poniedziałek, 18 lipca 2016

Unmögliche Mission – cz. II.: Tajna broń Polaków.

4 kwietnia 1942r, godz. 12.15. Mieszkanie na Mokotowie, Warschau.

Otto czekał od dwudziestu minut, ale nie wydawał się zirytowany tym faktem. Od kiedy zaczęła się wojna zwykłe czekanie – nie na werdykt, nie na rozkaz, a po prostu na kogoś, stało się ostoją minionego czasu. 
Zgodnie z radą Martina przyniósł trochę swoich rzeczy. Nie miał dużo, ot parę drobiazgów, na jakie w domu nie zwraca się najczęściej uwagi, a które trzymane w szafce przy pryczy 
w koszarach urastają do rangi osobistych. Uśmiechnął się lekko, jednym kącikiem ust. Już zapomniał, jak to jest mieć dom. Taki zwykły, swój, do którego się wraca. Odkąd wyjechał z Hamburga, miał wyłącznie kwatery. Teraz czuł się tym dziwniej, że zamiast munduru, miał na sobie nieco zszargane, kupione u jakiegoś bezzębnego dziadka cywilne ciuchy, identyczne z tym, co nosili Polacy, których mijał na ulicach Warszawy. Celowo kupił używane. Człowiek w całkowicie nowych ubraniach wygląda nienaturalnie. Wystarczy, że buty nie były ani trochę zszargane, ale przecież nie pojawi się w wojskowych niemieckich buciorach, bo od razu się zorientują. Przeczesał palcami specjalnie wcześniej rozczochrane włosy. Przysiadł na krześle. Wyjął z ukrytej pod marynarką kabury broń i zważył ją 
w dłoni. Angielski Webley wydawał mu się znacznie cięższy, niż jego własny pistolet, 
a może był tylko inaczej wyważony? Westchnął. Wolałby chociaż zachować swoją broń. Wsunął Webleya z powrotem za pazuchę. Czas się przyzwyczaić.
Kilka minut później wszedł Martin. Otto uśmiechnął się na powitanie. Powstrzymał odruch, by wstać. Jesteś cywilem, napomniał się w duchu. 
- O, jesteś już. Przepraszam za spóźnienie, ale łapanka mnie zatrzymała – mruknął Martin. „W cywilu” czuł się jakoś inaczej, jakby w tej chwili nie istniał ktoś taki jak Rommel, a on nazywał się po prostu Potocki, Marcin Potocki i był Polakiem w stu procentach. 
- Nic się nie stało. – Wartenburg wzruszył ramionami. Mówił po angielsku, lepiej zawczasu wczuć się w rolę. 
Martin wyciągnął z zewnętrznej kieszeni kurtki lekko już sfatygowany Ausweis i przełożył go do wewnętrznej. 
- Tobie też radzę tak zrobić. Żeby ci na Kercelaku nie buchnęli, później będą same problemy. Trzymaj się blisko mnie i najlepiej nie odzywaj, jeśli nie jest to konieczne. Anglik nie jest zbyt często spotykany w Warszawie. - Spojrzał na zegarek. Mieli jeszcze sporo czasu, ale wolał być na miejscu wcześniej. - I pytanie zasadnicze: idziemy na nogach, czy szastamy pieniędzmi Abwehry i bierzemy rikszę?
- Weźmy rikszę. Mniejsze ryzyko, że ktoś nas zatrzyma.
- No, cudze najlepiej się wydaje. – Rommel uśmiechnął się lekko. 
Wyszli z mieszkania. Na dole czekał „Szybki”. Wcześniej zaoferował swoją pomoc, na co Martin przystał. Powiedział mu, dokąd mają jechać, potem przez całą drogę nie odezwał się ani słowem. Przeklinał się w duchu, że nie przez jakiś czas nie mógł nic zrobić z Ottem, żeby nie wzbudzić podejrzeń szefostwa. Pozostawało mu tylko czekać na kolejny ruch Abwehry i Wartenburga. Zapłacił należność, żeby nie wzbudzać podejrzeń, i udał się wraz 
z panem „Wrightem” na Kercelak. Łączniczką miała być kobieta w zielonej sukience 
z czarnym paskiem, Potocki miał mieć jakiegoś żółtego kwiatka. Na wejściu dopełnił wymogów konspiracyjnych, kupując najprawdopodobniej jakiegoś żonkila, czy inne zielsko. Łączniczka miała czekać bliżej ulicy Ogrodowej, więc poszli w tamto miejsce.
