niedziela, 30 kwietnia 2017

Good things comes to those who wait


Chciałbym, aby moja historia zaczynała się wśród zapachu pieczonych jabłek z cynamonem. Albo wśród woni świeżo ściętego świerku, na którym powieszono długie lizaki w kolorowych papierkach zamiast okrągłych bombek. Ale niestety nie można wszystkiego sobie z góry zaplanować.

I tak urodziłem się wśród zapachu grzybów i jesiennego lasu. Wśród woni żywicznego drzewa. Zabrakło tylko migoczącego srebrem strumyka w blasku poranka i świergoczących radośnie ptaków.

Od zawsze w domu pachniało chlebem. Dziadek był szanowanym piekarzem w mieście. Pamiętam, jak szedł dumnie z wysoko podniesioną głową, na którą zakładał zabawny, brązowy kaszkiet. I zawsze mnie chwalił. Nawet wtedy, kiedy uciekłem mu na drzewo w trakcie spaceru z przyjacielem. Powiedział mu wtedy: "Zobacz Lars, jak mój wnuk pięknie wspina się po tej lipie!"

Tamar była piękną, aczkolwiek chorowitą kobietą o długich płomiennych włosach. Z oczami niebieskimi jak ocean. Związała się z Danielem- mężczyzną rosłym, o piwnym spojrzeniu. Ale Daniel okazał się być leniem i hultajem. W sumie to na jedno wychodziło. Brał pieniądze z domowego budżetu i znikał hen daleko w świat na kilka tygodni. Wracał, gdy kasa się kończyła. Tamara pocieszała się wtedy, kiedy ten wyjeżdżał, myślą, że przynajmniej na jakiś czas zaoszczędzi sobie wstydu. Kiedyś nawet powiedziała: "Niech ten kaszalot nie wraca!". Ze wszystkich słów nie rozumiałem tylko tego "kaszalota". A gdy zapytałem co to takiego, odpowiedziała mi, "że jeżeli nie chcę dostać wciory, to lepiej, abym nie pytał." A, że byłem jednym z wielu dzieciaków, które za żadną cenę nie chciały posmakować paska rodziców na tyłku, to nie drążyłem już tego tematu.

A kilka tygodni później mama zachorowała. Wtedy już nie mieszkaliśmy u dziadków, tylko na przedmieściach Memmingen. Wiosną tam było tak zielono, że trudno to sobie wyobrazić. A w maju kwitły bzy. Mamę denerwowały trochę żółte mlecze. Sądzę, że być może dlatego, że kiedy tylko się je zerwało to kleiły się od nich palce.

Tak nie było w maju 1931 roku. Matka wraz z całą gruźlicą wycharczała ducha. Gdy zapytałem jej: "Mamo, a co teraz ze mną będzie?", odpowiedziała mi, że zaczynam pieprzyć zupełnie jak mój niedorobiony ojciec. Jak to rzekła: "Twój ojciec to jeleń. Nawet Daniel się nazywa.", po czym dodała, abym był dobrym człowiekiem, i skonała.

Trafiłem pod opiekę ojca i jego nowej narzeczonej Natashy. Natasha miała córkę Nadię, z którą nawet się polubiliśmy. Pani Filipowa była temperamentną Rosjanką, która przesiąkała wonią tanich papierosów i winem. A przynajmniej tak mi się wydaje, że to było wino. Poza tym kochała swój kraj i ubolewała nad tym, że nie może tam być. Kiedyś zapytaliśmy ją z Nadią o powód niemożności powrotu do ZSRR. Ale sprała nas równo. Kiedyś modliłem się, aby ta kobieta umarła. Żeby przyszła t baba w czarnej szubie i z kosą pod pachą. Ale zamiast tego dostałem jakieś ulotki, które miałem poroznosić. Więc roznosiłem.

Określenie, że w szkole "miałem przerąbane" było zbyt delikatne. Wychowawcy mnie nie znosili. "Koledzy" urządzali takie "zabawy", gdzie to właśnie ja obrywałem najwięcej. I to praktycznie za nic. Dla nich nigdy nie byłem "Cesarem". Dla nich zawsze byłem "Rudy".

Kiedy oni siłowali się na boisku, ja czmychałem do miejskiej biblioteki. Lubiłem to miejsce i tamtejszych ludzi. Zapach książek zawsze mnie fascynował. Uwielbiałem się nim upajać do nieprzytomności. Był jak najlepszy narkotyk dla narkomana. Jak najlepszy samogon w kolekcji Natashy. Jak as pik w pokerowej talii. I tak siedziałem tam i czytałem książki. Spędzałem tam tyle czasu, ile tylko chciałem.

Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy poznałem mojego najlepszego przyjaciela- Otta.

Tuż przed wyjściem dostałem od ojca kolejny plik ulotek, z przykazaniem, abym je porozdawał innym, ale tak, aby te nie trafiły w ręce przełożonych.

"Ulotkowy biznes" szedł mi całkiem nieźle. Ojciec co rusz dawał mi za to jakieś drobniaki. A ja kupowałem za nie tony długich lizaków w kolorowych papierkach w "Zuker und Millis".

Ale tego dnia, gdzieś przesiałem ulotki "z najprawdziwszą prawdą", jak to mawiał Daniel. Jak ja się wystraszyłem! A jeszcze bardziej, gdy znalazł je przełożony. I wtedy Otto wstawił się za mnie. Wziął całą winę na siebie. Że to niby on dał mi te ulotki. Aż mi było głupio i wstyd za to. Wtedy też poszliśmy na wagary. Nie wiem jak to było w przypadku Otta, ale to były moje pierwsze.

Tak samo jak Otto, bałem się wracać do domu. Najpierw szwędaliśmy się po mieście. A później zaprowadziłem go do biblioteki. Przywieziono wtedy nowe egzemplarze książek...

W 1939 roku nastąpiła wojna. Cały świat stanął w ogniu. A my znajdowaliśmy się w samym środku tego oka cyklonu. W radiu marki Sigma Hitler trzeszczał, że mamy walczyć i umierać za nasz kraj, za naszą chwałę i za coś tam jeszcze, ale nie wiedziałem za co, bo radio prychnęło, trzasnęło i wyzionęło swojego elektronicznego ducha.

A później, kiedy już większość chciała tak dzielnie "walczyć i umierać", to się okazało, że "walczymy i umieramy" tylko po to, aby tym na górze przyznawano awanse i ordery. Żeby ich chwalono. I już nie "walczyliśmy i umieraliśmy" za nasze domy, rodziny, matki i kogo kto tam jeszcze miał w rodzinie, tylko za interesy wodza, który zaczynał popełniać błędy.

"Kij mu w oko i zgiń pomiocie czarta!", tak mu życzyłem w myślach na Sylwestra, któregoś tam roku. Przez tego idiotę nie mogłem czytać w spokoju wierszy Achmatowej!

Czasami śni mi się leśna polana z trawą do pasa i wysokimi, rozłożystymi gałęziami. Na jednej z nich siedzę ja i czytam książki. Są chyba o miłości, bo dużo w nich perfum i emocji, po poprzedniej właścicielce. Czytam je mojemu przyjacielowi.

Ale wiem, że to tylko sen. Zaraz budzę się w szarej zmasakrowanej rzeczywistości. Wiem, że tak się nie stanie. Tak nigdy nie będzie. Póki światem rządzi wojna. Kiedy człowiek patrzy na drugiego człowieka wilkiem. Kiedy mają ciebie za szaleńca.

Gdy przytykają ci lufę naładowanego pistoletu do pleców...

... i mówią ci jak masz żyć, według ich zakazów i nakazów
.



Cesare Neumann || 23 września 1920 || urodzony w Memmingen || od czerwca 1931 roku Hamburg || szeregowy wWehrmachcie Abwehrze || syndrom Piotrusia Pana || odmienne poglądy niż u kolegów po fachu || metr osiemdziesiąt z rudą czupryną w artystycznym nieładzie na wierzchu || "małe-wielkie" tajemnice z Elsą Aretz, szesnastoletnią Niemką uratowaną przez niego w Polsce w październiku zeszłego roku || zakazany owoc smakuje najlepiej || od 1939 - 1940 służba w Warszawie || 1941 rok przymusowy pobyt w obozie we Frankfurcie nad Menem || dzięki staraniom porucznika Rossa ponownie przerzucony do Warszawy w 1942 roku ||

[Wracam z Rudym Cesarem. Na razie tylko KP, później reszta. Wątki chodźcie tu do mnie. Powiązania także! Marco Reus na zdjęciu. Istnieje możliwość kontynuacji wątków z poprzedniej odsłony bloga.]

45 komentarzy:

  1. Pokiwałem głową. No tak miał rację, z tego co mi się wydaje to nawet słyszałem, że ja to chyba idę po rekord i chyba nawet dla mnie utworzą jakiś nowy order, albo i medal w końcu tyle razy wylądowałem w szpitalu…pewnie tyle samo co jakiś żołnierz frontowy. Ale kto mnie tam wie. Z całą pewnością jednak byłem ranny tyle samo co frontowiec.
    — Nie dziwię się…chociaż pan jest w o tyle lepszej sytuacji, że pierwsze co pan słyszy to pewnie jakieś „Dzień dobry”, czy coś podobnego, później pojawia się pytanie „Jak ręka?” – spojrzałem na niego. – A nie tak jak u mnie „Pamiętasz mnie?” albo „Pamięta mnie pan, panie majorze?”, a dopiero później „Dzień dobry”- westchnąłem zrezygnowany.
    Zmarszczyłem brwi, słysząc o bandycie.
    — Mówi pan o Adamskim? – zapytałem. – O tym słynnym „Bombowym Chłopcu”? czytałem troszkę o nim… Zastanawia mnie skąd on bierze te ładunki wybuchowe – pokiwałem głową, właściwie to wiedziałem, ale udawałem, ze nie. Genialne Martinie, genialne. – Wie pan…odnośnie Neumanna to taka dziwna sprawa…mam takie jakieś dziwne przeczucie, co do niego. Trochę przeczytałem, trochę słyszałem…mało sobie przypomniałem, ale coś mi w tym wszystkim nie pasuje…tylko jeszcze nie wiem co – zacząłem ostrożnie. – Ale no nic, to są tylko przypuszczenia pewnego majora, który zapomniał jak się nazywa – zażartowałem sam z siebie. – Ale mniejsza z tym. Mam pytanie, odnośnie pewnego hmm… Pseudonimu, który przewija się nader często w różnych aktach… - przerwałem jakby zastanawiając się czy warto się o to pytać. Ale co mi tam, o „Huzarze” to nikt niczego nie wie, pomijając że partyzant, że u „Hubala” służył, że uciekł i sobie nadal działa w podziemiu. Nawet swego czasu krążyły niby legendy o tym, że rzeczony „Huzar” to tylko partyzancka legenda. Nikt nie wiedział o nim zbyt wiele. Tylko ogólniki jakie udało im się zgromadzić.
    — Ale nie wiem czy powinienem o to pytać… Z wielką chęcią przesłuchałbym z panem tego całego Adamskiego – powiedziałem uśmiechając się pod nosem.

    OdpowiedzUsuń
  2. — Na Polaków średnio to działa…i na Rosjan. Z tego co pamiętam to są uparci jak osły. Ale i bicie nie pomaga im więcej się n…ich bije, tym mniej są skorzy do rozmowy. Umiejętnie z nimi trzeba – powiedziałem. Coś wiedziałem na ten temat. Nie dość, że przesłuchiwałem, to jeszcze kilka razy byłem przesłuchiwany. – Cóż… chyba jeszcze nie miałem przyjemności rozmawiać z kimś kogo wcześniej przesłuchiwałem…poza tym ciekawi mnie jakim sposobem zwiał – powiedziałem siląc się na uśmiech. – No i może…może dowiem się czegoś ciekawego o pewnym…bandycie, o którym pojawiają się jakieś ogólniki ale nic poza tym – westchnąłem zawiedziony. No szczwany lis z tego „Huzara”, no co ja mogę powiedzieć? No zupełnie jest jak jakiś duch.
    — Ty też na takiego nie wyglądasz. I ja…Wernitz, Koch… Waltz, czy nawet… a nie wiem. Żaden z nas na takiego nie wygląda – powiedziałem zupełnie szczerze. Ja nie ufałem nikomu, to znaczy się może było kilka osób co do których byłem pewny, chociaż w tych czasach nie ma nikogo pewnego.
    — Dzięki – powiedziałem uśmiechając się. Cóż…może nawet pójdzie z tym wszystkim lepiej niż sądziłem? – Dobra, powiedz lepiej ja będę mógł się za te papiery odwdzięczyć? – zażartowałem. Nie było w tych czasach nic za darmo.
    ***
    Przeczytałem, wybadałem, posprawdzałem. Odnośnie samochodu to naprawdę nie za wiele dało się zrobić, chociaż jakiś ogromnych uszkodzeń nie było. Ale chuj…to służbowy był, mówi się trudno i żyje się dalej, przez jakiś czas najwyżej będę piechotą po Warszawie chodził.
    W sumie to z wielką przyjemnością to bym się napił…upił z Wernitzem. Z wielką przyjemnością proszę państwa bym to uczynił. Tak najlepiej tutaj przy tych wszystkich aktach i tak dalej.
    ***
    O dziwo nie musiałem zbyt długo namawiać Wernitza na wspólne zbadanie pewnej sprawy. A to, że wypiliśmy przy tym zdecydowanie za dużo i przykimaliśmy na kanapie w taki sposób, że Hermann miał nogi na stoliku, głowę miał opartą o moje ramię. Ja natomiast miałem głowę zwieszoną, prawa ręka z papierosem (nieodpalonym na szczęście) była na nodze Hermanna, druga ręka ściskała flaszkę wódki, w której chyba jeszcze coś było. Do tego nieco rozpięte mundury.
    — Jeszcze pięć minut kochanie – wymruczałem kiedy ktoś mnie zaczął szturchać. – Później skarbie – dodałem, kiedy poczułem jak ów ktoś chwyta mnie za mundur. Powoli otworzyłem oczy, widząc kto przede mną stoi zamrugałem raz jeszcze. Jego mina mówiła coś mniej więcej „Rommel ty debilu”, albo „Jakim cudem ten lekarz dał się przekonać?”, albo…sam nie wiem.
    — Witaj Ross – Hermann był w zdecydowanie lepszym stanie niż ja. – Co ciebie tutaj sprowadza? – zapytał wstając. Spojrzał na mnie krytycznym okiem. – Martin…ile ty jeszcze wypiłeś, alkoholiku jeden?
    — Jedną może półtorej…
    — Szklanki?
    — Butelki – odpowiedziałem. – Ale doszedłem… - zaśmiałem się, skojarzenia wzięły górę – do zaskakujących wniosków. Otóż… kurwa ale mnie suszy – jęknąłem. – Hermann ty lepiej wyglądasz niż ja, weź no poproś o kawę mocną czarną i cytrynę jak mają. Albo samą kawę…cokolwiek. - westchnąłem. - Siadaj Max, mów co ciekawego cię sprowadza. Czyżbyś już znalazł Adamskiego?

