niedziela, 11 czerwca 2017

Czy jesteś, Piękno, z nieba czy też z piekła rodem?


 




Ma cholerne szczęście.
W 1939 roku postrzelili go w czasie walk z Polakami, więc trafił do "łazarieta" i tam przeleżał aż do grudnia z uwagi na te nieszczęsne rany prawej nogi, to otwierające się, to znów się zasklepiające. Później go przenieśli w lepsze miejsce, załapał się jako radiotelegrafista i mógł żyć w miarę spokojnie. Udało mu się nawet ściągnąć ukochaną matkę do Lwowa, gdzie stacjonował jego oddział aż do wybuchu wtoroj otwieczestwiennoj wojny.
Potem zainteresowało się nim niedawno powstałe GRU. Zaproponowali mu współpracę - przystojny, inteligentny, znający języki radiota zawsze był potrzebny - ale nie na froncie, gdzie łatwo było zginąć, tylko w Polsce, gdzie miał zbierać wszelkie przydatne dla wywiadu informacje. Jednocześnie wyjaśnili z uśmiechem na twarzy, że jeżeli odmówi im tej małej przysługi, zabiją mu ojca i młodszego brata, których przezornie aresztowali i zabrali
Nie namyślał się długo. Zgodził się, przyjął wszystkie warunki, a następnie w nowych, ciepłych ubraniach, z dokumentami i bronią w walizce, wyruszył do Warszawy. Pozwolili mu pożegnać się z matką i napisać oględny list do ojca. Więcej, pozwolili mu nawet zabrać ją ze sobą do Warszawy.
Miał naprawdę cholerne szczęście.
Będąc w Hiszpanii, służył jako dwudziestoletni gówniarz na froncie wojny domowej. Tam poznał pewnego korespondenta, któremu udzielił wywiadu z naiwnej, szczeniackiej chęci. Poznał też wielu przyjaciół, którzy wspierali go radą i pomocą, a co najważniejsze, nabył konkretnej i potrzebnej w tych trudnych czasach wiedzy.
Ma mieszane uczucia co do komunizmu. Nie jest pewien, w co właściwie wierzyć, gubi się w tym wszystkim. Z jednej strony nienawidzi serdecznie i szczerze nazistów, Niemca utopiłby w łyżce wody, ale z drugiej strony...czyż ten korespondent, którego spotkał, nie pokazał mu, że istnieje lepszy, inny świat?
Najważniejsze jednak, że nie opuszcza go szczęście.


Artemij Aleksandrowicz Błagowieszczenski

Артемий Александровицз Бłаговиесзцзенски

27 liet

 27 лиет

 russkij szpion

oficjalnie oficer wojska polskiego Tomasz Halicki

 

powiązania ~ kartoteki GRU ~ inne


(Pan na zdjęciu to Wasilij Siergiejewicz Stiepanow, rosyjski aktor z filmu "Inhabited Island", a cytat w tytule pochodzi z wiersza Charlesa Baudelaire'a "Hymn do Piękna". Nie zgadzamy się na MG, zapraszamy do wątków, Tima serio nie gryzie :D Powiązania można ustalić lub nie. Mam nadzieję, że mnie tu nie zjecie ;-; *nieśmiało* Jestem nowy w blogach, więc krzyczcie o poprawki i inne takie, zwłaszcza gdybym coś zwalił w historii.)

13 komentarzy:

  1. Cześć! Niestety na razie nie wiem, gdzie Weronika i Tima mogliby się zetknąć, więc na razie życzę Ci tylko dużo wątków, radości z pisania i przyjemnej zabawy!
    Weronika de Sevigny

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam do Michała albo do Cesara :)

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ty wiesz już że karta mi się podoba? Jeśli nie to teraz już wiesz :)
    Zapraszam do mojego korespondenta wojennego, tudzież najskromniejszego szpiega wszechczasów oraz do takiego "luftwaffelka" xD]

    Martin
    Valentin

    OdpowiedzUsuń
  4. [Póki co zapraszam do Raisy, bo z Curtem na razie stoję w miejscu.]

    OdpowiedzUsuń
  5. [No to super! Ogólnie to mam pomysł, że Artem mógł trafić do dworku Malickich pod Warszawą. Tam spotkałby rzecz jasna matkę Raisy, ktora cichaczem sympatyzuje z komunistami. Jednakże po jakimś czasie Niemcy zaczęliby coś węszyć i pani Malicka zorganizuje mu mieszkanie u Raisy w Warszawie. Co ty na to? Chyba, że masz jakiś pomysł.]