- Marcin! - Dziewczyna  przytuliła się do niego. Dopiero teraz zauważył, że ją zna. To była siostra „Wrony”, Karolina. – Nie myślałam, że żyjesz. A to jest zapewne twój „kuzyn” - wypaliła. Zaraz jednak podała hasło.
- Ciebie też miło spotkać - powiedział i dodał do hasła odzew. Więc to tak się sprawy mają… Dziewczyna zaprowadziła ich na Ogrodową, do jednego z lokali konspiracyjnych. Tam czekał już pułkownik „Wars”, niewysoki mężczyzna, ubrany w znoszone rzeczy. 
W najmniejszym stopniu nie zwracałby na siebie uwagi na ulicy, miał wygląd dziadka, który, jeśli nadszedłby mocniejszy wiatr, zostałby przezeń porwany.
- Witam pułkownika. – Martin zasalutował. - Melduje się major Potocki wraz z przesyłką od Johna.
- Spocznij, majorze. Jak odbiór? 
- Bez komplikacji.
Otto uważnie przysłuchiwał się rozmowie. Oczywiście połowy słów nie rozumiał. Cholerny język... Co tego, że pamiętał ileś-tam słów, głównie zasłyszanych na ulicy, skoro nigdy nie miał szansy naprawdę przećwiczyć polskiej mowy? Tłuczone o kant dupy to wszystko…  Pozostawało mu zwracać uwagę na szczegóły, gesty, mimikę… 
- …Podobnie jak podróż do Warszawy. Sądzę, że pułkownik zechce porozmawiać sam na sam z panem Wrightem. Niepotrzebna jest moja pomoc jako tłumacza, pan przecież zna angielski. 
- Oczywiście. Panie Wright, zapraszam do sąsiedniego pokoju. – „Wars” wskazał drzwi po lewej stronie małego salonu. 
Otto wszedł, nieufnie rozglądając się dookoła. 
- Nice to meet you, sir. I’m Lucas Wright from MI6. – Wyciągnął do Polaka rękę na powitanie. Zmusił się do lekkiego uśmiechu i rozluźnienia spiętych mięśni. Spokojnie, Otto, na razie jest w porządku. Zresztą to trochę jak zwykła bitwa. Stawka ta sama, tylko broń inna.
Przedstawił krótką bajkę o tym, że odpowiada za łączność z Londynem, wcześniej pracował jako informator do spraw III Rzeszy i w razie potrzeby ma się z nimi dzielić wiedzą. Wszystko to było umówione z dowództwem Abwehry. Musiał tylko niczego nie schrzanić… i pilnować, by w ramach „dzielenia się wiedzą” nie powiedzieć im niczego naprawdę przydatnego.
Mimo starań, nie potrafił poczuć się Wrightem, myśleć o sobie jako o nim. Może gdyby po prostu dostał jego tożsamość, nie wiedząc, co dzieje się z jej prawdziwym posiadaczem..? Ale… Jest wojna. Wright sam był sobie winien. Własnej głupocie. 

***
Mijał już kwadrans od początku rozmowy Wartenburga z „Warsem”. W międzyczasie przyszło jeszcze dwóch konspiratorów, więc Martinowi nie nudziło się zbytnio, tym bardziej, że przynieśli flaszkę. Już mieli siadać i zająć się konsumpcją, gdy przyszedł pułkownik z Wrightem. „Wars” na szczęście szybko się pożegnał, jakieś sprawy go nagliły. Martin usiadł przy stole z „Brzozą” i „Małym”, zawdzięczającym swój pseudonim naprawdę mizernemu wzrostowi.