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dobra możemy tak zrobić jak prawisz :) Tak w ogóle to myślałem, że Martin jednak będzie próbował naprawić swoje błędy i spróbuje jakoś wziąć winę na siebie, dzięki czemu Cesare będzie mógł wrócić. Ba! Nawet w jakiś sposób przekaże rudzielcowi informacje i przeprosiny]

    Spojrzałem na niego ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, zamrugałem szybciej i jeszcze raz spojrzałem na Rossa.
    — Żecokurwa? – zapytałem szybko, nie dawałem temu wszystkiemu wiary. – Ale od początku, tylko ten debil Wernitz ma pełnoprawne prawo mnie obrażać. Proszę nie obrażać doktora Steinera, bo zbyt wiele razy mnie poskładał i ogólnie doprowadził do ładu, żeby go koniowałem nazywać. Aha i byłbym zapomniał… - powiedziałem, no cóż…to mi kurwa trzeźwienie zafundował. – Mieliśmy razem przesłuchiwać Adamskiego – dodałem siląc się na neutralny ton. Byłem wściekły. Nawet bardzo wściekły…kurwa biedny Michał! Biedna Alina, Ela i cała rodzina! Mogłem ich jakoś ostrzec!
    Westchnąłem jakby intensywnie myśląc nad czymś.
    — Ja to zrobiłbym inaczej – zacząłem, teraz wyjdę na jakiegoś pijanego wariata, ale kij z tym. – Ja to osobiście wywiózłbym ich gdzieś za miasto, kazał im wykopać dół, zabił najpierw dzieci, później jego siostrę oraz małżonkę a na końcu jego – uśmiechnąłem się. – Ewentualnie…po co rodzinę całą? Samego Adamskiego załatwić na oczach najbliższych, nic nie będą mogli zrobić z tym faktem – zapaliłem papierosa.
    — Czasami to się ciebie boję – mruknął Wernitz. – Reimann mógłby się od ciebie uczyć – dodał ciszej, tak żebym nie słyszał, ale jednak słyszałem. Postanowiłem jednak milczeć.
    — Takie Auschwitz to może jednak przeżyć. Jego żona może nie…siostra też, a dzieci z pewnością, no chyba że stwierdzą że są aryjskie to wtedy można by takie trojaczki do Rzeszy wysłać i może ktoś by takie zaadoptował? Wychowałby się w duchu narodowego socjalizmu i byłoby przyjemnie – zaciągnąłem się papierosem. Muszę sprawdzić dokładniej czy aby na pewno ich wysłał do Auschwitz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Prychnąłem pod nosem. Coś czuję, że większość będzie się tak właśnie tłumaczyć, że słynne „wykonywałem tylko rozkazy” będzie nader często powtarzane.
    — Jednak mimo wszystko…odebrałeś mi przyjemność pastwienia się nad małym Polaczkiem – wykrzywiłem usta w grymasie pełnym niezadowolenia z tego wszystkiego. Byłem niezadowolony…chociaż z tego co mi się kojarzy to Ross jest słownym człowiekiem. Może po prostu był to blef? Blef, żeby sprawdzić moją reakcję?
    — Buschke…to idiota – powiedziałem cicho. Wernitz spojrzał na mnie i już miał się zapytać, czy pamiętam tego człowieka. – Idiotów nie idzie zapomnieć…a nawet jeśli to szybko się przypominają – powiedziałem. – Podobnie jak ten Hoffmann. Pewnego pięknego dnia….
    — Nie kończ, bo wiem, że albo odstrzelisz mu ucho, albo zastrzelisz go z łuku brwiowego. Powtarzałeś to do znudzenia, po każdym spotkaniu z nim – powiedział Hermann. – A odnośnie Potockiego…to Polak, partyzant. Niby służył gdzieś…
    — Niby z „Hubalem” wojował, ale zanim trafiłem od oddziału tamten się zmył. Chyba do Francji chciał się przedostać. Czy się przedostał to nie wiem – skłamałem. – Mówili, że dla Niemców to skurwiel jakich mało, dla ruskich niby też. Podobnie jak „Huzar”…ale „Huzar” to legenda, która chyba nigdy nie istniała – wzruszyłem ramionami.
    — Czy „Huzar” to legenda…nie mnie oceniać, ale musisz przyznać, że pojawia się i znika niczym duch. Ile masz o nim w swoich aktach Martinie? Niewiele, i dostajesz kurwicy, kiedy ktoś przebąknie i „Huzarze”, podaje ci adres, który okazuje się fałszywym tropem – uśmiechnął się pod nosem. Zapalił papierosa, jak dobrze, że nie cygaro. – Bo porucznik nie wie…nasz pan major, kiedy jeszcze kapitanem był to szukał tego „Huzara”, gotów był nawet każdy dom spalić w Generalnej Guberni, żeby go znaleźć…ale Polaczek okazał się być sprytniejszy i wyprzedzał każdego o krok. Z resztą nie tylko pan Rommel go ścigał, bo też kilku innych go poszukiwało, ale no cóż…kamień w wodę.
    — Jak chcesz Ross, to dam ci akta „Huzara”, a szkoda że tego Adamskiego już do obozu wysłałeś. Niby miał kontakty z „Huzarem” – westchnąłem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Pokiwałem głową, nieco skrzywiłem się słysząc słowo „igła”. Źle mi się to kojarzyło od najmłodszych lat.
    — Jak każdemu z nas – odpowiedziałem. – Nikomu z nas nie uśmiecha się spadanie ze stołka, co równoznaczne jest z wycieczką na front – uśmiechnąłem się słabo. Taka prawda, że teraz to front wschodni, którego większość się obawiała…przynajmniej ci który mieli jakieś pojęcie jak wygląda front oraz walka. Ja się chyba nie bałem, ja już powoli niczego się nie bałem, wszystko stawało mi się coraz bardziej obojętne.
    Kiedy Ross wyszedł, posiedziałem może z jeszcze pięć minut z Wernitzem i sam wróciłem do siebie. Mimo wszystko nie szedłem do Michała, nie chciałem…nie chciałem pokazywać się w takim stanie, poza tym w niemieckim mundurze to naprawdę nie było wskazane. I chyba ciągle gdzieś tam myślałem, że blefuje, że to najzwyklejszy blef.
    ***
    Zastukałem po raz kolejny palcami o blat stołu. Spojrzałem na Hazerskiego.
    — Gustaw, to była jedyna możliwość – powiedziałem przez zaciśnięte zęby. Na całe szczęście zebrało mi się na normalną rozmowę u mnie w mieszkaniu. – Posłuchaj, udało mi się kupić trochę czasu, być może nawet bardzo dużo, dowiedziałem się kilku rzeczy… Musisz aresztować…albo nie, nie aresztuj, pośledź jeszcze trochę tą pielęgniarkę. Interesuje mnie z kim się spotyka, gdzie się spotyka wszystko co jest ważne, później sobie z nią porozmawiam – spojrzałem na Ślązaka.
    — Rozumiem…ja wszystko rozumiem, ale dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś? Dlaczego Wernitz dowiedział się wcześniej? – zapytał, był wściekły a ja się nie dziwiłem mu.
    — Jakoś tak wyszło. Gustlik, proszę cię żebyś mi pomógł. Już o nic więcej cię nie poproszę rozumiesz? To ostatnia prośbą jaką kiedykolwiek wypowiedziałem.
    — Obaj dobrze wiemy, że po tym wszystkim jeszcze nie raz nie dwa poprosisz mnie o coś – powiedział. Nie Gustawie drogi, już o nic więcej ciebie nie poproszę ani teraz, ani nigdy. To jest moja ostatnia prośba, ale nie musisz o tym wiedzieć.
    — Nie, bo już nie właduję się w żadne kłopoty. Będę ostrożny i nie będę planować żadnych karkołomnych akcji – zapewniłem. Była to prawda, bo to co teraz wymyśliłem to była ostatnia taka akcja.

    OdpowiedzUsuń
  6. Chociaż tyle, ze Hazerski zrozumiał kilka spraw. Muszę przyznać, że to jest dobry aktor, udaje ciągle, zachowuje się tak jak wcześniej. Wernitz też, obaj są dobrzy w tym wszystkim. Reszta nic nie podejrzewa, chyba już przyzwyczaili się do tego, że Gustaw oraz Hermann przypominają mi kilka rzeczy, że sam mam jakieś przebłyski, że czytam akta i zapamiętuję. Dobrze, nawet bardzo dobrze.
    Podniosłem głowę znad akt i spojrzałem na nowego, który przyniósł przesyłkę.
    — Tak, tak dzięki – machnąłem. Nie słuchałem go, byłem zbyt przejęty czytaniem akt. Kiedy wyszedł spojrzałem niedbale na kopertę. Przeczytałem co to tam jest.
    I zamarłem, przetarłem oczy, przygryzłem wargę i jeszcze raz przeczytałem. Kto to mógł być? Wernitz nie bawi się w takie pierdoły, poza tym to przekazałby przez Hazerskiego, albo kogokolwiek innego. Kto? Ktoś, kto wie że zależy mi na „Pstrym”, ktoś kto zna tego całego Franza…ktoś kto wie że prowadzę sprawę Neumanna…
    Chyba już nawet wiem kto konkretnie. No cóż, chciało wyjść sprytnie, ale nie wyszło. Jednak będę udawać idiotę i nie będę się niczym zdradzać.
    ***
    — Jak z obserwacjami? – zapytałem pewnego człowieczka, który nie wyróżniał się niczym. Ot zwykły gazeciarz, który miał dobry widok na mieszkanie tej pielęgniarki.
    — Cisza, nic się nie dzieje panie majorze – powiedział cicho. Sięgnął po gazetę – Proszę ogłoszenia. Proponowałbym cofnąć tych pańskich ludzi w samochodzie… Wiem, że panu zależy, ale no…
    — Za bardzo się rzucają? – zapytałem a chłopak przytaknął. – I o to chodzi. Jeszcze dzisiaj, jutro jest zmiana. Kto inny będzie obserwował. Poza tym… To nie moi ludzie – powiedziałem spoglądając na tych panów, którzy siedzieli w samochodzie. Co za chuj! Na szczęście byłem po cywilnemu. – Dzięki młody – odłożyłem gazetę. Podszedłem do tych panów, zastukałem w szybę i uśmiechnąłem się lekko.
    — Mają panowie ognia? – zapytałem pokazując papierosa. Dwaj mężczyźni odjechali. Mam spokój na jakiś czas. Kot i Cieślik oraz Kasza z Braunem pilnują jej. Znają polski, potrafią wtopić się w tłum, więc jestem spokojny o to wszystko.
    ***
    O dziewiątej zjawiłem się w umówionym miejscu. Bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, nikt z grupy nie wiedział o co chodzi. I dobrze… Na szczęście to miałem też po drugiej stronie znajomych.
    Cywilne ciuchy, pistolet za paskiem, Martin Rommel aka partyzant. Nie no, żartuję do partyzanta mi zdecydowanie za daleko. Nie te ubrania. Powiedziałbym, że raczej turysta, który się zgubił.
    Podszedłem do kogoś, kto leżał w tym hangarze.
    — Żyjesz? – zapytałem cicho po niemiecku. Po chwili odwróciłem leżącego, chciałem zobaczyć jego twarz. – Guten Tag herr Adamski.

    OdpowiedzUsuń
  7. Uśmiechnąłem się niczym obłąkaniec. Wściekły obłąkaniec…czyli nic nowego.
    — Dla kogo dobry dla tego dobry – mruknąłem. – Max… Max… Max stary przyjacielu…że tak zażartuję – powiedziałem. – W co ty ze mną pogrywasz? W kulki lecisz ze mną, czy jak? – uniosłem brwi, nie spuszczałem go z oczu. – Myślałeś, że co? Że ja głupi jestem? Że się nie domyślę? Tylko powiedz mi po co? Po co te całe szopki? – jego mina wyrażała wszystko. Pewnie zaraz powie „do rzeczy Rommel”, albo coś podobnego. – Powiedz ty mi dlaczego wysyłasz swoich ludzi, do obserwacji pewnej kobiety? Jeszcze kurwa brakowało żeby nosili ze sobą tabliczki z napisem „Hej, jesteśmy „tajnymi obserwatorami”! Nie zwracajcie na nas uwagi!” No błagam – prychnąłem. Wyciągnąłem papierosa i po chwili zapaliłem. Zaciągnąłem się nieco za mocno, co niestety poskutkowało kaszlem, ale walić to. Najważniejsze było to, żeby Ross zajął się Reimannem, bo to w końcu jego ludzie. Reimann na jakiś czas przestanie węszyć i o to mi chodzi. Później będzie trzeba nieco tą przeklętą łysą pałę pobudzić do jakiegoś działania, przeciwko szpiegom.
    — Poza tym…ja rozumiem, że mam słabą pamięć i ogólnie to nieco mi szwankuje, ale nie przypominam sobie żebym prosił cię o jakąkolwiek pomoc w sprawie Neumanna. A już na pewno nie prosiłem cię o wpiep… - spojrzałem na niego. Wyglądał tak jakby chciał powiedzieć… - Chwila moment. Ty o niczym nie wiesz? – zapytałem „zdziwiony”. Co jak co ale zdziwienie i zdezorientowanie to mi nader dobrze wychodziło. Podobnie jak upijanie się.

    OdpowiedzUsuń
  8. — Moją pamięcią proszę się nie martwić – powiedziałem ostro. No cóż, jak to kiedyś ktoś powiedział „wściekły Martin jest wściekły na dosyć długo”. Było w tym sporo prawdy, ale ja nawet sam nie wiem ile to wszystko konkretnie trwało. Ile potrafiłem się wściekać? Na ogół szybko mi przechodziło.
    — Do widzenia – mruknąłem do kobiety. Zaciągnąłem się jeszcze kilka razy papierosem.
    O to mi chodzi Ross, masz być zdezorientowany, później połączysz dwa do dwóch. Zrobisz swój ruch, będziesz czekać na moją reakcję, ale najprawdopodobniej się jej nie doczekasz. Stracisz swoje oczy oraz uszy w Abwehrze. Będziesz wiedzieć tylko tyle na ile pozwolą ci akta.
    — To ja już nie wiem – powiedziałem. – No jak babkę kocham. Jak wół stał samochód, a w nim dwaj panowie, którzy inteligencją nie grzeszyli – trafny opis z mojej strony. Nic tylko się cieszyć. – Szczerze powiedziawszy to byli to typowi tajniacy gestapo… Tacy, którzy raczej nie wiedzą co jak i gdzie – uśmiechnąłem się pod nosem. Ja wbrew pozorom jestem przygotowany do kilku rzeczy. No i nie pozwalam sobie w kaszę dmuchać. Poza tym… Chciałbym, żeby moi wrogowie w jakiś ładny sposób wzięli i sami się wytłukli. To bardzo ułatwi sprawę, ale wiem, że raczej marne szanse na to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  9. — Liczę na to – powiedziałem „szczerze”. No cóż, niech się pogłowi, niech się czymś zajmie. – Jasne, powodzenia – powiedziałem. Normalnie gdyby nie fakt, że będzie mi jeszcze potrzebny to załatwiłbym z nim kilka spraw tu i teraz. Będzie zabawnie…coś tak czuję, że pewien człowieczek wkroczy w niedalekiej przyszłości do akcji.
    ***
    Być może to nie jest najlepsza opcja na spędzenie wieczora…ale mówi się trudno. Chyba nie powinienem planować jak pozbyć się kilku pionków z szachownicy. Jak wygryźć niepotrzebnych…jak wzmocnić swoją pozycję, jak pomóc pewnemu Polakowi. Nie powinienem tego robić… Takich rzeczy nie powinno się planować przy wódce, papierosach i Pervitinie. Chociaż…
    — Skup się Martin i pomyśl jak rozegrać to wszystko – mruknąłem sam do siebie i podrapałem się po głowie. – Ros nieco przoduje nad tobą…i niech tak na razie pozostanie. Reimann…on jeszcze nie jest mi potrzebny – odłożyłem pionek, który symbolizował Reimanna. – Pomoc ojca to rzecz niemożliwa – westchnąłem. Kolejny pionek zszedł z szachownicy. – Ilu mam pewnych ludzi? Ile mam wiadomych a ile niewiadomych? Co powinienem wiedzieć, a czego muszę się jeszcze dowiedzieć? – westchnąłem. – Co powiesz ciekawego Vis?
    Geniusz! Pytać się psa!
    Owczarek tylko spojrzał na mnie i podszedł bliżej stolika. Położył łeb przy szachownicy i obserwował.
    — Twój pan to idiota. Jestem beznadziejny – uderzyłem wściekły na szachownicę. – Nic tylko powiesić się na najbliższej gałęzi. Albo zastrzelić się podczas czyszczenia broni – westchnąłem i ukryłem twarz w dłoniach. Chyba jestem w jakiejś czarnej dupie. Po prostu…w najzwyklejszej czarnej dupie!

