sobota, 4 marca 2017

Dzienniki pana R.

Berlin, marzec 1935 rok 

Zawsze starał się działać według swoich zasad. Było ich kilka ale jedną traktował jak świętość. Zasada była powtarzana przez niego niczym jakaś mantra. Starał się o tym pamiętać. „Nigdy nie działaj wbrew sobie i swoim przekonaniom” – zwykł mawiać. Proste zdanie, którym kierował się przez sporą część swojego życia. Poza tym była bardzo prosta w zapamiętaniu i wydawać by się mogło, że też prosta w wykonaniu. Tak przynajmniej utrzymywał pewien młody dziennikarz. Dwudziestokilkulatek, który być może za szybko się wybił w świecie prasowym, który najprawdopodobniej miał zbyt…naiwne przekonanie o otaczającym go świecie. Jednak swój sukces przypisywał w dużej mierze szczęściu. Wydawać by się mogło, że po tylu latach notorycznego pecha i niepowodzeń, wreszcie los się do niego uśmiechnął. Być może nawet życie pokazało swoje przyjazne oblicze, które aż chciało się podziwiać. Aż chciało czerpać się garściami, dopóki była taka możliwość. Przecież szczęście może zawsze zniknąć, a życie może wrócić do poprzedniej koncepcji bycia wrednym.
Pewne wydarzenia chyba zadecydowały o tym, żeby zakręcić ponownie tym kołem fortuny nazywanym „losem”, czy też „ślepym trafem”.
Z początku czuł się jakby udało mu się złapać samego Pana Boga za nogi. Przez chwilę miał nawet wrażenie, że on sam jest Bogiem, że jest tak jak on wszechmogący. Był panem swojego życia, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czuł się tak dobrze. Tak beztrosko! A to wszystko po pewnym marcowym dniu spędzonym w Berlinie.
Dobrze to pamiętał. Możliwe, że aż za dobrze...
Siedział sam i przy już nieco zimnej herbacie poprawiał swój artykuł, który ciągle wydawał mu się taki…nieidealny. W momencie, kiedy po raz kolejny przekreślał zdanie i pisał nowe, przysiadł się do niego mężczyzna w średnim wieku. Przybyły był ubrany w ciemny, dwurzędowy garnitur… To najbardziej się rzucało w oczy. Zero jakiegokolwiek płaszcza, kapelusz pewnie wisiał na haku przy wejściu do kawiarni, albo został w samochodzie na siedzeniu. Bo dziennikarz nie wątpił w to, że ów mężczyzna posiadał samochód. Zastanawiał się jakiej marki. BMW? Mercedes? Volkswagen? A może jakiś Citroen? Możliwości było sporo.
Z drugiej strony zastanawiał się nad jednym. Niby był ten pierwszy dzień wiosny, ciepło nie było, ale jednak większość ludzi zdecydowała się zostawić płaszcze w domach. Miał dobry widok na wejście i postawiony w tamtej okolicy stojak na ubrania. Nie widział tam jakiegokolwiek płaszczu, więc może ten mężczyzna w średnim wieku postąpił tak jak większość? Zostawił okrycie wierzchnie w domu? Albo w samochodzie? Przecież nie należało wykluczyć tej opcji.
— Przepraszam bardzo, czy można? – zapytał i wskazał na miejsce naprzeciwko młodego dziennikarza, który nie licząc tej krótkiej chwili poświęconej na spojrzenie w stronę przybyłego nie przestawał kreślić w notesie. Oczywiście, wcześniej przerwał aby złożyć zamówienie i zapłacić za herbatę. Teraz młodzieniec utkwił wzrok w mężczyźnie, a po chwili lekko rozejrzał się po sali. Kilka stolików było zajętych, ale i tak sporo było wolnych.
