę.
    - Dostałem zaproszenie do kasyna od majora Becka. Chce widzieć także mojego "wielce utalentowanego siostrzeńca". Nie wiem co i komu ja albo ty naopowiadałeś, ale to zaczęło żyć własnym zyciem i trzeba się tego trzymać. - Powiedział porucznik, a ja gapiłem się na niego uważnie. - Przez jakiś czas nikt nadal nie będzie się domyślał jak to z nami jest. - Przytulił mnie do siebie. Lubiłem, kiedy to robił. Kątem oka zauważyłem, jak Elsa chce wyjść z pokoju. - Ty też się lepiej ubierz. Będziesz mu towarzyszyła Elso.
    Dziewczyna stała w lekkim szoku, ale zaraz się ogarnęliśmy. Niedługo potem byliśmy w tym kasynie. Nie wiem czemu, ale nie przepadałem za takimi miejscami. Elsa chyba też nie czuła się tutaj jakoś dobrze. Ścisnęła mnie za dłoń, kiedy wchodziliśmy razem. Zaraz podszedł do nas major, który nas zaprosił. Razem z Valentinem. No tak... Kompletnie zapomniałem, jakie miał plany na ten wieczór.

    OdpowiedzUsuń
  83. "Alexander jest w szpitalu. (...) to sprawa życia i śmierci".
    Momentalnie, w jednej chwili, dębieję. Co się stało? Dlaczego nikt mnie nie powiadomił? Kiedy to się stało? I...jak?! Kiedy podaje mi kartkę, niemal wyrywam mu ją z dłoni i chowam do kieszeni munduru. Kiwam krótko głowª na znak, że zrozumiałem, po czym wychodzimy na zewnątrz. Rozmawiamy z różnymi ludźmi, pijemy wino, Christa flirtuje z Valentinem. Wyjątkowo się nie sprzeciwiam, gdyż jestem bardzo zajęty myślami. Po przyjęciu wychodzimy jako jedni z pierwszych. Wręcz wydaję się stamtąd uciekać. Pomijając już pijanego Reimanna, co, do licha, dzieje się z Alexandrem? Dlaczego nic nikt mi nie powiedział?! Byłbym pomógł, załatwił coś, wiedział, że może na mnie liczyć jak przed wojną! Ale...co właściwie się stało, że jest w szpitalu? Jakiś wypadek? Partyzanci? Przecież, kiedy ostatnio go widziałem...był zdrowy jak ryba! Chyba, że to nagłe?!
    Dwa dni później, odstawiwszy siostry tu i ówdzie (Christę do Blitza, Annikę na pociąg do Stauffen Berg) i odesławszy Kathrin do miliona drobnych prac w domu, zjawiam się u Vossa. Przy sobie mam pistolet, teczkę z dokumentami, cygara i wódkę. Pełen ekwipunek, rzekłoby się. Kiedy gospodarz mnie wpuszcza, siadam na krześle w jakimś pokoju.
    <-Co to za historia z Alexandrem? O co, u diabła-przerwa na wyjęcie cygar i wódki-chodziło ci wtedy na przyjęciu? Jaka sprawa?
    Prawda, że idąc do niego zgubiłem się z osiem razy i pomyliłem ulice, ale jestem i mogę już rozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
  84. Ross poszedł porozmawiać o czymś z majorem. Valentin też gdzieś poszedł. W sumie to może nawet i lepiej. I dopiero teraz dotarło do mnie, że stoję sam z Elsą i nikogo tutaj nie znam. No fajnie, nie powiem, ciekawe doświadczenie. Spojrzałem na Elsę, wyglądała tak jakby czuła się tutaj niepewnie. Z resztą chyba tak samo jak ja. Podeszliśmy w jakieś ustronne miejsce.
    - Wiesz co Cesare? - Zapytała się mnie. - Ja to bym najchętniej sobie stąd poszła. Spójrz tutaj na nich wszystkich. My tu nie pasujemy.
    Była to niestety prawda. Jakoś nie czułem się zbyt dobrze w towarzystwie wysoko postawionych osób. No, może z nielicznymi wyjątkami. Westchnąłem głośno, siadając przy wolnym stoliku. Rozejrzałem się dyskretnie dookoła.
    - Posiedźmy tutaj trochę. Jak teraz tak od razu wyjdziemy... Nie będzie to dobrze widziane przez innych. - Stwierdziłem cicho. Podszedłem do baru i zamówiłem sobie i Elsie drinki. Skoro Max płacił to czemu miałbym sobie trochę z tego nie skorzystać? Niedługo potem zauważyłem Valentina wraz ze swoją towarzyszką, którzy szli w naszym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  85. Ross poszedł porozmawiać o czymś z majorem. Valentin też gdzieś poszedł. W sumie to może nawet i lepiej. I dopiero teraz dotarło do mnie, że stoję sam z Elsą i nikogo tutaj nie znam. No fajnie, nie powiem, ciekawe doświadczenie. Spojrzałem na Elsę, wyglądała tak jakby czuła się tutaj niepewnie. Z resztą chyba tak samo jak ja. Podeszliśmy w jakieś ustronne miejsce.
    - Wiesz co Cesare? - Zapytała się mnie. - Ja to bym najchętniej sobie stąd poszła. Spójrz tutaj na nich wszystkich. My tu nie pasujemy.
    Była to niestety prawda. Jakoś nie czułem się zbyt dobrze w towarzystwie wysoko postawionych osób. No, może z nielicznymi wyjątkami. Westchnąłem głośno, siadając przy wolnym stoliku. Rozejrzałem się dyskretnie dookoła.
    - Posiedźmy tutaj trochę. Jak teraz tak od razu wyjdziemy... Nie będzie to dobrze widziane przez innych. - Stwierdziłem cicho. Podszedłem do baru i zamówiłem sobie i Elsie drinki. Skoro Max płacił to czemu miałbym sobie trochę z tego nie skorzystać? Niedługo potem zauważyłem Valentina wraz ze swoją towarzyszką, którzy szli w naszym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  86. Słysząc jego odpowiedź, pokiwałem lekko głową. Sumienie uspokojone.
    - Wierzysz w te legendy o sznurówkach? - Zapytałem się go. Łaziłem po tym świecie już paręnaście lat i nigdy przez rozwiązane sznurówki nie wywróciłem się. Tak więc wnioski nasuwały się same. Albo miałem niebywałego farta, albo była to legenda. A może nawet i dwa w jednym. Pożegnałem się zwykłym 'cześć' i wróciłem do dzieciarni, która stała z łakociami. Wróciliśmy do domu, a później wyszliśmy do pani Makowskiej. Tam chociaż dzieciaki mogły pobawić się na świeżym powietrzu.

    OdpowiedzUsuń
  87. Napełniam obie szklanki, po czym usadzam się wygodniej na twardym krześle. Słucham uważnie tego, co mówi Valentin - a są to wieści wprost hiobowe. Przez moją twarz, zaczerwienioną od zimna, przemykają rozmaite sprzeczne uczucia. Z jednej strony jest to zwykły, ludzki strach, niepokój, stres, z drugiej zaś gniew i zaciekawienie. Wieści są złe, na tyle złe, że muszę sam wkroczyć do akcji. Ręka zaciskająca się na wypolerowanym szkle drży lekko, nerwowo. Biorę potężny haust wódki, nie przejmując się już ani skacowaniem Vossa, ani dobrymi manierami. Więc sytuacja jest aż tak tragiczna? Ale dlaczego nikt mnie nie powiadomił? Przecież gdybym wiedział wcześniej, mógłbym jakoś zareagować...
    Teczki z dokumentami, do których dostęp ma tylko Ross? Brzmi to dość dziwnie i podejrzanie - o ile wiem, Ross służy w Schutzstaffeln. Czy oznacza to, że dali mu dostęp do spraw politycznych? Technicznie rzecz biorąc mógłbym pod pozorem jednej ze spraw, które prowadzi Abwehra, zajrzeć do tych teczek i dokonać zmian w ich treści, ale...Zaciskam mocniej palce na kieliszku. Odkładam pudełko z wymownym napisem "cigaretten" na szary, bezbarwny blat.
    -Da się to zrobić. Jeśli teczki te znajdują się w siedzibie gestapo, mogę bez problemu je znaleźć i przechwycić, a potem zastąpić wnioskami o przeniesienie niektórych oficerów-uśmiecham się porozumiewawczo, mając na myśli głównie tych, którzy zaszli mi za skórę, a których otwarcie podejrzewa szef. Przy okazji można będzie przemycić spreparowany donos na Reimanna, który spowoduje, że obniżą mu pensję i zmniejszą przydział na Bezugscheiny. Wciąż zastanawia mnie, co właściwie się wydarzyło. Dlaczego Alexander nie powiadomił mnie sam, tylko wykorzystał Valentina? Przecież ryzykował, że mogliśmy się nie spotkać, że mogłem znowu zostać gdzieś wysłany, tak jak dwa miesiące temu na Usedom. Zimny, listopadowy deszcz brzęczy ponuro w szyby. W pokoju robi się dość ciemno, wstaję więc, by przekręcić kontakt i włączyć światło. Po chwili wracam na swoje miejsce.
    -Jeżeli Ross nie zniszczył tych dokumentów, to są jeszcze w siedzibie gestapo...W jego gabinecie albo w archiwum. Prowadzimy teraz sprawę powiązaną z Neumannem, mógłby być pretekstem. Będę musiał zablefować, ale liczę na to, że nie przeciekły dalej-biorąc kieliszek w dłoń, poprawiam krótko ścięte włosy w geście zniecierpliwionego zmęczenia. Jeśli sytuacja wygląda tak, jak teraz czuje się nasz lotnik, to najwyższa pora, bym poruszył moje kontakty.
    -Co właściwie się wydarzyło w Niemczech? -pytam nagle, dość ostro. -Co zobaczyłeś, kiedy odwiedzałeś Alexandra?
    Bo jeśli poruszyło to nawet lotnika z Luftwaffe, to naprawdę sprawa musi być poważna.

    OdpowiedzUsuń
  88. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  89. - Zobacz pan co tutaj sie wyprawia. - Szepnal jakis mezczyzna, ktory zgarnal Valentina na ulicy. Zaprowadzil go na strych, odsunal deske i pokazal mu Michala, ktory uczyl sie lekarskiego fachu i jego mentora. - Z tym powinno sie zrobic porzadek.
    ***
    Siedzialem teraz u doktora Nowackiego. Lubilem jego sposob nauczania. Zamiast wykladac teorie po raz enty przechodzilismy od razu do praktyki. Dobrze, ze dostalismy tego trupa. Przynajmniej bylo na czym praktykowac. Tak wiec sobie paradowalem ze skalpelem w jednej dloni i innym narzedziem w drugiej.
    - Czy to w porzadku, ze cwiczymy na trupie? - Zapytalem sie doktora.
    - Nikogo zywego nie dadza tobie. Nie teraz. A ten tutaj i tak byl konfidentem. Smierc jest tym na co sobie zasluzyl. A jak nie umial przysluzyc sie za zycia to nadrobi to po smierci. - Stwierdzil Nowacki.

    OdpowiedzUsuń
  90. Przez moment obserwowałem jak Elsa odchodzi wraz z nowopoznana towarzyszka.
    - Powiedzmy, że mieliśmy inne plany na ten wieczór. - Odpowiedziałem. - No, ale wyszło jak wyszło. - mimowolnie wzruszyłem ramionami. Spojrzałem na niego uważnie. - Och, dajze mi spokój z ta kelnerka. - Mruknąłem cicho pod nosem. - I nie podrywaj mi Elsy. Jest za młoda dla ciebie. - Powiedziałem polzartem półserio. Niedługo potem. Niedługo potem dosiadl się do nas Ross.
    - Co panowie powiedzą na ruletke? - Zapytał Max.
    - Z moim szczęściem to przegralbym całą wypłatę, więc zrezygnuje. - Stwierdziłem.
    - Mi się nie odmawia CEsare. - Stwierdzil Max wbijajac we mnie chłodne i potworne spojrzenie.

    OdpowiedzUsuń
  91. Siedzę przez chwilę jak zbaraniały, powoli łącząc fakty. Kaszel w trakcie obiadu. Krew na chusteczkach. Zasłabnięcie, o tyle dziwne, że nastąpiło w zimny dzień. Dziwne koperty, które znalazłem tylko raz w jego sypialni.
    Boże jedyny. Boże.
    W co ten cymbał się wpakował, że aż chciał się wieszać?!
    Że nie powstrzymało go nic, ani religia, ani rodzina, ani nawet miłość do Melitty - bo przecież on ją kochał, prawda? Prawda?! Nie wiem już, co mam myśleć. Jak reagować. Nawet nie zauważam, kiedy wylewam na siebie całą wódkę z kieliszka, a samo naczynie omal nie rozbija się w drobny mak i ratuje je tylko wyrobiony odruch.
    -Więc to dlatego...-nie kończę. Mam poważny głos, przez który przebija szok. Wreszcie wstaję. Zaczynam spacerować po pokoju, szukając w głowie jakiegoś planu.
    Ross. Neumann. Sprawa Neumanna. Fałszywy donos. Klucz?
    -Sprawę Neumanna prowadzimy ja i taki jeden gościu z Abwehry, nie znasz go. Wcześniej służył w Kripo...-zawieszam na chwilę głos, szukając w pamięci nazwiska. -Nazywa się bodajże Glouber, Hans Andreas Glouber...A co do tego, to sprawa jest tajna, więc nie mogę powiedzieć, o co chodzi.
    Zapalam kolejne cygaro. W oczach mam niechęć i zmęczenie.

