poniedziałek, 24 października 2016

Nadciąga noc komety, ognistych meteorów deszcz. Nie dowiesz się z gazety, kto przeżyje swoją śmierć




Michał Adam Wojciechowski || ps. Pstry || Urodzony w Gdańsku || W Warszawie u ciotki || 25 grudnia 1923 || Ten średni z trójki rodzeństwa || Ojciec był na wojnie || Matka była w obozie pracy ||  Brat walczył || Cała trójka nie żyje || Pies Reks wiernie u nogi || Kot Beksa w domu ||  metr siedemdziesiąt pięć wzrostu || biegły niemiecki, zaawansowany rosyjski || szpiegowanie na rzecz ojczyzny jakoś tak przez przypadek wyszło || przez wrogów nazywany Bombowym Chłopcem || czasami, aby zdobyć jakieś informacje przybiera imię Richard Lindemann (jeżeli ma wejść w "towarzystwo" Abwehry) lub Bastian von Engel (jeżeli znajduje się w otoczeniu osób z Wehrmachtu) || spadkobierca bogatej kamienicy w Gdańsku (przechodząca z pokolenia na pokolenie w rodzinie Wojciechowskich) || ojciec Kosmy, Aurelii i Szymona od 26.10.1942 roku

„Ja tylko… Chciałem być zwyczajnym człowiekiem i dostawać zwyczajną wypłatę… Poślubić kobietę, która nie była by ani ładna ani brzydka…
I mieć dwójkę dzieci. Pierwsza byłaby dziewczynka, a drugi chłopak. Wycofałbym się z życia zawodowego, jak tylko córka wyszła by za mąż, a syn dostałby pracę.
Na emeryturze gdybym się nudził, grał bym w szachy i warcaby… Żyłbym zwyczajnie bez żadnych trosk. Umarłbym ze starości i wcześniej niż żona.
Takiego życia zawsze pragnąłem. Ale wpakowałem się w to bagno co jest do mnie niepodobne. Chciałbym umrzeć w zwyczajny sposób. Nie wyjdę z tego cało.”


[Karta nr 2, bo na poprzedniej został osiągnięty limit :) Witam i zapraszam do wątków i powiązań. Wątki indywidualne, jak najbardziej na tak. Kontakt przez maila: szisza600@gmail.com ]

78 komentarzy:

  1. (Taka uwaga: albo piszesz w pierwszej osobie, albo w drugiej, bo taki chaos Ci wychodzi ^^")

    Annika uśmiecha się smutno. Korzysta z tego, że siostra została u tej krawcowej dłużej, niż zwykle, a po jakimś czasie Ela zostaje sama na podwórku. Podchodzi nieśmiało do dziewczynki. W jej zaciśniętej kurczowo prawej dłoni znajduje się mała kaczuszka z jednym okiem, wypielęgnowany Erich, który pamięta czasy młodości Matthiasa. Kieruje zabawkę w stronę małej, a ta kłapie dziobkiem w zabawny sposób.
    -Das ist mein Erich-szepcze niepewnie, nerwowo. -To jest mój Erich. Moja...kaczuszka.
    Uśmiecha się nieśmiało. Robi taki ruch, jakby chciała dotknąć jego skrzydełkiem łapki misia Konrada. Ogląda się niepewnie za siebie, nie wiedząc, czy nikt ich nie obserwuje. Po chwili wchodzi bardziej za parkan, jej kroki są powolne i nieśmiałe. Wręcz się...skrada. Jak złodziejka. Złodziejka szczęścia,.
    Bierze głęboki wdech w płuca. Patrzy współczująco na dziewczynkę.
    -Ciebie pewnie pobili...u mnie zrobili rewizję-mówi cicho. -I gdyby Matthias był w domu, to by go pewnie aresztowali. U nas, w Bund...mówią, że tacy jak ty są źli. Nie wiem, czy mam w to wierzyć...
    Uśmiecha się smutno. Mokre, kolorowe liście chrzęszczą pod jej stopami. Jej twarz jest blada jak u ducha. Drży lekko, być może pod wpływem zimna bądź zwykłego strachu. W końcu boi się kolejnych konsekwencji. Liczy na to, że siostra zostanie u tej krawcowej długo - oprócz spraw typu "za mały płaszczyk","obstalować nową sukienkę", są jeszcze przecież te żółte, zaplamione atramentem i zalakowane koperty bez adresu, zostawiane przez zawsze poważną, opanowaną Christine starej kobiecie. Podchodzi jeszcze kilka kroków. Zatrzymuje się pod drzewem, patrzy na Elizabeth. Jest poważna.
    -Teraz wiesz...dlaczego nie możemy się bawić. Twój Michał...nie zabrali go?-pyta cichutko, ciszej niż szept.

    OdpowiedzUsuń
  2. - Wstawaj i nie wydurniaj się…- powiedziałem do Jakoba. Że też po pijanemu musiał być takim błaznem. Spojrzałem na niego, kiedy wyciągnął pistolet.- Jakob…schowaj pistolet.- blondyn jednak mnie nie słuchał. Nadal celował w nich. Kątem oka zobaczyłem jak Lothar przygląda się temu wszystkiemu. Pokiwałem z politowaniem głową.
    - I co? Rozejdziemy się jak gdyby nigdy nic?- zapytał, nadal celując w Polaków.
    - Nie…ty wyjdziesz, a ja się dogadam.- powiedziałem.
    - Jesteś tchórzem…jesteś idiotą. Wiesz, że on nigdy by nam nie pomógł. Gdyby mógł to by nas tam zabił.- nerwowo przygryzłem wargę. Chwyciłem Jakoba za rękę w której dzierżył pistolet i opuściłem ją nieco.- No weź! O co ci chodzi?!
    - O to, że kiedyś komuś coś obiecałem. A ja nauczony zostałem, że obietnic należy dotrzymywać.- wyjaśniłem. W tej chwili, kiedy nie spodziewał się tego, uderzyłem go z łokcia w brzuch. Jakob nieco się skulił, nieco zwolnił uścisk z broni i w spokoju mu zabrałem pistolet.- Lothar, weź go na świeże powietrze.- chłopak bez słowa wytaszczył Blitz’a. Zostałem tylko ja i oni.
    - Nie lubię się powtarzać…oddaj a w spokoju się rozejdziemy…- powiedziałem.
    - A jak nie odda to co? Gestapo naślesz?- zapytał nieco pijany chłopak, który mówił coś o jakimś bigosie…
    - Nie. Z dzieciakami nie walczę.- powiedziałem ze spokojem. To było aż dziwne.

    OdpowiedzUsuń
  3. - Dokładnie. I musimy się pospieszyć…- powiedziałem i spojrzałem na zegarek.- Dopóki mamy go jeszcze czym szantażować.- skinałem na chłopaka ręką i uśmiechnąłem się pod nosem.- Chodź, wiem co to za oficerek…- kiedy zrównał się ze mną, zapytałem.- Masz gnata?- ja swój odzyskałem, więc miałem.
    - Najpierw przesłuchanie…zazwyczaj tak jest…prawomocny wyrok. I dopiero wtedy. Chociaż nie zawsze sąd będzie w twojej obecności.- mruknąłem.- Ale jeśli o to chodzi…to…to są…jesteśmy…jak przedwojenne państwo, tylko że teraz sytuacja zmusiła nas do zejścia w mrok podziemia.- cóż to za piękne literackie porównanie. Normalnie profesor polonista mój by mnie chyba zabił…zabił za zniszczenie początku zdania moim lekkim niezdecydowaniem. Ale na szczęście, nie zrobi tego.- Wiesz co…ja to się zastanawiam nad jednym. Bo w końcu jak to wszystko jest? Czuję się okropnie…z jednej strony, są Polacy, z drugiej Niemcy…a ja jestem pomiędzy…- ach te moje rozterki pochodzeniowe, pojawiające się w najmniej oczekiwanych momentach. Kocham to…kocham to tak bardzo, że aż wcale.

    OdpowiedzUsuń
  4. Prawy kącik ust uniosłem ku górze. Pokiwałem głową z niedowierzaniem.
    - Rozumiem…- walczyłem sam ze sobą aby się nie zaśmiać.- Szkoda tylko, że mówisz o nas, a sam święty nie jesteś.- wzruszyłem ramionami.- Adios muchachos.- powiedziałem i poszedłem pomóc Lotharowi z Jakobem. Oj coś tak czuję, że to będzie cholernie długa noc…
    ***
    Kilka dni później szedłem z Klausem ulicą. W ręku dzierżyłem „der Stürmer”, artykuł propagandowy o mnie. A właściwie nie tyle o mnie ile o moim zwycięstwie i zestrzeleniu podczas jednej bitwy czterech radzieckich samolotów w przeciągu niecałych pięciu minut. Takie ciekawe pozafrontowe informacje. Zastanawiało mnie tylko skąd u licha tyle ruskich tutaj?
    - Jesteś nienormalny…wiesz o tym?- zapytał Klaus.
    - Dlaczego? Bo kupiłem gazetę z artykułem o mnie?- zapytałem.- Czy dlatego, ze chcę sobie w mieszkaniu zrobić taką ściankę „Glorii, sławy i chwały”?- uniosłem brew z rozbawieniem. Wyciągnąłem papierosa i poczęstowałem też Klausa. Zapaliliśmy i z niejaką ulgą zaciągnęliśmy się.
    - Obie rzeczy są głupie.- mruknął.- Ale musze powiedzieć, że zdjęcie to dobre dali. No w końcu jak to nazywali cię Hiszpanie „Verde diablo” musi o sobie co jakiś czas przypominać.
    - Właściwie to „Diablo”…na początku było „Diablo”.- zaśmiałem się nieco. Spojrzałem mimowolnie na drugą stronę ulicy. Nie podobało mi się to wszystko. Było zbyt spokojnie…jakiś chłopak naprawiał swój rower. Inny przeglądał gazetę. Dwóch stało i rozmawiało żywo gestykulując. Kilka metrów od nich stali mężczyźni przy furgonie… Szybko pociągnąłem Klausa w kierunku pierwszej lepszej bramy. Nie miałem zamiaru umierać. A w tej codzienności było coś niepokojącego.
    - O co…?- zapytał. Nie dokończył, bo przed nami jak z podziemi wyrosło dwóch Polaków. Ale byli pogrążeni w rozmowie. Nie wyglądali jakby chcieli nas zabić…
    - Ale ty wiesz co…bo to jest taki dobry skrót…- powiedziałem.- No dobra, nie jest, ale nie podobało mi się coś…zobaczyłem moją byłą.
    - Nie kończ. Nie musisz nic więcej mówić.
    Całe szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  5. Odwołuje wszystko! Odwołuję! Kurwa jego mać! Dlaczego gdzie pojawi się ten chłopak, pojawiają się również kłopoty. Odruchowo wyciągnąłem pistolety. Klaus z resztą też. Oddałem kilka strzałów. I jakoś tak mimo wszystko uśmiechnąłem się kiedy kilku padło. Paradoksalnie odbieranie komuś życia czyniło mnie nieco szczęśliwszym. Ale chyba nie za długo bym się nacieszył tym szczęściem, gdyby nie Klaus, który pociągnął mnie za osłonę…za jakiś murek.
    - Oszalałeś?- zapytał.
    - Owszem. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem…czy jak to tam szło.- powiedziałem i wychyliłem się. Strzeliłem do jednego z tych co to przybiegli z chłopakiem, który mnie poskładał jakiś czas temu. Zrobiło się cicho…- Klaus…idziemy stąd. Nie mam zamiaru skończyć jako sito.- powiedziałem i szybko odciągnąłem kumpla. Przeszliśmy w jakąś uliczkę i w jeszcze jedną i kolejną i udało nam się dotrzeć na główną ulicę, gdzie złapaliśmy rikszę. Uśmiechnąłem się pod nosem.
    - Wiesz co…powoli mam dylemat, gdzie było więcej wrażeń. Czy na froncie, czy może tutaj.- powiedziałem z niejakim uśmieszkiem.
    Klaus tylko pokiwał głową z politowaniem.

    OdpowiedzUsuń
  6. - Tutaj akurat nie chodzi o to.- powiedziałem odnośnie zdjęć.- Uwierz mi raczej nie będzie za ciekawie kiedy „Anki” się pozbędą, a my po pieniążki będziemy łazić. Jak myślisz? Pięć tysięcy na raz wystarczy?- zapytałem z ciekawości.
    - Komuniści…mnożą się jak grzyby po deszczu…jak zaraza.- powiedziałem i splunąłem z pogardą.- Dziadek miał rację… Polska zawsze miała dwóch wrogów. Na wschodzie i zachodzie.- westchnąłem.- Gdyby ode mnie zależało…to gdyby chodziło o moje życie to nawet z miejsca mógłbym stać się głęboko wierzącym i praktykującym buddystom, albo mnichem tybetańskim. Jeśli tylko to ocaliłoby mnie…to czemu nie?- powiedziałem.- Zresztą…poczekam do końca wojny. Może dożyję i nic mnie nie zabije i będę mógł normalnie mówić wprost to co chcę, to co myślę.- zastanowiłem się nieco.- Oj…to coś tak czuję, że jeśli nadal pracowałbym jako dziennikarz, to moje artykuły byłby nienajgorsze.- uśmiechnąłem się pod nosem.
    - A tak właściwie to o co ci chodziło wtedy z Ritą i Celiną?- zapytałem w nadziei że coś powie, że uchyli rąbka tajemnicy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Annika uśmiecha się z zakłopotaniem. Chowa Ericha do kieszeni. Jakie ma prawo rozmawiać z tą dziewczynką, Polką i do tego ofiarą systemu...ale i swej głupoty? Cofa się kilka kroków, uśmiechając się nadal nerwowo i niepewnie. Wieść o Michale ją cieszy, choć tego nie okazuje. Więc jednak Matthias tego nie wykorzystał, więc przez jego pracę nikt nie zginął...Bierze głęboki wdech. Zauważyła właśnie nadejście tamtych. Odwraca się od Elisabeth i powolnym, spokojnym krokiem, wśród opadających liści, wraca do krawcowej za parkan. Akurat Christa zdążyła wyjść. Stoi z pakunkami w prawej dłoni, blada, poważna, jakby daleka i...obca. Inna niż ta Christa, którą Annika pamięta sprzed wojny, inna niż tamten najstarszy i najpoważniejszy brat. Teraz...Oboje działają dla Niemiec, ona jest w narodowosocjalistycznym Związku Niemieckich Dziewcząt, ale czy zgadza się to z tym, co czują, co myślą?
    Powrót do domu jest szybki, wypełniony milczeniem. Dni mijają powoli, nie dzieje się nic ciekawego. Tylko w głowie Anniki wciąż przewija się ten smutny uśmiech dziecka i powraca to samo pytanie: po co to wszystko?
    (Masz pomysł, co dalej, czy tu kończymy?)

    OdpowiedzUsuń
  8. - To się cieszę, że w tej kwestii się zgadzamy.- Oczywiście. Albo sypnę ci jakimś sloganem propagandowym za czasów wojny polsko-bolszewickiej.- powiedziałem z lekkim uśmiechem. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Po chwili szybko zamrugałem oczami.- No w sumie…Rita…znamy się dosyć długo…mogła, mogła mieć wątpliwości. W sumie, gdybym nie był sobą ale znał siebie…- zabrzmiało to idiotycznie.- To pewnie też miałbym opory przed uwierzeniem w niewinność.- przygryzłem wargę w zamyśleniu.- Chwila… CO?!- powiedziałem nieco zbyt głośno.- O nie. Ona nie może się tutaj zjawić. Musi pozostać w Anglii.- powiedziałem.- Pewnie masz szybsze dojścia niż ja.- zatrzymałem się na chwilę.- Rozumiesz? Choćby nie wiem co. MA zostać tam i siedzieć na tyłku, popijać herbatkę o piątej…razem z moim dziadkiem. Nie mogą się tutaj zjawić. Pojawienie się w Warszawie, czy na terenach Polski to zbyt duże ryzyko dla nich.
    Przeszedłem kilka metrów dalej z rękami wetkniętymi w kieszenie spodni.
    - Poza tym…nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś im się stało. Nie chcę się o nich martwić…a świadomość, ze są na Wyspach z dala od tego wszystkiego działa na mnie kojąco i uspakajam się.- westchnąłem cicho.- Ja przez prawie całe życie byłem sam…naprawdę niewiele osób pokochałem. Nie chcę i ich stracić.

    OdpowiedzUsuń
  9. Spojrzałem na chłopaka. Włożyłem papierosa do ust i nieco się uśmiechnąłem. W momencie przed oczami na kilka sekund mignęła złota zapalniczka.
    - Jesteśmy kwita.- odpowiedziałem lustrując go wzrokiem.- Zawiąż buty bo sam się zabijesz potykając się o własne nogi.- powiedziałem i wolna dłonią wskazałem na buty. Spojrzałem na Klausa, który stał przy budce z papierosami i zastanawiał się co wziąć. Właściwie tylko dlatego się zatrzymaliśmy. Bo Klausowi zabrakło papierosów. A że rykszarz nie dyskutował…
    - „Belwedery” są dobre… „Triumfów” nie polecam.- powiedziałem. Jednak po chwili pojawił się z jakimiś innymi papierosami. Ciężko mi było odczytać co tam pisało. A też po chwili paczka zniknęła w kieszeni spodni. Wzruszyłem ramionami i zaciągnąłem się papierosem. Po chwili z moich ust wydostał się kłąb szarego dymu.
    - Dobra…to gdzie?- zapytał Klaus.
    - Do mnie? Czy idziemy złożyć odwiedziny komuś z naszych?- zapytałem tak na wszelki wypadek.
    - Było mówione, że do ciebie, to do ciebie. Poza tym prawdopodobnie masz bardzo dobrą wódkę, którą chciałbym spróbować.- zaśmiał się. No fakt…ja się dziwie tylko dlaczego momentami robię za monopolowy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nieco zmęczony otworzyłem mu drzwi. W sumie wyglądałem jak za dawnych lat. Ręce nieco poplamione atramentem, rękawy białej koszuli nieco podwinięte, nie do końca przytomne spojrzenie. Obraz dziennikarza w wydaniu Martina. Pewnie, gdyby moje wlosy były nieco dłuższe to byłyby w nieładzie.
    - Daj mi kilka minut na ogarnięcie się.- powiedziałem, kiedy usłyszałem najnowsze wieści. Szybko umyłem ręce przemyłem twarz. Zmieniłem koszulę i przeszedłem do sypialni po swoją bluzę mundurową.- Chodź. Mam znajomego lekarza, który wypisze receptę.- spojrzałem na niego. Patrzył na mnie jak na idiotę.- Niemiecki lekarz wojskowy wypisze receptę dla mnie… Przecież tej od ciebie nie przyjmą. A w razie czego to powie się, ze ja mam zapalenie płuc…nawet wyglądam na chorego.- powiedziałem.- Chodź.- powiedziałem otworzyłem drzwi i wtedy pojawi się pies.- Vis…zostajesz. Zabij, każdego kto tutaj się włamie.- pies spojrzał się na mnie jak na wariata. Ale kto teraz by się tym przejmował?