    OdpowiedzUsuń
  10. Uśmiechnąłem się do Antka.
    — No to „Szybki”…powiem ci tak. Mam pomysł. Będę ciebie potrzebować…i jeszcze kilka innych osób. Ale to da się załatwić – uśmiechnąłem się pod nosem na samą myśl akcji. – Skombinuj sobie jakiś mundur Niemiecki, no i może jeszcze jakieś dwa dla kogoś w razie czego. Warsa ostrzegłeś?
    — No oczywiście. Dziwne pytanie Marcin – powiedział.
    — Dobra, nie ważne – napisałem chłopakowi pewien adres. Mieszkanie Reimanna – W tym mieszkaniu jest sejf. Za obrazem, który przedstawia jakieś łosie na rykowisku. Szyfr to musisz sam złamać….będzie tam teczka…zabierz ją. Zabierz ogólnie wszystko. O mieszkańców się nie bój już moja w tym głowa – sięgnąłem po papierosa – Ale zanim się wybierzesz na „polowanie” to bierzesz ze dwóch i zabieracie Neumanna. Mamy jakieś mieszkanie, albo cokolwiek?
    — Mamy. Neumanna do piwnicy na pewien czas? I co później? Co ty w tym czasie będziesz robił?
    — Ja? Ja i Ross będziemy poszukiwać pewnego partyzanta o pseudonimie „Huzar”. Ale zanim to nastąpi, to będę musiał pozbyć się pewnego szeregowca…akurat nie Neumanna - napisałem na drugiej kartce jeszcze jeden adres.- Tutaj będzie trzeba podrzucić jakieś materiały konspiracyjne. Jakieś informacje… Tutaj udasz się najpierw z tymi informacjami, później zabieracie Neumanna, następnie kiedy dam wam znać zabieracie dokumenty od łosia na rykowisku – dosyć ciekawy skrót myślowy mi wyszedł. – Jutro jest co? – zapytałem.
    — Czwartek… Pojutrze jest piątek, w piątek to wsypa jest.
    — No i bardzo dobrze… Aha, jutro z samego rana trzeba zawinąć dwie osoby. Wiesz dobrze które, te którymi interesuję się ja, Ross no i dodatkowo to jeszcze wy. Po tych dwóch osobach Neumann… a teraz zmykaj „Szybki” uważaj na siebie – powiedziałem. Mam nadzieję, ze Antek zrozumiał o co mi chodzi. Kiedy wyszedł podszedłem do telefonu i wykręciłem odpowiedni numer.
    — Max…wybacz że obudziłem. Ważna sprawa jest. Dotarłem do kilku informacji…no i ogólnie muszę z tobą porozmawiać. Możliwie najszybciej. Jutro pasuje ci? Jutro o dziewiątej albo dziesiątej zjawię się w twoim gabinecie.
    ***
    Rano udawałem wściekłego. Jak można zgubić pielęgniarkę i jednego Ruska? Byłem dumny z „Szybkiego” i całej reszty, pięknie przeprowadzona akcja. To teraz mieszkanie, no i jeszcze jedna rzecz…czyli udawanie, że nie znalazłem Michała.
    Wszedłem do gabinetu Rossa. „Byłem wściekły”…ale to bardzo. No co jak co ale wściekłość to fajnie mi wychodziła.
    — Mam nadzieję, że nie zabijesz mnie za to, że sobie zapalę. Musze się uspokoić – mruknąłem. Ręce to mi tak drżały. Pięknie mi to wychodziło! – Masz może wódkę, albo cokolwiek co ma więcej niż 18%? – zapytałem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Prychnąłem i zaciągnąłem się mocno papierosem. Po chwili wypuściłem kłąb szarego dymu.
    — Zasada pierwsza…wódka jest dobra na większość. Jest tylko taki podpunkt…nie hajtaj się, ani nie podejmuj decyzji o hajtaniu się pod wpływem alkoholu – mądrość życiowa Martina. No piękne, sam bym na to wszystko nie wpadł…a nie przecież przed chwilą wpadłem na to. – Powiedzmy, że to wszystko rozbija się o zwłoki…czy tez raczej o ich brak.. – westchnąłem. – Ale najpierw z łaski swojej polej tego dobrodziejstwa, które się wódką nazywa… Ja nie chcę ale muszę się napić – ciekawe czy ktoś kiedyś tak jeszcze powie? No pewnie tak, pewnie znajdzie się ktoś taki. Poczekałem kiedy naleje wódki…do kieliszka. Naprawdę? Kieliszek. No dobra. Na raz wszystko zniknęło. Po chwili znowu napełnił pusty kieliszek, który równie szybko zniknął. – Dobra… Pomińmy fakt, że jestem wkurwiony…bo to już zdążyłeś zauważyć… Wczoraj czy przedwczoraj, niedawno rozmawialiśmy o pewnych panach którzy wręcz „krzyczeli” że są szpiclami. Dzisiaj rano co się dzieje? Dzisiaj rano zniknęła kobieta, którą moi ludzie śledzili. Zresztą pewien facet też zniknął… - zaciągnąłem się papierosem po raz ostatni i nerwowo przygasiłem go. Zaraz zapaliłem nowego. No pięknie mi to wszystko wychodzi. – No i jest jeszcze druga sprawa… - westchnąłem. Już powoli emocje zaczęły opadać, już powoli się uspokajam. – Nie jest to żadna sprawa zawodowa…ale powiedzmy, że równie ważna. Ta twoja znajoma…to wolna, czy mężatka? – zapytałem. – Znajomy ja widział i mu się spodobała…a to taki trochę nieśmiały mężczyzna i poprosił mnie żebym się wypytał tak dyskretnie o kilka rzeczy. A że ja znam ciebie, ty znasz mnie i ją…no to się dogadamy – zaciągnąłem się już nieco lżej. Dłonie powoli przestawały mi się prząść. – Ale potraktujmy to jako taki przerywnik muzyczny. Bo jest jeszcze jedna sprawa… a właściwie pewne poszlaki…tudzież podejrzenia.

    OdpowiedzUsuń
  12. — Szwagierka to jeszcze ujdzie. Gorzej z teściowymi niby jest – powiedziałem pół żartem pół serio. – Wiesz jaki jest ideał teściowej? Albo w sumie…później sobie pożartujemy – machnąłem ręką i zaciągnąłem się papierosem. – „Huzar” to legenda człowieku. Jest jak…nie wiem. Jak prostytutka dziewica, albo uczciwy polityk, rozrzutny Szkot… trzeźwy Rommel…niby ktoś takiego widział ale nie wiadomo kiedy konkretnie i gdzie – piękne porównania. Ale dosadne. – E tam…codziennie piję i jakoś w alkoholizm nie popadłem – zażartowałem. Chociaż w sumie to chyba nie do końca takie żarty były.
    — Odnośnie „Huzara” to chyba dałem sobie z tym wszystkim spokój… To trochę jak próba złapania wiatru… - westchnąłem. – Ale cóż…może jednak za złapanie tego partyzanta do dostaniemy jakiś Żelazny Krzyż? – zapytałem retorycznie. Nie złapie „Huzara”, on się nie da złapać. – Dam ci może jakieś akta…albo polecę komuś, żeby dostarczył ci odpowiednie notatki, wszystko co udało się mi…i innym zgromadzić o „Huzarze” – powiedziałem gasząc papierosa. – No i jest jeszcze kwestia…Adamskiego. Co konkretnie chłopak zeznał? – zapytałem. – Dlaczego wysyłasz mnie po pustych hangarach?
    Ciekawe co pomyśli o tym wszystkim.
    ***
    — Kurwa…nie było mowy o żadnej babce – warknął „Cichy”. – W co nas tym razem ten plant wpakował? Czy to jakaś jego prywatna wojna?
    — Spokojnie, spokojnie. Porozmawiamy z „Huzarem”, wszystkiego się dowiemy. Najważniejsze jest to, że cos poszło po naszej myśli – powiedział „Szybki”. – „Cichy”, a myślisz, że „Huzar” chce się zemścić na nich? Zemścić…za no sam wiesz. Miał w oczach wściekłość, kiedy go zobaczył. No ale na szczęście nikt nas nie widział jak go bierzemy ze sobą. Później miał ten Niemiec przyjechać.
    „Cichy” zaśmiał się. Podobało mu się to wszystko. No może nie samo porwanie, ale był pełen podziwu dla Martina. Do tego dla Niemców „Huzar” a Martin Rommel to były dwie różne bajki.
    — A ty? Nie chciałbyś się zemścić za brata? Widziałeś go…biedny dzieciak…niecałe dwadzieścia lat, trójka dzieci, żona…młodsza siostra. Sam nie wiem co bym zrobił - powiedział „Cichy”. – Dobra, to pilnuj ich. Ja powiadomię „Huzara”. Może go nie złapali…kurwa jak „Huzara” złapali w jakiejś łapance, albo wpadli na jego trop….Serwus – blef, ale być może udany. Mimo wszystko Sasza przypuszczał, że Martin nie zrobi nic kobiecie i rudzielcowi. Jemu zależało na kimś innym. Teraz tylko żeby plan się powiódł.

    OdpowiedzUsuń
  13. Uśmiechnąłem się pod nosem słysząc od Saszy że wszystko jest w porządku…no dobrze prawie wszystko, bo jednak kobiety nie przewidziałem. Ale no cóż… Przynajmniej mam pewność, że Max będzie bardziej szczodry. W końcu…na rodzinie i kochanku się nie oszczędza.
    — Saszka – powiedziałem – Uważaj na siebie. A ty wiesz jak z tymi papierami? – zapytałem.
    — Jedne podrzucone, drugie jeszcze w sejfie. Wiesz, że on praktycznie cały czas siedzi w mieszkaniu? – przytaknąłem w odpowiedzi na to pytanie. – To jak?
    — Mam plan… Teraz tylko czekać do jutra. Ty wiesz, ze Wernitz jest kochany? Powiedział mi kiedy i gdzie partyzanci się zbierają – uśmiechnąłem się. To był ten sam adres. Poza tym no cóż, też takie różne fajne informacje się pojawiły. Tak więc z całą pewnością nie tylko ja wiedziałem co i jak. – Aha… Pilnujcie ich. To nie potrwa zbyt długo.
    ***
    Piątek. Dwunasta…nasza godzina… Za dwie minuty tutaj wkroczą Gestapo i SS z Rossem na czele. Wernitz tutaj to chyba jako taki dodatek do tego wszystkiego. No i ja siedzący wraz z kilkoma panami z mojej grupy. Mundury, pełny rynsztunek. W salonie na stole tylko maszynopis, na którym pisało „Byłem tu „Huzar”. Mam nadzieję, że się świetnie bawiliście psując drzwi”. Zero śladów, druczek był tutaj zanim jeszcze weszliśmy. Piękne to wszystko, prawda?
    — Dzień dobry panom – powiedziałem do Wernitza i Rossa. – Przeciek…nikogo nie było – westchnąłem. – A nie przepraszam. Był.
    — Kto? – zapytał Wernitz, który chyba gotował się ze złości – I dlaczego tutaj jesteś? Co tutaj robisz, to nie jest robota Abwehry!
    — Odpowiedź na pytanie pierwsze brzmi „Huzar” – widziałem lekki uśmieszek ze strony Wernitza – Pytanie drugie. Abwehra wie wszystko, a ja jestem w Abwehrze…no i mam swoje kontakty…no i w sumie to jeden więzień sypnął, zanim wyzionął ducha. Powiedział, że spotkanie za dziesięć dwunasta, w tym mieszkaniu. No to cóż… Pięć minut panowie. Tyle na was czekaliśmy – westchnąłem.
    — Gdzie „Huzar”?! Nie mów mi, że… - wymownie wskazał na gardło.
    — Nie spokojnie…jeszcze trochę pożyje. Nie było go tutaj kiedy przyszliśmy. Zostawił to – wskazałem na maszynopis. Na szczęście napisali po Niemiecku, więc nie musiałem bawić się w tłumacza…zważywszy na to, że niby nadal ciężko mi po polsku mówić.
    Po mieszkaniu rozległo się piękne donośne „Kurrrwaa!!!” Wypowiedziane przez Wernitza. Ktoś nawet cicho i nieśmiało zauważył, że ładnie po polsku mówi.Zauważyłem, że ktoś się przeciska do nas. Jakiś podoficer, chyba od Kocha.
    — Panie majorze. Można na słowo? – zapytał. Odeszliśmy w róg pokoju. Powiedział mi kilka rzeczy, pokiwałem głową i odprawiłem go. Oczywiście krzyknąłem żeby sprawdzili czy „aby na pewno”. Spojrzałem na Rossa i Wernitza.
    — Panowie…chyba nic tu po nas. Zaplombować mieszkanie, może niech ktoś poobserwuje przez dwa może trzy dni. Później to wszystko się przeszuka – powiedziałem. Podszedłem do nich. – Musimy porozmawiać. Pytanie, czy tutaj, czy może na spokojnie u mnie. Osobiście wolałbym tą drugą opcję, powiedzmy za dwie godziny u mnie w gabinecie. Wtedy będę wiedział kilka rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
  14. Uśmiechnąłem się pod nosem. No cóż, Hermann to czasami z tymi „skrótami” to przesadzał. Ale dzięki temu wszystkiemu to jakoś było ciekawie. No i można było pozwiedzać okolicę. Jeszcze jeśli ja kierowałem…to była to istna mieszanka wybuchowa. Niektórzy mieli wątpliwą przyjemność jechania samochodem razem z nami, gdzie Wernitz nawigował a ja prowadziłem. Chociaż…czasami jechaliśmy normalnie.
    ***
    Pies to chyba nigdy nie przestanie warczeć na Rossa, no i dobrze. Na szczęście Wernitza toleruje na tyle że nie warczy na niego. Tylko, że czasami jest na tyle wredny że zabiera mu czapkę, albo szalik. Chociaż, czy ja wiem, czy to przejaw złośliwości z jego strony.
    — No to jesteśmy w komplecie…- westchnąłem. Spojrzałem na psa. – Vis, miejsce – wskazałem na jego posłanie, które było w kącie pokoju. – Zapraszam. Napijecie się czegoś? Wody, wódki, koniaku…mam francuski – zaproponowałem.
    — Ja nic. Z tobą się nie powinno pić przed południem, ani po południu. Z tobą to tylko wieczorem… - wyjaśnił Hermann.
    — Zaskoczę was. Ale to naprawdę zaskoczę – zacząłem i spojrzałem na nich. – Wiem…gdzie był przeciek, w którym konkretnie miejscu. I mówię to z ciężkim bólem…ale przeciek nastąpił u mnie – przyznałem. Spojrzałem na Rossa i Wernitza. – Szeregowiec Franz Krause… - westchnąłem – On przekazał tą informację, oraz jeszcze dwie inne Polakom. Cóż…nie dziwie mu się
    — Bronisz zdrajcę Martin – warknął Wernitz. Ja natomiast podałem mu teczkę, gdzie prawda przeplatała się z kłamstwem. Czyli tak jak wszystko tutaj, jak wszystko w tym kraju.
    — Nie. Stwierdzam fakt. Przeczytajcie panowie. To co trzymasz w rękach, to to co znaleźliśmy w jego mieszkaniu. Zawartość tej teczki… - Maxowi podałem drugą teczkę. – Tutaj wstępne ustalenia. Aktualnie szeregowiec przesłuchiwany jest przez Reimanna. Spokojnie… Reimann, jeśli mogę tak powiedzieć „jest delikatny”. Naprawdę, tylko trochę go sklepał, teraz to sobie rozmawiają.
    — Można go później przesłuchać? Martin?
    — Nie…żaden z nas nie ma prawa nawet się do niego zbliżyć. Odgórne polecenie. Ja ze względu na to, że…to mój podwładny, a wy też jesteście zamieszani… Nie wszystkie informacje pochodziły z Abwehry. A że był to chłopak typu „przynieś, zanieś, przekaż” i….sami rozumiecie.