    OdpowiedzUsuń
  92. Zaciskam wargi. Czy on mnie właśnie prowokuje do wyznań? Nie mam obowiązku mówić mu wszystkiego, zwierzać się z operacji, które teraz prowadzę. Nie jestem pewien, czy komuś tego nie wypapla, tym bardziej, że wydaje się być neutralny - ani po jednej, ani po drugiej stronie. A jeśli dotrą do niego i go odpowiednio nacisną...Choć z drugiej strony to właśnie on przekazał mi wiadomość od Alexandra, to on przyjechał aż tutaj, pojawił się na przyjęciu, choć nie miał takiego obowiązku ani nie był blisko z gospodarzami, odnalazł mnie...
    -Przepraszam, liczysz na spowiedź?-pozwalam sobie na kwaśny uśmiech. Po chwili prostuję się. Wyglądam na starego człowieka. Na starego i zmęczonego, kto by pomyślał, że całkiem jeszcze niedawno kończyłem studia w szkole wojskowej i myślałem, czy lepsze jest Luftwaffe po tatusiu, czy lepiej zaczynać od zera w jakiejś innej formacji od podstaw! Zakładam ręce na kark.
    -Wiesz dobrze, że nie mogę ci powiedzieć szczegółów, skoro sprawa jest tajna. Ale podałem ci nazwisko Gloubera i sądzę, że jak coś jeszcze pozwolą mi ujawnić, to pierwszy się o tym dowiesz. Co do Alexandra...W którym szpitalu leży? Jak zapiszesz mi adres, to pojadę tam w pierwsze wolne popołudnie i odwiedzę go. Stary dureń, nic mi nie powiedział, a mogłem, kurwa, mu pomóc.
    Wykrzywiam lekko wargi, przyspieszając kroku. "Kto jest przełożonym Neumanna"? Z tego, co wiem, obecnie jest nim Ross. Pułkownik Maximilian Ross, krewny generała Rossa, bohatera z I wojny światowej i frontu zachodniego. Nie jest to, o ile mi się obiło o uszy, człowiek łatwy. I na pewno nie będzie chętny ani skory do współpracy, z uwagi na jego...cóż, bardzo dwuznaczne zachowania...
    Przerywam swoje krążenie po pokoju, stając pośrodku.
    -Szefem Neumanna jest Ross. I z tego, co wiem, to Neumann był bodajże w drużynie Wartenburga, ale jeśli chcesz, żebym ja z tą wazeliną hitlerowską rozmawiał, to zwiąż mi ręce, bo w pewnym momencie mu w ten ryj pusty przylutuję.-zastrzegam uczciwie. -Człowiek Wartenburga wkopał Alexandra i Melittę w jakieś donosy, śledził ich i szpiegował, a ja nie mam zwyczaju bawić się w takie rzeczy. Do tego niedawno go przyłapałem na robieniu zdjęć mojej rodzinie. Takich rzeczy nie puszcza się p-ł-a-z-e-m!
    Każdą sylabę wybijam uderzeniem pięścią w stół. Wreszcie siadam, starając się uspokoić.
    -Wartenburga łatwo byłoby zaszachować, ale nie wierzę, że ten gnojek z szlachetnym "von" przez przypadek ma z tym coś wspólnego. Teczki musiały dotrzeć raczej do Rossa, który znowuż jest pułkownikiem i ma nieposzlakowaną opinię...Przynajmniej ja nie wiem nic o tym, by coś miało ją poszlakować. Ale możemy się tego dowiedzieć. Chociaż z drugiej strony to może być zbędne zagranie, jeżeli uda mi się dostać do jego gabinetu, gdzie mogą być przechowywane teczki. Podmiana nie powinna mi zająć długo.
    Choć przy wkopywaniu hitlerowskiej wycieraczki dupy zajmie mi o wiele, wiele dłużej-dodaję w myśli z pogardą. Sam wierzę w wyższość Niemiec jako takich, ale ze względu na myśl twórcza i ekonomiczną, nie wyższość rasy. Ludźmi jesteśmy takimi samymi, tylko że to my tworzymy sztukę, poezję, to nasze utwory się tłumaczy i sprzedaje. To nasz przemysł przed wojnami był silny i zatrudniał miliony ludzi. Trzeba nam tylko porządnych obywateli, którzy to wszystko dźwigną, a nie chorych wariatów i równie nienormalnych propagandystów, piszących artykuły, które nie mają same w sobie sensu!

    OdpowiedzUsuń
  93. Ross wydawał się być zainteresowany rosyjską ruletką. Ja uznałem to zaś za idiotyzm i szaleństwo. Za to spotkałem się z wymownymi spojrzeniami Rossa i Vossa.
    - Ja tylko wyraziłem swoje zdanie. - Stwierdziłem. - Czego to ludzie z nudów nie wymyślą... - Szepnąłem cicho pod nosem. - Idę postawić coś w ruletce. - Stwierdziłem, podchodząc do odpowiedniego stolika. Dałem swój wkład, dostałem żetony i wszystkie postawiłem na liczbę dwadzieścia pięć.
    - A jeszcze nie tak dawno ktoś nam tu mówił o szaleństwie i idiotyzmie. - Powiedział do mnie Max, który stał za mną razem z Valentinem.
    - Zagram, abyś później mi nie trąbił, że nie zagrałem. Postawię wszystko, szybciej zakończę i będę miał święty spokój. - Odpowiedziałem. Stawka w tej rundzie była dosyć wysoka. Krupier zakręcił i... Ło kurwa... Dwudziestka piątka wypadła.
    - Grasz dalej? - Zapytał Max.
    - Nie. Jedna runda dla mnie wystarczy. - Stwierdziłem.
    - Cesare... - I znowu ten sam wzrok. Aż sam w sobie się skurczyłem. Dla świętego spokoju zagrałem z nim i Valentinem jeszcze jedną rundę. Obstawiłem dwudziestkę. I tym razem znowu trafiłem. Jakiś starszy oficer właśnie stracił ostatnie swoje oszczędności i zaczął na mnie wyklinać. Max, który też sporo obstawił jakoś dziwnie się na mnie patrzył. Valentin też chyba w sumie nie był zadowolony z tego, ze coś właśnie przegrał. Tym razem jednak definitywnie zakończyłem swój udział w tej grze.

    OdpowiedzUsuń
  94. Zaczynam się szczerze śmiać. Podoba mi się ten facet! Wyczuwam w nim przyzwoitego człowieka, zwykłego Niemca, o jakich coraz trudniej w tych ciężkich czasach. Ten przynajmniej nie świruje dla idei. Siadam, wciąż zanosząc się od śmiechu, nie wierzę w to, co słyszę. Najlepszy dowcip wszechświata! Chociaż te amerykańskie papierosy brzmią bardzo dobrze, ale jeszcze nas aresztują na tej podstawie za szpiegostwo albo współpracę z aliantami. Kiwam głową, ocierając łzy rozbawienia. Facet to ma poczucie humoru...
    -Tak, tak, to ten Ross. Przecież mówiłem, że jest pułkownikiem w SS,ale mogłeś nie dosłyszeć-stwierdzam pojednawczo. Przełykam ślinę, gdyż na wzmiance o tym suczym synu Römmlu cholera mnie bierze. Wracają podejrzenia. Czy ta Wasser-swołocz na mnie donosi? Po to tu przysłał Vossa? Ale biedak nie wie, że i ja wiem o jego konspiracji z Polakami. Że...Uśmiecham się, acz żyłka mi zaczyna pulsować.
    -Römmel? Ta durna ciota w Wehrmachcie siedzi, choć nie wiem, za jakie grzechy, ale to Ross niańczy rudego dzieciaczka. A co do Wartenburga, gdybym mógł, to dawno bym sukinsyna zakapował i amen, tyle że wiesz, ma plecy w partii.-przerywam na chwilę, żeby się napić. -Ojczulek partyjniak od trzydziestego trzeciego, a synalek dupy górze podcierał cudownymi i fenomenalnymi artykułami o żydowskich ścierwach. Znajdziesz to jeszcze. Sam rozumiesz, nie mam specjalnego pola manewru, ale mam plan, jak starego Wartenburga wysłać na front wschodni. Wtedy młody nauczy się szacunku dla prawdziwej armii!
    Wypijam kolejny łyk wódki. W głowie zaczyna mi lekko szumieć. Polska wódka brzmi dobrze, nigdy nie próbowałem...
    Odstawiam szklankę z hukiem, znowu się śmiejąc.
    -W takim razie uznaj to za wyzwanie-mówię wesoło, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą. -Za dwa dni przyniesiesz mi wódę i Camele, Chesterfieldy są dla szczyn. Aha, i z podmianą poczekaj, dam ci zaraz wnioski...
    Szybko wychodzę nieco chwiejnym krokiem z pokoju. Słychać, jak rozbijam się po korytarzu, klnąc i szukając czegoś, czego nie mogę znaleźć. Wreszcie, po około 20 minutach szukania, wracam - wielce z siebie dumny jak paw cesarski. Zacieram ręce. To będzie wspaniała zemsta! O tak, godna Anwardenów zemsta, ojciec musi być ze mnie dumny! Rzucam cztery zestawy dokumentów w cieniutkich teczkach o kolorze jaspisu. Klaszczę w dłonie z zachwytem godnym dziecka, któremu oferuje się wypad do kina. Siadam bliżej Valentina. Chcę mu wszystko pokazać i wytłumaczyć, co i jak.
    -Patrz, tu jest wniosek o przeniesienie jednego gościa na polskie zadupie nad morzem i drugi, o wysłanie innego oficera na front wschodni. To włożysz na prawą stronę. Tu masz -przesuwam niecierpliwie kartki, wreszcie wskazuję drżącym od zapijaczenia palcem odpowiedni plik papierologii. -Tu masz parę informacji na temat Wartenburga, dotyczące jednej afery politycznej i takiej karcianej sprawki...To jest istotne, drogi Valentinie, bardzo, i musi znaleźć się na samym środku. A tutaj masz...
    Znowu łykam wódki. Podaję mu ostatnie teczki opatrzone orłem, z napisem "Reichssicherheithauptamt IVA2". Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy Niemieckiej. Zacieram grube, lecz wyrobione dłonie z uciechą. Ocieram kraciastą chusteczką pot z czoła.
    -Tu wniosek o przeniesienie Fischera na front wschodni, parę brudnych spraw Reimanna, w tym romans z żydowską piosenkarką przed wojną, i jeszcze kilka mniej ważnych informacji. To przeniesiesz na lewą stronę, do odpowiedniej szafki. Mogę na ciebie liczyć?
    Odsuwam się, patrzę wyczekująco. Cud, że w te papiery nie wetknąłem nic, co dotyczy Römmela, bo inaczej ten cymbał by się zorientował, a tak w tej sytuacji zachowałem karty. Najlepiej zbić zbędne pionki z szachownicy, dopóki wszystko się układa. Po wojnie może nie być takiej możliwości. Fischer utrudnia Canarisowi pracę, Reimann od zawsze sprawiał kłopoty...W sumie to niejako przysłużę się temu kuzynkowi generała, a to bardzo upraszcza sprawę! Wartenburg będzie musiał siedzieć cicho...Zaiste, dobry duch zetknął mnie z Valentinem Wernerem Vossem!

    OdpowiedzUsuń
  95. Kiedy zaczęli grać w rosyjską ruletke wyszedłem na zewnątrz. Jakoś nie mogłem pojąć jak tych dwóch idiotów mogło grać w coś takiego. To aż krzyczalo o pomstę do nieba. A niby to ja byłem tym młodym i głupim. Ale najwidoczniej z wiekiem człowiek glupial. Tych dwóch było najlepszym przykładem. Rosyjska ruletka, i co jeszcze? Może bieg przez plotki z piła w tylku?
    Kiedy emocje w środku już opadły postanowiłem wrócić. Co jak co ale zaczynało robić się zimno. I gdy już miałem iść do lokalu ktoś mnie postrzelił. Dotknąłem dłonią miejsca pod zebrami. Czułem między palcami przeciekajaca krew. Zaraz padł drugi strzał. Tym razem trafił mnie w udo. Upadlem na ziemię z hukiem. Słyszałem jakieś stłumione krzyki, a oczy zasnula mi mgla.