    OdpowiedzUsuń
  11. Po kilku dniach od strzelaniny z Rosjanami nieco się uspokoiłem…a właściwie to uspokoił mnie alkohol. Nie wiem co mnie podkusiło…ale było to dobre. Uśmiechnąłem się nieco do siebie. Przepustka nocna pijanego lotnika…to chyba nie była najlepsza rzecz. Ale tak właściwie to zastanawiam się dlaczego nie wziąłem samochodu…a no tak…nie wypuściliby mnie. A tak, tak to sobie teraz spacerowałem zygzakiem po pustych ulicach Warszawy. Czułem się jak w jakimś horrorze, gdzie zaraz wyskoczy mi jakiś potwór z ciemnej uliczki. W pewnej chwili ktoś mnie wciągnął w bramę.
    - C..co est?- zapytałem nieco…nieco bardzo nietrzeźwym głosem. Na chwilę zamilkłem i próbowałem uzmysłowić sobie, kto do cholery przede mną stoi. No w życiu nie zgadnę. Ale nie ma się czemu dziwić…skoro to niemalże cud, że jeszcze chodzę.

    OdpowiedzUsuń
  12. Na całe szczęście udało mi się załatwić leki dla Eli. Trochę musiałem się nagimnastykować i powymyślać, ale jakoś to dało radę. Poza tym…lekarz był starym znajomym mojej świętej pamięci babki. A też zna stryjaszka Erwina, więc…nie było aż tak dużych problemów. Przynajmniej ja nie przewidywałem jakiś problemów.
    Wróciłem po wizycie w aptece do domu Michała.
    - Mam.- powiedziałem i podałem mu tabletki.- Nie było zbyt wielu problemów.- dodałem na wszelki wypadek.
    Nie powiem. Zdziwiłem się widząc Celinę i dziadka tutaj. O ile dziadka jeszcze nieco zrozumiałem…to Celina? To się chyba nie skończy zbyt dobrze. Spojrzałem na blondynkę, kiedy zostawili nas samych.
    - Dlaczego przyjechałaś?- zapytałem z niejakim wyrzutem.- Powinnaś zostać w Anglii, wiesz co tutaj się wyprawia?- mówiłem spokojnie. Nie chciałem kłótni na pierwszym spotkaniu od trzech lat.- Celina…tu chodzi o twoje bezpieczeństwo. O bezpieczeństwo twoje i naszego dziecka.
    - Martin. Wiem o tym. Ale nie mogłam postąpić inaczej. Słyszałam, że ostatnio coraz częściej szło nie po twojej myśli. Poza tym…chciałam cię zobaczyć.- przytuliła się nieco do mnie.- Żywego.-zaznaczyła z pełną powagą.- A o naszego synka się nie martw. Jest bezpieczny…w Anglii.- dodała nieco ciszej.
    - Musisz jak najszybciej wrócić na wyspy, wiesz?- zapytałem.- Dziecko nie może wychowywać się bez matki. A ja nie chcę ciebie stracić.- powiedziałem.- Wiesz, że chcę cię chronić. Poza tym…dopóki tutaj będziesz to mnie nerwy zjedzą.- pocałowałem ją delikatnie w usta.- Chodź do nich.- uśmiechnąłem się nieco i pociągnąłem do drugiego pokoju.
    Usiedliśmy na krzesłach, obok siebie.
    - Nie wierzę w to, że po prostu przyjechaliście w odwiedziny.- zacząłem ostrożnie i spojrzałem na dziadka i Celinę.- Co się stało?- w mojej głowie pojawiły się różne dziwne scenariusze.
    - Potrzebujemy najnowsze plany Niemieckiej broni pancernej…i pewien niemiecki matematyk opracował nowy szyfr. Potrzebujemy kilku informacji.
    - Nie mogliście tego wysłać radiostacją?- zapytałem nieco mrużąc oczy. Wydawało mi się, że to nie jest koniec.
    - Nie. Musicie jakoś wykraść te dwie rzeczy. Zrobić kopie…cokolwiek.- wyjsnił. Pokiwałem głową na potwierdzenie. Nie potrafiłem nic powiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  13. Spoglądałem na to wszystko i nieco zmarszczyłem nos. PO jakiejś nieco dłuższej chwili dotarło do mnie co tak właściwie widzę. Spojrzałem na faceta.
    - Jak się pan nazywasz?
    - Wojtecki.- powiedział cicho.- Ale nie jestem Polakiem.- powiedział a ja podniosłem nieco brew w geście zdziwienia.- Jestem Volksdeutschem.- wyjaśnił. Uśmiechnąłem się nieco. Tego nie rozumiałem… Facet był Polakiem i donosił na swoich. To było chore. A to, że powiedział, że jest Volksdeutschem… Mógł kłamać. Powoli sięgnąłem do kabury pistoletu. Obiecałem sobie, że nie zabiję żadnego Polaka. Obiecałem to też komuś. Ale Volksdeutsch? Dlaczego by nie? Przybliżyłem się nieco do człowieka.
    - Rzesza panu tego nie zapomni.- uśmiechnąłem się ponuro i w momencie przystawiłem mu pistolet do brzucha i dwukrotnie pociągnąłem za spust. Huk chyba obudził całą kamienicę, ale kto by się przejmował? Schowałem pistolet i wyszedłem na zewnątrz. W razie czego, to zawsze mogę powiedzieć, że to był „Polnische banditen”. Chyba jednak byłem skurwysynem. Nie wiem co musiałoby sie stać, żeby facet przeżył. Chyba jakimś psim swędem.

    OdpowiedzUsuń
  14. (Sam pomysł brzmi dobrze, nie musimy pytać nikogo o zgodę - regulamin rzecze, że możemy robić dowolne przeskoki, a zatem pozwól, że ja zacznę, bo mam pomysła o: )

    Gorący, duszny, sierpniowy dzień, jeden z typowych dni 1944 roku. W powietrzu unosi się smród płonących domów (i ludzi, którzy nie zdążyli uciec z tychże domów, bądź rozkładają się pod nimi niepogrzebani), prochu strzelniczego, słychać cały czas huk strzałów. Od kilkunastu dni nie mam kontaktu z moją kompanią - zresztą, z jaką kompanią? Pieprzone Polaczki wystrzelały naszych jak kaczki, my też nie byliśmy gorsi. Do teraz pod powiekami widzę obraz młodego chłopaka palącego się żywcem. Kurt oblał sukinsyna benzyną i podpalił, należało mu się, ale...Te krzyki. Ta wykrzywiona bólem, młoda, całkiem przystojna twarz ideowego dzieciaka przypomina mi tych wszystkich smarkaczy z Hitlerjugend, którzy ochotniczo szli na front, bo tak kazał wódz. Oni kończyli jeszcze gorzej.
    Nie wiem, jaka jest pora dnia, leżę w jakiejś przykurzonej i brudnej piwnicy, poważnie ranny. W trakcie ucieczki kanałami dostałem dwa razy w nogę, potem polskie pociski dosięgły mojego brzucha. Na naszych nie ma co liczyć, jeszcze tu nie dotarli, a nawet jeśli tu są, to raczej nie zlitują się nade mną. Zbyt wielu osobom zaszedłem za skórę, poza tym rannych raczej się dobija niż ratuje. Ot, zwykłe oblicze wojny.
    Widziałem, co nasi wyczyniali ze szpitalami na Woli. Widziałem, jak jeden Scharfuhrer zastrzelił cywila, Polaka, tylko dlatego, że nim był. Czego mam się niby spodziewać po swoich? Miłosierdzia? Miłosierdzia, kurwa mać. Jakby ono jeszcze istniało.
    W ustach mam cholernie sucho. Zamglone oczy same się zamykają. Między palcami, kurczowo przyciskającymi materiał munduru gestapowca do rany, przecieka gęsta, lepka krew. Na twarzy osiadł kurz i pył, mam też sporo zadrapań, a przez rękę przechodzi mi długa blizna. Leżę bezwładnie, nie mając już siły unieść głowy. Obok mojej dłoni leży pistolet, z którego wystrzelałem już wszystkie naboje podczas walki, a który trzymałem ze sobą...sam nie wiem dlaczego, chyba z irracjonalnego przekonania, że lepsza pusta broń niż jej brak albo w nadziei na to, że może jednak gdzieś znajdę amunicję.
    Kiedy słyszę głosy, opuszczam bezwładnie głowę na twardą, zabrudzoną odchodami i kurzem podłogę. Przymykam oczy.
    Jeśli to nasi, zdradzę swoją obecność i poproszę o pomoc (choć w wypadku spotkania z jakimś wrogiem, których nie mam znów tak mało, mogę skończyć z przestrzelonym łbem), jeżeli to Polacy...Mogę próbować prosić pomocy, ale wątpię, bym ją otrzymał. Za dużo złego zrobiliśmy tym ludziom, żeby mieli teraz ratować takich, jak ja...
    Na zewnątrz może być gorąco, choć tu, gdzie leżę, jest dość zimno. I ciemno. Ave Maria, gratia plena...
    Ciekawe, czy moje siostry jeszcze żyją. I czy są bezpieczne. Ciekawe, co z Rommelem i pozostałymi moimi znajomymi. Jeśli się okaże, że ten skurwiel, Wartenburg, zdechł w czasie tego...jak oni to nazywali? Powstania?...to ofiaruję się po wojnie do Loreto albo do innego sanktuarium z wdzięczności. Na razie jednak powoli się wykrwawiam, szepcząc bezgłośnie bladymi wargami modlitwę...i mam nadzieję, że chociaż to, że byłem przed wojną dobrym człowiekiem, uratuje mnie na sądzie ostatecznym.

    OdpowiedzUsuń
  15. - Nie.- odpowiedział dziadek stanowczo. Coraz mniej mi się to podobało.- Do tego nie ma dostępu i nigdy nie będzie miał. Te informacje są zdobyte dosłownie cudem. Jeden z naszych uśpionych agentów je przesłał.- wyjaśnił.
    - To dlaczego ten uśpiony agent nie prześle wam tych planów? Tych informacji?- zapytałem. Chociaż w sumie to ja się nie dziwię, że pułkownik Hoffmann nie ma dostępu do takich rzeczy. Ten stary pijaczyna…
    - Poza tym cała ta akcja będzie w Berlinie w hotelu…nie potrafię sobie na dzień dzisiejszy przypomnieć nazwy.- powiedział.- Martin jak tam twoi ludzie, narzekają na nudę?- zapytał
    - Nie. Ale mogą zacząć.- odpowiedziałem.- Za dwa dni w mieszkaniu na Chłodnej 14?- zapytałem.- Wezmę cztery osoby ode mnie, które nadają się do tej roboty. Wydaje mi się, że łącznie z nami.- wskazałem na siebie i Michała.- Sześć osób to będzie w sam raz…może nawet nieco za dużo…ale chyba jednak lepiej jest mieć jedną osobę w zapasie, prawda?
    Dziadek tylko pokiwał głową. Wiedziałem że zastanawia się nad czymś. Zbyt długo go znałem.
    - Osiemnasta?- zapytał po chwili. Przytaknąłem. Otworzyłem usta aby dodać o…- Przyniosę plan hotelu, nie musisz mi o tym mówić.- uśmiechnął się ciepło do mnie. Sam nieco też się uśmiechnąłem. Spojrzałem na zegarek.- Możesz iść.- powiedział. Normalnie człowiek czytający w myślach. Szybko się pożegnałem i pognałem „do pracy”.
    ***
    - Zmienił się.- powiedziała Celina i spojrzała znacząco na Stanisława i Michała.- Zapamiętałam go nieco…inaczej.
    - Musisz pamiętać, że Martin nie zawsze o wszystkim powie. Zresztą dobrze o tym wiesz. Nawet gdyby było źle zaciśnie zęby i będzie milczał.- spojrzał na Michała.- Powiedz mi tak szczerze Michale, czy masz zaufanie do Martina?- musiał to wiedzieć. Nie, żeby nie miał zaufania do własnego wnuka…ale dowództwo w Londynie ostatnio nieco powątpiewało w skuteczność swojego agenta w Abwehrze.

    OdpowiedzUsuń
  16. - Wiem o tym.- powiedział Stanisław. Jednak coś nie dawało mu spokoju.- Musze się z tobą zgodzić. Martin od zawsze uciekał w samotność. Chyba bał się swego rodzaju odtrącenia. Pragnął czyjejś obecności, ale kiedy już ktoś taki się pojawił uciekał od tego.
    - Myślisz, że ciągle rozpamiętuje to wszystko?- zapytała Celina. Jej też się coś nie podobało w zachowaniu Martina.
    - Miał wtedy siedem lat. Był dzieckiem.- powiedział. Oczywiście Panu Potockiemu chodziło o pozostawienie małego Martina pod opieką jego i małżonki.- Dobrze…na nas też już czas. Z Bogiem.- powiedział Stanisław i razem z Celiną wyszli.
    ***
    - Martin…Martin. Chopie żyj.- powiedział Hazerski szturchając mnie w ramię.- Koch chce na wczoraj ten twój raport…dzwonił też Wernitz, ma jakieś kłopoty z więźniem,
    - Tak…tak…- mruknąłem.- Tutaj masz raport dla Kocha.- podałem mu teczkę.- Zaraz też wybiorę się do Wernitza.- wstałem z miejsca. Przetarłem swoją twarz dłonią.- Gustaw…nie patrz się tak na mnie. Później ci powiem o co chodzi…ale to nic poważnego. Naprawdę.- uśmiechnąłem się nieco do niego. A Ślązak tylko pokiwał głową z pełnym politowaniem.
    Miałem już wychodzić, kiedy zadzwonił telefon. To Wernitz, powiedział, żebym się nie fatygował przypadkiem. A później przyszedł Koch i kiedy po raz kolejny musiał powtórzyć jakieś proste polecenie, kazał mi iść do domu i odpocząć. NA szczęście dobrze, że wziął tą moją duchową nieobecność za zmęczenie. Chociaż tyle, że odpocznę sobie w domu i nieco to wszystko przemyślę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Spotkanie z małą Elisabeth mnie już nie widzi. Odkąd pożegnałem Martina w kanałach, obcy tak naprawdę...Tak naprawdę przestali dla mnie istnieć. Swoi zresztą też. Jej głos...Nie wiem, co mówi, i nie chcę wiedzieć. Z ust wyrywa mi się kolejny ochrypły, głuchy jęk bólu. Krzywię się, nie mogąc się skupić. Cokolwiek do mnie mówi...
    "Nie poddawaj się" - szepcze w mojej głowie głos ojca. -"Nie poddawaj się, Matthias. Ktoś po wojnie musi odtworzyć dawne Niemcy".
    Moje siostry. Moja rosyjska gospodyni. Moi krewni. Kuzyni, ich żony, dzieci...Cud, że ani Alexander, ani Berthold, ani Claus nie biorą w tym udziału. Z drugiej strony, po ich aresztowaniu i wywiezieniu do obozu...Moje siostry. Czy Krista i Annika też tam trafiły? Przypomina mi się obrazek z końcówki czterdziestego pierwszego roku. Czy to był 1940? Nie...nie pamiętam. Ci zagłodzeni, zawszeni ludzie w pasiakach, podludzie...Czy one też tam trafiły? Chyba że tym zakonnicom się udało. I Renate też. Jej drobna, filigranowa twarz...
    -Dostałem, nie zdążyłem...-chrypię prawie bezgłośnie. -Spytaj...swoich, czy mi...pomogą. Jeśli nie...Niech zrobią...to...szybko.
    Tak, niech zrobią to szybko. Niech strzelą mi litościwie w tył głowy, tak jak my im to robiliśmy...Mojej rodziny już nie ma. Nawet jeśli przeżyli wojnę...Nie ma już kraju, za który zdycham jak pies w ciemnościach piwnicy. Krzyżowa przegrała.
    Zaciskam powieki. "Kiedy ciemność cię otoczy"...
    "...Zginiesz"? Cóż, sam nie domagam się wspaniałego losu. Wiem, co ze mną zrobią, co zrobili z moją rodziną, z moim światem.
    Śmierć jest równa dla wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
  18. - Nie ma za co.- powiedziałem ze spokojem kończąc papierosa. Po chwili rzuciłem niedopałek na ziemię i go przydeptałem.- Tak. Chodźmy.- po chwili przeszliśmy do mieszkania. Dziadek już tam był. Właściwie to prawie wszyscy już tam się znajdowali. Sasza, Franek, Rita…tylko Antka brak. Ale i ten zaraz dołączył nieco zmęczony po długim biegu. Jak się okazało uciekł przed łapanką. On to jednak ma całkiem spore szczęście.
    - Możemy zaczynać.- zaczął dziadek i zamknął drzwi od salonu, w którym miała toczyć się rozmowa. Wszyscy zgromadziliśmy się przy średniej wielkości okrągłym drewnianym stole. Dziadek położył na nim mapę hotelu „Hirisch”. No nazwa ciekawa, nie powiem.- Bankiet będzie odbywał się tutaj.- wskazał na duża salę. Naprawdę nawet na planie była dosyć spora.- W tym czasie w hotel będą przebywać tylko zaproszeni goście i oczywiście personel…Wszyscy z was musicie mieć się na baczności. Tam nie ma miejsca na błędy.- spojrzał na nas uważnie. Wzrokiem zatrzymał się na mnie nieco dłużej.- Interesujące nas dokumenty będą w hotelowym depozycie. W podziemiach. Najprawdopodobniej będą zamknięte…
    - To nie za ciekawie panie Staszku.- mruknął Sasza.- Widzę tylko schody prowadzące do podziemi, ale raczej ktoś tam będzie siedział, prawda? Przecież wiedzą co tam jest. A jeśli nie wiedzą co konkretnie…to nie zwalnia ich z pilnowania ważnych dokumentów.
    - Znajduje się tam alarm. W przypadku włamania uruchamia się.- powiedział.- Zabezpieczenia na poziomie małego banku.
    - Mammy kogoś w tym hotelu?- zapytałem. Dziadek pokiwał przecząco głową.- Cholera…ale mieliśmy, prawda?- tym razem przytaknął.- Dobrze…- na chwilę zamilkłem. Uważnie obserwowałem plan, co jakiś czas palcem wodziłem po hotelowym korytarzu i po Sali bankietowej.- Chyba mam plan.- powiedziałem w pewnej chwili i spojrzałem na nich.- Ryzykowny, ale zawsze coś.- uprzedziłem.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Oj to coś tak czuję, że Martin się wyłoży na tym prostym rachunku.- Saszka uśmiechnął się nieco. Myślałem, że go zaraz pacnę. No fakt…nigdy orłem z matmy nie byłem…ale żeby mi to do końca życia wypominać?
    - Alarm…zacznie wyć, kiedy ktoś zechce otworzyć któryś z sejfów. Chyba, że zna kod.- tutaj dziadek wymownie spojrzał na mnie. Uśmiechnąłem się nieco.- Ściana… Chyba nośna… z tego co mi się wydaje to za tą ścianą jest tak zwane puste pomieszczenie…kiedyś chyba był tam składzik, ale drzwi zamurowali. A jeśli chodzi o podsłuch….Martin.
    - Nie da się.- powiedziałem.- Jeśli mamy takie osobistości, to sprawdzą przed samym początkiem bankietu, w trakcie i po bankiecie. Poza tym, musielibyśmy zainstalować to wszystko w trudno dostępnych miejscach. Na przykład w progach drzwi- wyjaśniłem.
    - Dużo roboty, mało czasu…zbędne ryzyko.- podsumował Franek.- A jak z ochroną? Bo chyba będzie coś tam takiego funkcjonowało.
    - Najprawdopodobniej Gestapo.- powiedział dziadek. Podrapałem się po głowie. Będzie sporo ludzi, głównie na Sali bankietowej. Na korytarzach raczej niewielu, każdy, kto zejdzie do podziemi będzie musiał się nieźle nagimnastykować aby wyjść i wrócić niezauważonym.- I do tego proszę państwa…macie jedna próbę z otworzeniem sejfów. Jeśli się nie uda to…- nie musiał kończyć. Wszyscy wiedzieliśmy, że wtedy to nawet szybki pacierz nie pomoże.
    - Mam pewną propozycję. Podzielimy się na trzy dwuosobowe zespoły. Franek i Szasza przeprowadzicie rozeznanie i zabezpieczycie odwrót.- obaj zgodnie przytaknęli.- Później mam taką propozycję. Rita, Michał i Antek. Wy będziecie musieli jakoś odwrócić uwagę przechadzających się po korytarzu Gestapowców i jakoś będziecie musieli mnie powiadomić odnośnie tego, czy ktoś nie będzie chciał sobie zejść i zobaczyć sejfy. No i ja…wchodzę do sejfów, otwieram nie uruchamiając alarmu, zabieram ze sobą dokumentację…albo robię zdjęcia mikro aparatem i wycofuję się.- powiedziałem i spojrzałem na nich.
    - Martin…zespół to co najmniej dwie osoby.- powiedział Sasza.
    - I co z tego? Mam duże ego…więc to tak jakbym się sklonował.- powiedziałem.- A poza tym, dam sobie radę. Zawsze dawałem.- ostatnie zdanie dodałem nieco ciszej.- Ktoś ma jakieś skargi, zażalenia…cokolwiek?