— Ma pan wiele wolnych miejsc. Nie sądzę żeby moje towarzystwo panu odpowiadało – odpowiedział oschle i wrócił do kreślenia w notesie. Tym razem dodał kilka słów, tak aby zdanie było lepsze. Bardziej….opisowe, wyjaśniające nieco więcej. Poza tym nie rozumiał tego mężczyzny. Miał tyle wolnych miejsc, pewnie żadne z nich nie było zarezerwowane. Dlaczego nie przysiadł się do tamtej młodej kobiety, która siedziała kilka stolików dalej? Dlaczego podszedł do tego konkretnego stolika stojącego w kącie? Do tego, przy którym sobie siedział dziennikarz i nikomu nie wadził. Przez chwilę nawet wydawało się, że facet uszanuje słowa młodego mężczyzny i pójdzie do innego stolika. Ale nie. Usiadł naprzeciwko dziennikarza.
— Musimy porozmawiać – powiedział starszy mężczyzna i poprawił się na krześle. Młodszemu nie spodobał się ton jego wypowiedzi. Jednak odłożył notes i ołówek na blat niewielkiego stolika, tak aby mógł w razie czegoś szybko to wszystko zabrać i wyjść. Albo po prostu zabrać.
— Nie rozumiem pana. Słabo znam niemiecki – skłamał. Po niemiecku mówił tak samo dobrze jak po polsku. Może miał tam jakiś lekki śląski akcent, który lekko przeplatał się z zagłębiowskim, co tworzyło dosyć ciekawą mieszankę, jednak nie zmieniało to faktu że oba języki znał biegle. A samo znanie tych dwóch języków nie wydawało mu się jakąś szczególną umiejętnością. Przecież pewnie znajdzie się jeszcze wiele osób, które znają dwa języki na poziomie biegłym. Nie był wyjątkowy.
— Panie Rommel… proszę sobie nie żartować. Obaj wiemy, że to kłamstwo. Najzwyklejsze kłamstwo, które ma na celu – na chwile przerwał, wyglądał tak jakby szukał odpowiedniego określenia. Odpowiedniego słowa. – Zniechęcenia do siebie i zgaszenia dyskusji, zanim ta na dobre się zacznie. Mam rację?
— Możliwe – dopowiedział. – Możliwe panie… Przepraszam, chyba nie dosłyszałem nazwiska.
— Koch. Otton Koch – przedstawił się i wyciągnął paczkę papierosów. Nawet zaproponował jednego dziennikarzowi, ale tez zdecydowanie odmówił. Nie zrażony niczym Koch zapalił jednego papierosa. Zadawał się nie zauważać wścieklej miny i morderczego wzroku Rommla.
— O czym chce pan rozmawiać? Chce pan wiedzieć coś konkretnego? – jego głos był oschły. Odpychający. Zdradzający niechęć do dalszej konwersacji i być może nawet do samego rozmówcy, którego nie znał za dobrze… A właściwe to nie znał wcale. Ale najwidoczniej ta krótka wymiana zdań pozwoliła wyrobić sobie o nim opinię.
— Potrzebny mi jest szyfr jaki stosują Polacy na granicy. Wiem, że możesz to zrobić. Wiem także to Rommel – nieznacznie podkreślił nazwisko dziennikarza, jakby to miało nieco pomóc. – Że masz  tam znajomego, który pracuje przy tych szyfrach. Masz dojścia, możesz to zrobić.
Dziennikarz spojrzał na Kocha. Przełknął ślinę i nieco poprawił swoje włosy. Zwykły tik nerwowy, za czasów szkolnych, kiedy chciał coś odwlec w czasie to tak właśnie robił…poprawiał nieco włosy. To nigdy nie działało, ale przynajmniej nie był to jakiś taki oczywisty tik nerwowy zdradzający słabość... Koch może pomyśleć, że dziennikarz ma po prostu jakiegoś hopla odnośnie swojej fryzury.
— Nie zrobię tego – odpowiedział po chwili pewnym siebie głosem. – To najzwyklejsza zdrada. Nie jestem zdrajcą i nie zamierzam nim być – powiedział nieco ciszej. Przecież nie każdy musiał słyszeć. Nie każdy musiał znać jego zdanie…chociaż pewnie i tak wszyscy słyszeli co powiedział. O czym rozmawiają, tylko po prostu nie zwracają na nich uwagi. Traktują jak powietrze bo tak będzie zdecydowanie bezpieczniej dla ich samych oraz ich rodzin. Przecież już nie raz nie dwa razy Gestapo zabrało kilka osób za jakieś podejrzenia świadczące o działalności przeciwko Rzeszy. Chyba nikt nie chciałby być następnym.