- Siadaj, Lukas – powiedział, wskazując krzesło obok. - Napijesz się z nami polskiej wódki.

***
5 kwietnia. Mieszkanie na Mokotowie, Warschau.

Kiedy Otto szurając nogami o podłogę przywlókł się do pokoju, Martin już nie spał. Mruknął po polsku coś, czego Wartenburg nie zrozumiał, a co w dużej mierze składało się z bożego imienia i wyrazów nieuwzględnianych w słownikach. Podniósł nieznacznie głowę. Na twarzy miał odciśnięte fragmenty wzoru z obrusu. Wyglądał koszmarnie. 
Otto był świadom, że on też. Chwilę wcześniej, pijąc wodę z kranu w łazience, nieopatrznie spojrzał w lustro. Poszarzała twarz, worki pod oczami, wymięta koszula… Obraz nędzy 
i rozpaczy, krótko mówiąc. Próbował doprowadzić się do porządku, ale efekty były raczej mierne.
Czuł się zmęczony. To, co zrobili wczoraj, było takie głupie, nieodpowiedzialne. Mógł to przewidzieć. Odmówić. Przecież by go nie zmusili, a ktoś powinien tam pozostać trzeźwy, na wszelki wypadek. Cholera, było się zastanawiać wcześniej! Wtedy obawiał się, że Polacy zaczną coś podejrzewać. Że niby nie chce się z nimi bratać albo coś… Najgorsze, że sam nie był pewien, co robił. Na pewno w którymś momencie doszedł do wniosku, że to całkiem przyzwoite chłopaki są… Potem jeszcze wypił. Usiłował sobie przypomnieć, co robił później. Wspomnienia nie do końca chciały go słuchać. Wydawało mu się, że 
w którymś momencie „Mały” śpiewał po polsku. A on? On… chyba próbował się dołączać. Nie… Moment. To niemożliwe. Musiało mu się wydawać… Przecież przestał pić, kiedy na dobre zaczął mu się plątać język, wystraszył się, że akcent mu nie wyjdzie. Zresztą on 
i śpiewanie? W dodatku po polsku? Nie. Na pewno nie. Wystarczyło, że Martin nawyczyniał… 
Podniósł ze stolika opróżnioną podczas wczorajszego spotkania butelkę i przyjrzał się etykiecie. 
- Tajna broń Polaków – uśmiechnął się krzywo, odstawiając flaszkę. – Jak się czujesz? Jak dotarło do mnie, co mówisz, to prawie wytrzeźwiałem – ostatnie zdanie dodał znacznie ciszej. - Mamy szczęście, że nie uwierzyli.
Martin zmarszczył brwi. Usiłował sobie przypomnieć, co właściwie się wydarzyło.
...usiedli po krótkich namowach ze strony konspiratorów… i się zaczęło. Wypili dużo, prawdopodobnie odrobinę za dużo. Byli już w porządnym stanie nietrzeźwości, bo „Mały” przestał zadawać „Lukasowi” polskie łamańce językowe i przeszli do luźnej konwersacji. Atmosfera w miarę wypitych kieliszków robiła się coraz swobodniejsza.
- Panowie…jaaa tooo muszem wam coś powiedzieć - mruknął Martin zalanym głosem. - Bo ja, to estem niemieckim szpiegiem – dokończył.
Polacy dostali niepohamowanego ataku śmiechu.
- Tobie, Marcin, to już starczy. Bredzisz od rzeczy, znamy się nie od dziś, ale jeszcze nigdy nie spotkałem się u ciebie z takim poczuciem humoru - powiedział „Brzoza”, który wydawał się najbardziej trzeźwy z nich wszystkich.
- Taa…starczy ciii juss picia na dzisiaj. Konieeec tego dobregooo… jutro słuszbaa. Brzozaa, idziemy - wymamrotał „Mały”. 
Następne, co pamiętał Martin, to pobudka przy stole z nieziemskim bólem głowy.