    OdpowiedzUsuń
  20. - Jak tak się przydarzy to…- przez chwilę udałem, ze się zastanawiam.- Będzie trzeba przyjechać tak czy siak nieco wcześniej…więc dajmy na to przez godzinę, czy tam pół uda nam się nieco zwiedzić hotelu.- powiedziałem.- A ewentualne dowiedzenie się, gdzie są owe plany biorę na siebie.- wyjaśniłem.
    Franek uważnie spoglądał na białą kartkę papieru z czarnymi kreskami, która była planem budynku. W zamyśleniu potarł brodę ręką.
    - A jeśli w sejfach nie będzie tych dokumentów? Tylko to wszystko będzie w pokoju naszych naukowców?- zapytał spojrzał na mnie i mojego dziadka.- To w sumie miałoby sens. Dezinformacja ewentualnego wroga…szpiegów. Przecież nie są idiotami, prawda Marcin?
    - Prawda.- westchnąłem.- Mam chyba tylko i wyłącznie jedno jedyne rozwiązanie.- spojrzałem na nich.- Alkohol, alkohol i jeszcze raz alkohol. Upijemy ich i dyskretnie wyciągniemy informację o tym, gdzie są dokumenty.- powiedziałem.
    - Nie żebym wątpił w twoje umiejętności przekonywania Martin…- odezwał się Antek.- Ale co jeśli te plany to tylko podpucha? Albo tak się spiją, że nie będą w stanie czegokolwiek powiedzieć? Albo nie zechcą z tobą wypić?- zapytał.
    - Zechcą, zechcą. Już sukcesy mojego stryjka w Afryce i ogólnie skoligacenie z nim to wystarczający powód aby ze mną wypić.- powiedziałem pół żartem pół serio.- A tak na poważnie, to się zobaczy moi mili. Na miejscu wymyśli się to wszystko.- westchnąłem.- Dokumenty będą gotowe lada dzień.- dodałem po chwili.- Zaproszenia też…przynajmniej dla was. Ja swoje otrzymałem już jakiś czas temu.

    OdpowiedzUsuń
  21. Wypuszczam ze świstem powietrze z ust. Choć nie wszystko zrozumiałem, to jednak...to wszystko jest chore...Dlaczego...?
    Nic nie mówię, nie mam już co...Zamykam oczy. Nie mam już sił. Niech to wszystko diabli porwą...Niech...
    Ból rozrywa mi ciało, szarpie jak wściekły wilk. Zimno, gorąco, ciemność, światło dnia, straszny ból, sztywniejące palce...i krew. Krew, która wciąż przepływa przez moje dłonie, plami mundur, stanowi poważny problem. Oddycham chrapliwie, tłumiąc jęki. Czy to właśnie tak wygląda? To właśnie jest...śmierć?
    W powietrzu unosi się kwaśny zapach ogórków, brzęk tłuczonego szkła dzwoni echem w mojej głowie. Pozwalam się opatrywać temu chłopakowi, niech robi, co trzeba. Czasem syczę przez zaciśnięte zęby, nie mogąc wytrzymać, ale...
    I właśnie w tej chwili do piwnicy wpadają nasi. Strzały, ryki, uderzenia...Kiedy stawiają Polaków pod murem, postanawiam zareagować, coś zrobić. Nie popełnić błędu tamtego Scharfuhrera z Woli. Spierzchnięte usta rozchylają się.
    -Odpierdol się...od Lindemanna!-wydzieram się na tyle, na ile pozwalają mi płuca. Zdziwiony szeregowy, który miał strzelić do chłopaka, cofa się kilka kroków. Korzystam z okazji.
    -Panie stürmbannfuhrer...?
    -Swoich...kurwa, rozpoznać nie umiecie? To...doktor Lindemann z Abwehry! -mówię ochryple. -Właśnie nas...zdekonspirowaliście, szeregowy, jak nazwisko?
    -M...Mauer - odpowiada niepewnie, po czym zwraca się do Wojciechowskiego. Chyba mi uwierzył, bo w jego oczach widać skruchę. - Przepraszam, herr Lindemann. Zostawiam panu trochę broni...i leki. Proszę uważać, w okolicy pełno bandytów.
    Po krótkiej konwersacji wychodzi, wystraszony; chyba obawia się, że doniosę na niego tam, gdzie trzeba. Patrzę na chłopaka, dziewczynkę i ich towarzyszy. Gdzieś obiło mi się o uszy nazwisko Lindemann, a skąd Abwehra? Bo szybciej byłoby sprawdzić majora von Regen niż Matthiasa von Anwarden. Czuję straszliwą suchość w gardle, zimny pot na plecach. Jeżeli wszystko skończy się właśnie teraz...

    OdpowiedzUsuń
  22. Przed odjazdem pożegnałem się z Celiną i dziadkiem. Oczywiście obiecałem, że wrócę w jednym kawałku, że nie będę strugał bohatera, kiedy nie będzie to potrzebne, że będę miał oko na wszystkich… Wolałem nie wymieniać dalej. Z tego co słyszałem to Franek dostał polecenie pilnowania mnie, tak więc będę miał „niańkę”…nie no żartuję, ale w razie czego to on miał przejąć moje obowiązki, gdyby coś się stało.
    - Spokojnie proszę państwa. Nie będziemy robić żadnych zadym, to będzie kulturalna kradzież.- powiedziałem poważnym tonem. A część się zaśmiała.
    - No proszę…to już wiemy kto tutaj jest najbardziej pewną siebie osobą.- powiedział Szasza.- Marcin, ty wiesz, że masz wrócic w jednym kawałku. Wszyscy mamy w takim kawałku wrócić. Więc nie zawiedź nas.- był poważny jak nigdy. Miał w pewnym sensie rację. To ja miałem wykraść to wszystko, włamać się. Być istnym „Szpicbródką” AK.
    ***
    Po kilku godzinach podróży weszliśmy do hotelu. Mieliśmy nieco czasu aby się odpowiednio przyszykować. Tak więc…
    Niech zacznie się bal… Ostatni bal wesołego matematyka i jego kolegi. To znaczy nie ostatni, w sensie że zginą, tylko ostatni w kontekście, ze już raczej na bale i bankiety nie będą chodzić. A przynajmniej z planami i całą resztą.

    OdpowiedzUsuń
  23. Razem z Antkiem nieco rozeznaliśmy się w terenie. Franek, też pozwiedzał hotelik. Niestety, nie miałem pojęcia jak rozplanowane są sejfy w podziemiach. Ale w końcu, sejf to sejf…nie będę mógł się pomylić i tylko to się w tej chwili liczy.
    Rozeznanie w miarę możliwości było szybkie i dokładne. Po tym przebraliśmy się w rzeczy. Ah…piękne mundury galowe. Mam nadzieję, że jakoś to wszystko zakończy się powodzeniem. Że wrócimy w jednym kawałku do domu.
    Znalazłem się na Sali bankietowej i podszedłem do grupki złożonej z Franka, Saszy, Michała i Antka. Rita tańczyła z jakimś innym oficerem. Zresztą, co miałaby robić w tym naszym gronie? Wyglądałoby to co najmniej podejrzanie.
    - Zaczynamy o dwudziestej.- powiedziałem cicho.- Robimy jakieś zamieszanie, ja przechodzę do sejfów, zabieram co mam zabierać i wracam. Żadnych niepotrzebnych zadym.- spojrzałem na Michała i Antka. To do nich głównie kierowałem te słowa.- Życzę miłej zabawy panowie.
    Skinąłem głową i przeszedłem dalej w kierunku grupki innych ludzi. Cóż…warto nieco się rozeznać oraz porozmawiać z kilkoma innymi osobami. Może jakoś po kwadransie, albo dwudziestu minutach podszedłem do Michała.
    - Nie upij się. Poza tym…rozchmurz się nieco.- powiedziałem i puściłem mu oczko.- Michał w miarę możliwości spróbuj mnie jakoś ostrzec, kiedy będę na dole. Widziałem, że przy drzwiach stoi jakieś metalowe wiadro, więc gdyby było źle to spróbuj je zrzucić po schodach, albo zrób cokolwiek.- oznajmiłem i wetknąłem nieco drżące ręce do kieszeni. Chłopak, chyba zauważył to.- Jestem nieco zdenerwowany…nic nie brałem.

    OdpowiedzUsuń
  24. [Pozwoliłam sobie wznowić nasz wątek ;) Pamiętasz nasze ustalenia? Matthias się zgodził. Zaczęłabym więc od lekkiego konspirowania, a potem to, co proponowałam ;P]

    Minął tydzień, przez który w zasadzie nie wychodziłam z domu moich gospodarzy. Czułam się tak rozdarta i zagubiona, jak jeszcze nigdy. Nie miałam pojęcia, co się dzieje z moją rodziną. Czy żyją, czy są razem? Wiedziałam tylko tyle, że mama i Saszka pojechali wcześniejszym transportem, Wikę też gdzieś zabrali. Wierzyłam, że Jurij kryje się w lesie z Antkiem i resztą partyzantów, ale bałam się napisać do kogokolwiek, kto mógłby wiedzieć, jak go odnaleźć. Przypuszczałam, że Anwarden skontrolowałby każdy list, jaki bym napisała. Nie wiedziałam, co robić. Ci Niemcy… Nie byli dla mnie źli. Jest wielu gorszych. A ta mała Annika, co ona komu winna, że jej brat..?
    Jemu nie wierzyłam ani przez chwilę. W gestapo nie pracują niewinni.
    Ale… tak po prostu siedzieć? Godzić się na to poniżające traktowanie, jakbym była… jakbym była jakimś zwierzęciem? Godzić się na to, że szkopy panoszą się po całej Polsce jak po mojej wsi? Że przez nich mama i dzieciaki… Nigdy. Nigdy im tego nie daruję.
    Wymknęłam się wczesnym wieczorem. Do godziny policyjnej było jeszcze sporo czasu. Odetchnęłam. Przecież wolno mi wychodzić. To znaczy, nikt nie mówił, że nie wolno. Nie jestem więźniem. Nigdy nie będę więźniem.
    Po dwóch nieudanych próbach odnalezienia drogi, udało mi się wreszcie trafić do kawiarni, do której dwa tygodnie temu zaprosił mnie Michał. Nie miałam pojęcia, czy go zastanę, ale chciałam, musiałam przynajmniej spróbować. Dwa tygodnie to wystarczająco czasu, by podjąć ważne decyzje, a on na pewno mi pomoże.
    Czując się jak ostatnia idiotka weszłam do lokalu. Rozejrzałam się, nieco zagubiona. W środku siedzieli ludzie, których zupełnie nie znałam.

    ~ Katia

    OdpowiedzUsuń
  25. Kurwa, no nie. No po prostu, kurwa no nie...czy ty to panie wszechwiedzący widzisz? Do tego ta mina Michała. Jakoś trzeba mu pomóc. Podszedłem do Franka.
    - Weź mu pomóż w jakiś sposób, bo jak von Rossberg zacznie rozmawiać z nim przez dłuższy czas, to chłopak chyba nie wytrzyma nerwowo.- mruknąłem. Spojrzałem do tego na zegarek. Chciałem wiedzieć ile czasu. Kilkanaście minut. Tylko kilkanaście minut. Jak ten czas szybko zleciał. Należy powoli zaczynać.
    - Nie mogę.- mruknął. Spojrzał na mnie znacząco.- Martin, musimy powoli zaczynać.- kiwnąłem tylko głową.
    Podszedłem do pana generała. To teraz nie można stryjaszkowi wstydu narobić, bo chyba mnie za to zabije.
    - Witam pana generała.- powiedziałem.- Szanowną małżonkę, oraz pańską siostrzenicę.- obie pocałowałem w dłoń. Wbrew pozorom porządny ze mnie człowiek.
    - Rommel. Młody Rommel.- powiedział z niejakim uśmiechem.- Nie spodziewałem się pana. Widzę, że awansował pan. To dobrze, powinniśmy mieć w Abwehrze dobrych ludzi. Dobrych oficerów. Właśnie rozmawiałem z tym młodym człowiekiem o froncie wschodnim...
    - Interesujące.- powiedziałem oraz szybko zacząłem temat do kolejnej rozmowy. Michałowi dyskretnie dałem znak aby sobie poszedł. Zaraz i ja skończę z nim rozmawiać. Q końcu należy zacząć akcję.

    OdpowiedzUsuń
  26. (Ach, te opóźnienia wątkowe...no ale odpowiadam. Postanowiłem go nawet zakończyć dość nietypowo ;) )

    CZĘŚĆ I
    Krzywię się lekko. Pozwalam się przenieść, to musi być trudne, dźwiganie takiego ciężkiego chłopa jak ja przez takie chuchro jak ten...Lindemann. Lindemann, akurat.
    "Znasz jakieś języki oprócz polskiego?" Co za pytanie...Mrużę oczy, zmęczone ciemnością, gdyż promienie słońca trochę za bardzo mnie rażą. Po krótkiej chwili milczenia przełykam ślinę, czuję, jak bardzo zaschło mi w gardle. Nie chcę prosić go o wodę. O nic nie będę go prosić. Nie jego, nie tego polskiego szczyla, którego jeszcze jakiś czas temu nie poznałbym na ulicy i tłukłbym na Szucha, ile wlezie, a wcześniej zobaczyłem go przelotnie na przyjęciu w towarzystwie kobiety...
    -Znam...tylko polski. Ale słabo-odpowiadam cicho, ochryple. Chyba znowu krwawię. Czuję, jak szkarłatna, gęsta ciecz przesącza się przez bandaże, którymi mnie owinął w prowizorycznej próbie ratowania Niemca. Dobrego Niemca?
    Strzały nasilają się, pewnie bandytów jest więcej niż myśleliśmy. Jakieś polskie domy, jeszcze nie spalone, w jednym z okien georginie...takie same widziałem tam, w Stuttgarcie, jako małe dziecko, kiedy odwiedzaliśmy z ojcem sąsiadów. Delikatny głos dziewczynki, tak nikły w tym jazgocie karabinów i granatów, oznajmia coś, czego nie zrozumiałem. To prawda, nie znam żadnego języka obcego poza łaciną, ale...używałem jej bardzo rzadko i tylko przed wojną, kiedy jeździliśmy z ojcem - katolikiem z mniejszości - do kościoła. Matka była protestantką, ale chyba to akceptowała. Chyba. No i są jeszcze wyrwane z kontekstu słowa z rosyjskiego, które słyszałem czasami od Katii, a których wolę nie używać. Wszyscy wiedzą, jak Rosjanie kończą...Słyszałem o "Przewodniku". O Schaferze też.
    Biorę głęboki wdech, chcąc się uspokoić. "Przewodnik", najlepszy agent Rosjan na Zachodzie, zesłany do stalagu i zagryziony na śmierć przez głodnych współwięźniów oraz psy SS-manów, ścigany przez wszystkich naokoło Schafer...
    -Nie znam...innych języków-moje zmęczone spojrzenie pada na dziewczynkę. Czy kiedyś będę miał taką córkę? "Na razie jeszcze nie umrę". Na razie. Przez bladą, spoconą, urypaną popiołem i brudami twarz przemyka się lekki uśmiech. Czyli mam szansę, by przetrwać.
    -Lindemann...Wojciechowski. Nazywasz się...Wojciechowski, tak?-wymawiam jego polskie miano z ogromnym trudem, uprzednio przekręcając je ze trzydzieści razy i ewoluując od "Wojtkowsky" przez "Wojsky" po "Wojtaschowsky". Wzdycham. Chyba wypadałoby coś powiedzieć...
    -Dziękuję. -szepczę. -Vielen danke.
    Niemieckie podziękowania brzmią w moich ustach dużo lepiej niż polskie. Są takie...szorstkie, ślizgają się na języku, głos mam cichy i ochrypły jak u przepracowanego robotnika, ale jednak...Jest dobrze.
    Kiedy mijają nas partyzanci, staram się nie jęczeć i wyglądać jak najmniej niemiecko, a jak najbardziej polsko. W płucach mam chyba pył z całego miasta, teraz już mniej więcej wiem, co mógł czuć Alexander...
    Czy wciąż ma te swoje napady plucia krwią?
    Idioto. Myślisz w tej chwili o swoim kuzynie. Co on cię obchodzi? Skup się na sobie-upominam się ze złością. Lindemann i dziewczynka zostawiają mnie w jednym z niedopalonych domów, w którym kwitną kwiaty, są meble, a lśniący w słońcu fortepian pokrywa się kurzem. Zostawiają mi coś, jakieś przedmioty, za które im nie dziękuję słowem - ciągle mdleję, jestem...taki słaby...
    Spuchnięte, opierzchłe wargi rozchylają się, by chwycić haust powietrza. Ciepłego, rozgrzanego do białości, jak żołnierz w walce, powietrza...
    Boże, jak kurewsko mnie boli. Twarze sióstr, matki, ojca, Renate, Inge i Hanny przewijają się pod powiekami jak film. Oddycham powoli, chrapliwie. Krew znów przedziera się przez opatrunek, jednak bandaże zrobione mi przez chłopaka pomagają. I to bardzo.
    Zamykam oczy. Opadam w ciemność. Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę? Pewnie obudzę się już w domu, w swoim mieszkaniu, i...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. CZĘŚĆ II
      Budzi mnie przeraźliwy huk i łomot. Gdzieś w pobliżu spadła bomba. Jak długo spałem...? Po słońcu wnioskuję, że mogło minąć trochę czasu. Trzy godziny? Cztery? Gdy unoszę głowę, zauważam, że walnęli w sąsiedni dom. Wciąż płonie, ale chyba nikt nie zginął. Nikt?
      Brawo, Lindemann. Przeniosłeś mnie w bez wątpienia bezpieczniejsze miejsce.
      Podnoszę się z trudem; czuję wszystkie kości, chyba otworzyły mi się rany. Mniejsza o to, muszę stąd uciekać, muszę...iść...Kieruję się w stronę fortepianu. Złote litery informują pogodnie, że wyprodukowała go firma "Steinway i Synowie". Podobny mieli znajomi rodziców, generałostwo von Kretschmann...Biorę kolejny płytki wdech. Jakoś idzie.
      Bomba walnęła w kolejny dom. Huk zawalających się ścian, pożar...Muszę wyjść, muszę uciekać, nie mogę tu zostać, nie powinienem...
      Krok. Dwa. Trzy. Rozpaczliwy, ochrypły jęk, zimna pokrywa fortepianu, połyskująca politura mebli. Dasz radę, Matthias. No dalej...Byle do drzwi, byle do drzwi, byle...
      Boże!
      Bomba uderza centralnie w budynek. Uderzenie...Hałas...Zapadające się cegły...płonące...meble...Gorąco. Dlaczego tak gorąco? W ustach gorzki posmak krwi. Gdzie jest...Lindemann? Co się dzieje?
      I nagle spływa na mnie słodko-gorzka świadomość. To już koniec. Lindemanna tutaj nie ma. Jeszcze nie przyszedł. Miał szczęście, uratował się. A ja umieram.
      Es tut mir leid, Schwesterlichen. Złamałem obietnicę.
      Zamykam oczy. Kiedy otwieram je po raz ostatni, wszystko płonie. Z fortepianu powylatywały klawisze i wygląda teraz jak bezzębna gęba jednego generała. Aż chce mi się śmiać.
      Umieram z otwartymi oczami wpatrzonymi w ten cholerny fortepian, z myślą o swoich siostrach w głowie i wyciągniętą w prawo dłonią jak do ostatniego, przedśmiertnego Heil Hitler.