    OdpowiedzUsuń
  6. Od czasu do czasu jeździła do domu. Co prawda nie tak często jak kiedyś, ale jednak. Chociaż po ostatniej awanturze z ojcem wolała się w dworku nie pokazywać. Jakiś czas temu dowiedziała się, że matka zorganizowała miejsce jakiemuś Rosjaninowi. Raisa miała mieszane uczucia co do tego. Ojciec swego czasu opowiadał o Rosji i czerwonych. Bała się ich bardziej niż Niemców. Niemcy mogli się uczyć od nich.
    Pokrecila głową, chcąc odpędzić od siebie złe myśli. Dopila herbatę. Tą prawdziwą. Nie taką okupacyjną. Cóż poradzić, że powodziło jej się całkiem dobrze. Miała sporo adoratorów i korzystała z tego. Korzystało z tego także i podziemie. Dosyć często wyciągała potrzebne informacje od wrogów. Urok osobisty i te sprawy.
    Spojrzała na zegarek. Powinna już się zbierać. Musiała jechać do rodziców w jakiejś pilnej i naglącej sprawie.
    Ubrała się ładnie, jak na damę przystało. W torebce miała najpotrzebniejsze rzeczy. Fałszywe dokumenty na niemieckie nazwisko, szminkę i chustkę.
    W dworku powital ją pan Mieczysław- ogrodnik. Po wejściu do środka przywitała ją matka. Zauważyła także blondwlosego mężczyznę. Uśmiechnęła się uroczo do niego.
    - Bardzo dużo Szwabów kręci się po okolicy- stwierdziła Raisa i aż się wzdrygnela. Matka przedstawiła ją mężczyźnie. Po rosyjsku. To było dla Raisy co najmniej dziwne, ale nie dała po sobie tego poznać.
    - Cóż to za sprawa, że musiałam zrywać się z Warszawy?- zapytała Malicka.
    - Trzeba naszemu gościowi użyczyć schronienia u ciebie. Tutaj coraz częściej Niemcy zaglądają- wytłumaczyła Nina.

    OdpowiedzUsuń
  7. ["Spoko, loko i luzik arbuzik" jak to mówi młodzież xD
    Mogę zacząć, mogę tańczyć, mogę śpiewać i wiersze pisać (ale trzeciej opcji nie polecam, chyba że chcesz ogłuchnąć). Napisz mi więc na gg co ci tam we głowie siedzi i nam pięknie zacznę :D]

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem debilem! Jestem idiotą! Jestem, kurwa jego mać, pacanem do kwadratu…! Ewentualnie do potęgi entej. Możliwe też że mam dosyć dziwne szczęście, o oryginalnym poczuciu humoru, bo inaczej tego nie wyjaśnię! Gdybym był wierzący to pewnie zwaliłbym to wszystko na Boga, Allacha, albo jakiegoś innego Buddę!
    A przecież było tak pięknie. Wszystko szło jak po maśle. Wystarczyło poczekać z tą łapanką z jakiś kwadrans maksymalnie. Załatwiłbym co miałbym załatwić i zwinąłbym się szybciej niż ustawa przewiduje. Ale nie! Po co?! Utrudnijmy Polakom, oraz pewnemu majorowi życie! Niech się kuźwa męczą. Niech major Rommel vel Potocki sobie pobiega po mieście, niech zazna trochę ruchu i zdrowia.
    Może w lewo? Może skręcę teraz w lewo?
    O nie! O nie! Tutaj też. Niemcy wszędzie!
    Prawdopodobnie była to najbardziej odkrywcza rzecz jaką pomyślałem podczas całej okupacji, która trwa zdecydowanie za długo.
    O kurde! Ja to może jednak mam szczęście? Szybko do kamienicy! Drzwi otwarte. Może w piwnicy przeczekam? Albo ktoś mnie wpuści i pomoże rodakowi w potrzebie? No chyba, że na volksdeutscha trafię. To wtedy będzie źle. Nawet więcej niż źle. Będzie tragicznie.
    Wbiegłem na raczej wąską klatkę schodową. Przemierzałem po dwa stopnie. Cholera! Niemcy są chyba za blisko! Uderzyłem kilkukrotnie w drzwi, które były najbliżej. CO mógłbym powiedzieć? „Halo Niemcy mnie gonią!”, czy może coś w stylu „Wodociągi, jakaś rura pękła i sprawdzam, czy u pana/pani wszystko w porządku!”…oba są głupie.
    — Halo! Potrzebuję pomocy! – krzyknąłem i jeszcze raz zastukałem w drzwi. Cholera…mam nadzieję, że ktoś tutaj jest. Jeśli nie tutaj, to może do sąsiada? Gdziekolwiek! Cokolwiek! Potrzebuję pomocy od kogokolwiek! No dobrze…może prawie od kogokolwiek! Bo komunisty i księdza to nie zdzierżę!
    — Halt! Halt! – krzyki żołnierza były całkiem dobrze słyszalne. To tylko kwestia czasu jak tutaj wejdą! Chyba nawet zdzierżę pomoc od komunisty, albo i księdza! Niech tylko ktoś otworzy te pierdolone drzwi!
    — Człowieku! Chcesz mieć rodaka na sumieniu?! – krzyknąłem niemalże rozpaczliwie. No przecież jak mnie szkopy złapią to mnie zabiją. Nawet nie zdążę pomyśleć „walnięty Adolf”, jak oni mnie rozwalą!