— Zdrada… „Zdrada” to zbyt duże słowo panie Rommel. Proszę powiedzieć mi jedno – porządnie zaciągnął się papierosem. Dziennikarz zastanawiał się między innymi, czy ten facet tylko udaje takiego dupka, czy może rzeczywiście nim jest. Ciekawe było też to, dlaczego to właśnie do niego wyszedł z taką propozycją. Pewnie mieli jakiś swoich agentów na terenie Polski, tego nie negował nawet przez chwilę. Wiedział, że wywiady Polski i Rzeszy próbują się wzajemnie rozpracować…pewnie w tym wszystkim też było gdzieś ZSRR…ale chyba powątpiewał aby komunistom zależało na Polsce. Chociaż historia i ich zapędy mówiły zupełnie inaczej. To było dziwne…tym bardziej, że przecież był nikim. Był zwykłym szarym dziennikarzem, który próbuje jakoś związać koniec z końcem. Żaden z niego oficer wywiadu… Ani jakikolwiek oficer. – Ile chce pan za to?
— Nic – odpowiedział ostro. – Nie zrobię tego – szybko chwycił swój notes i ołówek. Lekko zahaczył ręką o filiżankę z herbatą i ta nieco niebezpiecznie zachwiała się na talerzyku. Tuż obok filiżanki położył kilka marek napiwku, które naprędce wyciągnął z kieszeni spodni. – Do widzenia panu – niemalże warknął w stronę Kocha.
Nie zdążył jednak na dobre odejść, bo gdy przechodził obok Kocha (co niestety było konieczne), ten chwycił go za rękę i przyciągnął do siebie. Spojrzał Rommlowi prosto w oczy. Widział w nich pewność siebie i niejaką upartość. Właśnie tego mógł się spodziewać. Przecież zarówno jego ojciec jak i stryj mieli silne charaktery. A z tego co słyszał to i niejaki Stanisław Potocki do ugodowych osób nie należał. Młodzieniec raczej nie wyglądał na kogoś o słabym charakterze i kruchej psychice. Wydawał się być osobą, która trzeźwo myśli i która może zdecyduje się zadziałać wbrew sobie jeśli dostanie jakiś powód. Coś o co będzie mógł walczyć, coś na czym mu zależy, albo coś czego bardzo potrzebuje. Pozostawało pytanie co to mogło być? Czego może potrzebować Rommel? Co dla niego może być wystarczająco cenne, żeby chciał posunąć się do takiego działania?
— Dziesięć tysięcy – powiedział – dolarów – Koch dostrzegł błysk w oku rozmówcy. Czyżby pieniądze zadziałały? Taka suma była ceną za kilka szyfrów? A także swoistą przepustką do tego aby pozyskać nowego agenta? Czy właśnie te dziesięć tysięcy dolarów było swoistym bodźcem? Czy to właśnie było tym co miało zmusić dziennikarza do złamania swoich zasad?
Widocznie tak właśnie było.
Przecież dziesięć tysięcy dolarów to bardzo dużo. I do tego taka ładna okrągła sumka za jakieś szyfry. Taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć! Zważywszy na kłopoty finansowe Rommla, to te pieniądze dosłownie spadły mu z nieba. Pewnie, gdyby był wierzący to uznałby to za dar od Boga/Allacha czy innego Jahwe. Był jednak ateistą i wiedział, że Bóg, który nie istnieje nie ma nic wspólnego z pojawieniem się tego mężczyzny i z tą niemoralną propozycją. Mając te dziesięć tysięcy nie musiałby brać każdego zadania dziennikarskiego, żeby spłacić długi i żeby wystarczyło mu jeszcze na życie.
