poniedziałek, 31 października 2016

Twoje oczy lubią mnie i to mnie zgubi

Raisa Marieta Malicka ~ po matce Rosjanka, po ojcu Polka ~ 19.05.1919 ~ Warszawa ~ obiekt pożądania wielu mężczyzn ~ łączniczka AK ~ momentami
chłopczyca ~ "Sikorka" ~ szlachetna krew ~ kot Lucyfer ~ niepokorna ~ po Warszawie krążą już o niej legendy ~ aktorka ~ teatr jej życiem ~ tajemniczy uśmiech i spojrzenie







Była sobie mało wstrętna dziewczynka. Czasem brała do ręki lusterko i same usta tak jakoś jej mamrotały: „Coś ze mną jest nie w porządku”.

Któregoś dni szła z matką nad rzeką, a jej matka była piękną i powabną kobietą. I ta dziewczynka spytała: „Jak to jest? Czy kobieta może się oświadczyć mężczyźnie?” „Jeżeli ma ochotę.” – odpowiedziała matka i śmiała się długo i serdecznie.

Aż któregoś dnia ta dziewczynka zakochała się wielką i gorącą miłością, i dźwigała tę miłość przez najgorsze wertepy, i wytężała całą siłę swoich wątłych ramion. I ta dziewczynka była strasznie zazdrosna, była nawet zazdrosna o placek słońca na ramieniu ukochanego chłopca. Ten chłopiec był piękny i wolny, i dumny, i nigdy od nikogo nie chciał nic dostać. Ale dziewczynka była łakoma i niecierpliwa. Któregoś dnia stanęli przy oszklonej budce i dziewczynka zobaczyła swoje ukochane perfumy. Pachniały cudownie, nazywały się „Zielony Wiatr” i kosztowały całe siedem złotych. „Kup mi to!” – zawołała dziewczynka. „Nie chcę, nie mogę” – odpowiedział chłopiec. Wtedy dziewczynka zaczęła tupać i drapać, i wzlatywać w górę, i znowu opadać, i otaczać chłopca ze wszystkich stron, aż nagle on się wymknął i znikł. Dziewczynka tylko usłyszała z daleka głos (albo nie usłyszała): „Nie rób, żebym się czuł winny”.

Wtedy dziewczynka zaczęła wędrować i szukać nieobecnego. Zaglądała do wszystkich pieczar i mieszkań, ale nigdzie nikogo nie było. Dziewczynka poczuła, że może zabić z miłości, i najpierw chciała zabić swoją matkę, która nie nauczyła jej, jak być kochaną, a potem ojca, który nie nauczył jej kochaća potem samą siebie, a potem, kiedy jej się wszyscy wymknęli i dziąsła przestały krwawić, poszła do tdoktora i doktor zalecił amputację serca. Potem dziewczynka długo spała, a kiedy się obudziła, to nie była już małą dziewczynką, a wokoło rozpościerała się cicha przestronna polana, i można już było pisać wiersze.


[Twarz nieznana. Watki i powiazania na ttak. Osiecka, strachy na lachy. Zapraszam]








73 komentarze:

  1. [Ojej, ale odjechana karta! Wspaniała. Bardzo nie mam czasu, ale bardzo chcę wątku. Z Jekateriną, z Otto - kim wolisz :)]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Jeśli chodzi o propozycję z Valentinem, to musze powiedzieć, ze '38 rok będzie ciężko. Bo Voss i Jakob byli w tym czasie w Hiszpanii i brali udział w wojnie domowej. Później kiedy wrócił do cywila i znowu zaczął latać (polatał sobie raptem miesiąc, później wylądował w szpitalu i zaczęła sie wojna), też byłoby cieżko wykombinować. Po teatrach raczej nie chodzi (bo nie chce mu się i woli zaglądać do kieliszka, ewentualnie uzywać życia). Jedyne co mi przyszło do głowy to tylko to, aby Valentinowi się spodobała i zechciałby umówić się z nią na spotkanie, które chciałby zakończyć w łóżku i zakończyć znajomość. Tylko takie coś mi przyszło do głowy.

    A jeśli chodzi o wątek z Martinem... To może... Raisa musiałaby skontaktować sie z niejakim majorem Potockim. Sęk w tym, że ów major jest strasznie nieufną istotą, bo ma zbyt wiele do stracenia. Ale możemy iść w tym kierunku...hmmm co powiesz na to, że Raisa ma spotkać się z Marcinem i spotykają się. Ale wtedy jest łapanka, Marcin jakoś ucieka, ale Raisa nie ma tyle szczęścia i wpada w Niemieckie łapy z meldunkami. Oczywiście zabiorą ją na przesłuchania...jakież będzie jej zdziwienie, kiedy przesłuchującym okaże sie Marcin :D (możemy uznać, że Malicka nie wie, że Martin Rommel i Marcin Potocki to te same osoby...byłoby zdecydowanie ciekawiej :D). Martin oczywiście nie prowadziłby przesłuchań po polsku, tylko po niemiecku.
    Dalej można to jakoś pociągnać w wątku.
    Co ty na to?]

    OdpowiedzUsuń
  3. Szedłem ulicą z postawionym kołnierzem skórzanej kurtki pilota. Lubiłem jesień…ale taką ciepłą i mniej mokrą od deszczu…hiszpańską taką…albo włoską…grecką. Generalnie jesień była dobra tam, gdzie było ciepło i w miarę sucho. Ale natomiast zimę lubiłem… biały śnieg, góry i narty. Nieco uśmiechnąłem się pod nosem na same zimowe wspomnienia. Wtedy to właśnie zaczęło lać. Chciałem schronić się w najbliższej knajpce. Świetnie… nie ma miejsc, chyba niewielu ludzi lubi taka pogodę.
    Nieco nerwowo rozejrzałem się po pomieszczeniu. Jest! Jest jedno wolne miejsce! Koło jakieś pani. Mam nadzieję, że nie wygoni mnie…chociaż…przecież ja taki ładny chłopiec jestem, to dlaczego miałby mnie wyganiać. I do tego oficer Luftwaffe! Nie to co to pospólstwo zwane wojskami lądowymi!
    - Dzień dobry. Można się przysiąść?- zapytałem. No to uprzejmości mamy za sobą. Nie czekając na jakiekolwiek przyzwolenie usiadłem naprzeciwko młodej kobiety. Nie powiem była ładna… było w niej coś na swój sposób pociągającego. W sumie…nie mam jakichś specjalnych planów…ale mogę mieć. Nieco poprawiłem włosy. Zauważyłem, że kobieta przed sobą ma pustą filiżankę po chyba kawie…albo herbacie. W sumie może bym jej coś zaproponował?
    - Napiłaby się pani kawy w moim towarzystwie?- zapytałem i nieco uniosłem brew. Miałem nadzieję, ze się zgodzi. W końcu to tylko kawa, a nie prośba o stały związek...zresztą chyb byłbym wariatem, gdybym którejkolwiek kobiecie wyskoczył z małżeństwem na pierwszym spotkaniu. Zresztą... w ogóle ja i małżeństwo, to się gryzie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie lubiłem spotykać się z łączniczkami, czy łącznikami. To było zawsze takie…dziwne. Tak dziwne. Idiotycznie się czułem stojąc przed kimś i odbierając meldunki. Najgorsze było to uczucie…obawy, że kiedyś spotkam się z nimi znowu…w mniej przyjemnych okolicznościach. Ale chcąc nie chcąc zjawiłem się w podanym przez dowódcę miejscu, o wyznaczonej godzinie w wyznaczonym ubiorze. Jasny prochowiec, ciemny kapelusz i ciemne spodnie. Brakowało mi tylko papierosa w ustach.
    Uważnie rozglądałem się po okolicy, w poszukiwaniu kobiety. Zobaczyłem ją przy jakimś chłopcu, podszedłem i dotknąłem delikatnie jej ramienia. Ta szybko się odwróciła że wylądowałem na ziemi. Nie byłem przygotowany na to wszystko. Spojrzałem na nią, z cichym westchnięciem wstałem.
    - Zuzanna lubi je tylko jesienią.- powiedziałem nieco otrzepując ubranie. No nieźle…nie wyglądało to aż tak źle. Przynajmniej nie wylądowałem w kałuży ani błocie. Rozejrzałem się dyskretnie po okolicy. Nie lubiłem rozmawiać w parkach.- Możemy gdzieś przejść? Niedaleko jest całkiem przyjemna kawiarenka.- zaproponowałem i użyczyłem kobiecie ramienia. Ta jednak zignorowała ten gest i przeszła kilka kroków do przodu. A chciałem wyjść na gentelmana. Nie to nie.
    - Dobrze…przejdźmy do konkretów.- westchnąłem idąc obok niej.- Marcin.- przedstawiłem się krótko. Wyszliśmy z parku. Ulica była nieco zatłoczona, ale to może i nawet lepiej?- Co masz dla mnie?- zapytałem. Przeszliśmy kilkanaście metrów dalej we względnym spokoju…
    Wtedy to jakiś chłopak wybiegł zza rogu i krzyknął: „Łapanka!”.
    - Wiej.- powiedziałem do łączniczki. Sam wmieszałem się w tłum i wpadłem do pierwszej lepszej bramy. Przebiegłem przez plac i wybiegłem na zupełnie inną ulicę, na której toczyło się normalne życie. Stanowiło to cholerny kontrast.

    OdpowiedzUsuń
  5. - Oczywiście.- uśmiechnąłem się nieco do niej.- Valentin Werner Voss- przedstawiłem się.- A ja z kim mam przyjemno…- nie dokończyłem bo w rozmowę wtrącił się jakiś pijaczyna. Przygryzłem nieco nerwowo wargę i spojrzałem na mężczyznę wzrokiem, które wyrażało chęć mordu. Jednak kiedy odszedł wróciłem do niejakiej normy…do roli amanta.
    Zaraz też pojawiła się kelnerka. Zamówiłem więc dwie kawy. Obiecałem? Obiecałem. A ja obietnic otrzymuję…a przynajmniej się staram.
    - Lucyfer….dosyć oryginalne imię dla kota.- powiedziałem.- Ale w sumie nie jest takie złe… osobiście mi się to imię podoba.- posłałem jej czarujący uśmiech.- I niestety nie byłbym ukraść dla pani księżyca…- powiedziałem cicho.- Nie jestem złodziejem…ale przyniósłbym dla pani piękny bukiet czerwonych róż…pasowałby idealnie do pani.- puściłem do niej oczko.- Ale to nie byłoby wystarczające, więc przyniósłbym jeszcze każdą kolejną gwiazdkę z nieba.- uśmieszek cwaniaczka. Po chwili przyszła kelnerka ze złożonym zamówieniem. Podziękowałem jak kultura nakazywała.
    - Ma pani bardzo ładne rysy twarzy. Takie rzadko spotykane. Jak jakaś modelka…albo aktorka.- to zawsze działa…później tekst o oczach, jeszcze coś ładnego powie się o jej dłoniach i ustach i będzie moja.- I pani oczy…jeszcze w życiu takich nie widziałem. A usta…ust nie będę komentował, bo żadne słowa nie są w stanie wyrazić mojego zachwytu nad nimi. To jest po prostu niewykonalne.- uśmiechnąłem się przepraszająco do niej. Już jest moja, czy jeszcze muszę się nagimnastykować? Nie zdziwiłbym się gdybym musiał jeszcze trochę się pouśmiechać i poopowiadać komplementów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zaraz po tym wszystkim musiałem wrócić do domu i przeczekać chwilę to wszystko. Moje doprowadzanie się do względnego ładu przerwał telefon. Przecież mówiłem tym debilom, że miałem wolne! Chyba raz na przysłowiowy ruski rok mogę mieć wolne!
    Ale ostatnio nagminnie korzystam z tego wolnego.
    Chcąc nie chcąc założyłem na siebie mundur niemieckiego majora i poszedłem przed siebie… Do miejsca zwanego „pracą”. Nie przepadałem za tym wszystkim…to było takie okropne. Chociaż sam zabijałem…ale…to? To to było znęcanie się nad ludźmi, w imię „wyższych celów”, których nie potrafiłem pojąć i ogarnąć. Nie wiem ile mogło minąć czasu od tamtej łapanki. Trzy może cztery godziny, nie więcej. Pewnie co niektórych już wzięto w obroty…
    A to nie było nic przyjemnego. Wiedziałem z autopsji.
    Wernitz powiedział, że udostępni mi swój gabinet na Szucha… jakiż on miły i uczynny. Ale wiedziałem, że gdyby mógł, to pewnie też by nie bił. Przynajmniej ja miałem o nim takie zdanie. W sumie…to typ takiego policjanta, który wiadomo, czasami uderzy, zastraszy, ale woli stosować fortele psychologiczne…przynajmmniej kiedyś tak robił. I przy mnie…
    Wszedłem do gabinetu Wernitza i nieco uśmiechnąłem się do znajomego. Rozmawiał z jakimś szeregowcem, który po chwili wyszedł. Przekazywał pewnie jakieś instrukcje.
    - Martin…napijesz się czegoś? Mam całkiem dobry koniak.- powiedział i uśmiechnął się nieco do mnie. Podszedł do niewielkiego barku i spojrzał na mnie wyczekująco.
    - Skoro tak mówisz…to z chęcią spróbuję.- powiedziałem ze spokojem. Ten w mgnieniu oka nalał tylko jeden kieliszek, z którym podszedł do mnie.
    - Posłuchaj…mamy całkiem ciekawą osóbkę. Mógłbyś najpierw ty ją przesłuchać?- spojrzałem na niego nieco zaskoczony. Odebrałem kieliszek i lekko skinąłem głową.- Cieszę się. Ja w tym czasie nieco porozmawiam z jednym podoficerem. Ale spokojnie wrócę…- klepnął mnie w ramię i wyszedł. Stałem przy oknie i obserwowałem ulice Warszawy. W szybie odbijała się nieco moja twarz i nałożona na głowę oficerska czapka. Wprowadzono więźnia. Kątem oka zobaczyłem obok prężącego się szeregowca i poobijaną kobietę.
    - Zostaw nas.- warknąłem i nieco upiłem koniaku. Poczekałem aż wyjdzie.- Proszę usiąść.- pełna kultura. Mówiłem po niemiecku…nie miałem zamiaru mówić po polsku. Nie kiedy nie jest to tylko i wyłącznie mój więzień. Wypiłem do końca koniak i idąc do biurka postawiłem szkło n blacie barku. Usiadłem na miejscu, zdjąłem czapkę oficerską i nieco poprawiłem włosy.
    - Name und vorname? – zapytałem i spojrzałem na nią.- Sprechen sie Deutsch?- zapytałem widząc jej nieco zdziwiona minę. Westchnąłem cicho i zapytałem swoim najgorszym polskim.- Mówisz po niemiecki?- najgorszy polski…poziomem nie ustępujący przeciętnemu Niemcowi. Byłem z siebie dumny…o ile było z czego.

