czwartek, 6 października 2016

Kołysanka

Szum wiatru zwykle uspokajał dość szybko Weronikę i małego Sebastiana. Matka, ułożywszy swojego rocznego brzdąca do snu w dość wygodnym łóżeczku i przykrywszy go niebieskim kocykiem ze sfatygowanej flaneli, uszytej na szybko ze starych zasłon sąsiadki, siadała wtedy zazwyczaj przy nim i nuciła cicho, tak długo, aż zasnął. Jednak tego jesiennego, brzydkiego dnia, podobnego do starej i kapryśnej kobiety, wszystko było inaczej. Ojciec, pracownik fabryki, wciąż jeszcze nie wracał, choć zegar dawno już wybił godzinę siódmą wieczór, wiatr wciąż wył głucho i nienawistnie...Do tego te odgłosy łapanki z sąsiednich ulic, krzyki Niemców, ryki silników utrudniające sen.
Chłopiec popłakiwał cicho. Przytłumione światło padało na jego rozsypane na miękkiej poduszce ciemne włoski, niebieskie oczka zalane łzami, wielokrotnie cerowane ubranko, zniszczonego misia bez jednego oczka i grzechotkę, bez których Sebastian de Sevigny nie potrafił zasnąć ani się uspokoić. Weronika siedziała przy nim, blada, jakby otępiała. Słuchała tych wszystkich odgłosów, tuląc do siebie dziecko co jakiś czas. Wiedziała, co się dzieje. Nie mogła nie wiedzieć. 
- Mamo, mamo - płakał chłopczyk. Jasnowłosa kobieta w przedwojennej, z trudem ocalonej sukni, wzięła dziecko na ręce. W jej ciemnobłękitnych jak wody Wisły oczach - takich samych, jak u tego łkającego malucha -  malował się przez dłuższą chwilę strach. Ręce, którymi trzymała chłopca, drżały. Wzięła głęboki wdech. Spojrzała mu głęboko w oczy. Usta lekko zadrżały, wygięły się w uśmiech. Stary zegar wybił kolejną godzinę. Nagle przypomniało jej się coś dawnego - piosenka, którą śpiewała jej rosyjska opiekunka w tamtych zwykłych, szarych dniach, kiedy jako dziecko marudziła, że nie dostała dość dużo czekolady, Emilia jest męczącym smarkaczem, a głupi kot ją podrapał. Pomyślała o siostrze, ukrywającej się na Skaryszewskiej pod "lewym" nazwiskiem po wyciągnięciu z obozu, o mężu, zmarłych rodzicach, o przeszłości...i o losie Anny, Żydówki, którą poznała jeszcze przed wojną. Jej mąż, z którym rozmawiała rok temu w wakacje, znakomity tenisista,  ten Raphael...Czy jeszcze żył?
- Spij, mładieniec moj priekrasnyj, bajuszki-baju...Ticho smatrit misiac jasnyj w kolibiel' twoju...-zaśpiewała cicho, kołysząc chłopca w ramionach. Ten na chwilę umilkł. Rozmazywał łzy, słuchając uważnie melancholijnej, łagodnej melodii, wydobywanej z trudem ze ściśniętego gardła przez matkę. Na zewnątrz wszystko ucichło. Jedynie wiatr świstał i szeleścił, jakby próbował się dostroić. Weronika chrząknęła. Odkaszlnęła. Zaśpiewała ciszej, smutniej:
  - Stanu skazywat'sja skazki, piesienku spoju... Ty iż driemli, zakriwszy glazki, bajuszki-baju...Bajuszki-baju. 
Niebieskie, wciąż jeszcze załzawione oczy dziecka natychmiast wyschły. Drżące, drobne ciałko uniosło się, wtuliło w matkę. Jasne, długie, miękkie włosy zetknęły się z ciemną czuprynką malucha. W powietrzu wciąż niosła się cichutka, delikatna melodia rosyjskiej kołysanki Lermontowa, przed oczami młodej kobiety jawiła się wizja surowej staruszki o twarzy pooranej zmarszczkami, starej matuszki Lizawiety, która pod nieobecność jaśnie państwa usypiała panienki i mordowała Emilię wzrokiem za zbyt głośny chichot przy stole. W uszach Weroniki wciąż dźwięczało jej twarde, rozkazujące "nie nada, detyno!"; zwrotem tym Lizawieta wyznaczała niezatarte granice między tym, co wypada, a tym, czego nie należy robić. Ale to było dawno...Jeszcze przed wojną. W czasach, które wydawały się teraz odległe, nieuchwytne...