    OdpowiedzUsuń
  9. - Przepraszam- powiedziała Raisa- Raisa Marieta Malicka- przedstawiła się. Skoro on jej się przedstawił to dlaczego ona miałaby tego nie zrobić. Nadal jednak coś jej tutaj nie pasowało- Wybacz, ale muszę porozmawiać z mamą- dziewczyna wzięła kobietę do drugiego pokoju.
    - Możesz mi to wszystko wytłumaczyć?- zapytała się- Tak to nikogo nie chcesz przyjmować do domu, a teraz nagle sprawdzasz jego. Kto wie co mu w głowie siedzi? Bolszewika pod dach sprowadzać. Co ojciec na to powiedział?
    - Ojciec o tym nie wie. I lepiej, aby nie wiedział. Od kilku dni nie ma go w domu. Nie wiem gdzie jest. Nikt nie wie- wytlumaczyła Nina- I Artemij nie jest taki zły jakby ci mogło się wydawać. Tylko, że musisz wziąć go do siebie. Tutaj za dużo Niemców jest. Musisz mi pomóc.
    Raisa nic nie rozumiała z tego. Matka raczej nie przejawiala żadnych komunistycznych zapędów. A może tylko udawała.
    - Dobrze, pomogę- stwierdziła.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie musiał dwa razy powtarzać. Niemalże od razu wparowałem buciorami do mieszkania. Może gdybym dosłownie przez chwilę nie zawahał się to wszedłbym od razu? Ale co ja się będę? Chcę żyć! Chcę przeżyć tą cholerną wojnę!
    Pokiwałem głową słysząc jego słowa. Dopiero kiedy emocje zdążyły już nieco opaść zorientowałem się w jakim języku do mnie mówił. Rosjanin…pewnie komunista. Komunista jak nic! Świetnie! Z deszczu pod rynnę! Chociaż…jeśli jest sam to dobrze. Wyjdę i może zapomnimy o sprawie…przecież Warszawa to duże miasto, może się nie spotkamy już więcej? A nawet jeśli, to może to być nasze ostatnie spotkanie na Gestapo. Ja jako oprawca, albo tłumacz, a on jako ofiara…
    — Da, Polak – powiedziałem ze spokojem. Przeszedłem kilka kroków w głąb mieszkania. Przy okazji musiałem się rozejrzeć. Jakaś ewentualna droga ucieczki, albo coś…coś do obronienia się. Niby miałem przy sobie nóż…ale w razie czegoś… Nóż mimo wszystko był w tyle za bronią palną.
    — Marcin – podałem mu dłoń. – A ty? – zapytałem. Miałem nadzieję, że odpowie. W sumie to może nawet bym z nim trochę porozmawiał? Może udałoby mi się „wejść” do „czerwonych”? Mógłby mi to ułatwić jakoś.
    Podszedłem powoli do okna, które wychodziło na główną ulicę. Nie zbliżałem się aż tak bardzo, stałem może jakieś ze dwa kroki od okna, ale większość widziałem. Zbierali jeszcze ludzi. Ta łapanka może się tak szybko nie skończyć.
    A jak oni mnie rozwalą? Jak tutaj wejdą, wyciągną siłą z mieszkania i później rozwalą? Cholera! Dlaczego o tym nie pomyślałem?! Dlaczego nie decydowałem się ukryć gdzieś na strychu? Albo w piwnicy?
    — Długo tu…jesteś? – zapytałem. Chyba lepiej było powiedzieć „jesteś”, niż „siedzisz”. W końcu to drugie słowo kojarzy się głównie z odsiadką w pudle.