    OdpowiedzUsuń
  7. - Ładne imię.- powiedziałem i uśmiechnąłem się nieco.- Włoskie?- zapytałem z czystej ciekawości.- Raczej niewiele osób w tej części Europy nosi takie imię.- uśmiechnąłem się i nieco upiłem kawy. Była dobra…ciepła.
    Nawet nie pytałem się o nazwisko. Wiedziałem, że Polskie…ogólnie tutejsze. Pewnie Volksdeutsch… a za jakiś czas i tak się takich ludzi pozbędą. Albo Niemcy o ile wygrają, albo Polacy. Odwieczne prawo wojny. Ktoś zawsze ginie na wojence.
    - Cóż…wtedy to naprawdę miałaby pani niemały dylemat i problem.- uśmiechnąłem się.- Ale z tego co wiem to kot jak zgłodnieje to wróci do domu.- puściłem jej oczko i nieco uśmiechnąłem się. Pociągnąłem kolejny łyk kawy, która nieco mnie rozgrzała.- Dawno nie byłem w teatrze ani w operze…nie te czasy, ani okoliczności.-powiedziałem. Poza tym nie przepadałem za tym. Wystarczyło mi, że w szkole koło teatralne robiło sztuki i chodziłem na takie przedstawienia z klasą. I też, że czasem mając te lat- naście, ojciec z matką mnie zmuszali do założenia garnituru i pójścia do teatru, czy opery. Dla mnie było to nudne i przewidywalne.- Ale miusicale…nie są zle.- odpowiedziałem dosyć ogólnikowo. Miałem nadzieję, że nie zapyta mnie o ulubiony. Ale w sumie, powiedziałem, ze dawno nie byłem w teatrze i tak dalej, to mogę zasłonić się tym, ze nie pamiętam. A jakieś klasyki z pewnością wymienie. Zaśmiałem się nieco.- Z całym szacunkiem, ale to chyba powinno być na odwrót…ale że słabo znam się na teatrze i nie jestem na bieżąco, to z chęcią przystanę na tą propozycję.- nieco odsłoniłem rządek białych zębów wyłaniających się z pół uśmiechu.- Ja?- zapytałem nieco zdziwiony.- Jestem lotnikiem.- uśmiechnąłem się nieco.- I musze przyznać szczerze, ze na ziemi czuję się dosyć nieswojo.- spojrzałem na nią.- Jeśli kiedyś pojawi się taka możliwość to pokażę pani świat taki jaki widzę go niemalże codziennie.- spojrzałem na nią i ponownie filiżanka z kawą powędrowała do moich ust.

    OdpowiedzUsuń
  8. - Masz dobry niemiecki.- powiedziałem z niejakim podziwem. Wyciągnąłem papierosy. „Juno Josetti”, takie zwykłem palić. Owszem, czasami zdarzało się, ze paliłem też polskie „Belwedery”, ale to prawie wcale. Zazwyczaj jednak były to te niemieckie. Zapaliłem jednego z nich i nieco zaciągnąłem się dymem. Uśmiechnąłem się nieco pobłażliwie do niej.
    - Durne polaczki…- westchnąłem i wstałem z zajmowanego miejsca. Stanąłem naprzeciwko niej i nieco oparłem się o blat biurka. Skrzyżowałem ręce na piersi i spojrzałem na nią.- Wiesz, ze jak nie zaczniesz mówić to oni cię zabiją. Zatłuką jak psa.- mówiłem spokojnym tonem głosu. Właściwie to może nawet nieco miłym, a już z cała pewnością nie pasującym do złego oficera.- Tego chcesz? Takiej śmierci?- zapytałem retorycznie. Owszem istniały osoby, które nie zaczną mówić i będą przesłuchiwane, dopóki nie padną z wycieńczenia i ran. Takim kimś byłem też ja. Raz…raz się załamałem…ale miałem wtedy dwadzieścia dwa lata, chciałem żyć. Nie chciałem ginąć z rąk Polaków, a gdybym się nie załamał to pewnie by się tak stało.
    Zaciągnałem się papierosem. Po chwili wypuściłem kłąb szarego dymu.
    - Nie chcesz… Jesteś młoda i ładna. Masz całe życie przed sobą.- powiedziałem. Rozpoczynamy więc gre na jej uczuciach.- To co teraz było…to tylko przedsmak wszystkich kolejnych…hmm…- zaciągnąłem się i zastanowiłem jak określić to wszystko.-…atrakcji.- spojrzałem na nią uważnie. Nieco chwyciłem ją za podbródek i uniosłem jej twarz. Nie bawiłem się w delikatności.- I co? Powiesz cos ciekawego, czy będziesz milczeć?- uniosłem brew i uważnie ja zlustrowałem.- Wiesz, ze w twoim przypadku tylko mówienie może ci pomóc. Poza tym zastanów się…chcesz zginąć w imię ideałów, które są…bezsensowne?- zapytałem.- W imię Polski…której nie ma i nie będzie?- nieco skurwysyński uśmieszek pojawił się na mojej twarzy.

    OdpowiedzUsuń
  9. - Cóż…byłem tylko w Rzymie na kilka dni i niestety nie ruszałem się zbyt wiele poza miasto. A szkoda.- powiedziałem i wzruszyłem nieco ramionami.- Ale cóż…pewnie jeszcze będzie kilka okazji aby zobaczyć Włochy…skoro są naszymi sojusznikami.- spojrzałem na nią. W końcu jeśli jest Volksdeutschem to przytaknie. Jeśli nie…to cóż…mówi się trudno.
    - Niby tak. Ale ja osobiście mam naprawdę niewiele czasu, aby obcować z kulturą.- powiedziałem zupełnie poważnym głosem.- Poza tym… nie chciałbym podczas spektaklu zasnąć, a kiedy wracam do domu…to naprawdę o niczym innym nie mażę jak o ciepłej kąpieli i położeniu się spać.- wyjaśniłem. Loty potrafiły męczyć. A na froncie, to nawet nie dbałem o to aby woda była ciepła. Po prostu trochę wody, kawałek mydła, odświeżenie się i zmrużenie oczu na jakiś czas. Godzinę…dwie może nawet na sześć.
    Spodobało mi się to. To kiedy puściła do mnie oczko. Mam nadzieję, ze się nie zaczerwieniłem, czy coś. Byłoby trochę głupio.
    - Nie zaprzeczę.- powiedziałem z półuśmiechem. Jednak się zaczerwieniłem…wstyd na całej linii.- Siedemnaście lat?- zapytałem i spojrzałem na nią zdziwiony. Ja wiem, że kobiety potrafią zaginac czasoprzestrzeń…no ale bez przesady. Bo jeszcze cofnę się specjalnie do czasów hiszpańskiej inkwizycji i posądzę ją o bycie wiedźmą! A tak na poważnie, to wstrząsnęło mną i do tej pory wstrząsa. Odetchnałem z niejaką ulgą, kiedy powiedziała, ze jest starsza.- Naprawdę?- zaśmiałem się nieco.- Prawdopodobnie w życiu zbladłem dwa razy. Raz kiedy jako mały chłopiec pierwszy raz leciałem samolotem z doświadczonym pilotem i ten w powietrzu robił przeróżne akrobacje. Drugi raz, kiedy o tyle.- pokazałem odległość na palcach. Było tam może z pięć centymetrów.- od mojej głowy minął się pocisk pistoletu.- wyjaśniłem. Wtedy to naprawdę byłem blady jak ściana w szpitalu. Zaśmiałem się jeszcze raz odsłaniając tym samym nieco zębów.- Pracy…to tak szumnie brzmi. Nie lubię tego określenia. Po prostu robię w tej chwili to co do mnie należy.- puściłem do niej oczko.- Może dałabyś się zaprosić na kolację?- zapytałem ni z tego ni z owego. Ciekawe czy zgodziłaby się. Mam nadzieję, że tak.

    OdpowiedzUsuń
  10. - A może nie?- zapytałem retorycznie.- Pożyjemy zobaczymy.- uśmiechnąłem się ponuro. Całkiem dobrze wychodziło mi granie takiego oficera-skurwysyna. Kiedy splunęła mi w twarz wszedł Wernitz. JA w tym momencie zaśmiałem się jak z jakiegoś dobrego żartu, puściłem jej twarz i w momencie spoważniałem. Uderzyłem ją prosto w twarz. Po chwili otarłem jej ślinę z mojej twarzy.- Lubie takie z charakterkiem.- uśmiechnąłem się. Prawa dłoń wciąż była zaciśnięta w pięść.
    - I co Martin? Powiedziała coś ciekawego?- zapytał Wernitz i stanął obok mnie. Był w zupełności spokojny. Gdyby nie ten mundur, mógłby budzić jakieś zaufanie…
    - Kilka ciekawych rzeczy.- skłamałem. Ale w tym przypadku była to jedyna opcja. Hermann uniósł w zaciekawieniu brew.- Jest łączniczką.- wyjawiłem. Ryzykowne zagranie.- Ale tutaj nic nie powie…zatłuczecie ją na śmierć…a u mnie…na spokojnie porozmawiałbym z nią.- powiedziałem. Wernitz tylko pokiwał głową.
    - Rozumiem…chcesz przesłuchania prowadzić u siebie…To logiczne. Ale…chcę być przy przesłuchaniach. I nie zabij jej…- warknął niemalże. Zaśmiałem się nieco.
    - Spokojnie Hermann, spokojnie.- powiedziałem.- Dopiero jutro rano. Ją i jeszcze kilku innych więźniów.- będzie trzeba powiadomić odpowiednich ludzi. Odbicie powinno nastąpić szybko, zanim Gestapo zorientuje się kogo jeszcze ma w swoich łapach. „Wars” mi podziękuje.- Jutro Hermann…dzisiaj jestem zmęczony…i nie mam ochoty użerać się z Polaczkami…- ponury uśmiech wstąpił na moją twarz. Podszedłem nieco bliżej kobiety z tym samym ponurym grymasem.
    - Zbieraj siły na jutro…będziemy mieć przed sobą cały dzień. Jeszcze za nimi zatęsknisz.- szepnąłem wprost do jej ucha czystą niemiecczyzną.

    [Dobrze, to teraz mam taki pomysł, aby podziemie odbiło ją z porannego transportu. Ją i jeszcze kilku innych ludzi, w tym pułkownika „Warsa”. Oczywiście Raisa może powiedzieć Polakom, że Potocki jest "szpiclem" :)]

    OdpowiedzUsuń
  11. Zaśmiałem się nieco. Wiedziałem, ze z nią będzie nieco inaczej. Poza tym kolacja zawsze lepiej wyglądała niż od razu propozycja pójścia do łóżka. Przynajmniej według mnie.
    - Nie…- powiedziałem nieco rozbawiony.- Może nie teraz…dopiero południe minęło.- powiedziałem.- Ale może być dzisiaj, może być jutro. Kiedy będziesz mieć czas.- wyjaśniłem i spojrzałem na nią.- O ile zechciałabyś spędzić wieczór w moim towarzystwie.- uniosłem pytająco brew.- Jeśli tak, będę czuł się zaszczycony, towarzystwem tak pięknej kobiety jaką jesteś. I mógłbym być pewny, że swoją kreacją przyćmisz wszystkie inne kobiety.- uśmiechnąłem się nieco. Chwyciłem serwetkę i na niej napisałem kobiecie swój numer telefonu. W końcu musiała się jakoś ze mną skontaktować.- Proszę bardzo. Mój numer telefonu, gdybyś nie mogła się zjawić, albo chciała powiedzieć, że zgadzasz się na spędzenie jakiegoś wieczoru ze mną.- puściłem jej oczko.
    Kiedyś brat powiedział, że rodzice powinni mnie ochrzcić „Casanova”, a nie „Valentin”. Chociaż i to imię jest nie najgorsze. Przynajmniej ja je lubię. Jest takie rzadko spotykane.

    OdpowiedzUsuń
  12. (WOW O: Urocza dama, bardzo urocza o: Niestety Matthiasem wypełniłem limit wątków, ale zapraszam do kuzynka Stauffenberga, skoro Raisa ma szlachetną krew o: Jego autorka niedługo się do Ciebie odezwie w tej sprawie. )
    Matthias

    OdpowiedzUsuń
  13. - Każdy wcześniej, czy później mówi. A ze mną lepiej zacząć mowić wcześniej.- powiedziałem z chytrym uśmieszkiem.- Uwierz mi…ze mna lepiej jest rozmawiać, dzięki odrobinie współpracy możesz wyjść szybciej niż się tu znalazłaś. A co najwazniejże będziesz żywa.- wyprostowałem się. Spojrzałem na Wernitza.
    - Chcesz, żeby moi chłopcy zmiękczyli ją nieco?
    - Nie. Nie ma takiej potrzeby. Dam sobie radę Hermann.- powiedziałem i wyszedłem. Zaraz za mną wyszła też i kobieta wyprowadzona przez strażnika. Coś czułem, ze to będzie cholernie długa noc i ciężki poranek.
    ***
    Wszystko pozałatwiane. Powinni w trakcie przewozu więźniów odbić ich. Powinno się udać. Obstawa nie jest zbyt szczególna. Poza tym, ostatnio nic nie działo się takiego specjalnego i Polacy uśpili czujność Niemców.
    Stałem przez dobre kilkanaście minut z wzrokiem wlepionym w szybę. Pogrążony byłem na obserwacji bramy głównej. Czekałem, czy przyjedzie „buda” z więźniami. Czas powoli mijał…
    …Wtedy zadzwonił telefon. W momencie znalazłem się przy nim.
    - Rommel.- rzuciłem do słuchawki nieco zniecierpliwionym głosem.
    - Martin…Polacy odbili naszych więźniów.- powiedział Wernitz. Uśmiechnąłem się nieco pod nosem.
    - Ilu…naszych…poległo?- zapytałem
    - Tylko ci co byli w „budzie” i szofer. Więźniowie się ulotnili. Nic…- westchnął nieco zrezygnowany. Po chwili się rozłączył. Odetchnałem z ulgą. Moja rola się skończyła.

    OdpowiedzUsuń
  14. - Bardzo dobry pomysł.- potwierdziłem i uśmiechnąłem się nieco do niej. Skinałem nieco głową na potwierdzenie. Nie miałem zamiaru nigdzie się ruszać. Nie teraz, kiedy zaczynało się coś ciekawego dziać. NA razie wszystko szło jak po maśle. Nie odstraszyłem jej od siebie. To już coś. Zgodziła się na wyjście, to też dobrze. A po kolacji…po kolacji zaproszę ją do siebie na kieliszek wina…i może coś jeszcze. Przynajmniej miałem taką nadzieję. Później…później może jeszcze ze dwa-trzy spotkania i koniec.
    Kiedy wróciła uśmiechnąłem się nieco do niej.
    - Powiedz mi…tak z ciekawości pytam…ciężko jest być aktorką?- uniosłem nieco brew.- Bo może po wojnie, spróbowałbym swoich sił w teatrze…albo w jakimś filmie.- uśmiechnąłem się.- Prawdopodobnie nie mam az tak ohydnej twarzy, więc czemu nie? W życiu należy spróbować wszystkiego.- zażartowałem. Tak naprawdę nie widziałem siebie jako aktora, ale kobiety lubiły panów na srebrnym ekranie. Więc coś musiało w tym być. A taka prawda, brzydki nie byłem i doskonale o tym wiedziałem.

    OdpowiedzUsuń
  15. „Wars” spojrzał na nią. Po swojej starej zmęczonej twarzy przetarł dłonią. Nieco poprawił siwe włosy.
    - To co ci powiem musisz sobie wziąć głęboko do serca.- powiedział powoli, jak nauczyciel do wyjątkowo opornego na wiedzę ucznia.- Zapominasz o tym człowieku, nie mówisz o nim nikomu, nie robisz działań na własną rękę.- spojrzał na nią uważnie.- Rozumiesz?- pułkownik „Wars” jako jeden z niewielu wiedział o Martinowej roli. Wiedział kim był…i to musiało pozostać tajemnicą. Według niego było to zbyt ryzykowne na dłuższą metę, ale musiał przyznać sam przed sobą, ze Rommel aka Potocki bardzo im pomagał. Wyrządzał tez niekiedy szkody po obu stronach, ale to i tak było powiązane z jego rolą i musiał się z tym pogodzić.
    Wstał, pożegnał się i wyszedł z niewielkiego mieszkanka na Czerniakowie.
    ***
    Siedziałem do późna w biurze. W swoim królestwie zwanym przez większość „gabinetem”. Miałem dosyć, powoli naprawdę odechciewało mi się tego wszystkiego. Całe szczęście, ze „Wars” jest zdrowy. Gdyby zginał to chyba by mnie zabił…albo nawiedzał jako duch, czy inna tego typu istota. A z resztą…
    Około dziewiętnastej poszedłem do domu. Byłem zmęczony. Przez niemalże całą drogę miałem wrażenie, ze ktoś mnie śledzi, dlatego też pokluczyłem po ulicach nim zgubiłem ewentualny ogon. Dopiero wtedy zawitałem do mieszkania, gdzie niemalże od razu położyłem się spać. Byłem cholernie zmęczony.
    Następnego dnia też miałem takie dziwne uczucie, które pojawiało się za każdym razem, kiedy wychodziłem na zewnątrz. Czy to po papierosy, czy przejść się i zebrać myśli. Czy to Niemcy? Nie. Oni już wpakowaliby się do mojego mieszkania i aresztowali mnie. Polacy? Całkiem możliwe…
    Przecież niewiele osób wiedziało o mojej roli. Nie zdziwiłbym się, gdyby i tak też było. To było wielce prawdopodobne. Oby tylko nie zaczęli do mnie strzelać.
    Ale dobrze…nie mam stuprocentowej pewności. Przez kilka dni poudaję nieświadomego, ale jednak będę ostrożny. Będę wracał do domu w okolicach godziny policyjnej, mam przepustkę nocną więc nie będzie problemów. Jakoś to wszystko ogarnę. Dam sobie radę…nie pozwolę się zabić.