Simon de Sevigny właśnie kończył robotę. Został dłużej, gdyż do fabryki napatoczył się Niemiec obserwujący robotę. Akurat, kiedy tamten - zapewne Tyrolczyk, gdyż brzmiał bardzo podobnie z akcentu - wyszedł, na zegarze fabrycznym wybiła siódma. Młody pracownik otarł z ulgą twarz kraciastą, brudną chustką. Zastanawiał się, czy uda mu się jeszcze złapać szybki tramwaj do domu, na Wolską z Dzielnej, i dotrzeć do rodziny przed godziną policyjną. Pieszo nie zdążyłby - mimo wszystko to spory kawał. Więc może nająć rikszę? I to nie; o tej porze raczej ciężko o ten środek lokomocji. Cóż, jeśli mu się poszczęści, zdąży...
- Tomek! Coś ty, zgłupiał, dramat układasz może? No, ruszaj się, bo na noc zostaniesz!
Ochrypły, szorstki głos Kaweckiego, kolegi ze zmiany, obudził go z zamyślenia. Wstrząsnął się; było dość chłodno. Wiatr gwizdał i świszczał, donośnie, jak maszyny w hali produkcyjnej obok jego stanowiska. Zaśmiał się cicho.
- Już idę, panie Edziu, idę -zamachał rękami przepraszająco. - Zamyśliłem się, widzi pan, bo zastanawiam się tak, czy zdążę jeszcze do domu wrócić...Godzina policyjna niedługo.
- E, w razie czego zanocujesz u mnie i u mamusi, spokojna twoja rozczochrana. Kobieta ci za to łba przecie nie urwie - roześmiał się Edzio Kawecki. Poczciwy, łysiejący mężczyzna, z wyglądem typowego Aryjczyka, zażywny mimo głodów okupacji, w brudnym ubraniu robotnika wyglądał jak ci wszyscy pracownicy starego Leopolda, którym zamożni fabrykanci wystawiali zaświadczenia z magicznym "zatrudniony". 
Szturchnął przyjaźnie Simona, przez wszystkich zwanego Tomaszem, i wyszedł jako pierwszy. Za nim poszedł Simon i jeszcze kilkunastu innych robotników. Wszyscy szli szybko, rozglądali się, rozmawiali cicho. Wielu z nich należało do "tych" ludzi, którym można było zaufać, byli Polakami, mieli świadomość, o co toczy się gra. Fabryka - tak jak inne, które miały szczęście spodobać się Niemcom - leżały po aryjskiej stronie, ale blisko terenów getta. Często w trakcie roboty pracownicy, stary Kamler, jego synowie nadzorujący zmianę, wszyscy zatrzymywali się na krótką chwilę i ze współczuciem nasłuchiwali krzyków, płaczu i odgłosów świadczących o tym, że po raz kolejny wypędza się ludzi na Umschlagplatz. 
- A bo pan, panie Edziu, kobiet nie poznał, nie każda jest taka jak żona Strachowieckiego od stolarki - mruknął z lekkim uśmiechem na twarzy de Sevigny, wchodząc po raz kolejny w rolę zwykłego, normalnego Tomasza Radomskiego, warszawiaka z dziada pradziada. - Ta to by go, panie, z kochanką, tygrysem szablozębnym  i dzieciakami pod pachą nawet do domu puściła....Moja żona taka nie jest. 
- A pewnie, pewnie. Ale bo tyś, Tomek, Bogu powinien dziękować za tą swoją Weronikę, Strzelecczanka ładna była... i jest - zaśmiał się ochryple pan Edzio, szukając papierosów po kieszeniach spodni. - Stara była zła jak osa, córki jak te grafinie po pensjach rozbijała, ale na ludzi wyprowadziła...Młode znowuż, Tomuś, krew z mlekiem. Gdzież wyście się poznali, a? Bo to ta siostra jej w obozie siedzi, w Auschwitzu, prawda?
Zniżył głos do szeptu, rozglądając się niepewnie  Inni robotnicy przyspieszyli kroku, Kawecki i "Tomuś"  zrobili to samo. 
- Tak jakoś wyszło, odwiedzałem je często, rodzice nasi się znali i sam pan widzi...Ślub był, dziecko jest, to i wszystko jest w porządku - uśmiechnął się lekko młodszy z mężczyzn, podając Kaweckiemu papierosy. Kwestię Emilii pominął milczeniem. Niby Kawecki też "w tym siedział", pomógł mu nawet z dokumentami, ale lepiej było o tym nie rozmawiać. Nie na ulicy, nie na głos i nie w miejscu, gdzie mogą usłyszeć ich nieodpowiednie uszy. Oficjalnie szwagierka wciąż tkwiła w lagrze i tak powinno pozostać. Siwy grubas zapalił z ulgą. Wypuścił dym z ust, kiwając głową z aprobatą. Już miał coś powiedzieć, gdy nagle odgłosy, które słyszeli wcześniej, nasiliły się. Dwaj mężczyźni wyszli z fabryki i chcieli skierować się w stronę aryjskiej części miasta...Ale trudno było się nie zatrzymać, nie słysząc tych odgłosów. Zaciekawieni, a jednocześnie poważni, smutni, stanęli w wietrze i zimnie, przy murach fabrycznych, skierowani twarzami w stronę getta. 
Właśnie mijali ich pracownicy szopu Toermanna, pędzeni z powrotem przez grupę młodych SS-manów  do żydowskiej części miasta. W pierwszym mężczyźnie od jego lewej strony, idącym w pierwszym szeregu, Simon rozpoznał Raphaela. Blady, ledwo trzymający się na nogach mężczyzna, z charakterystyczną pustką w głęboko osadzonych oczach, wlókł się, niosąc jakieś pudło czy karton. Na ramieniu miał opaskę. Miał na sobie ten sam brudny, zdarty "płaszcz" ze szmat (tamten, który dostał od nich na urodziny, zapewne sprzedał albo zabrali Niemcy), w którym go ostatnio spotkał. 
Kawecki zgasił papierosa. Patrzył na to wszystko, nic nie mówiąc. W jego oczach malowało się współczucie. Simon poczuł, że coś ściska go w gardle. Raphael spuścił głowę niżej. Zapewne zauważył starego znajomego, ale nie chciał dać po sobie poznać, że go poznaje. Jakiś SS-man roześmiał się drwiąco. Popędził go uderzeniem i okrzykiem "schneller, schneller!".
Brunet odwrócił się powoli. Wraz z Kaweckim i resztą pracowników, dziwnie w tej chwili milczącymi, poszedł na tramwaj. Milczał przez całą drogę, także w tramwaju, słuchał zawodzenia wiatru, gwizdu i skrzypienia tranzystorów....