    OdpowiedzUsuń
  15. — Nie – odpowiedziałem. – Jeszcze nie – dodałem. I raczej mało prawdopodobne byłoby aby coś wyciągnął z niego. Spojrzałem na zegarek. Najprawdopodobniej właśnie teraz ktoś zabiera z mieszkania Reimanna dokumenty. Oczywiście wszystko tak aby nie wzbudzić podejrzeń. Znamy się na robocie, oni też się znają.
    — Jest jeszcze coś panowie – powiedziałem wyciągając papierosa. – Mogę powiedzieć tylko tyle, że to mój prywatny sukcesik. Wiem gdzie przebywa „Huzar” – wsadziłem papierosa do ust i niespiesznie przypaliłem końcówkę. Zaciągnąłem się i spojrzałem na nich. Hermann nieco nerwowo spoglądał na mnie. Udawałem że tego nie dostrzegam, udawałem pewnego siebie, zachowywałem się tak jakbym wygrał milion dolarów na loterii.
    — Mów, że – warknął Hermann. Uśmiechnąłem się przeciągle.
    — Lwów. Cmentarz Łyczakowski, kwatera 22A, ósma aleja – odpowiedziałem. Chyba nie tego się spodziewali. – Takie są fakty, „Huzar” nie żyje od prawie roku. Został pochowany pod fałszywym nazwiskiem. Ścigaliśmy ducha.
    — Kłamiesz Martin – powiedział Wernitz, który chyba nie chciał w to wszystko wierzyć. – Jak wytłumaczysz to, że ostatnia z jego akcji, gdzie na pewno brał udział, miała miejsce w styczniu? A ostatnia depesza jaka została przez niego nadana to było…jakieś…byłeś wtedy w szpitalu, jeszcze się na dobre nie obudziłeś – wyjaśnił. Cóż… Hermann ty draniu, że tak zażartuję „zaskoczyłeś mnie”.
    — Naśladowca – powiedziałem twardo. Pewnie wyglądałem tak jakbym w zupełności wierzył temu wszystkiemu. I tak miało być. – To jest tylko naśladowca. Jak wyjaśnisz to, że ktoś tam leży dwa metry pod ziemią, a ktoś tutaj sieje zamęt i zniszczenie?! – warknąłem. – Max, co o tym sądzisz? – zapytałem nieco już spuszczając z tonu. Zaciągnąłem się raz jeszcze. – Oczywiście możemy to wszystko sprawdzić Hermann… wybierzemy się do Lwowa, ekshumujemy ciało i przekonamy się – byłem „pewny swoich racji”. Tak to miało wyglądać.

    OdpowiedzUsuń
  16. Zaciągnąłem się papierosem.
    - Kiedyś przesłuchiwałem z Anwardenem jakiegoś Polaka...dzieciaka jakiegoś chyba...mniejsza z tym ile miał lat. Powiedział natomiast całkiem ciekawą rzecz. Zapytał się nas, czy już nie byliśmy przypadkiem w mieszkaniu "Huzara". Podał Lwowski adres. Mógł nie wiedzieć, że ów partyzant nie żyje...adres był stary - mruknąłem. Przeczytałem, pamiętałem. Nic nie zapomniałem. - Szczerze to nic nie sądzę Max. Jestem oficerem, byłem...partyzantem...nie wiem co ten Polak może myśleć. Nie wiem jak on działa, jedno jest pewne...może nawet więcej niż pewne. On nie działa w sposób konwencjonalny i nie da się złapać. O ile faktycznie żyje - powiedziałem akcentując ostatnie zdanie. Dałem na nie wyjątkowy nacisk. Dla mnie "Huzar" uchodził za trupa i tak miało być. - Poza tym...ja jestem jak taki Niewierny Tomasz. Dla mnie ten maszynopis nie znaczy zupełnie nic. Równie dobrze mógłby się tam podpisać jako Vincent van Gogh.
    ***
    - Gdzie on jest?! - warknął wściekle "Cichy". - Gdzie jest "Szybki"?
    - Skąd mam wiedzieć? Na chwilę wyszedłem - powiedział cicho młody chłopak. Dwudziestokilkuletni "Rafał", którego przydzielono do nich. Na szczęście nie znał zbyt wielu działaczy tej komórki. Nie znał "Huzara" i bardzo dobrze, że nie znał.
    - A ta kobieta? - zapytał. - Jest? - spojrzał na "Rafała". Chłopak tylko pokiwał głową. Ona nie wychodziła. - Pilnuj, bo jak...to "Huzar" osobiście cię odstrzeli. Wychodzę. Mam do przekazania kilka rzeczy.
    I po tych słowach wyszedł. Wiedział, że Martin go zabije za to, ale mówi się trudno. Najwyżej rozegrają to inaczej.
    ***
    - Dobra. Skup się. "Szybki" wie gdzie mieszka pan porucznik. Niech działa tak jak kiedyś. Niech powie, żeby zapłacił za tą kobietę. Niech napisze, że jak nie to cóż...przyślemy ją w kawałkach. Niech nie pisze od kogo...ale niech napisze na maszynie. A jak z tymi aktami?
    - Z tego co wiem to "Szybki" zabrał. U ciebie nie ma nic? Wiesz...ryzykowna gra przed nami. Przed tobą...
    - Nic. Tylko moje stare rękopisy trzymane w szufladzie. Stare felietony i reportarze. Nic takiego o czym by Abwehra nie wiedziała - odpowiedziałem. Pozbyłem się z mieszkania kilku rzeczy, które były poukrywane. Może to wszystko przybrało wymiar prywatnej wojny...ale dobro ogółu jest najważniejsze. - Znajdzcie mi tego rudzielca. Albo...nie. Pozwólcie mu dotrzeć gdziekolwiek. Sam w Generalnej Gubernii sobie nie poradzi, ktoś mu pomoże, a my wiemy kto konkretnie. Chyba, że Ross zechce się pozbyć Neumanna, co byłoby mi nie na rękę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Uśmiechnąłem się pod nosem. Pieniądze były. No cóż, nasz porucznik Ross był szczodrym człowiekiem…szkoda, że miał taki brzydki charakter. Ach jaka to wielka szkoda! Ale jeszcze wyjdzie…na ludzi, pech, że nie w tym wcieleniu. Ale nie można mieć wszystkiego przecież, prawda?
    — Dobra „Szybki” – westchnąłem. – To teraz czas, na jedno wielkie jebutnięcie. Pielęgniarka, oraz Rusek, są?
    — Są, siedzą – powiedział spokojnym głosem. – Martin co ty chcesz zrobić? – zapytał i spojrzał na mnie. Był…pełen obaw. Rozumiałem to, w końcu ten plan miał słaby punkt. Mnie oraz „Huzara”. Co z tego, że to ta sama osoba, mimo wszystko czuję się jakoś tak dziwnie, kiedy wiem, że poszukują mnie…czy też raczej „Huzara”.
    — Posłuchaj. Reimann zaraz i tak wykończy tego mojego szeregowca, a mnie to w sumie wali. Poudawałem, że zrobiłem co mogłem no i na tym się skończyło – wyciągnąłem papierosa i zapaliłem. – Teraz co? Teraz, składam wizytę Rossowi oraz Wernitzowi. Ale najpierw panu w mundurze SS. Pytam o dwie rzeczy, albo i może nawet o jedną. Zobaczymy jaki będzie miał humor, oraz czy na pewno będzie chcieć mnie zabić. Wy znikacie na jakiś czas z Warszawy. Macie wolne. Mam nadzieje, ze cała reszta jest…pozałatwiana.
    — Tak, wszystko. Spokojnie, Marcin – powiedział „Szybki”. – Wiesz co…a jak ty zamierzasz to z tym Rossem zrobić? No bo jednak mówiłeś, że facet głupi nie jest, a jeśli on ciebie najpierw…?
    — To wtedy liczę na Canarisa, Kocha albo Ostera. W ostateczności na szczęście, że uda mi się uciec. Zawsze pozostaje mi też cyjanek, albo samobójstwo w jakiejkolwiek postaci – uśmiechnąłem się nikle.
    Kazałem się mu zatrzymać na alejach Ujazdowskich. Zapłaciłem za kurs. Dalej to przeszedłem pieszo. Spacer dobrze mi zrobi, poza tym od czego są jeszcze jakieś dorożki, albo tramwaje?
    Wszedłem do baru i uśmiechnąłem się pod nosem. Wernitz był tutaj, no i świetnie. Skoro on jest tutaj, to pewnie nie sam. Czyżby tutaj był też i Ross?
    Zważywszy na to, że naszej trójce zależy na tym żeby złapać „Huzara”, oraz żeby znaleźć Neumanna, a także oczyścić się z potencjalnych zarzutów, to zmuszeni jesteśmy ze sobą współpracować.
    — Cześć Hermann. Co tak ubogo dzisiaj? – zapytałem i wskazałem na kieliszek. – Tylko jeden dzisiaj? – Wernitz machnął ręką. Nie pytając się o pozwolenie usiadłem na wolnym miejscu. Było jeszcze jedno, więc spokojnie… Towarzysz Wernitza będzie miał na czym siedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  18. Uśmiechnąłem się szczerze. Mógł blefować, a nawet jeśli nie to dobrze. Cieszyło mnie to. Jeśli całość dobrze rozplanowałem to będzie po prostu wesoło. Zobaczymy jak bardzo dla mnie będzie wesoło a jak dla innych. Jeśli uda mi się przeżyć, to chyba mnie zabiją. Pytanie tylko kto konkretnie. Saszka i Franek? Czy może dziadek z Celiną, kiedy się dowiedzą? A może Hazerski? Albo mój stryj?
    — Ciekawie – powiedziałem. Polałem im oraz sobie. – No panowie, w takim razie prosit – podniosłem kieliszek i wypiłem na raz. Nie ma co się z wódką rozdrabniać. Po chwili uzupełniłem alkohol dla nas. – Normalnie to bym powiedział, że w sumie to można już świętować zwycięstwo, ale na wojnie jest jak w sporcie. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie – wzruszyłem ramionami. Normalne słowa z ust oficera, który kiedyś trenował, a także przedwcześnie świętował zwycięstwo. Niektórzy mogą potwierdzić to, że kilka razy przedwcześnie świętowałem niby zwycięstwo…które koniec końców okazywało się porażką.
    — Widzę, że czegoś się nauczyłeś…Martinie drogi – Herman czknął cicho. Spojrzałem na niego. – Wreszcie nie opijasz przedwczesnego zwycięstwa. Szkoda, że musiałeś mieć wypadek i stracić pamięć, żeby do tego dojść.
    — Śmieszne – podniosłem kieliszek jak do toastu po czym wypiłem to wszystko. – No, to skoro tutaj mamy takie dobre wiadomości, to i ja się czymś pochwalę. Może nie jest to rzecz, typu „Huzar”, ale jednak coś. „Grot” mówi to panom coś? – Wernitz spojrzał na mnie. Ja uśmiechnąłem się delikatnie. – Wiem, gdzie on jest…znaczy się…znam jego prawdopodobne miejsce pobytu. Osiemdziesiąt procent pewności.
    — Proszę. Tutaj „Huzar” tutaj „Grot”…którego najpierw aresztujemy? – zapytał Herman. Chyba nie do końca wierzył w to wszystko. – Wiecie, że jeśli aresztujemy „Huzara” to „Grot” ucieknie…i na odwrót – pomimo tego wszystkiego, całkiem dobrze myślał. – To wszystko musi wyglądać na to, że nie wiemy kogo mamy…czy też raczej chcemy mieć – spojrzał na nas uważnie. Hermann nie był głupi, on był ostrożny, chciał tą wojnę przeżyć i rozumiałem go. – Poza tym…osiemdziesiąt procent mówisz? Trochę mało mimo wszystko. Poczekajmy jeszcze trochę z „Grotem”. On nie ucieknie tak szybko, „Huzar” w tej konkretnej chwili jest priorytetem. Przynajmniej według mnie, zobaczymy jakie zdanie będą mieć przełożeni.
    ***
    Franek przemierzał okolicę. Wiedział jak wygląda Neumann, ale Neumann nie wiedział jak on wygląda, oraz kim konkretnie jest. Taka była jego przewaga. Nie brał udziału w porwaniu Cesara, to może nawet i dobrze.
    Zapukał do drzwi, jednego gospodarza. Chłop, z dawnego pruskiego zaboru. Niemiecki zna, tak więc człowiek jak znalazł.
    — Pochwalony gospodarzu – powiedział Franek wchodząc do środka. W pomieszczeniu, które spełniało funkcję jadalni/salonu/kuchni zobaczył człowieka o rudych włosach. Widział Neumanna.
    — Spokojnie. Znalazłem go w okolicy. Niegroźny – powiedział cicho po polsku.
    — Dein Name? – zapytał Franek po niemiecku. Do tego udawał ten okropny akcent niemiecki. Brzmiał tak jakby znał tylko kilka, może kilkanaście kwestii w tym języku.

    OdpowiedzUsuń
  19. Przygryzł wargę. Przez moment zastanawiał się na jakie nazwisko ma wyrobione papiery.
    - Feldfebel Gregor Bittner - przedstawił się. Przy okazji wyprostował się i nawet już miał salutować, ale zauważył taki jakiś grymas na twarzy Neumanna. Może jakoś... Sasza mówił, kilka ciekawych rzeczy. Z tego co wiedział to nawet niby napisał w raporcie, który ukradli Reimannowi, który ukradł go Martinowi, że Cesare jest niewinny.
    - Z wielką przyjemnością skorzystam. Najprawdopodobniej jeśli się spóźnię to major Rommel mnie zabije - powiedział. - Słyszał gospodarz o nim? Skurwiel...ale znalazł na jakiegoś szeregowca dowody uniewinniające. A może porucznik? - przeniósł wzrok na Neumanna. - Ten szeregowiec Neumann się nazywa... Jakiś oficer o nazwisku Ross, wścieka się bo zniknął. Mówią, że niejaki "Huzar" tego szeregowca złapał i chłopak to pewnie już w Wiśle pływa. A jeśli żyje to Ross z pewnością chętnie z nim pomówi...jakiś wyścig pomiędzy Rommlem a Rossem odnośnie tego partyzanta - mówił cicho w kierunku Neumanna. Mjał nadzieję że zainteresuje go to. Musiał jakoś Neumanna do Warszawy zwabić. - Poza tym...nie wiem czy porucznik wie, ale chyba w tym płaszczu oraz tych ubraniech to daleko nie dotrze. Tak porucznik bez bagażu? - zapytał. Udawał idiotę, co dobrze mu wychodziło.