    OdpowiedzUsuń
  16. Uśmiechnałem się słysząc jej wypowiedź.
    - Z „tym czymś”…- pokiwałem głową z niejakim rozbawieniem.- Cóż…chyba nie mam „tego czegoś”, albo moi rodzice mieli niejakie doświadczenie w przypadku udawania chorób. Bo do szkoły to chodziłem i nie przechodziło udawanie.- uśmiechnąłem się do niej i upiłem nieco kawy, której notabene było już niewiele. Powoli czas na spotkanie wyznaczony przez kawę się kończył. A też mimo wszystko nie zamierzałem siedzieć zbyt długo w kawiarni. Miałem też nieco rzeczy do zrobienia w domu.
    - Ciężki kawałek chleba?- zapytałem.- To chyba zostanę przy samolotach. One przynajmniej nie są wybrednymi koneserami sztuki.- zażartowałem.- I nie narzekają na to jak ktoś pilotuje, nie to co ludzie, którzy mówią że ten aktor zagrał tak, a tamten inaczej.- uśmiechnąłem się nieco. Spojrzałem na zegarek.- Przepraszam cię, ale będę musiał powoli iść. Mam nadzieję, że pasuje ci godzina siódma na jutrzejszą kolację?- zapytałem. Wyczekałem chwilę na odpowiedź. Po tym pożegnałem się, poszedłem zapłacić za dwie kawy i wyszedłem z kawiarni. Miałem nadzieję, ze jutrzejszy wieczór nie będzie zły.

    OdpowiedzUsuń
  17. Kilka dni po tym, miałem spotkać się z „Warsem” i jeszcze kilkoma innymi konspiratorami w mieszkaniu na Czerniakowie. Przybyłem jako jeden z ostatnich. Wszystko ładnie, pięknie oraz cacy, kiedy nie zobaczyłem przed sobą jej…Raisy…
    - Ciszej kobieto…Tutaj nikt nie jest głuchy.- warknąłem. Spojrzałem na „Warsa” z niejaką chęcią mordu. Umowa była jasna. Nie robimy spotkań w miejscu gdzie kogoś się ukrywa, zbyt wielkie ryzyko.- Ja pułkowniku wszystko rozumiem…ale umowa to umowa.- powiedziałem cicho.
    - Kazik…zabierz Raisę do pokoju. I zostań z nią dopóki się nie uspokoi.- polecił. Zdezorientowany Kazik spojrzał na niego i na mnie oraz na resztę.- To jest rozkaz, wykonać. PO wszystkim wyjaśnię…wyjaśnimy o co chodzi.- oznajmił.
    Aha…czyli o to chodzi. No w sumie to też nie ryzykowałbym tym i nie rozpowiadałbym na lewo i prawo kim do diabła jestem.
    Narada trwała z dobre pół godziny…może i więcej straciłem rachubę czasu. Zresztą wolałem nie wnikać ile to konkretnie trwało. Kiedy wszyscy wyszli zostałem tylko ja, „Wars”, Kazik i Raisa. Spojrzałem na nich. Na trzęsącą się dziewczynę, zdezorientowanego Kazika, który mimo wszystko obrzucał mnie nienawistnym spojrzeniem i „Warsa”, który nie wiedział jak to wszystko zacząć.
    - To…to jest jeden z naszych…- powiedział jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Wywróciłem oczami.
    - Kazik...wyjdź. To cię nie dotyczy.- wskazałem drzwi prowadzące do innego pokoju. Chłopak wstał i spojrzał na mnie.
    - Nigdzie nie idę.- oznajmił.
    - Wyjazd.- wycedziłem przez zęby. W tej wypowiedzi pobrzmiewała nuta przesłuchującego oficera.- To jest, rozkaz. Wykonać do cholery.- wskazałem drzwi. Pułkownik spojrzał na mnie. Naprawdę rzadko mnie takiego widział. Niemalże tylko podczas przesłuchań. Kazik jednak wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Została tylko nasza trójka.
    - To jest jeden z naszych agentów.- wyjaśnił szybko. Skinałem głową i spojrzałem na nią.
    - To prawda.- przytaknąłem. Czekałem na jej krok. „Wars” chyba też bo milczał.

    OdpowiedzUsuń
  18. Kiedy wstała i przetarła łzy…zaskoczyło mnie to. Jeszcze przed chwilą była w rozsypce. A teraz?
    - Dlaczego wydaje mi się, ze kłamiesz?- zapytałem i uniosłem nieco brew. Odsunąłem się jednak od drzwi. Kiedy wyszła z pokoju ja wyszedłem za nią. Zaraz za mną i „Wars”. Spojrzałem na sędziwego pułkownika.
    - Na mnie już czas pułkowniku.- powiedziałem tonem obojętnym na wszystko. Skinąłem głową w geście pożegnania i wyszedłem z mieszkania. Szybko przemknąłem ulicami Warszawy do siebie. Nie zamierzałem wychodzić tak szybko z mieszkania…padało. W sumie, gdyby nie to, ze pies wyciągnął mnie na spacer to pewnie nie wychodziłbym z ciepłego i suchego mieszkania.
    PO powrocie spotkał w mieszkaniu spotkała mnie dosyć ciekawa niespodzianka. Przede mną stała Inge z Egonem. Zapomniałem, ze moja siostra ma klucze do mieszkania.
    - Co się stało?- zapytałem.
    - Zajmij się Egonem przez dzisiejszy dzień. Wieczorem zjawię się z helmutem i odbierzemy go od ciebie. Nie mamy z kim go zostawić.- powiedziała. Ja tylko skinałem głową, że się zgadzam.
    ***
    Wieczorem, jeszcze zanim zjawiła się moja siostra i szwagier ktoś zapukał do moich drzwi. Stał przede mną jakiś facet. Spojrzałem na niego z lekkim zdziwieniem.
    - Słucham?- warknąłem po niemiecku.
    - Pomyłka…przepraszam.- wydukał i odwrócił się. Udałem, ze zamknąłem drzwi. Po chwili usłyszałem, jak ten gość mówi szeptem: „Jest tam. Kazik…nie rób nic głupiego”. W momencie zamknąłem drzwi na cztery spusty. Poszedłem do salonu i spojrzałem na małego blondynka, który bawił się z psem.
    - Kto to był?- zapytał chłopiec.
    - Ktoś pomylił mieszkanie.- odpowiedziałem.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie miałem jakoś większego problemu w związku z tym w co należy się ubrać. Odpowiedź była prosta: „mundur”. Tak, zdecydowanie mundur lotnika. Przynajmniej nie będzie jakichkolwiek wątpliwości, i poza tym…może jakaś zniżka, albo coś. Albo podczas powrotu jakiś pijany szeregowiec, czy też oficer nie weźmie mnie za Polaka.
    Na dziesięć minut przed rozpoczęciem kolacji zjawiłem się w restauracji. Czekałem na zewnątrz, kiedy zobaczyłem Mariettę wyszedłem jej naprzeciw, z lekkim uśmiechem, który niestety był ledwo widoczny.
    - Witaj. Jak ci minął dzień?- zapytałem z lekkim uśmiechem. Spojrzałem na nią. NA razie nie będę komentował jej wyglądu. Wiedziałem, że pod płaszczem kryje się zdecydowanie lepsza kreacja.
    Weszliśmy do środka. Marietta odwiesiła płaszcz, wskazano nam miejsce. Jak dobrze, ze zarezerwowałem stolik. Odsunąłem krzesło dl swojej towarzyszki. Ogólnie gentelman jakich mało.
    Nie musieliśmy czekać na to aż pojawi się menu. Odbierając kartę dań spojrzałem na nią.
    - Wyglądasz oszałamiająco.- powiedziałem.- Z całą pewnością połowa kobiet ci zazdrości.- powiedziałem niemalże szeptem i puściłem jej oczko.

    OdpowiedzUsuń
  20. Uśmiechnąłem się do niej nieco. Widziałem te zawistne spojrzenia mężczyzn, którzy zezowali to na mnie to na Mariettę. A właściwie to na jej atuty. I te kobiety, które im towarzyszyły…jak gromiły wzrokiem swoich mężów, czy narzeczonych, kochanków…czy z kim tam były.
    Pokręciłem głową z lekkim politowaniem i niedowierzaniem. Spojrzałem za oddalającą się kelnerką i zgorzkniała damą.
    - Wczoraj powiedziałem, ze przyniósłbym ci gwiazdkę z nieba, prawda?- zapytałem. Jednak nie oczekiwałem odpowiedzi.- Odwołuję to.- mówiłem poważnym tonem głosu.- Gdybym to zrobił, one po zobaczeniu ciebie straciłby swój blask i stałby się bezwartościowymi kamieniami. Nie byłby już takie piękne…nie byłby to prezent godny dla ciebie.- spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem.- Mógłbym dać ci brylanty. Ale po co? Skoro bez nich wyglądasz oszałamiająco, a one odwracałby uwagę od twojej urody, która jest więcej warta niż milion dolarów.- może nie było to poetyckie, ale sens był chyba aż nazbyt jasny.
    Boże…jakie ja głupie teksty mówię. Powinienem się chyba doszkolić, albo zacząć zaglądać do słownika i tworzyć nowe zdania. Tak…to drugie to zdecydowanie najlepsza opcja na to wszystko.
    Podszedł do nas kelner.
    - Czy mógłbym przyjąć zamówienie?- zapytał.
    - Na razie poprosimy wino. Francuskie, najlepiej białe Calvet, rocznik trzydziesty piąty.- powiedziałem i spojrzałem na niego. Kelner uśmiechnął się nieco i skinął głową.
    - Chciałbym zapytać tylko, czy ewentualnie mógłby być rocznik trzydziesty szósty. Niestety nie jestem pewny, czy pozostała jeszcze jakaś butelka ze wspomnianego przez pana rocznika.- skinąłem przyzwalająco głową. Po chwili kelner zniknął. Według mnie wino na sam początek kolacji było nie najgorszym wyborem. Poza tym, to wino było jednym z lepszych.

    OdpowiedzUsuń
  21. Wolałem nie wspominać co działo się wczoraj. Po prostu najlepiej było to wszystko przemilczeć. Zapomnieć… Tak to bardzo kusząca propozycja…
    Jednak nie mogłem pozwolić sobie na kawałek rozproszenia. W końcu ktoś musiał zrobić rewizję. Wlaściwie to rewizje robiło Gestapo. Ja się tylko przyglądałem…a przynajmniej taki miałem zamiar. Jednak jak się miało później okazać nie będzie mi to dane.
    - Ty wiesz przyjacielu jak ja dawno w teatrze nie byłem?- zapytałem Wernitza. Ten pokiwał tylko głową.
    - A ja byłem całkiem niedawno. NA jakiejś sztuce, niestety nie pamiętam na jakiej konkretnie.- uśmiechnął się nieco.- Ale pochwal się kiedy to ostatnio byłeś w teatrze.
    - Pewnie jeszcze przed wojną. Teraz…nie mam czasu na takie doświadczenia kulturowe.- uśmiechnąłem się nieco i wszedłem do budynku za kilkoma szeregowcami w mundurach. Ocywiście byli to ludzie z Gestapo. Hazerski i reszta moich byli zajęci, że nie wiedzieli w co mają ręce włożyć i co ze sobą zrobić.- W ogóle Polacy mi szwagra pobili. Idioci… najpierw napadają na konwój później Niemców próbują zabijać…- pokiwałem głową z udawanym smutkiem.- Po prostu…wiesz co…sami się wykończą. Represje przecież się już pojawiły i pojawiać się będą…takie akty należy likwidować. A jak będzie ich mniej, to tylko ułatwią nam zadanie, prawda?- zapytałem i spojrzałem na Wrnitza.
    - Prawda. Ja to powiem ci szczerze, ze ich nie rozumiem.- przyznał po chwili.- Sami ukręcają sobie sznur na szyi.- pokiwal z politowaniem głową.
    - Schnel!!! Nie mamy całego dnia. Znaleźć to co trzeba, zwijamy wszystkich i koniec.- krzyknąłem. Przeszliśmy gdzieś dalej. Zobaczyłem wśród aktorek JĄ. No że też nie mogła się poukrywać! Przeciez uciekła z transportu. Idiotka!
    - O zobacz Herman…kto to do nas idzie. Czy to nie dyrektor tego zacnego przybytku?- zapytałem i wskazałem na mężczyznę w garniturze. Odwróciłem uwagę Hermanna. Na szczęście przeszedł do tego mężczyzny. Odetchnąłem z niejaką ulgą. Przeszedłem do grupki aktorek. Umyślnie przeszedłem obok Raisy, która chyba zupełnie nieświadomie zaczęła się trząść ze strachu.
    - Uciekaj.- powiedziałem szeptem, tak, że tylko ona mogła mnie usłyszeć. Jeśli tego nie zrobi, to prawdopodobnie nie będę w stanie jej pomóc.

    OdpowiedzUsuń
  22. Przeszedłem nieco dalej. Odesłałem w międzyczasie kilku Gestapowców, gdzieś indziej. Nieco chciałem zagrać na czasie. Tak należało postąpić. Zagrać dla Raisy i jej znajomych. Przeszedłem dalej, do gabinetu dyrektora, gdzie rozmawiał Wernitz.
    - Mam nadzieję, ze panom nie przeszkadzam.- powiedziałem wchodząc.- Nic tutaj nie ma ciekawego…- mruknąłem i rozejrzałem się po gabinecie. Było tutaj czysto, zupełnie, jakby nikt tutaj nie przebywał. Albo bywał zupełnie rzadko i był raczej gościem. Nie było tutaj nic osobistego…chociaż czy w tych czasach ktokolwiek trzymał zdjęcia bliskich w miejscu pracy? Nawet w domu u niektórych ludzi zdjęcia były pochowane.
    - Widzi pan Sturmbannfuhrer…pan major mówi, ze nie ma nic ciekawego.- powiedział nieco piskliwym głosem ze strachu i zdenerwowania. Zupełnie…jakby coś ukrywał.
    - Spokojnie, panie…Gawron. Sprawdzimy zobaczymy…- poklepał faceta po policzku i uśmiechnął się.- Martin… sprawdzałeś aktorów?- zapytał.
    - Ta…znalazłem nawet wśród nich rzeźnika, stolarza i murarza.- powiedziałem i wywróciłem oczami.- Ty mnie nie ucz roboty.
    Zignorował to, spojrzał na dyrektora teatru. Miał zamiar coś powiedzieć, ale wszedł jeden z szeregowych i zameldował, że nie ma nic, że wszystko ładnie, pięknie i nie ma zastrzeżeń. Oczywiście jak na taki teatr. Wystarczyło, że dyrektor żył z Niemcami w dobrej komitywie. Poza tym to jeden z teatrów jawnych…
    PO tych słowach wyszliśmy. Naprawdę nie miałem już na nic ochoty. Chciałem wrócić do domu i odpocząć…zapomnieć…jednak wiedziałem że tak dopiero może być wieczorem i do tego późnym.
    ***
    Wracałem wieczorem do domu na nogach. Praktycznie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że do domu miałem kawałek. Ale cóż…lubiłem chodzić. Właściwie to z siedziby Abwehry nie miałem aż tak daleko, ale byłem jeszcze w jednym miejscu.
    Idąc ulicą zauważyłem dwie osoby idące naprzeciw mnie. Kobietę i mężczyznę. Dopiero po chwili zorientowałem się kto to idzie. Raisa i Kazik. Szybko skręciłem w boczną uliczkę, później w następną i jeszcze jedną, dopóki nie zjawiłem się w domu. Do momentu przekroczenia progu własnego mieszkania i zamknięciu drzwi.