Głuchy świst wiatru zagłuszał skutecznie śpiew Weroniki, ale i zadziałał uspokajająco na jej syna. Chłopiec  leżał teraz pod kocykiem, na poduszeczce, z misiem w ramionkach. Oddychał równo, delikatnie, cichutko. Patrzył wciąż w twarz matki z natężeniem, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Weronika siedziała przy nim na niewygodnym, twardym krześle z nieheblowanych, pomalowanych na żółto desek. Poprawiła brązową suknię, odgarnęła blond włosy z twarzy, w tej chwili zapłakanej. Uśmiechnęła się smutno, ale nie przestała śpiewać - lada chwila malec mógł zasnąć, co pozwoliłoby jej się wziąć do gotowania posiłku dla męża, sprzątania i innych obowiązków. Poza tym...Sama nie wiedziała, dlaczego, ale porwały ją wspomnienia, przeszłość, stara piosenka z dzieciństwa odtworzyła przed nią to, o czym na co dzień przyzwyczaiła się nie myśleć. Nie pamiętać. Drgnęła delikatnie, otarła łzy. 
- .Bogatyr' ty budiesz z widu i Kazak duszoj... - zaśpiewała cicho. Wyobraziła sobie siebie w przyszłości, kiedyś, kiedy Polska będzie wolna, nie będzie obozów, strachu, łapanek...Wyobraziła sobie siebie: spokojną, poważną kobietę z obrączką na serdecznym palcu, stojącą u boku męża i innych dzieci (może dwóch córeczek? Może kolejnego synka?), słuchającą, jak Sebastian, tak podobny do Simona i do niej, poważny, w mundurze wojskowym, wygłasza przysięgę: "Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, w Trójcy Świętej Jedynemu..." Z trudem stłumiła w sobie szloch. Chłopczyk dotknął jej ręki.
- Mama, la-la - szepnął prosząco. Weronika kiwnęła głową. Kontynuowała:
- Prowozjat tiebia ja wyjdu, ty machniosz rukoj....Ty machniosz rukoj. Skolko' gorkich slioz ukradkoj ja w tu noc' prol'ju!...Spij, moj angel, ticho, sładko, bajuszki-baju. Spij, moj angel, ticho, sładko, bajuszki-baju...
Sebastian przymknął oczy. Po chwili w pomieszczeniu rozległo się równomierne, ciche posapywanie, oznajmiające, że chłopczyk zasnął. Wiatr wciąż wył na zewnątrz, świstał. Jakiś zapomniany, brązowy liść uderzył o szybę. Teraz dopiero Weronika mogła pozwolić sobie na łzy. Płakała tak, siedząc w ciemnym już pokoju nad śpiącym dzieckiem, płakała w milczeniu, skupiona, drżąca, wciąż czekając, aż mąż wróci do domu. 
Wreszcie, wraz z wyjątkowo silnym podmuchem bezlitosnego wiatru (w normalnych okolicznościach zerwałaby się z krzykiem i obawiałaby się, że wyrwie drzwi), do mieszkania wszedł Simon - blady, zmęczony i głodny. Od razu poszła do kuchni, a po upływie pół godziny podała mu posiłek. Nie było to nic szczególnego; ot, cienka zupa, jakieś warzywa zdobyte w wielkiej tajemnicy od znajomej ze wsi, nic więcej. Nie rozmawiali ze sobą. Kiedy skończyli jeść, poszli do niewielkiego pokoju, który pełnił funkcję szumnie zwanego "salonu". On czytał gazetę, ona sprzątała mieszkanie. Jeśli zauważył czerwone oczy i zmęczenie żony, nie skomentował tego. A może po prostu wygodniej mu było tego nie widzieć? 
- Wiesz, że widziałem Raphaela? - spytał wreszcie, zasłaniając twarz starannie papierem z wielkimi literami układającymi się w napis "OGŁOSZENIA DROBNE". - Pracuje u Toermanna. 
- Och...Więc jednak...?
Odłożyła ścierkę, wyprostowała się. Gazeta spoczęła na stolika.
- Mały śpi, byłam z nim dzisiaj u Lewandowskiej. Bawił się grzecznie z jej dzieciakami, a mi udało się załatwić trochę chleba na jutro - szepnęła. - Więc Raphael żyje...Myślałam dzisiaj o nim i o Annie.
- Tak. Można by go może jakoś stamtąd wyciągnąć, ale sam nie wiem...To duże ryzyko. Pomówię jutro ze znajomymi, z kolegą, który ich tam wyprowadza, może uda się coś z tym... - nie dokończył. Po chwili uchwycił dłoń żony i zbliżył ją do ust. 