    OdpowiedzUsuń
  96. Starałem się nie zamykać oczu. Przeczuwalem, że jeżeli to zrobię to mógłby być mój definitywny koniec. W sumie to chyba bym się ucieszył. Ale wystarczyło mi, że spojrzałem na nich. Na Maxa... Miał swoje marzenia. A ja obiecałem sobie, że jego marzenia staną się moimi. Ale z drugiej strony był też Valentin, którego polubiłem. Czy to miało wszystko sens? Usmiechnalem się do niego nieprzytomnie. Jakbym już częściowo gdzieś był w jakimś innym miejscu.
    - Przecież to nie pierwszy raz, kiedy odchodzą wam osoby, które znacie. - Kaszlnalem krwią. - Więc po co to wszystko? Przecież nie jestem kimś ważnym. Jestem tylko szeregowym.- Mamrotalem cicho pod nosem. -Tam nie będę już sam.
    - Przestan gadać głupoty Cesare. - Odezwał się Max, skracając drogę.
    - Myślę, że tak to się skończy. Przepraszam was. Że byłem takim bezużytecznym narzędziem. - Mój uścisk się rozluznil a oczy zamknęły się. Kilkanaście minut później dojechali do szpitala. Max wziął na ręce ciało i wbiegł do środka. Od razu pojechali na operacyjna.

    OdpowiedzUsuń
  97. Max usiadł na krześle pod sala operacyjna. Jego mundur był pobrudzony krwią Cesara. Nie zwracał na to zbytnio uwagi. Chciał tylko usłyszeć co z Cesarem. Cały czas mu dzwieczaly w uszach jego słowa.
    - Odnoszę dziwne wrażenie, że to nie Cesare był celem. Wydaje mi się, że on po prostu znalazł się w złym miejscu i czasie. - Odpowiedział mu Ross. - Powinienem go tam nie ciągnąć. Dać mu w spokoju czytać te jego literackie dyrdymaly. - Pokrecil głową z niezadowoleniem. - Zawsze kiedy określa coś mianem idiotyzmu opuszcza miejsce. Tak jakby chciał powiedzieć "jak wy chcecie to to róbcie, ale mnie do tego nie mieszajcie". - Westchnął głośno. - Kiedy zaczynaliśmy grać on wyszedł. Powinienem był go wtedy zatrzymać. - Spojrzał na Vossa. Scisnal dłoń w pięść.
    - Czy mogę pana na chwilę poprosić? - Zapytał lekarz. Odeszli na chwilę. Porozmawiali i Ross wrócił na miejsce bardziej zmartwiony niż był.
    - Od jakiegoś czasu miał zakażona rękę. To rozeszlo się na całą długość. - Powiedział, widząc wzrok Vossa.

    OdpowiedzUsuń
  98. - Lekarz powiedział, że ma 10% szansy na to, że uda się ją jakoś przywrócić do sprawnego działania. - Pokręcił głową z niedowierzaniem. - Na ten temat na razie nie chciał mi doktorek nic powiedzieć. Trzeba będzie poczekać na wiadomości. - Ściągnął z siebie zaplamiony krwią mundur. - Jedź do domu. - Powiedział do niego.
    ***
    Z jakiś tydzień później obudziłem się. Leżałem przykuty do szpitalnego łóźka. Bez możliwości poruszenia się. Bo jak tylko to zrobiłem to bolało jak diabli. Była przy mnie Elsa. Przy porze obiadowej karmiła mnie.
    - Za jakieś pół godziny przyjedzie Max. Posiedzi z tobą trochę, a ja pójdę zrobić jakieś zakupy. I później się zmienimy. - Uśmiechnęła się do mnie.
    - Dlaczego... Dlaczego mam całą rękę zabandażowane? - Zapytałem. Nie przypominałem sobie, abym oberwał tam. W tym momencie do sali wszedł Valentin. Uśmiechnąłem się nikle do niego.
    - To ja was zostawię. - Elsa wyszła z sali.

    OdpowiedzUsuń
  99. - Chciałbym ci odpowiedzieć, że mam się dobrze, ale widzisz jak jest. Czuję się jak z krzyża zdjęty. Nogę mam unieruchomioną na dłuższy czas. Nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów przez ten postrzał pod żebrami. Lekarz mówił, że miałem wiele szczęścia, bo kilka milimetrów dzieliło nabój od jakiegoś tam narządu. - Uśmiechnąłem się nikle do niego. - Jestem tak beznadziejny, że nawet umieranie mi się nie udało. - Prychnąłem cicho pod nosem. - Nie mam do ciebie o to żalu, że nie mogłeś przyjść. Każdy ma jakieś obowiązki. - Spojrzałem na niego. Próbowałem podnieść się do pozycji półleżacej, ale jęknąłem głośno z bólu. Niczym kot. - Obudziłem się dopiero dzisiaj. Może z godzinę albo półtorej temu. - Odpowiedziałem. - No właśnie nie wiem. Zabandażowali mi ją i powiedzieli, że tak musi być. Myślę, że oni kłamią. Myślę, że coś się dzieje i nikt mi nie chce nic na ten temat powiedzieć. Ale nie mogę nią poruszać. Nic a nic. Dałby sobie rękę uciąć, że wtedy dostałem tylko w nogę i ppod żebra.

    OdpowiedzUsuń
  100. - Nie, no, z tą ręką to taki żart. - Zaśmiałem się cicho pod nosem. Tą, która nie była w bandażach otworzyłem czekoladę. Trochę niezdarnie, ale jakoś się udało. Poczęstowałem nią Valentina. Sam też wziąłem kawałek do ust. - Niestety nie mam pojęcia kto mógł do mnie strzelać. Sam chciałbym to wiedzieć. Nie przypominam sobie, abym komuś się naraził czy coś w tym stylu. - Odpowiedziałem, spoglądając na niego. - Co nie zmienia faktu, że i tak nieźle mnie załatwił. Lekarz mówił, że miałem wiele szczęścia, bo kulka, która trafiła mnie pod żebrami zatrzymała się kilka milimetrów przed jakimś tam organem. - Powiedziałem to co usłyszałem. Na chwilę skupiłem się, jakbym chciał sobie coś przypomnieć. - To był facet, lekko łysawy, coś mówił po niemiecku... Było zbyt ciemno, abym mógł widzieć więcej szczegółów. - Westchnąłem ciężko.

    OdpowiedzUsuń
  101. - Taki trochę przy sobie. - Powiedziałem, próbując sobie przypomnieć jak najwięcej szczegółów. - Major Rommel? - Zapytałem. - Nie wiem. On wiecznie gdzieś lata. - Zaśmiałem się cicho pod nosem. - Raczej nie interesuję się tym co moi przełożeni robią po pracy, z kim się znają i takie tam. - Stwierdziłem. - Przestań mnie tak straszyć, bo jeszcze jakiejś paranoi dostanę. - Powiedziałem półżartem, półserio. Do sali wszedł Max. Miał taką minę, że trudno było z niej cokolwiek odczytać. Kiedy Voss wyszedł, Max usiadł na przeciwko mnie. Najpierw przez dłuższy czas rozmawialiśmy na tematy śmieszne i błahe. Później już na takie bardziej poważniejsze. Ale to była rozgrzewka chyba przed tym co miało nastąpić. To co od niego teraz usłyszałem ścięło mnie. Dosłownie.
    - Ale... Jak to? - Zapytałem nie dowierzając.
    - Zakażenie poszło. Dali jeszcze kilka dni na wstrzymanie, bo myśleli, że może coś się poprawi. Ale jest jeszcze gorzej. - Powiedział Max.
    - Przecież dobrze wiesz, że ja prawą ręką robię wszystko. Jak mi ją utną to jak ja będę funkcjonował? - Zapytałem się go z goryczą w głosie. - Nagle zacznę pisać lewą?! - Podniosłem głos. Już teraz wiem co mógł czuć Martin. Tylko, że u niego był jeszcze jakiś cień szansy. Mi jej nie dawano. - Max... - Trzęsłem się jak osika. - Ja nie chcę, aby mi ucinali rękę. - Zacząłem płakać. Ten usiadł na łóżku i mnie przytulił.
    - Postaram się, aby coś wymyślili, ale niczego nie obiecuję. - Powiedział Ross, po jakimś czasie wychodząc. Było już dosyć ciemno i późno.
    ***
    Po południu Elsa chciała mnie odwiedzić. Ale nie dałem jej nawet wejść do środka. Z resztą nikomu nie dałem wejść do sali.
    - Lepiej tam nie wchodź. - Powiedziała Elsa do Vossa, który chyba szedł w odwiedziny. Ten nie posłuchał. Widząc, że ktoś wchodzi, chwyciłem co miałem pod ręką i rzuciłem w stronę drzwi. Porcelanowa figurka roztrzaskała się na ścianie. Niestety to była ostatnia "amunicja", jaką miałem. Zza drzwi wyłonił się Valentin. Obojętnym wzrokiem spojrzałem na niego.

    OdpowiedzUsuń
  102. - Chcą mi uciąć... Znaczy się amputować rękę. W najgorszym wypadku całą. W najlepszym tylko do łokcia. - Powiedziałem cicho. - Prawą rękę, którą wszystko robię, rozumiesz? Tą którą jem, piszę, trzymam różne rzeczy... Oni chyba oszaleli. Przecież ja w try miga nie nauczę się tego wszystkiego robić lewą ręką. To jest niewykonalne. - Starałem się znowu nie rozpłakać. - Zajebiście nie? Mam dwadzieścia dwa lata i będę bez ręki, bo jakaś głupia cipa dała mi przy pobieraniu krwi brudną igłę. Kurwa mać! - Wrzasnąłem, tłukąc lewą ręką w blat, aż wszystko co na nim było to podskakiwało. - Dlaczego to wszystko spotyka mnie? - Zapytałem z goryczą. - Teraz to już będę tak bezużyteczny, że bardziej się nie da. - Wyszeptałem.

    OdpowiedzUsuń
  103. - Jako ten wkład drewnianej trumny nie musiałbym się tutaj męczyć. - Odpowiedziałem mu. - Akurat już mi blisko jest do zostania kaleką bez ręki, więc serio oszczędź sobie. - Fuknąłem niczym kot. - A kto mi da tą protezę? Nasz kochany kraj? - Zapytałem z ironią w głosie. - Cudem będzie o ile dadzą mi zamiast ręki jakiegoś drewnianego kikuta. Przynajmniej na wskaźniku do map sobie zaoszczędzę. - Wycedziłem przez zęby. - Kiedyś... Kiedyś jeszcze miałem gdzieś tego ducha. "Niezłomnego" jak ty to nazywasz, ale spieprzył gdzie pieprz rośnie, widząc to jak sobie ludzie na własne życzenie na ziemi zrobili sobie piekło. To ja w takim razie poproszę o tego kopniaka. Przynajmniej raz w życiu gdzieś polecę.

    OdpowiedzUsuń
  104. Nawet nie zwróciłem uwagi na to, kiedy wyszedł. Nie chciałem się z nikim widzieć. I tak z sali wypierdzielalem każdego kto tylko chciał wejść. Począwszy od Elsy poprzez pielęgniarki a na lekarzach kończąc. Wszyscy wychodzili, i nie dziwilem się im. Sam gdybym mógł to bym stąd poszedł. Obrocilem się przodem do ściany a tyłem do otoczenia. Ktoś wszedł do sali powiedział "Dzień dobry, jak się czujesz?"
    - Komu dobry temu dobry. - Odpowiedziałem porucznikowi. - Nic nie czuje. Dajcie mi wszyscy święty spokój. A najlepiej to idźcie wszyscy do diabła. Do widzenia, dobranoc. - Naciągnąłem na siebie bardziej koldre.
    - Zachowujesz się tak jakbyś był pępkiem świata. Niestety Cesare świat nie kręci się wyłącznie wokół ciebie. Jeżeli masz zamiar całe życie się mazgaic to proszę bardzo, droga wolna. Ale gwarantuje ci, że w końcu ci się to znudzi. - Powiedział. Nie odezwałem sie.
    Kilka dni później przeprowadzili mi amputacje. Uciachali rękę aż do lokcia. A jakieś dwa dni później odwiedził mnie Valentin.

    OdpowiedzUsuń
  105. [ojojoj... Cóż żem ja narobila ;-; on musi zostać w wojsku ;-; cofam to cofam. Uznajmy może, że to był tylko zły sen. Że coś da się z tą ręką zrobić. Jakieś cudowne ozdrowienie czy coś... Baby to jednak są durne xD robimy teraz tak, że Cesare budzi się ze koszmaru. I rzeczywiście Valentin przyszedł w odwiedziny xD i cos będą działać z ta ręką. A w kp zmienię, jak wrócę do chałupy, albo dorwe telefon siostry gdzieś na przerwie xD ]

    OdpowiedzUsuń
  106. Wymamrotalem pod nosem "Memmingen". Nadal nie umiałem się pogodzić z tym, że ucieli mi rękę. Czułem jak znowu łzy lecą mi ciurkiem. Gdyby był tutaj Max to pewnie nazwałby mnie mazgajem, a prawda była taka, że lubiłem swoją prawa rękę i było mi jej szkoda, że skończyła w tak podly sposób.
    - Cesare obudz się. - Usłyszałem głos Elsy. - Neumann do cholery, wstawaj! Gościa masz.- Ocknalem się. - Jeszcze ci tej ręki nie ucieli a ty znów rozpaczasz. Robimy z Maxem co możemy, aby ci pomoc, ale musisz uzbroić się w cierpliwość. - Usmiechnela się delikatnie. - A, pytał się o ciebie jakiś Ranmann,,, Railmann... Jakoś tak. Taki lysawy, nieco przy sobie. - Wyjaśniła dziewczyna. - Taki skurwysyn z twarzy. - Powiedziała wychodząc.
    - Reimann... - Wyszwptalem cicho szczerze zaskoczony. Czego on mógł chcieć ode mnie? Spojrzałem na bok i dostrzegłem Valentina. - Serwus. Wiesz, że sniles mi się przed chwilą? - Zapytałem się go, uśmiechając się do niego. Spojrzałem na prawo. Dobra, moja reka była na swoim miejscu.