Przetarł dłonią twarz. Już nigdy więcej z nimi nie piję, pomyślał cierpko. Nie no… kogo ja oszukuję? I tak napiję się z nimi i znowu schlam się w trupa. W sumie to nie tylko z nimi.
- Następnym razem nie pij tyle. Albo nie próbuj śpiewać po polsku bez przygotowania. - Niewyraźnie się uśmiechnął. - Nie pamiętasz? Ja też mam luki w pamięci.
Otto zagryzł wargę. 
W mieszkaniu poza nimi nie było nikogo. Być może ostatnia chwila, żeby pogadać.
- Marcin, mamy kłopot. – Miał problem z tym piekielnym „ci” w środku, cały czas je zniekształcał. – Zanim Mały i ten drugi… Brzoza, zanim wyszli, mówili o najbliższej akcji. Nie wiedzieli, że słyszę, byłem w łazience, tak zalany, że nie mogłem trafić we włącznik, więc wszedłem po ciemku. Zresztą oni też nie byli trzeźwi. Mają wysadzić pociąg 
z zaopatrzeniem jadącym na wschód, na front. Jutro przed świtem. To będzie transport do Diemiańska. Akcja może się udać. Wiesz, co to oznacza.  -  Odchodząc z SS, nie zerwał kontaktów ze swoją byłą drużyną. Co jakiś czas dostawał listy od Uwe’go, z których, chcąc nie chcąc, dowiadywał się, jak wygląda sytuacja na froncie wschodnim. Rzucili ich prawie pod Leningrad. Od marca tkwili pod Diemiańskiem jako wsparcie dla walczącego od lutego Wehrmachtu. Bolszewicy odcięli ich od zaopatrzenia, wszystko musiało iść najpierw pociągiem do ostatniego miejsca, w którym jeszcze stacjonowała niemiecka armia, potem dostarczali ładunek samolotami. Wszystko to trwało zbyt długo. Kilka godzin opóźnienia 
i skończy się im amunicja. 
- Ciekawe – mruknął Martin bez przekonania. Nie pasowało mu to. Być może dlatego, że nie do końca kontaktował  i wszystkie jego funkcje działały z pewnym opóźnieniem.
- Nie ma kontaktu z górą. Zresztą, jak kogoś uprzedzimy, i tak wyjdzie z tego rzeź. A jak zrobią tę akcję… - Wartenburg urwał. Coś nie dawało mu spokoju. Dlaczego akurat jutrzejszy transport? Dwa dni temu, jeśli dobrze pamiętał, miała jechać cała broń, ze wszystkim. Towaru było więcej. – Nie podoba mi się to. Zupełnie, jakby to nie był główny cel. Albo jakby komuś bardzo zależało, żeby ruscy wygrali.
- W pewnym sensie, komuś zależy. Jakby na to nie patrzeć, Związek Radziecki jest sojusznikiem Anglii i Ameryki, a co za tym idzie także i Polski. Więc zależy im, aby Niemcy ponosili jak największe straty na froncie wschodnim - powiedział ze spokojem Rommel.
- Anglia? – Otto parsknął pogardliwie. – Jak ją przypili, sprzeda nam i cały kontynent 
w zamian za spokój na wyspach! A Związek… W kwestii „sympatii” do bolszewizmu 
z niektórymi Polakami moglibyśmy się dogadać – mruknął ironicznie. – Nie wiem, czy można tu mówić o jakimkolwiek realnym sojuszu. 
Zapadła cisza, przez którą przebijało się miarowe tykanie zawieszonego na ścianie zegara. Martin powoli wstał i przeszedł do kuchni. Szukał czegoś, co mogłoby go pobudzić, chociażby w najmniejszym stopniu. Znalazł w jednej z szafek kawę. Tą okupacyjną, ale jednak. Zaczął przygotowywać wszystkie niezbędne rzeczy. Dwa kubki, znalezione gdzieś pastylki sacharyny i wrzątek. Kiedy wszystko już było gotowe, a kawa zaparzona, zabrał oba kubki do salonu, gdzie siedział Otto. Postawił przed nim kawę i sacharynę.