Były zimne...jak wiatr, który go cały dzień smagał, jak ludzkie serca, niczym lód. Weronika nie broniła się.
- Idź, kochany, idź.... w razie czego zamelduję go u Emilii na Skaryszewskiej, albo u tej Lewandowskiej za miastem. Ma syna w wieku Raphaela, ksiądz Kamiński mógłby mu wyrobić metrykę urodzenia może...Jutro pójdę do Leśniewskich, zaniosę te dokumenty do kościoła, to... - szeptała cicho, kładąc się u boku męża do łóżka, na miękką, wygodną pościel. Za oknem było już dość ciemno. Od czasu do czasu słychać było jeszcze czyjeś kroki, turkot rykszy, tupot końskich nóg i koła dorożki, czasem, gdzieś od Szpitala Wolskiego, słychać było ostatni tramwaj. Simon kiwnął lekko głową. Nie chciał rozmawiać na ten temat.
Leżeli obok siebie, nie mogąc usnąć, zmęczeni całym dniem, a jednocześnie jakoś dziwnie bezsenni. Przed jego oczami wciąż defilowały czwórki potwornie bladych w czerwonym świetle mężczyzn, ona natomiast wciąż zmagała się z wizją sędziwej opiekunki śpiewającej swoim spokojnym głosem, z wyraźnie zaznaczającym się moskiewskim akcentem i wyartykułowanymi zgłoskami, kozacką kołysankę.
"Dam tiebie ja na dorogu obrazok swiatoj: ty jego, moljasja Bogu, staw pieried soboj; staw - pieried soboj" - napominał surowo głos starszej Rosjanki, drżąca dłoń, pokryta mnóstwem dziwnych plam i zgrubień, groźnie unosiła się ku obrazowi Matki Bożej Ostrobramskiej, który zawsze - wbrew woli i ku niezadowoleniu pani Anny Strzeleckiej - zakrywała firankami niby ikonę. Mała, sześcioletnia dziewczynka (taka tam smarkata z dwoma mysimi ogonkami, taka Weronika, jaką zapamiętała z dawnych lat i jaką utrwalono na fotografii za sporą sumę) uśmiechała się dziecinnie i z całą niewinnością powtarzała piosenkę za starszą nianią. Leżąca w sąsiednim łóżku bystra pięciolatka z kręconymi włoskami, rozsypanymi na żółtej poduszce, przypominająca kaczkę, właśnie zasnęła. Kiedy po tylu latach teraz o tym myślała, trudno było jej dopatrzyć się w tej niezbyt ładnej smarkuli z krzywymi stopami, nad którymi lekarze z Wilna i Królewca załamywali ręce, obecnej Emilii. Wtuliła się w chrapiącego smacznie męża, któremu chyba udało się zasnąć, wsłuchała się w rytm jego serca. 
Jeden. 
Dwa. 
Trzy. 
Cztery. 
"Spij, poka iż zabot nie znajesz, bajuszki-baju. Poka iż za-bot nie znajesz, bajuszki-baju, bajuszki-baju..."
Zmęczone, podkrążone powieki opadły powoli. Na smutnej twarzy, wciąż ze śladami łez, pojawił się delikatny, słaby uśmiech. Drobna, kobieca dłoń, naznaczona na wierzchu blizną po jednej z walk w lesie, kiedy sanitariuszka - zamiast pomagać - leżała ranna w krzewach bez nadziei na pomoc, połączyła się z silną, wyrobioną ręką robotnika-żołnierza. Z sąsiedniego pokoju dobiegał delikatny oddech uśpionego chłopca.
Na pogrążonej w półmroku tarczy zegara wskazówka wykonała kolejny subtelny obrót. Z całym zdecydowaniem nieubłaganego czasu wskazała jakąś godzinę. Musiało być już po dziewiątej. 
Było cicho. Zdecydowanie zbyt cicho. 
Nagle Weronika obudziła się; przypomniało jej się coś jeszcze. Uniosła się na pościeli tak, by nie budzić śpiącego męża, po czym przechyliła się w prawo, w stronę niewielkiego stoliczka z lampą. Wciąż jeszcze świeciła. Niecierpliwym, szybkim ruchem zgasiła światło. Położyła się z powrotem. 
W jej podświadomości, powoli wypełniającej się obrazami szczęśliwej podświadomości, nadal dźwięczały dwa głosy: cienki, piskliwy, załamujący się momentami na wysokim "la" głos sześciolatki i starczy, surowy głos sędziwej opiekunki, nucące wspólnie kołysankę na tle starych obrazów i bibelotów sypialni w domu państwa Strzeleckich w roku 1926. Głosy te nuciły łagodnie i cicho "Spij, mładieniec, moj priekrasnyj, bajuszki-baju..."

