niedziela, 1 stycznia 2017

Nasze picie skraca życie #2

Martin obudził się, jak co dzień, w swoim mieszkaniu. Spojrzał na znienawidzony mundur i cicho westchnął. Powoli miał dosyć wszystkiego. Do tego ta ostatnia sytuacja z Anwardenem. Do tej pory nie wiedział co go podkusiło aby pić z tym, pożal się Boże, hrabią. To było po prostu nienormalne! Do tego jeszcze te pięćdziesiąt tysięcy reichsmarek, które wypłacił na nazwisko Rity.
Idąc do salonu, potknął się o coś. Już miał krzyczeć na psa, kiedy zauważył, że potknął się o walizkę. Nie czekającdłużej, postanowił ją otworzyć. Zaraz jednak szybko ją zamknął. Zamrugał szybko oczami i jeszcze raz podniósł wieko, a potem spojrzał do środka walizki.
- O kurwa jego mać...- powiedział, wpatrując się w zawartość przedmiotu. Szybko się ubrał i pojechał razem z walizką do Matthiasa. W końcu i on miał też niejakie problemy.
Takim więc sposobem znalazł się o godzinie dziewiątej rano przed domem Anwardenów. Drzwi otworzył mu właściciel.
- Matthias, jest sprawa...ważna.- wskazał mu wolną dłonią  na walizkę. - Wolałbym nie rozmawiać o tym na zewnątrz. No człowieku...no...ważna sprawa! Cholernie ważna sprawa!
- Czekaj moment, czekaj - Matthias von Anwarden potarł oczy, aby się obudzić. Zaprosił go gestem, aby wszedł do środka, po czym zamknął za nim starannie drzwi. Miał już na sobie mundur gestapowca, świeżo wyprany, a nos - o zgrozo i o dziwo zarazem - już wyglądał w miarę normalnie. Właśnie miał wychodzić do pracy, na co wskazywała dość ciężka teczka oparta o jedną ze ścian; mimo to przybycie bratanka generała znamionowała spóźnienie się do pracy. Kolejne haniebne niedopatrzenie, tak niegodne dla jego aryjskości i jego wyrobionych zasad! Jęknął w duchu, widząc, co ze sobą przyniósł. Weszli po schodach wyłożonych dywanem, minęli sypialnie głęboko uśpionych sióstr Matthiasa i - po krótkiej chwili znaleźli się w gabinecie Sturmbannführera. Było to proste, zwyczajne miejsce, z typowym umeblowaniem i ładnymi, jasnymi ścianami. Oprócz portretu führera nie było tu nic partyjnego, żadnych swastyk, dekoracji, nic. Prócz tego na ścianach znalazła się szpada jakiegoś pradziadka Anwardena, no i fotografia samolotu, którym nieboszczyk Reinhard zwykł latać.
- O co chodzi? Tylko mów cicho, dziewczęta jeszcze śpią - uprzedził go szorstko blondyn.
- Dobrze.- powiedział niemalże szeptem Martin.
Major położył skórzaną walizkę na blacie biurka. Spoglądał przez chwilę to na Matthiasa, to na ten niepozorny przedmiot. Cicho westchnął i nieco drżącymi rękami otworzył walizkę. Drżenie rąk nie było wbrew pozorom spowodowane odstawieniem na jakiś czas Pervitinu. Rommel był po prostu zdenerwowany. Wiedział, że teraz stryj mu nie pomoże, Canaris też, Oster i Koch nie będą się zbliżać do tej sprawy...
Odwrócił w stronę Matthiasa otwartą walizkę wypełnioną pieniędzmi.
- Przelicz...- jęknął cicho. W jego głosie można było usłyszeć niejakie zrezygnowanie. - Przelicz, bo jak chodzi o większe sumy to się gubię. Poza tym słabo liczę.- powiedział niemalże odruchowo. Tak naprawdę to wcale mu się nie chciało liczyć tych pieniędzy, ale miał jakieś niejasne przeczucie...
Matthias posłał mu spojrzenie pod tytułem "DUREŃ JESTEŚ, I TYLE." Ponieważ jednak tak ładnie go poproszono, siadł wygodnie i zaczął przeliczać pieniądze. Banknoty migotały mu w dłoniach, przemykały się z cichym szelestem między wprawnymi jak u starego kasjera palcami gestapowca. Trwało to około pół godziny.
- Dwadzieścia tysięcy reichsmarek. - oznajmił. - Nowiutkie, co nie? Wątpię, żeby tyle wynosiła twoja wypłata, zatem podejrzewam, że są to te pieniądze, które podjąłeś...w sumie licho wie, z jakiego banku. Ale w grę wchodzi jedynie Kraków, tutejszy Deutschbank raczej nie jest tak liberalny...
Martin usiadł i nie mogąc opanować nadmiernego drżenia rąk zapalił. Porządnie sie zaciągnął i po dosyć dłuższej chwili wypuścił szary kłąb dymu z ust. Czekał na werdykt. Zresztą w taki stanie, to nie mógłby się skupić na liczeniu pieniędzy.
- To prawie tyle, ile wypłaciłem...wypłaciliśmy pamiętnej nocy, której nie pamiętamy.- powiedział z niejakim spokojem. Spoglądał na gestapowca i lekko przygryzł wargę w niejakim zamyśleniu.- Co robimy?
- Nie mam zielonego pojęcia, zresztą to twoje pieniądze. Albo oddaj to Ricie z pocałowaniem ręki, albo wpłać to na wojsko walczące na froncie wschodnim, albo, nie wiem, daj mi coś za fatygę - mruknął zjadliwie Matthias. Świetnie wiedział, że Martin się z nim nie podzieli, zresztą gdyby to zrobił, zapewne spadłby z krzesła. Przymrużył lekko oczy, zapalając z uwagą cygaro. Po krótkim namyśle wolną ręką wydostał z szuflady paczkę Juno i rzucił ją centralnie w twarz Rommla, nie gubiąc przy tym cynicznego uśmieszku. Drugą dłonią trzymał przyjemnie dymiące cygaro.
Na szczęście Martin zdążył się osłonić ręką przed lecącą w jego kierunku paczką Juno. Zapewne dzięki temu uniknął pięknego lima pod okiem.
- Weź mnie, kurwa jego mać, nie drażnij.- warknął.- Ty mnie lepiej powiedz, jakim sposobem to znalazło się u mnie w mieszkaniu?- zapytał i spojrzał na niego. Do jego ust powędrował zapalony papieros. Ręką wolną od papierosa podrapał się po głowie.- I zastanawia mnie jeszcze jedno...- zaciągnął się i po chwili wypuścił papierosowy dym z ust.- Jeśli ja to przytaszczyłem, to skąd ja to wziąłem. Raczej nie kradnę...- wolał przemilczeć mało chlubny epizod z jego życia.- Poza tym...- przez chwilę się zastanawiał.- Nie, nie ma nic poza. Pojedziesz ze mną do Krakowa? W końcu ty też miałeś w tym wszystkim swój udział, a wolę mieć przy sobie, kogoś kto ewentualnie mi uratuje tyłek.- uśmiechnął się nieco do Matthiasa.
- Najwidoczniej po prostu po wypłacie włożyłeś pieniądze do walizki i tutaj przywiozłeś - westchnął von Anwarden. Po chwili przeszedł do rzeczy praktycznych: - Ostbahn do Krakau odchodzi o szesnastej. Widzimy się na dworcu. A teraz idź już i załatwiaj urlop, choć po ostatniej aferze raczej ci go nie udzielą...Sam muszę iść do pracy.