W końcu musiał wcześniej czy też później spłacić swoje błędy popełnione w młodości. Czysta głupota, chęć zrobienia na złość…głównie sobie jak się okazało. Plony tych występków zbierał po dziś dzień. Pieniądze były mu potrzebne; spłaciłby długi. Pewnie też by coś mu z tego wszystkiego zostało. Zaoszczędziłby nieco i może kupiłby sobie coś? Taki Fiat 508 to koszt około pięciu tysięcy złotych. Sam nie wiedział ile musiałby oszczędzać w normalnych warunkach, ze swojej pensji dziennikarza żeby kupić sobie taki samochód. Ale i tak najpierw musiałby spłacić długi… Bo po co mu nowe rzeczy, skoro na karku będzie miał ludzi, którzy będą żądać od niego natychmiastowej spłaty długu? Wtedy na nic nie zdadzą się przekonywania, że on nie ma. Że nie ma pieniędzy…
Ale przecież, z drugiej strony taka suma wzbudziłaby pewnie wiele wątpliwości. Przecież nie był politykiem, ani nikim podobnym, więc dziesięć tysięcy dolarów w posiadaniu młodego dziennikarza, budziłaby zainteresowanie. Pewnie zaraz po dostaniu tych pieniędzy poszedłby spłacić swój dług w całości!
Ile to było dziesięć tysięcy dolarów? To ponad pięćdziesiąt tysięcy polskich złotych za jakieś tam szyfry, których używają Polacy. Za zwykłe głupie szyfry! Ciekawe ile by byli gotowi zapłacić, gdyby zaproponował że zabije prezydenta Polski, albo marszałka…naczelnego wodza znaczy się.
W przypadku jeśli to wszystko się uda to ma pieniądze, które poprawia jego sytuację materialną. Ale jeśli się nie uda? To wtedy co? Kulka w łeb za zdradę narodu polskiego, czy może dożywotnie więzienie za szpiegostwo na rzecz obcego kraju? Na rzecz wroga.
Poza tym, jak miałby zabrać te szyfry? Jak miałby dostać się tam? Do tego miejsca, gdzie je trzymają? Przecież nie jest oficerem, włamać się nie może… Przecież takie miejsca są pilnowane! Jeszcze go odstrzelą przy próbie wyciągnięcia i zabrania tych papierzysk. O nie! Co jak co, ale życie to było mu jeszcze miłe! Jeszcze chciał pochodzić po tym ziemskim padole. Nie chciał też oglądać świata zza krat w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Słyszał wiele plotek o takich „ośrodkach wypoczynkowych”. Każde więzienie go przerażało. Z tego co słyszał…to to nie było nic przyjemnego. Może jeszcze gdyby był jakimś złodziejem, albo fałszerzem to jakoś by mu się tam w miarę dobrze żyło. Ale jakby wyszło, że próbował zdradzić kraj…albo gdyby pojawiły się plotki, że jest jakimś komunistom, albo jeszcze kimś gorszym.
Jakby wbrew sobie usiadł na wcześniej zajmowanym miejscu. To zadowoliło Kocha. Można to stwierdzić po lekkim uśmiechu, który pojawił się dosłownie na chwilę. Czyżby Niemiec już stwierdził że wygrał?
— Jak miałbym wynieść te szyfry? – zapytał cicho dziennikarz, jakby obawiał się, że ktoś z obecnych tutaj ludzi zechce powiedzieć o tej rozmowie polskiemu wywiadowi. Bał się tego, chociaż najprawdopodobniej było to strasznie irracjonalne. Obawiał się śmierci, tego, że zabiją go za samą taką rozmowę. A on tak bardzo chciał żyć i korzystać z uciech oferowanych przez życie. Chociaż nie palił i był zadeklarowanym przeciwnikiem papierosów i cygar; nie pił od momentu kiedy jako siedemnastolatek upił się i w środku nocy wrócił pijany do domu, gdzie zastał swojego dziadka, który wrócił dosłownie pięć minut przed nim; hazardu starał się unikać, podobnie jak jeszcze kilku innych rzeczy.