    OdpowiedzUsuń
  23. Uśmiechnąłem się nieco do niej. Podobała mi się. Zastanawiałem się, czy to wszystko skończy się na jednym spotkaniu, czy może nieco dłużej to wszystko potrwa. Osobiście nie wiem co bardziej bym wolał. Z jednej strony jeśli byłoby nam razem dobrze, to dlaczego by tego nie kontynuować, z drugiej jednak nie chciałem się do nikogo przywiązywać. A już w szczególności do kobiet. Tak było po prostu lepiej, a też wiązanie się z jedną to samobójstwo…przynajmniej w moim przypadku. Nie wyobrażałem sobie reszty życia z jedną kobietą.
    - Cieszę się, że zdajesz się na mnie.- uśmiechnąłem się do niej.- Z całą pewnością. I mógłbym zaryzykować stwierdzeniem, że będzie to początek czegoś… pięknego.- uśmiechnąłem się.- Ale zanim przyniosą nam wino proponuję zajrzeć do karty dań i spróbować coś wybrać. Bo samo wino nas nie urządza.- powiedziałem z lekkim uśmiechem.- Ale nie musimy się śpieszyć, mamy przecież przed sobą cały wieczór.- uśmiechnąłem się do niej. Przynajmniej miałem nadzieję, ze tak będzie. A może nawet nieco więcej niż wieczór? Ciężko mi było jednak przewidzieć przebieg dalszych wydarzeń.
    - Wiesz… zastanawiam się nad jedną rzeczą.- powiedziałem.- Nad twoimi oczami…jest w nich coś, co nie pozwala mi o nich zapomnieć. A kiedy w nie spojrzę mógłbym patrzeć w nie bez końca. Założę się, że w twoim przypadku duszę masz tak samo piękną jak oczy, które są jej zwierciadłami.- co ja mówię? To było przecież okropne. Nieudany podryw w moim wykonaniu. Chociaz w sumie…ktoś kiedyś powiedział, że liczy się wnętrze. W sumie, dusza to wnętrze, a oczy…
    Nie ważne….
    Podano nam wino. Uśmiechnąłem się nieco. Kiedy kelner nalał alkohol do kieliszków i odszedł chwyciłem swój i lekko go uniosłem.
    - Za spotkanie.- uśmiechnąłem się do niej. Wiedziałem że jej się to podoba. Prawdopodobnie nie miałem tak brzydkiego uśmiechu i on nieco ocieplał mój wizerunek.

    OdpowiedzUsuń
  24. (W sumie mogę się zgodzić, ale nie mam pomysłu :( Bo Alex na razie leży w szpitalu po nieudanym samobójstwie i polega na pomocy kuzynka Matthiasa i dwóch braci, poza tym jest żonaty. AK nie miało specjalnych kontaktów z Krzyżową, bo tamci byli dobrze zakonspirowani - ktoś kogoś wprowadził tam tylko po upewnieniu się, że jest pewnym Niemcem i nie nazistą...trochę tak jak Matthias wprowadza Martina na zasadzie, że poleca go Canaris.)

    OdpowiedzUsuń
  25. (Pasuje mi bardzo taki wąteczek! Ten z Curtem możemy sobie odpuścić, bo nic i tak z tego nie wyjdzie, z Raisą widzę więcej powiązań - bo Weronika też jest łączniczką AK, jeszcze od '39, była w konspiracji wraz z mężem, a siostra uczyła się przed wywiezieniem na tajnych kompletach :D A jeśli dodatkowo Raisa zajmowałaby się co jakiś czas Sebastiankiem, gdy ojciec w fabryce i matka na akcji...Tylko musiałabyś zacząć, bo ja już nie wiem, w co ręce włożyć ;; )

    OdpowiedzUsuń
  26. Patrzyłem na jej usta, które wypowiadają każde kolejne słowa. Jej mimika twarzy, sposób wypowiadania słów, to wszystko układało się w piękną całość. Wiedziałem, że to będzie dobry wieczór.
    - Nie mogę się nie zgodzić.- powiedziałem z lekkim uśmiechem. Uśmiechem, który chyba mi nie schodził z twarzy. Przynajmniej w jej obecności. Chciałem uchodzić za takiego amanta, a uśmiech był niemalże zapisany w takowym wizerunku. W końcu lepiej prezentuje się człowiek uśmiechnięty niż taki z wiecznie naburmuszoną miną. Albo z poważnym wyrazem twarzy, prawda?
    - Ja osobiście też wolę ocean, kiedy jest spokojny.- powiedziałem.- Albo tuż po burzy, kiedy to wszystko się stabilizuje i powoli uspakaja. A jeszcze przed chwilą panował chaos, to jest piękne.- chwyciłem kieliszek i upiłem nieco wina po toaście. Odłożyłem to na stół, przykryty śnieżnobiałym obrusem.
    - Skoro jesteśmy przy temacie morza i oceanów…ogólnie wody to chyba wezmę tego łososia z warzywami.- powiedziałem.- A jakąś przystawkę?- zapytałem spoglądając w kartę dań.- Czy raczej bez przystawki?- zapytałem. Kelner na razie się nie zjawił. To dobrze, pewnie za chwilę przyjdzie aby odebrać zamówienie i służyć ewentualną pomocą.

    OdpowiedzUsuń
  27. Nie podobało mi się to wszystko. Naprawdę…byłem w połowie Polakiem i w połowie Niemcem…nie podobało mi się co tutaj się działo. Skakali sobie do gardeł, uważali, że skoro Niemcy ich zabijają to i ich należy zabić. Błędne koło. A pośrodku tego wszystkiego ja. Dlaczego tak to wszystko się potoczyło? Przecież mogło być tak pięknie. Niemcy nie wywołaliby wojny, Polacy zrobiliby coś innego, nie byłoby tego nieszczęścia zwanego wojną.
    A przynajmniej tak mi się wydawało.
    ***
    Siedziałem w mieszkaniu jednego z konspiratorów. Przede mna siedział „Wars”, obok niego Raisa oraz Kazik. Niby to ja byłem przesłuchiwany, ale chyba nie do końca wychodziło im to wszystko.
    - Mówię już po raz wtóry…nie wiem czego do jasnej cholery szukali w tym teatrze.- powiedziałem. Miałem ręce skrzyżowane na piersi, ogólnie postawa nieco buntownicza.
    - Nie wiesz, czy nie chcesz powiedzieć?- zapytał „Wars”
    - Nie wiem. Może chodziło im o to, że ktoś nie powiem konkretnie kto spierniczył z transportu, ktoś pobił oficera niemieckiego. Naprawdę nie wiem. Nie chcieli mi nic powiedzieć. Miałem się zjawić to się zjawiłem. To był rozkaz, a mnie życie jest jeszcze miłe. Poza tym, gdybym odmówił to pewnie wysłaliby kogoś innego, kto raczej nie jest szpiegiem i kto raczej nie jest osobą, która lubi Polaków.- powiedziałem. Byłem zdenerwowany. W końcu dlaczego na mnie padło, że to niby ja wystawiłem teatr? Przeciez nie miałem z tymi ludźmi nic wspólnego.- Wiem tylko, że był donos..- westchnąłem.- Nic poza tym.

    OdpowiedzUsuń
  28. Uśmiechnąłem się nieco do niej.
    - Dobry wybór.- pokiwałem nieco głową.- Hiszpania…- rozmarzyłem się nieco. Kraj mojej matki, początek mojej wojennej przygody. Miejsce wypoczynku, za czasów pokoju. – Picasso…cóż…do tej pory nie rozumiem jak ktoś może widzieć coś pięknego w osobie, która maluje uszy na pięcie i oczy, które zachodzą na usta. Ale jak to mówią o gustach się nie dyskutuje.- Ale faktycznie…za jakiś czas…czyli do śmierci autora.- spojrzałem na nią.- Tak będzie. Wtedy osiągną zapewne zawrotne sumy i kupią te obrazy jakieś nieprzyzwoicie bogate osoby…czyli na pewno nie ja.- szczerość do bólu. Pan Voss szczery do bólu.
    Po chwili przyszedł kelner i poprosił o zamówienie. Dla Marietty kurczak w winie i oliwki z ziołami. A dla mnie ten łosoś z warzywami a na przystawkę wziąłem coś bodajże oliwki po włosku. Tak więc…zastanawiało mnie ile kuźwa kosztuje ich sprowadzanie oliwek. Ale cóż…prawie wcale nie wychodzę na takie kolacje, więc mogę się nieco szarpnąć. W razie czegoś to odbiję sobie w kasynie.
    - Wiesz…zastanawiam się nad jedną rzeczą.- zacząłem dosyć ostrożnie.- Skoro byłaś tylko raz w Hiszpanii to może po wojnie zabrałbym cię tam? Pokazałbym ci Madryt, Barcelonę…co tylko będziesz chciała.- uśmiechnąłem się do niej.

    OdpowiedzUsuń
  29. - Donos?- zapytał „Wars”. Ja tylko przytaknąłem.
    - Anonim.- powiedziałem zanim zdążył cokolwiek więcej zapytać.- Szczerze powiedziawszy to skoro sprawdzali też okoliczne budynki…nie brali ludzi na przesłuchania…nikogo nie rozwalili…nie wiem o co mogło im chodzić.- westchnąłem. To było wszystko chore. Już powoli nie ogarniałem życia.
    - Skąd wiesz, że nie brali na przesłuchania? Skąd wiesz, że nie brali do rozwałki.
    - Bo Niemcy to takie istoty, które wszystko mają skrzętnie zanotowane. A poza tym jeśli zabraliby na przesłuchania, to pewnie i mnie nieco by przypadło. A tak? Nic.- wzruszyłem ramionami.- Pułkowniku…nie wiem co się wyczynia, ale pańscy ludzie nie pomagają. Niech ta nieszczęsna dwójka wybierze się na jakiś urlop na wieś, czy gdzieś do innego miasta. Bo naprawdę lada dzień stanie się coś…i nie będę w stanie im pomóc.- wstałem. Zasalutowałem.- Rozmowę uważam za skończoną.- wielki pan major wychodzi. Właściwie to mam jakby na to nie patrzeć to podwójnego majora. Ale nie powinienem sobie pozwalać na zbyt wiele. I u Polaków i u Niemców…ale co ja poradę, ze z dyscypliną to zawsze było u mnie ciężko?

    OdpowiedzUsuń
  30. - To racja.- przytaknąłem z niejakim uśmiechem.- I fakt… to akurat nie jest złe. Ale jakoś kubizm mi nie leży.- powiedziałem po chwili. Jednak jest plus mieć wiele kochanek…do tego takich, które interesują się sztuką. Wgrałem życie. Kurwa wygrałem życie. Przynajmniej udaję, że interesuję się sztuką…niekoniecznie wojenną.
    - Madryt…był ładnym miastem…jest ładnym miastem. Nieco zniszczonym, ale jest. A Barcelona…też.- prawdę powiedziawszy to nie wiem ile odbudowali i ile tak naprawdę obszaru zabudowań uległo zniszczeniu.- Może zabrałbym cię do Portugalii?- zapytałem.- Tam też jest ładnie.- puściłem do niej oczko.- Ale wiesz co ci powiem. W Hiszpanii trzymaj się mnie to nie zginiesz.- uśmiechnąłem się. NA razie nie będę się chwalił znajomością hiszpańskiego. Bo po co?
    Później przyniesiono przystawki. Nie powiem, wyglądały apetycznie. I przynajmniej moja była dobra. Dania główne też nie prezentowały się najgorzej. Mam nadzieję, że ten wieczór nie skończy się tak szybko.
    - Może pójdziemy do mnie?- zapytałem.- Mam całkiem dobre Hiszpańskie wino.- puściłem do niej oczko. Miałem nadzieję, ze się zgodzi.

    OdpowiedzUsuń
  31. - Oczywiście.- powiedziałem z uśmiechem.- Jeszcze się zobaczy, czy tylko zdegustujesz.- oznajmiłem z uśmiechem. Wino naprawdę było przednie, w końcu braciszek nie przysyła byle czego. Co najważniejsze on nie produkuje byle czego. A że winiarnie de facto ma na granicy Portugalii z Hiszpanią…to już nie moja wina.
    Przeszliśmy więc do mnie. Zaświeciłem światło. Na szczęście było czysto…zresztą prawie wcale nie było mnie w moim mieszkaniu. W „moim”…do tej pory nie mogę się przyzwyczaić do tego, ze przydzielono mi taką kwaterę. Powinienem mieszkać jak większość w koszarach…ale skoro tak wyszło nie będę narzekał. Nalałem nam wina do kieliszków. Podałem jeden z nich Mariettcie. Uśmiechnąłem się do niej. Zrezygnowałem z jakiegoś toastu, tylko nieco upiłem zawartości swojego kieliszka.
    - I jak?- zapytałem nieco zbliżając się do niej.- Chciałabyś jeszcze odrobinę?- kulturalne pytanie. Bo ja z chęcią bym jeszcze nieco wypił. Ale nie tak, żeby się upić. Tak, żeby nieco jeszcze wypić.

    OdpowiedzUsuń
  32. Po jakimś czasie od tego spotkania, gdzie to byłem ja, Wars, Raisa i Kazik, Niemcy się nieco uspokoili. To dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ale nadal cholery są czujne i tak pozostanie przez jakiś czas. Dłuższy czas. O dziwo tego dnia nie miałem tyle roboty więc udało mi się wyjść nieco wcześniej. Kiedy szedłem mjedną z głównych ulic w pewnym momencie zaniemówiłem…znaczy się gdybym z kimś wtedy rozmawiał, to z całą pewnością bym zaniemówił. Co zobaczyłem? A raczej kogo zobaczyłem. Otóż z drugiej strony szła Raisa z….z Niemieckim oficerem Luftwaffe. Właściwie to tylko jeden oficer Luftwaffe mi przyszedł na myśli. Voss…tylko on romansuje ze wszystkim co jest przeciwnej płci. A pewnie, gdyby i homoseksualizm był inaczej postrzegany, to i z mężczyznami by się spotykał. Biedna Raisa…tylko niech się w nim nie zakocha bo naprawdę będzie ciężko. Ale w sumie, czy gdybym porozmawiał z nią na ten temat to by mi uwierzyła? Czy może raczej nie?
    Chyba nie. Valentin…jest dość specyficzną osobą i raczej ona będzie musiała zobaczyć jak się z nim sprawy mają.
    Zanim mnie zobaczyli skreciłem uliczkę. W duchu dziękowałem sobie, że nie byłem oficerem Luftwaffe albo Kriegsmarine. Przynajmniej dosyć szybko wtopiłem się w tłum. I wielu oficerów Wehrmachtu stacjonuje tutaj, oraz SS…kolorystycznie mundury są takie same…albo i zbliżone do siebie. Więc łatwiej jest wtopić się w tłum.