To rzekłszy, pożegnał się z Martinem i udał się do swego miejsca zatrudnienia, którego - jeśli miał być szczery - nienawidził. Kto normalny znajduje przyjemność w tłuczeniu obcych ludzi po pysku, nawet, jeśli to wrogowie Rzeszy?! Wrogów państwa niemieckiego należało, wedle Matthiasa, eliminować za pomocą sprytnych intryg. Wszak Polacy to urodzeni konspiratorzy, potrafią zawsze kombinować i knuć. Daj im kartkę, grafitowy ołówek i tępe nożyczki, a zrobią z tego bombę atomową...
Cóż, bomba atomowa zapewne wybuchnie w dowództwie, kiedy Martin złoży wniosek. Na samą myśl o tym aż się uśmiechnął.
Martin zaśmiał się nieco szyderczo, słysząc wywody Matthiasa. "Zadzwoń, weź urlop"...tak pewnie zrobiłby każdy, ale nie pan major, który myślał zdecydowanie innymi kategoriami.
- Ty chyba jesteś nienormalny, myśląc, że wezmę i sobie urlop zmarnuję.- postukał się w czoło w trakcie czułego pożegnania. - Widzimy się na peronie.
***
Po powrocie do domu zadzwonił do swojego szefa i opowiedział o tym, ze musi jechać natychmiast do Krakowa. Oczywiście sprawa była tak bardzo ściśle tajna, że major ograniczył się do wyjaśnienia, że jakiś informator, że cośtamcośtam... Posłużył się swoimi umiejętnościami dziennikarskimi. Tak więc obeszło się bez wykorzystywania urlopu. Następnie zadzwonił do pewnego młodego Polaka, który po Niemiecku gadał tak dobrze jak rasowy Aryjczyk i poprosił aby podał się za jakiegoś podoficera, który zadzwoni za kilka minut do Kocha i powie, że major Rommel został wezwany do Krakowa i wróci najdalej za dwa dni.
Zadowolony z siebie major zdążył jeszcze się przebrać w coś co nie było niemieckim mundurem, napisać krótki list do stryja, poprosić Hazerskiego, aby przygarnął na czas swojej nieobecności psa i wyruszyć na peron.
Oczywiście chyba nikt nie zdziwiłby się, że Rommel jak zwykle zjawił się nieco spóźniony. Ale to było tylko pięć minut, więc nie czepiajmy się.
Ubrany w jasny prochowiec i o odcień ciemniejszy garnitur przemierzał z walizką pełną pieniędzy dworzec. W oddali zobaczył Matthiasa. Uśmiechnął się pod nosem - w końcu tak jednak mimo wszystko lubił go denerwować.
- Jestem.- powiedział z lekkim nieco przebiegłym uśmiechem.- Powiem ci, że nawet proste to wszystko było.- dodał po chwili milczenia i wyciągnął papierośnicę, którą dostał w prezencie od Wernitza. Nie obchodziło go, skąd gestapowiec ją miał. Wyciągnął papierosa i spojrzał na Matthiasa.
- Chcesz?- zapytał i podsunął w jego kierunku połyskujący przedmiot. Zaraz też wyciągnął zapalniczkę...tym razem prezent od dziadka i zapalił.- Tak właściwie to z którego peronu odjeżdża nam pociąg?
Gdyby wzrok mógł zabijać, Martin już rozkładałby się żywcem na peronie. Wściekły Matthias szarpnął towarzysza za ramię, po czym odwrócił go twarzą w stronę olbrzymiej cyfry 2 wiszącej obok zegara.
- Gdzieś ty do szkoły chodził, potworze jakiś, że nawet czytać nie umiesz?! - wycedził z furią przez zęby. - Oczywiście, że z...
Dalszy wywód zakłócił mu jednak stukot kół pociągu oraz hałas towarzyszący hamowaniu.
- A kto powiedział, że nie umiem?- zapytał oburzony. Przeczekał chwilę, aż hałas nieco przycichnie.- Poza tym proszę mi nie przypominać mojej oceny z matematyki. Byłbym ci za to bardzo wdzięczny.- burknął. Spojrzał na zegarek. Uśmiechnął się nieco.- Chodź lepiej do przedziału...to znaczy poczekajmy chwilę aż ludzie wyjdą.- pokiwał głową i obserwował nieco ludzi.
Kiedy tłum nieco się przerzedził, major nie patrząc na swojego towarzysza poszedł w kierunku pociągu. Oczywiście pilnował walizki jak oka w głowie. Jak ostatniej tabletki Pervitinu...jak... a nie ważne.
Rommel usiadł w jednym z przedziałów. Zastanawiał się czy podróż bardzo będzie mu się dłużyć. I oczywiście rozmyślał nad tym aby jakoś zdenerwować Matthiasa.
***
Podróż mijała im milcząco i grobowo. W Krakau Matthias zainstalował się w jakimś "hotelu" - hotel, też coś! Właścicielka, gruba i miła staruszka po sześćdziesiątce, której nazwiska natychmiast zapomniał (ale Niemka, to najważniejsze), dbała o niego jak o własnego syna. Zadeklarowała chęć zaopiekowania się jego walizką, na co Matthias przystał - tym chętniej, że nie miał tam nic poza osobistymi drobiazgami typu bielizna czy szczoteczka do zębów. Po krótkim wypoczynku oficer wyszedł na miasto, zastanawiając się, czy rzeczywiście tu byli. A jeśli tak, to kto może to potwierdzić? I czy prawdą jest, że tutaj też zaszaleli?
Miał nadzieję, że nie.
Martin zameldował się z kolei u znajomej kobiety, żony pewnego pułkownika. Pomagała mu nie raz nie dwa, ale,co najważniejsze, była w konspiracji i wiedziała, co w trawie piszczy, więc mógł zapytać o te dziwne pogłoski dotyczące jego i Matthiasa - a właściwie: czy to prawda, co powiedział Wernitz, że byli tutaj i o tą całą resztę...
Spacerował po rynku. Spacerował i wspominał dawne czasy. Te przedwojenne i te całkiem nieodległe. Bo czy rok to dużo? Raczej nie. A przecież minął rok od momentu, kiedy przerzucono go do Warszawy.
W pewnym momencie wpadł na jakiegoś człowieka.
- Patrz, jak łazisz -warknął po niemiecku lustrując wzrokiem człowieka. Że też musiał wpaść na Matthiasa. Ale w końcu wiedział, że będzie musiał go zacząć szukać. A tak...tak wiedział i mógł się zapytać towarzysza o coś.
- Że też musiałem wpaść na ciebie.- warknął.- Powiedz gdzie się zatrzymałeś.
- Mieszkam w pensjonacie pani von Glass...Rass...Rassteiner...kurwa, zapomniałem nazwiska, ale ważne, że to ten biały dom zaraz za tym dużym budynkiem biblioteki - uświadomił go zirytowany Matthias. Zgasił niespiesznie papierosa, po czym skierował się nieco bardziej w prawo, w jakieś kręte uliczki pełne domków i dość puste. Westchnął ciężko. 
- Dowiedziałeś się czegoś konkretnego?