    OdpowiedzUsuń
  20. Zaśmiał się. Skinął na gospodarza żeby wyszedł.
    - Dobrze panie poruczniku - stopień wojskowy ociekał ironią. - Obaj doskonale wiemy, że nie ma pan bagażu - ciągle ten okropny niemiecki. - Oraz wiemy, że zna pan Rossa oraz Rommla. Mam pytanie...ilu moich uda mi się wyciągnąć za pana porucznika? Taki Franz K... Albo może. Może kogoś innego? Może nawet Dzięcioła? - zapytał sam siebie. Uśmiechnął się do niego. Wyszarpnął broń przed siebie. - No panie poruczniku Max, zapraszam. Odbędziemy podróż do Warszawy - uśmiechnął się. Odsunął się lekko. Gospodarz wyparowaŀ, no i dobrze. Lepiej żeby go teraz nie było tutaj.
    - To jak herr Niemiec? - zapytał po polsku. - Jak myślisz? Ilu Polaków na ciebie uda mi się wymienić? - zapytał z lekkim uśmiechem. Oczywiście blefował. Ale może jak się uda to Martin od Rossa wyciągnie jeszcze trochę kasy? Albo coś zrobi innego. W sumie to może nawet... Może nawet Martin zabawiłby się nieco w "Huzara"? Albo coś? Rommel miał walnięte pomysły, ale jednak były dobre. Niemcy nie spodziewali się czegoś takiego.
    - Chociaż w sumie... Może " Huzar" się nie wścieknie jak wymienię ciebie za narzeczoną moją - powiedział po polsku. Co prawda nie miał dziewczyny, ani narzeczonej, ale nie musiał o tym wiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zaskoczył go. Nie przypuszczał, że rudzielec tak postąpi. Mógł nie iść na żywioł, tylko ogłuszyć go najpierw albo coś. Powoli wstał, zabrał broń i pobiegł za Neumannem. Biegł tyle na ile pozwalał mu ból w nogach. Dotarł do skrzyżowania, gdzie zastał jednego z „leśnych”
    — Dzięki przyjacielu – powiedział Franek. – Pomóż mi go przenieść, nie może nam teraz uciec – zabrał szeregowca ze sobą i partyzantem. Przenieśli go do gospodarza na bryczkę, przykryli i przetransportowali na obrzeża miasta. Właściwie to do miasta było jeszcze dobre piętnaście kilometrów, ale to nie było w tej chwili aż nazbyt ważne. Musieli jakoś to wszystko ogarnąć. Teraz Neumann nie powinien uciec. Zważywszy, że byli teraz bardziej przygotowani. Zabrali mu płaszcz, pieniądze…praktycznie wszystko. Pozostawili na nim tylko ubranie. W tych rzeczach daleko nie ucieknie.
    ***
    — Spokojnie Martin, nie przesadzaj z tym wszystkim. Wszystko się znajdzie, te komuchy, Neumann – powiedział Glass. – Poza tym „Huzar”, jego dni są policzone.
    — Tak, tak – spojrzałem na niego. Mogłem tyle nie pić… Znaczy się nie wypiłem aż tak dużo, ale trochę przeholowałem. – Widzę, że akcja „Huzar” to każdemu poprawia humor – wysiliłem się na uśmiech. Przeszedłem do telefonu. Zastanawiałem się jak Ross się trzyma z tym wszystkim, nieźle się schlał.
    Glass trzasnął obcasami i wyszedł. Zostawił mi na biurku jakąś kopertę, zaadresowaną niby do mnie, w ewentualności do Rossa. Wiedziałem, kto co i jak….znaczy się przypuszczałem bardziej.
    — Ross? Przyjacielu ty mój. Słuchaj, wiem, że łeb cie napierdala, bo ze mną nie jest lepiej. Przyjedź tutaj szybko, dostałem jakąś interesującą kopertę. Chcesz wiedzieć co na niej pisze? „Do majora Rommla, lub porucznika Rossa”, wiesz, po mojemu to raczej nie jest żaden liścik miłosny. Zapraszam więc w moje skromne progi, zobaczymy kto od nas czegoś chce – westchnąłem i rozłączyłem się. Nie miałem zamiaru podmieniać listu, ani go otwierać.

    OdpowiedzUsuń
  22. Zaśmiałem się słysząc Rossa.
    — Ale ty wiesz, że ja…częściej jestem pijany jak trzeźwy? – zapytałem. – Ale nie jestem alkoholikiem ani nic w tym stylu – dodałem niemalże od razu. – Znaczy się, skoro ciebie to nie interesuje…to spoko. Wiesz, niby jest też zaadresowane do ciebie, ale mogę otworzyć to wszystko. Czekaj…czekaj … Coś się przez nią, przez kopertę cos się przebija. O kurwa… - udałem zaskoczonego. Chyba nawet całkiem nieźle mi to wyszło. Chwyciłem inaczej tą całą słuchawkę od telefonu. – Coś tutaj pisze… Hu…coś w środku niewyraźnego i „r” na końcu. Chyba „Huzar”. Podpis odręczny – powiadomiłem. Oczywiście podpiski sfałszowany, nie było to nawet pismo zbliżone do mojego. Pewnie podrobiono z jakiś starych rękopisów, albo coś. Nie wnikałem.
    — Wernitz o niczym nie wie. To co? Ja mam się do ciebie pofatygować, czy ty ruszasz swoje cztery litery do mnie?
    ***
    Może to było głupie, ale to Franek pilnował teraz Neumanna. Starał się z nim nie rozmawiać, nie siedział razem z nim w pokoju. Czasami tylko zaglądał jak sobie chłopak funkcjonuje. Przyszedł i podał szeregowemu jedzenie, oraz kartkę złożoną na pół. Maszynopis po niemiecku ”Nie próbuj uciekać, nie próbuj się zabijać. Wyjdziesz za kilka dni, po naszej rozmowie. Nie zamierzam ciebie skrzywdzić, ani zabijać, martwy do niczego mi się nie przydasz. Huzar. Maszynopis ze względów bezpieczeństwa. Poza tym ani Martin nie napisałby niczego odręcznie, ani Franek. Później i tak pewnie ten maszynopis się spali, nie zostawi się zbyt wielkich śladów. Przynajmniej taką miano nadzieję.

    OdpowiedzUsuń
  23. Spjrzałem na Rossa. Uśmiechnąłem się ood nosem.
    - Wiesz... Prawdopodobnie przez cholernie długi czas nie piłem. Dopiero...w 40 może w 41 zacząłem pić - przyznałem. - Uwaga czytam - odchrząknąłem i spojrzałem na niego. - "Ciągle szukacie Neumanna? Biedaczki. Mam go, proponuję uczciwą wymianę. Neumann za Rommla... - usiadłem. Spojrzałem na Rossa zaskoczony. - Nie radzę nic kombinować, myślę że wasze dowództwo będzie zainteresowane kilkoma istotnymi faktami odnośnie was. Prawda Ross? Prawda Rommel? Obaj macie sporo za uszami, myślę że się dogadamy." - spojrzałem na list po raz ostarni. - Podpisano Huzar - dokończyłem. Wstałem i podszedłem do barku. Nalałem sobie wódki do szklanki. Wypiłem zawartość na raz.
    - Chcesz? - zapytałem. - Co robimy? - spoglądałem na Rossa. - Chociaż w sumie...to on blefuje. Tak! Na pewno blefuje. Poza tym... Poza tym on nie żyje. Na pewno nie żyje! - czyżbym za bardzo się wczuwał w to wszystko? Najwidoczniej.
    - W sumie...to może. Może zaruzykujemy? - zapytałem. Zapaliłem papierosa, zauważyłem jak drżą mi ręce. - W sumie. To mielibyśmy Huzara i Neumanna, od razu - spojrzałem wyczekująco. - Byłby to nasz sukces. Twój i mój. Wernitza się pominie. Może nawet za wykończenie tego partyzanta dostaniemy krzyż żelazny?

    OdpowiedzUsuń
  24. Polałem wódki do szklanki i podsunąłem ją Rossowi.
    — Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Z drugiej jednak strony…czy ryzykowałby wysyłając ten list do nas? No bo nie oszukujmy się…to jest ryzyko. Poza tym podpisał się osobiście „Huzar”, ręcznie napisane – zironizowałem. Spojrzałem na Rossa oparłem się o biurko. Stałem dosyć blisko niego…wystarczyłoby tylko rzucić się na niego…mógłbym tylko potłuc butelkę na jego durnym łbie, i wbić szkło w jego szyję. A później wyciągnąć…dobić z pistoletu.
    — Jedyne co można mi zarzucić to chyba niemoralność ze względu na posiadanie dwóch kochan… - urwałem nagle jakby łapiąc się na czymś. – Eee…przesłuchania? Gdyby chcieli to już dawno by mnie zabili. Może zemsta, za „Hubala”? Albo nie wiem…albo dowiedział się, że pożyczyłem od Wernitza na wieczne nieoddanie kilka paczek fajek. Poza tym… Nie wiem, nie wiem co mogę mieć na sumieniu. Jedyne to chyba tylko co jeszcze przychodzi mi, to wysoka śmiertelność przesłuchiwanych przeze mnie. Głównie Polacy…komuniści, Akowcy – była to po części prawda. Bo kilkunastu skończyło życie przeze mnie. Ciekawe czy Ross brał to pod uwagę. – O kurwa… - mruknąłem tak jakby mnie coś olśniło. Jednak nie zamierzałem kończyć. – Wiesz co…ja to chyba jestem skłonny zaryzykować – szybko wyciągnąłem papierosy i starając się ukryć drżenie rąk zapaliłem jednego. Miało to wyglądać tak jakbym naprawdę się zdenerwował.
    Ciekawiło mnie tylko to, czy Ross brał pod uwagę to, że mogę być tak głupi, żeby wysyłać list do siebie i grozić sobie tylko po to żeby odsunąć podejrzenia. Oraz, czy byłbym normalny chcąc wymiany Neumanna na siebie? Przeciez Ross dobrze wiedział jak się zachowywałem, jak go przesłuchiwałem.

    [Ja mam takie pytanie. Czy mógłbym uszkodzić Rossa? Czy Martin będzie musiał obejść się smakiem i nie będzie mógł się zemścić za Michała?]

    OdpowiedzUsuń
  25. — Nie tak nagle i po prostu – prychnąłem. – Po prostu mam plan, który w najgorszym przypadku skończy się moją śmiercią. Myślę, że gra jest mimo wszystko warta świeczki. Przynajmniej w razie czegoś to będę miał pogrzeb na koszt państwa – wzruszyłem ramionami. – Nie mówmy o mojej byłej niedoszłej, stara bajka nie warta wspominania, drażliwy temat podobnie jak…temat frontu wschodniego, albo mojej matki.
    ***
    Franek spojrzał na Neumanna. Zastanawiał się tyle ile może mu powiedzieć, chyba tylko tyle ile Martin pozwolił, tylko tyle ile ustalili.
    — Huzar…postanowił ciebie wymienić na Rommla. Facet i tak dawno zalazł mu za skórę, chce się na nim zemścić, teraz przynajmniej wie jak do niego dotrzeć, jak go zwabić – westchnął. – Ale spokojnie, ciebie nie zamierza…uszkadzać, nie jest taki jak wy. Chociaż zastanawiałem się, co ci zrobi, bo za Niemcami to nie przepada, za komunistami też…ale zaskoczył mnie. Dowiedział się kilku rzeczy, między innymi tego, że jesteś niewinny – wyjaśnił i spojrzał na rudzielca. – Poza tym…on chyba ma wobec ciebie już jakieś plany - dodał. Położył też przed rudzielcem książkę po niemiecku. Faust Goethego. Franek wiedział, że Martin wcześniej, jeszcze za czasów szkolnych zaznaczył tam pewien fragment… „Ich bin ein Teil…”, jakoś tak to brzmiało.
    — Zjedz, nie rób sobie większych problemów.

    [Dobrze, nie uszkodzę go tak bardzo...przynajmniej Martin Rossa nie zabije xD]

    OdpowiedzUsuń
  26. — A myślisz, że po co ciebie…porwaliśmy? – zapytał retorycznie. – Po co chcemy ciebie wymienić na Rommla? To wszystko jest ze sobą powiązane. W końcu taki major…do tego kuzynek generała, to już mamy z czym szaleć – uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał na rudego, niby Martin coś tam przebąkiwał o Michale, niby coś tam wspominał. – Porozmawiasz z Huzarem…chociaż nie wiem, czy będzie aż tak bardzo wylewny i skory do rozmowy, ale nie przejmuj się...pomijając fakt, że po spotkaniu z Rommlem jakiś czas temu nie mówi za wiele to to nic nie oznacza – westchnął. Po podziękowaniach od Cesarea wyszedł.
    Zamknął drzwi, zastanawiał się, czy to dobry pomysł, żeby Huzar się teraz pojawiał, czy coś. Przecież Martin, nie może tak ryzykować, on już wystarczająco wiele zaryzykował. Było jeszcze coś czego obawiał się Franek…że Rommel wpadnie na jakiś jeszcze inny głupi pomysł. Wiedział, ze człowiek, który nie ma już nic do stracenia działa w jakimś…w jakimś tylko sobie znanym sposobie.
    ***
    Spojrzałem na ten list raz jeszcze. Przeniosłem wzrok na Rossa.
    —Max, gra jest warta świeczki – mruknąłem. – Poza tym, może mnie nie zabiją od razu? Może dowloką mnie gdzieś, gdzie będzie jeszcze kilku innych? Może zdążę chociaż jednego zatłuc? – mówiłem ze spokojem. Taka niby chłodna kalkulacja. – Poza tym…jeśli się nie uda to zawsze będziesz mógł powiedzieć, że to był mój pomysł i ty od tego umywasz ręce. Ja nie zaprzeczę, bo martwi z reguły milczą. A jeśli się uda, to będziemy mieć i Neumanna i Huzara z ekipą – uśmiechnąłem się delikatnie. – Nic nie tracisz a możesz zyskać – dodałem. Taka była prawda…poza tym jakoś musiałem go zwabić na jakieś odludzie.