    OdpowiedzUsuń
  11. Przygryzłem wargę. O co… Aaaa… Już wiem. Przecież w Rosji, czy raczej obecnym ZSRR funkcjonuje coś takiego jak imiona odojcowskie…czy jakoś tak to się nazywało. No to świetnie! Udupiony jestem w tej właśnie chwili.
    — Marcin Stanisławowicz Potocki – kłamstwo. Jakże oczywiste to w moim przypadku. Chociaż… Marcin Karolowicz Potocki też nie brzmi źle. Ale w przypadku imienia mojego „ojca”, którego chyba nazywam „ojcem” z czystego przyzwyczajenia powinno brzmieć Martin Karolowicz Rommel. Nie, to ciągle brzmi idiotycznie.
    Poza tym, właściwie to teoretycznie mogłem podać swoje drugie imię jakie mi nadano, ale po co? Bruno… Przecież wiadomo, że Polacy swojego dzieciaka tak by nie nazwali. Ech…zostańmy może lepiej przy Stanisławie. Raz, że w ogóle to miałem być Martin Stanisław, a dwa, że dziadek był dla mnie prawdziwym ojcem.
    Usiadłem na podniszczonym fotelu, jednym z dwóch w tym pokoju. Naprzeciwko mnie zasiadł Rosjanin. Teraz żeby nie palnąć jakiejś głupoty. Z ruskami to jednak ostrożnie należy…podobnie jak z Niemcami. Przecież jak to powiedział kiedyś mój dziadek: „Pamiętaj, Polska zawsze miała dwóch wrogów”. No tak, poza tym i Sowieccy sołdaci na nas napadli, bo inaczej tego nie można nazwać! Wbili nam nóż w plecy. Swołocz…
    — Idzie przywyknąć – mruknąłem i podbródkiem wskazałem w kierunku okna. Jak jest kumaty to w mig pojmie o co mi chodzi. Chwyciłem szklankę z wodą. Podniosłem ją na wysokość ust, po czym nieco ją opuściłem. Niby niczym to nie śmierdziało, ale najpierw… - W też przywykniecie. Jak każdy w tym mieście – oznajmiłem po czym wypiłem trochę wody. Smakowała normalnie, czyli niczego nie dosypał. Ma szczęście.
    Odłożyłem na stół szklankę. Wygodniej oparłem się o fotel i spojrzałem na Artemija.
    — Z Moskwy? Czy może z Leningradu? Czy jesteś ze Stalingradu? Skąd konkretnie? – zapytałem. - Wybacz, że pytam, ale to chyba taka mania wyniesiona z pracy…jeszcze przed wojną – uśmiechnąłem się delikatnie. Mam nadzieję, że wyszedł jakiś przepraszający uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
  12. [Zdrastwuj! Przepraszam, że odpisuję dopiero teraz. Przygotowuję się do wyjazdu, a wcześniej miałam trochę problemów natury osobistej i nie mogłam bywać na blogu tak często, jak powinnam. Chciałam tylko zapewnić, że ochotę na wątek mam wielką, bo Artemij wydaje się mega ciekawą postacią, no i jeszcze Rosjanin, więc jak tu czegoś nie napisać! Po głowie kołacze mi się jakaś koncepcja, ale na razie bardzo luźna. Nie spałam całą noc, więc nie będę ryzykować z opisywaniem tego teraz, ale odezwę się najpóźniej jutro w nocy.]

    ~ Jekaterina

    OdpowiedzUsuń
  13. Pokiwałem głową. No tak też mogło być. Dziwnie się czułem siedząc w jednym pokoju z Rosjaninem. Do samych Rosjan naprawdę nic nie miałem, ale do komunistów owszem, a jakoś średnio chciałem w to wszystko wierzyć, że on nie jest „czerwony”. Znaczy się nie mówił, że jest, albo i nie jest…miałem do niego ogromny kredyt zaufania.
    To że nie jest zatrute to wiedziałem… poczułbym. Poza tym w wodzie byłoby ciężko dosypać, czy dolać trucizny. Najprościej do kawy i alkoholu. Naturalny smak napoju niwelował posmak trucizny. Większość wyszkolonych agentów/szpiegów o tym wiedziała. Każdy kto robił w wywiadzie, albo kontrwywiadzie wiedział takie rzeczy. Ale jak to mówią „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”, takie przysłowie to zabawnie musi brzmieć w ustach ateisty, prawda?
    Na szczęście nie wypowiedziałem tego na głos. Tylko pomyślałem.
    — Przed wojną? – zapytałem. Spojrzałem na szklankę i uśmiechnąłem się nieco niemrawo. – Co się dało. Trochę jako murarz, trochę jako bileter w kinie. Gazeciarz, drukarz… - skłamałem. Po części, bo swego czasu pracowałem jak murarz…a właściwie jako pomocnik murarza i jako bileter w kinie. Brawo ja i moja słabość do kart i pokera! Dzięki niej zamiast się uczyć to chodziłem do pracy, aby jakoś spłacić to wszystko. Niby miałem te siedemnaście czy i nawet osiemnaście lat, ale głupi byłem…i głupi nadal jestem.
    — Dlaczego pytasz? – zapytałem. – A ty? Jakieś…kołchozy? Czy praca w fabryce? A może coś innego? – spojrzałem na niego. Może coś ciekawego się dowiem. Chociaż raczej skoro w Moskwie, to raczej nie pracował w kołchozie. Raczej na pewno nie! Przecież kołchozy to takie rolnicze spółdzielnie…sam nie wiem jak to nazwać. Ale na pewno nie mógł w kołchozie pracować! Czyli albo praca w fabryce albo coś innego. Może wojskowy?

    OdpowiedzUsuń