    OdpowiedzUsuń
  107. - Śniło mi się, że amputowali mi ta rękę. I że patrzyles się na mnie jak na sierote. Z taka litoscia i współczuciem, że aż żal mi się siebie samego zrobiło. Później leciała ci krew z nosa. - Opowiedzialem mu to co mi się śniło. - Twej krwi było sporo. Ale chyba najbardziej to ryczalem z powodu obcięcia ręki. Mimo wszystko ją lubie. - Zasmialem się cicho. - Chyba dlatego plakalem... Aż mi wstyd, ale nie umiałem tego skontrolować. - Było mi głupio, że widzial jak płacze przez sen. - Valentin... Ty to jednak jesteś wielki! - Ucieszylem się tak, że aż miałem ochotę wyskoczyć z łóżka i go wysciskac. Ale zatrzymała mnie unieruchomiona noga. - Wiesz co? - Zapytałem się ni to siebie, ni to jego. - Ciekaw tylko jestem czego może chcieć ode mnie Reimann skoro pofatygowal się przyjechać aż tutaj. Dobrze, że Elsa go sprawiła. major Rommel mówił, aby lepiej trzymać się z daleka od tego człowieka. Fakt faktem jakiś czas temu Max spierdzielil go ze schodów, że aż wylądował w szpitalu, ale po co mu ja?

    OdpowiedzUsuń
  108. Zaniepokoił mnie stan Valentina. To wyglądało co najmniej dziwnie.
    - Myślę, że powinieneś pójść do jakiegoś lekarza czy coś... - Powiedziałem od niego cicho, biorąc od niego owoc. Spojrzałem na niego zatroskanym wzrokiem. - Z całym szanowanym dla twojej osoby, ale naprawdę nie wygladasz zbyt dobrze. - Powiedziałem, obserwując go uważnie. - Skoro jesteś taki zmęczony to weź to. - Rzuciłem w jego stronę tubke z tabletkami. Podobne brał Valentin a tutaj mieli tego od groma. - Raczej nie powinienem ci ich dawać, ale zawsze mogę powiedzieć, że je zgubiłem i dadzą mi nowe. Nawet złościć się na mnie nie będą. Wszyscy już chyba tutaj wiedzą, że przejawiam tendencje do gubienia najróżniejszych rzeczy. I teraz to tylko za to popblazliwie się do mnie uśmiechają. - Zasmialem się cicho pod nosem. Niedługo potem pozegnalem się z nim.

    OdpowiedzUsuń
  109. [Jakiś wątek z Raisą? Mam nawet pomysł, że Valentin i Raisa poznali się przed wojną, gdzieś w Niemczech (może niech to będzie załóżmy rok 1938), gdzie pojechała z rodzicami. Pan Malicki mógłby znać ojca Vossa, ten zaprasza gości do siebie, tam spotykają się i młodzi. Można tam też i dorzucić Jakoba, który także będzie gościem w domu Valentina. Mogliby oni rywalizować nieco o jej względy, ale ona na końcu ich "zabije" stwierdzeniem, że "kocha ich jak braci". Później spotykają się już na ulicach Warszawy, gdzie najpierw Valentin nie rozpoznaje dziewczyny, ale Jakob mu nieco przypomina, jak ta ich "zabiła słowami". Możemy zacząć o czasów obecnych.]

    OdpowiedzUsuń
  110. - Na dzisiaj koniec próby- powiedział Andrzej, który udzielił ostatnie wskazówki dla aktorów. Po tym Raisa poszła do garderoby, gdzie przebrała się w swoje rzeczy i poprawiła makijaż. Jak ona lubiła dobrze wyglądać. Zawsze, czy padało, czy świeciło słońce. Szminką w kolorze czerwieni przejechała dokładnie po ustach. Uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze.
    - Nie musisz się już tak poprawiać. Jak zwykle wyglądasz jak milion dolarów- zagadał do niej Rafał.
    - Nie chcę wyglądać jak milion dolarów- odpowiedziała Raisa- Pięć milionów zawsze lepiej wygląda niż jeden milion, nie sądzisz?
    Rafał tylko zaśmiał się, podając jej płaszcz. Kiedy wyszła z teatru zaczęło padać, a mijając znaną już sobie kawiarnię wstąpiła tam. Niektóre stoliki były jeszcze puste. Zamówiła sobie kawę, sięgnęła po jakąś gazetę, którą zaraz odłożyła, widząc, że jest to kolejny niemiecki szmatławiec, jaki można było dostać na każdym kroku. Wypiła kawę, ale nie zamierzała jeszcze iść. Nie w taką pogodę. Chciała przeczekać ulewę.
    - Można, o ile wiem z kim mam dzielić stolik- uśmiechnęła się do mężczyzny, który usiadł tuż obok niej. Przyjrzała mu się. Był przystojny. I czemu miałaby sobie odmawiać przyjemności w postaci kolejnej filiżanki kawy? I to w towarzystwie przystojnego mężczyzny.
    - Skoro pan proponuje kawę, to niech i tak będzie- posłała mu ponowny (niekontrolowany) zmysłowy uśmiech. Spostrzegła te zazdrosne spojrzenia innych mężczyzn. Nawet jeden z nich, lekko kołysząc się na nogach podszedł do stolika.
    - Gdybym mógł dla pani skraść księżyc to bym to zrobił bez mrugnięcia okiem- powiedział do niej. Spojrzała na niego zaskoczona.
    - Jak to dobrze, że księżyc jest daleko, albo nie nazwałam tak kota- odpowiedziała mu.
    - O, miłośniczka zwierząt! Jak to miło- zawodził po niemiecku facet- Pewnie jest tak uroczy jak pani i zapewne musi milusio się nazywać.
    - Jeżeli Lucyfer brzmi "milusio", to uznajmy, że tak jest. A teraz przepraszam pana, ale jestem z kim innym i panu także radzę wrócić do kolegów, zanim pan całkowicie i do końca się ośmieszy- powiedziała do niego z rozbrajającym uśmiechem. Facet bąknął jakieś przeprosiny pod nosem i odszedł.

    OdpowiedzUsuń
  111. Raisa szybko przeanalizowała sytuację. Uznała, że gdyby podała pierwsze imię to mogłaby mieć nieprzyjemności. Przecież "Raisa" była typowo rosyjskim imieniem, mimo iż na wschodzie kraju nazywano tak też i Polki. Za to drugie było włoskie, bo od Marietty, ale nieco spolszczone, bo przez jedno "t". Zyskała trochę na czasie przez tamtego faceta.
    - Marietta Malicka- odpowiedziała pewnie, uśmiechając się do niego. Jeżeli chodziło o nazwisko to zawsze mógł pomyśleć, że jest z tych, jak to ona określała "farbowanych Niemców"- Kot zdecydowanie zasłużył sobie na takie imię- zaśmiała się, zerkając na niego spod ukosa i uśmiechając się. Lubiła, kiedy ktoś prawił jej komplementy- Gwiazdkę?- zapytała- Jak dobrze, że nie nazwałam kota "Gwiazdka", bo gdyby mi się nagle zgubił, a pan by mi go przyniósł to miałabym chyba kłopot- uśmiechnęła się ciepło- Prawie trafił pan z zawodem. Lubi pan musicale?- zapytała- Może kiedyś na jakiś pana zaproszę- zerknęła na kawę- A pan? Kim pan jest? Musi mi pan wybaczyć, ale średnio znam się na wojsku. Ale za to znam się na modzie- nie chciała przyznać tego sama przed sobą, ale podobało jej się to. Ale nie chciała wyjść na taką, co to za każdym pierwszym lepszym mężczyzną gania.

    OdpowiedzUsuń
  112. - Dziękuję- odpowiedziała- Rodzice są zafascynowani krajobrazem Włoch i jakoś ta fascynacja odbiła się na mnie- zaśmiała się cicho. Upiła kawy, która była dobra. W sumie dla niej każda kawa smakowała, o ile nie była mdła. Im mocniejsza tym lepiej, ale bez przesady- Owszem, bo jak ja bym się wtedy mogła panu odwdzięczyć- raczej to stwierdziła z żartem niż go o to zapytała- Wróci, o ile ten dom będzie jeszcze stał- dodała- Nieważne- machnęła na to ręką- Czasy... Czasy zawsze są dobre na zapoznanie się z odrobiną kultury. Tylko to zależy od ludzi, czy pozwolą na obcowanie z tą kulturą i sztuką. Oraz do jakiego stopnia pozwolą na to- powiedziała tajemniczym tonem głosu- Zależy też co kto lubi. Nie można przecież do niczego zmuszać ludzi. Wtedy robi się to męczące. Nie tylko dla niego, ale także i dla artysty- posłała mu uśmiech- Mi zdecydowanie łatwiej będzie zdobyć bilety. Ludzie mimo wszystko nadal chętnie chodzą do teatrów czy kin. A każda nowa premiera to tłumy ludzi- puściła do niego oczko- Podobało ci się to- stwierdziła- Zaczerwieniłeś się nieco na twarzy- przestała bawić się w per "pan". Uznała, że to już jest ten moment rozmowy, gdzie swobodnie mogą mówić sobie po imieniu- Myślę, że łatwiej nam będzie, jak zaczniemy mówić sobie po imieniu. Poza tym "pani" bardzo mnie postarza, a mam siedemnaście lat- była ciekawa jego reakcji. Jego wyraz twarzy wywołał u niej salwy śmiechu. Tak zaskoczonego mężczyzny to chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziała- Żartowałam. Jestem odrobinę starsza- ponowna salwa śmiechu ją poniosła, gdy widziała uczucie ulgi wymalowane na jego twarzy- Zbladłeś trochę- nadal śmiała się dziewczęcym głosem- Myślę, że to jest kusząca propozycja zobaczyć świat z perspektywy wykonywanej przez ciebie pracy- "Jeżeli on znowu zaraz się uśmiechnie to będę miała odlot i nawet samolotu nie będzie do tego potrzeba!"- ta perspektywa trochę ją przeraziła.

    OdpowiedzUsuń
  113. - No to teraz byłeś trzeci raz blady- zaśmiała się- Ale nie martw się. Nie ty pierwszy i zapewne nie ostatni jesteś tym, który z czerwieni przechodzi do bieli przeze mnie- powiedziała po czym upiła ponownie kawy- Nie powiem... Jesteś dosyć ciekawym przypadkiem- uśmiechnęła się do niego- Przynajmniej nie jesteś jak większość. Już ci wyjaśniam- powiedziała, widząc cień zaskoczenia na jego twarzy- Niekiedy zdarza mi się słyszeć, dosyć często ostatnimi czasy, po krótkiej i miłej rozmowie propozycję pójścia do łóżka. Ja nie wiem... Czy wam mężczyznom to nie uwłacza?- spojrzała na niego spod ukosa. Przypuszczała, że może mu się podobać. W końcu tyle posłał jej komplementów- Kolacja?- zapytała zaskoczona, mrugając oczami- Ale, że tak teraz, że dzisiaj?- zapytała. "Oddychaj Raisa, oddychaj. Wdech- wydech. Wdech- wydech. Raz, dwa, trzy"- podpowiadał jej rozum- Ale ja nawet nie wyglądam zbyt dobrze, aby... Iść dzisiaj na kolację. Ten strój nawet na to nie pasuje- owszem, wyglądała w nim dobrze, ale uważała, że na kolację wypada lepiej się ubrać i umalować. Ale przecież nie powiedziała też kategorycznie "nie".

    OdpowiedzUsuń
  114. - Wybacz, tyle siedzę na próbach, że aż straciłam rachubę i poczucie czasu- uśmiechnęła się szeroko o niego, prezentując swoje białe zęby- Jeżeli do tej pory ciebie nie przeraziłam i nie spowodowałam jakichś niechęci to umówmy się na jutrzejszy wieczór. Myślę, że to będzie dobry pomysł. A ty jak uważasz?- zapytała, zerkając na niego spod ukosa. On jej robił mętlik w głowie. Normalnie mieszał jak łyżeczką w herbacie. Z trudem powstrzymuje się przed uroczym westchnieniem. Wzięła od niego serwetkę z numerem- Raczej z reguły zjawiam się na umówione spotkania. Chyba, że coś naprawdę ważnego, albo złego zatrzyma- wolała, aby nic "złego" jej nie zatrzymało- A teraz musisz mi na moment wybaczyć, ale muszę skorzystać z toalety- uśmiechnęła się do niego przepraszająco. Odeszła od stolika. Kiedy tylko znalazła się w toalecie, spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Czuła się dziwnie. Jakby miała motyle w brzuchu.
    - Cholera- mruknęła cicho sama do siebie. Nie mogła nic na to poradzić, że jej się podobał. Ale z drugiej strony walczyła sama ze sobą. Bo jeżeli ktoś ją zauważy z nim, z Niemcem, to może mieć wiele nieprzyjemności- I co ja mam teraz zrobić?- zapytała odbicia w lustrze. Wzięła kilka oddechów, po czym uśmiechnęła się i wróciła na miejsce- Już jestem.