      Usuń
  27. [Przepraszam, że przez tyle czasu się nie odzywałam. Powoli wracam do życia. Zrezygnowałam z Otta, bo brakowało czasu i weny - ale jeżeli chcesz rozegrać jakieś sceny z jego udziałem i np. dokończyć coś w wątku z Cesarem albo z Michałem to napisz, rozegramy.]

    Zmarszczyłam nieufnie brwi, widząc że człowiek, który kazał mi zaczekać, rozmawia przez chwilę z Michałem. Czy przyjście tutaj na pewno było dobrym pomysłem? Czy mogłam komukolwiek zaufać? Splotłam dłonie, nerwowo wyginając palce. Miałam wrażenie, że wszyscy i wszystko, łącznie ze ścianami, na mnie patrzą. Nie mogłam pozbyć się iluzji wlepionych w siebie, uważnych oczu. Drapieżnych, jakbym właśnie weszła do lasu pełnego wilków. Przełknęłam ślinę. Uspokój się. Przecież nikt cię tu nie zje.
    Odetchnęłam z ulgą, widząc, że Michał idzie w moją stronę.
    - Cześć. - Uśmiechnęłam się niepewnie. Głębszy wdech… Przecież po coś tu przyszłaś. - Michał, czy… czy możemy tu bezpiecznie rozmawiać? – zapytałam szeptem.
    Objęłam się jedną ręką, zaciskając palce na przedramieniu drugiej, jakbym chciała stworzyć barierę między sobą a resztą świata.
    - Czy możesz skontaktować mnie z kimś z polskiego podziemia? Proszę. Myślę, że mogłabym pomóc, ale nie mam pojęcia, jak do nich dotrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  28. [A mogliby, mogliby! Dobry to jest pomysł. Dodatkowo, skoro Michał mieszka obecnie w Warszawie, to Antonina mogłaby przyjechać do ojca, a przy okazji się spotkać z Michałem. No, przynajmniej coś w ten deseń. Co ty na to?]

    Antonina

    OdpowiedzUsuń
  29. Warszawa. Miasto gdzie żyje wiele ludzi. Każdy z nich ma inne ideały czy poglądy. Nie ma dwóch takich samych osób tutaj. Nawet jeśli są z jednej organizacji i walczą za to samo, to i tak to co nimi kieruje może się od siebie różnić. Jedną z takich osób, które mieszkają w tym mieście jest mój ojciec.
    Radość która wypełnia mnie od środka jest nie do opisania. Tak dawno się z nim nie widziałam... Listy to jednak nie to samo co prawdziwa rozmowa. Nic tego nie zastąpi.
    Kiedy mogę to spędzam z nim jak najwięcej czasu. Rodzina jest najważniejsza, gdyż nigdy nie wiesz kiedy ją stracisz. Eh, mamo…
    Choć samego tatę kocham, tak jego nowe mieszkanie… Odczuwam w nim jakiś dziwny niepokój, dlatego gdy tylko on idzie do swej galerii lub na spotkanie z kolegami, ja wychodzę pospacerować po Warszawie. Już coraz bardziej się w niej orientuję, co mnie bardzo cieszy. Pierwszy dzień tutaj to była masakra...
    Przemierzając przez kilka pomniejszych ulic, trafiłam na jedną z głównych, gdzie można było ujrzeć jeszcze trochę życia. Tu jacyś Niemcy palili fajkę, tam jakaś Polka próbuje się targować z jakąś babcią… Dość normalny dzień. W Gdańsku było podobnie.
    Idąc jeszcze kawałek, zauważyłam ławkę, na której ktoś siedział. Cholera, nogi mnie już bolą, a reszta ławek pozajmowana. No trudno, będzie trzeba się przysiąść.
    Podeszłam do chłopaka bliżej, który właśnie kończył swoje jabłko. Chciałam mu nawet powiedzieć smacznego, ale już było za późno. Ale, ale. Byłam już prawie przy ławce i chwila. On mi kogoś przypomina, ta twarz…
    - Można się przysiąść? - Spytałam lekko drżącym głosem, przyglądając się jego rysom bardziej dokładnie. No jakbym gdzieś już go widziała. Wydawał się tak cholernie znajomy. Agh! Że też nic sobie nie przypominam.


    OdpowiedzUsuń
  30. Kiedy tylko usłyszałam jak z ust chłopaka wydobywa się zdrobnienie mojego imienia, którego już nikt nie używa, to nie miałam żadnych wątpliwości. Tym chłopakiem był Michał. Tak, to ten z którym się bawiłam dopóki mama nie miałą wypadku. Ah, to były dobre czasy…
    - Tak, Michał, to ja. - Uśmiechnęłam się uradowana spotkaniem. Tak dawno żeśmy się nie widzieli. - Ja? Do taty przyjechałam na kilka dni. Za bardzo się za nim stęskniłam. - Już po raz któryś spojrzałam na niego. Widać było, że mieszkał w Warszawie już od dłuższego czasu. Jestem ciekawa jak tam się u niego wiedzie. W końcu minęło sporo czasu od naszego ostatniego spotkania. Jednak nie mnie za to obwiniać, a ojca. W końcu to on się mną po śmierci mamy zaopiekował, a jak już to robił, to oboje dobrze wiemy. Chyba jedyne czego żałuję, to te zerwane kontakty, no ale nic już nie da się robić.
    Hę? Czy ja usłyszałam niemiecki? Ale jeszcze przecież przed chwilą… - Rozejrzałam się dyskretnie dookoła i zrozumiałam czemu zmienił język. No tak, w końcu w Warszawie tych patroli jest od cholery.
    - Sehr gut! - Jak i on, to i ja. Tak jest nawet lepiej. - Nadal mieszkam w Gdańsku, za bardzo kocham to miasto, aby się wyprowadzać. Musiałbyś kiedyś jeszcze do mnie wpaść! - Spokojnie wzięłam oddech. - A tak ogólnie to od jakichś trzech, może czterech lat pracuję jako pielęgniarka i jakoś żyję. Póki co to nie narzekam. A co tam u ciebie? Jak ci się żyje w Warszawie? Raczej ciężko, co nie? - Zapytałam, dyskretnie mierząc wzrokiem patrol niemiecki, który obok nas przechodził.
    No nie powiem, byłam bardzo ciekawa tego jak żyje dzisiaj Michał albo co z jego rodziną. Tych straconych lat już raczej nie odzyskamy, ale można zacząć na nowo. Tylko lepiej żebyśmy nie wkraczali na temat polityki. Tak będzie lepiej dla nas obu.

    OdpowiedzUsuń
  31. Kiedy tylko nieprzyjaciele, bądź przyjaciele (zależy jak na to spojrzeć), odeszli siną w dal, Michał zmienił język na polski. Trochę szkoda, bo nawet ładnie mówił i się przyjemnie tego słuchało. No ale zmuszać go nie będę. Nie wymagam tego, no, przynajmniej nie od dawnych przyjaciół.
    Słuchając jak opowiada o kawałku swojego życia, patrzyłam się raz a to na jego dłonie, a to na chodnik. Jakoś tak lepiej było mi się skupić i móc sobie wyobrazić to wszystko.
    Trochę tego było. Od początku wojny zamieszkuje w Warszawie, co raczej łatwe nie jest zważając na to, ile już to miasto “przeżyło” podczas wojny.
    Czyli tęskni… Gdy zauważyłam ten jego jeszcze nikły uśmiech, to zrobiło mi się go jeszcze bardziej żal. No bo, eh… Widać, że serio się stęsknił, ale wrócić nie może. Niestety taka jest kolej rzeczy, ale może po wojnie. Tak, po wojnie muszę go wziąć do siebie.
    Ulżyło mi trochę. Dobrze wiedzieć, że u jego rodziny wszystko w porządku przynajmniej na tyle ile może być. Choć jedna informacja całkowicie mnie zwaliła z nóg.
    -Was? Serio? - Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież on od dziecka o tym marzył. - Jejku! Nawet nie wiesz jak się cieszę! - Uśmiechnęłam się szeroko w jego stronę. Niby warunków nie ma, a patrzcie jaki zdolny. Wyjdzie jeszcze na ludzi, wierzę w to.
    - Hę? Czem… - Nie wiedziałam o co mu chodzi, dopóki nie zobaczyłam jak Niemcy niedaleko nas jadą w swym aucie. No tak. Ma rację. Nie byłoby miło, gdyby nas we dwójkę zobaczyli, a ja nie mam zamiaru się tłumaczyć, aby potem i tak trafić do jakiegoś obozu pracy. Znałam takich i dobrze nie skończyli.
    - Więc chodź. - Chwyciłam Michała za nadgarstek i lekko przyspieszonym krokiem poszłam w jedną z uliczek, aby uniknąć wzroku tamtych Niemców. W sumie nawet nie wiedziałam gdzie szłam. Kierowałam się na oślep, jakby to był jakiś odruch.
    W pewnym momencie w końcu przystanęłam i wzięłam głębszy oddech. - No, tu powinno być bezpiecznie. - Wdech i wydech. - Przynajmniej tak myślę… - Dodałam po chwili, uśmiechając się delikatnie.

    OdpowiedzUsuń
  32. Dyskretnie spojrzałem na zegarek. Już czas. Przeprosiłem swojego rozmówcę i szybko wmieszałem się w tłum. Gdzieś tam mignął mi Antek. Skinąłem do niego głową. Powoli należy zaczynać. Sam wyszedłem z sali. Wszystko się uda i wrócimy do domu, cali i zdrowi. Przynajmniej reszta musi wrócić cała i zdrowa.
    Czysty korytarz. Nikogo o dziwo nie ma, to dobrze. Przeszedłem szybko w kierunku podziemi, schodami w dół do sejfów. Teraz to dopiero będzie zabawa. Który to sejf, czy też raczej i skrytka? Podawali mi numer przecież…znaczy się czegoś numer z cała pewnością miałem… Numer pokoju… apartamentu. Apartamenty mają sejfy czy też skrytki odpowiadające numerowi pokoju. Chyba każda skrytka odpowiadała numerowi pokoju. Zaraz, zaraz…jaki to był numer? 129? Czy może 29? A może 12? Nie z cała pewnością kończyło się na dziewięć i miało dwójkę…więc albo 29 albo 129…świetnie. Nie mam zbyt wiele czasu na to wszystko. Cholera! Do tego pokoje mają jeszcze jakąś taką dziwną numerację! A kij z tym wszystkim! Spróbujemy z 29… Właściwie to może to być tez i ten numer…bo może coś wydarzyło się w roku 1929 w świecie matematyki? I końcówka roku posłużyła jako numer od skrytki. To teraz tylko złamać szyfr, zabrać i wrócić.
    Przytknąłem ucho do zimnego metalu i zacząłem manipulować przy pokrętle z cyframi. Dosyć powoli aby słyszeć każde kliknięcie, które oznajmia, że po kolei każda zapadka się podniosła.
    12…34…
    Czy ktoś idzie? Nie, chyba nie. Ostrzegliby mnie. Cisza i spokój.
    5…
    Chyba ostatnia cyfra mi pozostaje. Teraz się skupić…
    Aż z tego wszystkiego drżą mi ręce.
    10…
    Udało się!

    OdpowiedzUsuń
  33. (No nie wiem...myślę, że możemy spróbować z Michałem i Weroniką na gestapo :D Ona wpadła, on akurat tam trafił i ją spotyka - nie znają się, chciałabym wyzerować kompletnie ich relację ;) Co ty na to?)

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  34. No nie powiem, ja i Michał wyglądaliśmy na zagubionych. W sumie nie ma się co dziwić. Jesteśmy w zupełnie obcym miejscu. Chociaż, chyba nie aż tak. Michał ruszył przodem, a ja za nim. Czyżby wiedział gdzie jesteśmy? Mam taką nadzieję. Nie lubię się gubić w Warszawie.
    Wyszliśmy na plac, na którym było dosyć sporo jak na ten czas osób. Spojrzałam na chłopaka, aby usłyszeć czy przypadkiem jeszcze gdzieś nie idziemy, ale widząc ten uśmiech, to było raczej niepotrzebne. Jego późniejsze słowa to nawet potwierdziły!
    - No nie, ale pamiętaj, że właściwie to ja cię tu przyprowadziłam. - Puściłam oczko do niego i wspólnie się zaśmialiśmy. Kiedy ja starałam się mniej więcej zapamiętać co i gdzie, Michał podszedł do jakiejś starszej kobiety.
    - Chyba coś kupuje - powiedziałam pod nosem, patrząc się na niego jak daje jej pieniądze. O! Jest! Podchodzi!
    - To dla mnie? - Spytałam, patrząc się na wręczone mi jedzenie. Nie czekając nawet na odpowiedź, podziękowałam chłopakowi i zabrałam się za konsumowanie bułki. W między czasie poszukałam jakiegoś murku bądź ławki, aby można było sobie na spokojnie usiąść. Mam! Natychmiast usiadłam na odosobnionej ławce i wskazałam Michałowi, aby też usiadł. Trochę w końcu się nabiegaliśmy.
    Patrząc na grupkę dzieci, które właśnie przebiegły mi przed nosem, przypomniały mi się stare lata. Jeszcze te w Gdańsku, jak razem się bawiliśmy albo śpiewaliśmy piosenki. Wtedy musiała nas uciszać ta pani Gertruda, która czasami piekła jakieś słodkości. Tak, to zdecydowanie były dobre lata, takie beztroskie.

    OdpowiedzUsuń
  35. Wyciągnąłem dokumenty, i sfotografowałem je. Jak dobrze, że nie było tutaj absolutnej ciemnicy. Przynajmniej coś będzie widać na tym wszystkim. Po zrobieniu zdjęć schowałem to wszystko do sejfu w taki sposób żeby wszystko wyglądało na nie ruszane. Teraz tylko zamknąć to wszystko i można sobie pójść.
    Wyszedłem na górę poprawiając przy tym mundur. No świetnie, wszystko ładnie pięknie. Zdjęcia porobione, teraz tylko żeby nic się pod sam koniec nie spieprzyło. Usłyszałem nawet szybką relację Antka… Mógł sobie to darować. Wystarczyło powiedzieć, że Michał ratuje mi dupę.
    — Po pierwsze musimy pozbyć się tego śpiącego – odpowiedziałem cicho. Nie wiem jak mógł…chociaż w sumie, to nie. – Nie. Część z nas wraca na bankiet, jeśli ktoś chce to może wracać do pokoju. Nie zamierzam wracać po nocy – dodałem. Miałem nadzieję, że tutaj nie będzie podsłuchu… Ale chyba nie. Gładka ściana, zero jakiejkolwiek boazerii, nie ma też w pobliżu jakiegoś obrazu…poza tym pewno nie słychać. Przecież muzyka gra, ja wyszeptałem to wszystko.
    — Idźcie – powiedziałem wyciągając papierosa i wtykając sobie jednego z nich do ust. Musiałem pomyśleć nad kilkoma sprawami. No i też musiałem obmyślić szczwany plan jak to wszystko sprawdzić. Ale chwila…przecież spokojnie, skoro jestem Niemcem to nie będą mnie sprawdzać, jestem oficerem…nic mi nie grozi. Poza tym zero śladów. Wszystko jest tak jak było.

    OdpowiedzUsuń
  36. Straciła już rachubę, ile razy ją bito. Chyba wybili jej zęby, tłukli jasną głową o stolik, aż polała się krew, pejcze i inne narzędzia też często były w robocie. Siedziała już od kilku dni; na jej nieszczęście wpadła w kocioł u kuzynki Stępińskiego, o którego aresztowaniu nie zawiadomiono jej na czas. Miała nadzieję, że Simon, Emilia i dziecko zdołali się ewakuować...Na razie ją przesłuchiwali, a gdy milczała, prali ile wlezie, aż do krwi. Gdy skonfrontowano ją ze Stępińskim, milczała; nie było sensu się odzywać.
    Właśnie wyprowadzano ją z przesłuchania, gdy w tramwaju zobaczyła dwóch esmanów wlokących Michała do celi. Popłynęły jej łzy, jednak ograniczyła się tylko do rozpaczliwego spojrzenia pełnego strachu.
    Co z nami będzie? Z nim i ze mną?-pomyślała, słysząc huk zamykających się drzwi od celi. W jej własnej było jeszcze z jedenaście kobiet, było ciasno, śmierdziało, a do tego pilnujące ich strażniczki lubiły od czasu do czasu dać w pysk polnische Banditen. Nie mogła się modlić, gdyż zbyt wielki był strach.
    Następnego dnia przywleczono ją przed Michała.
    -Przekazywałaś mu informacje, suko?! Tak czy nie?! - wrzeszczał zażywny esman, a nie słysząc odpowiedzi, uderzył ją w brzuch. Jęknęła głośno z bólu, krzywiąc się, a ból, i bez tego ogromny, jeszcze się nasilił. - Znasz tego chłopaka?! Znasz go?!
    -N-nie-wyszeptała ze łzami.
    -Nie znasz go? No to się, polska dziwko, poznacie! Czuję to! Czuję to bardzo wyraźnie!
    Przeczucia grubasa, wyrażone pałką, okazały się szybko sprawdzać.