- Nie mam pojęcia czy słodzisz, czy nie – powiedział, siadając naprzeciwko. Uśmiechnął się słabo, biorąc pierwszy łyk.
- Słodzę. A tak właściwie, od kiedy pijasz kawę? 
- Nie piję, nadal. No, może czasem, jak w odwiedziny przyjdzie „kac morderca”.
Otto zmarszczył brwi, czując zapach tej „kawy”. Podniósł swój kubek i powąchał jeszcze raz.
– Co to jest?
- Kawa okupacyjna… z prażonych żołędzi. Pachnie i smakuje inaczej, niż ta normalna, ale idzie to wypić. – Martin upił łyk ze swojego kubka, jakby w demonstracji.
Otto spróbował z pewną dozą nieufności. Nawet… niezłe, chociaż smak, podobnie jak zapach, był dziwny. 
- Powinniśmy pomóc Polakom z wysadzeniem transportu.
Słysząc to, Otto zakrztusił się kawą.
- Żartujesz?! – Otarł usta dłonią i odstawił kubek. Spojrzał na Martina uważniej. – Nie. Ty mówisz poważnie – westchnął ciężko, opierając twarz o złożone w „piramidkę” dłonie. Rommel zwariował.
- Uwiarygodnimy się w ich oczach. Przy okazji, pozwoli nam to spędzić z nimi trochę czasu i lepiej ich poznać. 
– Martin, czy ty naprawdę uważasz, że nasza misja jest tego warta? – Celowo użył imienia, którym Rommel oficjalnie się posługiwał. I tak nikt ich nie słyszał. – Mniejsza o to, wobec kogo ty jesteś lojalny. Naprawdę, mniejsza. W tej chwili. Powiedz mi, jaki to ma sens? Wymienić kilkudziesięciu, kilkuset naszych na jednego pieprzonego szpiega, który zapewne zdechnie, zanim cokolwiek powie? Bo tak to się skończy. Jesteś oficerem, powinieneś lepiej niż ja wiedzieć, że kilka godzin opóźnienia w transporcie to jak dźwignia włożona między koła zębate. Cała machina staje. Powiedz mi, warto? Martin, kim ty do cholery ciężkiej jesteś? Niemcem? I pozwolisz, żeby naszych na wschodzie wyrżnęli ruscy? Czy pieprzonym partyzantem, jak tamci?! – Machnął ręką, mając na myśli „Małego”, „Brzozę” 
i całą resztę. – I co, będziesz potem patrzył jak setkę twoich Polaczków wywloką pod mur?! Czy może wtedy dla odmiany poczujesz się bardziej Niemcem? - Stracił nad sobą panowanie. Prawdopodobnie gdyby nie byli sami, gdyby musiał grać Wrighta, bardziej uważałby na słowa, ale teraz, w tych okolicznościach, emocje wzięły górę. Nienawidził ludzi, którzy od tak, „dla wiarygodności”, szafują cudzym życiem. Nigdy nie uważał, że zobaczył więcej wojennego piekła, niż inni. Były na pewno setki osób, które bardziej doświadczyły całego tego syfu. Mimo to, do szewskiej pasji doprowadzały go kalkulacje, zakładające poświęcenie kogokolwiek w imię interesów wyższej instancji. Może dlatego, że codziennie szlajał się w tym samym koszarowym gównie, co szeregowi, traktowani często jak pionki, które być może będzie trzeba podstawić pod bicie, by figura zajęła dogodniejszą pozycję.
Martin poczekał, aż Otto skończy. Aż mu się krew w żyłach gotowała. Tylko spokojnie, nie mogę wybuchnąć, uspokajał się. Nabrał w płuca więcej powietrza niż było to konieczne i wypuścił je z lekkim świstem. 