    OdpowiedzUsuń
  33. Pokiwałem z politowaniem głową, kiedy słyszałem co Kazik mówi. Może byłem…inteligencją nie grzeszyłem, ale przypuszczałem o kim mówi. Cóż…była jeszcze jedna sprawa. Ale, ale powinienem porozmawiać o tym z Raisą. Chociaż co mnie powinno obchodzić to z kim się spotyka?
    Kiedy Antek odezwał się o Raisie pacnąłem go nieco profilaktycznie. Ten spojrzał na mnie z niejakim wyrzutem.
    - Chciałem ci amory z głowy wybić.- szepnąłem.- Jest już zajęta.- powiedziałem cicho do niego. „Szybki” spojrzał na mnie szczerze zaskoczony. Ale na szczęście nie drążył tematu.
    Przeprowadziliśmy dosyć szybkie rozeznanie w pewnej sprawie. Jakaś niewielka akcja, w której mam wziąć udział. Trochę nie podobało mi się to, ale co ja mam począć? Ano nic. Rozkaz to rozkaz. Poza tym to tylko likwidacja jednego Niemca. Jednego podoficera Gestapo.
    Po tym wszystkim wyszedłem jako pierwszy. Zaraz za mną wyszła Raisa. To znaczy się nie tak do końca zaraz za mną ale jakieś kilka minut po mnie. Czekałem na nią.
    - Raisa musimy porozmawiać.- powiedziałem.- Uważaj z kim się spotykasz…i gdzie, bo ktoś może was zobaczyć.- dodałem szczerze.

    OdpowiedzUsuń
  34. Uśmiechnąłem się skromnie.
    - W takim razie nie będę nalegał.- powiedziałem i nieco jej nalałem wina.- Mam nadzieję, że tyle będzie w sam raz.- uśmiechnąłem się nieco do niej. Przybliżałem się nieco do niej. W końcu było nam tak dobrze. Przynajmniej mi.
    Nieco się zaśmiałem kiedy oznajmiła, że „pajęczyna wisi na suficie”. Jednak nie spoglądałem w tamtym kierunku.
    - Niech sobie wisi.- powiedziałem szeptem zbliżając swoją twarz do jej.- Mnie nie przeszkadza, chyba że tobie, to zaraz ją ściągnę…ale najpierw…- uśmiechnąłem się słabo i delikatnie pocałowałem ją w pełne usta. Starałem się aby nie było to coś bardzo nachalnego, ale też żeby pocałunek nie trwał zbyt długo, ani zbyt krótko. Po chwili oderwałem się od jej ust. Uśmiechnąłem się nieco do niej.- Mam nadzieję, że to nie był najgorszy pocałunek w twoim życiu.- powiedziałem po chwili.

    OdpowiedzUsuń
  35. Delikatnie się uśmiechnąłem. Spojrzałem na nią.
    - Lubię zaskakiwać ludzi. A w szczególności piękne kobiety.- powiedziałem z uśmiechem. Nieco poprawiłem zmierzwione włosy. Lekko chwyciłem Mariettę za rękę. Coś mi się tak wydaje, że jednak będę musiał nieco z nią dłużej się po spotykać. Chyba dzisiejszy wieczór nie skończy się w łóżku.
    - Co powiesz teraz na taki pocałunek zupełnie pozbawiony zaskoczenia?- zapytałem i nieco powoli zbliżyłem swoje usta do jej. Pocałowałem ją dosyć leniwie, ale po chwili jakby w miarę pocałunku ożywiałem się nieznacznie. Delikatnie przyciągnąłem kobietę do siebie. Byliśmy niesamowicie blisko siebie. Delikatnie odgarnąłem z jej twarzy niesforny kosmyk włosów i uśmiechnąłem się odsłaniając nieco swoje białe zęby.- Może zostaniesz?- zaproponowałem.- Wiesz…o takiej porze wracać do domu, nawet w czyimś towarzystwie byłoby nierozsądne. Polacy, Niemcy, Rosjanie…- powiedziałem z niejakim spokojem. Może zostałaby. Jeśli nie to najwyżej odprowadzę ją do domu. A najwyżej jeszcze umówię się z nią na jakąś kolejną kolację, na następną i jeszcze jedną…
    Czyżby zaczynało mi zależeć na jakiejś kobiecie?

    OdpowiedzUsuń
  36. - O pewnego oficera…-przewałem na chwilę i się rozejrzałem, czy przypadkiem nie idzie nikt kogo znamy.-…Luftwaffe.- dodałem.- Chodź, podejrzanie to wygląda, a poza tym nie chciałbym aby ktokolwiek postronny nas usłyszał.- chwyciłem ją pod ramię i poprowadziłem przed siebie. W stronę jakiegoś parku.- Uważaj, gdzie i kiedy się z nim spotykasz…żałowałbym twoich włosów, a Rzesza żałowałaby dobrego lotnika, którego zabiliby Polacy…nie koniecznie podczas lotu swoim samolotem.- wzruszyłem ramionami.- A my będziemy żałować kilkunastu naszych, których wystawią pod mur.- oznajmiłem spokojnym tonem. Tak jakbym rozmawiał o pogodzie.- Nie śledzę cię. Widziałem was przypadkiem na mieście. O tym wiesz tylko ty i ja. Nikt więcej. I masz moje zapewnienie, że nikt się o tym nie dowie. Zrób z tym…z nim co będziesz uważać. Ale Voss…zresztą nie ważne.- w porę ugryzłem się w język.- Odprowadzić cię na tramwaj, albo do teatru?- zapytałem na wszelki wypadek.- Czy gdzie tam idziesz.

    OdpowiedzUsuń
  37. - Nie wiedziałem. Ale teraz już wiem.- przytuliłem ją do siebie nieco bardziej.- Mogę cię nawet odprowadzić pod samo mieszkanie.- powiedziałem.- Wtedy miałbym pewność, że nic ci się nie stanie.- uśmiechnąłem się nieco do niej.- Naprawdę nie chciałbym usłyszeć, że bandyci postanowili sobie postrzelać i że leżysz w szpitalu. W razie czegoś obronię cię.- uśmiechnąłem się do niej szczerze. Wiedziałem co kobiety chcą usłyszeć, więc to mówiłem. To było bardzo proste. Poza tym co to za mężczyzna, który nie odprowadzi „swojej” damy pod mieszkanie? Przynajmniej ja to praktykowałem i sprawdzało się. Przynajmniej miałem niejaką pewność, że wszystko jest z ową damą w porządku. A to działało bardzo kojąco…i nieco podwyższało samoocenę.
    - To jak?- zapytałem.- Naprawdę czułbym się pewniej wiedząc, że odprowadzam cię pod samo mieszkanie i jesteś bezpieczna.- poza tym mógłbym wysłać jakiś gustowny bukiet kwiatów. Wtedy pewnie zaskarbiłbym sobie ją jeszcze bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  38. - Nie będziesz musiała.-powiedziałem cicho. Nieznacznie się uśmiechnąłem do niej.- Oczywiście, że zadzwonię.- powiedziałem z pełnym przekonaniem w głosie. Nałożyłem na siebie swoją kurtkę ze skóry i poczekałem nieco na Mariettę. Wyszliśmy z mieszkania, które zamknąłem na klucz. Razem wyszliśmy na zewnątrz…było dosyć zimno. Nawet nieco się ucieszyłem, że jestem tutaj…w Rosji musiało być zdecydowanie zimniej. A przynajmniej tak mi się wydawało. Coś czułem, że to będzie bardzo mroźna zima.
    - Mam wrażenie, że tegoroczna zima będzie bardzo mroźna.- powiedziałem z niejakim uśmiechem. Spojrzałem w górę. Gwiazdy były bardzo dobrze widoczne. Uśmiechnąłem się nieco pod nosem widząc ciemnogranatowe niebo gęsto utkane gwiazdami. Wyglądało to dosyć ładnie…przynajmniej mi się to podobało.- Spójrz do góry.- powiedziałem z niejakim uśmiechem.- Spadająca gwiazda.- wskazałem przestrzeń przed sobą na ciemnym niebie. Można było zobaczyć jak coś jasnego przecina sklepienie. I to z całą pewnością nie był samolot.- O czym pomyślałaś?- zapytałem z ciekawości.- Albo nie mów…bo życzenie się nie spełni.- zachichotałem cicho. Lubiłem niekiedy takie przesądy. Były bardzo fajne, ale na przykład nie wierzyłem, że czarny kot przynosi pecha, czy stłuczone lustro siedem lat nieszczęść.

    OdpowiedzUsuń
  39. Spojrzałem na nią z nieukrywanym szokiem. Ale cóż…jak to mówią: „miłość nie wybiera”. Nieco pokiwałem głową w niejakim zamyśleniu.
    - Nie dziękuję.- powiedziałem.- Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, ale jeśli pozwolisz to odprowadzę ciebie, chociaż niejaki kawałek.- oznajmiłem. Westchnąłem cicho.- Powiem ci tak…uważajcie na to gdzie i kiedy się spotykacie. Naprawdę, ja szczerze powiedziawszy…to…nie mam nic przeciwko. Sam pochodzę z mieszanego małżeństwa..- powiedziałem cicho.- Ale jest wojna i raczej nikt nie będzie zbyt przychylnie do tego nastawiony.- dodałem, co było chyba zbyteczne. Przecież dobrze wiedziała jak to jest. Co było najgorsze u mnie? Może tak zwana niepewność… Niepewność, bo nie wiedziałem kto i kiedy mnie zabije. Czy Polacy przez omyłkę, czy może Niemcy z czystą premedytacją? A może na odwrót? Polacy z premedytacją, a Niemcy przez omyłkę? A…nie ważne. Co ma być to będzie. Co ma wisieć nie utonie…i tak dalej i tak dalej.

    OdpowiedzUsuń
  40. - O czymś dobrym i miłym.-uśmiechnąłem się nieznacznie.- Chyba muszę odmówić. Jest późno, a ty pewnie jesteś już zmęczona. I poza tym…powinienem nieco odpocząć przed jutrzejszą służbą.- powiedziałem z pełną powagą. I też była jedna rzecz…nie chciałem się narzucać. Nie miałem takiego zamiaru. Chociaż w sumie…sama zaproponowała…ale nie…może lepiej nie. Jeszcze nie. Należy to wszystko robić powolutku…małymi kroczkami. Nie należy się zbytnio spieszyć, bo odniosę skutek odwrotny od zamierzonego.
    - No to chyba jesteśmy.- powiedziałem. W sumie to było bez sensu…bo przecież Marietta się zatrzymała przed jedną z kamienic. Rozejrzałem się po pustej ulicy. Chyba wydawało mi się, że kogoś słyszałem. Czyjeś kroki…ale mogę się mylić. Tak…chyba moja wyobraźnia płata mi figle.- Obiecuję zadzwonić do ciebie, kiedy wrócę do domu.- uśmiechnąłem się nieco do niej.- Dobranoc.- delikatnie pocałowałem ją w policzek. Nieco się odsunąłem od niej i skierowałem się w kierunku skąd przyszliśmy. W końcu musiałem jakoś wrócić do domu…a nie chciałem błądzić w nocy, po słabo znanym mieście.

    OdpowiedzUsuń
  41. - Piątek?- zapytałem…miałem sobie iść i w pokerka grać…- Nic takiego. Ale nie jestem pewny, czy przełożony nie wlepi mi dodatkowych godzin służby.- uśmiechnąłem się nieco do niej.
    ***
    Pewnie spotkałbym się z Mariettą, gdyby nie jedna przeszkoda…mianowicie leżałem sobie w szpitalu…z zapaleniem płuc i nieco poturbowany. Cholerka no…tak trochę nie fajnie to wszystko wyszło. Ale skąd miałem wiedzieć, że tak to się potoczy? Że ten pacan ruszy? Ale na szczęście tylko nieco się poobdzierałem i wylądowałem w zimnej wodzie…Szkoda słów.
    Dobrze, ze udało mi się dodzwonić wczoraj do Marietty i powiedzieć, że jestem w szpitalu. Przy okazji przeprosiłem, że nie dałem znaku życia wcześniej. Ale tak to jakoś wyszło…dosyć głupio. Ale chyba wolałbym się nie zagłębiać w to wszystko.
    Leżałem sobie więc sam niczym palec na sali i czekałem sobie na…sam nie wiem na co. Ot tak leżałem sobie i zastanawiałem się jak bardzo mam wysoką gorączkę. Bo że ją miałem to było więcej niż pewne. Szpitalną ciszę pokoju przerywało od czasu do czasu moje kaszlenie. Ale to przecież nic takiego.
    - Proszę.- powiedziałem nieco zachrypniętym głosem, kiedy ktoś zapukał. Nieco podniosłem się na łokciu aby zobaczyć kto to zechciał mnie odwiedzić.- Witaj. Nie spodziewałem się tego że przyjdziesz.- powiedziałem widząc Mariettę.- Co u ciebie słychać?

    OdpowiedzUsuń
  42. - Nie obraź się ale generał Muller to stary kobieciarz. A Ivanov to dureń.- powiedziałem.- I nie sądzę to tylko po tym, że za mną nie przepadają i nie rozmawiali ze mną o sprawach wojskowych.- no dobra…może trochę. Ale nie tak jakoś bardzo. Po prostu jak niekiedy ich słyszałem to dostawałem białej gorączki.- Ale rób jak uważasz…sądzę tylko, że Voss nie będzie skory do pokazywania jakiś dokumentów. Z tego co wiem to on nawet ich nie trzyma w mieszkaniu. Nie jest dowódcą eskadry, ani nikim w tym stylu.- wzruszyłem nieco ramionami.- Papierów z pewnością nie trzyma w mieszkaniu, a na lotnisko cię nie zabierze. Tak więc żadnych dokumentów nie wyniesiesz.
    Taka była prawda. Ale nie zamierzałem ciągnąc tego wszystkiego dalej. Po kilku minutach dotarliśmy pod mieszkanie Raisy. Cicho westchnąłem. Spojrzałem z ukosa na nią.
    - Przepraszam za tamto…podczas przesłuchań…- powiedziałem cicho.- Nie liczę na wybaczenie ani na nic…po prostu chciałem przeprosić.- powiedziałem na odchodne.
    Miałem tylko nadzieję, że dziewczyna nie zrobi niczego głupiego. Bo nie wiedziałem czy będę jej w stanie pomóc.

    OdpowiedzUsuń
  43. Uśmiechnąłem się nieco widząc ją…i to co przyniosła. Czułem się nieco idiotycznie…Kwiaty? Po co mi kwiaty? Przecież majątek musiała na nie wydać. Że o owocach nie wspomnę.
    - Tak…- powiedziałem z lekkim, nieco niewyraźnym uśmiechem.- Ale sama twoja obecność byłaby wystarczająca.- oznajmiłem z uśmiechem. Nieco podniosłem się, tak aby siedzieć na łóżku. Ale chyba uczyniłem to zdecydowanie za szybko bo nieco mi pociemniało przed oczami. Na całe szczęście jednak nie spadłem z łóżka. Zachowałem resztki godności…
    Cóż…sądziłem że przebywanie w szpitalu po części uwłacza mojej godności. Ale chyba lepsze to niż paradowanie po jednostce z zapaleniem płuc i ewentualne zasłabnięcie.
    - Cóż… jak widzisz…żyję i mam się dosyć dobrze. Pominę fakt, że nie lubię szpitali bo źle mi się kojarzą, pominę fakt, że tego co mnie doprowadził do takiego stanu znajdę i przy nadarzającej się okazji wykąpię w Wiśle albo natrę śniegiem.- oznajmiłem z uśmiechem. Cóż…po części powiedziałem to w żartach, ale nie do końca. Wrzucę temu gnojkowi kawałek śniegu za kołnierz. Niech cierpi tak samo jak ja…chociaż nie. Niby to tylko kawałek śniegu za kołnierzem…ale zemsta będzie piękna.
    - Ale nie odpowiedziałaś mi na pytanie. Pewnie u ciebie wydarzyło się zdecydowanie więcej ciekawych rzeczy niż u mnie.- powiedziałem i nieco chwyciłem ją za rękę.

    OdpowiedzUsuń
  44. - Rozumiem.- odpowiedziałem lekko się uśmiechając. Skoro nie chciała nic ponad to mówić to ja naciskać nie będę. Nie byłem jej mężem aby mi się spowiadała…księdzem też nie byłem, więc nie widziałem sensu aby niepotrzebnie drążyć temat.
    - Też mam taką nadzieję. Nie lubię leżeć bezczynnie.- odpowiedziałem z lekkim uśmiechem. Byłem zmuszony nieco się położyć…jeszcze nie czułem się najlepiej.- Nic mi nie wisisz.- powiedziałem.- Ale w sumie…to z chęcią bym się napił w twoim towarzystwie jakiejś kawy albo herbaty.- posłałem jej w miarę możliwości promienny uśmiech. Oczywiście w wykonaniu osoby chorej wyglądało to dosyć…śmiesznie.- Pytałaś się kto doprowadził mnie do takiego stanu…po części to pewnie ja sam oraz moja głupota. Ale pewnie więcej wspólnego z tym wszystkim miał Gregor. Taki jeden znajomy, który…a nie ważne.- machnąłem ręką. Nie było sensu tego roztrząsać.