_________________________________________________________________________________
Piosenka, którą tu wykorzystałam, to "Kazaczja Kolybelnaja Piesnia" autorstwa Michała Lermontowa. Robiąc transkrypcję, sugerowałam się swoją własną znajomością rosyjskiego i tą drugą wersją. Jeśli coś jest nie tak - poprawcie! Notkę tą stworzyłam, nie wiem dlaczego - chyba tylko z nudów. Mam nadzieję, że się spodoba ^^'' Kolejno tłumaczenie: "Śpij, chłopczyku mój prześliczny, lulajże-lulaj. Cicho patrzy księążyc jasny w kolebkę twoją...Zaraz opowiem ci bajkę, piosnkę zaśpiewam ci. Zaśniesz, oczki wnet zamknąwszy,  lulajże-lulaj...Bohaterem kiedyś będziesz, Kozakiem duszą! Gdy wyjdę pożegnać cię, pomachasz ręką...pomachasz ręką. Ileż łez ja będę tą nocą po kryjomu lać...Śpij, aniołku, cicho, słodko, lulajże-lulaj. Obrazek święty ci ja na drogę tak daleką dam, modląc się i Boga wielbiąc, przed sobą go staw; przed sobą go staw. Śpij spokojnie, trwóg nie znając, lulajże-lulaj..Śpij, chłopczyku mój prześliczny, lulajże-lulaj" 