- Nawet jak będziemy siedzieć na dupie, to i tak wezmą i wywloką pod mur. Tylko dlatego, że są Polakami, że są w ich mniemaniu gorszym gatunkiem człowieka. I nie podoba mi się to… Nie mówię tego tylko dlatego, że w moich żyłach płynie polska i niemiecka krew. Nie podoba mi się to jako człowiekowi. Wiem jak wygląda front i życie w koszarach. Dla sztabu głównego zwykli szeregowcy to tylko kolejne chorągiewki, które należ rozmieścić na mapie. - nie udało mu się ukryć złości w głosie. 
Otto zdał sobie sprawę, że zaciska pięści. Powstrzymywał się, by nie odpalić mu czegoś od razu. Ta wymiana zdań była ryzykowna, zbyt ryzykowna, i wiedział, że nie powinien jej nawet zaczynać. Nie ufał Martinowi na tyle, by rozmawiać z nim otwarcie, ujawniając swój stosunek do niektórych posunięć III Rzeszy. Prawdę mówiąc, nie istniała osoba, której wierzyłby wystarczająco, a jednak to zrobił. Zaryzykował i, sądząc z reakcji, chyba się nie pomylił. Nie wydawało mu się, żeby Rommel grał. Jego zachowanie w tej chwili za bardzo przypominało mu człowieka, którego znał przed laty: bijącego go na głowę doświadczeniem dziennikarza z Polski, mężczyznę wzbudzającego szacunek mimo pochodzenia.
Zwrócił uwagę na to, że Martin powiedział „w ich”. Nie w waszym mniemaniu. W ich. Zupełnie, jakbym nie stał po „ich” stronie barykady, jakbym był inny, nie robił tego, co „oni”. 
Ich pokój wydał mu się nagle szary i zmatowiały, po prostu brzydki. 
My, oni… To się przenika. 
Patrzył, jak Martin stoi odwrócony plecami do niego. Nie wiedział o Palmirach. O tym nikt nie mógł usłyszeć, choć wielu się domyślało. Jemu i innym zabroniono o tym mówić. Podobno na początku, w 39’ ktoś robił zdjęcia, ale Otto nie był przekonany, czy to prawda. Gdyby się nad tym zastanowić, sporo osób musiało wiedzieć, tylko nikt nie chciał pamiętać. Nawet teraz, on sam, widząc wypakowaną więźniami ciężarówkę, wmawiał sobie: „jadą do obozu”. Nie na śmierć. Do obozu, jakby to oznaczało coś innego. 
– Wiesz… Myślałem, że cię znam – próbował ukryć żal, który i tak wybrzmiał w jego głosie. – Ci tutaj... Oni cię szanują. Jesteś dla nich pan major. Mógłbyś ich po prostu przekonać.
- Tak. Jestem dla nich majorem. Mają moje zdanie na uwadze, ale nie mam władzy decyzyjnej, nie ma jej nawet pułkownik z którym rozmawiałeś. Ma ktoś wyższy. Nie znam go, pseudonimu nie pamiętam – Martin spuścił  tonu. Wiedział, że dla Wartenburga to nie jest łatwe. Przypominał mu jego samego w kwietniu 1940. Też miał dylemat, czy ma pomóc Niemcom, czy może porozmawiać z „Hubalem” i zarządzić przemieszczenie się oddziału, a samemu pójść pod pluton. Wstał i stanął przy oknie. Wyjrzał przez nie na ulicę. Życie toczyło się tam innym torem. 
- Rozumiem – Otto powiedział to cicho, niechętnie. Wciąż nie mógł się pogodzić z tym, co mieli zrobić. Dziwne. Wydawało mu się, że już dawno zrezygnował z ideałów. A jednak, człowiek jest w gruncie rzeczy naiwny. Potrzebuje złudzeń. – Nadal mam ochotę storpedować całą akcję, ale rozumiem. I wykonam. - Nadal miał ochotę rozwalić stojące najbliżej niego przedmioty, ale to była już tylko bezsilność.
- Jest jeszcze coś… Miałem ci tego nie mówić ale… Wolałbym, abyś to wiedział. Lukas Wright żyje. Jest w Rzeszy, w obozie jenieckim. Nie ma opcji, by uciekł, ani żeby go wydostali – mruknął Rommel. To był pomysł Kocha, aby go tam umieścić. Zakatowaliby go i nic im by nie powiedział. A tak może otworzy się przed współwięźniami. 