- Toś kurde mi powiedział...- wywrócił oczami.- Ale jak tam, chłopie, trafisz, to będzie dobrze... jak się nie zgubisz w Krakowie, to będzie jeszcze lepiej.- zaśmiał się nieco.- Niestety, proszę ja ciebie, niczego konkretnego nie wiem. Co nie znaczy, że się nie dowiem. Tylko powiedz mi, czego konkretnie mam się dowiadywać. No co? Musze wiedzieć do kogo wpierw się udać aby coś wiedzieć.
- Dowiedz się, kiedy właściwie my tu byliśmy i co odstawialiśmy - westchnął Matthias. - Ja muszę się zorientować, jaka tu jest sytuacja i gdzie obecnie przebywa Rita, żeby na nas nie wyskoczyła jak diabeł z pudełka.
- Rita jest w...- zastanowił się na chwilę. Przecież nie może powiedzieć, że...- Jest u rodziny. Daleko od Krakowa.- uśmiechnął się. Spojrzał na zegarek.
- To w takim razie widzimy się za godzinę przy Sukiennicach.- powiedział, po czym zniknął w tłumie.
Już wiedział co ma wiedzieć. Ale, co najważniejsze, wiedział do kogo ma się zgłosić, aby owe informacje uzyskać.
***
Godzinę przeznaczoną do spotkania Matthias spożytkował na zgubienie się w mieście. Po raz kolejny. Chyba będę musiał kupić mapę -pomyślał z niechęcią. Po drodze wstąpił do lokalnej siedziby gestapo. Ich szef o długim nazwisku pozbawionym "von" i mało niemieckiej twarzy niemal natychmiast ukorzył się przed Sturmbannfuhrerem z Warschau, chociaż Matthias byłby w stanie przysiąc na wszystkie świętości, że na boku dusił się ze śmiechu.
Martin nieco porozbijał się po informatorach. Jednak nie uzyskał zadowalających go efektów. Nieco zrezygnowany poszedł w kierunku Sukiennic. Jednak coś go tknęło aby wybrać się do siedziby festapo. Jeden oficer o nazwisku Lothar mógł mu nieco pomóc. Szybkim więc krokiem zjawił się przed krakowskim Gestapo. Major mógł przysiąc, że wpuszczono go tam tylko i wyłącznie z niejakiej litości. Przemierzając korytarz zauważył Lothara idącego naprzeciw, a skądś doszedł do niego jeszcze głos Matthiasa. Spojrzał w lewo: von Anwarden szedł w jego stronę z jakimś innym oficerem gestapo. Rommel udawał, że go nie widzi i podszedł do Lothara.
- Miło cię widzieć,  Heinz.- powiedział.- Przyjacielu ty mój, powiedz mi...czy nie zjawił się u was taki oficer gestapo z Warschau? Idiota pewnie się zgubił...a wydaje mi się, że jeśli tak się stało, to przyszedł właśnie tutaj.- mówił na tyle głośno, aby Matthias usłyszał.- Nazywa się Matthias Anwarden.
Matthiasowi niemal natychmiast zapulsowała żyłka. Jak on śmiał wypominać rodowitemu stuttgartczykowi takie błahostki, jak śmiał snuć takie insynuacje?! Posłał Martinowi najbardziej śmiercionośne spojrzenie pod słońcem. Heinz Lothar zachichotał - i to wcale nie cicho. Chichoty rozległy się też od strony biurek stenotypistek i drzwi pilnowanych przez szeregowych, błyskawicznie jednak umilkły.
- ....Jakbyś chciał wiedzieć, to tu jestem, durniu. I, tak jak ty, szukam informacji.
- Tylko nie durniu, idioto!- odwarknął major. Nie będzie go od durniów przezywał. Tak być nie mogło!
- Zależy, o czym chcecie rozmawiać - zaśmiał się Lothar, ocierając mięsiste wargi i pucołowatą twarz chusteczką. Nie wyglądał na takiego, który musi stosować wojenne oszczędności.
- Wolałbyś nie wiedzieć...- westchnął Martin.- A ja chyba wolałbym zapomnieć.
Lothar spojrzał nieco zdziwiony na majora. Zaraz też spojrzał na Anwardena, jakby w oczekiwaniu, że ten coś powie.
- Co zrobiłeś, Martin?- zapytał tonem surowego ojca.
- Ja? Nic. Dlaczego tak w ogóle powiedziałeś? Przecież ja jestem odpowiedzialnym człowiekiem, który nie pakuje się w jakieś kłopoty.- powiedział z niejakim uśmiechem. Heinz tylko pokiwał głową z politowaniem.
- Słuchaj, Lothar, może chodźmy gdzieś usiąść czy cokolwiek? Sprawa jest dość...delikatna - zasugerował Anwarden. - I wolałbym rozmawiać nieco bardziej...na ustroniu.
Posłał wściekłe spojrzenie Martinowi, po czym zgasił wzrokiem jakiegoś szeregowego, który śmiał się z nich w najlepsze pod drzwiami.
"Rżyj dalej, gówniarzu, już ja cię poślę na front wschodni" - pomyślał ze złością. Tamten natychmiast, jakby odczytując jego myśli, natychmiast się wyprostował z miną pod tytułem "ja nic nie widziałem" i skupił się na podziwianiu zawiłości plam na ścianie.
Martin potarł nieco kark ręką. Zastanawiał się, co powiedzieć.
- Nawet bardzo delikatna. Sprawa warta...- zastanowił się na chwilę szukając odpowiedniego słowa.- Warta dużo...stawka jest wysoka...
- Chcesz pożyczyć pieniądze?- spytał Lothar, doskonale znając Martinowe przyzwyczajenia.
- Wręcz przeciwnie.- wypalił.- Ale może przejdziemy i porozmawiamy w twoim gabinecie?
Na szczęście Lothar nie zgłosił jakiegoś sprzeciwu i tak po chwili cała trójka siedziała w jego gabinecie. Może nieco zbyt ciemnym, ale na pewno przestronnym i dobrze urządzonym.
- Więc?- zapytał Heinz. Chciał wiedzieć, cóż to za delikatna sprawa.
- Ekhm, herr Lothar, może w takim razie pozwoli pan, że ja to wyjaśnię...- bąknął Matthias, po czym wziął się za udzielanie rzeczonych wyjaśnień. Wiele rzeczy pominął, opowieść jego skupiała się jednak głównie na tajemniczych pieniądzach znalezionych w mieszkaniu oficera Abwehry, wypadzie do Krakau, o którym - oczywiście - nie mieli pojęcia, no i o wydarzeniach godnych uwagi w tej sytuacji.
Lothar pokiwał głową i spojrzał na Martina, a następnie na Matthiasa.
- Czasami, Rommel, to ja się zastanawiam,jakim cudem jeszcze nie widziałem twojego nekrologu.- bąknął.
- Czasami  to ja się zastanawiam, jakim cudem jesteś w Gestapo.- warknął Martin.- Powiesz co wiesz? Czy mamy się zbierać i rozpowiedzieć na mieście, że nie wiesz co się na świecie dzieje?
Lothar spiorunował Martina wzrokiem. Widać było, że się w nim nieco gotowało.
- Wyjdź, Martin.- powiedział przez zaciśnięte zęby.
-...Nekrolog Martina zobaczycie na pewno, Lothar. I to przed końcem wojny. Rozumiem, że jemu nie udzieli pan wyjaśnień, ale mnie tak?