— Dzisiaj o siedemnastej na dworcu głównym, na trzecim peronie przy zegarze. Będę czekał na pana właśnie tam – powiedział. Młodego Rommla dziwiło to wszystko. Raz mężczyzna zwracał się do niego per „panie”, a jeszcze innym razem mówił do niego „ty”. Tak samo było z jego stylem wypowiedzi. Z tonem głosu. Z początku miły, później oschły, nieprzyjemny…a pod sam koniec tego wszystkiego jakby zobojętniały Koch wyglądał tak jakby już wygrał. Jakby wiedział, że Rommel zjawi się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej porze. Skąd miał mieć pewność, że dziennikarz nie zwieje, czy coś?
Rommel nic nie odpowiedział, tylko skinął głową na znak zgody. Po tym szybko wstał z miejsca i wyszedł. Niemalże wybiegł z tej kawiarni. Szybko przemierzał ulice Berlin; chciał możliwie najszybciej znaleźć się w hotelu, który wydawał mu się być niejakim azylem. Miejscem, w którym mógł czuć się bezpiecznie…
Może szybko się spakuje i jednak wyjedzie? Może to będzie jakieś wyjście? Przez jakiś czas zostanie w Polsce i będzie co najwyżej zbierać wiadomości z kraju, tutaj w Berlinie o nim zapomną…wszystko potoczy się jakoś dalej. Zapomną o dziennikarzu z Polski i wszyscy będą zadowoleni.
— Myśl Marcin, myśl… - jęknął cicho do siebie siadając przy okazji na łóżko. Przecież nie musiał tego robić. Nie musiał być zdrajcą. – Co mam zrobić? Skąd on wie tyle o mnie? – pytał sam siebie po polsku.
Spojrzał na swój zegarek. Olśniło go, to była nawet całkiem dobra opcja…Z tego wszystkiego aż delikatnie się uśmiechnął pod nosem. Przecież mógł spakować się, wymeldować z hotelu, pójść na dworzec, kupić bilet na pierwszy lepszy pociąg jadący do Polski albo i w jej okolice. Gdziekolwiek, Sosnowiec, Kraków, Katowice, Gleiwitz, Breslau, Beuthen, Myslowitz… Cokolwiek, byleby dalej od Berlina! Byleby bliżej granicy Polsko-Niemieckiej!
Chyba nie zorientują się tak szybko, że im uciekł, prawda? A nawet jeśli to nie będą wiedzieć gdzie konkretnie się podziewa, w którym pociągu jest…o ile jest w pociągu. Przecież mają tyle możliwości! Ten plan miał spore szanse powodzenia…o ile ciąg wydarzeń typu: „spakować—wymeldować—wyjść—dotrzeć do dworca—wsiąść w pociąg—dotrzeć do Polski”, można nazwać planem.
Nie miał ani chwili do stracenia, musiał działać! Szybko wrzucił swoje ubrania do walizki, tak samo postąpił z środkami przeznaczonymi do higieny osobistej. Nie przejmował się tym, że jego ubrania wylądowały w walizce pomięte. Nie było czasu aby to wszystko ułożyć, najwyżej w domu sobie to wszystko wyprasuje.
Oddał klucze do recepcji, zapłacił za noce spędzone w tym hotelu i wyszedł. Po drodze udało mu się złapać taksówkę, pewnie zapłaci majątek za podwózkę do dworca głównego, ale nie było to ważne. Niby wiązał koniec z końcem, ale chyba chęć pozostania w zgodzie z własnym sumieniem oraz chęć przeżycia na wolności kilku dni była tak silna, że to przysłoniło mu logiczne myślenie.
Po kilku minutach dotarł do dworca kolejowego i niemalże podbiegł do kasy biletowej. Musi kupić jakiś bilet i to możliwie najszybciej. Na pierwszy lepszy pociąg, który odjeżdża „w jego” kierunku. Podchodził do okienka z zamiarem kupienia tego magicznego kawałka kartki, który upoważniał do przejazdu pociągiem, kiedy poczuł na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Powoli odwrócił głowę licząc w duchu, że to jakaś kobieta prosi go o coś. Kobieta… A męskich dłoniach… Ale i tak przecież większość Niemek była brzydka… To może idąc tym tropem miała też takie właśnie męskie dłonie?