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  37. Przez kilka sekund myślami byłam kompletnie oderwana od rzeczywistości. Kto by pomyślał, że małą grupka dzieci potrafi wywołać tyle wspomnień z dzieciństwa? Jeszcze były to te beztroskie lata, kiedy myśli o wojnie były na jak najdalszym planie. Nie można tego powiedzieć niestety o dzisiejszych czasach, bo jakie te dzieciaki mają dzieciństwo? Wychowywać się podczas wojny, tego nie życzę nikomu. Oj nie.
    Nieświadoma właściwie tego co robię, dokończyłam swoją resztkę kiełbasy. Nawet nie była taka zła. Gorsza była ta cisza między nami. To chyba przez to moje zamyślenie…
    - Hę? - Musiałam jeszcze poczekać zanim kompletnie “oprzytomniałam”. - Ah tak. Wiesz młody, co się stało to się nie odstanie, a przynajmniej my, czyli takie szare myszki, nic na to nie zdziałamy. Jeszcze zakładając, że mamy, a na pewno mamy, odmienne poglądy co do świata. Eh... - Wzięłam głębszy oddech. - Ogólnie rzecz biorąc ciężki temat, a chyba pokłócić się nie chcemy, co? - Spojrzałam na chłopaka z delikatnym uśmiechem, wskazując na to, że się z nim tylko przekomarzam. Choć nie żartowałam. Lepiej aby o polityce nie rozmawiać, bo mógłby z tego wyjść jeszcze jakiś konflikt.
    - Tak w ogóle, to Michał słuchaj… - Zacięłam się, będąc niepewna do końca co chcę powiedzieć. Przez ten melancholijny nastrój aż mi słów zabrakło. - Dobrze, że się odnaleźliśmy - powiedziałam ze słyszalnym smutkiem w głosie. Po twarzy raczej też to było widać. - Bardzo bym chciała odbudować tą znajomość, tylko wiesz, jest jeden problem… - Musiałam wziąć głębszy oddech. - Niestety, nie mogę zbytnio tego zrobić. Przynajmniej nie na długo. - I ponownie między nami zapanowała. Jedynie było słychać gdzieś w oddali inną rozmowę i szum liści.
    Eh… Czemu już za dwa dni, o ile dobrze pamiętam, muszę wyjeżdżać? Tak bardzo tego nie chcę, zwłaszcza, że teraz odnalazłam Michała… Niestety ale trzeba wrócić do pracy. Tak szybko ten pobyt w Warszawie mi minął, aż za szybko.

    OdpowiedzUsuń
  38. Antek i Sasza zdecydowali pozbyć się śpiącego, Franek razem z Ritą wrócili na bankiet, a ja wyszedłem przed hotel i stałem jak ten kołek przed głównym, do momentu kiedy nie wypaliłem całego papierosa. Nie możemy wszyscy w jednej chwili zmyć się z bankietu.
    Odprawiłem Ritę i Franka do pokoi, sam jeszcze chwilę pokręciłem się wśród „elity elit” i może po jakiejś niecałej godzinie wróciłem do siebie. Niemalże od razu rzuciłem się na łóżko i zasnąłem.
    Rano szybko się ogarnąłem i przeszedłem do pokoju Michała. Musieliśmy się już zbierać. Możliwe najszybciej, zanim nie wpadną na pomysł aby sprawdzać kogokolwiek, kto opuszcza hotel. Ściągnąłem z Michała kołdrę, nawet nie bawiłem się w „Michał wstawaj”. Szkoda czasu na takie pierdoły.
    — No wiem. Nasłyszałem się od tych, którzy byli przesłuchiwani przez mnie – powiedziałem zupełnie szczerze. Wiedział jakim człowiekiem jestem…dwulicowym. – Jest pewien problem. Nie wierzę w niebo, piekło i jakąkolwiek istotę boską, wiec twój wywód dla mnie jest bezsensowny. To zupełnie tak jakbyś próbował tłumaczyć zagorzałemu naziście, że nie powinien eksterminować Żydów – może porównanie było idiotyczne, ale mniej więcej każdy wie o co chodzi. – Musimy się jak najszybciej zwijać – dodałem wyglądając ostrożnie przez okno. Zmarszczyłem brwi widząc jak ktoś wysiada przed głównym wejściem. Oficer SS… wysoki oficer, pułkownik co najmniej. – Chyba jeszcze szybciej niż przypuszczałem – dodałem cicho. – Zabierz wszystko i sprawdź jeszcze ze dwa razy czy aby na pewno nic nie zostaje.

    OdpowiedzUsuń
  39. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  40. — Jestem gorszy – powiedziałem zupełnie szczerze. Może miałem jakieś takie…momenty, przebłyski w których byłem miły, jednak naprawdę nie przypuszczałem aby ktokolwiek porównał mnie do swojej żony. No cóż, różnie to w życiu przecież bywa.
    Podałem młodemu spodnie, niech się dzieciak nie męczy z poszukiwaniami.
    — Za chwile zyskam drugi pseudonim. „Szatan” znany też jako „Diabeł” opcjonalnie nazywany „Lucyferem” tudzież „Belzebubem” – powiedziałem pół żartem pół serio. – Po prostu musimy, im mniej wiesz tym lepiej – zakląłem pod nosem. – Kurwa…jeszcze mi tutaj SS brakowało do szczęścia – powiedziałem cicho do siebie widząc jak podjeżdża jeszcze jeden samochód z oficerem tej formacji.
    Włożyłem dłonie do kieszeni i nerwowo zacisnąłem lewą dłoń na tubce z mikrofilmem a prawą na tubce z Pervitinem. Ten stres to kiedyś mnie chyba wykończy. To SS pojawiające się znienacka też…chyba bardziej cieszyłbym się widząc komunistów pod wodzą samego Stalina, albo jakiegoś innego Koniewa. Ba! Nawet z wojsk Montgomery’ego bym się ucieszył, że o Andersie nie wspomnę.
    — Nie lubię SS a SS nie lubi mnie, lepiej byłoby żebyśmy się po prostu zabrali i wrócili póki jeszcze możemy – powiedziałem i spojrzałem na Michała. Wbrew pozorom byłem już spakowany, reszta się kończyła pakować. Teraz tylko wrócić do domu, oddać mikrofilmy i kończymy imprezę.

    OdpowiedzUsuń
  41. Pokiwałem głową. Cóż, ja właściwie to też się nawet nie rozpakowywałem. No może przybory do golenia i mydło wyciągnąłem, ale nic poza tym.
    — Raczej nie będą się chwalić przypadkowym ludziom – powiedziałem, wyciągnąłem papierosa. Musiałem zapalić, tak bardzo musiałem zapalić. – Chcesz? – zapytałem się młodego, wiedziałem że czasami podpala, a ja jakoś nie zbiednieję jak poczęstuję. Niech posmakuje trochę życia i spróbuje niemieckich papierosów. Juno Josetti, najlepsze papierosy jakie paliłem…a niestety nie jestem jakimś wieloletnim nałogowcem.
    — Postaram się żebyś mi nie umarł, rozumiesz. Pomogłem ci tyle razy, ty mi też pomogłeś…teraz to chyba nawet w tej naszej dziwnej kolei losu wypada, żebym ja ci pomógł – wysiliłem się na uśmiech. Przypaliłem końcówkę papierosa i spojrzałem na Michała. – Zrobię co w mojej mocy żeby nie zostały sierotami. Ale niczego nie mogę więcej obiecać, do czasu kiedy będę mógł, kiedy będę żyć postaram się wam pomagać – powiedziałem cicho. Nie chciałem nic obiecać, nie lubiłem obiecywać komukolwiek czegokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  42. — Weź nie pierdol – powiedziałem ostrym tonem. – Po pierwsze jak dobrze idzie to dobrze i nie kracz. Po drugie nie mam żadnego interesu żeby mówić twej połowicy o tym że podpalasz – takie dwie rzeczy. Ech miałem nadzieje, ze to tylko głupie przeczucia. Osobiście to chyba nawet gdyby była taka możliwość, że miałbym do wyboru samemu pójść pod mur ale wiedzieć że Michał i jego rodzina, że oni będą bezpieczni…to pewno bym się zgodził bez wahania. Kiedyś to pewnie próbowałbym jakoś pokombinować żeby nie iść pod mur, teraz to mi wszystko jedno było.
    — Nie powinni – powiedziałem. – W razie czegoś to ja jestem za sprytny na niektóre rzeczy. Kontrola to może być na granicy z Gubernią, ale wątpię – powiedziałem. – Jesteśmy obywatelami Rzeszy, oficerami ze znajomościami – uśmiechnąłem się nieco. – Dawaj, nie powinni na nas czekać zbyt długo, bo jeszcze nas zostawią tutaj samych. Nie żebyśmy sobie nie poradzili, ale jak wszyscy wracają to wszyscy, co nie?

    [To robimy przeskok i wzmiankę o tym wątku Martina z Cesarem?]

    OdpowiedzUsuń
  43. — Cicho młody, cicho – powiedziałem szeptem po polsku. Kucnąłem przy nim. – Zaraz cię zabiorę w bezpieczne miejsce – dodałem. Muszę coś wykminić. Poza miastem… Na jakiś czas zatrzyma się u brata „Krawca”. Antek go jakoś przewiezie. Nie może wrócić do domu, nie teraz. Kilka dni w Otwocku dobrze mu zrobi.
    — Antek cię zawiezie, w bezpieczne miejsce. Zjawię się za jakiś czas. Dwa, góra trzy dni – powiedziałem biorąc go na ręce. Jęknąłem z bólu, żebra i płuco. Jak bolało. Zacisnąłem zęby i przeszedłem kilka kroków z chłopakiem. Na szczęście Antek mi pomógł i zapakowaliśmy go na tył samochodu.
    — Nie może tak pojechać – powiedział Antek. – Kurwa rozstrzelają nas i ciebie – dodał.
    —Jest ranek, gdzie ja ci go wezmę? Wziąłbym go do siebie, ale nie da rady. U ciebie? A może u „Krawca” albo „Cerbera”? Chyba, że bierzemy i do Franka albo Saszki? Chłopie, nikt nie zechce donieść Niemcom, że uciekinier najprawdopodobniej sobie jest w mieszkaniu. No świetnie. Jesteśmy w dupie – powiedziałem. Spojrzałem na Michała. – Szpital Dzieciątka Jezus. Przez kostnicę go weźmiemy. Wygląda jak trup to nie będzie trzeba inwestować w charakteryzację. Poza tym w razie czegoś…to jakoś to będzie. A ty młody trzymaj się, żebyś nam w tej kostnicy nie został – powiedziałem. Sami wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. Dzień może dwa zostanie w szpitalu, później się zobaczy.

    OdpowiedzUsuń
  44. Słuchając tego co mi Michał mówił, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. No bo… Ale jak to jego dziewczyna, rodzina… Nie. To niemożliwe. Chociaż z drugiej strony nie ma on powodów, aby mnie okłamywać. W jednej sekundzie struchlałam i wlepiłam swój pusty wzrok gdzieś w otchłań. Zrobiło mi się go strasznie żal. I to tak naprawdę. Kurde…
    - Michał, ja nie… Nie wiedziałam. - Szepnęłam wręcz nieusłyszalnie. Przełknęłam ślinę. - Nic się nie stało. Masz prawo być zły. - Kolejne słowa zbiły mnie totalnie z tropu i z tej przygnębionej Antonii zrobiła się zdziwiona. - Was?! Yhm. Co? Brata bliźniaka? Ale jak? - I jeszcze niby ma być do niego podobny. Mein Gott…
    Widząc, jak chłopak się uśmiechnął, zrobiło mi się odrobinkę lżej, jednak ból nadal pozostał. Chciałam się jeszcze dopytać o to przedszkole, ale chyba wystarczy mi rewelacji na dziś. Już wystarczająco dużo dziś usłyszałam.
    - No jasne, nie ma sprawy. I tak nie mam komu tego powiedzieć. - Zaśmiałam się delikatnie. - Jedynie ojcu, ale i tak już wyjeżdżam, więc się o nic nie martw. Tym bardziej o mnie. - Zatrzymałam się na chwilę, aby spojrzeć przed siebie, a następnie na Michała. - Choć wiesz co, to miłe, że w takich czasach ktoś się jeszcze martwi o innych niż tylko o swoją osobę czy rodzinę. Pamiętam jak pewnego dnia w Gdańsku musieli wysiedlić jedną polską rodzinę z mojej kamienicy. Choć była ta rodzina zżyta z sąsiadami obok, to ci nawet łzy nie uronili czy coś takiego. I weź tu zachowaj empatię. - Raczej o nią było trudno, jednak może i nie ma się co dziwić? W końcu przy setkach tysięcy ofiar trzy nie zrobią na nikim wrażenia. A może tylko ja tak myślę? Już sama nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  45. Chciałem go zdzielić w łeb za to durne gadanie. Nie umrze mi a ja już tego dopilnuję. Zrobię wszystko co będzie trzeba zrobić, żeby mu pomóc. Jak ja nienawidzę obietnic!
    — Nie umrzesz…rozumiesz…? – zapytałem. Głos mmi się łamał. A obiecałem sobie, że będę twardy, myślałem że nic mnie nie obchodzi, że wszystko jest mi obojętne. – Zabiję tego skurwiela….zabiję tego co cię tak urządził, ale zanim to zrobię to jeszcze się z nim pobawię. Urządzę mu większe piekło niż on tobie – szepnąłem. To akurat zrobię, ale w swoim czasie…a jeśli nie ja, to pewnie niektórzy chłopcy z podziemia z wielką chęcią przesłuchają sobie esesmana.
    — Zaraz zjawi się lekarka – powiedział Antek. No świetnie, wysłać „Szybkiego” gdziekolwiek to ten nie dość że zrobi to co miał zrobić to jeszcze szybko i dorzuci coś od siebie. Zaraz też przyszła lekarka, która kiedyś nam pomogła. Ja nie widziałem a Michał miał połamane nogi.
    Odsunąłem się od chłopaka. Lekarka musiała go obejrzeć. Antek zabrał mnie z kostnicy, na świeże powietrze. Nawet nie wiedziałem dlaczego, dopiero po chwili zorientowałem się, że pomiędzy palcami był papieros, który chciałem sobie zapalić. Usiadłem na murku.
    — Szybki. Mam prośbę, dyskretną – zacząłem.
    — Wal – powiedział beznamiętnym tonem głosu.
    — Obserwujesz Rossa, ale dyskretnie. Zmieniaj się z kimś co jakiś czas. Interesuje mnie kiedy będzie gdzieś jechał poza miasto… I chyba będziemy musieli wybrać się do „banku” po pieniądze. Ale to za jakiś czas, kiedy dowiemy się gdzie jest Neumann. Wiesz…
    — Wiem… „Bank” będzie bardziej skłonny dać nam pieniądze – pokiwałem głową. Będą pieniądze dla Michała i jego rodziny. Chyba tylko tak będę mógł pomóc.

    OdpowiedzUsuń
  46. Pokiwałem głową. Tylko na tyle mnie było stać. Kiedy dowiedziałem się co ten chuj mu zrobił...
    - Zajebję go. Zatłukę skurwysyna. Zabiję go - nie wiem czemu ale sięgnąłem odruchowo po pistolet. Odwróciłem się i pewnie gdyby nie to że Antek tutaj był to pewnie wyszedłbym i zabiłbym skirwiela po prostu na ulicy. Powiedziałbym że to był element nieporządany. Że ukrywał zbiega i mu pomagał. Świat mi podziękuje za taki czyn. Dostanę jeszcze ewentualne rozgrzeszenie.
    - Kiedy będę mógł z nim porozmawiać? - zapytałem. Musiałem to wiedzieć. Chciałem mieć pewność odnośnie tego wszystkiego. Jeśli młody nie kłamie to porozmawiam sobie z tym Rossem na osobności. Ale to będzie nasza ostatnia rozmowa... Zajebję go jak ostatniego insekta. Wyrwę jak chwasta.
    Podbiegłem do chłopaka.
    - Michał, błagam nie umieraj mi tutaj. Nie odchodź, wytrzymaj jeszcze trochę. Zajmą się tobą, polepszy ci się trochę to zabiorę ciebie w bezpieczne miejsce. Razem z Aliną i dzieciakami odpoczniecie od tego - powiedziałem. - Przyjdę za dwa góra trzy dni. Porozmawiamy, przyniosę ci coś. Tylko...proszę...- zamilkłem. Odwróciłem głowę. Nie mogłem, po prostu nie mogłem.

    [Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś się, czy Martin jest do końca zły...to chyba jest odpowiedź że nie :) Osobiście to niechciałbym być w skorze Rossa...]

    OdpowiedzUsuń
  47. Nachyliłem się nad chłopakiem. Pokiwałem głową…będzie się działo w przeciągu kilku najbliższych dni. Wytłukę skurwieli…będzie trzeba ostrzec Warsa. Musimy zrobić kilka rzeczy…zaczął ze mną wojnę, to będzie miał! Nie pozwolę nikomu krzywdzić…moich przyjaciół…chociaż Michał to dla mnie jak brat jest. Jak młodszy brat.
    Pogłaskałem go po głowie, było mi źle widząc go w takim stanie. Po prostu było mi źle.
    — Odpoczywaj…obiecuję, że znajdę na niego haka…być może już nawet mam. Zabiję go za to co ci zrobił…ale przed tym urządzę go tak, że śmierć będzie jego wybawieniem – szepnąłem.
    Pomogłem lekarce, nie bez wysiłku.
    — Róbcie co trzeba…jeśli będę mógł jakoś pomóc…pieniądze…leki…cokolwiek to proszę mi powiedzieć. Postaram się coś zrobić – powiedziałem przygryzłem wargę. – On nie może umrzeć. Czy mam powiadomić rodzinę? – zapytałem.
    Lekarka tylko pokiwała głową. Dobrze…to będzie trzeba jakoś coś zrobić. Ross może z resztą rodziny Michała blefował. Będzie trzeba jakoś to dobrze rozegrać.
    — Szybki – zwróciłem się do Antka. – Musisz iść teraz do „Krawca”, przekażesz mu kilka informacji. Weźmiesz jakąś sukienkę od niego i pójdziesz do mieszkania Michała. Znasz jego rodzinę? – „Szybki” tylko skinął głową. No właściwie to po co ja się głupio pytam? – Przekażesz im, że Michał w szpitalu, powiesz, że nie jest za dobrze… Sprawdź, czy nikt ciebie nie śledzi…wiesz co masz robić. Aha i ostrzeż „Warsa”, kogo jak kogo ale jak do niego się dorwą i do reszty, która ma mieć spotkanie z nim to będzie źle… Przekaż, że jutrzejszy poker odwołany – piękny szyfr. Jestem z siebie dumny, no po prostu chyba nikt jeszcze nie wpadł na jakieś lepsze nazwy.