To rzekłszy, Matthias wskazał Martinowi drzwi. Kilka wycedzonych przez zęby, z silnym akcentem znamionującym pochodzenie z Stuttgartu, słów objaśniło jego towarzysza, że ma poczekać na zewnątrz na jego wyjaśnienia.
- Chcielibyście... Przeżyję tę wojnę.- uśmiechnął się przebiegle.- Ale jak tak bardzo chcesz zobaczyć mój nekrolog to wezmę ci i kredkami narysuję. I...z największą przyjemnością.- powiedział po czym wyszedł. Zaraz jednak otworzył drzwi  i spytał jeszcze: .- Ta stenotypistka, blondynka taka...to nie wiesz przypadkiem, Heinz, czy jest wolna?
Widząc jednak wzrok dwóch oficerów wycofał się i burknął tylko, że nie było pytania.
Przez całą rozmowę pomiędzy Lotharem a Anwardenem Martin walczył o względy pewnej całkiem ładnej blondynki. Kiedy to wszystko się skończyło i Matthias wyszedł z gabinetu, Rommel nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Był zbyt pochłonięty rozmową z nowo poznaną kobietą.
- Mein Gott, mein Gott, mein Gooooooooooooott! - jęczał Matthias, wychodząc od Lothara (po uprzedniej zapłacie za informacje trzema paczkami papierosów). Oparł się o ścianę, aby złapać dech w piersi. Piękna stenotypistka o niezwykłej, anielskiej urodzie i dłoniach zaplamionym tuszem od pieczątek, która przedstawiła się Martinowi jako Erika Engel, podbiegła z wypisanym na twarzy niepokojem do oficera, który wyglądał, jakby go zaraz jasny szlag miał trafić. 
- Herr Sturmbannfuhrer, czy coś się stało?
- Panno Engel, czy byłaby pani tak łaskawa i pozostawiłaby mnie i Martina...to jest, ekhm, majora Rommla sam na sam? Mamy do omówienia ważne sprawy Rzeszy.
"Ważne sprawy Rzeszy" zadziałały na Erikę o tyle otrzeźwiająco, że w popłochu wróciła na swoje stanowisko i ignorowała wszelkie późniejsze zaloty Martina. Być może bała się gestapowca?
***
Kiedy tylko wyszli, Matthias niemal siłą zaciągnął swego towarzysza do pensjonatu, który zamieszkiwał. Ponieważ właścicielka wyszła, a inni pensjonariusze albo wyszli, albo głęboko spali, mogli rozmawiać spokojnie. Niewielki, kremowobiały pokoik z meblami z epoki secesji, ozdobiony taniutkimi pejzażykami i obrazem jakiegoś secesyjnego, zapomnianego malarza, nadawał się do tego idealnie.
- Co cię, kurwa mać, podkusiło, żeby ciągnąć nas do POLSKIEGO BURDELU?!
- A MIAŁEM DO NIEMIECKIEGO?!- krzyknął.- Poza tym Niemki są brzydkie.- prychnął i skrzyżował ręce na piersi.- Nawet po pijanemu nie przespałbym się z brzydką Niemką. W ogóle z brzydką kobietą. Nawet gdyby od tego miały zależeć losy ludzkości.
 Rozejrzał się po pokoju, który nie przypadł mu do gustu. Zbyt wiele pejzaży i innych obrazów. Kolor ścian za jasny... Nie!
- To w sumie nie musiało być ze mną tak źle... Generalnie nic nie pamiętam, ale skoro zaciągnąłem nas do Polskiego burdelu, to musiałem być w miarę trzeźwy i musiałem mimo wszystko dobrze kontaktować.- zastanowił się nad tym wszystkim i spojrzał na Matthiasa.- Ale ty lepiej powiedz, do którego burdelu nas zaciągnąłem... chyba przeprowadzę tam kawałek jakiegoś śledztwa.
W końcu z Eriką nie wyszło...to może przecież zapłacić za godzinę...dwie...może za cała noc uciech cielesnych. W końcu było go stać. Co z tego, że to nie były jego pieniądze? Znalazł je. Więc teoretycznie też i przywłaszczył, a idąc dalej tym tropem, można zaryzykować twierdzenie, że po części jakby były jego, mógł więc trochę ich wydać.
Mógł i zamierzał tak właśnie zrobić. A później uciec i zaszyć się gdzieś w Bieszczadach. Uciec od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Plan idealny i genialny.
- Skąd mam wiedzieć, do którego? - warknął Matthias, wyjątkowo niezadowolony. Z polskich kurew korzystać, Boże, zmiłuj się... jak to dotrze do jego sióstr, to w domu ma murowaną awanturę. Nieboszczyk ojciec chyba z grobowca rodzinnego w Stuttgarcie wyjdzie i specjalnie przez pół Rzeszy do Warschau się pofatyguje, żeby syna durnia wystraszyć i z głowy mu dziwki wybić! 
Spróbował się uspokoić. Było ciężko.
- A to Lothar ci nie powiedział?- zapytał zdziwiony Martin.- A to skurwysyn...
 A już myślał, że dowie się gdzie to tak ładnie życia poużywał i wybierze się tam znowu. Może nawet...
Rommel uśmiechnął się nieco. Wyglądał jakby wpadł na jakiś genialny pomysł. Przymknął na chwilę oczy i po chwili je otworzył, o ile było to możliwe to uśmiech na jego twarzy sie powiększył.
- Mam pomysł.- oznajmił
- Lothar nie powiedział, w jakim konkretnie polskim burdelu, nie zapamiętał nazwy. Pił z nami, ale - o zgrozo - zapamiętał mnóstwo innych rzeczy. W tym ciebie, jak właziłeś na wieżę kościoła Mariackiego i próbowałeś odśpiewać coś w całkowitym negliżu, wychylając się z tejże wieży. Co gorsza, nie była to żadna pieśń partyjna, żadne tam "Panzerlied", gdyż gestapo chciało do ciebie strzelać i tylko wstawiennictwu Loth....
W tej chwili Matthias oniemiał. Czy Rommel właśnie coś powiedział po polsku?! I czy on właśnie miał pomysł?!
- ...jaki pomysł? - spytał słabym głosem, opadając bezsilnie na łóżko.
- Raczej nie chcesz wiedzieć.- powiedział.- Ale ja chyba wiem, co chciałem śpiewać. Coś mi tam świta.- nieco się uśmiechnął.- A poza tym o ile dobrze pamiętam, to byłem w samych gaciach... Więc nie byłem całkiem nago.
To powiedziawszy major usiadł na krześle i założył nogę na nogę. Po chwili też zapalił papierosa.
- ...masz rację. Nie chcę wiedzieć, oj, nie chcę. W tym jednym muszę się zgodzić. - patrzcie państwo, po raz pierwszy się w czymś zgadzają. 
Wziął głęboki wdech, po czym również się zaciągnął doskonałymi papierosami produkcji niemieckiej. Co prawda miał camele, ale zachodnie marki w ręku SS-mana nie brzmiały najlepiej. Westchnął ciężko. 
- To...ten...Z tego, co powiedział mi Lothar, wynika, że byliśmy jeszcze w kasynie oficerskim przy Rotstrasse 8. - objaśnił go nieco niechętnie. - Możemy tam pójść i to sprawdzić, ale jestem pewny, że raczej nie będą nas pamiętać...Chociaż ciebie z twoim debilizmem to na pewno.