Nie. Nie miały. A przynajmniej ta nie miała… Tak właściwie to nie była to Niemka, ale zapewne jej rodak. Chociaż gdyby facet zapuścił włosy, ubrał się w sukienkę, zrobił sobie makijaż to może byłby całkiem przystojną Niemką. Bo Niemcy to przecież kraj inny niż wszystkie, tutaj to mężczyźni są ładni, a kobiety przystojne. Tak było jest i najprawdopodobniej też będzie.
Ale oczywiście zdarzały się wyjątki i można było zobaczyć ładną Niemkę. Na przykład siostra Marcina była ładną kobietą, chociaż nie była stuprocentową Niemką…. I chyba to ją nieco dyskwalifikuje. Ale może jednak znajdzie się jakaś ładna Niemka, która nie miała w rodzinie od kilku pokoleń wstecz nikogo spoza Niemiec.
— Dokąd to panie Rommel? – zapytał ktoś. Głos tego człowieka zupełnie nie pasował do aparycji jaką posiadał. Słysząc tego mężczyznę w głowie powstaje widok wysokiego i barczystego człowieka o ostrych rysach twarzy, który ma może lat minimum trzydzieści. Tymczasem przed nim stał może jego rówieśnik, który był chudy i niższy od dziennikarza o kilka centymetrów.
Może mógłbym go odepchnąć i jakoś uciec? Nie. Zaraz by mnie złapali. Poza tym ktoś, kto jest niewinny i nie wie o co chodzi to raczej nie ucieka…no chyba że cały tłum przed czymś ucieka to wtedy nie pozostaje nic innego jak podążanie za nim. A o ile się nie mylę, to nie zrobiłem nic złego…jeszcze
— Pójdzie pan z nami – oznajmił, a tuż obok Marcina pojawił się drugi pan. Nieco wyższy od dziennikarza i trochę szerszy w barach. Teraz nie było mowy o tym żeby uciekać. Byłby bez szans w starciu z tymi dwoma panami i do tego na terenie wroga. Ucieczka byłaby czystym szaleństwem.
Mężczyźni w zgrabny sposób odeskortowali Rommla do samochodu. Cały czas ten barczysty mocno go ściskał za ramię, jakby obawiał się tego, że dziennikarz zaraz ucieknie. Ale Martin ani myślał o tym. Za bardzo się bał. Przecież pewnie mieli broń, więc mogli go zastrzelić, czy coś…
Dlaczego się zgodziłem? Mogłem odmówić. Ale czy gdybym tak zrobił, to to wszystko potoczyłoby się inaczej? A może jestem jakimś ważnym elementem w cudzej układance?
Po przejściu kilkuset metrów dotarli do czarnego samochodu. Jak zauważył był to Mercedes. Szkoda, że ta wiedza nijak pomoże mu w ucieczce. Panowie „wpakowali” delikwenta do środka, zaraz też i sami wsiedli. Ten niższy usiadł za kierownicą, barczysty usadowił się tuż obok Rommla, a przed nim, na miejscu pasażera obok kierowcy siedział nie kto inny jak Koch.
— Rommel, Rommel, Rommel. Wydawało mi się, ze jesteś mądrzejszy – westchnął cicho i lekko odwrócił głowę w jego kierunku. – Wydawało mi się, że zrozumiałeś to co do ciebie mówiłem. Ale chyba się pomyliłem. No cóż nawet i mnie się to zdarza. Zagramy inaczej.
— Jak? – zapytał zanim ugryzł się w język. – Szczerze powiedziawszy to trochę nie lubię niespodzianek i nie lubię robić interesów z nieznajomymi w ich samochodach. W towarzystwie dodatkowych panów, którzy mogą zrobić mi krzywdę – powiedział i wymownie spojrzał na swoją „eskortę”, która podprowadziła go do samochodu. Średnio to wszystko widział.