    OdpowiedzUsuń
  45. Spojrzałem na nią. Chyba nie powinienem był przepraszać. Ale to podstawy dobrego wychowania. Jednak nic dalej nie powiedziałem. Skinąłem tylko głową i wróciłem w swoją stronę.
    ***
    O umówionym czasie zebraliśmy się w parku. Plan był prosty. Kazik i Raisa obserwują otoczenie. A ja i Antek wykonujemy rozkaz. Później rozchodzimy się. Antek wieje w kierunku śródmieścia, Kazik z Raisą w kierunku fotoplastykonu, a ja po prostu wieję przed siebie do samochodu.
    Siedziałem na ławce i udawałem, ze czytam gazetę. Antek udawał, że czeka na swoją wybrankę z bukiecikiem kwiatków. Kazik był gdzieś tam dalej, a Raisa przechadzała się uliczką na wprost mnie. Spojrzałem dyskretnie w lewo. Szedł. Antek też go zauważył bo spojrzał na zegarek. Powoli wstałem z miejsca.
    Wetknąłem rękę do kieszeni i zacisnąłem palce na rękojeści pistoletu. Podszedłem do tego podoficera SS. „Szybki” też się przygotował.
    - Pan Helmut Reiner?- zapytałem się. Kiedy ten potwierdził uśmiechnąłem się lekko i szybko wyciągnąłem broń i strzeliłem dwukrotnie w jego stronę. Nie miał szans. Dwa strzały w klatkę piersiową z bliska nawet Tura by powaliły. Po tym wszyscy zaczęli w popłochu uciekać. Antek nieco się wycofał, ja niestety nie zdążyłem…i przypłaciłem to postrzałem w lewe ramię. Strzeliłem w kierunku jakiegoś szeregowego i zacząłem uciekać. Świetnie…najpierw musze go zgubić i dotrzeć gdzieś, gdzie mógłbym sobie rękę opatrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  46. - W sumie…- pokiwałem głową.- Ale musiałbym za długo czekać.- westchnąłem z niejakim uśmiechem. Tak…prawdziwy geniusz zemsty. Albo po prostu tak piekielnie zła istota, że najgłupszy żart z dzieciństwa, traktuje niczym największą możliwą zemstę. Sęk w tym, ze od dzieciństwa zbyt wiele się zmieniło. Ale przynajmniej robię to co lubię…latam. Zawsze chciałem latać.
    - Świetnie.- powiedziałem nie kryjąc uśmiechu. Cóż…raczej nie miałem zbyt wielu wizyt. Chłopcy z eskadry niezbyt często przychodzili w odwiedziny…rodzina była setki kilometrów od Warszawy…właściwie to mógłbym nawet powiedzieć, że tysiące. Nie byłaby to zbyt duża przesada. W końcu Portugalia, Hiszpania oraz Szwajcaria leżą z jakieś dobre tysiąc kilometrów od Warszawy…jak nie więcej.- Trochę mi nuda doskwiera.- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.- Ale staram się nie narzekać i nie myśleć o tym, że nie mogę chodzić za dużo i za długo.- uśmiechnąłem się delikatnie.- Wiesz co…cieszę się, że zdecydowałaś się mnie odwiedzić. Przynajmniej porozmawiałem sobie z kimś spoza szpitala.- puściłem do niej oczko. Naprawdę byłem jej za to wdzięczny.

    OdpowiedzUsuń
  47. Szybko minął mi czas spędzony z Raisą. Bardzo szybko, nawet nie zorientowałem się, że kobieta pewnie już musi iść do siebie do domu. Nie miałem zamiaru prosić aby została jeszcze trochę. Przecież nie o to chodziło...
    Niby nie powinienem się zdziwić widząc ją następnego dnia u mnie w szpitalu. Cóż...przynajmniej już pojawiły się ploty, że pewien lotnik nieźle się ustawił. Nie będę zaprzeczał, że tak nie jest. Poza tym...jest też tutaj kilka ładnych pielęgniarek. Także...może jak z którąś nie wyjdzie to uda się z następną?
    - Nie musiałaś aż tyle tych książek przynosić.- powiedziałem nieco zdziwiony.- Wbrew pozorom nie zamierzam zosrawać tutaj zbyt długo.- uśmiechnąłem się lekko. Podniosłem się na łóżku do pozycji pół siedzącej.
    - Pytanie...do kogo się tak wystroiłaś?- uniosłem nieco brew.- Chyba nie do mnie.- stwierdziłem. Chociaż mimo wszystko chyba było to bardzo prawdopodobne. Ale też nie byłem jakoś specjalnie zazdrosny, przecież jest tyle ładnych kobiet. A może ona kogoś ma?- Bo wiesz...nie wiem czy mogę się czuć zazdrosny o ciebie, czy mogę być spokojny.- uśmiechnąłem się lekko do niej.

    OdpowiedzUsuń
  48. - „Tylko trzy książki”…dla niektórych „tylko” dla innych „aż”.- powiedziałem i lekko się uśmiechnąłem.- Nie żebym narzekał czy coś…ale chyba prędzej mnie wypiszą niż przeczytam to wszystko.- zaśmiałem się słysząc ją. Oczywiście kawy zaraz spróbuje, tylko nieco przestanę się śmiać. Oczywiście chwilowy przypływ radości przypłaciłem kaszlem.
    - Wiesz, że każda kobieta tak mówi?- powiedziałem.- „Kochanie nie mam co na siebie włożyć”…a sukienek od metra.- pokiwałem głową nieco rozbawiony. Zaraz jednak spoważniałem. Uśmiechnąłem się nieco do niej.- Nie musisz być zazdrosna o nikogo. Ja nie z takich, co to uganiają się za każdą nowo spotkaną kobietą.- powiedziałem. Oczywiście było to kłamstwo, przecież ja łaknąłem i pragnąłem kobiet. Nie wyobrażałem sobie życia bez romansów…przecież życie z jedną dosyć długi okres czasu, to coś niemożliwego!
    - Dobra ta kawa.- powiedziałem kiedy upiłem jeden łyk.- A co ciekawego powiesz? Wątpię aby przez jeden dzień coś się wydarzyło, ale może jednak, chciałabyś o czymś porozmawiać?- zapytałem się. Ja raczej do powiedzenia za wiele nie miałem, przecież siedziałem w tym szpitalu i nic nie robiłem.

    OdpowiedzUsuń
  49. - A czy gdyby było cieplej to przyszłabyś nago? – zapytał z czystej ciekawości. Bo on na jej miejscu to pewnie nie przyszedłby…ale z wielką chęcią zobaczyłby ją nago. – Nie… Nie mówię tego każdej. Ponieważ gdybym mówił to każdej to wyszedłbym na jakiegoś podrywacza, którym nie jestem – skłamał gładko. Mówił to większości kobiet, z którymi się spotykał. Był człowiekiem niestałym w uczuciach. Zazwyczaj ograniczał się do jakichś krótkich romansów. – To ciekawie…ale wątpię żebym cokolwiek zrozumiał z jakiejkolwiek sztuki…bo ja to prosty człowiek jestem – po części kłamstwo, ale nie do końca. On sam odciął się od teatrów, oper i filharmonii. W dużej mierze ze względu na to, że większość swojego życia spędził w powietrzu, a później też i na wojowaniu. Nie miał czasu, ani możliwości. – Odnośnie obiadu to możemy tak zrobić…ale nie chciałbym nadużywać gościnności.
    Nie przepadał za tym kiedy ktokolwiek przeszkadzał mu podczas rozmowy…w szczególności z piękną kobietą. Bo podczas rozmowy z obecnym przełożonym to pewnie podziękowałby temu komuś. Z przyjaciółmi, czy też ze znajomymi…to nie gniewałby się, gdyby przerwała rozmowę piękna kobieta. Albo ogólnie kobieta.
    Czasami to cieszył się, że więcej swojego życia spędził w Szwajcarii niż w Niemczech i że też często przebywał w Hiszpanii, przynajmniej za młodu nie skrzywił sobie psychiki widząc Niemki. Chociaż niektóre z nich były całkiem ładne…taka siostra Matthiasa na przykład. Podobała mu się i co najważniejsze była to całkiem dobra partia. Przypuszczał, że wcześniej czy później będzie musiał się hajtnąć…chociaż perspektywa bycia starym kawalerem też była całkiem dobra. Tylko, że chyba zawsze lepiej jest mieć w domu na stare lata żonę, niż gosposie, która pomaga w prowadzeniu domu. Ale na razie był jeszcze całkiem młody, trwała wojna, wszystko się mogło zdarzyć.
    Nic nie mówił, kiedy pielęgniarka zajmowała się nim. Może nieco się uśmiechnął na jakąś uwagę odnośnie jego ciała. Jakoś nie zdziwił się, że Marietta była zazdrosna…nawet mu się to podobało.
    - Tak – odpowiedział krótko. Delikatnie uśmiechnął się do niej. – Jesteś o nią zazdrosna? – zapytał szeptem i nieco zbliżył swoją twarz do jej ust. Delikatnie ją pocałował. – Nie masz o co…wcale mi się nie podoba…tylko ty się liczysz – do tego delikatny uśmiech i wszystko ładnie.

    OdpowiedzUsuń
  50. - Ja – odpowiedziałem niemalże natychmiast. – Ucieknę ze szpitala i zjawię się u ciebie – puściłem jej oczko. – Połowa? Ale wiesz, że całość to zazwyczaj lepiej brzmi. No bo popatrz…milion dolarów brzmi zdecydowanie lepiej niż pół miliona – uśmiechnąłem się przy tym delikatnie. Nieco zrobiłem jej miejsca i uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy zobaczyłem jak Raisa kładzie się obok mnie. Podobało mi się to…to takie ryzykowne. A co jak co, ale ryzyko było moim chlebem powszednim i nie wyobrażałem sobie bez niego życia. – Cóż…z całą pewnością cieszyłbym się bardziej z tego, gdybym był zdrowy – zażartowałem i nieco nachyliłem się nad nią. – Naprawdę, nie przypuszczałem, że wystarczy być w szpitalu…- pocałowałem ją delikatnie w szyję. – Pewnie coś jeszcze bym dodał od siebie. Ale usłyszałem jakieś kroki na korytarzu.
    - Porucznik Voss leży w tej Sali. Ale nie radziłbym panom teraz wchodzić… - powiedział jakiś facet. Chyba lekarz, ale nie byłem pewny.
    - Ale dlaczego? Słyszeliśmy, że nie jest z nim aż tak źle – usłyszałem Tomasa. No ładnie. Że też nie mogli sobie wybrać innych pór na odwiedzenie mnie!
    - Marietta…może zejdziesz? – szepnąłem i odsunąłem się od niej. Nie chciałem jakichś komentarzy typu: „No Werner, kolejną żeś sobie znalazł?”, albo „Znowu? Znowu nowa kobieta?”. A tak to może nie zorientują się, albo pomyślą, że nie łączy nas jakaś specjalna więź. Właściwie to w samą porę zeszła z łóżka. Do Sali weszli Tomas i Lothar.
    - Dzień dobry państwu – uśmiechnął się młodszy z nich. – Mam nadzieję, że ja i Tomas nie przeszkadzamy za bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  51. Kiedy Marietta poszła odetchnąłem z niejaką ulgą. Przynajmniej nie powiedzieli przy niej niczego głupiego. Dopiero kiedy poszła jakoś tak może po dwóch albo i trzech minutach zaczęły się pytania typu: „Kto to?”, „Długo ją znasz?” i tym podobne. Panie…co ja żem uczynił że takich kolegów na mnie zesłałeś?
    Po kilku dniach odwiedziła mnie znowu. To dobrze…miło z jej strony, że pamięta o starym lotniku. Zastanawiałem się nawet momentami, czy ona czuje do mnie coś więcej? Czy tak właściwie to warto się o nią zabiegać. Chociaż gdyby nie czuła to pewnie nie odwiedzałaby mnie.
    — Można. Oczywiście że można – powiedziałem. Czułem się już zdecydowanie lepiej. Miejmy nadzieję, że nie pogorszy mi się. Chociaż jutro mam wracać do jednostki. Już koniec tego leżakowania. Wojenka wzywa.
    — Co u ciebie słychać? – zapytałem i usiadłem na łóżku. – Dużo pracy? Czy może nie chciałaś odwiedzać starego lotnika? – zapytałem z lekkim uśmiechem. Chociaż chyba trzydzieści lat to nie jest tak dużo…zważywszy na to, że część pewnie do tylu nie dożyje. A u nas w lotnictwie, to można powiedzieć, że praktycznie jestem emerytem. Ale pewnie i tak znajdzie się kogoś starszego ode mnie. Galland…akurat z nim to chyba jesteśmy rówieśnikami. Rudel? Rudel jest ode mnie młodszy….o kurde nie potrafię znaleźć nikogo kto jest ode mnie starszy i jeszcze lata.

    OdpowiedzUsuń
  52. Przyjrzałem się jej postępowaniom z lekkim uśmiechem. Musiałem przyznać, że podobała mi się…ale nie wiązałem z nią swojej przyszłości. Nie byłem osobą ślepo zapatrzoną w ideologię i czystość rasową. Po prostu nie widziałem się w żadnym związku, chociaż coraz częściej o tym myślałem i nic nie mogłem na to poradzić. Poza tym jestem oficerem Luftwaffe, formacji do której ciężko jest się dostać, a także ciężko jest przeżyć dostatecznie długo. Pewnie od pilotów krócej mogli żyć podwodniacy.
    — Nie? Kiedyś, jak miałem jakieś…piętnaście może szesnaście lat, to twierdziłem że ludzie po trzydziestce są starzy, że to emeryci są – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem. – A teraz? Teraz ja mam już skończone trzydzieści lat – pokiwałem głową z lekkim niedowierzaniem. – Wypuszczają mnie jutro. Już sam nie mogę tutaj wytrzymać – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Już chcę latać, słyszeć warkot silników. Wznieść się ponad ziemię i patrzeć na innych z góry. Chcę móc założyć swoją kurtkę pilota, uśmiechnąć się do reszty z eskadry, a później na mieście przechadzać się ulicami w czystych oficerkach, mając na sobie skórzaną kurtkę pilota wraz z insygniami.
    — Cóż…szkoda, ale może jak już wypiszą mnie ze szpitala to powtórzymy to? Może w innych okolicznościach? – zapytałem niemalże szeptem i dotknąłem ręki Marietty. Uśmiechnąłem się delikatnie do niej. – Chyba, że nie chcesz… - dodałem.
    Spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem.
    — A kiedy jest premiera tego spektaklu? Może wybrałbym się na premierę?

    OdpowiedzUsuń
  53. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  54. Uśmiechnąłem się delikatnie do niej. To było przyjemne, ten cały pocałunek. Taki spontaniczny, lubię spontaniczność.
    — Przyjdę – powiedziałem po chwili. – Tylko nie wiem, czy cokolwiek zrozumiem. Nie znam polskiego, a raczej… Polacy słabo mówią po Niemiecku – dodałem ciszej.
    Lekko odsunąłem się od niej. To nie było tak, że nie chciałem jej bliskości, czy coś. Chciałem i to bardzo, ale nie było to tak, że się zakochałem. Podobała mi się po prostu, podobnie jak wiele innych kobiet. Chyba przecież nikt nie pomyśli, ze chciałbym się ustatkować, czy coś! Nie, to zdecydowanie nie w moim stylu!
    Poza tym, nie teraz, nie w trakcie wojny. W trakcie wojny należy korzystać z faktu, że panny kochają odważnych żołnierzy, a w szczególności przystojnych oficerów lotnictwa.
    — Wiesz…kiedyś jak byłem mały to chciałem zwiedzić sobie teatr, zobaczyć jak to wszystko wygląda zza kulis, jak wyglądają garderoby. Może po spektaklu pokazałabyś mi to i owo? – zapytałem z nadzieją w głosie. Poza tym…może do czegoś dojdzie?