Wartenburg przygryzł wargę. 
- Zlikwidują go, kiedy jego tożsamość przestanie być potrzebna. – Nie miał złudzeń. – To płotka, nie wymienią go. – Chyba, że Rzesza wcześniej przegra wojnę. Mniej więcej tak prawdopodobne, jak różowy śnieg w środku lata.
Chwila ciszy.
Martin spojrzał na zegarek. 
Powoli zbliżała się godzina spotkania. 
- Za jakiś czas wszyscy się tu zejdą. Wypadałoby ogarnąć ten chlew. - Wskazał na walającą się po stole flaszkę i kieliszki, na ubrudzony obrus. - Zająłbyś się tym? Ja znajdę mapy. – Odstawił  pusty kubek na stół.
- Jasne. - Otto wziął się za sprzątanie. – Martin – wciąż nie mógł się przyzwyczaić się do jego polskiego imienia. Może dlatego, że Martin, począwszy od spotkania w Hiszpanii, co by nie mówił, był dla niego Niemcem z charakteru. Zatrzymał się w drzwiach pokoju. – Przepraszam za artykuł. Byłem idiotą. – Nie odwrócił się. Wyszedł do kuchni, nie oglądając się na Rommla. – A tak w ogóle, to Lukas mówi po niemiecku – zawołał, już znad zlewu. Flaszka do śmietnika, kubki pod kran… Prawdopodobnie, gdyby odstawił brudne naczynia gdzieś, gdzie nie byłoby ich widać, zamiast je myć, może nawet by zdążył. 
Tymczasem Martin zdjął obrus i położył na dębowym stole odnalezioną przed chwilą mapę.
Jeszcze jej nie rozkładał. 
Kiedy przez szum wody przedarł się urywany dźwięk dzwonka (dwa krótkie, jeden długi - umówiony kod), Otto  na chwilę wstrzymał oddech. Bał się. Nie tego, że zginie. Umrzeć mógł codziennie. Obawiał się, że zawiedzie.
Martin poszedł otworzyć. W progu stał pułkownik „Wars”. 
- Prędzej spodziewałbym się tutaj hiszpańskiej inkwizycji niż ciebie, Potocki - powiedział, wchodząc do salonu. - Ma przyjść jeszcze major Dym i porucznik Marek. Wiesz, o co chodzi, prawda?
- Tak, wiem – mruknął Martin. - A rozmawiać mamy po polsku? Czy mam robić za nadwornego tłumacza?
- A jak myślisz?- zapytał retorycznie „Wars”. 
Czyli po polsku.

Otto zakręcił kran i, wycierając po drodze ręce w zabrany z kuchni ręcznik, podszedł do Potockiego i „Warsa”. Zerknął na Rommla, udając chwilowe zażenowanie, niepewność, czy powinien tu być, skoro go nie zapraszali.  
- Marcin powiedział mi o spotkaniu – wyjaśnił swoją obecność pułkownikowi. Mówił po angielsku, pamiętał, że mężczyzna zna ten język. Jeśli będzie trzeba, przejdzie na niemiecki, na razie jednak wolał unikać ojczystej mowy. Pisząc, wielokrotnie zdawał sobie sprawę, że zdarza mu się używać słów typowych dla berlińskiej nowomowy, obcej ludziom, którzy uczyli się języka poza Rzeszą. To mogłoby go zdradzić.
- Nic się nie stało. Nawet lepiej, że pan tutaj jest. Musimy poczekać jeszcze kilka minut.
Martin nie miał zamiaru się odzywać, nie chciał niczego palnąć. Poza tym, nie miał niczego ciekawego do powiedzenia. W  nieco niezręcznej ciszy oczekiwali na resztę. Przyszli po kilku minutach, każdy zwrócił uwagę, na to że Potocki przyszedł pierwszy. No cóż, różne rzeczy się zdarzają na tym świecie.