    OdpowiedzUsuń
  27. — Pójdzie, nie pójdzie… Nie musi wiedzieć – wzruszyłem ramionami. – A co? Teraz do czegoś ci jestem potrzebny? – zapytałem i uniosłem brew w zdziwieniu. – Weź nie pierdol. Ty co? Myślisz, że razem z pamięcią to straciłem słuch i inteligencję? A ślepnę w pakiecie? – warknąłem. – Wydaje ci się, że ja nie wiem, że dal większości jestem ciężarem? Nikomu nie potrzebnym majorem? Prawdopodobnie tylko łaska mnie trzyma w tym miejscu, na tym stołku – dodałem nieco spokojniej. Blef, owszem dla kilku osób byłem niewygodny i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, komuś jeszcze byłem potrzebny, ktoś chciał się mnie pozbyć. Zawsze coś się jednak znalazło…zawsze coś przedłużało mi życie chociażby o kilka godzin. – Żart suchy jak moje pięty, albo jak gardło Ruska po świętowaniu szturmu na nasze pozycje – zironizowałem. Ale kurwa to o gwałcie to mógł sobie darować, już ja się nim tak zajmę, że odechce mu się żartować, no i w następnym wcieleniu to nawet nie spojrzy się na mężczyzn w taki sposób. Nawet nie przemknie mu coś takiego przez myśl. – Wiesz co…ja to na twoim miejscu bym się obawiał takiego jednego majora…niby niewyżytego, który swego czasu straszył swoich podwładnych, że zgwałci ich w pobliskich krzakach – pokiwałem głową z lekkim uśmiechem. – Ale ty się nie śmiej….ja poważnie mówię – uśmiechnąłem się szerzej. No cóż…zacny aktor ze mnie. – A właściwie to bym pojechał, gdyby nie dwie rzeczy. A właściwie to trzy. Rzecz pierwsza, muszę przeczytać pewne akta, na wczoraj…rzecz druga, kobieta. No rzecz trzecia, moja żona… - widziałem zdziwienie na twarzy Rossa. Wskazałem na psa – Oto moja żona. Chociaż on jest gorszy niż żona…on jest jak pedantyczna żona.

    OdpowiedzUsuń
  28. — Żeby to jeszcze było planowane…w sumie to chciałbym umieć tak… wymazywać sobie pamięć w dowolnym momencie życia. Byłoby wtedy o wiele lepiej i wygodniej – uśmiechnąłem się słabo. – Nie znasz Renate…ona może owszem i poczeka, ale w moim mieszkaniu, wściekła…Nie ma nic gorszego niż wściekła kobieta…a jeszcze znając moje szczęście…wątpliwe z resztą…to będzie miała okres, albo będzie bliska temu i w takich chwilach to wolałbym jej naprawdę nie denerwować – powiedziałem. Przynajmniej wyjdę na kogoś kto boi się kobiety. Najwyżej zostanę takim „pantoflem”, ale mówi się trudno. Nie chce mi się z nim jechać. Nie ufam mu, w żadnej kwestii. – Mówi się trudno, wiesz ciebie się nie boję, a w życiu chyba widziałem wszystko…poza tym sporo też przeżyłem, to w moim przypadku to nawet jeśli by mnie zabił, to mówi się trudno. Psa tylko byłaby szkoda, bo jednak mógłby cholernie tęsknić – jakby w odpowiedzi Vis szczeknął. Naprawdę stwierdzam, że nie wiem co miałem w głowie, żeby nazwać psa „Vis”…mogłem „Mauser” byłoby bardziej niemiecko. Ale mówi się trudno. To jest „Vis” i niech tak zostanie.
    — Wiesz co… W razie czegoś, to możesz powiedzieć, że ten człowiek z którym współpracujesz, to jest debil i idiota…co jest wysoce dalekie od prawdy, bo przecież wszyscy wiedzą, że jestem piękny, mądry inteligentny, oraz co najważniejsze skromny – uśmiechnąłem się. Chociaż chyba większość nie potwierdziłaby tych słów. Moje zachowanie, moje pomysły i poczynania świadczą jednak o tym, że jestem debilem.

    OdpowiedzUsuń
  29. — Uważaj na zakrętach…wiem co mówię – powiedziałem. Oczywiście aluzja do mojego niedawnego wypadku. Zastanawiałem się, czy Ross będzie tak samo się zachowywał, kiedy powiedziałbym, mu że wiem dlaczego Neumann wyszedł z obozu. Albo że wiem jakie relacje są pomiędzy nimi. Zabiłby mnie od razu, czy może poszedłby na współpracę? Kiedyś się to wszystko sprawdzi, kiedy Ruskie będą wystarczająco blisko.
    Akta przeczytałem, Renate odebrałem. Ba! Nawet po przyjeździe do mojego mieszkania zdążyliśmy się pokłócić. W sumie, to dlaczego mnie to nie dziwi? Jej nigdy nic nie pasowało, ale właściwie to byłem z nią….tylko dlatego, że ona mówiła mojemu ojcu i Reimannowi oraz szwagrowi jaki to ja debil jestem i nieudacznik. Że niczego nie znalazła w moim mieszkaniu. I w sumie to teraz też niczego nie znajdzie. Bo niczego nie ma od dłuższego czasu, wiec nie mam się czego obawiać.
    Nie mając lepszego pomysłu wyszedłem z mieszkania, zejść Renate z oczu to najlepsza opcja. Przecież co będę ją denerwował swoją obecnością? Pójdę, wypiję, wrócę, przekimam się na kanapie i będzie tyle. Rano najwyżej dostanę po łbie za to, że jeszcze nie wytrzeźwiałem, albo za to, że zostawiłem ją samą. Walić to!
    ***
    Picie pamiętam, trudny powrót do domu pamiętam, ale to żebym zasnął…to tego już nie pamiętam. Obudził mnie pies, który przywlókł za sobą telefon.
    — Słucham? – powiedziałem cicho. – Tak, panie pułkowniku. Oczywiście. Już się zjawiam. Dlaczego tak długo nie odbierałem? Co tak dyszy? A to mój kamerdyner – odpowiedziałem i odłożyłem słuchawkę na widełki. Wstałem i przeszedłem się szykować.
    Po pół godzinie byłem na miejscu. Dający wodą kolońską, którą chciałem zatuszować to, że za dużo wypiłem. Oczywiście pies u boku, bo dlaczego by nie? W końcu to on mi łazi po akta niekiedy. Przydaje się.
    Nie bawiłem się w żadne pukanie do gabinetu Kocha. Niewychowany major…
    — Major Martin Rommel melduje się… - powiedziałem salutując. Spojrzałem na Rossa, który siedział w kącie. Na jakiegoś generała… Całe szczęście, ze Vis od razu poszedł do mojego gabinetu. Będzie pewnie siedział przy Annie-Marii. To dobrze.
    — Siadaj Rommel – pułkownik wskazał mi miejsce. Przeszedłem obok niego, Koch na chwilę mnie zatrzymał. – Piłeś? – zapytał cicho. No, to chyba przesadziłem z wodą kolońską. – Później pomówimy o tym – dodał po chwili. Chyba nie chciał teraz słyszeć mojej odpowiedzi. Mówi się trudno.

    OdpowiedzUsuń
  30. Spojrzałem na chłopaczka. Pokiwałem głową i odpaliłem papierosa, a co się będę? Jak trzeźwieć to na bogato! Z papierosem w ustach! Chociaż chyba powinienem pożyczyć od Wernitza pięciomarkowe cygara.
    Spojrzałem na to wszystko, wzruszyłem ramionami.
    — W tej miejscowości? – zapytałem, uśmiechnąłem się z niejakim politowaniem. Owszem, był tam, ale dobrze, ja nie wnikam. – Ale nie żeby coś…miejscowość, która ma jakieś ile? Piętnaście tysięcy mieszkańców? I co będziecie wchodzić od mieszkania do mieszkania i pukać do drzwi niczym świadkowie Jehowy? - zapytałem, spojrzałem to na chłopaka, to na generała. – I będzie coś takiego pomiędzy wami a domownikami „Dzień dobry, przyszliśmy się zapytać, czy nie ukrywają państwo takiego jednego rudego niemieckiego szeregowego. Neumann się nazywa” No błagam! – wniosłem ręce ku górze i westchnąłem.
    Koch był wściekły, ponieważ nieco odciągał mnie od mapy, chyba dlatego, żeby generał nie musiał zbyt długo przebywać obok śmierdzącego alkoholem, oraz wodą kolońską mnie. A szkoda bo w sumie to myłem się, ale najwidoczniej przesadzałem.
    — Ja rozumiem, że jestem tylko głupim majorem, nieobeznanym w tym wszystkim. Ale wydaje mi się, że chyba nic się nie stanie panie Generale jeśli poczekamy, wyślemy swoich agentów, którzy poobserwują okolicę, podadzą adres kamienicy, domu...może nawet i mieszkania i wtedy sie wybierzemy – zaproponowałem.
    — Rommel…- Koch przymknął oczy, był zdenerwowany. Może dla kogoś innego wyglądał niczym oaza spokoju, ale ja za długo go znałem. Był NA RAZIE tylko zdenerwowany. Nie chciałbym go nigdy zobaczyć tak naprawdę wściekłego. Koch to taka cicha woda…ale ogólnie przyjemny facet, jest prawie jak ojciec dla mnie. – Nie prowokuj mnie. Nie będę wyciągał na zewnątrz wszystkich twoich brudów, oraz nie będę ciebie pogrążał…sam to robisz – warknął. Miał rację. – Generale, mam przygotować ludzi? – zapytał pułkownik. – Wydać odpowiednie rozporządzenia?

    OdpowiedzUsuń
  31. Pokiwałem głową. Już wiedziałem, kogo będzie się trzeba jeszcze pozbyć. Element wadliwy, bo zbyt nacjonalistyczny. Czyżbym myślał tak jak oni? Czyżbym też…? Chyba tak. Źle ze mną, po prostu źle ze mną.
    — Po co rozstrzeliwać? – zapytałem patrząc na generała. – Nie lepiej zabrać żywcem i przesłuchać? Może czegoś byśmy się dowiedzieli? Może podałby jakiś adres, skrzynkę kontaktową…cokolwiek? Wtedy wkroczyłbym…
    — Cicho Rommel – Koch mierzył mnie wzrokiem. Wiedział o czym myślałem, ale chyba chciał mi dać coś do zrozumienia. Żebym się nie wychylał, żebym był cicho i posłusznie wykonywał rozkazy. Albo po prostu chciał, żebym nie odzywał się za często, bo wali ode mnie jak z gorzelni.
    Kiedy wyszli spojrzałem na Rossa, wyciągnąłem papierosy i zapaliłem jednego, podsunąłem pod nos Maxa papierośnicę, jakbym zachęcał go do zapalenia jednego. Spokojnie, nie były zatrute, ani nic…a szkoda…
    — Jak się ten generał nazywa? – zapytałem się go. Musiałem jakoś to wszystko ładnie rozegrać. Dam radę, ogarnę to wszystko. Franek nie może zginąć….obiecałem że ja, Franek i Sasza przeżyjemy wojnę. Obiecałem to sobie i ich najbliższym…no i przed nimi też. – Trzy godziny…będzie ciężko – westchnąłem wypuszczając dym z ust. – Tak właściwie to nie mówiłeś, że masz jakiś swoich informatorów, czy może to był jakiś przypadek? – zapytałem. No cóż, zwykła ciekawość.
    ***
    Po dwudziestu minutach od narady, w mieszkaniu gdzie przebywał Cesare zadzwonił telefon. Franek szybko odebrał aparat.
    — Tak. Dobrze. Kiedy? Ilu? – nerwowo rozejrzał się po pomieszczeniu, wyjrzał dyskretnie przez okno, przygryzł wargę. – Dobrze, to do zobaczenia wieczorem – odłożył słuchawkę. Wyglądało to trochę jakby umawiał się z kimś na spotkanie. Po drugiej stronie też to tak wyglądało, szyfr był cudowny. Kiedyś może podziekuje twórcy tego szyfru.
    Zabrał jakieś ubrania, w które mógłby przebrać się Cesare. Przeszedł do pomieszczenia gdzie był rudzielec, rzucił na niego ciuchy.
    — Przebieraj się szybko – niemalże warknął. – Szybko, wybywamy…znaczy się głównie to ty wybywasz – dodał. – Jeśli ci życie miłe, to mnie słuchaj, przebierzesz się, zjedziesz do piwnicy, na końcu po lewej stronie tuż obok składziku na węgiel jest przejście do drugiej kamienicy, przejdziesz na drugą stronę. Później…później radź sobie sam Neumann – westchnął. – Jedyne co ode mnie możesz jeszcze usłyszeć, to tylko to, żebyś uważał na Rossa i żeby przypadkiem nie przyszło ci do głowy wracanie do Elzy. Jest pewien zakład stolarski w tym mieście. Na ulicy Białostockiej, jeśli ci się uda tam dotrzeć, to będzie dobrze. Może przeżyjesz kilkanaście dni, albo i tygodni dłużej – powiedział. Zabije Martina za to wszystko. Po prostu zabije.
    Sam Franek po kilkunastu minutach, zabrał wszystkie rzeczy jakie po sobie pozostawił i wyszedł jak gdyby nigdy nic z mieszkania. Wyglądało to tak jakby poszedł po prostu załatwić jakieś sprawy na mieście.

    OdpowiedzUsuń
  32. Pokiwałem głową. Warto wiedzieć, przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie jest ktoś z rodziny Rossa. Albo, czy Ross… nie ten. No wiadomo co z nim.
    — Owszem. Zdecydowanie lepiej, przynajmniej ludzi można ściągnąć – przyznałem. Można też zdążyć ostrzec, prawda? Prawda. Spojrzałem na Rossa, lekko zaciągnąłem się papierosem – Idę zebrać swoich…nie wiem, czy generał będzie chciał korzystać z pomocy mojej grupy, czy będzie wolał korzystać z pomocy SS, czy…czy kogokolwiek, kto nie jest mną – wysiliłem się na uśmiech.
    Wyszedłem z gabinetu, przeszedłem korytarzem do siebie, zawołałem psa i wszedłem do swojego gabinetu. Musiałem zrobić kilka rzeczy, oraz musiałem wykonać jeden telefon, bardzo ważny, oraz jeszcze ze dwa inne mniej ważne.
    ***
    W sumie to chyba nie mogłem, nie potrafiłem sobie odmówić kilku kieliszków wódki. Ale nie nazwałbym dokładnie czterech kieliszków piciem na służbie. To było raczej….ugaszenie palącego pragnienia, nic więcej.
    Stałem przy oknie, kiedy drzwi się otworzyły i do środka wszedł Hazerski. Uśmiechnąłem się do niego pod nosem. Przyjaciel, na którego zawsze mogę liczyć, osoba, która była…jest dla mnie niczym starszy brat i ojciec w jednym.
    — Mów, nie owijaj w bawełnę – powiedziałem siląc się na beznamiętny ton głosu. Minęły około dwie godziny, za chwilę będziemy się zbierać.
    — Wszystko przygotowane – powiedział podchodząc bliżej. – Ten generał…kilka razy wspomniał twoje nazwisko podczas rozmowy z Kochem. Martin…nie wiem jak mogę to odebrać, ale…sam nie wiem co mu we łbie siedzi – powiedział cicho.
    — Też nie wiem. Gustaw… posłuchaj mnie…Jeśli cokolwiek, kiedykolwiek zrobię głupiego podczas tej wojny, to błagam…nie wstawiaj się za mną, nie rób nic żeby mi pomóc, aby mnie wyciągnąć. Możesz tylko podać mi cyjanek, albo wszy zarażone tyfusem, jasne?
    Spojrzał na mnie jak na wariata. Tak, byłem wariatem.
    — Oczywiście – powiedział cicho po polsku. Odwrócił się i niemalże ledwo to uczynił zasalutował i trzasnął obcasami.
    — Co Max? Już? – zapytałem gasząc papierosa.