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  55. Biegłem przed siebie tyle ile miałem sił w tych moich nogach. Nie wiem czy w tej właśnie chwili pożałowałem tego, że mało ćwiczyłem, czy może tego, ze dałem się trafić w rękę. Ale może nie jest to nic poważnego? To chyba tylko draśnięcie.
    Nawet nie zamierzałem się wykłócać. Nie uciekłbym za daleko z tą łapą.
    — Nic mi nie jest – odpowiedziałem i lekko skrzywiłem się z bólu. Dam radę. Dotarłbym jakoś do domu i opatrzyłbym się. Zawsze dawałem sobie radę i nie chciałem żeby cokolwiek w tej kwestii się zmieniało. – Opierdol…ach tak, cieszę się że mi o tym przypomniałaś.
    „Ciesz się, że żyjesz” dobre sobie. Dosyć często łapię się na tym, ze chciałbym umrzeć. Nie potrafię już tak funkcjonować. Coraz mi ciężej.
    Spojrzałem na kobietę, i na Raisę. No chyba sobie żarty robi.
    — Nic mi nie jest – powiedziałem. – To tylko draśnięcie – pokazałem ranę. Zauważyłem kątem oka jak kobieta się skrzywiła.
    — Wejdźcie szybko – przesunęła się, a ja szybko przeszedłem do przedpokoju. — Ściągaj koszulę oraz prochowiec chłopcze – powiedziała. Nie zamierzałem się przepychać słownie z kobietą. Zaprowadziła nas do salonu, gdzie ściągnąłem prochowiec oraz koszulę. Jak dobrze że miałem pod sobą jeszcze podkoszulek, aby nie świecić bliznami, które mi pozostały po spotkaniu z ruskami oraz „Dymem”…chociaż i tak zasłaniało to zbyt mało jak na mój gust. Bo ciągle było widać dosyć sporo śladów.
    — Proszę załatać mnie szybko – mruknąłem i odwróciłem głowę, żeby nie patrzeć na ranę.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  56. Uśmiechnąłem się lekko w jej kierunku.
    — Ty bardzo dobrze – przybliżyłem się do niej. – Dobrze byłoby gdyby wszyscy Polacy mówili tak jak ty – zachichotałem cicho. – Chociaż, wydaje mi się, że możemy poduczyć cię kilku słów i popracować nad akcentem – mrugnąłem do niej porozumiewawczo. Według mnie nie było nad czym pracować, ale może właśnie takiej odpowiedzi oczekiwała?
    Lubię dawać kobietom to czego chcą. To czego pragną, bo co to za przyjemność, kiedy nie można zaimponować kobiecie, albo gdy dama spogląda na ciebie z wzrokiem przepełnionym politowaniem.
    — Czytałem dawno temu. Jeszcze w szkole, ale musisz mi chyba przypomnieć kilka rzeczy – uśmiechnąłem się i przybliżyłem swoje usta do jej ucha – A uczniem najlepszym nie byłem. Chyba potrzebowałbym jakiegoś spotkania i omówienia sztuki – szepnąłem cicho, po czym się odsunąłem, jednak niezbyt daleko. Jednak na tyle aby widzieć jej twarz.

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  57. Nie przepadałem za czytaniem książek, to zdecydowanie nie w moim stylu. Nie jestem typem inteligencika, z okularami na nosie, osoby w nienagannie wyprasowanym garniturze w kant. Chyba zdecydowanie bliżej mi do buntownika, osoby która podąża własnymi ścieżkami.
    Ale i tak przeczytałem kilka książek, tak aby prezentować coś sobą. No i właściwie to moje byłe kochanki nakłoniły mnie do przeczytania kilku książek.
    Nieco przygryzłem wargę, podobało mi się to wszystko. Jej głos, jej ruchy… Niekiedy coraz bardziej zastanawiała mnie jedna rzecz, czy przypadkiem ona nie gra. Czy przypadkiem nie myśli, że mam jakieś ważne informacje odnośnie Luftwaffe, przecież ona może być w konspiracji! Może kazali jej jakoś mnie podejść?!
    Nie. Chyba nie. Jej zachowanie na to nie wskazuje… Ale czy jeśli zna się na rzeczy to może przecież nie dawać po sobie poznać. Mogę się nie zorientować. Chociaż…chociaż chyba jest jednym z volksdeutschów. A oni raczej nie współpracują z Polakami.
    — Z wielką chęcią posłuchałbym – uśmiechnąłem się lekko. Kiedy skończyła mówić spojrzałem na nią. – Hm… nie wiem, czy jest sens iść na to całe przedstawienie – powiedziałem cicho. – Skoro wiem kogo grasz… myślałem, że jakoś się zaskoczę, zdziwię. A tak. Wiem, że grasz Julię, najbardziej się na niej skupiłaś, pewnie gdybyś jej nie grała to nie poświęcałabyś tyle czasu na jej opisywanie. Mam rację?
    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  58. — Racja…przecież taka okazja może się już nie powtórzyć, prawda? – zapytałem się Mariety. Przecież chyba nie każdy człowiek widział teatr od kulis. – Jak to mówią Polacy? Zobaczyłbym coś od kuchni – zamyśliłem się. Oczywiście powiedziałem to po niemiecku. W przypadku użycia polskiego to pewnie pokaleczyłbym sobie język! — No ja nie wiem… Może tak naprawdę jesteś kulturystom w przebraniu? – zażartowałem z tego wszystkiego.
    Spojrzałem na nią z lekkim uśmiechem.
    — Jeśli kiedykolwiek będę miał pogorszone samopoczucie to będę ciebie wołać żebyś poprawiła mi humor – chwyciłem jej dłoń. – Masz rację…nie mam już żadnych wymówek. A wizja nocnego pałętania się po teatrze brzmi nad wyraz kusząco – puściłem jej oczko.
    — Przed wojną…przed wojną to raczej niewiele razy byłem w teatrze. Chyba zdołałbym wszystkie wizyty w miejscach kultury policzyć na palcach jednej ręki – westchnąłem. – Powiedzmy że wojna zmusiła mnie do trzymania się przez jakiś czas jednego miejsca. Może nawet nie tyle wojna co jednostka – zachichotałem cicho. Przecież pewnie gdyby nie to, że trwa wojna to albo nadal latałbym samolotem i wyczyniał różne ewolucje, albo podróżowałbym z ojcem. Jedno jest pewne, nie siedziałbym zbyt długo w jednym miejscu.

    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  59. Pokiwałem głową. Szczęście? W moim przypadku to chyba szczęście to byłoby, gdyby mnie nic nie drasnęło. Albo, żeby trafiło mnie tak, że zgon na miejscu… Ale chyba to nie jest zbyt dobra wiadomość dla kobiety.
    Spojrzałem na Raisę, nieco wymusiłem uśmiech, szczerze powiedziawszy to nie było mi do śmiechu. Po prostu, chciałbym mieć to wszystko już za sobą.
    Nawet to dosyć szybko poszło. Założyłem na siebie koszulę, pewnie bym też i poszedł, gdyby nie to, ze chyba wolałem nie zostawiać Raisy samej w tym miejscu. Nie żebym nie ufał starszej kobiecie…ale po prostu…poza tym kobieta nie chciała słyszeć żebym teraz wyszedł. Nie po tym jak o mało co nie przywaliłem w meblościankę.
    Spojrzałem na kobietę, naprawdę kaczkę było czuć chyba w całym mieszkaniu. Nie chciałem sprawiać kłopotu zważywszy na to, że mogłem sobie pozwolić na lepsze rzeczy niż przeciętny Polak. No i chyba nie chciałbym ich narażać, po prostu…no nie chciałbym tego robić.
    — Jak chcesz to zostań – powiedziałem spokojnym głosem. – Ja powinienem wrócić. Mam przepustkę – dodałem. W końcu czasami się miało przepustki nocne, prawdziwe albo podrabiane. Różnie to z tym wszystkim było.
    — O nie, zjesz dziecko drogie, wzmocnisz się – powiedziała kobieta. Było w jej głosie, coś co przypominało mi moją babcię. Chyba to jakoś mi przeszkadzało. To było śmieszne, bo unikałem osób, które mogłyby mi w jakimś sensie ją przypominać. Po prostu unikałem jak mogłem.
    — Nie chcę sprawiać kłopotu – powiedziałem, próbując wyjść. Jednak no cóż…kobiety nie idzie przegadać. Po kilku słowach zrezygnowałem….właściwie to powiedziałbym, że zostałem zmuszony do pozostania.
    — Jak się czujesz? – zapytałem Raisy. Wypadało mimo wszystko, wypadało też jej podziękować, ale to za chwilę. Może po jedzeniu, albo po tym jak mi odpowie.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  60. — Nawet tak nie przypuszczałem – odpowiedziałem. Wolałem jednak mimo wszystko nie jeść. Ale dobrze, nie będę zły okrutny i nie miły. Oraz nie zamierzam się kłócić z kobietami.
    Spojrzałem na Raisę. Ja w trzydziestym dziewiątym to sobie z „Hubalem” wojowałem. Znaczy się partyzantkę uskuteczniałem, bo wojowałem to głownie na pomorzu razem z Dąbkiem. Mam nadzieję, że jego duch kiedyś mi wybaczy…chociaż dlaczego pomyślałem o duchu Dąbka? W sumie to chyba nie wiem…przecież ja nie wierzę w duchy, strzygi i demony. W Boga też nie wierzę.
    — Nie mówił – odpowiedziałem krótko. – Nie… znaczy na początku może i bym zapytał. Pierwsze to zastanawiałem się „Dlaczego ja?” – powiedziałem ze spokojem. Słysząc jej dalsze słowa zaśmiałem się cicho. Może i owszem intelektualiści nie interesowali się wszystkimi żołnierzami, ale to tak jakby mojemu stryjowi kazali wejść incognito do opery. Nie da się. Chociaż ja i tak ominąłem ten blask fleszy i pięknych twarzowych zdjęć do jakiś pięknych propagandowych gazet dla niemieckich żołdaków. – Nie przyzwyczajaj się do tego, że będziemy razem na tym przyjęciu – powiedziałem oschle. – Źle się czuję pośród inteligencji, oraz… Z resztą „Wars” z pewnością zrozumie, to nie będę tłumaczyć ci. Możesz przyzwyczajać się do tego, że dostaniesz kogoś o bardziej wyjściowej twarzy niż moja – uśmiechnąłem się delikatnie.
    Przeszedłem do kuchni. Usiadłem przy niewielkim stoliku i spojrzałem na to jak kobieta nakłada jedzenie.
    — Wystarczy… Naprawdę wystarczy proszę pani – powiedziałem. Nie żebym nie zjadł, ale…no wolałem nie jeść tyle.
    — Wam teraz siły trzeba, drogie dzieci – powiedziała nakładając jeszcze trochę ziemniaków. No to ładnie. Ja nie wyjdę z tego mieszkania, ja się wytoczę.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  61. Ostatnie poprawki przed lustrem. Ostatnie poprawienie włosów. No, Valentinie Voss wyglądasz pięknie, ładnie oraz zgrabnie. Gdybyś nie był w połowie Hiszpanem to pewnie zostałbyś wybrany aryjczykiem roku. Ale to nic straconego.
    Czasami to współczułem aktorom. Musieli przygotować się wcześniej przed spektaklem, musieli wykłuć to wszystko na blachę, nauczyć się całego tekstu, wiedzieć co i kiedy powiedzieć. Koszmar. W takich chwilach to wcale nie żałuję, że jestem lotnikiem. Naprawdę, nie żałuję tego wszystkiego. Szkoda, że nie Marietta nie może mi towarzyszyć, ale no cóż. Ona gra ja patrzę, pewnie gdybyśmy się razem wybrali na jakiekolwiek przedstawienie to patrzyłbym tylko na nią…a jeśli nie cały czas, to pewnie przez większość sztuki.
    Do teatru dotarłem samochodem, w końcu oficer musi mieć jakieś przyzwoite wejście i nie ma że nie. Przy wejściu nawet wskazano mi gdzie mam pójść. Kultura pełną gębą. Zdziwiłem się widząc też kilku innych Niemców, w życiu nie posądzałbym akurat ich o to że interesują się sztuką. Ja pewnie też bym nie przyszedł, no ale skoro dostałem zaproszenie to dlaczego nie skorzystać?
    Zająłem miejsce w jednym z pierwszych rzędów i uśmiechnąłem się pod nosem. Najprawdopodobniej całkiem przyzwoite miejsce udało mi się „wylosować”. Nie za daleko do sceny, ani też nie jest za blisko idelanie.

    OdpowiedzUsuń
  62. Cicho się zaśmiałem. No cóż, niby wiedziałem, że zawsze znajdzie się więcej nie wyjściowych twarzy, ale jakoś…jakoś chyba wolałem sobie wmawiać, że mam tak okropną twarz, że mógłbym za potwora Frankensteina robić bez charakteryzacji.
    — A mnie jakoś chyba nigdy nie ciągnęło do robienia kariery w kinematografii. Może teraz nauczyłem się grać, ale to co innego. Kamera oraz zbyt wielka widownia mnie peszy – przyznałem. Była to po części prawda, niby kiedyś grało się w szkolnym teatrzyku, ale co to było? Poza tym, teraz czasami przychodzi mi „grać” przed wielką publiką…znaczy się kłamię raczej, ale kłamać jest według mnie prościej. Łatwiej przychodzi.
    — Wyrzucę cię przez okno, będzie mniej siniaków – zażartowałem. Może słaby żart, ale jednak.
    — Przykro mi z powodu męża – powiedziałem. Wiedziałem jak niektórzy ludzie przeżywali odejście bliskiej osoby. Może w czasie wojny było inaczej…nie, nie było inaczej. Inaczej to wszystko się tłumaczyło niż w czasach pokoju. Taka była prawda. Podczas wojny jakoś łatwiej było sobie to wszystko wytłumaczyć. Owszem wyczułem też delikatną sugestię, że nieboszczyk był…otyły. Nie każdy w końcu miał posturę atlety. Ja teraz się zapuściłem, wcześniej to jeszcze jakoś wyglądałem, może nie to że byłem jakoś przeraźliwie chudy, czy może też byłem jakimś kulturystom, ale miałem jakieś tam zarysy mięśni i sylwetka nie najgorsza była.
    Spróbowałem trochę tego. Naprawdę było to dobre, uśmiechnąłem się pod nosem. Miałem wrażenie, że podobne danie kiedyś zrobiła moja nieżyjąca już babka. Albo jadłem gdzieś indziej. Może podczas któryś wakacji u stryja? Nie wiem, nie pamiętam.
    — Naprawdę dobre – powiedziałem z uznaniem. Może nie byłem jakoś specjalnie wybredny, ale jednak znalazło się kilku rzeczy, których w życiu bym nie przełknął. No chyba, że byłbym bardzo głodny to wtedy bym się przemógł.