    OdpowiedzUsuń
  115. Lekko wzruszam ramionami, słuchając, co mówi Voss. Ostatecznie nie jest to aż tak tragiczna sytuacja...Cieszy mnie, że udało mu się z tym szybko uwinąć. Stanowczo ojciec nieboszczyk miał rację, Luftwaffe nie jest dla byle kogo! Tym bardziej zaczynam lubić Valentina Wernera Vossa, który udowodnił mi, że potrafi być człowiekiem przyzwoitym i godnym mojej rodziny - zubożałej wprawdzie i niewiele znaczącej, ale jednak zawsze dobrej w oczach starej gwardii.
    Po krótkiej rozmowie i jeszcze krótszym piciu żegnam się (wylewnie, jak na mnie) z nowym znajomym, zalecając, by w razie potrzeby zajrzał do mnie i prosił o pomoc. Kiedy wychodzi, schodzę swym ciężkim, chwiejnym krokiem do salonu. Wszystko będzie dobrze...Christine siedzi przy fortepianie, właśnie kończy "Zmartwychwstanie" Mahlera. Podchodzę bliżej. Ostatnie promienie słońca padają na mnie, biały profil siostry w niebieskiej sukni, fortepian i nuty. Wiatr wdzierający się tu przez uchylone okno przewraca zapisane kartki z cichym szelestem, pieszczotliwie, jak...kochanek.
    -No i co myślisz o Wernerze Vossie, braciszku? - pyta swoim miękkim, spokojnym głosem, w którym wciąż dźwięczy Stuttgart, urocza pianistka. Wzdycham ciężko. Opieram się o czarne pudło instrumentu, w moich oczach błyszczy przekora.
    -Myślę, że o jednego skurwysyna w Wehrmachcie mniej, a o jednego przyzwoitego lotnika więcej w Rzeszy. -stwierdzam z uśmiechem. Z góry dobiega falset śpiewającej Anniki, na oknie miauczy kot, słońce lśni na zielonych płatkach jakiejś rośliny stojącej w kącie. Chichoczę.
    -Wyszłabyś za niego, co? Nic z tego nie będzie, chyba że on sam się zmieni. Na razie uwodzi panienki. Wartenburgowi, Reimannowi i innym kanaliom na pewno nie pozwolę nawet się do ciebie zbliżyć!-zaznaczam twardo. Dlaczego zarumieniła się na wzmiankę o tym pierwszym? Odchodzę kilka kroków, biorę z półki Goethego. Przewracam szybko kilka kartek. "Ich bin ein Teil von jener Kraft..."
    Czy to przeznaczenie?
    -A gdybym ci powiedziała, że...podoba mi się Jakob...to znaczy herr Stäffelkapitan? - pytanie jest tak niespodziewane, że unoszę brew. Odrywam oczy od tomiku. Jej delikatna sylwetka, silny charakter, zaróżowiona twarz pełna elegancji...ma w sobie wiele z ojca i matki. Blitz byłby dobrą partią, to fakt. I raczej nie jest nazistą, a to byłoby najgorsze, co mogłoby spotkać moją siostrę - po wojnie i w jej trakcie.
    -Jeszcze zobaczymy. Tymczasem zaprosimy ich na weekend do siebie, to pozwoli nam rozeznać się w sytuacji-decyduję stanowczo.
    (Takie pytanie, co powiesz na to, by w tym miejscu przerwać wątek i pójść w stronę relacji z Martinem? Potem, już zimą, Valentin spotkałby się z Matthiasem już zimą, na ślubie jego siostry z Blitzem? I tam można byłoby wplątać różne plot-twisty ;> )

    OdpowiedzUsuń
  116. - Czy ciężko?- zapytała- To zależy. Jeżeli chodzi o artystów, to myślę, że trzeba urodzić się z "tym czymś". Owszem, niektóre rzeczy jesteś w stanie się nauczyć, ale jest to trudne. Kiedy gra się jakąś postać... Musisz się starać, aby była wiarygodna. Tutaj nie ma miejsca na drętwą grę. Musisz pracować całym sobą. Ruchy, mimika, głos... Musisz mieć opanowane do perfekcji. Moja nauczycielka, emerytowana już, mówiła, że my aktorzy to jesteśmy kanalie i węże- zaśmiała się cicho- Że ze sceny nie schodzimy nawet wtedy, kiedy przedstawienie już się skończyło. Że gramy cały czas- uśmiechnęła się do niego- Ale za to takie "granie" działało na moich rodziców, kiedy nie chciałam iść do szkoły i trochę symulowałam. Ale nie za często. A później chyba się poznali na tym, bo za każdym razem to prowadzili mnie do doktora- dopiła swoją kawę- Jeżeli zamierzasz zostać aktorem... To jest ciężki kawałek chleba i... I wiedz, że tutaj nie ma żadnych dróg na skróty. Bo przepadniesz bez echa.

    OdpowiedzUsuń
  117. - Myślę, że każdy powinien mieć powołanie do tego co robi. Wtedy będzie szczęśliwy. Ja na przykład chodzę do teatru, gram, robię to co lubię. A jak człowiek robi w pracy to co lubi to tak jakby nie pracował- zaśmiała się cicho- Fakt faktem najcięższe jest poranne wstawanie, ale później jak już się rozbudzę to wszystko idzie mi już z górki- spojrzała na niego i uśmiechnęła się- Jeżeli chodzi o mnie to wyznaję zasadę "Rób to co lubisz, ale nie szkodź innym"- spojrzała na niego- Siódma mi odpowiada- skinęła głową. Wyszła niedługo po nim.
    Drugiego dnia spotkał ją odwieczny problem każdej kobiety. Otóż właśnie stała przed otwartą szafą i mamrotała sama do siebie, że nie ma się w co ubrać. Chociaż szafa była pełna. Zdecydowała się na "małą czarną", jak to kobiety określały tę sukienkę. Tym bardziej, że była nowa i jeszcze nienoszona. Buty na obcasie rzecz jasna. Włosy splotła w kok, wypuszczając jedno pasmo przy twarzy. Umalowała się dosyć starannie. Założyła na siebie płaszcz. Czerwony z czarnymi guzikami. Spojrzała na zegarek. Była osiemnasta trzydzieści. Chwyciła torebkę i udała się na miejsce spotkania. Rozejrzała się za swoim towarzyszem.

    OdpowiedzUsuń
  118. - A dziękuję, całkiem dobrze mi upłynął- uśmiechnęła się do niego uprzejmie- O to samo mogłabym zapytać się ciebie- powiedziała ni to z grzeczności, ni to z ciekawości. Rozejrzała się wchodząc do środka. Było tutaj sporo ludzi. Prawie wszystkie stoliki pozajmowane. A jeżeli jeszcze nie pozajmowane, to widniała tabliczka z napisem "Rezerwacja". Restauracja miała bardzo ładny i bogaty wystrój. Wystrój, który szpecił jedynie portret karła z charakterystycznym wąsikiem. Na całe szczęście mieli stolik w takim miejscu, gdzie nie była zmuszona patrzeć na to.
    - Dziękuję. Cieszę się, że podobam ci się- odpowiedziała Raisa, uśmiechając się- Zastanawiałam się czy aby ta sukienka będzie odpowiednia, ale skoro tobie się podoba to znaczy, że trafiłam w sedno- zaśmiała się cicho. Kątem oka spostrzegła, że inni na nich się patrzą- Tobie mężczyźni chyba także zazdroszczą- stwierdziła. Kobiety wyglądały na nieco oburzone kreacją Raisy. No tak... Kto nosi taką sukienkę. I to jeszcze przed kolano. I to jeszcze taką, która uwydatnia jej kobiece atuty. Jednakże Raisa miała to do siebie, że lubiła się wyróżniać. Nawet, jeżeli była to prosta, mała-czarna sukienka.
    Jakaś kobieta, która siedziała tuż obok nich, tak, że z Raisą stykała się niemalże plecami odwróciła się w ich stronę. Wyglądała na zgorzkniałą damę.
    - Po kim pani nosi żałobę?- zapytała niezbyt uprzejmie co też nie umknęło uwadze Malickiej.
    - Po pani, proszę panią- odpowiedziała grzecznie, a kobieta się zapowietrzyła aż. Jednakże zaraz też kelnerka, która szła z zamówieniem do ów pani potknęła się i z gorący napój wylądował na zgorzkniałej damie. Zgorzkniała dama podniosła krzyk i razem z kelnerką- niezdarą poszły do jej przelożonego.
    - Chyba co nieco wykrakałam- stwierdziła lekkim żartem Polka. Żeby nie było. Nie była w zmowie z kelnerką. Nawet tej dziewczyny nie znała.

    OdpowiedzUsuń
  119. Schlebiało jej, kiedy tak do niej mówił. Aż chciałaby rzec "mów mi tak dalej, mów mi tak dobrze". Ale wstrzymała się od tego. Niech sam się domyśla, że chce więcej. Ot, takie rozumowanie kobiety- "Niech się facet domyśla". Uśmiechnęła się do niego lekko zaróżowiona na policzkach.
    - Dziękuję. To bardzo miłe z twojej strony- powiedziała do niego, posyłając mu kuszący uśmiech. I jej serce mocniej waliło na każdy jego, choćby najmniejszy gest, chociażby jedno słowo. Miała motylki w brzuchu. Czy to już miłość? Niestety Raisa wierzyła w różne pierdółki. Nawet w miłość od pierwszego wejrzenia. I to był chyba błąd. Zakochiwała się, rozczarowywała się, a później tworzyła wyimaginowane światy, pełne zakochanych księżniczek i waty cukrowej.
    "Nie myśl o tym"- pomyślała. Uśmiechnęła się ponownie, wyrywając się z zamyślenia. Spojrzała na kelnera, który właśnie odszedł, aby zrealizować zamówienie.
    - Pozwól, że zdam się na ciebie, jeżeli chodzi o dobór wina- spojrzała na niego- Rzadko kiedy piję alkohol. Chyba, że są to jakieś ważne okazje. Naszą kolację możemy chyba do takich zaliczyć- świdrowała go wzrokiem.

    OdpowiedzUsuń
  120. Analizując te wszystkie rozmowy z dziewczynami na temat facetów, to ich mężczyźni nie dorastali nawet do pięt Valentinowi. Zawsze przy niej trajkotały, że mogłaby już kogoś sobie znaleźć. Że starą panną zostanie. Że już niektóre w jej wieku ślub brały. A że inne już matkami były. Tylko ona zawsze była sama. A może teraz tak to wszystko się zmieni? Może i ona będzie mogła mówić o tym, że kogoś poznała. Że jest jej bliski... Nie, nie mogłaby. Przecież one nie zrozumieją, że jej podoba się ktoś, kogo one i ich bliscy mają za wroga. Ale czy taki ktoś jak on może być zły i zniszczony do szpiku kości? Przecież był miły, tak pięknie o niej mówił. Traktował ją z należytym szacunkiem. Nie to co inni.
    - Myślę, że to może być piękne, o ile będzie pielęgnowane- wyrwało jej się z ust- Spójrz na przykład róży. Róże są piękne, ładnie pachną, ale jeżeli są niepielęgnowane to marnieje. Wyrastają chwasty, które tłamszą jej piękno. Albo ma niedostatek wody. Róża usycha, czasami nie mając szans na przetrwanie- uśmiechnęła się do niego- Ale kiedy ktoś o nią dba i troszczy się, i pielęgnuje... Jest w stanie pokazać światu ile jest warta. Swym pięknem cieszy i oczy, i duszę- spojrzała na Valentina, wzięła kartę dań. Widząc tyle pozycji aż się w duszy uśmiechnęła. Od dosyć dawna nie jadła pełnego dania. Takiego z prawdziwym mięsem. - Myślę, że zamówię tego "Francuskiego kurczaka w winie"- odczytała z karty. Brzmiało to bardzo apetycznie- A ty nad czym się zastanawiasz?- zapytała- Nie wiem czy duszę mam piękną. Nikt mi nic na ten temat nie mówił, ale skoro tak uważasz. Za to ty masz takie spokojne jak ocean- powiedziała, patrząc mu prosto w oczy- Ludzie mówią, że wzburzony ocean wygląda pięknie. Jednakże ja wolę, kiedy jest spokojny. Daje to poczucie stabilności i bezpieczeństwa- ukazała mu swoje białe zęby w pięknym uśmiechu- Za spotkanie- powtórzyła jego toast.