    OdpowiedzUsuń
  33. Nie bałem się krzyków generała. Nie przerażał mnie jego stopień, nawet gdyby straszył mnie frontem wschodnim. Starałem się być zobojętniałym na to wszystko. Jeśli Franek nie czekał na jakieś oklaski, to w mieszkaniu nie powinniśmy nikogo znaleźć. A Cesare, albo poszedł gdzieś przed siebie i tyle go widzieliśmy, albo Franek jakoś go przeprowadził. Chyba jednak pewniejsza była ta pierwsza opcja. Neumann jednak nie był mi potrzebny do szczęścia.
    Na miejscu rozejrzałem się po okolicy. Ludzie w momencie zmieniali kierunek. Wystarczyło tylko to żeby przed oczami mignał im mundur feldgrau. Zła sława, prawda? Zła sława głownie SS…ale no w sumie, to nie ważne. Bo to niemiecki mundur, a jak wszyscy dobrze wiemy to Niemcy są źli i okrutni.
    Szybka zbiórka moich ludzi. Dziesięciu żołnierzy Rommla, słynna Wassergruppe.
    — Melduję gotowość mojej grupy – powiedziałem do generała. Spokojny ton, nie wyrażający żadnych głębszych emocji. Zobojętnienie trzeźwiejącego oficera.
    Spojrzałem na Rossa i jego SS, aż mi się śmiać chciało z tego wszystkiego. Cóż, nikogo tutaj nie znajdą, no chyba, że ktoś ukrywa tutaj Żydów, to wtedy pewno ich się znajdzie.
    Wyciągnąłem papierosa, którego niespiesznie zapaliłem. Pewny siebie oficer, który ma chyba inne zdanie, no cóż jestem przekonany swoich racji, nikogo tutaj nie ma. A w szczególności Neumanna, tego jestem pewny. Cesare zniknął i dobrze, nawet bardzo dobrze.
    Może nawet przy odrobinie szczęścia coś innego się wykombinuje? A gdyby tak…znaleźć kogoś podobnego do Neumanna, zabić go, zwłoki oszpecić, przynajmniej na tyle żeby nie dało się ich zidentyfikować? Wtedy byłby spokój… To ma sens, nawet spory.
    Może i siebie bym zabił? Ale tak normalnie. Tak na stałe, pistolet, albo pasek? Albo woda…może zażycie całej tubki z Pervitinem i popicie go alkoholem?
    Zostałem tylko ja, Koch, generał i Ross. Reszta poszła szukać Neumanna.
    — Temu całemu…Rommlowi, to co? – zapytał generał niezbyt dyskretnie Kocha.
    — Jemu? – Koch spojrzał na mnie. – Nic, tak po prostu czasami ma. Kiedy jest pewny swego jest…nieobecny panie generale. – jak ty dobrze mnie znasz. Jak tym nie dobrze Otton znasz.

    OdpowiedzUsuń
  34. Zaśmiałem się szczerze słysząc wypowiedź mężczyzny, oraz rozkaz Rossa. To było takie zabawne! Śmieszne na swój sposób, powiedziałbym.
    — Nie denerwuj się tak Max, bo ci jakaś żyłka pęknie – powiedziałem i uśmiechnąłem się lekko. Spojrzałem na Kocha i tego takiego jakiegoś dupka… To było naprawdę śmieszne.
    — Neumanna nie ma ani tutaj, ani w najbliższej okolicy – powiedziałem. – Jest, nie wiadomo gdzie. Ucieka, jest o krok przed nami, pytanie brzmi dlaczego i jak? Odpowiedź jest prosta, ktoś mu pomaga. Ktoś, kto wie wiele na jego temat, ktoś to jest dobrze poinformowany – wyciągnąłem papierosa i zapaliłem. – Wiecie panowie, że to prawdopodobne. Bardzo prawdopodobnie, że ktoś z tego otoczenia pomaga Neumannowi? – zapytałem z lekkim uśmiechem.
    Jestem debilem. Ukręcam sobie sznur na szyi, ale w sumie jeśli Neumann im ucieknie, a ja będę albo aresztowany, albo odsunięty od sprawy to mam…alibi. Poza tym skąd miałbym wiedzieć, gdzie jest ten rudzielec? Ja nie wiem nic.
    W tej chwili to ja Grekiem sobie jestem. Nikim więcej, takim o nic nie wiedzącym mentalnym Grekiem.
    — Co proponujesz Rommel? – Koch chyba tracił cierpliwość do mnie. Cóż…bywa i tak, ale pewnie mu jakoś to przejdzie. Kiedyś na pewno.
    — Ja?! Nic. Absolutnie nic nie proponuję… No może poza tym żeby na granicy Generalnej Guberni wzmocnić patrole, kontrole, rozesłać rysopis poszukiwanego. Nie będzie mógł przedostać się do Rzeszy, z tego miejsca to raczej za daleko nie ucieknie, nie ma zbyt wielu możliwości, prawda? – zapytałem retorycznie.

    OdpowiedzUsuń
  35. [Żyje, żyje. Jutro max po jutrze dostaniesz odpisy. Pamiętam, tylko chwilowy zastój weny mam]

    OdpowiedzUsuń
  36. Westchnąłem cicho. Należałoby pozbyć się tego generała… Zaczyna mnie irytować…
    Ale kto ciebie nie irytuje Martinie? Hazerski? Wernitz? Koch? A może twój pies?
    — Szukać…szukać – prychnąłem cicho. Za mną stała…cała moja „Wasser-gruppe”. – A co my kurwa? Psy jesteśmy? – spojrzałem na nich. Oczekiwałem odpowiedzi, albo czegoś podobnego. – Generalna Gubernia taka duża… - zatoczyłem ręką niewielkie koło – Neumann taki mały – pokazałem na palcach długość może jednego centymetra. – To jak szukanie igły w stodole pełnej siana – podsumowałem.
    Nie podobało mi się to, Neumann potrzebny był tylko na początku, tylko tyle… Mogłem się go pozbyć! Nie musiałbym go teraz szukać, umyłbym ręce od niego! A teraz? Co?! Teraz to muszę szukać tego rudego padalca!
    Rozejrzałem się po domostwie. Skromne…wojenne standardy…ale chociaż może i nie do końca. Nie zdziwiłbym się jeśli tutaj byłaby jakaś książka komunistyczna…
    — Czujesz? – zapytałem Glassa, który wszedł za nami. Widząc jak przecząco kiwa głową uśmiechnąłem się pod nosem. – Komuchy… - wyjaśniłem. – Spieszące się komuchy… - i Neumann oczywiście.
    — Major sugeruje…? – zapytał niepewnie Glass.
    — Nie. Ja niczego nie sugeruję – przestąpiłem nad przewróconym taboretem. – Wiecie co panowie… Ross! Zostawiam ci tą sprawę, chcesz to złap i zabij. Albo złap, zgwałć i zabij – wzruszyłem ramionami. – Mnie sprawa Neumanna zwisa, nie chce mi się z nim bawić, mam ważniejsze sprawy na głowie – zapaliłem papierosa. Uśmiechnąłem się… Może Max weźmie to za przejaw tego, że wolę usunąć się w cień i odejść od sprawy zanim ta na dobre mnie pogrąży. Bo w istocie tak było chciałem uciec od tego.
    — To powodzenia Ross, przyda ci się… - powiedziałem nim wyszedłem z domu. Spojrzałem na moich ludzi, którzy „zabezpieczali” okolicę.
    — Grupa! Zbiórka! – krzyknął Glass. Dalej nie musiał, większość wiedziała o co chodzi. Rommel nie chce babrać się w gównie.

    OdpowiedzUsuń
  37. — Pożyjemy, zobaczymy – mruknąłem cicho do siebie. Wątpiłem w to…najlepiej było dać sobie spokój z tym wszystkim.
    Prawdopodobnie moja krótkowzroczność, kiedyś się na mnie zemści, ale nie teraz. Teraz krótkowzroczność jest nad wyraz pożądana. Poddawanie się chwili, korzystanie z możliwości oraz każdej sposobności. Pod wpływem właśnie takiej chwili, zniknął Krauze. Na razie musiał zejść ze sceny.
    ***
    Od samego rana telefon nie przestawał dzwonić.
    — Alo? Na spotkaniu z papieżem jestem. Niedysponowany jestem w tej chwili – mruknąłem. Pierdzelę generał, nie generał. Mógłby nawet sam Hitler przyjechać, nic kurwa mnie z łóżka nie wyciągnie! Nawet cały batalion pijanych rusków! Nie ma takiej siły, która by mnie poruszyła!
    A nie jednak jest!
    — Martin! Skarbie…- Renate opuszkami palców przejechała po moim karku. – Lepiej żebyś poszedł…gdzie jak gdzie, ale na froncie nie będę cię odwiedzać – uśmiechnęła się lekko. – Poza tym chciałabym, żebyś ZJAWIŁ SIĘ na MOIM recitalu – podkreśliła „moim” i „zjawił się”. Jak bardzo jest źle?
    — Niech tylko spróbują mnie na front wysłać – spojrzałem na kobietę. – Ty wiesz…że bez ubrań wyglądasz równie atrakcyjnie, co z? – uśmiechnąłem się. – Jaki recital? Kiedy? – podniosłem się. – Zjawię się – zwlokłem się z łóżka i zacząłem się szybko ubierać. – Mam nadzieję, że mnie nie zabiją – jęknąłem idąc do łazienki.
    ***
    Jak zwykle spóźniony Rommel. Może gdybym wtedy do Francji też się spóźnił, to teraz może nie miałbym nieprzyjemnych wspomnień w których to płonę żywcem? Raz człowiek chciał być na czas!
    — Major Rommel melduje się! – zasalutowałem. – Przepraszam za spóźnienie, ale miałem audiencję u papieża – wyjaśniłem. W życiu mi nie uwierzą, ale nie o to chodzi.

    OdpowiedzUsuń
  38. — A ty wierzysz Reimannowi? – zapytałem. – Jemu to bym nawet nie wierzył, gdyby mówił że jest jakimś Żydem i dopiero co uciekł z Dachau, Auschwitz, Gross-Rosen… - zacząłem wymieniać. Najlepiej było podejść do tego wszystkiego w taki oto lekceważący sposób. – Krauze Neumann…na jedno wychodzi…tego i tego nie ma – wzruszyłem ramionami.
    Parsknąłem śmiechem. Może nieco nerwowym, czy on myślał, że ja dam się zabić tak łatwo? W życiu. Przeżyję jego, Reimanna, Hitlera i kurwa wszystkich razem wziętych. Każdego po kolei! Mnie się nie pozbędzie tak łatwo. O nie! Pozbywać to ja, ale nie mnie.
    — Nie wiem o czym mówisz Max – wyciągnąłem papierosa, którego zapaliłem. Założyłem nogę na nogę. – Masz coś interesującego, czy to tyle? Nie ukrywam, że mi się spieszy i to są sprawy niecierpiące zwłoki – zaciągnąłem się papierosem. Ja mam czas… A właściwie to chyba chciałbym mieć trochę czasu. Muszę coś wykombinować… Bo inaczej to stryczek.
    A gdyby Huzar tak nagle zamilkł? To tylko potwierdziłoby przypuszczenia w stosunku do mnie. Nie dobrze. Bardzo źle… A gdyby znaleźć jakiegoś „współpracownika” Huzara? Albo po prostu dać się zamknąć? Podrzuciłbym sobie dowody? Udawał, że pierwszy raz to widzę? Nie wierzę, ze o tym myślę, ale Reimann będzie mi potrzebny. Oraz mój ojciec. Ciekawe czy tatusiek będzie chciał pograć w karty ze swoim synem?
    — Aha – wypuściłem dym papierosowy. Powoli wstałem. – Mam prośbę…nie dzwoń dzisiejszego wieczora do mnie. Ani jutro z samego rana. Będę niedysponowany, więc wszystkie ważne sprawy będą musiały poczekać tak…do południa – uśmiechnąłem się. Chyba mam kurwa jakiś pomysł. Genialny swoja drogą.

    OdpowiedzUsuń
  39. Tydzień to dość sporo. Może Neumann nie jest na tyle głupi i zawinął się z tej Warszawy. Chyba, że jest? Nie wiem. Jutrzejsza trasa… Musze ją zapamiętać co do joty. I przed samym wyjazdem musi mi „coś nagłego wypaść”. Ale naprawdę, coś nagłego. Wtedy będzie jechać tylko generał i Ross. Pozbyłbym się ich i do tego byłbym naprawdę całkowicie czysty. Miałbym alibi w postaci szefa, który by mnie widział, moi ludzie byliby na miejscu też zajęci swoją pracą. Polscy bandyci…później rozstrzelano by może stu Polaków za nich, albo coś…
    Zniknęłyby naraz dwa problemy, Ross oraz generał. Polacy by się cieszyli, ja bym się cieszył. Wszystko byłoby naprawdę bardzo ładnie, oraz pięknie.
    Przeszedłszy kilkanaście kroków zatrzymałem się i zawróciłem. W sumie to mógłbym odwiedzić Elsę, prawda? I może bym trochę zablefował? Albo coś?
    — Witaj Elso. Tęskniłaś? – uśmiechnąłem się ponuro. Kiedy chciała mi zamknąć drzwi przed nosem, włożyłem but pomiędzy drzwi a futrynę. – Nie ładnie tak zamykać drzwi przed nosem rodakowi – mruknąłem. Zajrzałem jej przez ramię w głąb mieszkania. – Czyżbym się spóźnił i minął się z twoimi gośćmi…czy też raczej i gościem? – może lata grania w karty nie pójdą na marne? Może coś ugram? – Dobra…ja tutaj stoję, a nie mam tak wiele czasu jak by się wydawać mogło. Przekaż rudzelcowi żeby zwiewał z Warszawy… No i żeby nie robił żadnych głupot – wysunąłem stopę i cofnąłem się o dwa kroki. Uśmiechnąłem się raz jeszcze i skierowałem się w kierunku schodów, po których szybko zszedłem. Mam pewien pomysł. Bo jeśli ona wie, gdzie jest Cesare, to może mnie do niego zaprowadzić.

