niedziela, 26 marca 2017

Et si j'ai oublié, tu peux me secouer.

Rappelle-moi mes rêves les plus fous
Rappelle-moi ces larmes sur mes joues 

Et si j'ai oublié, combien j'aimais vivre








- Przepraszam, czy mógłbym poznać pani nazwisko?
- Hm...Cóż...wie pan...
- Spokojnie, proszę pani, nie jestem Niemcem. Pytam, gdyż mi pani kogoś przypomina. Czy nie mam aby przyjemności  z Weroniką Strzelecką?
- Andrzej? To ty? Tyle czasu cię nie widziałam! Gdzie się podziewałeś?
- Ach, tu i tam...To nieważne, opowiadaj lepiej o sobie. Co to za obrączka?
- Wyszłam za mąż, mój drogi, i to dawno, jeszcze w czterdziestym roku, na wiosnę...  - blondynka zaśmiała się głośno, poprawiając włosy.  Siedzący przy niej w kawiarni chłopak poprawił coś niecierpliwie przy oficerkach, zapewne chcąc ukryć zakłopotanie. Szybko jednak się wyprostował i wrócił do zadawania pytań:
- To jak ty się teraz nazywasz? Dwadzieścia trzy lata, a już zamężna, kto by pomyślał...
- De Sevigny - odpowiedziała ciszej Weronika, rozglądając się niepewnie. Po chwili dodała głośniej: - Muszę niedługo wracać, synek na mnie czeka. Został z rana u sąsiadki, bo mój pan w fabryce, a ja tylko co skończyłam pracę i wstąpiłam tu do kawiarni na chwilkę. W szpitalu dzisiaj było trochę roboty, musiałam asystować przy opera...
- Jedną chwilkę - przerwał jej Andrzej, sięgając po swoją filiżankę herbaty. Mijająca ich kelnerka popatrzyła posępnie na brudny i od wieków niewycierany stolik, po czym ruszyła dalej.   - Zrobiłaś już studia medyczne? I co to za dziwne nazwisko?
- Ależ co znowu, jestem pielęgniarką, oszalałeś? - odpowiedziała ze zdziwieniem Weronika. - Powiedziałam zresztą "asystować", nie operować. To różnica. A to z kolei francuskie nazwisko, mam męża Francuza.
- Skąd tyś go, u licha, wynalazła?
- To cała historia. Jego rodzice zmarli rok temu w Amiens...ma tam jeszcze brata, a poznałam go przed wojną, na wakacjach. I tak jakoś wyszło, że jest moim mężem!
- Ech, rozumiem. A ja wdowcem jestem. Żonę mi Niemcy na gestapo rozstrzelali we Lwowie...-westchnął ponuro Andrzej. Przez dłuższą chwilę jeszcze rozmawiali z Weroniką o wszystkim, o czym można było rozmawiać w tych czasach, wypytał dokładnie starą znajomą z dzieciństwa o jej siostrę, po czym, wziąwszy adres, odszedł. Chwilę później z kawiarni wyszła także Weronika. Śpieszyło jej się do domu; musiała jak najszybciej zobaczyć się z synkiem, przygotować obiad mężowi, który miał niedługo wrócić z fabryki, trzeba było też zatelefonować do jednego oficera ze znamiennym pytaniem, czy przyszła wczoraj depesza od ciotki z Breslau.


Si jamais j'oublie, les nuits que j'ai passées
Les guitares et les cris
Si un jour je fuis,
Rappelle-moi qui je suis, ce que je m'étais promis 




(Zapraszam do nowej Weroniki! Zalinkowane fragmenty to zakładki, na zdjęciu pani z vintagemaedchen.de, a w tytule i karcie przerobione "Si jamais j'oublié" ZAZ :3)

12 komentarzy:

  1. [Witam nową Weronikę :D Może spróbujemy napisać coś razem? Mamy aż dwie opcje :)
    Weny życzę.]

    Martin
    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Oczywiście :D Konspira pełną gębą będzie :) Poza tym Martin nie z takich co to do mężatek startują xD
    To mam nawet pomysł jakiś. Martin jest agentem/szpiegiem (to zależy już od punktu widzenia), a Weronika sanitariuszką. Możemy zrobić na takiej zasadzie, że grupka partyzantów zdecyduje się odbić jakiś konwój z więźniami, gdzie będzie kilku członków AK. Kiedy konwój będzie przejeżdżał do innego miasta to wtedy grupka uderzy...o dziwo będą mieć dokładną trasę przejazdu konwoju, dokładne informację. Ale nie przewidzą jednego...że wśród tych Niemców, którzy mają "zapewnić bezpieczeństwo" więźniom jest ich wtyczka.
    Martin zostanie ranny (nie jakoś bardzo groźnie, ale będzie trzeba zmarnować na niego kilka bandaży). Weronika może go rozpoznać i jakoś pomóc (z tego co mi się kojarzy to znają się...chyba że traktujemy jakby poprzednie wątki nie miały miejsca).
    Taki początek...później się coś jeszcze najwyżej wymyśli. Martin będzie może chciał przekazać przez Weronikę jakąś informację, czy coś...]

    Martin

    OdpowiedzUsuń
  3. Na całe szczęście już nadszedł koniec tego spotkania. Uwielbiam sztukę, ale ile można słuchać o symbolice jednego obrazu? Muszę zapamiętać, aby nigdy nie iść z tatą do jego kolegów. Nigdy.
    No ale już po wszystkim i można napawać się pierwszymi ciepłymi promieniami słońca. W końcu nastanie wiosna i znów będzie można zacząć ubierać się w sukienki i spódniczki. Brakuje mi tego tak samo jak kilku innych rzeczy, jak na przykład chociażby spokoju. Tego wewnętrznego oraz na świecie. Nigdy nie wiesz czy ci zaraz jakiś Rusek do domu nie wejdzie i zniszczy wszystko co ma na swej drodze. Z bombami z resztą to samo.
    Odciągając myśli od tych dość przykrych zdarzeń, skupiłam się na mym otoczeniu. Warszawa, jak to Warszawa, miasto wielkie i ładne przez co łatwo się idzie w nim zgubić. Chyba z resztą nawet to zrobiłam. Tak to jest jak się człowiek zamyśli i nie patrzy gdzie idzie.
    Totalnie nie wiedziałam gdzie jestem i choć nieraz już tu byłam, to nie rozpoznawałam żadnego z budynków. Każdy wydawał się taki obcy.
    Rozejrzałam się dookoła, aby znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji, ale nic mi nie wpadło do głowy.
    - Jedyne co mi pozostaje to iść przed siebie - powiedziałam pod nosem, ruszając w stronę wąskiego przejścia między kamienicami. Normalnie byłabym sceptyczna, aby tam pójść, bo nigdy nie wiesz kto może się tam czaić, ale że nie ma nikogo dookoła, to trzeba sobie jakoś radzić.
    Kiedy znalazłam się w przesmyku między budynkami, zauważyłam, że kilkanaście metrów dalej była jakaś kawiarnia albo coś takiego. Weszłam do niej z zamiarem spytania o drogę do domu, a wyszłam już z całą mapą Warszawy w głowie. Teraz nie ma bata, bym się zgubiła.
    Idąc w odpowiednim kierunku, rozglądałam się na boki, aby w razie czego pamiętać na potem.
    Nagle usłyszałam gdzieś męski krzyk. I jeszcze jeden. W kolejnej sekundzie krzyki zamieniły się w jęki. Ignorując kompletnie kwestie dotarcia do domu, postanowiłam sprawdzić kto to tak się męczy. Wnioskując po tym, że odgłosy nie były ciche, to zapewne ten ktoś musi niedaleko być. Przy następnym jęku już nie miałam żadnych wątpliwości i skręciłam w uliczkę po lewej stronie.
    - Jest! Mam go! - Podbiegłam do mężczyzny, ale to co zobaczyłam zbiło mnie z tropu. - Herr Hermann! - Siedział skulony pod murem, będąc nieprzytomnym. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Jeszcze ta krew… Czyżby został ugodzony nożem? Przecież on by się nie dał, ale jeśli tak, to ten ktoś mi za to zapłaci! Na samym początku sprawdziłam oddech, ale na szczęście oddychał. Chociaż tyle.
    - Będzie dobrze. Obiecuję, zaraz się wszystkim zajmę, a potem znajdę tego kogoś…Będzie dobrze. - Powtarzałam to po niemiecku jak mantrę w tym samym czasie szukając gazy i bandaży w torebce. -Scheiße! Gdzie to jest? - Niestety, nici z mych poszukiwań. Chwyciłam więc za chusteczki i delikatnie przykładałam je do odsłoniętego ciała, aby chociaż tej krwi tyle tu nie było.
    - Ugh… Hilfe! Pomocy! - Krzyczałam ile mogłam. Hermann musi trafić do szpitala, a sama przecież nie dam rady go tam przenieść. Niech mi no ktoś pomoże. Co z tego, że już w sumie powinnam być u ojca i pomagać mu w kolacji? W tym momencie liczy się tylko Hermann.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Teraz wątek musi nam wypalić xD zapraszam do Michala i Cesara :)]

    OdpowiedzUsuń
  5. [Wchodzę w to! Zaczniesz czy ja mam to zrobić?]

    OdpowiedzUsuń
  6. Kolejne uderzenie, trzask złamanej kości ręki…
    To nie jest przyjemne uczucie. Nawet jeśli to nie ja jestem bity. Nie ja jestem przesłuchiwany. Szkoda mi tego chłopaka, naprawdę szkoda mi go. Ale cóż… Życie lubi się komplikować w najmniej oczekiwanym momencie. Chyba najgorsze w tej chwili jest to, że nie mogę mu pomóc w tej chwili. Nie mogę i już… gdybyśmy byli we dwóch, to może jakoś by się udało. Z cała pewnością nie wyszedłby połamany i poobijany.
    Zacznijmy od tego, że chłopak by wyszedł a nie musiałby zostać wywlekany.
    — Starczy – mówię do przesłuchującego podoficera, którego nazwisko gdzieś mi umknęło. Zapamiętałem jednak, że był to Austriak. Jego akcent zdradzał pochodzenie…oraz imię. Chyba częściej Austriacy mieli na imię Uwe. Chociaż… właściwie po co ja się nad tym zastanawiam?
    Austriak odsunął się od więźnia, wyprostował i wytarł swoje wielkie łapska o jakąś szmatę. Chyba nie chciałbym być przesłuchiwanym przez niego. Wyższego ode mnie o głowę, zdecydowanie potężniejszego Austriaka.
    Nachyliłem się nad więźniem. Był jeszcze przytomny, to dobrze. Zdążę jeszcze pomówić z nim. Albo przynajmniej poudawać że mam zamiar go przesłuchiwać.
    Kiedy to wszystko się skończy, złapię kilku SSmanów oraz Gestapowców i zafunduję im takie przesłuchania jakie oni fundowali innym. Wtedy zobaczymy jakie to miłe i przyjemne.
    — No… - spoglądam na konspiratora – To jak będzie, polaczku? Porozmawiamy, czy może masz ochotę zamienić kilka słów z moim towarzyszem? – wskazuję w miejsce, gdzie prawdopodobnie stał Uwe. Uśmiecham się wrednie w kierunku leżącego konspiratora. – Chociaż wydaje mi się, że ta rozmowa do najprzyjemniejszych nie będzie należeć.
    ***
    Wieczorem po „pracy” zjawiam się w mieszkaniu Szaszy. Mieszkaniu, które de facto dzieli z Frankiem. Jakimś cudem udało się że mieszkają razem i udają rodzinę. Chyba kuzynów o ile mnie pamięć nie myli. A to naprawdę dobry pomysł aby udawali że są w jakiś sposób spokrewnieni ze sobą. Chociaż kiedyś jako młodzi chłopcy śmialiśmy się z tego, że jesteśmy takim braćmi. To były przyjemne czasy, kiedy nie myśleliśmy o tym, że życie może być okrutne.
    — Serwus – uśmiecham się delikatnie do Saszy. Od razu wciskam przyjacielowi w rękę niewielką kartkę papieru. – Jest Franek?
    — Nie ma. Co…
    — Przekaż to dowództwu – mówię niemalże szeptem odnośnie kartki. — Pilne.
    — Nie mogłeś wcześniej? – spogląda na mnie z niejakim wyrzutem. – To takie trudne, czy co?
    — Nie mogłem – ucinam to wszystko. – Przekaż Frankowi, że musimy się jutro spotkać. Że to ważne. Aha…tam gdzie zawsze.
    Po tych słowach odwracam się na pięcie i wychodzę. To wszystko musi się udać. Krótkie wyjaśnienie jaka sytuacja, kto będzie przewożony, kiedy i gdzie. Oraz do tego ilość konwojentów… Muszą odbić swoich ludzi. Będą mieć czas na zaakceptowanie planu, albo i nawet na stworzenie własnego. A to wszystko napisane na kawałku kartki. Kartki od której pewnie zależy życie kilkunastu Polaków.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdzieś w oddali słyszałam jak ktoś biegnie w moją stronę. Czyżby przyszli mi pomóc? Mam nadzieję, że tak. W sumie to i tak nikogo innego tu nie ma, więc po co by mieli tu biec?
    Nagle odgłos ucichł, a dwójka mężczyzn spokojnie jak gdyby nic podeszło do mnie, a raczej Hermanna. Przecież nic bym im nie zrobiła, a tym bardziej on. Nie w takim stanie.
    Ale bez marudzenia pomogłam im przenieść Hermanna do pobliskiego szpitala. Droga dłużyłą się i dłużyła, jednak w końcu dotarliśmy. Choć to nie koniec. Minęło sporo czasu do chwili kiedy go przyjęli. Ruch był niemiłosierny, to prawda, ale Hermann nie był w najlepszym położeniu, więc mogliby go szybciej przyjąć.
    W końcu nadeszła ta chwila. Podałam wszelkie potrzebne dane lekarzowi ze znikomą ilością włosów, a w tym samym czasie Hermann został przeniesiony na oddział. Ostatni raz spojrzałam na przyjaciela i skierowałam się na wskazane miejsce w poczekalni.
    Obok znajdowała się jakaś dziewczyna. Zapewne też na kogoś czeka i się bardzo o tego kogoś martwi. To miętoszenie chusteczki raczej na pozytywne emocje nie wskazuje. Podchodząc bliżej, zobaczyłam, że oczy miała załzawione, dodatkowo gdzieś utknęły. Subtelnie odwróciłam się w stronę, w którą patrzyła dziewczyna i ujrzałam napis “Sala operacyjna”. Wszystko jasne. Pewnie ktoś z jej najbliższych przechodzi teraz operację, zapewne ciężką skoro aż tak jest zmartwiona.
    Usiadłam obok niej i przez chwilę wtopiłam swój wzrok w podłogę. A co jeśli Hermann też trafi pod nóż? Chwila, przecież on na pewno tam trafi. To nie było małe draśnięcie, a dosyć duża rana. Cholera…
    Kątem oka jeszcze raz spojrzałam na dziewczynę. Widząc jak znów poleciały łzy po jej policzkach, zajęłam się poszukiwaniem chusteczek. W końcu tą co trzyma już się do niczego nie nadaje.
    - Proszę, weź jedną - powiedziałam cicho, kierując w jej stronę paczkę chusteczek. Nie chciałam się uprzykrzać albo coś w tym stylu, ale jednak ciekawiła mnie jedna rzecz. - Długo już pani czeka? - Spytałam, patrząc w podłogę. Wnioskując po jej stanie, to na pewno jest tu od dłuższej chwili, aż mi jej szkoda. Mam tylko nadzieję, że ja tak nie skończę. Hermann jesteś w końcu silny, dasz radę to przetrwać. Musisz, nie tylko dla mnie, ale i dla swojej rodziny czy reszty naszego szpitala. Po prostu musisz.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziewczyna wzięła ode mnie chusteczkę i zabrała się za czyszczenie twarzy z łez, potu i innych takich. Patrząc na nią, to wnioskuję, że nie chciałabym się znaleźć w jej skórze. Pewnie mocno cierpi, bo raczej nie płacze się za przypadkową osobą.
    Ogólnie rzecz biorąc, to jak tak spoglądałam na nią ukradkiem, to nawet ładna się wydawała. Też blondynka z jasną cerą, a wzrostu raczej mojego. Tylko te ubrania…
    Za najnowsze to one nie są. Bardzo możliwe, że ma je jeszcze sprzed wojny. Choć czy jest się czemu dziwić? Z mojej perspektywy to nie ma, zważając na to, że pewnie jej położenie materialne nie jest na wysokim poziomie. Oczywiście to tylko moje domysły, ale coś w nich musi być.
    Wpatrując się w płytki podłogi, usłyszałam jakby jej głos. Czyżby odpowiadała na moje pytanie? W sumie możliwe, a raczej pewne. Skierowałam się więc w stronę dziewczyny, dokładnie przypatrując się jej.
    - Bitte - odpowiedziałam, lekko uśmiechając się, kiedy usłyszałam jej niemiecki akcent. Dosyć ładny i poprawny. Na pewno lepszy niż większości Polaków, których spotkałam w swoim życiu, a trochę ich było.
    W jednej sekundzie zrobiło mi się strasznie przykro. I to tak naprawdę dogłębnie. Trzy godziny czekać na zakończenie operacji męża? Matko Boska… Przecież to można oszaleć i w sumie… Chyba moja nowa koleżanka też już jest na skraju strachu a szaleństwa. Przygryzłam wargę i wzięłam głęboki oddech.
    - Racja, racja. Dokładniej na mojego przełożonego, ordynatora… Nieważne. Prędzej bym powiedziała, że jest moim starszym bratem. No, przynajmniej tak się zachowuje… - Powiedziałam z lekkim uśmiechem na ustach. Nagle przypomniało mi się te kilka lat, dobrych lat. Niby wojna trwała i trwa nadal, ale gdyby nie ten szpital, to nigdy bym go pewnie nie poznała.
    - Entschuldigung. - Wzięłam głęboki oddech, aby łatwiej było mi z nią rozmawiać. Nie powiem, stresująca jest to sytuacja. - Może być to ciężkie pytanie, ale dlaczego pani mąż przechodzi teraz operację? - Fakt, byłam tego ciekawa, ale jednocześnie chciałam się jakoś zorientować ile czasu może Hermann leżeć. Choć na co ja liczę? - Tak w ogóle, to Antonia jestem, a pani? - Jakoś głupio było mi do niej mówić na “pani”, jeśli jest w mniej więcej moim wieku. Tak młoda, a już musi się tak potwornie martwić o męża… Aż na jej widok człowiekowi robi się po prostu przykro. Przynajmniej mi.

    OdpowiedzUsuń
  9. - Michał, telefon do ciebie. - Powiedziała zdyszana pani Makowska, ta z parteru. Dobra znajoma, można by rzec, że przyjaciółka. Często wspierała, od czasu do czasu pomagała podziemiu. I jako jedyna miała dostępny telefon w tym pionie kamienicy. Nasz ciotka sprzedała po to, aby coś nam do garnka wrzucić.
    Pani Makowska była zdenerwowana. Nerwowym krokiem szła do mieszkania. A ja za nią.
    - Tu Michał. - Powiedziałem cicho, jakbym obawiał się czegoś.
    - Tu Jurek. Stępiński wydał wszystkich. Możliwe, że już po na jadą. - Usłyszałem w słuchawce.
    - Przyjąłem. Będę tam, gdzie zawsze. - Wyjrzałem przez okno. - Albo i nie będę. Są tu już.
    W drzwi ktoś załomotał. A więc szukali nie tylko mnie. Możliwe, że ten dureń wydał też i panią Irenę.
    - Ucieka pani tyłem. - Powiedziałem kobiecie, a ta momentalnie zniknęła. Wraz z pojawieniem się niemieckich szumowin. Długo nie trwało to wszystko. Zabrali mnie i jeszcze dwie inne osoby. Tego Mirka spod piątki i Pawła z dwójki. Makowskej nie znaleźli i chyba nie było im to na rękę.
    ***
    Od razu więli nas na przesłuchanie. Każdego gdzie indziej. Nie wiem ile czasu już minęło odkąd zabrali mnie z domu. Wiedziałem tylko, że krwi mi coraz bardziej ubywa. Z każdym uderzeniem otwierano nowe lub stare, jeszcze nie zagojone rany. Pewnie wyglądałem gorzej niż sto nieszczęść. Bito mnie gdzie popadnie. Po nogach, po plecach, w głowę, po rękach, po nerkach. Kopano jak psa. Nawet gorzej. Chciałem umrzeć w tej chwili. Albo ewentualnie zemdleć. Aby już nic nie czuć. Czułem jak krztuszę się własną krwią. Jak pot wymieszany z krwią zalewa mi oczy. Kurwa mać, jak piecze! Moje krzyki są głośne, pełne boleści. Momentami wydaje mi się, że z bólu wyję niczym wilk do księżyca. Czy ktoś z zewnątrz to słyszy?
    Nic im nie powiem.
    Nic im...
    ... nie zdradzę.
    Boże, gdzie jesteś w tej chwili?
    Boże mój, Boże czemuś nas opuścił?
    Kończą na dzisiaj i ciągną mnie korytarzem jak jakieś truchło. Worek. Jak śmiecia.
    Boże mój pomóż... W głowie tylko dźwięczy denna modlitwa.

    OdpowiedzUsuń
  10. Następny dzień nie był lepszy. Od rana "zajęli się" mną na pełnych obrotach. Godzina wystarczyła, abym znowu miał usta pełne krwi. Kilka, jak nie kilkanaście razy, oberwałem po głowie pałką. Momentami aż mnie zamroczyło i ogłuszyło. Dzwoniło mi cholernie w uszach. Widziałem bardzo niewyraźnie. Musiałem wytężyć wzrok, abym cokolwiek mógł dojrzeć. Ciężki but tej niemieckiej gnidy zgniótł mi lewą dłoń. Słyszałem chrzęst kości. Na pewno była złamana.
    Jakoś tak trochę później przyprowadzili tutaj kobietę. Blondynkę. Wypytywali mnie o nią.
    - Znasz ją? - Zapytał esesman.
    - Mówiłem już, że nie znam tej kobiety. - Odpowiedziałem, plując krwią. Krew chlupnęła na but esesmana. Nie spodobało mu się to i zarwałem z pięści w żołądek. Tak mocno, że aż nie mogłem oddychać. Patrzyłem też oczami, które były wyprane z emocji co robią z kobietą. Tak bardzo chciałbym, aby nie cierpiała. Samo patrzenie na nią, na to jak ją bije ten cham, przyprawiało mnie o bóle i mdłości. Sam też obrywałem gdzie popadło. Ale nadal uparcie trwałem przy swoim. Że nikogo nie znam. Że nie wiem o co chodzi. Że nie wiem gdzie coś jest.
    Po jakimś czasie dwóch szeregowców posadziło mnie na krześle. Esesman ukucnął przede mną. Twarzą był na wysokości mojej twarzy. O coś pytał, ale w uszach mi tak dzwoniło, że słyszałem co trzecie słowo. Skupiłem się, zbierając w sobie resztki sił. Uśmiechał się szyderczo i z pogardą.
    "Jeszcze tylko trochę Michał... Skup się. Dasz radę." - Szeptał mi cichy głosik w głowie. - "Teraz!"
    I jakby na znak przywaliłem swoją głową w głowę grubasa. Musiało być to całkiem porządne uderzenie, bo tłuścioch zakołysał się na nogach i siadł tyłkiem na brudną od krwi i nie wiadomo czego jeszcze posadzkę.
    - Nie ważne ile razy nas upokorzysz... I tak nigdy nas nie będziecie mieli... - Splunąłem na niego i uśmiechnąłem się. Musiał być to masakryczny uśmiech. Z zębami pełnymi krwi.

    OdpowiedzUsuń
  11. Musiało minąć kilka chwil do czasu aż otrzymałam odpowiedź od dziewczyny. Chociaż nie dziwię się. Sama raczej nie chciałabym o tym rozmawiać. Jeszcze dodając ten fakt, że jesteśmy w szpitalu, gdzie ją jacyś Polacy mogli zauważyć na rozmowie z Niemką.. Ah. Tragedia.
    W końcu jednak blondynka postanowiła się odezwać, aby następnie znowu zamilknąć. Było tak jak myślałam. Jej mąż leży na sali operacyjnej. Kobieto, nawet nie wiesz jak ja ci współczuję. Jak sobie pomyślę o Hermannie, że on też tak może skończyć… Lepiej nie. Trzeba myśleć pozytywnie, bo im czarniejsze myśli, tym większe jest prawdopodobieństwo niepowodzenia.
    - Na brzuch, ja? - Spojrzałam się na ścianę przede mną, lekko się uśmiechając przy tym. - To zabawne - w moim głosie dało się odczuć lekką ironię - bo mój kolega, również powinien.
    Tak szczerze to nie wiem po co ja to powiedziałam. Równie dobrze mogłabym siedzieć cicho, ale czułam wewnętrzną potrzebę powiedzenia tego. Tak samo było kiedy spojrzałam na dziewczynę, a ona na mnie. Miałam wrażenie, że zaraz mi tu zejdzie z tęsknoty i trwogi o ukochanego. Co prawda gdyby mnie tu jakiś Niemiec zobaczył, to bym pewnie surowo za to dostała, ale teraz mnie to nie obchodzi.
    Przytuliłam się mocno do dziewczyny i delikatnie poklepałam ją po plecach, aby dodać jej otuchy. Nie mogłam nic innego zrobić, bo raczej sama na salę jej bym nie wpuściła.
    - Będzie dobrze - szepnęłam jej do ucha, mocniej ściskając. - Jeszcze wyjdzie z tego i będziecie mogli dalej razem żyć. - Starałam się jakoś ją uspokoić. Czułam, że musiałam to zrobić. Tak po prostu. Bez względu na ewentualne konsekwencje.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wiem, że to co zrobiłam było lekko nieodpowiedzialne. Przecież w każdej chwili mógł tu ktoś wejść i dopiero by było. Ja to tam jeszcze, ale nie chcę, aby ta dziewczyna miała problemy. Już wystarczająco cierpi.
    Oddaliłam się na kawałek i ujrzałam jak blondynka się delikatnie uśmiecha. Jak ujrzałam ten uśmiech, to od razu zrobiło mi się tak lżej na sercu. Jednak to koniec sielanki, gdyż jeden z oficerów pojawił się na korytarzu. Na moich oczach uderzył on dziewczynę, wyzywał ją od polskich dziwek i w końcu szarpnął nią tak, że bez zastanowienia się wstała z miejsca i stanęła gdzieś kawałek dalej.
    Potrzebowałam chwili, aby dobrze wszystko sobie poukładać w głowie. To było jednak delikatnie wstrząsające, zwłaszcza, że działo się to w ułamkach sekund. Co prawda widziałam dużo podobnych scen, no ale jednak.
    - Ich? - Spojrzałam na mężczyznę chłodnym wzrokiem, aby pokazać, że mnie to “nie ruszyło”. - Mogę powiedzieć, że rozumiem jej obecną sytuację. - Miałam coś jeszcze dopowiedzieć, ale ugryzłam się w język. Wolałam uniknąć jakiegoś większego konfliktu, bo widać było, że kolega nie miał najlepszego humoru.
    Kątem oka mogłam zobaczyć jak blondynka coraz bardziej przypomina siebie sprzed kilku minut, kiedy to również miała spuszczona głowę, a włosy przysłaniały jej twarz. Jeszcze ta chusteczka… Trzymaj się, proszę
    - No już, wystarczy. Nie musi pan się już tak unosić. - Serio. Zaraz mnie od tego głowa rozboli. - Spokojnie.
    Na całe szczęście wejście lekarzy przerwało tę napiętą sytuację. Na wieść o tym, że Hermann będzie żył, mimowolnie się uśmiechnęłam i ucieszyłam. Kamień z serca! Niestety nie wiem co z tamtą drugą. Jeden z doktorów zabrał ją do innego pomieszczenia i tyle ją widzieli. Eh… Może się jeszcze kiedyś dowiem tego.
    Wychodząc ze szpitala, wymieniłam się spojrzeniem z tamtą dziewczyną z korytarza. Nie wyglądała na zadowoloną. Cholera…

    -*-*-

    Powracając do domu ze szpitala, gdzie byłam po raz setny odwiedzić Hermanna, szłam sobie spokojnie, rozmyślając o tym co by jeszcze można było dzisiaj zrobić. Wszakże już zwiedziłam prawie całą Warszawę, a znajomych tu za wielu nie mam. Mogłabym coś poczytać, ale wszystko z domowej biblioteczki już przeczytane.
    Przechodząc między jedną kamienicą a drugą, widziałam jak kilka z dwa, trzy patrole dokonywały kontroli. I dobrze. Porządek musi być! Jednak usłyszałam pewien znajomy głos. Chciałam podejść bliżej, jednak aby nie wyglądało to zbyt podejrzanie, postanowiłam, że usiądę na pobliskiej ławce i podsłucham rozmowę.
    Jak wszystko poszło dobrze i spokojnie mogłam usiąść, tak już z rozpoznaniem dziewczyny było gorzej. Rude włosy, okulary, taka sukienka… No i to imię. Nie, nie kojarzę, choć ten głos… Scheisse! Widać było, że się dziewczyna mota w rozmowie, no ale przecież przerywać nie będę. Nie chcę być niegrzeczna. Ewentualnie jak sprawa nabierze obrotów.

    OdpowiedzUsuń