Rommel wstał z miejsca.
- Idę dowiedzieć się nieco więcej.- powiedział.- Jakbym nie zjawił się rano, to mnie nie szukaj. Bo będzie wysoce prawdopodobne, że będę odsypiał.- westchnął cicho.- To ty idź do kasyna...a ja...a ja zajmę się innymi dużo ciekawszymi i mniej stresującymi rzeczami. Chyba, że chcesz abym ci towarzyszył w kasynie... Bo jak chcesz, to ja zawsze z chęcią. Tylko uprzedzam, że najprawdopodobniej znajdziesz mnie przy ruletce albo pokerze. No ewentualnie przy blackjacku.
- A idź w cholerę, Rommel, jak coś, sam wrócisz do Warschau. Sprawdź ten swój "pomysł", ja nie mam obowiązku cię pilnować - palnął bez zastanowienia Anwarden, po czym udał się do kasyna. Droga nie była daleka - owo miejsce rozpusty, jak się okazało, znajdowało się dość blisko, leżało bowiem zaraz za biblioteką, koszarami wojskowymi i jakimiś innymi ośrodkami. Na miejscu zastał wiele kobiet, jakichś Rottenfuhrerów grających w blackjacka i...w sumie nic poza tym.
- Dobra. Tylko zastanawiam się co się stanie jak się znowu zgubisz.- powiedział jeszcze na odchodne Martin, po czym wyszedł rozbijać się po burdelach. Przeczuwał, że to będzie bardzo długa noc... Ale dla świętego spokoju gotów był na takie poświęcenie. W końcu musiał wiedzieć, w którym to burdelu było i co tam robili. Dopiero za trzecim razem trafił do odpowiedniego przybytku. A tam dowiedział się samych ciekawych rzeczy...
Wrócił dopiero nad ranem. Właściwie to przemierzał Kraków z niejakim uśmiechem, może nieco chwiejnym krokiem. Ale nie pił, był bowiem w stu procentach trzeźwy. Pochwalił się w myślach za ten genialny pomysł. Musiał teraz dotrzeć do Matthiasa.
Na szczęście pamiętał drogę, więc trafił do pensjonatu bez większych problemów. Zastukał w drzwi od pokoju Matthiasa i czekał, aż właściciel mu otworzy.
- Jaaaaaa? - zamamrotał zmęczony Matthias, otwierając drzwi. Wyglądał jak siedem niewyspanych nieszczęść. Kiedy dotarło do niego, z kim rozmawia, wpuścił Martina bez słowa do środka.
- Tak, ty.- powiedział Martin wesołym aczkolwiek zmęczonym tonem.
Kiedy Matthias wpuścił go do środka, Rommel, nie czekając na pozwolenie, usiadł na krześle i zdjął swój prochowiec. Pod nim miał w połowie rozpiętą koszulę ze śladami szminki i na to niedbale narzuconą marynarkę. Uśmiechał się słabo.
- I jak? Dowiedziałeś się czegoś ciekawego?- zapytał. W przeciwieństwie do Matthiasa wyglądał na zadowolonego. Niewyspanego, ale zadowolonego. Ale czemu się tu dziwić? - Bo ja dowiedziałem się.- uśmiechnął się i wyciągnął jednego papierosa, którego zapalił. Lekko zaciągnął się dymem.
- Sporo przerżnęliśmy łącznie w pokera z wysokimi oficerami sztabowymi, przy czym podobno w miejscu publicznym zachowałeś się obscenicznie wobec małżonki jednego z nich. - Matthias spojrzał na niego z politowaniem mieszanym ze zgrozą. - Co gorsza, małżonka tegoż oficera zrobiła ci aferę.
- Mówisz?- spytał bratanek generała i uniósł brew.- Pięć tysięcy wydaliśmy w burdelu. Ty wiesz jak ja się namęczyłem?- zapytał retorycznie. Właściwie to było po nim widać to...hmmm...zmęczenie. A też można było się domyślić jaką technikę poszukiwań obrał Martin.
- Ale chłopie...co tam się działo...- rozmarzył się i uśmiechnął nieco.- A tak właściwie to ładna ta żona tego oficera?
- Dość ładna, ale zajęta. Czego się dowiedziałeś?
W naturze Matthiasa von Anwardena nie leżało skupianie się na pierdołach. Był człowiekiem konkretnym, służbistą, choć musiał przyznać, że piękna pani Ammann bardzo mu przypadła do gustu. Mimo wszystko pozasłużbowe romanse można zostawić Martinowi i jego głupocie.
- Zanim ci powiem...to powiedz mi, czy pamiętasz cokolwiek z naszej wizyty w burdelu...w tym polskim burdelu? I czy kiedykolwiek skorzystałbyś z tamtejszych usług?- zapytał major. Oczywiście uśmiech mu nie schodził ze zmęczonej twarzy.
- Prędzej bym się powiesił. - zawiadomił uroczyście Matthias. Jego rodzina zaliczała się do szlachetnych, eleganckich rodów starych Niemiec, które znały swoją wartość i swoje miejsce. Co prawda był też typowym mężczyzną, który potrzebował od czasu do czasu ulżyć sobie i swoim potrzebom, jednak ze swoimi kochankami (a miał ich dwie) zawsze był ostrożny, poza tym odpowiednio dobierał sobie partnerki. Uśmiechnął się na wspomnienie Szwedki-pielęgniarki i Niemki-sekretarki, pięknych i inteligentnych kobiet, z którymi spędzał magiczne chwile w prywatnym domu (nigdy w hotelu czy też w przybytku rozkoszy). Gardził tymi, którzy przechwalali się gustem i kunsztem swoich przypadkowych kochanek - pomijając już syfilis i inne choroby, których można się było nabawić, wszak należało być ostrożnym i nie zadawać się z byle kim! A na pewno nie z prostytutką byle jakiego pochodzenia.
- To ty nawet po pijaku debil jesteś!- niemalże krzyknął.- Debil i do tego alkoholik. Kiedy ty sobie piłeś wódeczkę, ja działałem na wszystkich frontach...- rozmarzył się.- Ale jak Boga kocham, ja cię zabiję za to, że mnie z tamtego burdelu niemalże siłą wyciągnąłeś!
 To było bestialskie ze strony Matthiasa, aby biednego Martina wyciągać z burdelu. Siłą wyciągać z burdelu!
- Ale przynajmniej teraz sobie to wszystko odbiłem.- uśmiechnął się.- I muszę ci powiedzieć, że jestem osuszony ze wszystkich sił... Aha i masz pozdrowienia od burdelmamy. Nie mam zielonego pojęcia, o czym z nią tam wtedy rozmawiałeś, ale kazała cię pozdrowić.- uśmiechnął się. Jeszcze nieco zaciągnął się papierosem. Dosyć długo będzie w świetnym humorze. W końcu...nieczęsto wybierał się do burdelów i korzystał z usług prostytutek. A już na pewno nie w takich ilościach! Częściej ograniczał się do swoich kochanek. 
Chociaż jakby tak nieco głębiej się zastanowić, to Rita nie była jego kochanką...ale zdarzyło się tak, że wylądowali kilka razy w łóżku. Za to Renate to co innego - ona była jego kochanką na pełen etat. Zresztą Martin miał słabość do ładnych kobiet. Czasami zastanawiał się, jak to się stało, że ani razu nie zdradził Celiny, kiedy byli ze sobą. To zakrawało o cud.