    OdpowiedzUsuń
  121. Nie chciala go za bardzo naciagac. Ale skoro zaproponowal tez i przystawke....
    - W takim razie niech beda oliwki z ziolami- usmiechnela sie do niego- Pamietam jak kiedys wujek z ciotka przywiezli takie oliwki z Hiszpanii. Ja bylam tam tylko raz. Dawno temu- spojrzala na niego- Ojciec za to bywal tam dosyc czesto. Kiedys nawet dawno temu przywiozl do domu obraz jak on to okreslil "jakiegos Picasso". Jak sie pozniej okazalo ten "jakis Picasso" stal sie nawet "znanym Picassem"- zasmiala sie cicho- Mysle, ze za jakies kilkanascie lat te obrazy zyskaja na wartosci- stwierdzila- Sa piekne.

    OdpowiedzUsuń
  122. - W obrazach kazdy znajdzie cos dla siebie- zasmiala sie serdecznie- Picasso to nie tylko usta w stopach, ale takze na przyklad " Panny z Avinionu"- spojrzala na niego- Poza tym stara sie i to widac. To juz jest znacznie lepsze niz kreski i kolka z tytulem " Czlowiek jedzacy ostrygi"- usmiechnela sie do niego- Ale jeden lubi grzyby a drugi ryby- puscila do niego oczko- Barcelona brzmi ciekawie. W Madrycie bylam. Dawno temu, jeden raz, kiedy dzieckiem bylam. Ale za to czesto z rodzicami jezdzilismy na Wegry. Ojciec mial tam znajomych- nawet do tej pory ona sama korzystala z tych kontaktow, poszerzajac takze i swoje.

    OdpowiedzUsuń
  123. - Portugalia?- zapytała- No, tam to mnie jeszcze nie wywiało- zaśmiała się- Ale może kiedyś... Czemu nie- stwierdziła, poprawiając niesforny kosmyk włosów- Tak jest panie kapitanie- poszerzyła uśmiech- Za to ty jeżeli będziesz wybierał się na Węgry to bij do mnie na alarm. Zawsze jakoś lepiej się dogadywałam niż inni- powiedziała
    Przystawki wraz z kolacją były wyśmienite. Z resztą było to po niej widać. Była zadowolona.
    - Mogę się zgodzić. Ale na lampkę tego twojego hiszpańskiego wina- zastrzegła od razu dziewczyna- Tak na degustację- zażartowała.

    OdpowiedzUsuń
  124. Raisa rozejrzala sie dookola i usmiechnela sie. Bylo tutaj skromnie, ale przyjemnie. Bylo tez troche przestrzeni. Moze nie tylw co u niej w kamienicy lub w dworze pod lasem. O dziwo nikt tego im nie zabral. Co niektorzy twierdzili nawet, ze dwor byl przeklety i nawiedzony, ale ona jakos zyla i miala sie dobrze. Obecnie mieszkal tam jej ojciec. Tak czy siak mieszkanie Valentina mialo calkiem duzy metraz i trudno byloby to nazwac klitka. Wziela kieliszek wina, podziekowala, wzniesli toast za nia (a raczej to Valentin wzniosl) i upila lyk.
    - Rzeczywiscie jest co pochwalic- powiedziala- Nie tylko wino, ale takze i gospodarza- zasmiala sie cicho- Niech bedzie jeszcze odrobina, ale nie za duzo. Do wiekszej ilosci mam nieprzystosowana glowe- powiedziala pol zartem pol serio- Szybko mi sie wtedy film urywa- wyjasnila mu- Ale z tego co mowili moi znajomi to wstydu im nie przynosze- poslala mu szeroki, snieznobialy usmiech. Zauwazyla, ze Valentin przyblizyl sie do niej nieco. I pozniej znowu i znowu. Az jej serce zaczelo mocniej bic. I motyle w brzuchu juz jej nie lataly. One robily potrojne salta. Poczula sie lekko speszona, a moze zawstydzona? Czula jak oblewa sie delikatnym rozowym rumiencem na twarzy. Spojrzala na niego spod wpol przymknietych powiek- Ja... Ty...- zajaknela sie- Pajeczyna wisi na scianie- powiedziala przerywajac to i odrywajac od niego wzrok. Jezeli ktos byl mistrzem spieprzania romantycznych momentow to na pewno byla to Raisa.

    OdpowiedzUsuń
  125. Nim się zorientowała to poczuła jego usta na swoich. Ten pocałunek był przyjemny. I teraz miała dylemat. Czy dla zasady "dać mu w mordę" czy pokazać, że jej się to podobało. Raczej 2 w 1 nie wchodziło w rachubę.
    Przez kilka sekund nie mogła wydusic z siebie ani słowa. Wcześniej tak bardzo marzyła o tej chwili tak teraz nie wiedziała jak ma na to zareagować. Zamrugala szybko powiekami, próbując uspokoić oddech. Po chwili usmiechnela się do niego nieco.
    - Nie- odpowiedziała mu- Nie było aż tak bardzo tragicznie. Takie 7/10- zasmiala się- Zaskoczyles mnie tym po prostu- zmierzchwila mu dłonią włosy.

    OdpowiedzUsuń
  126. Na początku jakby z oporem odwzajemniala jego pocałunek. Chciała z nim się trochę podroczyc. Przecież nikt jej tego nie zabranial. Dopiero później ożywiła się i przyspieszyła tempo. Czuła, że są blisko siebie i była jakoś tak dziwnie szczęśliwa. Czuła się przy nim bezpiecznie i dobrze. Niczego więcej nie potrzebowała. Przytulila się do niego, kiedy przestali się całować.
    - Dobrze mi jest z tobą, wiesz?- zapytała się go. Mówiła to bardzo szczerze. Nawet nie miała powodu, aby kłamać- Ale będę musiała już iść. Nocowac u mężczyzny po pierwszej randce damie nie przystoi- usmiechnela się do niego przyjaźnie- Ale nie wzgardze twoim towarzystwem, jeżeli zechciałbyś mnie podprowadzic do najbliższego środka transportu- spojrzała na niego.

    OdpowiedzUsuń
  127. - W takim razie niech tak będzie- odpowiedziała Malicka. Fakt faktem ostatnie o czym teraz marzyła to był pobyt w szpitalu. Chociaż już tyle razy przechodziła uliczkami pod osłoną nocy i nic jej się nie stało... Lepiej nie kusić losu- Och, proszę cię- zaśmiała się cicho- Aby nie wyszło tak, że to ja będę musiała ciebie bronić- powiedziała żartując sobie z tego- Lepiej odpukać to w niemalowane- stuknęła w drewniany stolik palcem. Zgrabnie i delikatnie- Dobrze. Niech tak będzie. Ale jak tylko wrócisz to zadzwonisz- powiedziała Malicka i na karteczce naskrobała mu ołówkiem numer telefonu pod który miałby zadzwonić- Będę wtedy spała spokojnie, wiedząc, że nic się tobie nie stało. Dobrze?- zapytała się go, zakładając swój płaszcz. Zapięła się dokładnie. Noce ostatnio były coraz bardziej zimniejsze. Aż strach pomyśleć co to będzie dopiero w grudniu. O styczniu i lutym już nie wspominając.

    OdpowiedzUsuń
  128. - Co niektórzy mówią, że będzie zimniejsza niż rok czy dwa lata temu- powiedziała Malicka. Kiedyś by ucieszyła się na takie wieści. Wiadomo, że jak mróz był to można było też i liczyć na śnieg. Ale teraz to wolałaby, aby zima była łagodniejsza. Co prawda miała już odłożone drewno na opał, ale zdawała sobie sprawę, że może jej go nie starczyć. Wiedziała też, że wielu bezdomnych zamarznie. Kiedyś machnęłaby na to ręką. Przecież to nie była jej sprawa. Ale kiedy sama znalazła się przy podobnej granicy zaczęła na pewne rzeczy spoglądać inaczej.
    Przez chwilę szli w milczeniu. Podniosła wzrok do góry, obserwując gwiazdy. Uśmiechnęła się delikatnie, myśląc życzenie. Po chwili spojrzała na Valentina.
    - Pomyślałam o czymś dobrym i miłym- ponownie uśmiechnęła się- Niedługo będziemy już u mnie- powiedziała, zerkając na lotnika- Jakieś jeszcze z dziesięć czy piętnaście minut- powiedziała- Może... Może zechciałbyś wpaść na chwilę?- zapytała szybko, na jednym wydechu- Na filiżankę herbaty- dodała- Bo zimno jest... I pewnie zmarzłeś- rzekła cicho. Jego obecność onieśmielała ją. Sprawiała, że momentami nie wiedziała co powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  129. - Dobranoc- odpowiedziała mu, uśmiechając się lekko- Być może w piątek będę miała wolne. Co wtedy robisz?- zapytała. Nie mogła od niego oderwać wzroku. Kiedy poszedł jeszcze przez kilka minut stała w miejscu i patrzyła się w kierunku, w którym odszedł. Cicho weszła do mieszkania. Nie chciała, aby którejś z sąsiadów ją zauważyło. Tym bardziej, że była już godzina policyjna. Mimo wszystko nie powinna tak późno wracać. Ale dom to zawsze dom.
    Z zadowoleniem odebrała dzwoniący kilkanaście minut później telefon. I jeszcze bardziej zadowolona była, że to dzwonił on. Że wrócił bezpiecznie do siebie. W jej oddechu można było wyczuć nuty radości i ulgi.
    - Dziękuję, że zadzwoniłeś- powiedziała uszczęśliwiona- Teraz przynajmneij mogę spać spokojnie- zażartowała, śmiejąc się przyjemnym tonem głosu.

    OdpowiedzUsuń
  130. Postanowila go odwiedzic w szpitalu. Przyszla kilka dni po otrzymaniu telefonu. Po drodze kupila mu cos. A ze usmiech miala ladny to udalo jej sie co nieco dostac nawet za pol darmo. No bo kto takiej pieknej dziewczynie odmowi?
    Przy wejsciu pokazala jakiemus zolnierzowi niemieckie dokumenty. Na falszywe niemieckie nazwisko. Zolnierz przygladal sie jej podejrzliwie. No tak... byla za ladna na Niemke. W koncu mogla przejsc dalej.
    - Pani Stiglitz... dokumenty- powiedzial zolnierz.
    - Ach tak. Zapomnialam- usmiechnela sie lekko, biorac dokumenty.
    - Moze chcialaby pani umowic sie ze mna na kawe?- zapytal szeregowy.
    - Przepraszam, ale pan Voss na mnie czeka- odpowiedziala wymijajaco, kierujac sie w strone sali na ktorej lezal.
    Weszla powoli, szukajac Valentina wzrokiem. Usmiechnela sie do niego.
    - Powinnam ciebie o to samo zapytac- zabrzmiala jej odpowiedz. Teraz dopiero doszlo do niej to, ze upierdliwy szeregowiec moglby zwrocic sie do niej po nazwisku. Z drugiej strony gdyby pokazala dokument z rodowym nazwiskiem to na pewno by jej tu nikt nie wpuscil.
    - Mam cos dla ciebie- siegnela do torby, wyciagajac owoce oraz jakies kolorowe kwiatki i wazonik z kwiaciarni. Kwiatki postawila w wazoniku z woda.
    - Od razu weselej- usiadla przy nim.

    OdpowiedzUsuń
  131. - U mnie? Nic takiego ciekawego- odpowiedziala, rumieniac sie delikatnie, kiedy ujal jej dlon w swoja- Praca, praca i jeszcze raz praca- usmiechnela sie do niego. Wolala nie rozwijac co robila w pracy. Pod tym krylo sie wiecej niz ktokolwiek mogl pomyslec. I nie dotyczylo to tylko i wylacznie pracy w teatrze- Takze nic ciekawego- powtorzyla to jeszcze raz- A kto ciebie doprowadzil do takiego stanu?- teraz raczej nie bylo trudno o chorobe. Ona wolala nie chorowac. To bylo ostatnie o czym chcialaby myslec. Scisnela lekko jego dlon- Mam nadzieje, ze niedlugo wyzdrowiejesz. Wisze ci zaproszenie na kawe albo herbate. W sumie to moge tez cos ugotowac- stwierdzila. Gotowala calkiem dobrze. Nikt jeszcze od tego sie nie zatrul ani tez nie umarl.