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  63. Oglądałem przedstawienie z zapartym tchem. Podobało mi się to wszystko, ładnie zrobione… Może za jakiś czas częściej będę wybierać się do teatrów? Ale właściwie to po co…? Bilety z wyprzedzeniem musiałbym kupować. Poza tym znając mnie i moje szczęście, to musiałbym być akurat wtedy w jednostce. Chociaż... w sumie dlaczego ja się oszukuję, że będę przychodził do teatrów częściej? Wiem doskonale że tak nie będzie, bo znajdę sobie o wiele więcej możliwości na rozrywkę. Poza tym…chyba wolę wybrać się na wódkę ze znajomymi niż do teatru.
    Ale ja nie jestem alkoholikiem, ani nic z tych rzeczy. Ja po prostu lubię wypić.
    Po zakończonym spektaklu wyszedłem z sali. Czekałem, przy szatni, niby nic nie oddawałem, ale chyba w takim miejscu najlepiej jest czekać na kogoś. Tak mi si przynajmniej wydawało. Nawet nie musiałem jakoś zbyt długo czekać na Mariettę.
    Zgodnie z poleceniem zapisanym na kartce wyszedłem z teatru tak jak inni, zatrzymałem się w pierwszej bramie i czekałem. Na całe szczęście miałem papierosy, więc nie nudziło mi się jakoś tak bardzo. Zapaliłem kilka, to i jakoś czas zleciał szybciej.
    Kobietom nie należy robić wyrzutów, że tak długo, bo jeszcze można po mordze dostać. A co jak co, ale nie chciałem mieć jakiegokolwiek uszczerbku na twarzy.
    — Bardzo się podobało – powiedziałem. – Nie dziękuję, o tej porze nie powinno się pić herbaty – tylko napoje procentowe. Ale przecież nie powiem tego na głos. Jeszcze mnie za alkoholika weźmie, albo coś. No ewentualnie pomyśli, że zechciałbym ją upić i później wykorzystać, ale ja nie z takich.
    — Nic takiego? – zapytałem. – Wybierz się z tym do lekarza…naprawdę, bo później wylądujesz w szpitalu, a tego bym nie chciał – chwyciłem ją za dłonie. Podniosłem je do swoich ust i pocałowałem. – Wiesz, że mi na tobie zależy, prawda? Jeśli nie, to teraz już wiesz…poza tym nie przeżyłbym gdyby coś ci się stało – nie no przeżyłbym. Nie ta to następna. Przecież nie będę rozpaczać tyle po jednej kobiecie.

    OdpowiedzUsuń
  64. — Nic się nie dzieje…nic się nie stało – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Przynajmniej sobie spokojnie wypaliłem kilka papierosów. W szpitalu palić nie pozwalali.
    — Ja? Znalazłbym kogoś na twoje miejsce? Nigdy w życiu, ciebie nikt nie zastąpi – uśmiechnąłem się lekko do niej. A przynajmniej na razie nikt ciebie nie zastąpi. Za jakiś czas to może i owszem…znajdzie się ktokolwiek. Ale teraz to na razie mam ją i jest dobrze, nie ma jej to też jest okej. Zaśmiałem się widząc jak Marietta przykłada do siebie ubrania i moduluje swój głos. Too było naprawdę takie zabawne. Podobało mi się to wszystko… Aż zaczęła mnie zastanawiać jedna rzecz. W sumie to chyba mógłbym to nazwać fetyszem jakimś… Ale nie ważne.
    — Od strony sceny? Z największą przyjemnością, pod warunkiem, że nie będę musiał recytować monologu Hamleta – zażartowałem. Dowcip trochę niskich lotów, ale jednak jakoś to wszystko było. Taki kawał okazyjny, bym powiedział.
    Przeszliśmy na scenę. Dziwne to uczucie było że tak się stało na tej scenie. Jeszcze jak spojrzałem na te rzędy widowni. To musiało być stresujące, oraz na swój sposób krępujące. W końcu…w końcu wszyscy patrzą na ciebie tu i teraz, mają cię jak na dłoni. Nie, zdecydowanie to nie dla mnie takie aktorstwo. Wolę latanie. Z góry wszystko jest mniejsze i przyjemniejsze.
    — To musi być dziwne uczucie, kiedy widownia jest wypełniona po brzegi. I ta świadomość, że tylu ludzi się na ciebie patrzy – powiedziałem cicho. Naprawdę ciekawie było tak stać, chociaż chyba mimo wszystko wolałem albo normalny grunt, albo pokład samolotu.

    OdpowiedzUsuń
  65. Uśmiechnąłem się delikatnie do niej. Podobało mi się to wszystko coraz bardziej. W sumie niektóre metody na stres są dobre. Chociaż nie wyobrażam sobie jakiegoś pilota, który ma lęk wysokości i wyobraża sobie, że nie jest w powietrzu. Albo marynarza z chorobą morską, który codziennie wmawia sobie, że wcale nie jest na morzu. Może to nijakie porównanie…ale jakieś zawsze.
    — Coraz bardziej podobają mi się teatry – powiedziałem, po tym jak pocałowała mnie w usta. Podobało mi się to, kiedy kobiety wiedzą czego chcą. Lubiłem to zdecydowanie. Poszedłem za nią, miałem nadzieje, że coś ciekawego nas czeka. Przecież chyba na samym zwiedzaniu teatru się nie skończy, prawda?
    — Cóż…mężczyzna też człowiek – powiedziałem cicho. – Ale i mężatki, matki też zdradzają – dodałem. Wiedziałem o czym mówię. Niektóre kobiety chciały po prostu przeżyć chociaż raz jakąś przygodę, chciały odejść od rutyny. Z mężczyznami było podobnie. Jednak sam osobiście chyba nie popierałem aby osoby będące w małżeństwie się zdradzały. Ja nie tkwię w małżeństwie więc jest o tyle dobrze.
    — Wiesz co…? – zapytałem i delikatnie pogładziłem ją po policzku. – Nie wiem czy bardziej podobasz mi się jako Julia, czy jako Marietta – zachichotałem. – Masz może jeszcze jakąś trzecią twarz? Równie piękną co te dwie, które już zdążyłem poznać? – zapytałem. Delikatnie zacząłem całować ja w usta, po chwili przeniosłem się na jej szyję. Trzymałem ją w pasie, nie za mocno, ale też nie za lekko. Jednak na tyle, żeby w razie gdyby coś mogła się odsunąć, czy też wyrwać. Gdyby…gdyby jednak nie chciała.

    OdpowiedzUsuń

  66. — Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie interesowało mnie to, sam nie chciałem nigdy małżeństwa. Nie interesowało mnie coś takiego, zdecydowanie wolałem taki seks bez zobowiązań, albo jakieś krótkie przelotne romanse. Mogły być nawet i trochę dłuższe.
    Kątem oka spojrzałem na teczkę, która upadła na ziemię. No naprawdę? Czasami mam wrażenie, że ona robi to specjalnie. Chociaż…nie było między nami zbyt wielu zbliżeń, ale no takie jakieś miałem wrażenie, że tak było. Ech…no cóż.
    Pokiwałem głową z niejakim niedowierzaniem.
    — Hmmm… to jak na Polaka to dobrze mu się powodzi – mruknąłem cicho. Wypiłem trochę wina i kieliszek zaraz odłożyłem na blat biurka. Położyłem swoją prawą rękę na jej biodro i uśmiechnąłem się pod nosem. – Czasami się zastanawiam, czy przypadkiem nie masz nikogo, bo nie chcę wierzyć w to, że taka piękna oraz inteligentna kobieta jest sama – szepnąłem jej do ucha. To działało na niektóre kobiety, może i na nią też tak będzie? Chociaż czy ja wiem? Może byłoby zdecydowanie ciekawiej, gdyby na nią niektóre rzeczy nie działały. Musiałbym wtedy się bardziej wysilić na to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  67. Podobało mi się to wszystko, naprawdę. Sam na sam z piękną kobietą, aktorką w teatrze. W gabinecie jej szefa…tuż obok wino. Nic tylko korzystać, prawda? Poza tym, naprawdę mogłoby być ciekawie, tego byłem pewny jak niczego innego.
    — Nie przepraszaj – powiedziałem cicho. Nie miała za co przepraszać. Przecież byliśmy sami…podobało mi się to. Nie widziałem żadnych przeciwwskazań, poza tym przecież nikt nie musi o tym wiedzieć, prawda? Prawda.
    — Przecież nikt nie musi o tym wiedzieć – powiedziałem cicho. Pocałowałem ją w usta. Prawą dłoń położyłem na jej udzie i zacząłem powoli wodzić nią po jej ciele. To tak bardzo mi się podobało. Nie mogliśmy tego całego spotkania skończyć na samym zwiedzaniu teatru i wypiciu lampki wina w gabinecie jej szefa. To tak być nie mogło, nie po to przecież się starałem żeby tak to się zakończyło…no chyba że powiedziałby zdecydowanie „NIE!”, to wtedy bym odpuścił. Ale nie w innym przypadku.
    — Podoba ci się to? – zapytałem muskając ustami jej szyję, lewa ręka wodziła po jej plecach, prawa po jej udzie. Na razie może nie będę szedł nigdzie dalej… Przynajmniej na razie…

    OdpowiedzUsuń
  68. (No cześć. Raisa jest ładna, bardzo ładna, mogłaby Timę uczyć polskiego, bo to cielę imo po rosyjsku, niemiecku...xD Chętnie powątkuję!)

    OdpowiedzUsuń
  69. Pokiwałem głową, cóż było i tak. Pamiętam, że ja i dziadek też nie mogliśmy się przyzwyczaić do tego, że mojej babci a jego żony już nie ma z nami. Pierwsze tygodnie były naprawdę najgorsze. Ale chyba i tak łatwiej jest przyjąć czyjąś śmierć podczas wojny…niż podczas pokoju, kiedy osoba wcześniej była zdrowa i to wszystko...tak nagle. Niemalże z dnia na dzień.
    Tutaj też tak może być, bo to łapanka, albo pijany Niemiec przejdzie i strzeli…albo na Gestapo. To wszystko na swój sposób „usprawiedliwiało” śmierć.
    — Zawsze możesz zostać starą panną – powiedziałem uśmiechając się nieco złośliwie. – Ja jestem starym…niekoniecznie kawalerem, bo mam kogoś…ale jednak jestem stary – oznajmiłem pół żartem pół serio. Miałem jakiś tam dystans do siebie, więc było całkiem, całkiem…
    — Poza tym owszem…wojna to nie jest najlepszy czas na miłostki – przytaknąłem. – I na przyjaźnie też… - dodałem. Chociaż miałem przyjaciół…ale w dużej mierze byli to przedwojenni przyjaciele, osoby którym ufałem bezgranicznie. Ci poznani podczas wojny to…współpracownicy…no może byli dobrymi znajomymi, ale de facto nikim więcej. Może z czasem…będę mógł powiedzieć że to koledzy, albo przyjaciele.

    OdpowiedzUsuń
  70. — Nie bój się – powiedziałem. – Nie wykorzystam – znaczy się może i wykorzystam, ale to po czasie. Ja nie z takich co to od razu po jednej nocy uciekam do innej…znaczy się czasami tak robię…robiłem. Ale sporadycznie! – Nie zniknę…znaczy się…przynajmniej teraz, kiedy jestem daleko od frontu, a to może zmienić się z dnia na dzień – taka była prawda. Teraz byłem tu w Warszawie a za dwa dni mogłem być w Charkowie, albo w Paryżu. W sumie…to przecież Francuzki brzydkie nie są…no i one to chyba nawet i chętniej do oficerów lgną.
    — Znaczy się…na swój sposób jest to uzasadnione. Obawa…każdy się czegoś boi. Ty obawiasz się pozostawienia i odrzucenia…oraz chyba ulokowania uczuć w kimś niewłaściwym – powiedziałem i spojrzałem na nią. Teraz to chyba będę rozpatrywał kilka innych rzeczy. W sumie to…piękne i zgrabne paryżanki mi przed oczami się pojawiają.
    Wino, kolacje i wieża Eiffla w tle, albo Łuk triumfalny…ewentualnie pola Elizejskie. To bardzo przyjemna sceneria…no i też jest tam ciepło. Chociaż Włochy to tez nie jest najgorsza opcja…

    [Ogólnie to Valentin miał albo nie dożyć końca wojny bo albo zostałby zestrzelony, albo sam by się "zestrzelił"... Albo miałby w niedługim czasie trafić na któryś z frontów i trafić do niewoli alianckiej. Więc nie wiem....tak szczerze powiedziawszy.]

    OdpowiedzUsuń
  71. (Myśl jest znakomita, propozycja jeszcze lepsza, mam też od siebie myśl - co byś powiedziała na to, by przyłapani przez Niemców musieli udawać małżeństwo? :D Potem "mąż" by zniknął...i znowu wypłynął? Tylko musiałabyś zacząć.)
    Artemij

    OdpowiedzUsuń
  72. Widząc ją, Artemij wstał, zakłopotany. Wiedział niby, że Nina Piotrowna - zaciekła komunistka, agentka GRU i członkini wszelkich możliwych organizacji partyjnych - ma córkę, ale żeby aż tak ładną?
    Słuchał uważnie ich rozmowy, żeby nie wyrwać się z niczym bzdurnym, nie pasującym do sytuacji. Ogrodnik za oknem właśnie zajmował się obficie rosnącym trawnikiem - przycinał go, żeby nie zmienił się przypadkiem w amazońską dżunglę sięgającą ludziom do pasa.
    Podszedł bliżej do Raisy, po czym ucałował ją delikatnie w dłoń na powitanie. Wot, dżentelmen się znalazł...Ale chciał być miły wobec kobiety, której matka udzieliła mu gościny pod swoim dachem po tym, jak trafił tu w takich, a nie innych okolicznościach. Ukłonił się uprzejmie.
    -Zdrastwuj, Raisa, mienia zawut' Artemij Aleksandrowicz Błagowieszczenski-przedstawił się z zawadiackim uśmieszkiem, który zdaniem wielu kobiet pasowałby dobrze zarówno do anioła, jak i do diabła. On sam jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiał, nie interesowała go za bardzo opinia innych ludzi. Chciał tylko wyjść z tego wszystkiego żywy. I tyle.
    -Kakoje wasze otcziestwo?-zapytał po chwili, widząc na poły zgorszone, na poły rozbawione spojrzenie Niny Piotrowny. Nigdy nie poznał jej męża, a nie miał czasu jej o to zapytać, gdyż zrzucono go tu dopiero dwa dni temu, z czego jeden w większości przespał, a drugi musiał spędzić w piwnicy, gdyż przyszli Niemcy. Zresztą...zwracać się do prawie obcej mu kobiety po imieniu? Ojciec by go chyba zabił za sam pomysł, o ile oczywiście przeżyje łagier i wojnę...I o ile jeszcze żyje.
    Westchnął, wyprostował się. Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy.

    Artemij

    OdpowiedzUsuń
  73. — Zaryzykowałbym stwierdzeniem, że jakieś – uśmiechnąłem się lekko i puściłem jej oczko. Po zjedzonej kolacji zaoferowałem, że pozmywam naczynia. No cóż, jakoś sobie w życiu musiałem radzić, tak więc gąbka, kran z wodą i jakimś płynem nie był mi obcy. Przynajmniej trochę odciążę gospodynię.
    Później poszedłem się trochę odświeżyć. W sumie to gdybym mógł to nie patrzyłbym na swoje ciało. Teraz z raną na ramieniu, oraz chyba setką mniejszych i większych blizn. Ech…że też jakakolwiek kobieta jest ze mną i nie brzydzi ją seks, ze mną. To jest chyba niepojęte. Ja tego nie pojmuję, nie ogarniam.
    — Nie znam się na relacjach rodzinnych – powiedziałem siadając na swoim łóżku. Położyłem przy okazji równo złożone spodnie oraz koszulę w nogach łózka. – Nie miałem nigdy rodziny… - bąknąłem. – Poza tym, powiedz mi co ja mogę? Co mam zrobić? Zabić, czy może przesłuchać? - zapytałem. Nie do końca wiedziałem, czego ode mnie oczekuje. Czego konkretnie chce.
    Położyłem się na łóżku. Na plecach, pod głowę podłożyłem zdrową rękę. Lekko zgiąłem w kolanie prawą nogę. Westchnąłem cicho…jakoś nie chciało mi się spać.
    — Właściwie…właściwe dlaczego mi to powiedziałaś? – zapytałem i spojrzałem na nią. – Wiesz kim jestem…nie boisz się, że to jakoś wykorzystam przeciwko tobie? – mówiłem niemalże szeptem, jakby w obawie, że gospodyni mnie usłyszy.

    OdpowiedzUsuń