    OdpowiedzUsuń
  40. Czekałem kwadrans w jednym z zaułków. Takim abym miał dobry widok na mieszkanie. Z doświadczenia wiem, że bardzo często do piętnastu minut ktoś idzie ostrzec najbliższych. Nie wszyscy, wprawni agenci/szpiedzy/konspiratorzy, nie ryzykowali i nie szli osobiście. Czasami mogli wysłać kogoś zaufanego (jeśli ktoś taki był), albo po prostu telefonowali. Różne były metody na to wszystko.
    Nikt nie wychodził przez kwadrans. Po tym czasie dałem sobie spokój i wróciłem do siebie. Na szczęście nie musiałem iść pod oknami mieszkania Elsy.
    ***
    Do pomieszczenia wszedł Karol. Jak zawsze na jego ustach jawił się szyderczy uśmiech. Wydawać by się mogło, że był z czegoś zadowolony. Zdjął marynarkę, poprawił włosy i spojrzał po zebranych.
    — Panowie mam dwie wiadomości – zaczął – Jeśli wierzyć temu, co mówił mój znajomy to pewien człowiek znany jako „Huzar” nie żyje. No i…
    — Co? Skąd masz takie informacje? – zapytał Andrzej. Był zdziwiony tym wszystkim. Owszem Karol mówił kiedyś, że jego znajomy chciał go namówić do konspiracji z tymi burżujami z AK, ale tamten twardo odmawiał i mówił, że nie chce się w nic mieszać. – Czyżby twój znajomy ci to powiedział?
    — Tak. On sam się dowiedział. No cóż….szkoda, bo on też walczył z okupantem. A jeszcze większa szkoda, bo dowiedziałem się, że Adamski to prawdopodobnie jego brat był. Chciał się zemścić na jakimś szwabie, za brata. Jak widzicie…szwaby byli pierwsi. A szkoda…w jakiejś łapance zginął, niby chciał uciec – przedstawił znaną sobie wersję.
    — Kiedy? Gdzie? – zapytał Mirek. Widać, że chłopaka zaciekawiło to wszystko.
    — W Otwocku. Miał niby coś załatwić. No i podczas łapanki…sami wiecie. Ale i tak to chyba była kwestia kilku dni aż Niemcy go złapią. Za bardzo się zaczął wychylać…poza tym…jeśli nie Niemcy, to prawdopodobnie my, co nie? – zapytał i uśmiechnął się szyderczo.
    ***
    — Panowie… prawdopodobnie, jeśli zaatakują, to w tym obszarze – wskazałem na mapie ołówkiem jeden z kwadratów. Stara mapa sztabowa, która kiedyś „zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach”. – Sektor A2. Droga spokojna, czasami przewinie się tamtędy jakiś patrol motocyklowy, albo bryczka. Do tego jest to dosyć spory odcinek pomiędzy jakimikolwiek budkami strażniczymi – wyjaśniłem.
    — Dobra Martin, wszystko ładnie pięknie, ale o co chodzi z tym całym rozpowiadaniem wśród konspiratorów, że „Huzar” nie żyje? Jaki w tym wszystkim widzisz sens? – zapytał Sasza. Przyszedł niemalże natychmiast do mojego mieszkania. Na szczęście Renate wybyła w dalszą trasę. Wszystko zostało sprawdzone pod względem podsłuchów i tym podobnych.
    — Żeby zagrzać młodych do walki. Jeśli dobrze mi się wydaje, to rudy zaprzyjaźnił się z czerwonymi. Oni może mało słyszeli o „Huzarze”, no ale jednak walczył z okupantem i nie wchodził im w paradę. Tak więc…może ich to zagrzeje do walki? Może wykonają tą czarną robotę za nas?
    — Chcesz się wysłużyć ich rękami? – pokiwałem twierdząco głową. – Ale i tak będziesz musiał się tam zjawić, jeśli nie zabiją Rossa na miejscu, to chciałbym wiedzieć gdzie go będą przetrzymywać. Obiecałem Michałowi i jego rodzinie, że tak go urządzę, że nie będzie czego po nim zbierać. Ja nie rzucam słów na wiatr – wyjaśniłem.

    [Odezwałem sie na maila w celu zapytania o coś ;)]

    OdpowiedzUsuń
  41. Zgodnie z moimi wcześniejszymi założeniami wykręciłem się z tej przejażdżki. No cóż…życie to mi jeszcze miłe. Powiem więcej, ja byłem tak dobrze poinformowany ze wszystkim, że nawet się zdziwiłem kiedy dowiedziałem się że polscy bandyci…
    A tam! Wszyscy wiemy o co chodzi.
    Jakoś po południu wybyłem na chwilę. Na dosyć dłuższą chwilę, bo w końcu spotkanie z Saszką musi dojść do skutku. Znalazłem go w parku, jednego z tych „Nur fur Deutsche”, konspiracja pełną gębą.
    — I jak? – zapytałem.
    — To była jatka…dwa trupy na miejscu jak nic – powiedział. – Nie ma co zbierać…
    — Jeden – oznajmiłem. – Ross żyje, nie wiem jakim cudem, ale żyje – powiedziałem cicho. Na Saszy ta informacja też zrobiła niemałe wrażenie. – Dobra, słuchaj mnie uważnie. Musisz się dowiedzieć, gdzie przebywa Neumann… musi zniknąć z Warszawy, najlepiej niech ucieka najdalej jak to jest możliwe. Jeśli będzie trzeba, to „Huzar” się pojawi na arenie – mruknąłem.
    — On nie żyje – powiedział. – „Huzar” nie żyje, został rozstrzelany – powiedział już głośniej. Mrugnął do mnie porozumiewawczo, no tak miał rację. „Huzar” niech trochę jeszcze pobędzie martwy…poza tym nie wiem czy byłoby to rozsądne spotykać się z Neumannem i tłumaczyć jak krowie na rowie o co tutaj chodzi.
    — Dobra, wiesz co masz robić, jak to zrobić…powodzenia – powiedziałem. Na szczęście dobrze że Sasza włada niemieckim oraz rosyjskim. Zresztą Franek też posługuje się tymi językami…zawsze śmialiśmy się, że jesteśmy z takiego kawału o „Polaku, Rusku i Niemcu”.
    ***
    Wieczorem poszedłem do szpitala zapytać się jak tam z Rossem, jednak nie za bardzo chcieli mi udzielić informacji. Czyżby nie udzielali informacji mężczyźnie, który jest ubrany po cywilnemu? O jaka to szkoda, mówi się trudno. Jutro najwyżej przyjdę w mundurze, ciekawe czy zmienią zdanie.

    OdpowiedzUsuń
  42. Skurwiel…z nikim nie chciał się widzieć. Nawet ze mną. No po prostu nie dał mi się po pastwić nad swoim nędznym losem. A szkoda, szkoda… bo z wielką chęcią wykorzystałbym to że mógłbym do niego wejść. W końcu może…poprawiłbym mu poduszkę? Albo wyręczył pielęgniarkę i lekarza i podałbym mu leki? Tak raz a dobrze.
    — Hazerski! Trzymaj ich za mordy, ja na razie wybywam w odwiedziny do porucznika Rossa.
    — Przecież on wyszedł ze szpitala… - jęknął Gustaw. Uśmiechnąłem się lekko.
    — Wiem. Dlatego odwiedzę go w domu, bo co mi szkodzi? Jeśli nie wrócę, to szukajcie mojego ciała, albo coś… Jeśli zaginę, albo zginę, to oskarżyć Rossa, jasne? – powiedziałem cicho, tak aby tylko Hazerski słyszał.
    Po tym wszystkim pojechałem do Rossa. Zastukałem do drzwi. Poczekałem chwilę aż ktoś mi łaskawie otworzy, jak nie to sam się wproszę. Nie pierwszy raz z resztą. Ale kto by się tym przejmował, że sam się wpuszczam, sam się wypuszczam, sam się wypisuję ze szpitala bez wiedzy lekarzy.
    — Wiewiórki i bobry… Dzień dobry! Dzień dobry! – powiedziałem. Jakaś taka stara rymowanka z dzieciństwa mi się przypomniała. No cóż, wesoły ze mnie taki człowieczek jest. – Jak się czujesz? Wybacz, że tak z pustymi rękami, ale po wyjściu ze szpitala, to ci ani alkoholu nie będę dawać, ani cygar.

    OdpowiedzUsuń
  43. — Wiesz…lekarz karze, ale jak nie widzi to go nie boli – powiedziałem wchodząc. – Jakoś to tak było, stara prawda życiowa. Gorzej tylko kiedy się zorientuje, no i zależy jaki lekarz cię składał – oparłem się o ścianę i skrzyżowałem ręce na piersi. – Masz rację, jest nijak. Nic nie wiemy…no może tylko tyle że udało mi się mniej więcej ustalić kto do ciebie i świętej pamięci generała strzelał – uśmiechnąłem się lekko. Trochę blefu nie zaszkodzi, a nawet jeśli to później się będę tym martwić. – Nasz wspólny znajomy tam był. Wysoki, chudy, rude włosy…mówi ci to coś? – zapytałem. – No i jest jeszcze jedna ciekawa rzecz…ale to dowiesz się po powrocie z urlopu. Pozwól że potrzymam cię w niepewności.
    **
    Pierdzieleni trzej muszkieterowie konspiracji. Brawo my! Może i Rudy spodziewa się mnie, ale z pewnością nie spodziewa się że Saszka i Franek ze mną współpracują. Właściwie to byłoby nawet i lepiej, gdyby nie wiedział. Ale miał z nimi małą styczność, wiec była to nasza szansa.
    Jak cień podążyłem za nimi. Lekko skinąłem w kierunku Franka, który przejmie ich na kilkanaście metrów. Później Sasza. Genialnie to wymyśliłem, żeby wyglądali niczym gestapowscy tajniacy. To teraz tylko zgodnie z umową…
    — Łapanka! Ludzie łapanka! – krzyknął chłopak. Mały gazeciarz. Normalnie wszystko jak w szwajcarskim zegarku. Chaos na ulicy, ludzie pospiesznie opuszczali to miejsce. Teraz nie pozostaje mi nic innego jak czekać na całą czwórkę na tym podwórzu. Powinni to łatwo załatwić. Wedle moich obliczeń to rudy powinien razem z tą dziewczyną uciec w kierunku najbliższej bramy…ale że większość ludzi o tym pomyśli to przebiegną parę metrów dalej. A tam będę czekać ja, na podwórku. Sasza wejdzie razem z nimi. Franek pobiegnie dalej, i podwórkiem do nas dołączy. Mam nadzieję, że te trzy minuty planowania nie spełzną na niczym.
    Raczej się nie pomyliłem. Widzę Saszę, widzę rudzielca. To czas zacząć grę.
    Szybkie podejście zza pleców rudego, chwycenie jego i zasłonięcie ust.
    — Nie szarp się – szepnąłem wprost do jego ucha. Sasza w momencie podszedł do kobiety i przyłożył jej pistolet do boku. Jego mina mówiła, że nie radzi robić nic pochopnego. Odciągnęliśmy ich i wprowadziliśmy ich do jednej z klatek i do piwnicy. Zaraz za nami dołączył Franek.
    —Jestem – powiedział. Na razie piękna rozmowa po niemiecku. – Mamy mało czasu – dodał.
    — Dobra Cesare, puszczę cię, ale pod warunkiem, że nie będziesz krzyczeć. Nie radzę robić żadnych gwałtownych ruchów. Chcę ci pomóc – powoli poluźniłem uścisk. Będziemy rozmawiać w półmroku.

    OdpowiedzUsuń
  44. — Nic – odpowiedział Franek po polsku. Spojrzałem na niego, ten tylko wzruszył ramionami. Sasza był przy drzwiach i starał się w razie czegoś jakoś nas powiadomić, gdyby Niemcy zechcieli wejść i tutaj.
    — Dokumenty na fałszywe dane i bilet do Lwowa – powiedziałem wręczając rudzielcowi przedmioty. – Masz jeszcze pięćset polskich złotych. Musisz wyjechać z Warszawy i to jak najszybciej – włożyłem ręce do kieszeni. – Twoja towarzyszka może jechać na swoich własnych papierach, nikt o niej nie wie. A i lepiej będzie żeby wyjechała z tobą…albo w zupełnie przeciwnym kierunku. Nie ważne. Przeczekasz trochę czasu, Ruskie wejdą…
    — Martin… - syknął Franek. A no tak, trochę drażliwy temat. Ale cóż, nie on jedyny nie lubi komunistów.
    — Dobra…po prostu musisz spierdalać z Warszawy zanim Ross dojdzie do siebie i zacznie cie szukać. Skoro ja was znalazłem, to znaczy że on też to zrobi. A szczerze…wolałbym nie widzieć twojego trupa Cesare – mruknąłem. – Wolałbym też żeby cię nie przesłuchiwali… chociaż… - zamilkłem na chwilę. – Chociaż istnieje możliwość twojego powrotu, łącznie z twoim awansem. Sporym awansem
    — Martin kurwa – Franek mnie chwycił i spojrzał mi w oczy. – Niech wyjedzie, sam mówiłeś, że lepiej żeby wyjechał. Poza tym, do czego on ci jest potrzebny? Ty też możesz dotrzeć do Rossa i go wykończyć. Pamiętasz o tym? Obiecałeś to Michałowi i jego rodzinie, że go zabijesz za to co mu zrobił – syknął wściekle.
    — Panowie, nie żebym chciał przedłużać wasze niemalże erotyczne uniesienia zaprawione pikanterią…ale nie przedłużajcie tego, bo lepiej dla nas i dla nich, żeby stąd już wyjść, albo coś – powiedział Sasza. – Poza tym nie wiem czy to ma jakikolwiek sens…skoro rudy nie chce twojej pomocy Martin. W ogóle nie wiem, po co to wszystko, po kiego mu pomagałeś…na swój dziwny sposób – westchnął. –Ale nie mnie to oceniać.
    — Powiedzmy, że nie słyszałeś tego wszystkiego, co mówili. Wyjeżdżasz najszybciej jak to możliwe – spojrzałem na rudzielca. Oby się zastosował do tego.

    OdpowiedzUsuń
  45. — Chcesz żyć? To nie wybrzydzaj! – warknąłem wściekle. Ja tutaj myślę, planuję żeby pacana wyprowadzić z tej jaskini lwa a ten, że nie jedzie bo komuniści. Czasami trzeba iśc na jakieś kurwa kompromisy a nie on tam nie pojedzie bo kolor biletu mu się nie podoba. Oczywiście to spore uproszczenie, ale ja tak to trochę odbieram. – Poza tym nie wiem….? Jesteś jakimś farbowanym blondynem? W Warszawie nie możesz zostać, rozumiesz? Dokąd chcesz jechać? Zawsze możesz do Kattowitz, gdzie roi się od Niemców, od których raczej pragniesz uciec, prawda? – zapytałem patrząc wściekle na niego.
    — A mnie nie interesuje, że nie bierzesz. Jest prosta zasada „Jak dają, to bierz. Jak biją to uciekaj”, a z tego co wiem to ty raczej znajomości nie masz zbyt wielkich. Do twojej macochy się nie zwrócisz o pomoc, bo jesteś zbyt dumny, poza tym gdybyś miał taki zamiar to już byś to zrobił, mam rację? – uśmiechnąłem się. – Ross ci już nie pomoże, bo on też na ciebie poluje. Tak, wiem o tym że Ross ci pomagał, razem z tymi mało inteligentnymi przydupasami. Szkoda, że tak kiepsko skończyli, ale cóż…wojna wymaga ofiar, mam rację? – zapytałem czysto retorycznie. Może i stracę w oczach tego Rudzielca, ale mam to głęboko gdzieś. Mógłbym powiedzieć też i kilka innych rzeczy, ale po co? Jeszcze nie teraz, nie należy odkrywać wszystkich kart w pierwszym rozdaniu. Należy coś pozostawić na wielki finał. Coś jeszcze z informacji, nie tylko kapsułkę z cyjankiem, albo ostatni nabój w pistolecie.
    — Poza tym…wbrew pozorom możemy sobie pomóc Cesare. Ty mnie, a ja tobie. Powiedzmy, że będzie to…chwilowe zawieszenie broni – spojrzałem na niego uważnie. – Znasz mnie nie od dziś. Wiesz, że nie jestem zły i okropny – przekrzywiłem nieznacznie głowę. Wzruszyłem ramionami i spojrzałem raz jeszcze na niego. Czekałem na jakąś odpowiedź, jakiś cios. Prawda była taka, że gdybym chciał go zabić, to miałbym ku temu kilka okazji, ale tego nie zrobiłem, nie tylko z aktu dobrej woli.

    OdpowiedzUsuń

Tu warto kliknąć!

Szablon wykonany przez Eveline Dee z Panda Graphics