    OdpowiedzUsuń
  48. Odwiedziłem chłopaka rano. Może nie jakoś bardzo wcześnie, ale też nie zbyt późno…pominę fakt, że prawie nie spałem, że trochę wypiłem, że w przeciągu kilku godzin zażyłem trochę Pervitinu tak aby nie czuć zmęczenia. Ale nawet to mi nie pomagało…czułem się okropnie, a nawet nie chciałem myśleć jak się czuje Alina, Ela no i cała reszta domowników. Chociaż wiedziałem jak to jest…kiedy traci się kogoś bliskiego a ty nie możesz nic z tym zrobić. Ale nie… Michał jest silny, on się nie podda tak łatwo.
    — Cześć – powiedziałem wchodząc do sali, gdzie leżał Michał. Siedziała przy nim Alina. Nawet nie siliłem się na jakikolwiek uśmiech. – Jak z nim? – zapytałem. Miałem nadzieję, że już po wizycie księdza. Moje spotkania z duszpasterzami nie kończyły się najlepiej. – Mam nadzieję, że Antek was jakoś…nie wystraszył tym wszystkim… - powiedziałem cicho.
    Ciekawe czy Alina powie, że to wszystko to moja wina, że jestem okropny…że…że cokolwiek. Niech powie coś co albo potwierdzi moje wątpliwości i powie, że to jest moja wina, albo niech powie, że nie obwinia mnie za nic! Tylko niech nie milczy! Nie chcę, żeby milczała! Niech ktoś powie, rozwieje moje wątpliwości…niech powiedzą, że to moja wina, że to przeze mnie. Że powinienem nie wciągać Michała, że nie powinienem się pojawiać w ich życiu…mogłem zniknąć z ich życia wtedy kiedy Michał odzyskał czucie w nogach. To wszystko przeze mnie. Kiedy chcę pomóc wychodzi tak jak zawsze! Zawsze kijowo!

    OdpowiedzUsuń
  49. Pokiwałem głową. Stałem tam gdzie stałem… Dopiero może po minucie podszedłem bliżej łóżka. Oparłem się nieco o metalową barierkę. Spojrzałem na Alinę. Chciałbym powiedzieć „Nie płacz, będzie dobrze”, ale wiedziałem że tak może nie być. Chociaz mimo wszystko byłem dobrej myśli.
    — To moja wina – szepnąłem. – Moja wina…mogłem coś zrobić. Mogłem nie dbać tylko o siebie, jakoś przekazać Michałowi informację…ale myślałem że on blefuje – dodałem. Chociaż chyba nie powinienem był tego mówić. Ale mówi się trudno.
    Niewiele myśląć dotknąłem jej ramienia.
    — Alina…obiecuję, że zabiję tego skurwiela…ale zanim to zrobię, urządzę go tak, że pozostaną po nim tylko palce. Tylko palce po nim pochowają – ostatnie słowa powiedziałem nieco ciszej. – Alina…jeśli…jeśli cokolwiek będziecie potrzebować to powiedz. Postaram się coś załatwić… obiecałem Michałowi, że gdyby jemu coś się stało…to że zajmę się tobą i dziećmi – wyznałem. – Nie myślałem, że to może się stać teraz… Myślałem, że prędzej aj wyląduje w szpitalu…i to ja jego poproszę o coś…nie na odwrót – kilka łez popłynęło mi po policzku. Natychmiast je otarłem. – Dlaczego nie ja? Dlaczego ja nie mogę być na jego miejscu? – zapytałem ni to siebie ni to jej.

    OdpowiedzUsuń
  50. Nie przepadałem nigdy za biblią. Przeczytałem ją, próbowałem zrozumieć…ale chyba matma była łatwiejsza niż pismo święte. Tak przynajmniej coś można zakuć i zdać, albo po prostu zrozumieć. A biblii w życiu nie pojąłem.
    — Byłem w szpitalu, „straciłem” pamięć… Gdybym od razu wybiegł, albo polecił komukolwiek aby pobiegł i ostrzegł to najprawdopodobniej nie byłoby nas tutaj…leżelibyśmy w jakiejś mogile, którą sami byśmy sobie wykopali – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Jak Michał umrze…ja sobie tego nie daruję! Nie daruję sobie swojej krótkowzroczności!
    — On nie umrze…on jeszcze mnie przeżyje….przeżyje nas wszystkich – powiedziałem i przygryzłem wargę. Muszę się ogarnąć, bo nie poprawi mu się od tego mojego płaczu oraz biadolenia. Poza tym…a nie…nawet najtwardsi płaczą. Jak to powiedział kiedyś mi dziadek… miałem wtedy szesnaście lat… „Czasami lepiej jest pokazać, że nie jesteśmy maszynami i że też mamy uczucia. Nie ważne jacy twardzi jesteśmy, nawet najsilniejsi płaczą”. Zapamiętałem to sobie i wziąłem głęboko do serca. W ogóle wszystko co powiedział do mnie dziadek, oraz co mówiła babcia. Byli dla mnie rodzicami i chyba na zawsze będą dla mnie najbliższą rodziną.
    — Może zostawię was…samych – powiedziałem. – Jeśli cokolwiek…to…wiecie gdzie mnie znaleźć – zakończyłem moją wizytę nieco koślawo.

    OdpowiedzUsuń
  51. — Nic się nie stało – powiedziałem. – Zemszczę się za niego…i za każdego…kogo przesłuchiwał – dodałem. – Przyjdę, może dzisiaj wieczorem. Zobaczę jak się wyrobię z kilkoma sprawami – uśmiechnąłem się delikatnie do niej. – Trzymajcie się.
    ***
    Wieczorem zapukałem do mieszkania Michała. Taka trochę dziwna świadomość, ze młodego nie ma bo w szpitalu jest. Na szczęście byłem po cywilnemu, na głowie miałem kapelusz, na sobie prochowiec. Chyba pierwszy raz tak się boję… Pierwszy raz od dawien dawna.
    — Dobry wieczór – powiedziałem wchodząc do mieszkania. Uśmiechnąłem się delikatnie do ciotki Michała. – Jak z nim? Lepiej, gorzej, czy może tak samo? – zapytałem. – Alina powiedziała, żebym przyszedł. Aha…mam coś dla was – wyciągnąłem z kieszeni kartki na mięso, chleb…na wszystko co miałem. – Wiem, że to niewiele…ale chociaż tak chciałbym pomóc – przygryzłem wargę. Nadal czułem się winny temu wszystkiemu. Naprawdę to chyba była moja wina! Moja wina i tylko moja!
    Mogłem przecież jakoś to rozegrać, zaryzykować…ale jeśli bym zaryzykował to chyba obaj skończylibyśmy w dole.
    — Jak dzieciaki to przyjęły? – zapytałem cicho. Chociaż wiedziałem jak to jest. To małe dzieciaki…one będą się najbardziej zamartwiać. A to nie jest dobre.

    OdpowiedzUsuń
  52. Objąłem Elę ramieniem. Obiecałem sobie, że nie będę płakać, że nie będę płakać, nie mogę się rozkleić. Po prostu nie mogę.
    — Ja też tego nie chcę – powiedziałem cicho. – Nie płacz Elu….Michał wydobrzeje. Zabierze ciebie na lody, pobawi się lalkami – starałem się mówić spokojnie, ale coś słabo mi to wszystko wychodziło. Spojrzałem na Annę. No świetnie, myślałem, że Michał to już tą konkretną rozmowę ma za sobą. Musiał w końcu powiedzieć to Eli! Ona nie mogła całe życie łudzić się, że ich zobaczy. To nie jest nic dobrego…poza tym... Trochę wiem co może dziewczynka czuć. Nie straciłem rodziców, nie jestem oficjalnie całkowitą sierotą…ale czuję się tak jakbym nią był. Wychowywali mnie dziadkowie i to oni są dla mnie prawdziwymi rodzicami. – Elu porozmawiamy później. Michał ci wszystko powie. Pobaw się trochę lalkami, muszę porozmawiać z twoją ciocią – powiedziałem i odsunąłem się od dziewczynki.
    Wyszliśmy i zamknęliśmy pokój. Spojrzałem na Annę, która gestem zaprosiła mnie do kuchni.
    — Nie ma sensu jej tego teraz mówić – powiedziałem biorąc głęboki oddech. – Michał będzie jej to musiał w końcu powiedzieć, nie ma sensu tego dłużej odwlekać. Później będzie jeszcze gorzej – mówiłem cicho. – Nie zabieraj jej do szpitala… pewnie widziałaś jak wygląda. Postaram się jakoś pomóc, jeśli będzie trzeba to wyciągnę z więzienia jakiegoś najlepszego lekarza w swojej dziedzinie. Albo porwę jakiegoś chirurga-Niemca – oznajmiłem. Nie zamierzałem tak łatwo dać za wygraną. – Alina mówiła coś o depeszach…że Michał zdążył coś rozszyfrować. Wiem, że to nie na miejscu...ale czy mógłbym? – mimo wszystko mogło być tam coś ważnego. Musiałem sprawdzić…tutaj nawet nie chodziło tylko o mnie, ale i o innych. Taka prawda, jeśli dotrą do mnie to najprawdopodobniej zanim mnie zastrzelą to będą przesłuchiwać. Pewnie do momentu kiedy nie powiem im niczego ważnego to będą mnie trzymać przy życiu, przy strażach 24 na dobę. W końcu chyba jestem dosyć łakomym kąskiem dla wywiadów. Nawet nie tyle ja co moja wiedza…chociaż być może gdyby na którymś froncie złapali jakiegoś ichniejszego szpiega to mogliby zrobić wymianę. Ja za tego szpiega…ale no nie ważne.

    OdpowiedzUsuń
  53. Pokiwałem głową. Mnie też było ciężko. Ale pod innym względem.
    — Widzę. Ale wiesz…wiesz jak to z dziećmi jest. Na pewno lepiej niż ja – powiedziałem spokojnie – Poza tym, nie…na pewno będzie dobrze. Najważniejsze to są pierwsze dni. Później jak jego stan się polepszy to ja, albo ktoś ode mnie zabierze go do…do znajomych – spojrzałem na Annę. – Czy gdyby pojawiła się taka możliwość, to udałoby ci się przekonać Michała…żeby wyjechał z kraju razem z rodziną? – zapytałem. – No i z tobą i Piotrkiem. Dima i Żukowskie no i Agnieszka… oni musieliby jeszcze przez jakiś czas pozostać w kraju ale dotarliby do was po jakimś czasie – powiedziałem. Jakoś bym to wszystko zorganizował. Nie chciałbym żadnego z nich opłakiwać. Po wojnie, kiedy wszyscy będziemy starzy, to wtedy mogę opłakiwać każdego z osobna, bo będę wiedział że przeżyli swoje i byli szczęśliwi…albo że próbowali być szczęśliwymi.
    — Dzięki. Znam Kleczkowskiego…mnie też składał raz z Michałem…wtedy co się nieco pokłóciliśmy… Później przyszedł Dima… A nie ważne – odebrałem depesze, zmarszczyłem brwi. – Co jak co…ale jego to o romans ż Żydówką to bym nie posądzał. Nazista przesiąknięty ideologią… Do tego podejrzliwy skurwiel, który w swojej lodówce szuka szpiegów – powiedziałem cicho do siebie. – Dzięki raz jeszcze – przejrzałem jeszcze pobieżnie to wszystko, po czym odłożyłem to na stół. – Nie mogę tego zabrać ze sobą, u mnie nie jest bezpiecznie. Schowaj to gdzieś, gdzie w razie czego nie będą szukać – poleciłem. – Aha… jeszcze co jest ważne, w marę możliwości nie kontaktujcie się ze mną. Tylko w sprawach wyjątkowych i ważnych… - westchnąłem. Wyciągnąłem zapalniczkę i chwilę poobracałem nią pomiędzy palcami. Zastanawiałem się co mogę jeszcze powiedzieć. – Najlepiej byłoby, żebyście wyjechali na jakiś czas – westchnąłem – ale wiem, że to nie jest możliwe, kiedy Michał leży w szpitalu. Nie zostawcie go samego… - spojrzałem na Annę. – Uważajcie na siebie. I uważajcie na Michała… załatwcie mu jakieś lewe papiery, ja załatwiłbym…ale…pewne osoby węszą i nie…ciężko będzie z załatwieniem tego.

    OdpowiedzUsuń
  54. Uśmiechnąłem się delikatnie.
    — Ze mnie byłby raczej marny ojciec – mruknąłem. Tak przypuszczałem, w końcu ktoś taki jak ja nie byłby najlepszym materiałem na ojca. W końcu jak ktoś może dawać przykład, kto nie miał ojca. Owszem dziadek starał się zastąpić rodzica, ale jednak to nie jest to samo. – Ja o tym wiem. I uwierz mi ale to wcale nie pomaga, że on jest uparty. Szczerze powiedziawszy to jeśli będę musiał to zwiążę go i zaknebluję i wyślę do Szwajcarii – powiedziałem pół żartem pół serio. – A czy ja powiedziałem, że to jest bezużyteczne? – zapytałem. – Nie, ja wcale w to wszystko nie wątpię. Obie rzeczy są ważne, powiedziałbym że nauka bardziej. Po wojnie będą potrzebni inżynierowie, wojskowi, politycy…wszyscy. Pewnie gdybym był młodszy to…sam nie wiem. Możliwe że nie angażowałbym się w walkę tylko pod zmienionym nazwiskiem próbowałbym żyć gdzieś w mieście i nie wychylałbym się za bardzo – przyznałem cicho. Nie byłem odważny, byłem tchórzem, po prostu teraz…teraz chyba się do tego wszystkiego przyzwyczaiłem. – O miejsce się nie martw. Mam…znajomych, pewnych ludzi. Mieszkają w okolicy Kielc. Z całą pewnością się zgodzą na pobyt Michała, oraz Aliny razem z dzieciakami. Mówiąc dzieciakami mam na myśli też Elę – uśmiechnąłem się lekko. Wolałem nie mówić, ze to moja rodzina od strony matki. Młodszy brat dziadka, z którym miałem bardzo dobry kontakt. – Tam będą bezpieczni i raczej nie będą narzekać na nudę. No i wiejskie powietrze sprzyja odpoczynkowi, chociaż co kto lubi.

    OdpowiedzUsuń
  55. - Że tak powiem...miałem jakiś tam udział przy poczęciu, ale nie wychowuję go, nie widziałem nawet jednego zdjęcia. Jest dla mnie kimś...obcym - przyznałem. - To nie jest ojcostwo. To nawet nie jest rodzicielstwo, nie jestem dla niego ojcem. Jestem mężczyzną ze zdjęć i opowiadań - wyjaśniłem ze spokojem. Dla mnie ojcostwo to nie tylko biologia, że skoro spłodziłem to jestem jego ojcem. Nie, dla mnie to też wychowywanie, znanie swojego syna. Nie chcę być takim samym rodzicem dla Eryka, co Karl Rommel dla mnie. Ja go znam...on mnie nie. Obaj się nienawidzimy.
    - Tak. Przeczekałbym...nie jestem odważnym człowiekiem. Nigdy nim nie byłem. To że jestem tutaj to tylko splot kilku błędnych decyzji - wyjaśniłem. Tak było, w końcu gdyby nie moja głupota, pazerność na pieniądze oraz...coś czego do tej pory nie rozumiem...to nie byłoby mnie tutaj. Albo siedziałbym gdzieś w Londynie i pił herbatę, albo zajmowałbym pryczę w obozie jenieckim, ewentualnie leżałbym w jakiejś mogile. Byłem głupi, odwagi zawsze mi brakowało...no dobrze może nie zawsze, ale często. Może aż nazbytnczęsto.
    Pobiegłem za Anną. Spojrzałem na nią, była blada. Jej słowa rozbrzmiały echem w mojej głowie. Nie było czasu na jakiekolwiek rozmyślania.
    - Ubierz coś na siebie. Jedziemy do szpitala - powiedziałem. Starałem się zachować względny spokój, jednak wiedziałem, że najprawdopodobniej upiję się tej nocy. Wstanę na kacu, zapalę papierosa, wypiję kawę albo coś co za nią uchodzi. Wezmę Pervitin i wyjdę na spacer z psem. Później poszedłbym do roboty i darł mordę na wszystkich i narzekałbym, że otaczają mnie idioci.

    OdpowiedzUsuń
  56. Nie odzywałem się nic. Milczałem, bo tak było naprawdę najlepiej. Tylko dla kogo? Dla mnie, czy może dla Anny? Sam chyba nie wiedziałem. Rozejrzałem się po pustej sali. Nie mógł umrzeć…chyba. Chyba jeszcze nie teraz.
    — Ja się tym zajmę – powiedziałem. Nie musiałem szukać tego „zwyrodnialca”. Widziałem kim ów ktoś był. Czasami były takie plusy tej roboty agenta/szpiega. Wiedziało się znacznie więcej…ale kiedy zorientowano się przez kogo wychodzą informacje, to biada. – Nie zostanie po nim nic. Zaufaj mi w tej kwestii – dodałem półszeptem. – Chodź. Wiem, kto może nam udzielić informacji.
    Wyszliśmy z sali. Zaprowadziłem Annę do gabinetu pewnej lekarki. Zapukałem na wszelki wypadek. Na całe szczęście mogliśmy wejść do środka.
    — Co z Michałem? – zapytałem na wstępie. – Gdzie on jest? – spojrzałem wyczekująco. Zapytałem szybko, możliwie najszybciej jak mogłem. Wyręczyłem przynajmniej w tym jednym Annę. Mam nadzieje, że nie spóźniliśmy się. Pewnie…pewnie by mnie za to zabiła. Nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  57. Pokiwałem głową. Schowałem ręce do kieszeni, chciałem jakoś ukryć ich drżenie. Słysząc lekarkę przygryzłem wargę. Nie prezentowało się to wszystko najlepiej. Naprawdę martwiłem się o młodego, oraz o jego rodzinę. Fakt, obiecałem mu że się nimi zajmę…ale chyba…chyba ja nie dam rady. Swoją rodziną nie potrafię się zająć a co dopiero cudzą!
    — Jeden do dziesięciu to i tak lepiej niż jeden do stu – mruknąłem cicho…jakby sam do siebie.
    Wyszliśmy, spojrzałem na Annę, ale tylko na chwilę, zaraz odwróciłem wzrok.
    — Pójdź do niego. Po prostu bądź z nim tam…ja muszę wracać do siebie. Nie chcę was więcej narażać – powiedziałem cicho. Przybliżyłem się nieco do Anny. – Postaram się jutro przyjść. Jutro albo za dwa dni. Może w miarę możliwości zjawię się tutaj w szpitalu. Ale niczego nie obiecuję – wyszeptałem. Nie chciałem ich jeszcze bardziej narażać. – Do widzenia – powiedziałem po czym odwróciłem się na pięcie i pokierowałem się w stronę wyjścia.