Odpowiedziały mu jedynie rozpaczliwe uderzenia Matthiasa głową w stół.
- Stół zniszczysz.- powiedział Martin widząc poczynania kolegi.
- Możesz mi za to powiedzieć ile tak dokładnie powiedzieć, w którym kasynie byliśmy.- uśmiechnął się nieco.- Mam genialny pomysł.
Po krótkiej chwili do canarisowego agenta dotarło jednak to, co mówił. 
- Nie jestem żadnym alkoholikiem! - zawył wniebogłosy z oburzeniem blondyn, poprawiając włosy. - To tylko ty chlasz ze mną jak najęty, a potem tak to się kończy! Zresztą...Co to za genialny pomysł, ZNOWU?!
- Co "ZNOWU"? Co "ZNOWU"?- zapytał.- Tylko uprzedzam, że to co planuje jest głupie, ale ma szansę powodzenia, wiec to nie jest głupie.- wyjaśnił dosyć szybko.- Bo skoro przegraliśmy dwadzieścia pięć tysięcy...a w walizce coś tam mamy, to możemy się odkuć. Wystarczy nieco ugadać się z krupierem. Albo...albo wybrać się do jakiegoś innego kasyna i w tym innym kasynie ugadać się z krupierem...albo poudawać krupiera i nieco się odkuć.- podrapał się w tył głowy.- Poudaję krupiera, a ty będziesz grał i ja zrobię tak, że wygrasz kilka razy dosyć spore sumy.
- Zaryzykuję - westchnął po chwili, namyśliwszy się dokładnie i w szczegółach, Matthias. - Ale musimy jeszcze jechać do Danzig, bo i tam byliśmy. Chociaż w głowę do tej pory zachodzę, po co tam jechaliśmy i w jakim celu.
- Ja się zastanawiam tylko nad tym, jakim cudem w ciągu jednej nocy udało nam się to wszystko zrobić.- jęknął Martin.- Aha...masz może jakiegoś znajomego w Danzig?  Bo jakbyś miał to byłoby fajnie i przyjemnie. I co robimy z tymi pieniędzmi co to mam w walizce?
- Um...Co do tych pieniędzy, to się nimi podzielimy... albo weźmiesz je i oddasz na front wschodni. Możesz też zwrócić Ricie jej oszczędności wojenne, które tak niefrasobliwie przepiliśmy. A co do Danzig...
Oficer przygryzł wargę, zastanawiając się nad tą strategiczną kwestią. Spojrzał uważnie na mapę tego miasta, którą przezornie kupił po drodze. Parę ulic brzmiało znajomo, ale...Nie, raczej nie.
- Przed wojną i aż do teraz nigdy nie byłem w Danzig. - wyjaśnił oględnie. - I nie mam tam żadnych znajomych, albo najwyżej poprosisz tą swoją pannę Erikę. 
W przytyku do nowej miłości Martina było dość sporo złośliwości. Panna Engel, córka prominentnego właściciela fabryk, które uniknęły zamknięcia ze względu na magiczne "kriegswichtig" i pracę dziewczyny dla partii, rzeczywiście była z pochodzenia gdańszczanką. Nie oznaczało to jednak, że mieli wykorzystywać jej dobroć i naiwność.
- A istnieje opcja numer trzy? Czyli nie dzielę się i przepieprzam je na głupoty?- odpowiedział z sarkazmem Martin.- Ta...jasne...bo mi jeszcze powie...ale czekaj, czekaj...mam pomysł. Tylko najpierw musimy zahaczyć o Sosnowitz albo Kattowitz. Chociaż czy ona mi pomoże? Przecież ona mnie zje tam żywcem... zresztą spytamy najpierw Eriki.
Major wolał nie wspominać o tej tajemniczej kobiecie z Sosnowitz albo Kattowitz. Był pełen obaw, że Julia go zabije...dlatego wolał się z nią jeszcze przez jakiś czas nie widzieć. A już na pewno wolał nie prosić jej o żadną pomoc.
Sęk leżał w tym, że już wspomniał i obudził niezdrową ciekawość Matthiasa.
- Kogo właściwie masz w Sosnowitz lub Kattowitz, nie licząc Hazerskiego? - zdziwił się. - I jaka ona, u diabła?
- Szczerze mówiąc, to wiele osób...- powiedział.- A ona...ona to stara bajka, nie warta wspominania. Ale powiem ci, że diabelnie piękna kobieta.- uśmiechnął się nieco na samo wspomnienie wyglądu Julii.
- I już wiem, dlaczego będzie chciała cię zabić.
- Dlaczego?- zapytał zaciekawiony
Nie udzielając na to pytanie żadnej odpowiedzi, Matthias wstał i wykonał szybki telefon. Po 20 minutach na miejscu objawiła się zarumieniona od jesiennego wiatru, rozgrzana biegiem i najwyraźniej podniecona całą historią Erika Engel.
Martin uśmiechnął się na widok Eriki. Niemalże z szybkością światła zarzucił na siebie marynarkę w taki sposób, aby nieco zasłonić ślady szminki i swoją w połowie rozpiętą koszulę.
- Um...guten Tag, herr Sturmbannfuhrer, herr Rommel - wyjąkała, zaczerwieniona po same uszy, skonsternowana dziewczyna.Wykonała szybki salut, po czym na zaproszenie Matthiasa usiadła na krześle, czekając na wyjaśnienia, po co ją właściwie wezwano.
- Witaj. Eriko...mam do ciebie pytanie.- zaczął nieco niepewnie.- Czy masz jakiegoś znajomego albo kogoś z rodziny w Danzig...kogoś, kto mógłby nas przenocować na jedną noc?
- Myślę, że tak, M...Martin - dziwnie jej było mówić do niego po imieniu. Udała, że nie zauważyła dyplomatycznego wyjścia "po papierosy", którym Matthias taktownie wycofał się z pomieszczenia. - Możecie się zatrzymać w willi mojego taty w Neue Gdingen. Ale Gdingen jest tak blisko Danzig, że w sumie to godzinę drogi, nie będzie daleko, no i łatwo podjechać! Zawsze na miejscu jest szofer i dozorca w jednym, Wilhelm Krockow, który pilnuje posesji, kiedy nie ma taty. Ale czemu...?
- Misja incognito,Eriko.- uśmiechnął się do niej.- Nie mogę ci więcej powiedzieć...ale wyniki naszej operacji mogą zaważyć na losach tysięcy istnień niemieckich żołnierzy...i nie tylko. Dlatego cię o to proszę. Ufam ci...i wierzę, że nikomu tego nie powtórzysz.
Wypadło mu to bardzo przekonująco i wątpił, by ktokolwiek zwrócił uwagę na fakt, że łże jak pies. Zresztą Rommel dosyć zręcznie kłamał.
Lata pracowania w wywiadzie  oraz egzystowania jako dziennikarz sprawiły, że kłamstwo pięknie wplatało się w prawdę. To tworzyło dosyć silną mieszaninę. Mieszaninę, którą było ciężko rozdzielić na "samą prawdę" i "czyste kłamstwo". To wszystko się przenikało...przeplatało. Każda część była ze sobą połączona.