Pułkownik stanął przy stole i wskazał palcem na niemieckiej mapie tory za Wołominem, blisko jakiejś niewielkiej wsi.
- Sprawy się nieco pokomplikowały – zaczął, robiąc przerwę, aby Potocki przetłumaczył to „Anglikowi”. - Transport nie pojedzie tędy, w stronę Mińska, tylko na Lwów. Mam wytyczne od komendanta okręgu odnośnie naszej akcji. Majorze Potocki, pan oraz nasz sojusznik wybierzecie się do tej wsi. - Wskazał kilka domków w okolicach Wołomina. - Tam działa nasza radiostacja. Musicie nadać odpowiedni meldunek  i pozostać tam na jakiś czas, ostatnio sporo Niemców się tam kręci.
- Nie rozumiem – wypalił Martin. - Przecież z Warszawy też możemy nadać meldunek. To po kiego…?
- Potocki, u ciebie zawsze z dyscypliną wojskową to słabo było - mruknął „Dym”. - Rozkaz rozkazem. Poza tym, może byłeś tak pochłonięty, swoimi… sprawami, że nie zauważyłeś, ale od jakiegoś czasu po Warszawie krążą wozy pelengacyjne. Takie małe spostrzeżenie – Uśmiechnął się z politowaniem. 
„Wars” na szczęście w porę wkroczył do akcji i obyło się bez poważniejszej kłótni ani mordobicia. Pułkownik wyjaśnił jeszcze jakie mają zadania Marek i Dym. 
Otto przez cały czas udawał, że tłumaczenie jest dla niego niezbędne, bo nie rozumie ani słowa. W rzeczywistości wychwytywał zasłyszane wcześniej wyrazy, niekiedy nawet całe frazy. Nie zaryzykowałby mówienia po polsku, ale jednak coś tam do niego docierało. Mimo to… Niech myślą, że nic nie kapuje. W zasadzie, to nawet zabawne. Poza tym, przewidywał, że, choć na razie  byli nadzwyczaj ufni, z czasem w ich rozmowach mogą pojawić się rzeczy, o których nie powinien wiedzieć nawet Londyn. Na tę okazję lepiej było nie wyprowadzać ich z przekonania, że mogą bezpiecznie rozmawiać w jego obecności. Korzystając z okazji, wsłuchiwał się w ich akcent i składnię. Przyjdzie czas, że się tego nauczy. Nie żeby donosić.
Żeby wiedzieć.
____________________________
Z dedykacją dla wszystkich, którzy czytają i komentują - bo nic tak nie motywuje do publikowania :)

Obergefreiter Otto von Wartenburg
Major Martin Rommel                    

3 komentarze:

  1. Piękne! <3 Naprawdę piękne! <3
    Ale co to są wozy pelengacyjne, to nie wiem do tej pory. Otto - nie śpiewaj. ZABRANIAM. ABSOLUTNIE ZABRANIAM. TO ZMIENIA POSTAĆ RZESZY.
    To wszystko jest takie piękne XD
    Błędów nie zauważyłam, fabuła z Diemiańskiem trochę skomplikowana, ale to tylko dodaje uroku notce :3
    Martin, w sprawie naszej notki proszę o kontakt pod gg Weroniki - używam go od jakiegoś czasu na zmianę z autorką :3
    Więcej publikacji! To jest rozkaz!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wóz pelengacyjny to taki samochód ze sprzętem do namierzania radiostacji.
    Mnie bardziej, niż śpiewanie Otta, rozwaliło wyznanie Martina. Jak przeczytałam po raz pierwszy tekst, w którym to było, oplułam sobie monitor :D
    Rozkaz przyjęty do wiadomości... ale wiesz, u nas z dyscypliną słabo xD A tak poważniej, to będzie ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na wzmiankę o wysadzaniu aż się uśmiechnęłam, widząc oczami wyobraźni mojego Michaśka, który robi im kaboom xD - przepraszam, musiałam xD A tak ogólnie to ja się rozpływam w zachwytach :3

    OdpowiedzUsuń