    [Nie żebym się czepiał, tylko tak informacyjnie przychodzę. Mówiłaś, że Michał leży podpięty do aparatury. Mam pytanie, jakiej? Do respiratora? Jeśli tak, to jest to trochę niemożliwe, bo żelazne płuco było bardzo drogie i korzystali z niego najbogatsi, a podczas wojny to raczej byłoby ciężko o coś takiego w zwykłym szpitalu...przynajmniej tak przeczytałem, mogę się mylić, jesli tak to proszę mnie poprawić :)
    Nie chciałem żeby zabrzmiało to złosliwie, jak tylko tak informacyjnie chciałem]

    OdpowiedzUsuń
  58. To Michał ma bliźniaka… No nadal uwierzyć nie mogę! Z tego co tu słyszę, to on raczej też na długo nie mógł.
    - Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić. Tak idę ulicą, a tam druga ja. To musiałoby być dziwne. - Stwierdziłam, odgarniając włosy z twarzy. Przy okazji rozejrzałam się trochę po okolicy. Wyglądało wszystko w sumie dość normalnie. Jak za starych, dobrych lat w Gdańsku. No, może jedynie łapanki dodają strachu całej tej atmosferze. Cóż na to poradzę? Dokładnie nic, ale żeby nie było tak smętno to jakiś dzieciak w oddali grał na harmonijce. W sumie to nawet całkiem nieźle mu idzie.
    - A masz rację, masz rację. Od razu weselej się robi człowiekowi. - Uśmiechnęłam się, patrząc na Michała. - Ale wiesz co? - Wstałam, przeciągając się. - Chyba czas rozruszyć trochę nogi, hę?
    Aż mi strzyknęło w kościach. Co za dużo siedzenia, to nie zdrowo! Przynajmniej tak mi zawsze mama opowiadała. Co prawda nadal może być trochę niebezpiecznie, no ale nie jest to jakaś nie wiadomo jaka dzielnica, więc powinno wszystko być dobrze.
    - To jak? Idziemy?

    OdpowiedzUsuń
  59. Po kilku dniach zdecydowałem się w końcu pójść do szpitala. Skoro nie dostałem żadnego powiadomienia o śmierci Michała, to znaczy się że dobrze było. No i oczywiście przekazałem też pieniądze, które wypłacił Ross. Powinny im się przydać. Na pewno bardziej niż mnie, to było pewne.
    — Naprawdę? – zapytałem. Jednak chyba uśmiechnięta Alina to był wystarczający powód do uwierzenia. Spojrzałem na lekarza i na Alinę. – Mogę? – zapytałem. Lekarz to raczej nie mógł mi jakoś zabronić. Ale może Alina chciała z nim pomówić.
    — Jasne. Wchodź, porozmawiaj z nim. Pewnie się ucieszy – powiedziała. Nie czekając na żadne większe zaproszenie wszedłem do sali, gdzie leżał chłopak. Usiadłem na krześle, obok łóżka Michała.
    — Wiesz, że nieźle mnie nastraszyłeś? – zapytałem. Jednak wysiliłem się na uśmiech. – Nie rób mi tak więcej, rozumiesz? – położyłem swoją rękę obok jego. Lekko go chwyciłem, tak po przyjacielsku. – Michał… wiem, że nie powinienem, ale…ale jest kilka ważnych rzeczy. Rzecz pierwsza, nie wiem kiedy znowu uda mi się przyjść tutaj. Jest…ciężko w kilku kwestiach. Rzecz druga, jak tylko poprawi ci się na tyle, to jedziesz razem z siostrą, żoną oraz dzieciakami na wieś. Musisz odpocząć, poza tym…nie wiem jak to z Niemcami, nie drążyłem tematu odnośnie ciebie – westchnąłem. – No i…musisz mi powiedzieć, jak to się stało. Co mówił podczas tego hm… „przesłuchania”. Co on ci zrobił…. – powiedziałem cicho. Musiałem to wszystko wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  60. - Nie masz za co przepraszać - powiedziałem cicho. - To...to moja wina. Moja i tylko moja - dodałem. - Spokojnie. Żeby za granice wyjechać to trzeba mieć wpierw nieco większe zdrowie - powiedziałem pół żartem pół serio. Poza tym chyba byłoby zbyt ciężko wysłać jego razem z rodziną za granicę. Chyba że gdzieś do Niemiec, a z tamtąd do Szwajcarii, albo do Francji. Gdziekolwiek...
    - Rozumiem...wiem że jest ci ciężko. Ale proszę, muszę to wiedzieć. Zemszczę się na nich. Na Rossie i na Neumanie - szepnąłem. - Będą cierpieć, będą błagać o śmierć - dodałem. Nie zdziwiłbym się jeśli w moich oczach był jakiś obłęd. Już Franek mówił mi to kilka razy. Ta zemsta chyba stała się moją obsesją. Celem w życiu. - Posłuchaj... Mam nadzieję, że kiedyś wybaczysz mi tą moją ktrótkowzroczność. Ja przepraszam raz jeszcze...- przełknąłem ślinę. - Zemszczę się choćbym miał przypłacić to życiem. Skurwielowi nie daruje.

    OdpowiedzUsuń
  61. — Mogłeś blefować….mogłeś skłamać – powiedziałem. Może…może tylko dla mnie to brzmiało tak oczywiście, ale ja byłbym w stanie kłamać, żeby pójść z nimi na współpracę. Albo po prostu byłem już takim zwyczajnym śliskim typem, który posunie się do wszystkiego.
    Słysząc to wszystko przygryzłem wargę. Nie wiedziałem co mógłbym teraz powiedzieć… „przykro mi”? Przecież to nie załatwi całej sprawy. A on…on chyba wie, że mi jest przykro z tego powodu. Na dodatek to chyba też moja wina jest….znaczy się…ja sobie tego nie daruję. Mogłem cokolwiek zrobić.
    — Michał posłuchaj mnie – rozejrzałem się po pomieszczeniu. – Nie uciekaj głową tylko… - miałem wrażenie, że mówię to coraz ciszej. Przybliżyłem swoją twarz do jego ucha. – Zemszczę się na nim…zabiję skurwiela, chyba….chyba, że on mnie najpierw wykończy. Jeśli…jeśli tak się stanie, jeśli mnie zabije, albo uszkodzi na tyle, że nie uda mi się z tego wszystkiego wyjść, to mam prośbę. Kiedy wyjdziesz ze szpitala i będziesz się wybierał na cmentarz, to zapal znicz, przy krzyżu ogólnym… i…i proszę jak ta wojna się skończy i moi wrócą do kraju to powiedz co się stało, dobrze? – odsunąłem się od niego. – I masz przeżyć, nie kozacz, jasne? – wysiliłem się na uśmiech. Chyba pętla na mojej szyi coraz bardziej się zaczęła zaciskać. - Michał….jest jeszcze jedna sprawa. Czy mówił coś jeszcze? Nazwiska? Cokolwiek? Może mówił o jakiś miejscach, albo swoich współpracownikach? Muszę to wszystko wiedzieć... – nawet gdyby miał, gdyby komuś przekazał te rzeczy to są to tylko jego domysły… Poza tym…martwi nie mówią.

    OdpowiedzUsuń
  62. Wysiliłem się na uśmiech. Bardzo optymistycznie do tego podchodził. JA natomiast wolałem chyba podejść do sprawy realistycznie. Może i przy ogromnej dozie szczęścia uda mi się przeżyć wojnę, to pewnie umrę w ciągu kilku…kilkunastu lat po jej zakończeniu.
    — Hoffmann…nienawidzę skurwiela, ale czasami jest pomocny. Fischer, nie mów mi, że z Ludwikiem Fischerem – spojrzałem na niego przerażony. Ale nawet jeśli…to mówi się trudno. Coś się wymyśli w takim razie. – Spokojnie…oni je znajdą, szczerze powiedziawszy to co mi może zrobić? Co? Wyśle na front, da pod pluton, czy może będą mnie przesłuchiwać? Poza tym…pozbędę się jednego śmiecia – powiedziałem.
    — Wiem. Rudzielec dawał mu dupy, oraz obciągał pod biurkiem – nie owijałem w bawełnę. Spojrzałem na Michała. – Mam zdjęcia, które to potwierdzają…on ukrywał Neumanna. Michał… powiedz mi…znienawidzisz mnie jeśli to ci powiem? – zapytałem. – Posłuchaj…Neumanna też chyba zabiję. Wyświadczę mu przysługę w końcu po co się rudzielec będzie męczyć – chociaż chyba było mi żal pozbywać się szeregowego. Sam już nie wiedziałem, z początku chciałem go choćby zatłuc na śmierć podczas przesłuchań, a teraz? Teraz co? Sumienie? – Bo w końcu…tak czy siak…Niemcy go zabiją, Ruscy raczej mu nie pomogą…bo wątpię aby Natasza pomogła swojemu pasierbowi, nie po tym jak jej zwiał sprzed nosa.

    OdpowiedzUsuń
  63. Wzruszyłem ramionami. No tak było w tym sporo racji.
    — Ja się nie szykuję, tylko uprzedzam. Podobnie jak ty w Berlinie – powiedziałem. Zmarszczyłem brwi słysząc chłopaka. – Dopiero po wojnie, jeśli masz z nimi jakiś lepszy kontakt niż ja, to przekaż że mają tam siedzieć, bo tutaj jest zbyt niebezpiecznie – wyjaśniłem. – Nie chciałbym ich stracić… Boję się tego, że ktoś mógłby wykorzystać ich pobyt przeciwko mnie. Poza tym…wystarczy mi, że moje dziecko urodziło się podczas wojny – westchnąłem. Dobrze rozumiałem dziadka, też chciałbym mimo wszystko ich zobaczyć, w normalnych warunkach. Po wojnie, kiedy wygramy. – No tak, zwiał, ale to długa historia, którą opowiem ci przy najbliższej sposobności – spojrzałem na Michała. – Może…znaczy się...mimo wszystko chyba nie potrafiłbym go zabić. Pomógł mi kilka razy. Chyba po prostu nie byłbym w stanie.

    OdpowiedzUsuń
  64. — Na pewno nie przez pierwsze lata po wojnie – mruknąłem. Coś o tym mimo wszystko wiedziałem. Pamiętałem jak to było po minionej wojnie, chociaż pewnie i tak bardziej zapadło mi w pamięć to co po wojnie polsko-bolszewickiej. W końcu po zakończeniu działań wojennych w roku 1918 miałem pięć lat i nie pamiętałem za wiele. Ale jednak jakieś prześwity były. – Ross ma do niego słabość – mruknąłem. Zastanawiałem się jak ten dzieciak to robił. Niby rudzielec miał nieco ponad dwadzieścia lat, ale to jednak było takie dziecko. Przynajmniej w moim mniemaniu. – Gwardia Ludowa, może jeszcze się nam okazać potrzebna, poza tym dowództwo nie wyrazi zgody na prywatną wojnę pomiędzy AK i GL – wyprostowałem się, wstałem z krzesła i nalałem do kubka trochę wody. – Pomóc ci z piciem, czy sam dasz radę? – zapytałem patrząc na niego. Jeśli nie będzie chciał mojej pomocy, to najwyżej zawołam Alinę, bo nie będę miał zamiaru patrzeć jak się dzieciak męczy. – Posłuchaj…Michał, kiedy ci się wystarczająco polepszy to pojedziesz razem z rodziną na wakacje. Pewnie ludzie was przygarną. Naprawdę uwierz mi, na jakiś czas będziesz musiał zniknąć z Warszawy…no i chyba też czas, żeby niejaki „Wojciech Adamski” umarł…albo coś… - westchnąłem siadając na krześle.

    OdpowiedzUsuń
  65. — Może, chociaż wydaje mi się, że Ross mógł mieć w tym wszystkim jakiś interes. Jeszcze nie wiem jaki, ale jakiś na pewno – wzruszyłem ramionami. Innej opcji nie mogło być, naprawdę. Pokiwałem głową słysząc Michała, no cóż na każdego działa co innego. – Osobiście to zabiłbym tych skurwieli, zabiłbym czerwonych…ale…oni wbrew pozorom mogą się nam jeszcze przydać. Poza tym…wiesz czym jest wojna domowa Michale? To jest jeszcze gorsze niż ta wojna teraz, bo tutaj przynajmniej wiemy kto jest wrogiem. A tam…tam strzelamy do swoich – wyjaśniłem. – Poza tym, teraz każdy Polak, nie ważne czy komunista, demokrata, czy monarchista…każdy jest na wagę złota – mówiąc to wszystko podsunąłem chłopakowi szklankę pod usta. Pomogłem mu się napić. – Gdzie? W okolice Kielc, są tam naprawdę porządni ludzie, no i daleko od Warszawy – uśmiechnąłem się pokrzepiająco. – I wiem, że wrócisz…wiem o tym doskonale, tylko najpierw masz wyzdrowieć oraz dojść do siebie. Wiesz co? Zawołam Alinę, niech ona cię teraz pomęczy, w końcu to twoja żona…rodzina, co nie? A ja? Ja to taki znajomy z doskoku – zaśmiałem się cicho. W życiu nie przypuszczałbym, że nasza znajomość tak się potoczy.

    OdpowiedzUsuń
  66. — Niemcy tego nie wygrają…już nie. Nie zdobyli Moskwy, ani Stalingradu, Leningrad okrążony już jakiś czas… Teraz będą się tylko cofać. Wiesz co…założę się że w przyszłym roku któreś święta będą w wolnej Polsce – uśmiechnąłem się delikatnie. – No może ostatecznie za dwa lata będziemy świętować w wolnej Polsce – miałem przynajmniej takie nadzieje ze w wolnej Polsce. Że wszyscy będziemy świętować i dożyjemy końca wojny. Mógłbym nawet spędzić kilka lat w więzieniu po wojnie ale to nic. Naprawdę to nic, skoro Polska będzie taka o jaką walczę. Jeśli będzie wolna i demokratyczna. – Ta…wszystkich. Ty myślisz, że co? Że nikt nie będzie próbował uciekać? – zapytałem. – I co z tego, że jest pasierbem Filipowej? Powiem ci tak… pedalstwa nikt nie toleruje. I miejmy nadzieję, że to się nie zmieni…to jest po prostu chore – powiedziałem. Generalnie to ja nie zaglądałem nikomu do łóżka, nie patrzyłem na to do kogo się modli. Naprawdę, miałem generalnie głęboko gdzieś wiele rzeczy. Żyłem wedle zasady „ja nie narzucam swoich racji, ty nie narzucaj mi swoich przekonań i żyjmy”. Ale chyba moje poglądy…coraz częściej i coraz bardziej się zmieniają. – Michał…zastanów się co ty mówisz. Jakie „uratował”, co ty pieprzysz? To nie jest ratunek, to po prostu umywanie rąk. On ciebie nie uratował, taka jest prawda – powiedziałem może trochę za bardzo mnie poniosło, ale nie potrafiłem inaczej. – Jasne. Aha… On pomagał polskiemu podziemiu. Że nie wspomnę o tym, że chce pomóc pewnemu Polakowi o pseudonimie „Huzar” przenieść się na tamten świat. Nie będę nic mówił….o kilku innych rzeczach. Poza tym…nie wiadomo, czy facet końca wojny dożyje – uśmiechnąłem się tajemniczo.
    — Ty młody…to jest myśl – powiedziałem. – A gdyby tak w razie wpadki... Gdyby tak uśmiercić „Huzara”? Gdyby wszyscy widzieli, że „Huzar” nie żyje, że ginie na ich oczach? Albo dzieje się coś takiego, że ciężko byłoby gdyby facet przeżył? Ale Rommel był cały? – spojrzałem na niego. – Wiesz… Może odsunąłbym od siebie niejakie podejrzenia. Chociaż….niby Ross wie, ale może umrzeć, poza tym…kto powiedział, że to Polacy muszą go zabić? Że to podziemie? – zamyśliłem się. – Masz kontakt z Natasza albo Nadią? – zapytałem. – Może oni zechcieliby….w zamian za Neumanna? My sobie rączek nie ubrudzimy, oni pozbędą się szkopa, Natasza będzie mieć pasierba przy sobie – to mogło nawet mieć szanse powodzenia. – Jeśli będzie trzeba to się nawet z nią spotkam – dodałem cicho. Chociaż chyba wolałbym nie.

    OdpowiedzUsuń
  67. — Właśnie mi o to chodzi – mruknąłem. – Wiem, że jestem spalony i to zamierzam wykorzystać…kto normalny pcha się tam, gdzie jest spalony? – zapytałem. Dobrze, moje myślenie dalekie było od poprawnego, ale miałem pomysł, poza tym pewien as w rękawie był.
    — Nie – odpowiedziałem niemalże natychmiast. Spojrzałem na Michała i Alinę… - Ale ja go do niczego nie namawiam. Jestem niewinny.
    Wywróciłem oczami.
    — Nie. Wy w tej chwili wymieniacie swoje poglądy w sposób zbyt wyartykułowany, oraz podnosicie nieznacznie głos tylko po to żeby pochwalić się, że macie zdrowe gardła – powiedziałem ironicznie. – Czy są jeszcze jakieś pytania? – zapytałem. – Nie, to świetnie. Proszę się nie kłócić, bo to nie jest najlepsza rzecz. Możecie mi zaufać, ze względu na mój wiek emeryta. Sam niby nie jestem żonaty, ale trochę się znam. Poza tym, wiecie kiedy będziecie mogli się kłócić? – zapytałem. – Po dwudziestu latach od ślubu, kiedy to Michał po raz kolejny zostawi skarpetki w przedpokoju, a Alina przesoli zupę…chociaż z doświadczenia wiem, że wtedy Michale drogi wylądujesz na kanapie. Jeśli będziecie mieć psa, to wtedy najprawdopodobniej pies ci będzie towarzyszył takiej noc na kanapie – uśmiechnąłem się delikatnie. – Ale naprawdę nie kłóćcie się za bardzo. To nie jest najlepszy sposób na konflikty – zamyśliłem się na chwilę. Wstałem z krzesła i spojrzałem na nich.
    — To ja się z wami żegnam. Do widzenia, zdrowiej Michale – odwróciłem się i przeszedłem do drzwi. – Aha…Michał…albo Alina. Gdzie mogę spotkać Dimę? Mam pewną sprawę do niego – on mógł mi pomóc skontaktować się z Nataszą.