Panna Engel zaczerwieniła się, po czym z największą ufnością i spokojem wydała Martinowi klucze do willi w Gdingen i zatelefonowała do Wilhelma, uprzedzając go o przyjeździe swoich znajomych. Rzecz była załatwiona, zatem młoda Niemka mogła opuścić pomieszczenie bez wyrzutów sumienia. Czerwieniła się, uśmiechała, podziękowała za zaufanie...i wróciła do siebie, zajęta myślami o przystojnym majorze, który zapadł jej głęboko w młode, uczciwe serce. Matthias widział to, ale tego nie skomentował. Nie był od tego, żeby czepiać się cudzego życia.
Kiedy kobieta wyszła Martin usiadł na krześle i przez chwilę ważył klucze do willi w ręku. Zaraz po tym zaśmiał się. Śmiał się i nie potrafił się uspokoić. Po chwili jednak nieco się opamiętał i zamilkł.
- Chyba nie ma bezpośredniego pociągu do Danzig?- zapytał.- Ani do Gdingen czy Zoppot. Chyba jest przesiadka w Warschau. Będę musiał zadzwonić do Hazerskiego.
Pokiwał głową i położył klucze na stół.
- Chyba z naszego duetu ty jesteś bardziej odpowiedzialny, wiec ty będziesz trzymał klucze do mieszkania ojca miłej Eriki, która nam je dała.- westchnął cicho.
-...I twój łeb też przechowam, jak ci go urwą za sprawianie problemów Rzeszy w okresie wojny - mruknął zjadliwie Matthias, zajęty zaciąganiem się cygarem. Na wzmiankę o kluczach wyciągnął lewą, wolną rękę, prawą wciąż trzymając oryginalne kubańskie cudo, zabytek jeszcze sprzed wojny i oszczędzany troskliwie na czarną godzinę. - Ale...Czekaj, po co chcesz dzwonić po Hazerskiego, bo tego to już nie zrozumiałem? Chyba że chcesz, żeby zahaczył o Kattowitz.
- Spokojnie...nikt niczego się nie dowie.- powiedział z pełnym przekonaniem. Podał Matthiasowi klucze do mieszkania.- Nie, nie chcę. Chcę aby podał mi numer do pewnego znajomego, który ma znajomego, który ma siostrę, która ma klucze do mojego starego mieszkania. Potrzebuję jakieś ciuchy, a znając mnie to tam pewnie coś będzie.
To był Martin Rommel. A Martin Rommel z pewnością myślał inaczej niż wszyscy inni ludzie.
Matthias tylko głęboko westchnął. 
- .....a nie masz książki telefonicznej? Albo tego numeru w jakimś notesie...?
Czasami naprawdę zastanawiał się, z jakimi ludźmi przyszło mu żyć na tej ziemi.
Martin zaśmiał się.
- Ta...jasne...- prychnął.- Prościej będzie zadzwonić do Hazerskiego.- pokiwał nieco głową.- A mogłem wziąć mój osobisty komplet kluczy...Tak to nie musielibyśmy się bawić w dzwonienie. Ale daj mi trzy minuty...wszystko ogarnę. Poza tym i tak musiałbym zadzwonić do niego wcześniej czy później.
- No to dzwoń, idę ogarnąć rzeczy. - westchnął Matthias, kiwając głową. - Zresztą ciuchy zawsze mogą ci przysłać z Warschau, ale co ja się znam.
- Ale tak czy siak zahaczamy o Sosnowitz...albo Kattowitz... Poza tym nie ufam poczcie.- odparował z zadowolonym uśmiechem major Rommel.
Tak więc Martin poszedł zadzwonić. Efekty rozmowy były więcej niż zadowalające. Jeszcze tylko poszedł do mieszkania, w którym się zatrzymał i zabrał walizkę. Po niecałej godzinie był z powrotem.
- Wszystko załatwiłem,co załatwić miałem....- powiedział z niejakim uśmiechem.- A ty? Załatwiłeś wszystko?- zapytał z grzeczności.
- Tak, jestem gotów - Matthias wskazał ruchem głowy na walizeczkę. - Przy okazji, przypomniało mi się jeszcze coś. Wallenstein, oficer, którego ogrywaliśmy, i Lothar wspominali, że mówiłeś coś o jakiejś Julii. To o nią się zahaczamy w Kattowitz albo Sosnowitz, tak? Poza tym mówili, że miałeś tam coś wysłać, tylko nie wiemy, co właściwie wysłałeś. I trzeba ustalić, jaki dokładnie szyfrogram podesłałeś Canarisowi, że aż dostał szału.
Sprawa rozwścieczonego admirała ciążyła nad nimi na kształt chmury, z której lada chwila wypaść mógł piorun.
- Nie...nie zahaczamy o nią. Powiem więcej, unikamy jej jak ognia.- powiedział szybko.- Ona mnie zabije...albo pogrzebie żywcem. Pogrzebie mnie żywcem, ale najpierw mnie zabije.- spojrzał na Matthiasa.- Nie trzeba...przynajmniej ja na trzeźwo nie pokażę się Canarisowi. Ja to tak właściwie to uciekłbym gdzieś z tymi pieniędzmi i zaszyłbym się i żył w spokoju... Do takiej Szwajcarii bym uciekł...Na takich nartach bym sobie pojeździł...
- Ale będziesz musiał się pokazać admirałowi, bo to będzie rozkaz. - blondyn przerwał bezczelnie marzenia swego ciemnowłosego towarzysza. Miał twardy, stanowczy wyraz twarzy. Westchnął.
- A jakbym tak umarł, to rozkaz byłby nadal aktualny?- spytał brunet pogodnie. Coś ciężko mu myślenie przychodziło.
Kilka godzin później znajdowali się już w Sosnowitz. Ponieważ okazało się, że podany przez Hazerskiego adres jednak znajduje się w Kattowitz, właśnie wsiadali do dorożki. Problem jednak pojawił się na horyzoncie, a miał on postać ślicznej, filigranowej kobiety o czarnych włosach, niebieskich oczach, prostym nosie, idealnych rysach i prawdziwej furii wypisanej na twarzy.
- Jeżeli to twoja Julia, to mnie tu nie ma - bąknął Matthias, starannie poprawiając mundur. To rzekłszy, wsiadł do dorożki.
Widząc czarnowłosą piękność Martin w momencie się przeraził. Dlaczego Julia musiała akurat teraz przechodzić tą drogą? Dlaczego?! W jednej chwili zajął miejsce obok von Anwardena.
- Panie jedź pan szybko...jeśli nie chcesz mieć nas na sumieniu.- powiedział szybko po polsku.- Jeśli nie chcesz widzieć jak ta piękna czarnowłosa nas morduje...i pana przy okazji pewnie też.
Wystraszony dorożkarz zaciął konie. 
- Panie, kto to taki? - spytał ze zdziwieniem.
- Moja była.- skłamał...chociaż nie do końca. Martin oddychał ciężko, chyba jeszcze w życiu tak bardzo nie bał się jakiejkolwiek kobiety.
- Obawiam się, że jedzie za nami - bąknął Matthias, po czym krzyknął: - Podwójna stawka, jak będziemy przy Neuestrasse 4! 
Wystarczy powiedzieć, iż dorożkarz zaciął konie tak gwałtownie, że Matthiasa i Martina wgniotło w siedzenia. Gestapowiec widział w swym życiu wiele. Był świadkiem krwawych przesłuchań, kampania wrześniowa i francuska nauczyły go wielu prawd o człowieku i jego zdolnościach, rozwiązał kilka zagadek kryminalnych z korzyścią dla Geheimestaatzpolizei, ale nigdy - odkąd żył - nie uciekał tak panicznie przed kobietą. Co prawda, kobieta ta była potężnie wściekła.