Koch się zaśmiał. Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki kilka fotografii. Nie spodobało się to wszystko Marcinowi. Chyba nie znaczyło to niczego dobrego, przecież tacy ludzie nie trzymają zdjęć swojej rodziny i nie pokazują przypadkowym ludziom ze słowami „zobacz jakiego mam ładnego syna/córkę/dziecko”. Nawet takim poznanym może ze dwie godziny w jakiejś berlińskiej kawiarni.
— Spójrz. Poznajesz? – było to oczywiście pytanie retoryczne postawione przez Kocha. Nie było żadnej możliwości aby Rommel nie poznawał tych ludzi. Jego siostra, stryj, dziadek, przyjaciele Sasza i Franek…nawet jego kilkuletni kuzyn Manfred. – Poznajesz… to powiem ci tak. Albo przyniesiesz te szyfry, albo oni wszyscy zginą. Każdy po kolei. Twoja siostra, twój stryj wraz z żoną i synem, twój dziadek, twoi przyjaciele…oni może nie zginą, ale uwierz mi będą błagali o śmierć z każdym dniem swojej egzystencji. To jak?
Martin spoglądał na to wszystko z szeroko otwartymi oczami. Wierzył w to, że oni mogą to zrobić. Bał się o swoją siostrę, o swoją rodzinę bo w końcu tylko ich miał. O ile jego stryj może jakoś sobie dać radę, tak jego siostra może nie będzie mieć tyle szczęścia. Pewnie gdyby nie fakt, że mieszka z dziadkiem na terenach przygranicznych to nie bałby się o niego…podobnie było z jego przyjaciółmi.
— No Rommel nie mam zamiaru czekać do przyszłych świąt! – ponaglił i spojrzał na dziennikarza, który wciąż wpatrywał się w fotografie.

____________________
Nie tak to miało być. Nie tak miało wyjść...nie jestem zadowolony, ale coś czuję, że chyba gdybym siedział nad tym jeszcze dłużej to bardziej bym to zepsuł. Jestem świadomy pałętających się gdzieś tam błędów (które na pewno gdzieś tam są).
Pierwsza notka z historii Martina (być może pierwsza i ostatnia), która może się wam spodoba. Jeśli się podobało to dajcie znać, jeśli nie...to też dajcie znać żebym wiedział żeby nie pisać notek, bo mi to nie wychodzi.
Mam nadzieję, że mnie nie zjecie/pożrecie/pogrzebiecie żywcem/zabijecie *chowa się do bunkra*
Pierwsza notka napisana w 100% samemu, zero kooperacji!

1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawie się zapowiada - nie widzę powodu, dla którego miałbyś zostać zjedzony ;) Masz jednak sporo błędów, które należy poprawić. A więc:
    "Może miał tam jakiś lekki śląski akcent, który lekko przeplatał się z zagłębiowskim" - nie jestem lingwistką, ale zastanawiam się, czy faktycznie istniałoby coś, co nazywa się "akcentem zagłębiowskim"?
    Przecinki też ledwie żyją. Są mordowane jak na gestapo! Bardzo mi się podoba też odniesienie do "ośrodków wypoczynkowych" zorganizowanych za sanacji - to tak miło się czyta! Zastanawiam się też (ale to tylko moje zboczenie zapewne), czy Koch faktycznie płaciłby agentowi w dolarach? Raczej wyobrażałam sobie, że zaoferuje mu tą sumę, powiedzmy, we frankach szwajcarskich czy w markach niemieckich - dolary kojarzą mi się z zachodnim wywiadem raczej, to jeszcze nie te czasy, kiedy w siedzibie Himmlera znajdują się dewizy 42 państw...ale to może tylko moje przewrażliwienie. W kilku miejscach zgubiłeś też literki...ale poza tym da się czytać.

    To powiedziała Generalna Gubernator Minami,
    znana też jako Weronika de Sevigny.

    OdpowiedzUsuń