    OdpowiedzUsuń
  132. - Można zemścić się i tak- zaśmiała się cicho- Ewentualnie poczekać do czasu, kiedy jest taka późna wiosna a wczesne lato i nazrywać trochę owoców dzikiej róży i wsypać to delikwentowi za koszulę- uśmiechnęła się- To dopiero jest przekleństwo. Swędzi i piecze na przemian- spojrzała na niego bardzo rozbawiona. Sama dość często w dzieciństwie odprawiała z innymi dzieciakami harce na śniegu. I jeszcze nigdy nie zdarzyło się jej poważniej od tego zachorować. Może wtedy miała większą odporność? Być może, bo teraz to bywało dwojako. Ale cóż się dziwić... Jakie czasy taka odporność.
    - Myślę, że z tą kawą albo herbatą coś może wypalić. Jutro od południa mam wolne, więc postaram się wpaść- z tego co pamiętała to miała termos u siebie. Po ostatniej wizycie ojciec go nie zabrał. A raczej też nie fatygował się, aby go odebrać- Nudzisz się bardzo tutaj?- zapytała go- Ja bym chyba kręćka dostała, gdyby przyszło mi tak całe dnie leżeć bez możliwości wyjścia gdziekolwiek- rozejrzała się po sali. Pomyślała, że jutro mu przyniesie jakieś książki. Dużo ich miała u siebie. A jeżeli się poszczęści to może znajdzie jakąś po niemiecku.

    OdpowiedzUsuń
  133. Usmiechnela się do niego.
    - To nic takiego. W końcu znajomi powinni odwiedzać się jeżeli któreś z nich leży w szpitalu- powiedziała, a jej dłoń sama tak jakoś chwycila jego. W przeciwieństwie do niej mial przyjemnie ciepłe ręce. "Ciepła Hiszpania i zimna Polska"- przemknelo jej przez myśl. Posiedziala jeszcze sporo u niego. Nie chciała, aby się nudzil. Dopiero, kiedy zaczęło robić się ciemniej postanowiła pójść.
    Na drugi dzień wpadła ponownie do niego z wizyta. Miała ze sobą termos z kawą, filiżanki i jakieś niemieckie książki. Tych akurat było teraz pełno wszędzie.
    - Dzień dobry- powiedziała, śmiejąc się radośnie- Teraz już chyba nie będziesz się nudzil- ściągnęła swój płaszcz, zostając w dosyć ładnej sukience. Nalala sobie i jemu kawy.

    OdpowiedzUsuń
  134. - Nie ma tego aż tak dużo- odpowiedziała Malicka- To są zaledwie trzy książki średniej długości. W sam raz do poczynania na kilka wieczorów- odgarnęła za ucho niesforny kosmyk włosów, który ciągle jej opadał- Mam nadzieję, że kawa ci posmakuje- musiała przyznać, że powinna podziękować ojcu, że często przywoził dla niej takie praktyczne rzeczy. Przynajmniej on o tym myślał. Ona nie miała do tego głowy- Dla kogo?- Zapytała się cicho ni to siebie, ni to jego- Nie... Ja tak tylko. Nie miałam co na siebie włożyć- każda kobieta tak mówiła, otwierając szafę wypchaną po brzegi ubraniami- Nie musisz być zazdrosny o nikogo- zaśmiała się serdecznie- Za to ja chyba owszem- była zazdrosna o te lekarki i pielęgniarki. Były nawet ładne i pociągające. Raisa potrafiła dostrzegać piekno.

    OdpowiedzUsuń
  135. - Ale ja naprawdę nie miałam co na siebie założyć- odpowiedziała Malicka- Nago bym nie przyszła. Przy takim mrozie to uznaliby mnie za wariatkę- uśmiechnęła się lekko- Mówisz to każdej, że za żadną inną się nie rozglądasz?- zapytała się Vossa- A dziękuję. Starałam się, aby ci smakowała. Co prawda mało w niej jest cukru, ale obojgu nam wyjdzie to na zdrowie- postawiła swoją filiżankę na stolik. Kawa była gorąca, aż parzyło ją z dłonie- Ostatnio pracujemy nad nową sztuką. Trochę nam czasu to zajmuje, ale idziemy do przodu- uśmiechnęła się szeroko, prezentując olśniewający uśmiech- Podobało mi się ostatnio. Nasze spotkanie. Następnym razem może też gdzieś pójdziemy? Albo może zjemy u mnie? Kucharką jestem nie najgorszą.
    Do pomieszczenia weszła jakaś pielęgniarka o typowo niemieckiej urodzie. Zjechała Raisę równo wzrokiem od góry do dołu. Nie spodobało się to jej, ale jako iż była damą, powstrzymała się przed złośliwym komentarzem. Wyszła z sali, aby pielęgniarka w spokoju mogła zająć się Valentinem. Przez uchylone drzwi widziała, jak tamta migdali się do pana pilota. Poczuła się zazdrosna, kiedy tamta świergoliła mu o czymś, dotykając jego dłoni niby to przypadkiem. Widać było, że mu to schlebiało. W końcu znudziła się czekaniem na korytarzu i wróciła na salę. Pielęgniarka fuknęła złośliwie, że jeszcze nie skończyła zajmować się chorym, że musi mu poduszki poprawić.
    - Nic frau Linke nie musi poprawiać. Sama to zrobię- powiedziała Raisa, podchodząc i najpierw przetrzepała poduszkę a później ułożyła ją pod głowę Valentina. Frau Linke coś złośliwie powiedziała, ale Raisa to olała. Była w końcu damą i jej nie wypadało brzydko mówić- Wydaje mi się, że może pani iść do kolejnych pacjentów- Marieta uśmiechnęła się słodko do niej.
    - Kurwa- mruknęła pielęgniarka, kierując się w stronę wyjścia.
    - Marietta. Miło mi panią poznać- odpowiedziała Malicka, obserwując jak tamta wyszła, wściekle trzaskając drzwiami- Co za niewychowany babsztyl- powiedziała, kręcąc głową z politowaniem- Poduszka wygodnie ci leży?- zapytała się Valentina, pochylając się nad nim.

    OdpowiedzUsuń
  136. - Ja zazdrosna? Ze niby o ciebie?- zapytała się go- Dobry żart Valentin- nie chciała się do tego przyznać. Tak, była o niego zazdrosna jak diabli. Ale gdyby odpowiedziała mu tak to by wyszlo, ze jej na nim zależy. I wtedy by być może przestał się starać ją zdobywać. A tak? Niech się jeszcze trochę potrudzi. Zamrugała szybko, czujac jego usta na swoich. To było bardzo przyjemne. Odwzajemniła leniwie pocałunek, by zaraz się oderwać od niego- No, czułości czulosciami, ale na razie się powstrzymać radzę. Nie chcę być chora tak jak ty. Bo kto mnie wtedy będzie odwiedzał?- spojrzała na Valentina, unosząc brew. Mimo wszystko uśmiechnęła się do mężczyzny- Na razie musisz się pocieszyc moim pięknym uśmiechem. A wiesz, że podobno uśmiech to połowa pocałunku?- wróciła na swoje miejsce- Tylko ja się liczę?- zapytala się go cicho jakby nie dowierzala po czesci w jego slowa- Wiesz co? Przesuń się troche- ściągnęła swoje buty, a kiedy ten zrobił trochę miejsca dla niej, ułożyła się tuż obok Vossa. Szalone i ryzykowne, moze nieco nietaktowne... ale skoro i tak już się całowali, to kto zabroni im razem poleżeć?

    OdpowiedzUsuń
  137. Szybko zeszła z łóżka, słysząc, że ktoś idzie w odwiedziny do Valentina. Nie chciała aby ktoś pomyślał o niej źle. Przecież nie każda panna kładzie się do szpitalnego łóżka z pacjentem. W ogóle powinna sobie w łeb palnac za takie głupoty. Ale nie palnela. W końcu nikt ich nie widział. Kiedy tamci weszli siedziała na krześle i śmiała się radośnie z tego wszystkiego. Bo to mimo wszystko było śmieszne. Mężczyźni przywitali się z nią bardzo grzecznie. Młodszy nawet przez dłuższą chwilę zawiesił na niej oko. Poczuła się trochę niezręcznie. Po jakimś czasie postanowiła iść już do domu. Zbliżał się wieczór i jakoś niebezpiecznie było chodzić po nocach. Pożegnała się ze wszystkimi. Przyjdzie do niego za kilka dni. I tak też zrobiła. Był jeszcze na sali. Jeszcze go nie wypadało.
    - Dzień dobry. Można?- zapytala.

    OdpowiedzUsuń
  138. Za każdym razem kiedy miała z nim się widzieć miała motylki w brzuchu. Przez kilka minut nie umiała nic konkretnego powiedzieć. Czasami nie mogła jeść i spać. Coraz częściej łapała się na tym, że myśli o nim. O nich. Zastanawiała się czy to w ogóle ma sens. Bała się tylko, że któregoś pięknego dnia cały ten piękny sen pryśnie jak bańka mydlana.
    Uśmiechnęła się figlarnie do niego po czym weszła niczym prawdziwa dama i usiadła na krześle. Poprawila jeszcze poły sukienki, aby się nie zaginaly. Przyglądała się mu, chłonąc go wzrokiem. Tak jak dziewczynki marzyły o księciu na białym koniu tak ona teraz marzyła o nim. Lubiła to jak się do niej odnosił. Jak traktował ją z szacunkiem. Kiedy chwalul ja. Kiedy mówił że mu się podoba. Kiedy składał na jej ustach pocałunki.
    - Nie jesteś jeszcze taki stary. Mój tato ma pięćdziesiąt parę lat i nadal zachowuje się jak mlodzieniaszek. A krzepy to nie jeden dwudziestolatek może mu pozazdrościć- usmiechnęła się do niego- Mieliśmy sporo pracy w teatrze. Im bliżej wystawienia sztuki tym bardziej trzeba to dopiescic. Aby można było świętować sukces- puściła do niego oczko- A ty kiedy opuszczasz szpital? Bo chyba nie zamierzają ciebie w nim trzymać przez wieczność. Poza tym wygladas o niebo lepiej niż ostatnio. I nie, tym razem nie polezymy razem. Tamto to był jakiś mój głupi pomysł. Niezbyt taktowny- zaczerwienila się lekko. Ale z drugiej strony to to podobalo się Raisie.

    OdpowiedzUsuń
  139. Uznawała to za cud, że Niemcy pozwolili im wystawić musical"Romeo u Julia". Poszło nawet łatwo. Ale to była przykrywka. Owszem, ćwiczyli do tego musicalu, ale tak naprawdę to rozwijali polską tradycję. Kiedy tylko mogli to robili próby do polskiego teatru. Gawron miał łeb na karku. Przedstawienia polskie odbywały się w innym budynku. Nawet to nie był budynek. Tylko piwnica pod jakąś restauracją albo kawiarnią.
    - Za kilka dni- odpowiedziała Malicka- Dwudziestego szóstego marca o godzinie dwudziestej- dodała, uśmiechając się do niego. Z jednej strony chciała, aby się zjawił. Zależało jej na tym. Ale z drugiej bała się okropnie, że coś nie wypali, że może zdradzić się tym, że on jej się podoba. A przecież ona była zimna. Nieczuła. Szorstka na uczucia. Tak o niej myśleli jej koledzy i koleżanki z pracy. Przecież trzeba było stwarzać pozory.
    Po jej aksamitnej skórze przebiegł przyjemny dreszcz, kiedy ją dotknął. Tak bardzo tego pragnęła. Tego delikatnego, ale za razem męskiego dotyku. Jego dotyku. Dlaczego jej serce tak mocno waliło? Aż można było je usłyszeć.
    - Ja... chciałabym, abyś wtedy przyszedł- powiedziała cicho do niego. Pocałowała go. Sama z siebie. Z uczuciem żywionym do niego. Z całą pasją i namiętnością, a za razem delikatnością kobiecą.

    OdpowiedzUsuń
  140. - A ja? Jak mówię po niemiecku?- zapytała się go- Może jakieś korepetycje by mi się przydały?- flirtowała z nim- Coś się stało?- zapytała, kiedy ten nagle się odsunął. Spojrzała poważnie na niego. Zaraz jednak uśmiechnęła się do niego- Zobaczę co da się zrobić z tym. Może uda mi się spełnić twoje marzenie z dzieciństwa- zaśmiała się dźwięcznym głosem- Chociaż nie wiem czy się na to dyrektor zgodzi- z tym mógł być problem- Ale jak się nie zgodzi to mam plan. Po prostu ukryjemy się gdzieś i przeczekamy aż wszyscy wyjdą. Dyrektor pewnie zamknie wszystko na klucz, ale nie martw się. Wyrobiłam sobie zapasowy- tak, to było bardzo przydatne dla niej i nikt o tym nie wiedział. No, teraz wiedział o tym Valentin, ale raczej nie przypuszczała, aby ten komuś o tym powiedział- Nie martw się. Zrozumiesz. Chyba, że nigdy nie czytałeś "Romea i Julii" Szekspira- spojrzała na niego wymownie. Nie znała nikogo kto nie znał tej historii o nieszczęśliwej miłości.