8 komentarzy:

  1. Eeeee...normalnie nie mam pojecia co napisać. W głowie szumi mi tylko takie jedno wielkie "ŁAŁ"... Zazdrość mnie od środka zżera...
    Miałem napisać notkę, ale chyba zrezygnuję (a to co jest u mnie na komputerze to wywalę), bo moje wypociny nie umywają sie nawet w połowie przy tym co tutaj napisałaś. Naprawdę wielki szacunek dal ciebie.
    Mam nadzieję, że napiszesz jeszcze jakąś notkę, może nieco weselszą (o ile jest to możliwe). Nie wiem co jeszcze napisać... więc może zakończę swój wywód i pójdę nadal zachwycać sie notką :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, nie, nie, Martin xD Tak lekko to nie będzie! Czekam nadal na tą notkę z waszymi popisami, chcę wiedzieć, co jeszcze odstawiliście po alkoholu i czy Matthiasowi naprawił się nos xD A z tą jedynką...CZYTAJCIE UWAŻNIEJ LICZNIK, MAJORZE!

      Usuń
    2. Myślałem, że napisałem...ale jednak nie napisałem. Jednak chyba jestem roztrzepany xD.
      Chodziło mi o moją własną prywatną notkę :D. Ale jeśli chodzi o tą z Matthiasem to ugadam sie z nim i dokończymy to nasze "najzacniejsze dzieło" w świecie i wszechświecie. Jeśli o to chodzi to nie ma tak łatwo :D Może jeszcze przebijemy tą pierwszą część?
      Ale jeśli chodzi o tą moją własną prywatną notkę, to chyba jednak nie zobaczy świata dziennego...

      Usuń
  2. Jak ja lubię czytać te wasze opowiadania! Przy Martina i Matthiasa płakałam ze śmiechu. Teraz siedzę w lekkiej zadumie i milczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może właśnie to jest magią opowiadań, Shout? :D Przy notkach naszych panów można było rzeczywiście płaknąć ze śmiechu - pułkownik Hoffmann w roli niemowlęcia ftw. <3 A "Kołysanka" miała wyjść taka melancholijna i romantyczna właśnie xD Jeśli zauważycie gdzieś błąd w transkrypcji, to proszę krzyczeć - bo nigdy nie mam pewności, czy czegoś nie zapisałam źle xD

      Usuń
  3. Na wstępie: przepraszam, że komentuję dopiero teraz, życie mnie pożarło.
    Notka ogólnie mi się podoba - zwłaszcza te szczegółowe, dopracowane i (na moją wiedzę) bardzo zgodne z realiami opisy, o których czasami, skupiając się na fabule, zapominamy. Notka ma klimat, czuć tę melancholię, niepewność, chwilę "zawieszenia w czasie". Jednocześnie czegoś mi w niej brakuje (wiem, jestem wybredna, nie ma się co przejmować). Może chodzi o zbyt duży dystans między narratorem a emocjami postaci?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żaden problem, cieszę się, że wyczuwasz klimat~
      Co do opisów, jeszcze bardziej się cieszę! I tak, specjalnie na potrzeby notki robiłam research nt. zasięgu getta, zakładów kriegswichtig (ważnych dla prowadzenia wojny) - gdyby Simon trafił na łapankę, zaświadczenie z tego zakładu mogłoby go uratować. Inny sposób unikania łapanki? Udawanie prostytutki! (Wspomniane w pamiętniku Stefanii Grodzieńskiej i podobno bardzo pomocne xD) Co do dystansu, przyznaję bez bicia - tu mi mogło nie wyjść i będę wdzięczna za uwagi w tej sprawie :D A może zgrzyta Ci jednak jakiś niuans z realiów, może gdzieś jednak się potknęłam?

      Usuń
    2. W realiach żadnych zgrzytów nie widzę... Ale jestem amatorką, historią interesuję się na własną rękę, więc mogę mieć luki w wiedzy.
      Co do dystansu - wiesz, ja też mam czasem z tym problem. Więc chyba niestety nie mogę nic mądrego podpowiedzieć.

      Usuń

Tu warto kliknąć!

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics