poniedziałek, 20 marca 2017

In Einsamkeit in fernem Land Hab ich den Tod gesehn. In Einsamkeit in treuem Bund Sah ich sie untergehn

Antonina Józefina von Klauch


Antonina Józefina? Pf. Wolę Antonia Josephine von Klauch. Tak jest bardziej... Niemiecko.

Tak, właśnie takie słowa padły z ust Polki. Polki, która za nią się nie uważa.


Urodzona w 1919 roku, dokładnie w dniu piątej rocznicy zastrzelenia arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, jako obywatelka Wolnego Miasta Gdańsk.
Po aneksji Gdańska do Trzeciej Rzeszy i wydaniu w 1941r. przez Heinricha Himmlera Volkslisty, została określona mianem DVL 3 - w końcu jej matka była rodowitą Polką, natomiast ojciec to czystej krwi Niemiec.
Sama jednak woli się określać jako Niemka. 
Została wychowana w duchu narodowosocjalistycznej idei przez jakże wspaniałego tatę oraz jego kolegów. 
Kilka dni po wybuchu wojny przyjęli ją do pracy w charakterze pielęgniarki w Szpitalu im. Mikołaja Kopernika. 


20 maja 1930 roku


Mamo! 
Mamo, wiem, że gdzieś tam jesteś! 
Mamo, odezwij się do mnie. 
Tak bardzo chciałabym Cię znów zobaczyć. 
Tęsknię najmocniej jak mogę. 
Dlaczego zostawiłaś mnie i tatę samego? 
Bez Ciebie dom już nie jest taki sam. 
Mamusiu moja droga, jeśli mnie kochasz,
to czemu mnie już opuściłaś?


29 maja 1931 roku


Mamo, czy ty naprawdę musiałaś od nas odejść? 
Przez to jacyś starsi, polscy chłopcy się ze mnie śmiali. 
A wiesz czemu? Bo jestem w połowie Niemką. 
Wyzywali też, że już niedługo stanę się taka sama jak inni Niemcy,
że będę z pogardą patrzyła na Polaków. 
Mamo, czy to może być prawda? 
Przecież tata jest Niemcem, prawda? A to on teraz będzie się mną opiekował… 
Mamo, ja nie chcę tak żyć. Nie wytrzymam długo z tymi wszystkimi brzydkimi słowami. 
Gdybyś nie odeszła, to by tego nie było. 
Byłabym spokojna… 

29 lipca 1938 roku


Niby to juz koniec lipca, a ciepło jest jeszcze jak cholera. W sierpniu ma niby być podobnie.
A no właśnie, co do sierpnia… 
Niedługo organizowany jest Deutsche Turn- und Sportfest w Breslau¹
Oczywiście się na niego wybieram. Taka okazja może się nie powtórzyć. 
A z racji tego, że sam fuhrer tam będzie, to nawet mój ojciec pojedzie tam razem ze mną. 
To będzie coś wspaniałego! Móc zobaczyć takie widowisko, tyle młodzieży i starszych “kolegów” po fachu… 
Pf, wszyscy ludzie z kamienicy mogą mi zazdrościć. Chociaż nie. Dla nich to tylko kolejne narzędzie propagandowe Adolfa Hitlera.  Nie znają się. 
Powracając trochę do bardziej górnolotnych tematów, to ostatnio mam wrażenie, że coś się szykuje. Pewne coś wisi w powietrzu. No, nie powiem, jestem tym zaniepokojona. 
Mimo wszystko nie chciałabym drugiej wojny. 
Wciąż pamiętam, co mama mi opowiadała, gdy byłam mała. 
Oj, nie chciałabym tej powtórki z rozrywki.

18 października, 1941 roku


Scheiße! 
Te koszmary nie dają mi spokoju. Ciągle śnią mi się te ciała i ten smród...
To jest, było, przecież okropne. 
Co mnie podkusiło, aby tam iść?!
Chwila... Przecież mogłam stamtąd pójść. Odejść i zapomnieć.
Ale nie. Wolałam stać i gapić się jak taka sroka w gnat.
Nawet dobre porów... Aj! Chociaż jest jeszcze coś gorszego.
Mogłam go powstrzymać. Powiedzieć, by tego nie robił. Przecież pewnie by mnie posłuchał. Ale, ugh... Hermann, du Hurensohn!
² 
Spokojnie, Antonia, spokojnie. W końcu to byli Żydzi, należało im się.
Ich trzeba unicestwiać, nawet tata tak mówił.
Chociaż z drugiej strony... To byli niewinni ludzie jak ja czy Monika.
Jestem w rozterce. Mam wyrzuty sumienia. Przynajmniej tak myślę, że je mam.
Sama nie wiem już co o tym wszystkim myśleć... 



________________
Na zdjęciu Victoria z bloga Vintagemaedchen. Cytat w tytule pochodzi z piosenki "Totenburg" zespołu Darkwood. W wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej: "W samotności, w odległej krainie widziałem śmierć. W samotności, wiernym przymierzu zobaczyłem ich upadek".
¹ Deutsche Turn- und Sportfest in Breslau - Niemieckie Zawody Gimnastyki i Sportu we Wrocławiu ² Hurensohn - skurwysyn

Mam nadzieję, że w karcie nie ma specjalnie dużo błędów. Sprawdzałam wszystko po kilka razy i nic nie wyłapałam. Dodatkowo otrzymałam sporą pomoc, za co dziękuję. Również mam nadzieję, że ma postać nie jest jakoś nudna, przerysowana czy coś takiego. No to co mi pozostaje dopisać? Chyba tylko tyle, że jestem otwarta na wszelkie wątki. W razie czego pisać na: kattbyd@gmail.com albo GG: 45693176





19 komentarzy:

  1. Witamy pięknie nową autorkę! Mamy nadzieję, że będziesz się tu dobrze czuła i szybko znajdziesz nić porozumienia z innymi autorami. Od siebie mogę zaproponować wątek osadzony w Gdańsku z moją Weroniką, pielęgniarką; zachęcam też do kontaktu z innymi autorami.
    Generalna Gubernator Minami, pisząca też w imieniu porucznik Reid

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć! Widze, że panna z Gdańska. Mój Michał także wiec zapraszam. Mogliby się znać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. [Witam serdecznie, panią Niemkę :)
    Muszę przyznać, ze całkiem ciekawa postać ci wyszła, aż chciałbym mieć wątek z nią i lepiej poznać pannę von Klauch :D
    Dobrej zabawy oraz samych ciekawych wątków :)]

    Martin
    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  4. (Ja też panią Niemkę gorąco witam i życzę ciekawych wątków, a w razie potrzeby zapraszam do siebie! Mam nadzieję, że nie będę musiał pukać w nocy do drzwi Twej pani i wołać "Polizei, Aufmachen!" ;) )

    Matthias von Anwarden

    OdpowiedzUsuń
  5. [Cześć! Postać ciekawa, oryginalna - aż chciałoby się napisać wątek. Tylko nie mam pojęcia, co by tu wykombinować, bo moja Katia nigdy nie była w Gdańsku.]

    ~ Jekaterina Juszczenko

    OdpowiedzUsuń
  6. Przywyklem już do życia w Warszawie. Tak jak kiedyś do życia w Gdańsku. Tak jak do tego co tutaj się działo. Mimo iż nie zgadzalem się z tym wszystkim, z tym całym skurwysynstwem, to szło przywyknac. W krew weszło mi już ratowanie siebie i innych. Wysadzanie tego co mi zleca. Zszywanie kolejnych pocharatanych ludzi. Czasami jeszcze miałem koszmary, ale już coraz rzadziej.
    Szedłem teraz miastem, jedną z tych glowniejszych ulic. Wszędzie panoszyli się szwaby i kazali pokazywać dokumenty. Zachowywali się tak jakby to Bogiem byli. Dobry żart. Jeszcze im to się odbije czkawka. Jeszcze będziemy ich gonić pod Berlin. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Usiadlem na jednej z ławek z kieszeni wyciagnalem jabłko. Dostałem je od jakiejś poczciwej babki ze straganu. Moje pierwsze śniadanie od kilku dni. Wcinalem je z apetytem. Nieco egoistycznie, ale przynajmniej żadne z dzieciaków mi nie jeczalo, że jest głodne i nie musiałem mu tego jabłka oddawać.
    A słońce tak przyjemnie świeciło. Sielanka okupowanego kraju.

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedy konczylem jeść jabłko zauwazylem, że ktoś nade mną stoi. Jakoś się nie wystraszyłem. Spojrzałem spokojnie na kobiete, która wpatrywała się we mnie. Poczułem się trochę dziwne. Nauczony doświadczeniem, wiedziałem, że jak ktoś długo mi się przyglądał to nie oznaczało niczego dobrego. No cóż, takie czasy, kiedy człowiek zrobił się bardziej ostrożny i podejrzliwy niż wcześniej. I raczej nikt nieznajomy tak chętnie do obcego się nie dosiadal.
    Przyjrzalem się jej. Twarz jakby taka trochę znajoma. Chwilę zajęło mi to, abym sobie przypomnial skąd ja ją kojarze.
    - Tośka? - Zapytałem się nieco zdziwiony, że ona jest tutaj. - Kope lat. Co ty tutaj robisz? - Zlustrowalem ją wzrokiem dyskretnie. Zaraz jednak przypomniałem sobie jak to się z nią sprawy miały. Dopóki zyla jej matka to dosyć często widywala się z moją, świętej pamięci, mamą. Jako dzieci bawiliśmy się razem. A później po śmierci jej matki jakoś to wszystko poszło w siną dal. Kontakty się ograniczyły. Ojciec mój mówił, że niemoralnym jest to co ojciec Tośki wpajał do jej młodej głowy. Ciekaw byłem czy tak mocno uległa hitlerowskiej propagandzie. Wyglądała dobrze, lepiej niż kobiety w obskurnych ubraniach. A więc poszło w stronę niemiecką. - Co u ciebie? - Zapytałem się jej po niemiecku, gdyż widziałem zbliżający się patrol. Czy oni nigdy nie mają dość?

    OdpowiedzUsuń
  8. Dopóki patrol nie zniknął gdzieś w oddali rozmawiałem z nią po niemiecku. Nie miałem ochoty im się w pas kłaniać i tłumaczyć się co tutaj robię. W sumie to mógłbym zadać im to samo pytanie. "Co oni robią na mojej ziemi?" Panoszyli się tak jakby łazili po swoim. Aż niedobrze mi się od tego robiło.
    - Myśmy tutaj zostali od początku wojny. - Westchnąłem cicho pod nosem. Ciekaw byłem jak się ma sprawa z naszą... Teraz to już z moją kamienicą. Z tego co pisała pani Grabińska to kobieta się nią opiekuje. Że Niemcy zajęli... I wtedy mnie szlag jasny trafiał. Kiedy tylko przyjdzie czas upomnę się o swoje. - Też tęsknię za domem. Nawet nie wiesz jak. - Uśmiechnąłem się nikle w kierunku dziewczyny. Chciałem tam wrócić, ale wiedziałem, że tam bym życia nie miał. Doszły mnie wieści co szkopy zrobili w okolicach Gdańska. Poza tym nigdy bym się nie zgodził zostać barwionym Niemcem. Rodzice zbyt bardzo nauczyli mnie kochać ten kraj. - Ela, moja młodsza siostra rośnie jak na drożdżach. Wyrośnie na piękną dziewczynę. - Uśmiechnąłem się lekko. - A na razie mieszkamy u siostry mojej mamy. U ciotki Anny. Ma ogromne mieszkanie. Z nami mieszka też jeszcze część dalszej rodziny. I do tego jeszcze kot i pies. Ogółem dwunastka nas mieszka. Jest wesoło. - Zaśmiałem się cicho. - No i niedawno przeprowadziłem swoją pierwszą operację. - Co prawda nie ukończyłem studiów ani nic, ale uczył mnie pewien szanowany polski chirurg. W końcu i tak planowałem iść w tym kierunku. Szkoda tylko, że nie było mi to dane. Niedaleko nas przejechał niemiecki samochód. Taki co to na niego wsadzają ludzi z łapanki i wywożą. Zatrzymali się. - Chodźmy stąd. - Powiedziałem do niej. Nie miałem zamiaru wylądować gdzieś w obozie. Albo na Pawiaku.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nim się zorientowałem to byliśmy już gdzie indziej. Ma dziewczyna tempo. Temu zaprzeczyć nie mogę. Rozejrzalem się dookoła nas. Ciekaw byłem czy Tosia wiedziała, gdzie nas zaciągnęła. Ja miałem jako takie przeswity co do tego miejsca. Spojrzałem na nią uważnie. Chyba dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie wie gdzie jest. Skąds kojarzylem ta ulice. Tylko nie pamiętalem skąd. Szlag by to trafił i krew nagla zalała. Poszliśmy dalej i tak nie mieliśmy niczego do stracenia. Ryzyk - fizyk. Dopiero po wyjściu z uliczki na jakiś większy placyk i zauwazeniu kilku znajomych twarzy usmiechnalem się szeroko.
    - Jesteśmy w domu. - Powiedziałem radośnie idąc przed siebie. - Widzisz, ze mną nie zginiesz. - Zasmialem się serdecznie. Zauważyłem stara Kowalska, która handlowala piwczywem.
    - Dwie bułki poproszę. - Powiedziałem.
    - Michasiu dzisiaj mam też coś ekstra. - Powiedziała kobieta.
    - Dwa razy ekstra. - I dostałem dwa petka kiełbasy. Zapłaciłem i poszedłem do Tosi.
    - To dla ciebie. - Dałem jej bułkę i kiełbasę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Los akurat zrządził, że tą drogę wybrało sobie dwóch volksdeutschów - młody chłopak o budowie atlety i stary robotnik kolejowy o twarzy zniszczonej pracą. Usłyszawszy krzyk Antonii, zatrzymali się w pierwszej chwili, niepewni, co zrobić. Najprawdopodobniej wystraszyli się jednak konsekwencji, gdyż podeszli wolno, spokojnie do krzyczącej kobiety i pomogli jej przenieść mężczyznę do najbliższego szpitala. Tam jednak musiała czekać dość długo; wszyscy gdzieś się spieszyli, biegali tu i tam i nie od razu przyjęto Hermanna na oddział.
    -Sein Name und Vorname?-spytał ostro po niemiecku jakiś łysawy lekarz, każąc gestem przerażonym pielęgniarkom przenieść rannego na nosze. Stojąca obok dziewczyna z notesem otworzyła go na czystej kartce, gotowa zapisać nazwisko pacjenta. Gdy tylko otrzymał odpowiedź, zabrano Hermanna na oddział - okazało się bowiem, że silnie krwawiąca i już czymś zapaskudzona rana zaczyna sprawiać większy problem, niż się spodziewano. Antonię odprowadzono natomiast do poczekalni, gdzie wskazano jej miejsce obok wysokiej, młodej kobiety o jasnych włosach, nerwowo mnącej róg chusteczki w oczekiwaniu na wieści. Zapewne również na kogoś czekała, gdyż utkwiła zapłakane, ciemnoniebieskie oczy w drzwiach sali operacyjnej.
    Weronika czekała. Słowa jakiejkolwiek modlitwy, nadziei dawno już uleciały jej z głowy. Zacisnęła po raz setny palce na zmiętym, mokrym materiale. Po jej policzkach pociekły kolejne łzy.
    Simon trafił na stół. Te rany...Nie pozwolili jej dołączyć do składu operującego. Była pielęgniarką i mogłaby pomóc, to fakt, ale ordynator...Cóż, stwierdził, że nerwy zaszkodzą pacjentowi. Gdyby tylko była pewna...Już trzecia godzina upływała jej na czekaniu. Otarła łzy i przesunęła się trochę, widząc niemiecką kobietę, której pielęgniarka wskazała miejsce obok niej. Może będzie miała szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  11. Weronika kiwnęła głową. Przyjęła chusteczkę, po czym otarła zapłakane, duże oczy i wydmuchała dokładnie nos. Uczyniwszy to, zmięła ją w drżących, lepkich od potu palcach. Spojrzała uważniej na tę kobietę. Wyglądała bardzo podobnie do niej, też wysoka, smukła blondynka w rozkwicie kobiecości, też blada prześliczną bladością, ale spokojniejsza...Ktoś mniej uważny mógłby wziąć siedzące obok siebie kobiety za siostry, ale nie miałby racji - proste, bardzo znoszone ubranie pani de Sevigny, które swoją świetność przeżywało chyba wieki przed wojną, bardzo jaskrawo odbijało od wspaniałej, eleganckiej sukni nieznajomej. Wyglądała ona zresztą znacznie lepiej, korzystniej, bardziej...aryjsko.
    Przełknęła ślinę. Czuła, jak coś chwyta ją za gardło jak imadło, zaciska się, odbierając ochotę do mówienia. A jednak nie mogła nie odpowiedzieć. Zacisnęła i rozprostowała palce, chwyciła szybki haust powietrza.
    -J-ja...-jej głos drżał, był niepewny, lada chwila mogła znowu się rozpłakać. -Vielen danke.
    Miała dość poprawny akcent niemiecki, nie na tyle jednak dobry, by brzmieć jak najczystsza na świecie Niemka. Dlatego zadygotała mocniej i rozejrzała się po korytarzu.
    -Już trzecią godzinę czekam. Na...na mojego męża.-dodała trochę pewniejszym głosem. Oparła się o twarde, niewygodne oparcie krzesła, lekko odchylając głowę do tyłu. Była wdzięczna tej kobiecie, że podała jej chusteczkę i nawiązała jakąś rozmowę.
    -Pani też na kogoś czeka, prawda? - spytała nieśmiało.

    OdpowiedzUsuń
  12. Spojrzałem na biegnące dzieciaki, które w coś się chyba bawiły. Zrobiło mi się tak jakoś smutno. I przykro. A najbardziej to ogarniał mnie żal. Że ich dzieciństwo tak szybko i brutalnie zostało przerwane. Że tak szybko muszą dorosnac. One nie powinny widzieć tego piekła jakim jest wojna. Powinny beztrosko bawić się, jeść słodycze, śmiać się i wspinać po drzewach w parkach. Niestety... To wszystko było, jak powiedział mi kiedyś jeden Niemiec, tylko dla dzieci niemieckich. Aż mnie szlag jasny trafiał i krew nagla zalewala. Tak nie powinno być. Moje dzieciństwo było szczęśliwe. Nie było jako tako większych konfliktów. Byłem wtedy taki szczęśliwy. Może ojciec nie mógł być z nami tak jak byśmy tego chcieli, ale zawsze to nadrabial. I wtedy byliśmy wszyscy razem. W naszym domu. Żywi.
    Skończyłem jeść swoje "danie". Tośka także. Dzieci już dawno gdzieś pobiegly. A pomiędzy nami zapanowała niezreczna cisza.
    - Coś złego stało się ze światem i nie wiem co to jest... - Mruknalem cicho zamyslony.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Czy w ogóle powinna coś mówić? Po co rozmawiała z tą Niemką? Gdyby ją zobaczył ktoś z AK, zapewne byłaby pierwszą kandydatką do ścięcia włosów. Chrząknęła z zakłopotaniem, skupiając wzrok na nieregularnych odpryskach farby na ścianie. Skoro się powiedziało "A"...Minęły je jakieś pielęgniarki z kartami w dłoniach. Jakiś Niemiec z zabandażowaną ręką wszedł do jednego z gabinetów lekarskich.
    -Mój mąż...-zawahała się na chwilę. Przypomniał jej się hrabia Schenk, wciąż chory, ale dla zdrowia przebywający na froncie wschodnim. Przypomniały jej się też historie zasłyszane podczas odwiedzania rozmaitych domów prywatnych i nie tylko prywatnych, a także epizod z odgrywaniem prostytutki na potrzeby ratowania pewnego dziecka. Stłumiła rodzący się wewnątrz histeryczny śmiech. Co się z nią działo? -Mój mąż jest operowany na brzuch, tyle wiem. Ale lekarze nie chcą mi nic...
    Umilkła. Wpatrzyła się w ścianę, znów niepewna, znów przerażona, tym samym przelotnym, wystraszonym spojrzeniem obdarzyła nieznajomą. Nie powinna nawiązywać z nią rozmowy. Jeszcze jakiś Niemiec w odruchu bohaterstwa zdzieli ją w twarz, bo ma czelność odzywać się do nadkobiety...No i przecież nie mogła, u licha, powiedzieć tej miłej kobiecie, że jej męża postrzelili na akcji Niemcy, bo akurat nadarzył się snajper! Zegar stojący w rogu poczekalni tykał cicho, odmierzając skrupulatnie czas. Ludzie szli w różnych kierunkach, nie zwracając na nic i na nikogo uwagi.

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  14. Zastanawiałem się czy ona tak na serio to mówi. Momentami wydawało mi się, że Tosia ma założone klapki na oczach i pewnych rzeczy nie widzi. Albo nie chce widzieć. Też bym tak chciał. Ale niestety różnica między nami jest taka, że w tym całym absurdzie ja jestem po jednej stronie barykady a ona po drugiej. Oboje mamy inne poglądy.
    - Pewnie. Nic się takiego nie dzieje. - Wzruszylem mimowolnie ramionami. - Moja pierwsza dziewczyna nie żyje, bo gestapo postanowiło ją dla zabawy pobić na śmierć. Moi rodzice nie żyją, bo niemcy uznali, że pocwicza sobie strzelanie do celu. Mój brat nie żyje, bo rosjanie też zabawili się w egzekucje. Bawmy się dalej. - Spojrzałem się na nią. - Przepraszam. Po prostu to mnie przerasta. Nie umiem już normalnie funkcjonować. Poza tym okazało się, że mam brata bliźniaka. Jest identyczny jak ja. - Zwiesilem głowę smutno. Zaraz jednak usmiechnalem się. - W domu mam istne domowe przedszkole. - Zasmialem się cicho. - Nie mów nikomu, że ze mną rozmawiałas. Możesz mieć nieprzyjemności.

    (Przeniesiony post Michała, który znalazł się pod kartą Weroniki)

    OdpowiedzUsuń
  15. Uniosła wysoko brwi, zaskoczona. Nie spodziewała się czegoś takiego...Podziękowała nieznajomej delikatnym uśmiechem i chciała coś powiedzieć, jednak właśnie wtedy na korytarzu pojawił się niemiecki oficer. Zauważywszy całą scenę, podszedł do Weroniki i wymierzył jej policzek.
    -Wynoś się z tego miejsca, polska dziwko-syknął. Szarpnął ją, co spowodowało, że przestraszona kobieta wstała z miejsca, a następnie spokojnie usiadł obok pięknej Aryjki.
    -Dlaczego dotyka pani tej polskiej wszy?-spytał z pogardą, otrzepując ręce o mundur, by pozbyć się brudu.-Przecież to polskie ścierwo. Zwykły śmieć!
    Weronika oparła się o ścianę. Pochyliła głowę tak, by długie, jasne włosy zasłoniły jej twarz. Zacisnęła dłonie mocniej na chusteczce. Oficer splunął w jej stronę, mrucząc coś o polskich kurwach.
    -Ma dziwka szczęście, że nie ma tu Berholdta, ten by już jej kulkę w łeb wpakował-mruknął.-Polnische Scheisse.
    Na szczęście w tej chwili pojawili się trzej lekarze. Dwóch podeszło do Antonii, jeden - Polak - zbliżył się do Weroniki i na widok Niemców poprowadził ją do gabinetu. Okazało się, że o ile Hermann przeżył operację i jest bezpieczny na oddziale, o tyle Simona trzeba możliwie jak najszybciej zabrać ze szpitala i umieścić w jakimś bezpieczniejszym miejscu. Weronika natychmiast się na to zgodziła. Wiedziała, że jeżeli zostawi tu męża, wpadną oboje.
    Gdy wychodziła ze szpitala, mijając się z dziwną Niemką, ich oczy się spotkały. W spojrzeniu Weroniki był nieskrywany strach. Tymczasem kilku dobrych znajomych z konspiry dyskretnie zwijało Simona ze szpitala (wprawdzie był Francuzem, ale lepiej było nie ryzykować wsypy).

    ***
    Kilka dni później Weronika wracała z pracy jako Brigitte Rossberg, sekretarka Alexandra Stauffenberga. Pofarbowane na rudo włosy, kraciasta suknia i okulary miały ją zmienić, liczyła też na to, że niemieckie, pewne dokumenty pozwolą jej się w razie czego wyrwać. Na swoje nieszczęście wpadła w łapy patrolu, któremu wydała się podejrzana - niby kennkarta na nazwisko Rossberg się zgadzała, ale dowódca patrolu miał wątpliwości. Jak na złość, akurat tę chwilę wybrała sobie dziwna nieznajoma ze szpitala, by pojawić się na ulicy.
    -Ich bin Brigitte Rossberg-powtórzyła po raz tysięczny Weronika, starając się zachowywać spokój. Jest za późno. Spaliła się, Niemka przecież może rozpoznać jej głos i stwierdzić, że rzekoma niemiecka sekretarka jest Polką, a wtedy...Starała się oddychać spokojnie. Nie panikować. Może będzie miała szczęście.
    Może.

    Weronika

    OdpowiedzUsuń
  16. Wolałem aby jej ojciec nie wiedział o tym, że mnie tutaj spotkała. Tak będzie lepiej. I dla niej i dla mnie.
    - Sam także byłem zaskoczony. Wiesz... Nagle któregoś pięknego dnia spotykasz kogoś kto jest twoją kopia. Kropka w kropkę. - Stwierdziłem. O tym, że Bastiana Polacy gdzieś trzymają wolałem nie mówić. Nie musiała wszystkiego wiedzieć.
    Spojrzałem dookoła. Życie toczyło się po swojemu. A pomyśleć, że kilka minut temu, kilka przecznic dalej była łapanka. Cieszyłem się, że mnie nie zgarnęli.
    Po drugiej stronie ulicy siedział jakiś młokos z harmonia i przygrywał raźnie, śpiewając "Wyliczankę". Usmiechnalem się pod nosem.
    - Przyjemnie się tego słucha. - Zaśmiałem się serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  17. Rozejrzałem się dookoła. Raczej teraz powinno być spokojnie. Chociaz kto ich tam wiedział. Czasami to wszystko było tak nieprzewidywalne jak kobieta w ciąży. Akurat to wiedziałem z własnej autopsji.
    - Jasne. Masz może jakieś miejsce, które chciałabyś zobaczyć? - Zapytałem się jej po czym w myślach dodałem "i do którego ja mógłbym wejść". Teraz to wszystko było "ich". Rozporzadzili się w tej naszej Polsce nie pytając nikogo o zgodę. Aż szlag jasny człowieka trafiał i krew nagła zalewała.
    - Dziwię się twojemu ojcu, że puścił ciebie sama w obcym mieście. - Stwierdziłem ni z tego ni z owego. Na chwilę ponownie zmieniłem język na niemiecki, kiedy przechodził obok nas jakiś zolnierz niemiecki.
    - Dokumenty. - Powiedział do nas. Sięgnąłem do kieszeni i niemalże zszedłem na zawał. Nie było ich. Zaraz sprawdziłem druga kieszeń. Jest. Zglupialy wyraz twarzy faceta mówił mi jedno : nie wie jak to odczytać.

    OdpowiedzUsuń
  18. (Cześć! Co powiesz na wątek z Artemijem? Rusek i Niemka, to mogłoby fajnie wypaść. :D Mam nawet pomysł, tylko musiałabyś się do mnie odezwać.)

    Artemij Błagowieszczenski

    OdpowiedzUsuń