    OdpowiedzUsuń
  141. - Myślę, że możesz szybko nadrobić zaległości związane z "Romeo i Julią"- stwierdziła Raisa, uśmiechając się do niego- Książka nie jest długa. Dasz radę ogarnąć w jeden wieczór- puściła do mężczyzny oczko. Nie ma tak łatwo. Jeżeli nie chciał się zbłaźnić przed nikim to wskazane było, aby to przeczytal- A co do korepetycji to z miłą chęcią skorzystam z tego... kiedys- chciała się z nim podroczyć. Odgarnęła seksownie kosmyk włosów za ucho i uśmiechnęła się do niego figlarnie. Nasycała się jego reakcją. Wyglądał na lekko zakłopotanego. A może i delikatnie poirytowanego- A może i coś zrozumiesz ze sztuki- spojrzała na Valentina- Jest po niemiecku. Nur fur Deutsche- zauważyła błysk w jego oczach. Dlaczego grała w czymś takim skoro walczyła z innymi przeciwko okupantów? Prawda była taka, że tamci płacili za bilety i to całkiem solidnie. A oni mogli z tego utrzymać ten drugi, ważniejszy dla niej, polski teatr. Jeżeli się udawało zebrac więcej to dzielili się razem z AK. Jej przełożeni o tym wiedzieli. A ona działała. Omamiala tych wysoko postawionych Niemców, którzy łaknęli jej. Którzy pożerali ją wzrokiem. I często wyciągała od nich naprawdę interesujące informacje. A to przydawało się jej kolegom- żołnierzom. Przecież... Gdzie diabeł nie może tam babę pośle. I coś w tym było.
    - A może ja ci opowiem ta sztukę?- zaproponowała mu i zaczęła dokładnie opisywać co i jak. Najbardziej chyba skupiała się na opisach Julii- co się dziwić skoro to właśnie jej przypadła ta rola.

    OdpowiedzUsuń
  142. - Lamiesz w tej chwili moje serce panie Voss- powiedziała ze smutkiem w głosie Marieta- Poza tym chciałeś zobaczyć jak wygląda od środka teatr. Chyba, że mówisz tak, bo się mnie boisz- spojrzała na niego wymownie- Nie masz czego. Raczej siłą bym z tobą przegrała- to było niewątpliwe. Ona była przy nim taka drobna. Nie, żeby on był jakimś dryblasem, ale ona od małego była taką małą kruszynką- Owszem, gram Julię. To już wiesz. Ale nie wiesz jednego. Jak ja ją zagram. I nie ma teraz żadnych wymowek. Idziesz do teatru i koniec kropka. Zalozysz ten swój piękny mundur i przyjedziesz tam. A po wszystkim oprowadzę ciebie po teatrze. Wiesz, że nigdy tak nie chodziłam nocami po teatrze? No, może raz, ale to było bardzo dawno temu i mało co pamiętam z tego. Jak przez mgłę. To było jeszcze przed wojną- powiedziała z nostalgią w głosie. Ile by dała, aby być taka jak wtedy. Aby nie wiedzieć o pewnych sprawach. Mieć ponownie wyobraźnię jak dziecko... Duszę diabłu by sprzedała, aby cofnąć czas.

    OdpowiedzUsuń
  143. Uśmiechnęła się do niego i ścisnęła delikatnie dłoń Valentina.
    - Myślę, że trudno byłoby znaleźć okazję na "następny" raz- zerknęła na bruneta- Na pewno się nie nudzisz tam u siebie w jednostce. Mężczyźni zawsze mieli o wiele większe poczucie humoru niż kobiety. Dlatego, że my zawsze myślimy nad tym czy to wypada czy nie wypada. Poza tym większość naszych teorii jest na zasadzie "domysl się"- zasmiala się Raisa- Ale cieszę się, że moje towarzystwo poprawia tobie samopoczucie- zachichotała cicho, ale zaraz zakryła dłonią usta, gdyż nadeszła u niej fala nieprzyjemnego kaszlu. Po jakiejś chwili wszystko ustąpiło.
    - Przepraszam. To nic powaznego- zaczęła go uspokajać, widząc zaniepokojonego mężczyznę.

    OdpowiedzUsuń
  144. [Robimy przeskok do wystawienia sztuki w teatrze?]

    OdpowiedzUsuń
  145. Stresowała się tuż przed samym występem. Pomimo, że wszystko było dopięte na ostatni guzik. Pomimo, że była zrobiona na bóstwo. Bała się, że jeżeli coś pójdzie nie tak jak trzeba to może to się skończyć bardzo źle.
    Usiadła gdzieś w kącie, przełknęła ślinę. Musiała się skupić. Wyjrzała okiem zza kurtyny i przyglądała się gościom. Dziwnie się jej zrobiło na myśl o tylu Niemcach w jednym miejscu. Wzięła głęboki wdech i powoli zrobiła wydech. Zauważyła go. I nagle zrobila się delikatnie pąsowa na policzkach.
    "Opanuj się dziewczyno. Skup się na robocie. Daj z siebie wszystko i nie przynieś wstydu"- upomniała się w myślach. Zegar wskazywał godzinę, że już czas zacząć. Na początku wyszedł właściciel tego całego przybytku czyli pan Gawron. Krótki wstęp czystym niemieckim i przedstawienie czas zacząć. Kurtyna w górę i poszło.
    Wczuła się w rolę tak jak to robiła na próbach. Grała najlepiej jak umiała. Jej koledzy po fachu także nie odstępowali od niej. Grała całą sobą, całym swoim sercem. Czasami gdzieś między jedną ciszą a drugą było słychać westchnienia i pomruki zadowolenia. Chyba wszystkim o to chodziło. To zwiastowało to, że teatr będzie mógł nadal funkcjonować. Co by się nie działo- teatr musi grać.
    W końcu musical dobiegł końca. Oklaski dobiegające z widowni sprawiły, że Raisa nieśmiało się uśmiechnęła. Zaraz potem wraz z resztą aktorów zeszła ze sceny. Majestatycznie i dumnie, być może bardziej wynioślej niż inni. Jak na prawdziwą damę przystało. Wyprostowana, dumna i zadowolona weszła za kulisy.
    Nie spodziewała się, że ktoś zechce przyjść do nich z widowni. Chyba nikt się nie spodziewał. W większości to byli mężczyźni, którzy pożerali ją wzrokiem. Oczywiście jako "wychowani dżentelmeni" pogratulowali także udanego występu. Gawron zaś poszedł porozmawiać z "bardziej wpływowymi ludźmi na temat przyszłości teatru".
    Korzystając z okazji, że w końcu "adoratorzy" ją opuścili, umknęła do garderoby, aby się przebrać. Bądź co bądź kostium nie należał do najwygodniejszych. Wyszła dosyć szybko i równie szybko odnalazła Valentina. Podeszła do niego i wcisnęła mu w dłoń karteczkę.
    "Wyjdziesz tak jak inni, ale zatrzymasz się w pierwszej bramie. Wyjdę po ciebie. Mam klucze. M."
    Jakąś godzinę później zjawiła się na miejscu. Uśmiechnęła się na widok mężczyzny. Po chwili weszli do teatru, gdzie nie było ni żywej duszy. Oprócz nich.
    - I jak się tobie podobało?- zapytała się- Wydawałeś się być bardzo zainteresowany tym co dzieje się na scenie- weszli do garderoby- Może chcesz herbaty?- mieli tutaj akurat trochę suszu z lipy i mięty. Przez chwilę zmagała się z kaszlem.
    - Przepraszam, to nic takiego poważnego- usiadła tuż obok niego.

    OdpowiedzUsuń
  146. - Przepraszam, ze tyle musiales czekac, ale wlasciciel jeszcze przed wyjsciem sprawdzal czy nikt nie zostal- usmiechnela sie do niego kokieteryjnie. Byla tez jeszcze inna sprawa. Gdyby ktos ja widzial z Valentinem to podziemie wydaloby na nich jednoglosny wyrok. Nie byla przeciez Magda Kehlowa, ktorej udalo sie wciagnac meza Niemca do konspiracji. Zarumienila sie, gdy uslyszala jak mu na niej zalezy- A juz tam. Pewnie szybko bys znalazl kogos na moje miejsce i zapomnialbys o mnie- rzekla ni to do siebie, ni to do niego. Chocaiz nie raz i nie dwa marzyla, ze ona i on... Moze kiedys to sie uda. Takie male marzenie.
    - To moze pokaze ci ten przybytek?- pociagnela go do garderoby- Tutaj mozna sobie poparadowac w roznych ubraniach i zostac jakas piekna dama- przylozyla do siebie piekna suknie- albo jakims zacnym mezczyzna- powiedziala niskim glosem i zamiast sukienki przylozyla meski garnitur. Zasmiala się wdziecznie, widzac jego mine- chcesz zobaczyc jak swiat wyglada od strony sceny? Od widowni juz widziales.

    OdpowiedzUsuń
  147. - Zalezy kto co lubi- szepnela do niego- Lubie kiedy mnie podziwiaja, kiedy mowia mi, ze moja kreacja ich oczarowala- zabrzmiala troche jak egoistka, ale chyba kazdy mial w sobie jakas czastke egoizmu- Na poczatku bylo mi troche trudno, a pozniej jakos to tak samo przeszlo. Moja znajoma zas wyobraza sobie, kiedy występuje, ze nikogo nie ma na widowni- podeszla blizej niego i musnela go w policzek, zostawiajac na nim czerwony slad. Zasmiala się cicho- A tutaj w tej budzie siedzi nasz sufler- poslala mu kolejny usmiech- Raz zdarzylo mi sie tam siedziec, ale to nie dla mnie- machnela na to reka- Zobacz, czyz to nie urocze i nie piekne? Ja, ty i teatr- pocalowala go w usta by po chwili od niego sie oderwac- Jest jedno miejsce, ktore chcialabym zobaczyc- ze sceny pokierowala sie z nim pod gabinet Gawrona- Nigdy nie pozwala nikomu tutaj wchodzic. Oprocz jego kochanki. Wyobrazasz to sobie? Ma zone i dwojke dzieci i zdradza ja z kochanka- w jej glosie czuc bylo pogarde. Weszli tam.

    OdpowiedzUsuń
  148. - Nie rozumiem tego. W takim razie po co są te przysięgi?- zapytała się go, jakby to on miał znać na to odpowiedź- A z reszta, nieważne- oddawała się przyjemności jaką sprawiał jej Valentin. Oparła się biodrami o blat biurka. Ręką strąciła jakąś teczkę a z niej wysypały się papiery. Odsunęła się delikatnie od mężczyzny- Chyba trochę nabałaganiłam- uśmiechnęła się uroczo do niego i zaczęła zbierać dokumenty- Teraz możemy wrócić do tego co przerwałam- puściła do niego oczko- W sumie to nie wiedziałam, że szef ma takie luksusy tutaj- wskazała na dobrej marki wino. Otworzyła je, znalazła kieliszki- On raczej nie zorientuje się, że zniknęły mu dwa kieliszki wina- nalala sobie i Valentinowi- Nasze zdrowie- wzniosła toast.

    OdpowiedzUsuń
  149. - Widzisz, bo czasami tak po prostu jest, że jest się samym i samotność się cierpi- odpowiedziała mu Marieta- Ale być może kiedyś znajdzie się ktoś taki, kto sprawi, że będę z tym kimś bardzo szczęśliwa. A może już się zjawił...- szepnela mu zmysłowo do ucha- Poza tym zobacz. Ja jestem sama. Ty też jesteś sam. Może byśmy spróbowali?- Położyła dłoń na jego karku i przyciągnęła go bardziej do siebie. Pocalowala go namiętnie. Ale chyba za bardzo teraz nie wierzyła w to co powiedziała. Przecież byli z innej bajki. Ona- kopciuszek z okupowanej Polski, on- książę z wielkich Niemiec. Ani jej strona, ani jego nie poprze tego tak bardzo jakby ona tego chciała. Co gorsza jak ktoś się o Valentinie dowie to oboje mogą zginąć. Nie chciała tego. Chociaż przy nim czuła się dobrze i bezpiecznie. Był dla niej miły, szanował ją, miał poczucie humoru i był mądry. Zawsze marzyła o kimś takim. Oprzytomniala nagle i odsunęła się delikatnie od niego.
    - Przepraszam, nie powinnam- powiedziała stykajac swoje czoło z jego czołem.

    OdpowiedzUsuń
  150. Zastanawiała się czy to było dobre. Tylko co teraz było dobre a co złe? Ludzie zachowywali się tak jakby nagle dekalog się odwrócił. Czy to było złe, że się w nim zakochała? "Nikt nie musi o tym wiedzieć" dźwięczało jej w uszach. Poza tym oboje byli dorośli. Spojrzała na niego migocącymi oczyma. Usta jej drżały jakby bała się przyznać, że podoba się to jej. Jego dotyk był taki subtelny, szept taki kojący.
    -T... Tak- szepnela tak cicho, że ledwo było ją słychać- Ale boję się. Boję się, że wykorzystasz to i później znikniesz. Że spotkasz jakąś inną, ładniejszą i mnie zostawisz- oparła swoją głowę o jego tors- Histeryzuje, prawda?- zapytała się go. Ale z drugiej strony mogła mieć takie obawy.

    [Tak sobie wpadłam na pomysł, że może ich sparujemy. Albo, że Raisa zajdzie w ciążę, ale Valentin dowie się o tym po jakimś czasie, kiedy dziecko będzie na świecie i będzie już po wojnie. Wtedy możemy zrobić taki wątek, że spotkają się ponownie gdzieś w Europie.]

    OdpowiedzUsuń