    OdpowiedzUsuń
  68. Pokiwałem głową w niewiedzy. Spojrzałem na Michała.
    — Spokojnie, znajdą się, dadzą radę, wrócą do domu, może ukryły się w piwnicy, albo poszły do sąsiadów do innej kamienicy? – zapytałem. Jakoś musiałem go pocieszyć, prawda? Tak przecież należało zrobić.
    ***
    Wróciłem do domu, zrobiłem sobie jakąś lichą kolację, tak aby nie pić na pusty żołądek, albo żeby nie brać na pusty żołądek morfiny, albo pervitinu. Może nie byłem uzależniony od morfiny, bo brałem ją…prawie wcale nie brałem, tylko wtedy kiedy chciałem się wyspać. Na szczęście, nie wyciągnąłem całej „apteczki”. Nie zdążyłem…
    Usłyszałem pukanie do drzwi, pies wcześniej jakoś tak dziwnie powarkiwał, ale zignorowałem, bo może sąsiad, albo sąsiadka schodzili, albo…sam nie wiem. Wtedy usłyszałem głos Eli… szybko zamknąłem psa w kuchni, sam niemalże rzuciłem się pędem do drzwi. Otworzyłem i niemalże zagarnąłem dzieciaki do środka. Spojrzałem na nie krytycznym okiem, westchnąłem cicho widząc je całe i zdrowe. Chwyciłem Elę na ręce, dziecko słaniało się na nogach, bałem się, że zaraz mi padnie tutaj na twarz.
    — Jak tutaj dotarliście? – zapytałem patrząc na nich. – Elu nie śpij….nie zasypiaj jeszcze – mruknąłem i lekko ją poszturchałem. – Piotrek, podaj mi numer do kogoś od was…do tej sąsiadki co to ma telefon – poleciłem. – Wszyscy was szukają…
    Spojrzałem na zegarek, za chwilę godzina policyjna. Nigdzie się z nimi nie będę ruszać, wczesnym rankiem, tuż po godzinie policyjnej zabiorę je do domu. O kurde! Jakoś będę musiał zrobić tak żeby możliwie najmniej osób to wszystko widziało!
    — Jesteście głodni? – pies nieprzyjemnie warczał zza drzwi od kuchni. – Nie otwieraj tych drzwi – powiedziałem do Agnieszki. – Tam jest pies.

    OdpowiedzUsuń
  69. Pokiwałem głową. No tak, mówili że Niemcy przyjechali. Rozumiałem jak to wszystko było, nie musieli mi nic więcej mówić. Chyba nawet nieco uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc, ze się jeszcze po drodze zgubili. No cóż, może to nawet dobrze że się zgubili, bo gdyby przyszli wcześniej…to…to byłoby po prostu źle. I dla mnie i dla nich oraz całej rodziny. Owszem mógłbym kłamać w razie czegoś, że nie znam ich, że pomyliły mieszkania…mógłbym mówić cokolwiek, ale czy uwierzyliby mi? Czy dzieciaki zupełnie nieświadomie mogłyby mnie wkopać?
    Postawiłem Elę na ziemię.
    — Czy ja wiem, czy duży? – zapytałem. Owszem Vis był dosyć sporym psem. Nieco większym niż przewidywała norma dla tej rasy, ale nie za dużo. No i też był dosyć masywnym psem…no i zupełnie jak właściciel był w bojowym nastawieniu, oraz nieufny. – Przejdźcie do salonu i zamknijcie drzwi, ja zrobię wam coś do zjedzenia – poleciłem wskazując salon. – Tylko niczego nie ruszajcie, dobrze?
    Kiedy dzieciaki to zrobiły ja otworzyłem drzwi od kuchni. Vis niepewnie wyjrzał, jakby obawiał się, że coś tutaj jest. Widziałem jak napina swoje mięśnie. Poklepałem psa po łbie.
    Umyłem ręce, pokroiłem chleb, który posmarowałem masłem, położyłem na kilku kanapkach po cienkim plasterku szynki. Niech sobie dzieciaki zjedzą, ja przecież i tak prawie wcale w domu nie jadłem. Przy okazji włączyłem też czajnik, zrobię im herbatę, chyba coś jeszcze tam było z tych „rarytasów” dla oficerów. Psa przeprowadziłem do sypialni i zamknąłem drzwi. Wolałem nie ryzykować, niby Egona jakoś tolerował, no ale to trójka obcych dzieciaków. Poza tym to tylko pies jest.
    Zaniosłem im kanapki razem z talerzami i pozostawiłem drzwi od salonu otwarte.
    — Jedzcie, zaraz dostaniecie herbaty – powiedziałem i po tych słowach przeszłem do kuchni wyłączyć czajnik. Po chwili wróciłem do dzieciaków z herbatą, wcześniej oczywiście nieco ją posłodziłem sacharyną. – Zjedzcie, wypijcie…i prześpicie się dzisiaj u mnie. Niestety nie mam trzech osobnych łóżek i będziecie musieli się w trójkę przespać na moim łóżku. Prawie godzina policyjna…czy nawet już po niej – westchnąłem. Spojrzałem na dzieciaki, jakoś tak dziwnie się czułem –Dlaczego się tak na mnie patrzycie? – zapytałem poprawiając rękawy od koszuli mundurowej.

    OdpowiedzUsuń
  70. Spojrzałem na nich zdziwiony. Rozejrzałem się po pokoju, no tak…szminka. Rity, czy Renate? A może Anna-Maria zostawiła, kiedy była u mnie zostawić jakieś papiery? Sam nie wiem, ale chyba to może być szminka Renate.
    — Nie przejmuj się Piotrek, dla mnie to też jest czerwony – powiedziałem zupełnie szczerze. – Czy ja wiem, czy ładna? Kobieta nie zawsze musi być ładna, czasami po prostu wystarczy żeby była, prawda? – zapytałem. Jak im mam wytłumaczyć, że to szminka mojej kochanki, ale nie jest to tak, że zdradzam Celinę. Przecież de facto nie jesteśmy razem, zerwała zaręczyny, byłem wolnym człowiekiem…jestem wolnym człowiekiem, który kocha ją, ale jednak śpi z innymi. Ale tylko po to żeby mieć w razie czegoś kogoś, kto potwierdzi moje słowa. No i oficer bez jakiejś pięknej kobiety u boku nie jest oficerem…a już z całą pewnością bratanek generała powinien mieć kogoś. Chociażby i kochankę!
    — Ale ty się Piotrek tak nie szczerz, bo dla ciebie to za stara jest – zażartowałem. – Prawie że mój rocznik, a ja jak bym się za młodu postarał, to mógłbyś być moim synem – uśmiechnąłem się chytrze. No cóż, ze mną niekiedy nie powinno się zaczynać niektórych tematów, bo jednak refleks słowny dziennikarza, oraz odzywki żołnierza.
    — Jakieś jeszcze pytania odnośnie kolorów, albo czegoś innego? – zapytałem podwijając rękawy koszuli, ale tylko do pewnego momentu, nie chciałem żeby na zgięciach moich łokci widzieli ślady po igłach, tak to do połowy przedramion było bezpiecznie. Nie było szans, żeby cokolwiek zobaczyli, no i Pervitin był w kieszeni spodni, dwie ampułki były schowane, więc spokojnie, a jak nawet znajdą to powiem, że to lekarstwa, bo w końcu tyle razy byłem w szpitalu, z całą pewnością słyszały o kilku rzeczach, więc może uda mi się wkręcić dzieciaki. Nie chciałbym żeby wiedziały o tym.

    OdpowiedzUsuń
  71. Przytaknąłem. Nie musiał rozumieć o co mi konkretnie chodziło. Poza tym, chyba wolałem mieć dwie kochanki, które raczej nie były jakoś zbyt zobowiązujące, z jedna to nawet w konspiracji byłem… Wolałem mieć dwie kochanki, niż żonę, która najprawdopodobniej nie byłaby Celiną.
    Zaśmiałem się.
    — Piotrek, zawsze mógłbyś zostać pastorem zamiast papieżem i wtedy mógłbyś mieć żonę. Albo zostań popem – zaproponowałem. W tej chwili wspominanie o religii judaistycznej byłoby nie na miejscu, a o islamie za wiele nie wiedziałem. Chociaż coś tam trochę się liznęło i wiedziało.
    — Jasne – powiedziałem. No cóż, kiedyś jak byłem razem z siostrą i jej rodziną na wspólnych świętach, i Egon nie mógł zasnąć to zawsze było „opowiedz mu coś”, cóż…miałem talent do usypiania swojego siostrzeńca. Może i z nimi jakoś mi pójdzie?
    Wstałem powoli z miejsca, i wyszedłem z pokoju. Wypadałoby przenieść psa do kuchni, albo gdzieś, gdzie nie będzie przeszkadzał.
    Zamknąwszy za sobą drzwi do salonu podszedłem do drzwi od sypialni. Zawołałem psa, którego niemalże natychmiast przetransportowałem do kuchni. Tam mu przy okazji nasypałem jedzenia do miski, niech sobie zje. Dzieci przekimają się w mojej sypialni i będzie dobrze.
    Pościeliłem im łóżko, rozejrzałem się czy przypadkiem nie ma w pobliżu czegoś, czego nie powinno być. Dopiero po tym wszystkim otworzyłem drzwi od salonu. Te od kuchni na szczęście były zamknięte.
    — Przygotowałem wam łóżko – oznajmiłem. Coś tak czuje, że chyba dzisiaj sobie nie pośpię za długo.

    OdpowiedzUsuń
  72. Zaśmiałem się lekko. Nie spodziewałem się, że zapytają o to w taki…oficjalny sposób. Nie odpowiedziałem, skinąłem tylko głową. Pewnie gdybym podjął próbę odpowiedzenia to chyba prędzej wybuchłbym śmiechem.
    — Nie – odpowiedziałem. W sumie to chyba nawet nie miałem o co tak dokładnie…no ale w sumie naraziły siebie i mnie. Mówi się jednak trudno i żyje się dalej. Mam nadzieję, że to wszystko dobrze się skończy.
    Usiadłem na skraju łóżka spojrzałem na dzieciaki. Wypadałoby o czymś opowiedzieć. Bajka jakaś… W sumie to mógłbym opowiedzieć jakiego Kopciuszka, albo Królewnę Śnieżkę. Tylko czy bajka słyszana milion razy będzie działać? W sumie to mógłbym zrobić coś na zasadzie moich elementów biografii , bardzo złagodzonych oraz podkoloryzowanych.
    — Mam pytanie, wolicie jakąś taką bajkę, typu Królewna Śnieżka, czy może wolicie opowieść o pewnym dziennikarzu, który miał wiele wspaniałych przygód? – zapytałem. Czasami to dziwię się samemu sobie dlaczego jestem…taki. Dlaczego zachowuję się tak a nie inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  73. Uśmiechnąłem się lekko, bardziej do siebie jak do nich. Cóż…może niepotrzebnie proponowałem? Ale trzeba było myśleć o tym wcześniej.
    Na poczekaniu wymyśliłem jakąś historyjkę o tym jak dziennikarz o imieniu „Tommy” jest w Hiszpanii i tam w Madrycie zakrada się do najpilniej strzeżonego miejsca i wykrada kilka cennych informacji tylko po to żeby wyciągnąć swojego brata z więzienia. Może to nie jest szczyt pedagogiczny, ale no cóż… Nie mówiłem, że będzie to pedagogiczne.
    Starałem się opowiedzieć to w miarę ciekawie, skupiałem się na opisie miejsc w jakich był „Tommy”, na jego działaniach…oraz no cóż...wyglądzie „złych”. Nie wiem ile opowiadałem, ale dzieciaki zasnęły. Pytanie, czy tak zanudzałem, czy może były tak zmęczone. Mam nadzieję, że ta druga opcja.
    Wyszedłem, zamknąłem za sobą drzwi od sypialni. Podszedłem do telefonu, wykręciłem sobie numer telefonu do Franka i Saszy.
    — Franek?
    — Tak. Co się dzieje? – zapytał. Miałem wrażenie, że pewnie pomiędzy palcami od jego lewej dłoni przemieszcza się cienki kabel od słuchawki telefonicznej.
    — Posłuchaj…przekaż rodzinie od Michała, że dzieciaki są u mnie…tylko jest pewien problem…
    — Spokojnie…mam numer do ich sąsiadki. Wszystko pod kontrolą – odpowiedział. – Coś jeszcze?
    — Nie. Tylko tyle. Dzięki…brat… - uśmiechnąłem się pod nosem. Nie pamiętam ile czasu się tak do niego nie zwracałem.

    OdpowiedzUsuń
  74. Pies niech lepiej zostanie na tą noc w kuchni. Nic mu się nie stanie…a i ja będę nieco pewniejszy o to, że dzieciakom nic się nie stanie. No chyba, że zechcą sobie pozwiedzać dom w nocy. Ale chyba nie są… A nie ważne!
    — Co? – spojrzałem na Elę. Chciałem powiedzieć, że w życiu, że nie ma takiej siły, która by mnie do tego zmusiła…ale jednak nie zrobiłem tak. Kanapa była mała, tak akurat dla jednej osoby, a i tak ta osoba miała niewygodnie… Ech, mówi się trudno. – Jasne – powiedziałem siadając.
    Prawdopodobnie źle wyglądałem kiedy dopiero co się obudziłem. Miejmy nadzieję, że dziecko się jeszcze bardziej nie przerazi.
    — Kładź się – powiedziałem pól przytomnie, kiedy dziewczynka się położyła przykryłem ją. Chyba nici ze spania dzisiaj.
    ***
    Odwiedziłem młodego około południa. Uśmiechnąłem się niemrawo.
    — Nie masz o czym mówić – powiedziałem. – Było o dziwo spokojnie – dodałem cicho. –Wzruszyłem nieco ramionami. – Zrób jak uważasz. Osobiście chciałbym żebyś zrobił studia, po wojnie będziemy potrzebować lekarzy, prawników, architektów. Ludzi wykształconych – uśmiechnąłem się lekko. – Wiesz, że w twoim przypadku wyjazd z Warszawy na jakiś czas jest bardzo pożądaną opcją? Po wyjściu ze szpitala musisz wyjechać na jakiś czas, tego nie przeskoczymy i dobrze byłoby gdybyś coś robił – usiadłem na krześle obok niego.
    — Nie jestem osobą, która powinna decydować. Ty i tylko ty możesz decydować o sobie. Jeśli o mnie chodzi, to będę ciebie wspierał na tyle na ile będę mógł, wiesz? – chciałem żeby chłopak miał w życiu lepiej. Po wojnie powinno nam wszystkim być lepiej, ale wiedziałem że raczej tak nie będzie. Nigdy nie będzie tak, że kraj nagle z dnia na dzień stanie się mlekiem i miodem płynącym.
    — Poza tym, uwierz staremu Marcinowi, że po studiach jest zdecydowanie lepiej – uśmiechnąłem się. – Nie bądź jak ja, zrób coś konkretnego. Poza tym chyba mimo wszystko jesteś bardziej życiowym człowiekiem niż ja.

    OdpowiedzUsuń
  75. — Świetnie… mruknąłem – spojrzałem na Michała. – A ten twój szanowny doktorek to zna Niemiecki, przynajmniej na tyle aby udawać volksdeutscha? – zapytałem się go. – No i jak zamierzacie się tam dostać? Ty? Chodzić nie możesz, lekarze cudotwórcami nie są i nie postawią cię na nogi do tego czasu.
    Nie żebym był człowiekiem małej wiary w zdolności medycyny, czy coś… Po prostu byłem realistom, inaczej w tych czasach się nie dało. Albo było się realistą i miało się taką świadomość, że mogą cię rozwalić za rogiem, albo po prostu wmawiało się sobie, że nie ma wojny, nie ma Niemców i jest wszystko ładnie pięknie i kolorowo. Chociaż w sumie to nawet jest kolorowo… dominuje feldgrau, krwisto czerwony, czarny, oraz szary….no i też jest wiele czerwono-biało-czarnych flag.
    — Nie martw się o mnie. Ja wszystko dla twoich najbliższych załatwię – powiedziałem ze spokojem. Byłem tego pewny. Nawet jeśli się uda to przez całą wojnę będą mogli tam być. Rodzina mi nie odmówi, w końcu znamy się tyle lat. Mówili, że zawsze jestem u nich mile widziany. Ja oraz moja rodzina….może to nie jest do końca moja rodzina, ale jednak.
    — Zrób jak będziesz uważać. Ja wywiążę się ze swojej kwestii. Naprawdę, możesz mi zaufać….raczej nie rzucam słów na wiatr – mruknąłem. W sumie to chyba tak było, prawda? Nie rzucałem słów na wiatr.

    OdpowiedzUsuń
  76. — Chyba że tak – mruknąłem. Wzruszyłem ramionami. – Co ty się nim tak interesujesz? Nawet jeśli to twój brat bliźniak, to co? Powiesz do niego: „Cześć, słuchaj Bastian…jesteśmy braćmi. Jakoś tak wyszło, że rozdzielono nas przy porodzie” – wypaliłem. Jeśli o mnie chodziło to chyba byłoby naprawdę lepiej jeśli młody nie zadręczałby się tym. Ja się zadręczałem pewną sprawą, a teraz chyba wolałbym nie wiedzieć co się stało i chyba tylko przypuszczać oraz łudzić się, że jednak udało mu się zbiec. Biedny profesor…
    — Tak właściwie to gdzie ty się urodziłeś? W Wolnym Mieście Gdańsk? Czy gdzieś indziej? – zapytałem zaciekawiony tym wszystkim. – Nie żeby coś…ale tak z ciekawości się pytam. Poza tym…jak to tam w tym Gdańsku przed wojną było? Pamiętam, że zawsze tam większość stanowili Niemcy…do tego miasto szpiegów – rozmarzyłem się. Taka była prawda. Polscy i Niemieccy szpiedzy (właściwie to nie tylko oni) mieli tam istny raj. Wolne Miasto Gdańsk było „własnością” Ligii Narodów. Ale i tak w moim mniemaniu było to miasto należące do Republiki Weimarskiej, czyli późniejszej III Rzeszy, a wcześniejszej II Rzeszy Niemieckiej. Tam ciągle było więcej Niemców jak Polaków… i w sumie, utworzenie WMG to była chyba jedna z najgorszych rzeczy jakie mogli zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  77. — W sumie to i tak w Gdańsku to Polacy byli mniejszością – powiedziałem. No bo przecież chyba tak było, że Niemców to więcej było! – Według mnie, to utworzenie Wolnego Miasta, to porażka. Jeden składnik zapalny, a utworzenie na Westerplatte Wojskowej Składnicy Tranzytowej to druga głupota – nic tylko chwalić mój patriotyzm, prawda? Ale prawda to mogła być o wiele bardziej szokująca i straszna. Nigdy nie uważałem się za patriotę, nie uważałem się ani za Polaka ani za Niemca, byłem nikim. Nikim i dobrze o tym wiedziałem.
    — A u mnie? U mnie dużo żydów…dużo wszystkiego. Dużo różnych wyznań, było też trochę Niemców, trochę Rosjan, jacyś Czesi, Słowacy…taka zbieranina – westchnąłem. Inaczej tego nie potrafiłem nazwać. Trochę tego było. Może nie było jak w Warszawie, gdzie nawet czarnoskóry się trafi, ale też był spory przekrój. Co prawda może i niekiedy po jedna albo i dwie sztuki się trafiły, ale zawsze to coś.
    — Ja długo uczyłem się polskiego. Na początku to nie chciałem nawet iść do szkoły, bo nie znałem języka i było mi głupio. Bo nic nie rozumiałem. Dziadkowie mnie uczyli…oni mi zastępowali rodziców – powiedziałem cicho. Dla mnie to właśnie oni byli rodzicami, a nie moi…rodzice? Na miano zastępczego rodzica też aplikował stryj. I w sumie to tak trochę było. – No…może zmienimy temat, zanim poryczę się wspominając swoje dzieciństwo? – zapytałem pół żartem pół serio.

    OdpowiedzUsuń