Po chwili Martin niejako doszedł do siebie.
- Dobra, skręć pan teraz w lewo.- ledwie wykonali manewr, tuż obok nich przejechał samochód.- W prawo...
- Panie, ale to nie po drodze.
- Jedź pan, do kurwy nędzy, w prawo!- niemalże krzyknął Martin, po czym nieco nerwowo się obejrzał za siebie.- W lewo...prosto. Zaraz znowu w lewo...w prawo...raz jeszcze w prawo.
 Gdy po dłuższym czasie obaj oficerowie obejrzeli się za siebie, nikogo za nimi nie było.
- No to ładnie... udało nam się.- zmęczony Martin przetarł wierzchem dłoni swoje czoło. Dorożkarz nieco zwolnił i po chwili się zatrzymał.
- Poczekaj pan moment, zaraz przyjdę.- powiedział Rommel, wychodząc. Zaraz zniknął w jednym z "familoków". Upłynęły ledwo trzy minuty a major był z powrotem.- To teraz jedziemy na...- zastanowił się nieco.- Na Modrzejowską w Sosnowcu.- powiedział. Nie chciało mu się szukać niemieckiego odpowiednika.
Matthias siedział cały czas spokojnie, nieporuszony niczym skała. Od czasu do czasu ocierał jedynie pot z czoła, który był jedynym wyraźnym znakiem jego poruszenia i niepokoju. Szczególny niepokój! Powiedzmy sobie szczerze, był to paniczny strach. Dorożkarz uderzył lekko licowego batem po zadzie, powodując tym samym, że ospały kłusak ruszył z miejsca wręcz galopem.
Martin spojrzał na Matthiasa.
- Nie mów mi, że się wystraszyłeś.-powiedział do towarzysza i nieco się uśmiechnął. Udawał, że to nie zrobiło na nim wrażenia. Chciał usłyszeć Matthiasa. Ciekawy był, co mu odpowie pan z Gestapo.
- A ty byś zachował spokój Arystotelesa, kiedy goni cię rozwścieczona czarna furia? - spytał szorstko złotowłosy Niemiec, siadając wygodniej w dorożce. Wyjrzał na chwilę z ciekawości przez okno, szybko jednak cofnął się w głąb pojazdu.
- Mimo to nie powiedziałem, że nie jestem wyluzowany. O wiele bardziej martwi mnie kwestia Gdingen.
- Ale ty się nie martw. Ja wszystko załatwię i obcykam.- powiedział i klepnął towarzysza w ramię.- Poza tym szybko wezmę swoje rzeczy i znikamy. No nic złego się nie może przecież stać! Ale gdyby jednak coś się stało i Julia chciałaby mnie zabić a tobie wydłubać oczy to weź ją zastrzel.- dodał.
Rommel wcale się nie bał. I tak już nie żył...nie żył od kilku lat, więc to wszystko nie robiło mu różnicy. Przypuszczał, że po wojnie (o ile szczęśliwie dożyje jej końca) i tak spędzi całe swoje życie w więzieniu, albo skończy ze stryczkiem na szyi, albo stanie przed plutonem egzekucyjnym.
- Nie martwiłbym się, gdyby na twoim miejscu był ktoś normalny. Jeśli chodzi o Julię...co to właściwie za szatan w skórze kobiety, co? Twoja kolejna kochanka?
To rzekłszy, Matthias zapalił i głęboko westchnął.
- Sugerujesz, że jestem nienormalny?! Ale powiem tak... "Stara miłość nie rdzewieje".- Martin ciężko westchnął.- Kiedyś bardzo, bardzo dawno temu byliśmy ze sobą, ale nie wyszło, później byłem z kimś innym, ale się rozstaliśmy, miałem chwilę słabości i wróciłem do Julii...-widząc jednak minę Matthiasa szybko przeszedł do sedna sprawy.- Generalnie chodzi o pieniądze. A to, że się spotykaliśmy...to nie ma nic do rzeczy,rozstaliśmy się w zgodzie.
- Z kim ja się zadaję?
Tym samym teoria o normalności Martina Rommela upadła całkowicie.
- Masz coś do mnie?- zapytał po chwili i wpatrywał się w Matthiasa wyczekując odpowiedzi.
- Mam. Dwa metry dystansu. - odwarknął Matthias. - Wysiadamy gdzieś czy tłuczemy się jeszcze czas jakiś?
- Dwa metry...ja na twoim miejscu bym tak nie ryzykował.- pokiwał głową.- Zdecydowanie za blisko. Tak, wysiadamy na Modrzejowskiej. Na chwilę wejdę do mojego mieszkania i później na peron, na pociąg. I nad morze, na urlop, którego nie mam.
- Masz, masz. Przecież czarująca i wzniosła fraulein Erika dała ci przepustkę z urlopem na tydzień - spojrzał na niego jak na wariata, ale i z lekką ironią.
- Naprawdę?- zapytał szczerze zdziwiony.
- ....Zajrzyj do walizki.
- Dobra...wierzę na słowo.- to powiedziawszy, ostatecznie uciął temat urlopu. W pewnej chwili Martin zaczął się śmiać. W jego walizce na samym wierzchu widniała gustowna przepustka, podpisana przez pułkownika Steina, ale kto by się tym przejmował. 
- Czemu się śmiejesz, durniu?
- A bo sobie wyobraziłem, jak kiedyś pewnego pięknego dnia ratuję ci tyłek.- mówiąc to wciąż się śmiał.
Matthias tylko jęknął. Zapowiadał się naprawdę ciężki dzień.
Po dosyć dłuższej chwili Martin w końcu się uspokoił. W momencie kiedy opanował się dorożkarz się zatrzymał. Obaj panowie wysiedli i major zapłacił za usługę, po czym skierował się do swojego starego mieszkania, które pomimo że nie było użytkowane przez właściciela, nie obrosło warstwą kurzu. Rommel przeszedł bez wahania do drugich drzwi po lewej. Do swojej starej sypialni. Podszedł do szafy, którą otworzył, a zawiasy nieco skrzypnęły. Wyciągnął walizkę i szybko schował tam swoje rzeczy. Już miał wychodzić, kiedy spojrzał z niejaką tęsknotą na dwa zdjęcia. Jedno z Celiną, drugie z dziadkiem - osobą, która zastępowała mu ojca. Cicho westchnął. Chciał już wyjść, kiedy zobaczył jak również towarzysz spogląda na fotografie.
- Chodź, zaraz mamy pociąg.- powiedział i nieco pociągnął Matthiasa za sobą.
_______________________________
W nastrojach sylwestrowych i poświątecznych pozdrawiają
Major Martin Rommel oraz Obersturmbannführer Matthias von Anwarden, 
a Vis merda ogonem i zaprasza do czytania.

1 komentarz:

  1. *głaszcze Visa, czytając z zachwytem opowiadanie*
    Urocze, nie przeczę, i jest w tym klimat. Kim właściwie jest Julia, że aż tak Martin i Matthias się jej boją? xD To jakaś agentka wrogiego wywiadu? Ogółem notka bardzo mi się podoba, choć nie ukrywam, że pierwsza część jednak wypadła trochę lepiej.

    OdpowiedzUsuń

Tu warto kliknąć!

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics